Małe zmartwychwstanie - tsole
Proza » Obyczajowe » Małe zmartwychwstanie
A A A

- Nie mogę.

Zaciągnęła się mocno. Żar na czubku papierosa rozbłysnął gwałtow­nie, sięgając bibułki filtra.

– Nie chcesz.

– Może i nie chcę. Jakoś nie czuję, że powinnam.

– Zrozum. To nasza jedyna szansa. Myślisz, że mnie było łatwo. A jednak powiedziałem ci wszystko.

Uśmiechnęła się, lecz było to jak grymas bólu.

– Tak, powiedziałeś. Chyba ci nawet uwierzyłam, choć to też nie było łatwe... wiesz, nie sądziłam, że są jeszcze tacy mężczyźni...

– Jacy?

– No, tacy jak ty. Tacy... – przerwała, jakby w obawie, że może go dotknąć. Wyczuł to.

– Świętoszkowaci?

– Nie chciałam być złośliwa.

Spochmurniał.

– Myślisz, że powinienem się wstydzić?

– Nie, skądże! – zaprotestowała gwałtownie. – Ale nie triumfuj, że mi wszystko o sobie opowiedziałeś. Z taką przeszłością można się swobodnie afiszować.

– Nie było to moim zamiarem – mruknął, dusząc niedopałek papie­rosa z jakąś mściwą stanowczością.

– Och, wiem! – ukryła twarz w dłoniach. – Nic mi nie wychodzi – wyszeptała po chwili. Zza palców wyzierały oczy pełne smutnej despe­racji. – Przyjechałam dziś, żeby ci powiedzieć. Tylko po to. A teraz – dłonie zsunęły się z policzków, by zawrzeć krótki rozejm pod brodą – teraz nie umiem. Boję się. Jeszcze miesiąc temu potrafiłabym, ale dziś? Gdy wiem już, co czuję do ciebie? Przecież nie będziesz chciał mnie znać, gdy powiem.

– Czemu tak sądzisz?

– Bo byłam złą kobietą. Moja przeszłość będzie dla ciebie szokująca. Przecież jesteś „świętoszkowaty”.

– Więc dobrze. Zmieniam zeznania. Byłem cyniczny i podstępny. Miałem ponad dwa tuziny kobiet. Ich zdobywanie stanowiło jedyną fascy­nację mojego życia. Łamałem serca jak zapałki, kpiłem sobie z uczuć... czy to wystarczy?

Milczała, wpatrując się w żałosny kikut zwiędłego kwiatka wyzierający z niemym wyrzutem z fajansowego wazonika. Zrezygnowanym ruchem sięgnęła po kolejnego papierosa.

– Czy tak zawsze musi być? – myślał, pstrykając bez skutku sfaty­gowaną zapalniczką. – Czy przy każdym spotkaniu musimy obwąchiwać się jak dwa nieznajome psy? A gdy wreszcie dochodzi do jako takiego zmniejszenia dystansu, zostaje kwadrans do odjazdu pociągu.

– Nie żartuj z tych rzeczy. Nie wolno – powiedziała z pełną smutku powagą.

– Przepraszam.

Znów milczeli. Kelnerka w chabrowym fartuszku zbliżyła się do nich, widząc puste szklanki, lecz zawróciła, jakby onieśmielona małą oazą mil­czenia wśród kawiarnianego gwaru.

– Powiedz mi. Jeszcze raz mi powiedz, proszę cię – odezwała się, podnosząc oczy, w których nadal panował bezradny smutek. – Mówiłeś już tyle razy, wiem, ale powtórz jeszcze raz.

– Co?

– Czemu tak koniecznie musisz znać moją przeszłość.

– To mniej istotne, tłumaczyłem ci przecież. Ważny jest sam fakt twojego wyznania.

– Jak na spowiedzi?

– Właśnie.

– Ależ byłam u spowiedzi. Żałowałam do granic rozpaczy. Nie bę­dziesz umiał tego zrozumieć, bo nie masz podobnych doświadczeń. Więc dlaczego musisz rozdrapywać tę moją ranę? Jestem teraz inną kobietą. Tak inną, że czasem sama z trudem się rozpoznaję. Czy to nie wystarczy?

– Podczas ostatniego spotkania powiedziałaś, że zmieniłaś swoje ży­cie, bo czułaś pustkę. Przebywałaś wśród ludzi, ale nie z nimi. Jakoś obok nich. Że marzyłaś, nadal marzysz o spotkaniu z drugim człowiekiem. Spo­tkaniu do końca prawdziwym. Powiedziałaś też, że chyba już dorosłaś do takiego spotkania.

– I że jesteś moją szansą.

– Tak. Rozumiem stąd, że tym „drugim człowiekiem” mam być ja. Czy się mylę?

– Nie.

– Zatem powiedz mi, proszę, cóż to według ciebie znaczy: spotkać się z drugim człowiekiem? Tak naprawdę, tak do końca?

Zastanawiała się. Przez chwilę jakby zelżało w niej bolesne napięcie obecne od chwili, gdy ją dojrzał na peronie.

– Zaufanie. Myślę, że chodzi o zaufanie.

– Tak, chodzi o zaufanie. O bezgraniczną wiarę w to, że cokolwiek by się wydarzyło, ten „drugi człowiek” będzie przy mnie...

– Próbowałeś już kiedyś?

Patrzyła na niego z napięciem.

– Owszem – spuścił oczy w obawie, że mogą zdradzić ból.

– I co?

– Nic. Klapa. Lecz nadal wierzę, że to jedyna droga.

– Dokąd?

– Do chrześcijaństwa.

– Jesteś przecież chrześcijaninem.

– Staję się nim. Chrześcijaństwo, jak ja je pojmuję, jest stawaniem się. Wędrówką ku horyzontom, jakie nakreśla Ewangelia.

