Ze zwichniętym skrzydłem - cz.1 - JOLA S.
Proza » Obyczajowe » Ze zwichniętym skrzydłem - cz.1
A A A

Lepiej było wziąć taksówkę, od godziny beznadziejnie kręcę się w kółko. Jest lipiec, środek lata, a Vernazza wygląda jak wymarła, wokół ani żywej duszy. Miasteczko jest jeszcze zaspane, w powietrzu unosi się zapach nagrzanej snem pościeli, nawet bezpańskie psy wylegały dużo później ze swoich kryjówek, na żebraczą tułaczkę. Pastelowe kamieniczki są nieco zniszczone przez silne, wilgotne, morskie wiatry. Na niektórych odpada elewacja, co nie odbiera miasteczku uroku. W oknach widnieją jednakowe, ciemnozielone okiennice, w większości są zamknięte. Za ostrym zakrętem niespodziewanie pojawia się motocyklista bez kasku, macham rozpaczliwie, krzyczę by się zatrzymał. Nic z tego, wzrusza ramionami, mija mnie bez słowa, spluwa na asfalt i znika za rogiem. No, tak nie zna angielskiego. Mogłam się domyśleć, jestem we Włoszech. Co mnie podkusiło? Trudno, czasami wyczuć, co mi chodzi po głowie, zawsze miałam szalone pomysły. Przejechać taki szmat drogi dla jednego obrazu! Dostajesz list, zaczarowany prostokąt papieru, który rozerwany gna cię na drugi koniec świata. Tak już mam i nic na to już nie poradzę. Prawdopodobieństwo, że ktoś będzie znowu przejeżdżał jest nikłe. Stoję zamyślona, zapach portu dociera do zaułka, szybko zapominam o smutku, gdy młoda dziewczyna wskazuje mi drogę.

- To niedaleko – uspakaja.

Wchodzę na nadmorską promenadę w chwili, kiedy rybacy wyciągają z wody wielką sieć. Przy każdej stoi sześciu mężczyzn, ciągną wszyscy razem, najstarszy z nich daje sygnał. Lina się przesuwa, rybacy zapierają się ze wszystkich sił. Sieć powoli zbliża się do brzegu, ryby iskrzą się i podskakują w spienionej wodzie, trzepocząc setkami ogonów. Sieć wyrzuca na suchy ląd cały stos życia wykradziony falom. - Rybacy wyciągają Adriatyk na brzeg - uśmiecham się do swoich myśli.
Czas zachowuje się niezgodnie z moimi oczekiwaniami, zbliża się południe. Na pobyt we Włoszech mogłam przeznaczyłam zaledwie trzy dni. To dużo i mało. Szczęście, jeżeli uda mi się skaptować Pawła. Ciągle pośpiech i pośpiech, taką pracę wybrałam, nie mogę żyć bez mojej galerii. Wernisaż jest już w przyszłym tygodniu, zapewne zjedzie się mnóstwo gości. Jeśli walczę to do końca, nie mam wyjścia.
Ze zdumieniem stwierdzam, że dom Pawła wygląda, jak niezamieszkany, jest żenująco mały. Podjazd wysypany jest nowym, kremowym żwirem. Z tarasu rozciąga się widok na rząd wysmukłych tui. W idealnie wysprzątanym wnętrzu tylko czarne buty, lśniące jak dwa chrząszcze, ustawione równo pod łóżkiem, oraz nuty na pianinie, świadczą, że Paweł tu mieszka. W łazience umilkł szum wody i staje we drzwiach, wycierając dłonie w ręcznik. Ma wymiętą twarz, widać, że nie spał, ale ciągle jest w kwiecie wieku, wysoki i smukły, o czarnej czuprynie delikatnie przyprószonej siwizną.

- Och, cześć - wita się. - Znalazłaś mnie? Tak się cieszę. Mam z twojego powodu wyrzuty sumienia. Chciałem skończyć wcześniej, przed twoim przyjazdem. Idziemy na kolację? Możemy pogadać po drodze, prawda?

