Gwiezdne Wojny - Równowaga Mocy - Epizod I - Rodzina - cz.13 - husarek
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Gwiezdne Wojny - Równowaga Mocy - Epizod I - Rodzina - cz.13
A A A
Od autora: Fanfiction na podstawie kultowej sagi Georga Lucasa.

            Ben wypuścił gęstą smugę dymu, która rozniosła się po sali.

 

- Nie mieliśmy nic wspólnego ze śmiercią Baratri. - powiedział spokojnie.

- Nie możecie nas o to podejrzewać. Jakbyśmy mieli jakieś plany to byście o tym wiedzieli.

- Mam nadzieję, że wy też byście nas o takim czymś poinformowali - wtrącił się Kumd.

- Już się tak nie gorączkujcie. Zapytałem z ciekawości - rzucił Lumak z lekką satysfakcją, że zdołał ich wyprowadzić z równowagi.

 

            Wolni Lotnicy wiedzieli, że Rodzina Solo nie chciała usuwać Wielkiej Mistrzyni Akademii Sithów. Kto w takim razie miał w tym interes?

 

            Znajdowali się teraz na Alzoc III, w jednej z opuszczonych kopalni. Pogoda na zewnątrz była taka jak zawsze. Sypał śnieg, a temperatura utrzymywała się grubo poniżej zera. Do tego silny i porywisty wiatr, który utrudniał jakiekolwiek manewrowanie statkiem. Tutaj, na dole, przynajmniej było sucho i trochę cieplej.

            W dużej sali znajdowali się Ben, Kumd, Retax oraz bracia Lupus i Lumak. Dało się z lekka dosłyszeć cichy stukot tak jakby spod ziemi. To nowoczesna fabryka kolkcty Rodziny. Otworzyli ją w rekordowo krótkim czasie i sami Wolni Lotnicy byli tym bardzo zaskoczeni. Nie mieli jednak wstępu na niższe poziomy. To co działo się pod nimi było dla tajemnicą, którą jednak nie za bardzo chcieli poznać. Mieli dostać swoja kolctę na czas i to było najważniejsze.

            Jednym mogłoby się wydawać, że taka staroć jak kolcta nie ma racji bytu w dzisiejszym świecie, ale jak bardzo oni się mylili. Receptura była stara, nawet bardzo stara, ale sposób wytworzenia całkowicie nowoczesny. Dzięki temu produkt był czysty, a jego działanie zwielokrotnione. Nie trzeba było już hospitalizować rannych w specjalnych tubach leczniczych. Wystarczyło regularne podawania kolkcty. Podnosiła odporność i pozwalała skrócić czas rekonwalescencji do minimum. Kupowały ją wszystkie najważniejsze frakcje. Rodzina nie sprzedawała przypadkowym klientom. Nie wolno było także jej odsprzedawać, gdyż groziło to automatycznym zerwaniem kontraktów. Dla Wolnych Lotników kolcta była nieoceniona. W wielu misjach piloci zostawali ranni, a dzięki niej mogli dojść szybciej do zdrowia i zarabiać kredyty dla organizacji. Strata doświadczonego pilota i wyszkolenie nowego to były ogromne nakłady finansowe, które dzięki temu specyfikowi można było poważnie zmniejszyć.

            Niektóre pomniejsze organizacje starały się dodatkowo przetwarzać kolctę wprowadzając na rynek różnego rodzaju narkotyki na jej bazie. Rodzina jednak nie tolerowała konkurencji. Miała pełne prawo do dbania o własne interesy i było to zgodnie respektowane przez wszystkie liczące się siły w galaktyce. Z tego powodu żaden specyfik nie przetrwał dłużej niż kilka tygodni. Rodzina sama znajdowała osoby odpowiedzialne za jego wprowadzenie lub zlecała to komuś takiemu jak Clawdite. Znikały one następnie w niewyjaśnionych okolicznościach, lecz nikt nie miał odwagi, aby dociekać, co dokładnie się stało. Po prostu wkroczyli w sferę interesów Rodziny, a tego nie powinno się robić. Perspektywa zysku jednak kusiła coraz to nowe organizacje, chociaż trzeba przyznać, że od dłuższego czasu nic nowego nie pojawiło się w półświatku.