Zamyśliła się. Jej wzrok muskał bezwiednie drewniane kinkiety. Zaku­rzone żarówki z trudem nasycały światłem pełną dymu przestrzeń.

– Więc nie masz żadnych... hm... doświadczalnych dowodów?

– Nie. Mam tylko zaufanie do chrześcijaństwa.

– Może przynajmniej słyszałeś... od kogoś...

– Owszem. Jest też literatura. Można to i owo znaleźć. Ale to zawsze będzie tylko literatura. Doświadczenia cudze, gdy tutaj, jak mało gdzie, liczą się własne.

Potrząsnęła głową. Wargi wykonały kilka nerwowych skurczów, jak przy żarliwie szeptanej modlitwie. Wreszcie spojrzała na niego błagal­nie.

– Boję się. Boję się, że odejdziesz, gdy powiem. A jeśli nawet nie odejdziesz – będziesz udawał. Na przykład z litości lub w obawie przed utratą twarzy. Boję się twojej reakcji. Boję się mojej reakcji. Może będę musiała sama odejść. Nie wiem. Boję się.

Popatrzył na nią z tkliwością. Tak dobrze ją rozumiał.

– Podzielam twoje obawy. Sam chciałbym znać swoją reakcję. Pozo­staje ci tylko ufać. Ufać, że zostanę i nie będę udawał, bo jestem już na tyle chrześcijaninem. Ufać, że nie będziesz musiała odejść, bo jesteś już na tyle chrześcijanką.

– Mimo wszystko nadal nie rozumiem, dlaczego należy odkrywać swoją przeszłość. Czy nie można jej zamknąć, odciąć, rozpocząć nowe życie bez niej?

– Nie można. Życie człowieka jest jak ślad cząstki w komorze Wil­sona. Czas płynie w jednym kierunku. Zdarzeń, które zaszły, już nie usu­niemy bez względu na to czy mają one stygmat dobra, czy zła. Jeśli chcesz być inna, musisz oglądać się za siebie, choćby po to by pamiętać, jaką nie chcesz być.

– Wiem o tym. Niczego nie będę wymazywać z pa­mięci, to zresztą niemożliwe. Ale po cóż moja przeszłość – tobie?

Uśmiechnął się. Pytanie to wróciło, jak echo dotychczasowych spot­kań.

– W mojej świadomości jest twój obraz, projekcja. Ukrywanie siebie przede mną jest powodowane chęcią, uświadomioną lub nie, by ta projek­cja była inna od ciebie samej. Nieważne: gorsza, lepsza. Inna. Niepraw­dziwa. W przestrzeni naszego spotkania ukazała się rysa. Stoimy po obu jej stronach. Może nawet jej nie dostrzegamy. Ale ona jest. I będzie się powiększać, ulegając z czasem erozji. Kiedy wreszcie ją zauważymy, może być dość szeroka, by nasze wyciągnięte ku sobie ręce nie dosięgły się...

– Rozumiem. Nie mów już więcej. Daj mi chwilę czasu. Czuję się tak, jakbym miała za moment wyskoczyć z samolotu.

– A ja nie mogę nawet dać ci gwarancji, że spadochron zadziała.

Za oknem spadły pierwsze krople wiosennego deszczu.

– Nie sądziłam, że to może być tak trudne.

– Co?

– Zaufanie.

– Bóg powołał nas do trudnych rzeczy. Trudnych, lecz wielkich. Bo właśnie trud tworzenia jest miarą wielkości. Trudno namalować piękny obraz. Łatwo go zniszczyć. Trudno zbudować most. Łatwo go zburzyć. Trudno, najtrudniej budować mosty łączące ludzi. Ale ten trud rodzi piękno i dobro. Łatwość niesie często zło i szpetotę.

Zamilkł, widząc, że słucha go z roztargnieniem. Wargi na powrót roz­poczęły modlitewną pantomimę. Podniosła nagle głowę. W spojrzeniu było wołanie o pomoc, której nie mógł dać. Wezbrała w nim złość na siebie.

– Łatwo ci głosić homilie – pomyślał – znacznie trudniej wyciągać zachęcająco dłoń, pomóc zrobić ten pierwszy, najtrudniejszy krok.

Złość niepostrzeżenie ustąpiła miejsca smutkowi.

– Każdy z nas jest małą czarną dziurą – myślał z goryczą. – Czy można spotkać się do końca, skoro zawsze znajdą się momenty, w których człowiek staje samotny wobec wyboru? Ale przecież – replikował – gdyby takich momentów nie było, gdzie zostałoby miejsce na wolność?

Krople deszczu walczyły wściekle z cynkowaną blachą parapetu.

– Dobrze.

Zerknął na nią, boleśnie oderwany od swych myśli. W jej determi­nacji było coś z mistycyzmu.

– Ale nie śmiej się ze mnie. Wyznania nie są moją specjalnością, więc może wypaść niezdarnie.

Milczał pełen obawy, że jednym nieostrożnym słowem, gestem może zepsuć wszystko.

– No cóż. Byłam bardzo złą kobietą. Ale chyba już to mówiłam.

– Tak.

Skarcił się w myślach, bo zabrzmiało to niemal jak ironia. Ona jednak nie zareagowała, zwrócona teraz ku sobie.

– Miałam wielu mężczyzn, robiłam z nimi, co chciałam... – za­śmiała się nerwowo, nienaturalnie. – Przepraszam cię. Gdy nie panuję nad sobą, zostaje mi tylko taki głupi śmiech, No więc... – Spojrzała na niego bezradnie zbita z tropu brakiem jakiejkolwiek reakcji. Jak u spo­wiednika – pomyślała z irytacją. – Mógłby, cholera, troszeczkę pomóc.