- Całe wieki nie byłam we Włoszech. Tęsknię za tutejszym jedzeniem.

- W głębi Via Roma jest mała restauracja. Uwielbiam to miejsce. Spróbujemy najlepszych dań – obiecał.

- Dobierz do nich odpowiednie wino. Najlepiej Vino de la Cinque Terre. Znawcy wyczuwają w nim świeżość morskiego, lekko słonego powietrza i pełnej minerałów gleby Vernazzy.

- Ależ oczywiście - mówi z udawanym oburzeniem. – Z pewnością nie popełnię bluźnierstwa.

 Siedzimy przy stoliku, żółty parasol skutecznie chroni nas przed wszechobecnym słońcem. Kelnerka z kucykiem przekrzywionym w stronę jednego ucha, mruga do Pawła porozumiewawczo, bez słowa stawia przed nami kawę i tosty z żytniego chleba – przynosi także lnianą ściereczkę obszytą niebieską nitką. Spodziewa się łez? Widać po nas poczucie klęski, czy cienie przeszłości? Spogląda na mnie wymownie i wraca na swoje miejsce obok radia, z którego sączy się ckliwa muzyka. Jem z przymkniętymi oczami, jestem tak głodna, że odzywam się dopiero po czwartym kawałku. Chwalę jedzenie i wino. Dojrzewające sery są znakomite, po głównym daniu kelnerka przynosi owoce w gorącym sosie, doprawionym rumem. Na jednej dłoni ma długie paznokcie, a na drugiej krótkie i pomalowane na czerwono. Okropność!

– Skończyłem malować obraz, ale długo to trwało. Chcesz obejrzeć?

- Dobra robota. Po to tu przyjechałam.

W głosie Pawła czuję rozbawienie.

- Jesteś okrutna. Wiem, wiem, moja osoba nie byłaby w stanie wyciągnąć cię z twojej strefy komfortu.

– Coś w tym jest. Pamiętasz? Nie wchodzę dwa razy do tej samej rzeki.

- Jak pani sobie życzy. Wydawało mi się, że między nami jest chemia. Mam nadzieję, że twój gniew kiedyś minie.

- To była moja przestrzeń – odpowiadam łagodnie. Nikogo tam nie wpuszczam, wiedziałeś to od początku. Dobrze, że wtedy nie rzuciłam się na ciebie z pazurami. Nie jestem snem, jestem prawdziwa, jestem tutaj i to powinno ci wystarczyć.

Uśmiecha się, odsłaniając białe zęby i dotyka szorstką dłonią mojego policzka. Dobrze wie, że nie powinien tego robić. Zmysł dotyku odgrywa najważniejszą rolę w sferze seksu. Najwrażliwszą na dotyk jest okolica moich nozdrzy i warg. Paweł zawsze uważał, że jest najważniejszy, we wszystkim chciał grać pierwsze skrzypce, w łóżku też, a człowiek się nie zmienia. Fakt, pojawił się w moim życiu w dobrym momencie, miałam już dość samotnej walki ze światem. Darzyłam go wielką miłością, chciałam wierzyć, że on odwzajemni ten dar. Nie umiał, kazał jej odejść, ignorował ją. Nie chcę się narzucać! Odeszłam, posłuszna temu głosowi.

- Jesteś dla mnie wszystkim, co się w moim życiu liczy – powiedział na pożegnanie.

- Za późno, już dokonałam wyboru, za mocno mnie zraniłeś. Na wszystko jest właściwy czas i pora.

Powinnam czuć do Paula odrazę, ale nie potrafię jej w sobie znaleźć. Opłaca się być pozytywnym, dzięki temu stajemy się szczęśliwsi i zdrowsi, żyjemy dłużej i mamy lepsze relacje z innymi. Uśmiech to sposób na życie, to najlepszy lek na stres.

Wracamy do domu spacerem.

- Mam ochotę zburzyć ten dom, aby nie został kamień na kamieniu. Winorośl rosnąca za domem ma zniknąć do ostatniego pędu. Do malowania potrzebuję więcej światła i ciepłej, oddanej kobiety.