 

- Będziemy mogli sami odbierać dostawy? Bez zbędnych kanałów dystrybucji? Skoro wiemy gdzie jest fabryka to nie musicie się za każdym razem fatygować - oznajmił Lepus.

- Tego nie było w umowie - odezwał się Kumd.

- I nie będzie. - powiedział spokojnie Ben. - Nikt bez naszej wiedzy i zgody nie będzie przylatywał do naszych fabryk. Jeśli zjawicie się tu w innym niż wyznaczony termin - zawiesił głos. - zerwiemy porozumienie. Nie robimy wyjątków dla nikogo. Nawet dla sojuszników. Fabryka jest dobrze ukryta, możemy ją odciąć w każdym momencie i wtedy nikt się do niej nie dostanie. - wstał i zaciągnął się fajką - musimy się szanować.

- Oczywiście - odpowiedział szybko Lumak. - to była tylko propozycja.

- Czy nikogo na prawdę nie interesuje, że Baratri nie żyje? Naprawdę? - podniósł głos Retax.

- Ależ oczywiście, że interesuje - powiedział Lumak. - ale nasze gadanie nie wróci jej życia. Istoty pojawiają się i odchodzą. Łącznie z mało planowanymi odejściami. Nie zapominajmy, że Mandalorianie prowadzą wojnę, a ona była oficerem. Po za tym nie przepadałem za nią. Napsuła nam dość krwi.

- Nam też. - odezwał się Kumd. Choć ciekawi mnie, kto za tym stał. Mówi się, że szykuje się coś wielkiego, że Republika i Mandalorianie przygotowują się do nowej ofensywy.

- Dziwna wojna. - rzucił Lepus. - więcej w niej polityki niż walki. Nie lubię takich sytuacji. Wole stanąć z kimś na przeciwko siebie i dać sobie po razie. Konkretnie. Niech wygra lepszy, a nie takie nie wiadomo co.

 

            Retax przeszedł na drugą stronę pomieszczenia. Oba blastery kołysały się przy pasie. Nalał sobie trochę whisky i zapalił papierosa.

 

- Nie wierzę w tą ofensywę. Mówię Wam, coś wisi w powietrzu i za niedługo się ujawni. Wspomnicie wtedy moje słowa. - obrócił się na pięcie i stanął przy drzwiach. - muszę na chwilę wyjść. Ta whisky działa na mnie w piorunującym tempie - rzucił lekki uśmiech i zniknął za zamykającym się włazem.

 

            Wszyscy odprowadzili Retaxa wzrokiem. Teraz znów ich uwaga skupiła się na interesach. Pozostawała ostatnia kwestia tego spotkania. Odebranie kolcty. To z tego powodu się tutaj spotkali. Miało to być pierwsze przekazanie ładunku od czasu zawarcia porozumienia i od czasu wydarzeń na Kothlis. Ta sytuacja była cały czas otwarta. Ben nie chciał odpuścić, choćby ze względu na młodego Yokigo. Bothanie jednak musieli trochę poczekać. Potrzebował czasu na dopięcie innych spraw zanim się nimi ponownie zajmie. W świat nie mogła pójść wiadomość, że można tak traktować Rodzinę. To mogłoby źle wpłynąć na interesy.

 

- To jak panowie? Nasz transportowiec wisi na orbicie i jest gotowy. Możemy go tutaj wezwać?

- Ładunek jest już przygotowany. - zaczął Ben. - niech wasz statek skieruje się do sektora C14/34 według mapy, którą otrzymaliście ostatnio. Jak będzie na miejscu to nie pozwolimy mu przegapić lądowiska.