– Co mam ci powiedzieć?

– Fakty. Przecież są jakieś fakty. Zrzuć to z siebie.

– Fakty. Fakty – powtarzała w zamyśleniu. Nagle zesztywniała jak drapieżnik przed skokiem. Instynktownie wyczuł to.

– A więc fakty są takie: dwa razy zaszłam w ciążę i dwa razy ją usunęłam.

Słowa te spadły na niego znienacka. Nie zdążył się przygotować, zasło­nić. Czuł jakieś bolesne wirowanie, choć kawiarniany świat stał przecież w miejscu. Niespodzianie gdzieś z zakamarków pamięci wyłonił się obraz zapłakanej siostry mówiącej: „Mama umarła”. W ślad za nim wypełzła rozpacz, bezgraniczna, przekraczająca granice dziecięcego światka, gdzie reagowanie buntem, własną niezgodą na zło uderzające z zewnątrz jest oczywistością; wynika z praw dziecięcej logiki, praw dopu­szcza­jących możliwość wymazania zaistniałych już zdarzeń w sposób podobny ścieraniu brzydkiego kleksa w zeszycie...

– Nie, to nie mogło się zdarzyć – myślał desperacko, zupełnie jak wtedy, gdy wpatrzony w nieruchomą, woskową twarz matki ulegał klesz­czowym uściskom przerażenia. – Wszystko inne, ale nie to.

– Ale zdarzyło się – odpowiadało bezlitośnie dorosłe ja.

Strużki wiosennej ulewy pracowicie zlizywały zimny brud z okiennych szyb.

Spuścił wzrok pełen obaw, że ten zdemaskuje go, doniesie usłużnie, iż nie podołał. Po chwili jednak odważył się spojrzeć z poczuciem winy zło­dzieja: oddychała prędko. Niemal czuł emanującą od niej wściekłość.

– A teraz chodźmy już. Nie mam ochoty więcej rozmawiać.

Ukryła twarz. Wyciągnął ku niej dłoń.

– Daj mi rękę.

Jej palce znieruchomiały na moment. Potem na powrót rozpoczęły nie kontrolowany taniec po policzkach. Wydawało mu się, że z trudem powstrzymuje łkanie.

– Idź już. No idź. Chcę być sama.

– Daj mi rękę – powtórzył stanowczo pewien, że to właśnie jest jej potrzebne najbardziej. Zresztą jemu także. Wyciągnęła dłoń, lecz szybko ją cofnęła.

– Czemu tak patrzysz? Rozumiem. Nie widziałeś jeszcze mordercy z bliska? Więc dobrze, przyjrzyj się.

Delikatnie ujął drżące palce.

– Nie. Nie chcę litości. Zostaw mnie.

Uśmiechnął się, całkiem już opanowany.

– Litości? Nie jestem plastrem na rany. W mojej miłości nie ma miejsca na litość. W każdym razie nie na taką...

– Możesz jeszcze mówić o miłości? – spytała z niedowierzaniem. – Teraz?

– Mogę. Muszę.

Oswobodziła rękę, by sięgnąć po papierosa.

– Tak ci się wydaje. Wyjadę. Znów zaczną się bezwzględne dni rozłą­ki. Zostaniesz sam na sam z czasem. Więc zamkniesz całe moje wyznanie w tej swojej cholernej maszynce ścisłego umysłu, ułożysz program według wcześniej przygotowanego algorytmu, a on przeanalizuje wszystko chłod­no, bezlitośnie na wszelkie możliwe kombinacje. Znajdziesz...

– Znajdę też czas, by modlić się za ciebie – przerwał jej obceso­wo. – A wiesz, o co będę się modlił? Aby Bóg zesłał ci cierpienie. Je­stem brutalny, wiem. Może to nawet grzech tak się modlić. Ale będę. Czuję, że powinienem.

– Dziękuję ci – szepnęła ciepło. Spojrzał na nią zaskoczony. W oczach błąkał figlarny uśmieszek. Pierwszy raz dzisiaj – pomyślał, czując radosną ulgę.

– Wiesz? Ty jednak masz w sobie coś ze spowiednika.

– Czyżby?

– Tak. Nie wyobrażałam sobie, abym mogła komukolwiek powie­dzieć to, co przed chwilą wyznałam.

– Poza spowiednikiem.

– Właśnie – zamknęła oczy, jak gdyby chciała pełniej zanurzyć się we wspomnieniach. – To było okropnie trudne.

– Trudniejsze niż dziś?

– O, tak! Wtedy, po tej spowiedzi odkryłam na nowo płacz. Ksiądz, mały niepozorny człowieczek, w prostych słowach uświadomił mi, co właściwie zrobiłam. Nie oszczędzał mnie, ale równocześnie nie potępiał, nie ciskał gromów, czego się tak bardzo obawiałam. A przecież ta jego wyrozumiałość okazała się najgorsza: zbudziła wstyd, o którym sądziłam, że już dawno umarł we mnie... nie, po co ci to mówię. Tego się nie da opowiedzieć. Zwłaszcza, że musimy już wyjść, jeśli mam zdążyć na pociąg.

Chciał oponować, lecz spojrzawszy na zegarek, powstrzymał się.

***

Ulica przywitała ich czystym, wilgotnym od deszczu powietrzem. Chło­nęli je chciwie po wyjściu z kawiarnianych oparów. Milczeli, idąc śpiesz­nie. Nie patrzył na nią, zaabsorbowany zmartwieniem, czy uda się złapać taksówkę. Czuł jednak jej ukradkowe, pełne napięcia spojrzenia.

– Odprowadzisz mnie? – spytała nagle. – Pokręcił głową.