- No cóż, wiem to nie od dziś, kręcą cię rude i go­rą­ce, naj­le­piej o ru­ben­sow­skich kształ­tach.

Brzmi to niefrasobliwie, ale jednocześnie czuję, że budzi się we mnie stara bestia. Gdy patrzę na Paula zawsze wzrasta we mnie pożądanie. Pamiętam jeszcze zapach jego skóry. Nie podnoszę głowy, żeby nie patrzeć w jego oczy, nic nie straciły z dawnego blasku.
Gdy jedliśmy kolację nad miasteczkiem przeszła krótka burza, nad kocimi łbami jeszcze wznosi się delikatna mgiełka, czuję, że włosy skręcają mi się w spirale. Słońce już zaszło, cienie wypełzły z morza. Wchodzimy do pracowni. Paweł zbliża się do mnie, aby mnie objąć.

– Nie.- Odsuwam się.

Posmutniał albo mi się wydaje.

- To czyste szaleństwo. Czuję się jak fałszerz obrazów, nie mieści mi się w głowie, że to robię. Ale to też sztuka i tylko takie malowanie mnie interesuje.

Spogląda na mnie i ryczy jak lew. Cały Paul, zawsze lubił przedstawienia.

- Nie zapomnij, że w galerii w Paryżu organizuję ważny dla mnie wernisaż.

Podnosi pędzel i delikatnie muska farbą mój nos, śmieje się.

- I nie obejdzie się beze mnie? Masz taką moc, użyj jej, moja ruda czarownico. Będzie cudownie, obiecuję.

Przemilczałam to, co powinno być niewypowiedziane.

- Niech cię szlag!

Gdy poszedł otworzyć okno przyglądam się obrazowi. Opisać słowami płótna Paula to marny trud. Dużo lepszym środkiem wyrazu byłby tu kwartet z dwojgiem skrzypiec, fagotem i harfą. To istny Vermer, Paul go niewątpliwie naśladuje. Czy ten fakt pomniejsza wielkość jego dzieła? Widzę cud kładzionego światła, na różnych rodzajach materii: na skórze ludzkiej, na obiciu szaty, na obiciu krzesła, na bielonej ścianie, cud, który Vermer powtarza stale, ale w innych wariantach. Stara się widzieć w niektórych jego obrazach to, czego nie ma. Zeszłej jesieni fascynowała go „Pani przy szpinecie”. Dla mnie i większości krytyków bije z płótna sztywność, chłód i czysta kalkulacja, Paul się z tym nie zgadza.


Modelka ma temperament, tak samo odwraca głowę, ten sam Twój półuśmiech. Jest w tym uśmiechu to cudowne Twoje zamyślenie” - Napisał do mnie w liście.


Jesz za dużo czerwonego mięsa, od tego rozum ci się miesza" - odpisałam.


Potrafi być bardzo miły, nawet na odległość mnie podnieca, ale mu już nie ufam, nie potrafię. Istnieją myśli, które przychodzą ciągle na ten sam adres.

- I co podoba ci się?

- Jesteś czarodziejem, genialnym fałszerzem. Chyba podpisałeś pakt z diabłem?

- Możliwość jedna to logika. Możliwość druga czary.

- Idę spać, za dużo wrażeń, jak na jeden dzień. Dobranoc, Pawle.

- Muszę zmienić naszą historię.

- Chcesz czy musisz? – pytam zaskoczona.

- Chcę.

- To jest coś nowego.

Idąc do łóżka, zdałam sobie sprawę, że wszystko, co we mnie jest negatywne, ma swoje źródło w strachu. Narzekanie, gniew, smutek są jego wynikiem. Obawa przed nieznanym sprawia, że staramy się bronić status quo, chociaż zmiana byłaby dla nas korzystna. Narzekam, gdy boję się bezradności. Lęk przed niepowodzeniem powstrzymuje mnie przed działaniem. Może, dlatego nie chcę przespać się z Paulem, spróbować być z nim jeszcze raz? Może, boję się, że nasz ponowny związek może nie okazać się nieodpowiednim. Dosyć tych dywagacji. Życie jest testem, którego nie sposób uniknąć. Każdy z nas staje w swoim życiu przed różnymi wyzwaniami, ale zawsze mamy wybór. Ważna jest umiejętność znalezienia czegoś dobrego w każdych okolicznościach...