 

            Lumak i Lepus spojrzeli na siebie. Ich miny były mieszanką zdziwienia, zaskoczenia i niezrozumienia. Ich oczy obróciły się na Bena, po czym z powrotem na siebie. Lepus wyciągnął mały wizualizator i wyświetlił mapę. Wpisał koordynaty i wybrany sektor zaczął migać na żółto.

 

- Ale to prawie po drugiej stronie planety? - powiedział zdumiony.

- Wiem. - odpowiedział spokojnie Ben i zaciągnął się fajką.

- Nie zastanawialiście się nad rzuceniem palenia? - Lumak zmienił ton na zaczepno - wesoły. - kiedyś wam zaszkodzi.

- Spokojnie. - w pokoju pojawił się Retax. Uderzył pudełkiem o drugą dłoń. Wyskoczył z niego pojedynczy papieros, którego wziął do ust. - jakoś sobie będziemy musieli z tym poradzić.

 

            Lepus podszedł do nich bliżej. Chwilę wcześniej połączył się ze swoją flocie na orbicie.

 

- Nadałem komunikat. Nasz frachtowiec skieruje się w wyznaczony sektor.

 

            Lumak schował komunikator do bocznej kieszeni kurtki. Po chwili jednak ten zaczął migać i wydawać charakterystyczny dźwięk. W pokoju zrobiło się cicho i wszyscy obrócili głowy w kierunku Lepusa. Ten szybko wyjął go z powrotem i odezwał się pierwszy.

 

- Coś jeszcze kapitanie? Myślałem, że wszystko jest jasne.

- Przepraszam sir, ale to ważne.

- Słucham.

- W sektorze pojawiły się okręty nieznanego pochodzenia. Są jeszcze dość daleko, dlatego pewnie planeta ich nie widzi. Powinni pojawić się na waszych ekranach za jakieś dziesięć minut. To dość dziwne, że wyszli z nadświetlnej w takiej odległości.

 

            W pokoju zapanowało małe zakłopotanie. Retax zaczął krążyć co było oznaką, że się denerwuje. Ben zaciągnął się fajką i odezwał spokojnie.

 

- Nie mają agresywnych zamiarów. Za mało ich. Wolni Lotnicy mogą ich zmieść w każdej chwili. To delegacja... choć niezapowiedziana, ale na pewno dobrze zorientowana.

- Może i tak. - powiedział Lepus, po czym odezwał się do komunikatora. - niech dwanaście myśliwców ich eskortuje. Mają się zidentyfikują albo ich zestrzelimy.

 

 

*****

 

 

            Dwanaście myśliwców, stanowiących jedną trzecią osłony obecnych na Alzoc sił Wolnych Lotników wykonało szybki manewr przez lewe skrzydło i zeszło kilkaset metrów poniżej pozostałych jednostek. Jednocześnie obrócili się tyłem do śnieżnobiałej planety i skierowali w stronę nieznanych przybyszów. Na białym tle dało się jeszcze dostrzec czerwony frachtowiec w asyście dwóch jednostek naprowadzających, który kierował się mniej więcej na południowy biegun, do sektora C 14/34.

            Gdy statek przedarł się przez atmosferę natrafił na taką pogodę, na jaką mógł natrafić na tej planecie. Niezależnie czy przyleciałby wczoraj, jutro czy za rok, trafiłby na burzę śnieżną. Wolni Lotnicy byli jednak znakomitymi pilotami i takie warunki nie były dla nich wielkim problem. Na wirtualnej mapie migał sektor, do którego mieli się skierować. Przez okna nie było widać za dużo, chyba, że ma się na myśli tony śniegu. Tego było pod dostatkiem. Komputer przybliżył cel, który okazał się kolejną niezbyt wysoka górą wśród całego pasma, które ich otaczało. W pewny momencie jednak pilot zauważył, że na szczycie tej góry zaczęło niepokojąco migać światełko.