– Nie. Muszę iść tam – wskazał na gotyckie ostrze wieży kościelnej górujące nad kamieniczkami Starego Miasta. – Wybacz mi – dodał niezręcznie, widząc jej zasępioną minę. – To ważne. Dla mnie i dla cie­bie.

Uśmiechnęła się z przymusem. Znów milczeli, z trudem przedzierając się przez gąszcz przechodniów. Poszarpane obłoki goniły po nieboskłonie jak stado wychudzonych wilków.

– Bogumiła – powiedział w zamyśleniu.

– Słucham? – odezwała się natychmiast, wciąż pełna napięcia. Spoj­rzał na nią jakby rozbudzony.

– Nie, nic. Pomyślałem, że już dorosłaś do swego imienia.

Przytuliła się krótko, gwałtownie.

Ku jego zdziwieniu taksówka znalazła się. Szybko rosnąca między nimi przestrzeń bez skrupułów zrywała nici ostatnich, pełnych bolesnego napię­cia spojrzeń.

***

Siedział wtopiony w mrok kościoła, ukrywszy twarz w dłoniach. Przez palce jak przez więzienne kraty jaśniała plama kamiennej posadzki, na której czas swym pajęczym zwyczajem wyrzeźbił siateczkę pęknięć.

Przyszedł tu z nadzieją, że świątynna cisza, przerywana z rzadka in­tymnym szeptem butów, osłabi ciśnienie zdarzeń zgromadzonych przez ostatnie godziny. Tymczasem, jakby zachęcony pa­nu­ją­cymi ciemnościami wypełzł gdzieś z zakamarków świadomości ból. Napełniał go powoli, lecz z bezlitosną systematycz­nością. Paraliżował roz­pędzone myśli. Przyniósł też echo buntu z tamtej chwili, buntu mającego swe źródło w dziecinnym świecie, a teraz rodzącego jedynie żal.

Powiódł wzrok ku wizerunkowi Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, lecz nie znalazł go: obraz skrył się za białą wstęgą prześcieradła stano­wiącą tło dla krzyża raniącego oczy chropawą fakturą surowych desek. Spojrzenie zsuwało się bezradnie w dół, lądując w lesie doniczkowych kwiatów. Leżał tam martwy Chrystus. Chybotliwe światło świec lizało odchyloną do tyłu głowę, błądziło po gipsowej twarzy, na której zastygło cierpienie.

Skulił się i drżał, jak mały, zeschły listek oczekujący w pełnym deter­minacji przytuleniu do gałęzi–rodzicielki na nieuchronny atak zimowej wichury.

Gdzieś z tyłu doszedł odgłos miarowego człapania; machinalnie rozpo­znał chód kościelnego. Nie omylił się: niebawem staruszek, jak zwykle zgarbiony, przeszedł obok, dźwigając figurkę Chrystusa Zmartwychwstałe­go. Widać odświeżał ją przed jutrzejszą rezurekcją.

Patrzył, jak świątynny mrok pochłania tę osobliwą, miniaturową proce­sję, myśląc o świadkach Zmartwychwstania. O tym, jak zdyszani, pełni ra­dosnego zdumienia stali naprzeciw pustego Grobu.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
tsole · dnia 20.04.2017 09:46 · Czytań: 139 · Średnia ocena: 4,67 · Komentarzy: 18
Komentarze
JOLA S. dnia 20.04.2017 10:24 Ocena: Świetne!
Tsole,

czytałam dwa razy. Podobało się.
Tekst nie należy do łatwych. Dopracowany, przemyślany, wręcz idealny.
Ale..

Czuję niedosyt!
Opowiadanie strzela emocjonalnego kopniaka i zapewne wryje się w pamięć na długi czas, ale zirytowałeś mnie zakończeniem. Wynika z Twojej przekory Autorze, nie spodziewałam się takiego, lubisz zaskakiwać, pogrywasz z Czytelnikiem, jesteś w tym wirtuozem :) Wyższa szkoła jazdy, wiem, wiem....
Pozdrawiam serdecznie i znikam, pozostawiając uznanie i najwyższą ocenę
Nic tu po mnie ;)

JOLA S.
tsole dnia 20.04.2017 10:38
Dzięki Jolu za wizytę i komentarz. Opowiadanie nie jest nowe i od samego początku wzbudzało kontrowersje. Fundamentaliści religijni uważali że jest nierealistyczne, bo kobieta po takich przejściach nie jest w stanie podnieść się z upadku, z kolei liberalni postępowcy byli oburzeni na bohatera za grilowanie nieszczęsnej kobiety (która koniec końców nic takiego złego - wedle niektórych - nie zrobiła). Tymczasem opowiadanie jest o tym, że primo: bez prawdy nie ma wspólnoty, secundo: nie ma takiego grzechu z którego nie da się wygrzebać - i to jest przesłanie naczelne, wzmocnione tytułem, który dość łopatologicznie został zilustrowany końcówką, tak że nie wiem co Cię tak w niej zirytowało. Więc nie pisz "nic tu po mnie" - przeciwnie - wróć i wyjaśnij to :)
Pozdrawiam ciepło (przekornie wobec aury), TSOLE
JOLA S. dnia 20.04.2017 11:37 Ocena: Świetne!
Tadeuszu,
wracam, ale to wcale nie znaczy, że jestem posłuszna, wręcz odwrotnie ;) Poruszanie spraw kontrowersyjnych wzbogaca literaturę, lecz nie mogą one być pokazane z jednego punktu widzenia, w Twoim tekście wszystko jest jednoznaczne. To w pewnym sensie ilustracja Twoich poglądów człowieka światłego, bardzo wierzącego" - wierzę, że Bóg jest. I w tym ostatnim się nie różnimy, ale to wcale nie jest jednoznaczne, tożsame z moimi poglądami. Wcale nie uważam, że bohaterka wymaga rozgrzeszenia, ani małego, ani dużego, a na pewno nie tu na ziemi. W swojej ocenie ludzi i ich życia zawsze byłam daleko od jakichkolwiek osądów. Uważam, że nie mam do tego prawa.
W moich marnych opowiadaniach staram się zostawiać Czytelnikowi pole do własnych przemyśleń. Miałam nadzieję, że wymyślisz inne zakończenie, ale nie Ty spinasz historię "swoją" klamrą.
Jest ono napisane perfekcyjnie, doskonały warsztat, ale nic dziwnego,że wzbudziło kontrowersje, we mnie też się krew burzy. Nie uważam Twojej bohaterki za kobietę upadłą i nie wiem z czego ma się podnosić. Każda kobieta po aborcji przeżywa traumę, tak jest nawet jak się do tego nie przyznaje. Jako osoba wierząca nie wchodziłabym na ten grząski grunt i na pewno nie zaczynałabym rozmowy od nazwania aborcji grzechem, to nie tak. Nie będę rozwijać tego tematu, bo PP to nie miejsce, a pora też nie stosowna, a sam temat wydaje mi się rzeką bez końca...