Noc mi minęła jakby ptak musnął mnie skrzydłem. Miękkie światło poranka niesie nieskończone możliwości. Nareszcie znikła we mnie czarna dziura, moje nastawienie do życia jest inne, więcej w nim optymizmu. Może zamiast użalać się nad sobą powinnam wykorzystać swój czas, nigdy nie wiadomo ile go mam przed sobą.

- Nie wiem, czy ktoś kiedyś przygarnie takiego, starego, dużego psa jak ja? - Paul pyta na powitanie.

- O tym, potem. Pomówmy o obrazie i wernisażu. Chyba chcesz go pokazać światu.


Paweł odsłania płótno. W świetle dziennym, wygląda jeszcze lepiej, aż zapiera mi dech.

- To arcydzieło!

- Nie jestem pewien, muszę coś jeszcze domalować. Zauważyłaś, że „moja dziewczyna ” nie ma w uchu kolczyka z perłą?

- Oczywiście. Są naśladowcy i pionierzy. Podziwiam twój kunszt malarski, pokazujesz więcej i lepiej niż Vermeer, udowadniasz po raz kolejny, jak dużą rolę w malarstwie odgrywa światło. Perły są jednym z elementów niezwykle typowe dla Vermeera – są obecne na wielu jego obrazach, ty ich unikasz, pozbywasz się też innych jego rekwizytów. Odtworzenie techniki malarskiej, jaką posługiwał się Vermeer, nie jest łatwe. Paleta Vermeera jest bardzo ograniczona, ale zgadzam się, że jego malarstwo ma coś w sobie niezwykłego. Zachwycał impresjonistów, byli równie wrażliwi na światło i barwę, jak on. Ty poszedłeś dalej, jesteś genialnym fałszerzem, lepszym od Hana Meegerena. Masz jedną jeszcze zaletę nie boisz się do tego przyznać. Zostawisz swój podpis, „zapominając” o jakimś szczególe, tym razem o perle. I to w Tobie kocham. Pokazujesz, że każda myśl może być skreślona, bez szkody dla dzieła, idziesz nawet dalej, dużo dalej.

- Co powiedziałaś? Kochasz mnie?

  Nie wiem, co powiedzieć. Paul zakłada ręce na piersi i czeka. Przez dłuższą chwilę stoimy w milczeniu.

- Jestem zupełnie nieinteresująca.

- Wiesz, że jest odwrotnie.

Przymykam oczy, chcę się uwolnić od dręczących mnie znaków zapytania. Ależ to jest trudne, brak mi sił.

- Daj mi odczuć, że to wszystko ma sens.

Pali mnie w skroniach. Jestem oszołomiona rozmową, może atmosferą naszego spotkania, czy ja wiem? Mam wrażenie, że zwiedzam pole bitwy po zakończonej walce. Tym razem walczyłam sama z sobą. Czego się spodziewałam przyjeżdżając tutaj?


Stawia przede mną filiżankę z kawą, dmucham na dymiący, aromatyczny płyn.

- Bywają gwiazdy, które eksplodują i znikają. Nasza nigdy nie zgasła. To między nami zawsze było i jest czymś więcej – wyrywa mi się.

Uśmiech Paula wędruje z ust do oczu. Radość na jego twarzy jest radością dziecka.

- Kocham cię! Kocham Cię! - Krzyczy,  wybiegając z pracowni.