 

- Widzicie to? Trzysta metrów przed nami - zwrócił się do pilotów statków, które go eskortowały.

- Tak. - odezwał się głos. - Mają rozmach. Będziemy cię naprowadzać.

- Zrozumiałem. - potwierdził pilot.

 

            Góra przed nimi zaczęła się ruszać i migotać. Przednia ściana, która była bardziej płaska od pozostałych zaczęła się zsuwać w dół otwierając przed nimi dok, gdzie mieli wlecieć. Nie było za dużo miejsca do manewrowania, ale nawigator radził już sobie w trudniejszych sytuacjach. Musiał jednak przyznać, że nie wlatywał jeszcze do wnętrza góry. Po chwili zobaczył przed sobą dwie osoby, które wyszły z góry na podest i ręcznie naprowadzały go na cel. Po pięciu minutach był już w środku razem ze swoją eskortą. Na zewnątrz z kolei, jakby nigdy nic, szalała burza śnieżna wśród szczytów Alzoc III.

 

 

*****

 

 

            Dwanaście myśliwców sunęło przed siebie. Planeta za nimi stawała się coraz mniejsza. W pewnym momencie ujrzeli przed sobą zgrupowanie pięciu statków. Nie były to okręty wojenne, ale nie były to też typowe statki cywilne. Już z tej odległości dało się zauważyć spore przeróbki i modyfikacje. Wzmocnione osłony i napęd, który pozwalał wejść w nadprzestrzeń dużo szybciej niż inne, konwencjonalne silniki. Takie statki są charakterystyczne tylko dla jednej organizacji i dowódca eskadry, komandor Bilgo Dayesh zapytał raczej w ramach rozkazu niż z niewiedzy.

 

- Tu komandor Dayesh z sił Północnych Wolnych Lotników. Proszę o identyfikację.

 

            Myśliwce właśnie dotarły do nieznanych statków. Minęły je bokiem i zawróciły. Sześć leciało za grupą, natomiast z każdej jej strony ulokowały się po trzy. Nieznajomi poruszali się w jednostajnie wolnym tempie. Po chwili komunikator zatrzaskał i dało się słyszeć spokojny, niski głos.

 

- Witamy komandorze. Ja nazywam się Grock i jest członkiem Najwyższej Rady Huttow. Stoję na czele tej delegacji. Przybywamy w przyjaźni i chcielibyśmy się spotkać osobiście z Panami Lepusem i Lumakiem oraz Panami Benem Solo, Kumdem i Retaxem, którzy w tym momencie przebywają na Alzoc III. - nie krył satysfakcji ze swojej wiedzy. - Mamy do przekazania bardzo ważne informacje, które mogą zaważyć na dalszych losach dzisiejszego świata - odczekał chwilę, żeby nadać większą powagę wypowiedzianym słowa - mam nadzieję, że uszanujecie nas i eskortujecie na miejsce spotkania.

- Taki mamy rozkaz - uciął Dayesh, który z kolej nie lubił wdawać się w jałowe dyskusje.

- To Huttowie - powiedział Lumak. - co oni tu robią? - był wyraźnie zdenerwowany.

- Raczej nie przylecieli w odwiedziny, żeby zobaczyć, co u nas słychać - rzucił Retax.

- Chcą się z nami spotkać. Myślę, że wiedzą o czymś, o czym nie mamy pojęcia, a co ich bardzo martwi. Huttowie nie współpracują z innymi, nie w ten sposób. No, chyba że naprawdę muszą.

- Ale skąd wiedzieli, że tu jesteśmy - dociekał dalej Lepus.

- Też chciałbym to wiedzieć - powiedział Ben i zaciągnął się fajką.

Lepus zawiesił się. Oczy mu zaszły mgłą. Twarz zaczęła się czerwienić. W końcu wypalił.