Nie wiem, czy Cię satysfakcjonuje moja odpowiedź, ale sam mnie do niej wywołałeś.

Serdeczności,
JOLA S.
tsole dnia 20.04.2017 12:04
Droga Jolu, piszesz że przeczytałaś dwa razy ale jak widać nieuważnie.
JOLA S. napisała:
Wcale nie uważam, że bohaterka wymaga rozgrzeszenia, ani małego, ani dużego, a na pewno nie tu na ziemi. W swojej ocenie ludzi i ich życia zawsze byłam daleko od jakichkolwiek osądów. Uważam, że nie mam do tego prawa.

Bohaterka wymagała rozgrzeszenia i je u spowiednika otrzymała:
Cytat:
Ależ byłam u spo­wie­dzi. Ża­ło­wa­łam do gra­nic roz­pa­czy.

Wolno Ci mieć poglądy inne, ale w KRK wierzymy w sakrament pojednania, którego kluczowym elementem jest rozgrzeszenie udzielane przez Boga mocą urzędu kapłańskiego.
Co do osądów, to nikt w tym opowiadaniu nikogo nie osądza. Wręcz odwrotnie: chłopak mówi do dziewczyny: "Pomyślałem, że już dorosłaś do swego imienia." Pamiętasz jak miała na imię?
Inna sprawa, że bohaterka tego opowiadania sama się osądza - uważa, że była złą kobietą. Złą czyli upadłą. Sama uważa, że aborcja jest grzechem, zresztą jej chłopak także.

JOLA S. napisała:
staram się zostawiać Czytelnikowi pole do własnych przemyśleń

Ja też. Nie byłoby chyba tej Twojej reakcji, gdyby nie to że zostałaś sprowokowana do przemyśleń. :)

Nadal jednak nie rozumiem, co wkurzyło Cię w końcówce, bo wg mnie jest ona bardzo budująca.
Cytat:
Pa­trzył, jak świą­tyn­ny mrok po­chła­nia tę oso­bli­wą, mi­nia­tu­ro­wą proce­sję, my­śląc o świad­kach Zmar­twych­wsta­nia. O tym, jak zdy­sza­ni, pełni ra­dosnego zdu­mie­nia stali na­prze­ciw pu­ste­go Grobu.


Mówiąc łopatologicznie, bohater uświadamia sobie, że właśnie był świadkiem małego zmartwychwstania.
JOLA S. dnia 20.04.2017 13:47 Ocena: Świetne!
Drogi Tadeuszu,
imputujesz, że czytałam dwa razy i nic nadal nie rozumiem?;)
Chyba to Ty mnie nie zrozumiałeś, napisałam - Wcale nie uważam, że Twoja bohaterka wymaga rozgrzeszenia, ani małego, ani dużego, a na pewno nie tu na ziemi.
W ten sposób wyraziłam swoje i tylko swoje poglądy. Mówiąc, łopatologicznie ,gdybym przeprowadziła aborcję pozostawiłabym jej osąd tylko własnemu sumieniu i osądowi Boga, rozgrzeszenia nie szukałabym u urzędnika kościoła, na pewno nie tu na ziemi u ludzi. Nie traktuję jej jako grzech, nie rozpatruję jej w tej kategorii, dla mnie to zawsze dramatyczna decyzja. Czy to nie wystarczy? Może moja wiara jest niedoskonała.
Zwykle w usta swoich bohaterów wkładamy swoje przekonania i swój sposób postrzegania świata. Mówisz, że Ty chciałeś Czytelnika skłonić do przemyśleń, śmiem powiedzieć, że to nie jest prawdą, bo mu pokazujesz jedną, jedyną, Twoim zdaniem słuszną drogę, szczęście jakie można osiągnąć z rozgrzeszenia. Nazywasz to "małym Zmartwychwstaniem "
Wybacz, ale moje ostateczne pojednanie z Bogiem inaczej pojmuję.
" Żyj, tak byś nie musiał o nie prosić" - to moja maksyma.
Pozdrawiam :)
JOLA S.
tsole dnia 20.04.2017 14:08
No to istotnie nie zrozumieliśmy się. Myślałem że dyskutujemy nad opowiadaniem a nie nad Twoimi poglądami.