****

Czuję się jakbym była pijana” – te ostatnie słowa, jakie zapisuje moja matka w swoim notesie w lipcu 1986r, już po powrocie do domu, do Paryża.
Dalej już nic nie ma, oprócz numerów telefonów i jakichś adresów. Wiem, że wystawa malarstwa mojego ojca spotkała się w Paryżu z krytyką części znawców. Krytycy są liberalni tylko w obszarze rynkowym. Ojciec bardzo się tym przejął, spakował wszystkie obrazy i wrócił do swojej samotni, znikając z pola widzenia. Nie minęło kilka miesięcy i znowu pojawił się w Paryżu by prosić mamę, aby do niego wróciła. Zrobiła to, jestem tu, jestem owocem tego spotkania. Na zdjęciach rodziców z tego okresu widać wzajemny podziw, uwielbienie, atencję. Trwało to niestety krótko. Na początku mama dzielnie znosiła jego humory. Upierał się, że nie będzie nosić zimowych butów, woli zamszowe clarksy. - „ Ja takich betoniarek, jak nosicie w tej okolicy, nie włożę nawet do trumny”, choć był śnieg i niskie temperatury i tak zmuszały do zmiany obuwia. Był dobrym ojcem, ale żył w dwóch równoległych rzeczywistościach. Był człowiekiem zmiennym jak chorągiewka, w razie potrzeby czarujący, a kiedy indziej drapieżny, działający z zimną premedytacją, zależnie od celu, jaki sobie postawił.

Pyta pani, co ojca zafrapowało w malarstwie Vermeera, w jego „Dziewczynie z perłą”? Właściwie nigdy na temat nie rozmawialiśmy. To chyba nic dziwnego, że właśnie ten obraz go tak zafascynował. „Ile w nim jest fatalnej, niespełnionej miłości” – kiedyś napomknął. Wiadomo, że oryginał niejednego twórcę rzucił na kolana, nakręcono o nim film, Tracy Chevalier napisała książkę.
Ojciec był dziwny, nie przeszkadzało mu, że przylgnął do niego przydomek „ genialny fałszerz”, to mu wręcz schlebiało. Dla mnie ten obraz Vermera też jest niezwykły, kryje jakąś tajemnicę, jest na ten temat kilka hipotez, żadna mnie nie przekonuje. Krytycy twierdzą, że obraz ojca może z nim konkurować, że lepiej "czuł" światło.

Tak, ojciec do końca życia mieszkał w Vernazzie. Swojej samotni „nie zmiótł z powierzchni ziemi” i nie przebudował, mimo, że wielokrotnie obiecywał to mojej matce, to była jego kryjówka. Mama była cudownym, cierpliwym człowiekiem, zawsze rozgrzeszała ojca, wnosiła do domu tyle słońca i niezwykłą siłę ducha, niesłabnącą nawet w najgorszych chwilach. Żyła przez większość życia z wyrokiem. Zjadł ją rak. Po śmierci mamy ojciec popadł w marazm, ukrywał się przed światem i wszystko jak zwykle komplikował. Godzinami mógł siedzieć bez ruchu na brzegu i wpatrywać się w toń Adriatyku, prawie nie brał pędzla do ręki. Serce się krajało na jego widok. O przepraszam, po tym jak mama odeszła, swojej „Dziewczynie z perłą” domalował kolczyk. Na kartce, którą znalazłam po jego pogrzebie między nutami, napisał: „Zatraciliśmy poczucie czasu, Mistrzu. Za długo żyliśmy niemym oczekiwaniem na spełnienie... Twoją perłę zastąpiłem nefrytem. Przekładam kamień życia nad łzy aniołów.
Nie rozumiem tych słów, może to jakieś mistyczne uniesienie, ojciec do końca życia był zauroczony Vermeerem, chyba nie tylko jego malarstwem. W człowieku mieszka kilka dusz. Domalowany przez ojca kolczyk jest ledwo widoczny, nie ma w nim światła, z bliska dla mnie to zwykły, zielony kamyk, owinięty czarną nicią, nic więcej.