- Chyba nie uważasz, że to ktoś ode mnie ich tu ściągnął?

- Powiedziałem tylko, że też chciałby wiedzieć.

- Spokojnie panowie. Nikt tu nikogo nie oskarża. - Łagodził sytuację Lumak.

- Nikt, oprócz tego starego ważniaka - Lepus był ciągle wściekły, ale Ben nie reagował.

- Lepus! Uspokój się!

- Już dobrze. - złagodniał - Przepraszam. – opadł na fotel.

- Nie ma za co. Jestem ważniakiem - uśmiechnął się lekko Ben.

- Wszyscy są zdenerwowani. - tłumaczył się Lepus. - zobaczymy, co mają nam do zaoferowania. Nie ma co już roztrząsać sprawy skąd wiedzą, że tu jesteśmy. Po powrocie sprawdzę osobiście, kto tu z nami przyleciał i nachciałbym być w skórze tego kogoś. O ile oczywiście będzie to ktoś od nas - nie mógł się powstrzymać od odgryzienia się.

 

            Nikt z Rodziny jednak nie zareagował. Wszyscy skupiali się na tym, co miało nastąpić. Sam Grock też nie był byle kim. Był prawą ręką Radgy, więc wiadomo było, że przybywa z jego rozkazu. Ben przypuszczał, o co może chodzić, ale na razie nie chciał się tym dzielić z innymi. Był ciekawy czy jego podejrzenia się potwierdzą.

 

- Przepraszam - odezwał się ogólny komunikator. Wszyscy spojrzeli na siebie, bo do przybycia gości było jeszcze grubo ponad pól godziny.

- Słucham - odezwał się Retax. - Coś się stało?

- Na ogólnym kanale pojawiła się zapowiedź konferencji Nowej Republiki. Stwierdziłem, że to może panów zainteresować. - powiedział nieśmiałe głos. - Właśnie się zaczyna.

- Dobrze. Przełączcie na główny ekran.

 

            Wszyscy obrócili głowy w stronę uruchamiającej się projekcji. Każdy zastanawiał się, co się mogło stać. Nie było jednak na to zbyt dużo czasu, bo postacie po drugiej stronie były już gotowe do oświadczenia. Retax zdążył jeszcze zapalić papierosa, gdy popłynął jednostajny głos rzecznika.

 

- Wczoraj w godzinach wieczornych, we śnie, opuścił nas nasz bohater, postać wielkiego ducha i charyzmy, wieloletni przewodniczący Rady Jedi, ale przede wszystkim nasz przyjaciel, Batien.

 

            W pokoju na Alzoc panowała poważna i spokojna atmosfera. Wszystkim chyba przemknęła przez głowę myślę, czy aby Huttowie nie wiedzieli o tym wcześniej? Skoro udało im się umieścić szpiega tutaj, nie mogła dziwić jego obecność w Republice, gdzie byłoby go dużo łatwiej ukryć w gąszczu urzędników i oficjeli. Rzecznik mówił dalej.

 

- Połączył się z Mocą w innym, nieznanym nam miejscu. Jest to wielka strata nie tylko dla całego Zakonu, nie tylko dla całej Republiki, ale także dla całej galaktyki, o której rozwój i spokój tak dbał. Wszyscy łączymy się w bólu z całą Radą i wszystkim członkami Zakonu, dla których stanowił niedościgniony wzór cnót i prawego postepowania. Glos zabierze teraz przedstawiciel Rady, Mistrz Quaresma.

 

            Siedzący po lewej stronie Jedi poprawił się. Widać było, że trudno mu opanować emocje.

 

- Batien był dla nas nie tylko wzorem, jak to zostało powiedziane, ale także kompanem, z którym można było poruszyć każdą kwestię. Jestem mu bardzo wdzięczny, że pokazał nam drogę, która z pewnością będziemy dalej podążać. - głos mu się trząsł coraz bardziej. - Mam nadzieję, że będzie nam się przyglądał z tego miejsca, w którym teraz się znajduje, a nasze poczynania będą napawały go dumą. Niech Moc z nim pozostanie na zawsze. Dziękuję.