JOLA S. napisała:
bo mu pokazujesz jedną, jedyną, Twoim zdaniem słuszną drogę, szczęście jakie można osiągnąć z rozgrzeszenia. Nazywasz to "małym Zmartwychwstaniem "



Nic podobnego. Przesłaniem opowiadania jest, jeszcze raz przypomnę:
primo: bez prawdy nie ma wspólnoty,
secundo: nie ma takiego grzechu z którego nie da się wygrzebać.
A małym zmartwychwstaniem nazywam nie to, że dziewczyna uzyskała rozgrzeszenie, tylko to, że zdobyła się na odwagę wyznania chłopakowi, którego kochała i na którym jej zależało swojej niechlubnej przeszłości (niechlubnej w jej rzecz jasna ocenie) mimo wielkiego lęku, że może go stracić (na dodatek on jej wcale tego nie ułatwiał). Jest to więc rzecz o zaufaniu. Łatwo jest wyznać grzechy nieznajomemu kapłanowi, trochę trudniej komuś, na kim ci zależy. Tak przynajmniej uważam.
W dalszym ciągu jednak nie rozumiem, dlaczego akurat końcówka Cię zdenerwowała.
Serdeczności!
JOLA S. dnia 20.04.2017 15:13 Ocena: Świetne!
Tadeuszu,
zgadzam się bez zaufania, szczerości i prawdy nie można mówić o żadnej wspólnocie, przyjaźni etc. :)
Nie wiem, w takim razie co nazywasz Zmartwychwstaniem? Czy to że chłopak potrafił ją wysłuchać i jej wybaczyć? Doceniam jego wspaniałomyślność. :(
Ona "grzesznica" pojęła na czym polegało jej dotychczasowe życie, przyznała się mu i no i nareszcie będzie godna uczucia swojego chłopaka/ czy też zmartwychwstała?/ ...
I będą dalej żyli długo i szczęśliwie.

Mamy więc HAPPY END

Bardzo Cię lubię i cenię i myślę, że powinniśmy pozwolić innym żyć jak chcą.

Pozdrawiam cieplutko

JOLA S.
tsole dnia 20.04.2017 15:45
JOLA S. napisała:
Nie wiem, w takim razie co nazywasz Zmartwychwstaniem?


Napisałem to bardzo wyraźnie:
tsole napisał:
A małym zmartwychwstaniem nazywam nie to, że dziewczyna uzyskała rozgrzeszenie, tylko to, że zdobyła się na odwagę wyznania chłopakowi, którego kochała i na którym jej zależało swojej niechlubnej przeszłości (niechlubnej w jej rzecz jasna ocenie) mimo wielkiego lęku, że może go stracić (na dodatek on jej wcale tego nie ułatwiał).


JOLA S. napisała:
Ona "grzesznica" pojęła na czym polegało jej dotychczasowe życie, przyznała się mu i no i nareszcie będzie godna uczucia swojego chłopaka/


Mam nadzieję, że to nie jest ironizowanie, dlatego jeszcze raz sprostuję. Dziewczyna pojęła że podąża złą drogą już wcześniej.
Cytat:
Ża­ło­wa­łam do gra­nic roz­pa­czy.

I nie chodzi o to że "będzie godna". Tylko o to, że będzie wobec niego w porządku. To opowiadanie naprawdę jest mocno przemyślane Jolu. Zobacz w jakim kontekście ona decyduje się na wyznanie:
Cytat:
– W mojej świa­do­mo­ści jest twój obraz, pro­jek­cja. Ukry­wa­nie sie­bie przede mną jest po­wo­do­wa­ne chę­cią, uświa­do­mio­ną lub nie, by ta projek­cja była inna od cie­bie samej. Nie­waż­ne: gor­sza, lep­sza. Inna. Niepraw­dziwa. W prze­strze­ni na­sze­go spo­tka­nia uka­za­ła się rysa. Sto­imy po obu jej stro­nach. Może nawet jej nie do­strze­ga­my. Ale ona jest. I bę­dzie się po­więk­szać, ule­ga­jąc z cza­sem ero­zji. Kiedy wresz­cie ją za­uwa­ży­my, może być dość sze­ro­ka, by nasze wy­cią­gnię­te ku sobie ręce nie do­się­gły się...

Zastanów sie też nad tym, jaką rolę w opowiadaniu odgrywa deszcz.

JOLA S. napisała:
myślę, że powinniśmy pozwolić innym żyć jak chcą.

Ja też tak myślę. I myślę, że chłopak z tego opka też tak myśli :)

Z szacunkiem, autor :)
JOLA S. dnia 20.04.2017 17:02 Ocena: Świetne!
Tadeuszu,

Jan Paweł II, napisał:


Cierpienie jest i pozostanie tajemnicą, do której należy
zbliżać się z pokorą i miłością.
„Cierpienie ludzkie budzi współczucie, budzi
także szacunek – na swój sposób onieśmiela. Zawiera się w nim bowiem wielkość
swoistej tajemnicy. Ten więc szczególny szacunek dla każdego ludzkiego
cierpienia wypada złożyć u początku wszystkiego tego co zostaje powiedziane o
tym wymiarze ludzkiego życia ".

Z szacunkiem :) :) :)
JOLA S.
tsole dnia 20.04.2017 17:32
O, ciekawe, że tego samego cytatu użyłem w polemice pod tym tekstem zamieszczonym na FL. Jako kontrargument na tezę, że cierpienie jest niszczącym złem. Polemista był po prostu zgorszony zapowiedzią chłopaka, że będzie się modlił o cierpienie dla dziewczyny. Cóż, w świecie szalejącego hedonizmu cierpienie nie ma dobrej prasy. :)
Serdecznie pozdrawiam, TS
JOLA S. dnia 20.04.2017 17:59 Ocena: Świetne!
Tadeuszu,

na temat cierpienia i stosunku ludzi do niego mamy to samo zdanie. W odpowiedzi na komentarz do mojego opka " Ból nie jedno ma imię " użyłam:

" Nie bójmy się mówić o bólu, jest on prawdziwy jak wszystko inne."