Wszystkie obrazy ojca nadal wiszą w domu we Włoszech, ten okazały zbiór przekracza możliwości lokalowe domu. To rodzaj galerii rozbudzającej mój umysł i zmysły. W testamencie poleca mi je spalić. Oczywiście tego nigdy nie zrobię. Dom we Włoszech, zarósł szczelnie winoroślą, wygląda jak zielony sarkofag, ostatnio nie mogłam nawet dostać się do klamki u drzwi wejściowych. To odizolowana, zamknięta całość z własną atmosferą. A jednak trudno coś powiedzieć o tej przestrzeni, opisać ją, nazwać. Lubię o nim myśleć „terytorium pustki”, chociaż pustki niecałkowitej. To znikanie na moment. W nim przyglądam się zapomnieniu. To przestrzeń dwoista, niejednoznaczna, tak bardzo wyobrażona. Przedmioty wpadają w długie trwanie, w zagęszczenie dni, przesuwają się po powierzchni stołu, przechylają na meblach, wypychają się nawzajem poza ich krawędzie. Wydaje mu się, że ojciec w tym mieszkaniu obsesyjnie liczy czas, nie śpi i całe noce rozmawia nie wiadomo z kim.
Teraźniejszość każe mi się skupiać na sobie.

Sama nie wiem czy chcę dalej opowiadać o rodzicach, o historii ich związku.  Nurtuje mnie wiele pytań. Ich życie nie jest zapisane na szkle, zagadka goni zagadkę. Spotkali się gdzieś w pół drogi między piekłem a niebem, to pewne, ale to moi rodzice. Gdy tu przyjeżdżam przypomina mi się opowieść o ptaku, który ze zwichniętym skrzydłem wraca do swego gniazda.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
JOLA S. · dnia 06.05.2017 10:18 · Czytań: 646 · Średnia ocena: 4,8 · Komentarzy: 19
Komentarze
al-szamanka dnia 06.05.2017 21:10 Ocena: Świetne!
Droga Jolu, no co ja mam Tobie powiedzieć?
Wczytałam się na całego i muszę przyznać, że tekst odebrałam wręcz cieleśnie.
Pomocne mi w tym były wrażenia, jakie wyniosłam z parokrotnego zwiedzania Italii, chociaż niekoniecznie tamtejsza kuchnia stuprocentowo mi smakuje, wolę hiszpańską.
A do poniższego fragmentu uśmiechnęłam się szeroko, gdyż nic nie przemawia do mnie mocniej w malarstwie jak subtelna gra światła i cienia.
Cytat:
Opi­sać sło­wa­mi płót­na Pawła to marny trud. Dużo lep­szym środ­kiem wy­ra­zu byłby tu kwar­tet z dwoj­giem skrzy­piec, fa­go­tem i harfą. To istny Ver­mer, Paweł go nie­wąt­pli­wie na­śla­du­je. Czy ten fakt po­mniej­sza wiel­kość jego dzie­ła? Widzę cud kła­dzio­ne­go świa­tła, na róż­nych ro­dza­jach ma­te­rii: na skó­rze ludz­kiej, na obi­ciu szaty, na obi­ciu krze­sła, na bie­lo­nej ścia­nie, cud, który Ver­mer po­wta­rza stale, ale w in­nych wa­rian­tach. Stara się wi­dzieć w nie­któ­rych jego ob­ra­zach to, czego nie ma. Ze­szłej je­sie­ni fa­scy­no­wa­ła go „Pani przy szpi­ne­cie”. Dla mnie i więk­szo­ści kry­ty­ków bije z płót­na sztyw­ność, chłód i czy­sta kal­ku­la­cja, Paweł się z tym nie zga­dza.

Utrzymujesz równe tempo aż do samego końca, przykuwasz uwagę czytelnika, nie pozwalając mu na oderwanie się od tekstu.
Chociaż... chociaż, gdy nabiera się oddechu na następne zdania można zauważyć, jak to u Ciebie, zbyt dużo, albo za mało przecinków ;)
Przykłady:
Cytat:
Wcho­dzę na nad­mor­ską pro­me­na­dę, w chwi­li

niepotrzebny
Cytat:
kiedy zje­dli­śmy głów­ne danie kel­ner­ka przy­nio­sła owoce, w go­rą­cym sosie

niepotrzebny
Cytat:
Może byłam oszo­ło­mio­na, roz­mo­wą

niepotrzebny
Cytat:
mimo, że wie­lo­krot­nie obie­cy­wał to mojej matce

niepotrzebny
itd.
Mieszasz też czasy, przeszły i teraźniejszy, a jednak należałoby konsekwentnie trzymać się jednego.
Cytat:
No cóż, to wiem to nie od dziś, wiem kręcą cię rude i go­rą­ce, naj­le­piej o ru­ben­sow­skich kształ­tach.