 

            Po prawej stronie siedział, Garafalus, wicekanclerz. On teraz zabrał głos.

 

- Cały Senat, cała Republika łączy wyrazy współczucia wszystkim Jedi, dla których na pewno jest to ogromna strata. Dla nas był on także wielką osobowością, z którą nieraz się spieraliśmy, ale zawsze merytorycznie i zawsze z szacunkiem. Niech spoczywa w pokoju.

 

            Na koniec głos powrócił do rzecznika.

 

- Z racji panującej sytuacji zewnętrznej nie jest planowana uroczystość pogrzebowa. Jedynie Rycerze Zakonu i Senatorowie będą obecni przy złożeniu ciała. - odchrząknął - jeszcze raz składamy wyraz współczucia. Niech cała galaktyka uczci wielką postać, jaką niewątpliwie był Batien. Dziękuję.

 

            Obraz zniknął. Lepus wstał ze swojego miejsca i podszedł do barku, gdzie nalał sobie solidną ilość whisky, którą opróżnił na raz. Nikt się nie odzywał. Wszyscy w głowach analizowali to, co usłyszeli. Musieli to przemyśleć. Spotkanie miało dotyczyć transportu kolcty, a w czasie jego trwania wydarzyło się więcej niż przez ostatni rok.

 

- To wszystko staje się coraz bardziej dziwne. - zaczął Kumd. - Teraz to już nic się nie składa. Mistrzowie obu Zakonów nie żyją, a w dodatku leci do nas delegacja Huttow, której po pierwsze nikt tu nie zapraszał, a po drugie jedynie przeklęty Radga byłbym nam w stanie wyjaśnić skąd wiedzą gdzie lecieć. - Kumd był mocno poirytowany.

 

            Zebrani rozważali w głowach jego słowa, ale zgadzali się z nim w pełni. Wszystkim także przemknęła jedna i ta sama myśl. Czy aby na pewno Batien odszedł naturalnie? Czy może jednak ktoś mu pomógł. Nikt nie podzielił się tą myślą na forum publicznym.

            Pomieszczenie wypełniał dym fajki Bena i papierosów Retaxa. Trudno było powiedzieć ile ich już wypalił. Cisza była bardzo wymowna i wręcz przeszywająca wszystko w koło. Pół-Clawdite zaciągnął się mocno, potarł ręką czoło i pokręcił głową. Nic jednak nie powiedział. Każdy miał zawieszony wzrok w oddali. Z zamyślenia wyrwał wszystkich jednak odgłos komunikatora. Zapomnieli o delegacji.

 

- Tak? - odezwał się Kumd - już są?

- Co? - głos wydawał się zaskoczony - znaczy nie. To nie o to chodzi.

- To w takim razie co się stało?

- Mamy przekaz z Tatooine. Proszę o zgodę na transfer przekazu.

- Przekazu od kogo? - zainteresował się Retax.

- Przekaz pochodzi z naszej głównej stacji. Dostałam informację, że jest to jednak tylko przekierowanie z zewnętrznego źródła. Nie jesteśmy w tym momencie stwierdzić, gdzie jest ono ulokowane. Myślę, że za pięć-sześć minut będziemy znali koordynaty sygnału. Czy chcą jednak państwo, aby połączyć państwa już teraz?

 

            Spojrzeli po sobie, ale odpowiedź mogła być tylko jedna.

- Niech będzie.

 

Wszyscy znów skierowali oczy na ekran, lecz teraz nie dość, że nie wiedzieli, o czym będą rozmawiać, to nie wiedzieli nawet z kim. Projekcja zaczęła się krystalizować. Przed nimi ukazała się postać siedząca przy stole. Stół był dość duży i było wokół niego jeszcze kilka wolnych miejsc. Postać skierowała wzrok poza kamerę.