Obcowałam z nim, w czasie mojej pracy w hospicjum, czy wiem jak mamy się z nim obchodzić, do końca chyba nie, wciąż szukam drogowskazu.

Pozdrawiam :) :) :)

Jola
tsole dnia 20.04.2017 18:01
Cieszę się, że jednak nie wszystko nas różni (a najbardziej to chyba różni nas płeć) :)
W takim razie męskie pozdro!
T.
Dobra Cobra dnia 22.04.2017 21:24 Ocena: Bardzo dobre
Wysmakowana sprawa, panie tsole.

Trochę trąci młodzieńczą niepewnością tutaj, zatem to ludzie niedojrzali, których obecnie mnóstwo w nowoczesnym świecie. W sumie myślałem, że kobitka zrobiła cos gorszego, np przylożyła matuli mokry ręcznik na twarz, gdy ta spala. A tu wątek aborcyjny. I okej. W ferworze walki politycznej o umysły prawdziwych wyborców sprawa ta dzieli, o co rzadzacym chodzi. Najsmutniejsze, ze kobieta jest najmniej wazna w tym procesie.

I tu katolicyzm strzela sobie w nogę.

No dobra, ale panna mu powiedziała, a on nawet chce zrozumieć. I pomóc. Ocalić miłość. Rozumiem te zawiłości, bo czasem człek w przyplywie dobroci chce czynic dobro tam, gdzie się nie da. Bo jest zbyt pozno. I zawsze kiedys pojawi sie Powracająca fala.


Wnioski: trzeba zachowywać się odpowiedzialnie, umieć oddzielac emocje od rozsądku, bo wydaje sie, ze po to zostalismy obdarzeni umysłem. Jednak meżczyźni kłamią, by bzykac kobiety, a te ulegaja, gdyż w kłamstwo wierzą.

I cóż powiedziec na taki dyktat?


Pozdrawiam uprzejmie, dziękując za tak dobrą opowieśc,

DoCo
tsole dnia 22.04.2017 22:12
Dzięki Cobro za wizytę i ciekawy komentarz. Jakem już rzekł wyżej w dyskusji, opowiadanie wzbudziło żywe kontrowersje. A jest ono stare - w czasach gdy powstało wielu z tutejszych bywalców nie było jeszcze na świecie. Wtedy problem aborcyjny nie był paliwem politycznym a i problem bzykania wyglądał troszkę inaczej.

Masz rację, trzeba zachowywać się odpowiedzialnie, także w sprawach bzykania. Jeśli się bzyknęło i stworzyło nowe życie, obie strony powinny tę odpowiedzialność podjąć. I nie jest to kwestia ani rozsądku ani emocji tylko sumienia.
Ale w tym opowiadaniu aborcja jest tylko artefaktem. Jednak jej mocno zróżnicowana pozycja jaką zajmuje w ludzkich sumieniach sprawia, że wpycha się na pierwszy plan. I myślę, że stąd te kontrowersje.
Pozdrawiam serdecznie, tsole
Dobra Cobra dnia 23.04.2017 10:02 Ocena: Bardzo dobre
Mądrze prawisz, tsole.

Odpowiedzialności coraz mniej. Przestajemy się szanować, jako ludzie. Ale cusz.... takie czasy.


Ukłony,

DoCo
Aronia23 dnia 23.04.2017 15:15 Ocena: Świetne!
tsole, Ty umiesz ładnie, elegancko wyrażać swoje myśli. To umiejętność, której większość ludzi nigdy nie będzie miała. Jakże słowa z tego akapitu są bliskie:
"Przyszedł tu z nadzieją, że świątynna cisza, przerywana z rzadka intymnym szeptem butów, osłabi ciśnienie zdarzeń zgromadzonych przez ostatnie godziny. Tymczasem, jakby zachęcony panującymi ciemnościami wypełzł gdzieś z zakamarków świadomości ból" Te, akurat dotykają "rzeczy". Życia i odpowiedzialności. Cóż może dać człowiekowi, skalanym grzechem, jak nie Kościół? Jednak tutaj jest inaczej. Zło wlecze się za bohaterami opowieści jak zapach strachu, tak właśnie, strachu. Człowiek to żywa, czująca istota- skąd np. mamy wiedzieć, że te niedonoszone dzieci zostaną zbawione, wszak ich obecności nikt, oprócz matki, nie doświadczył. Dante w swej książce - poemacie, nakreśla różne formy piekieł - w jednej z nich można dostrzec istoty nienarodzone. Straszliwe to jest i okrutne, fragment pokazuje, jak niedorzajrzyłymi jesteśmy:

Wiesz? Ty jednak masz w sobie coś ze spowiednika.

– Czyżby?

– Tak. Nie wyobrażałam sobie, abym mogła komukolwiek powiedzieć to, co przed chwilą wyznałam.

– Poza spowiednikiem.

– Właśnie – zamknęła oczy, jak gdyby chciała pełniej zanurzyć się we wspomnieniach. – To było okropnie trudne.

– Trudniejsze niż dziś?

– O, tak! Wtedy, po tej spowiedzi odkryłam na nowo płacz. Ksiądz, mały niepozorny człowieczek, w prostych słowach uświadomił mi, co właściwie zrobiłam. Nie oszczędzał mnie, ale równocześnie nie potępiał, nie ciskał gromów, czego się tak bardzo obawiałam. A przecież ta jego wyrozumiałość okazała się najgorsza: zbudziła wstyd, o którym sądziłam, że już dawno umarł we mnie... nie, po co ci to mówię."