 

- Czy już? - odezwała się - Dobrze. - Odchrząknęła - Witam Panów. Miło mi jest was powitać. Cieszę się również z obecności przedstawicieli Wolnych Lotników.

 

            Na sali zapanowała dziwna atmosfera. Nikt nawet nie próbował ukryć zdziwienia Wszyscy znieruchomieli. Wszyscy zamarli z szeroko otwartymi oczami, które próbowały wyskoczyć z oczodołów. Wszyscy nie potrafili wydobyć z siebie choćby słowa.. No może prawie wszyscy. Batien zaciągnął się mocniej fajką. Dym wypełnił mu płuca, a oczy lekko się zaczerwieniły. Wypuścił powietrze ustami tworząc sporą chmurę przed sobą.

 

- Witam cię Gravity. O czym chciałaby z nami rozmawiać Najwyższa Rada Zmiennych?

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
husarek · dnia 18.04.2017 10:15 · Czytań: 117 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Gred
29/04/2017 07:35
Wiem, kaleczę ortografię i interpunkcję ale pracuję nad tym,… »
allaska
29/04/2017 06:48
Tekst o "trzepocie powiek i uniesieniach luster"… »
allaska
29/04/2017 06:28
Z przyjemnością do porannej kawy :) Fajny tekst, no... »
Zola111
29/04/2017 00:31
Ten wiersz przepadł w punktacji Zaśrodkowania, a szkoda.… »
Zola111
29/04/2017 00:13
Wielkie dzięki za tłumaczenie Wertyńskiego. To bardzo udane… »
Skorek80
29/04/2017 00:08
Trafiłeś w samo sedno! Rzeczywiście, przyszło nam żyć w… »
Nalka31
29/04/2017 00:03
Zolu bardzo dziękuję za ponowną bytność pod wierszem Właśnie… »
Zola111
28/04/2017 23:58
Nalko, poprawki bardzo się przydały. Bardzo mi się… »
inaus
28/04/2017 23:56
Forma dość niezgrabna jak dla mnie, niedopracowana.… »
Skorek80
28/04/2017 23:48
Bardzo dobry tekst! Twórczość Orwella to oczywiście temat -… »
Zola111
28/04/2017 23:46
Pamiętam Twoje niedotyki, bosski. I cieszę się z Twojego… »
Nalka31
28/04/2017 23:39
Uleńko, bardzo miło widzieć Cię pod wierszydłem. Tak masz… »
Zola111
28/04/2017 23:39
Intro, urzekł mnie ten tekst w Zaśrodkowaniu. Twoje… »
Zola111
28/04/2017 23:33
Jakoś wydaje mi się zbędny ostatni wers. tutaj dałabym… »
Zola111
28/04/2017 23:16
Szkoda, że nie odpowiadasz na komentarze. Twoje teksty są… »
ShoutBox
  • Nalka31
  • 28/04/2017 23:42
  • Z racji deszczów, to i ja coś słonecznego mam dla Was. :D [link]
  • mike17
  • 28/04/2017 22:46
  • Ponieważ męczą nas wciąż deszcze, proponuję wesołą, słoneczną muzę w wykonaniu bogów gitary, zawsze przyjemniej i jakby odrobinę mniej mokro : [link]
  • mike17
  • 28/04/2017 20:38
  • Na ten wieczór polecam bogów rock'n'rollowej gitary, która nigdy się nie zestarzeje : [link]
  • allaska
  • 28/04/2017 19:55
  • Ja słucham :)
  • Krzysztof Konrad
  • 28/04/2017 16:40
  • Uwielbiam. Utwór jest skomponowany idealnie. Tak idealnie, że jego zależności matematyczne w zapisie nutowym definiuje ciąg Fibonacciego :)
Ostatnio widziani
Gości online:42
Najnowszy:Bristoaq2s