Jest taka baśń Andersena "Opowiadanie o matce'. Tam jest kobieta, której umarło dziecko. Chce ona je odzyskać, zawrócić tym samym, ułożony przez Boga cykl zdarzeń. Nie można tak zrobić, nie można ingerować w działania Istoty Wyższej - ona nas nie zabije od razu, lecz będziemy umierać za życia na Ziemi. Tzn. takie ja mam przekonanie, mówisz też w swej opowieści o emocjonalnym dojrzewaniu. To jest b. trudne zagadnienie. Jesteśmy ułomni, ale mamy tzw. sumienie, z nim nikt nie wygra, no może ludzie chorzy psychicznie (nie wszyscy). Poruszył mnie tekst, poruszyła katedra - kunszt tworzenia dla Boga. W katedrach nikt, nigdy nie zostawiał żadnego znaku, że budował to cudo, nikt. Taka zasada, a przestrzegano zasad. dziś jest inaczej. Ludziki zaczęły się bawić w Boga. To dla mnie okrucieństwo, obu stron. A i jeszcze coś - w "Torze" mowa jest o Golemie, ileż to razy w opowieściach pojawiał się ten temat, np. dr Frankenstein. Te opowieści kończą się źle, bo zmartwychwstanie jest domeną Boga, który, np. wskrzesił Łazarza. O jeszcze bym popisała, ale na razie, wybiegam z katedry, współczując wszystkim, których tu umieściłeś. A23
tsole dnia 23.04.2017 16:40
Aronio, jakże cieszę się z tego komentarza! Nic tak nie boli twórcy jak obojętność wobec jego dzieła. Nic tak nie raduje, jak odzew, zwłaszcza jeśli świadczy on o tym, ze owo dzieło zainspirowało do własnych refleksji - tak bogatych jak Twoje.
Dla takich reakcji warto pisać.
Bardzo dziękuję i serdecznie pozdrawiam :)
tsole
Aronia23 dnia 23.04.2017 17:32 Ocena: Świetne!
tsole, piękny tekst i tak ważny. Wiesz, dał mi trochę nadziei, którą zaczynam tracić. Bo i z pisaniem mam kłopot. No to dramat jest, po prostu. Popatrz o utworach innych Osób potrafię pisać. Mogłabym w nieskończoność, a sama głupoty wypisuję. O, i jeszcze coś - "podglądam" sposób wprowadzasz dialogi, ja mam z tym kłopot. Jeszcze Jagi utwory mnie tego uczą."

No, to tyle, bo mnie zjedzą motyle" ale to głupawe powiedzonko, ale z moich dziecinnych lat. Pięknie dziękuję.
"
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Aronia23
27/04/2017 00:14
Witam APE, widać, że lubisz naturę. dbasz o nią, choć… »
introwerka
27/04/2017 00:11
Lilu, bardzo mi miło :) Cieszę się bardzo z Twoich… »
introwerka
27/04/2017 00:08
Tak, to bardzo wzruszający wiersz. Poza tym, o czym… »
maak
27/04/2017 00:06
Może tęsknoty ojca zostaną kiedyś spełnione przez syna. Może… »
maak
26/04/2017 23:53
Udana codzienność jest przepiękna. Jak ten wiersz. Maak… »
introwerka
26/04/2017 23:48
Dla mnie to przede wszystkim wiersz o zwyczajności bez… »
maak
26/04/2017 23:26
Niczyja i DoCo, odpięknie się odciociacie za chwilkę, że nie… »
Niczyja
26/04/2017 23:08
Cześć Michale, Dziękuję za rozbudowany i mądry komentarz:)»
Niczyja
26/04/2017 22:46
DoCo, nie pytam o męskie "balony", nie chcę… »
Lilah
26/04/2017 22:35
Nalko, ja starałam się tylko pokazać Ci, że z rytmem coś… »
Nalka31
26/04/2017 22:29
Kamyczku ten wiersz był jednym z moich faworytów, na którego… »
Nalka31
26/04/2017 22:18
Lilu bardzo dziękuję za wglądnięcie pod wierszydło i… »
Lilah
26/04/2017 21:35
Mike, tyle ciepłych słów mi podarowałeś, że aż się… »
Lilah
26/04/2017 21:24
Ładnie, Naleczko, ale rytm w niektórych miejscach kuleje… »
Niczyja
26/04/2017 21:21
Dziękuję i cieszę się, Lilah:) »
ShoutBox
  • Aronia23
  • 27/04/2017 00:15
  • Maurycy dziękuję :)))
  • Niczyja
  • 26/04/2017 22:48
  • Jak bum cyk-cyk, nie słyszałam:)
  • allaska
  • 26/04/2017 22:44
  • Napisałam kiedyś "felieton" o skandalistach prawdziwych z talentem takich jak van Gogh, E. Winehouse i fałszywych mniej utalentowanych, to tak mnie się przypomniało
  • allaska
  • 26/04/2017 22:41
  • To postać fikcyjna, no nie wierzę, że nie słyszałaś :)
  • Niczyja
  • 26/04/2017 22:38
  • Nie znam Quasimodo, a van Gogha uwielbiam i szanuję za jego wybory.
  • allaska
  • 26/04/2017 22:34
  • Niczyja, nie zawsze piękno idzie w parze z radością, dla mnie np: piękny jest "smutek" van Gogha. kiedyś moja znajoma powiedziała, że w brzydocie jest piękno. Cośw tym jest. Qausimodo miałpiękną duszę
  • Niczyja
  • 26/04/2017 22:08
  • Zmieściło się jeszcze i to smutne piękno... Dziękuję.
  • allaska
  • 26/04/2017 21:30
  • Może jakiś bonus znajdę w pamięci... [link]
  • allaska
  • 26/04/2017 21:26
  • Cieszę się Niczyja:)
Ostatnio widziani
Gości online:29
Najnowszy:FiciakA23