a tak:
No cóż, wiem to nie od dziś, kręcą cię rude i go­rą­ce, naj­le­piej o ru­ben­sow­skich kształ­tach.

A przecież te maleństwa w niczym nie przeszkodziły mi w odbiorze tego tekstu.
Podoba mi się po prostu.
W międzyczasie rozpoznaję Twój charakterystyczny styl, który też bardzo mi odpowiada.

Pozdrawiam ciepło:)
JOLA S. dnia 06.05.2017 21:41
Al,
dzięki za miłe słowa. Jak zwykle podnosisz mnie na duchu, jesteś niezastąpiona :)
To stare opowiadanie, napisałam je chyba dwa lata temu zaraz po powrocie z Hagi, zauroczona obrazem. Opko przeleżało zapomniane gdzieś na dnie szuflady.
Z dużą dozą nieśmiałości postanowiłam je "pokazać"
Płótno znajduje się obecnie w muzeum Mauritshuis; bywa często nazywany Mona Lisą północy lub Holenderską Mona Lisą.

Serdeczności / napracowałaś się, wielkie dzięki/ :) :) :)

JOLA S.
Ania_Basnik dnia 07.05.2017 08:21 Ocena: Świetne!
Tyle przepięknych myśli w Twoim opowiadaniu,
pozwoliłam sobie na wyciągnięcie kilku, do których moje serce się śmieje. Bo mam syna Pawła, który jest artystą malarzem
Cytat:
Opi­sać sło­wa­mi płót­na Pawła to marny trud. Dużo lep­szym środ­kiem wy­ra­zu byłby tu kwar­tet z dwoj­giem skrzy­piec, fa­go­tem i harfą

i następna perełeczka :)
Cytat:
Czas za­cho­wu­je się nie­zgod­nie z moimi ocze­ki­wa­nia­mi, zbli­ża się po­łu­dnie

cudne!
Cytat:
Ry­ba­cy wy­cią­ga­ją Ad­ria­tyk na brzeg

I ten cytat, który jest właściwie mottem mojego życia :)
Cytat:
Życie jest te­stem, któ­re­go nie spo­sób unik­nąć. Każdy z nas staje w swoim życiu przed róż­ny­mi wy­zwa­nia­mi, ale za­wsze mamy wybór. Ważna jest umie­jęt­ność zna­le­zie­nia cze­goś do­bre­go w każ­dych oko­licz­no­ściach...

Jolu wspaniały tekst. Z przyjemnością "połknęłam" go na śniadanie.
Serdeczności :) Ania
JOLA S. dnia 07.05.2017 08:34
Aniu,

dziękuję serdecznie za czytanie i cudny komentarz. Nigdy bym się nie spodziewała, że wrócę do tych staroci. Czasem warto coś odkurzyć ;)

Pozdrawiam gorąco, miłego dnia. :) :)

JOLA S.
Dobra Cobra dnia 08.05.2017 12:13 Ocena: Bardzo dobre
Cytat:
- Kocham cię! Kocham Cię! - Krzyczy, wybiegając z pracowni.
Wiedziony tymi słowy i ja wyboegłem z pracowni. Jednak, cholera, zara spadłem ze schodów, tłukąc się niemiłosiernie. Piszę więc te słowa, smarując olejem świeże rany, nabyte pod wpływem Twojej opowieści.


JOLU S,

Opowieść jak się patrzy. Coraz lkepiej wychodzi Ci pisanie, co mię cieszy, a i zapewne czytelników też to cieszy.

Cytat:
Życie jest te­stem, któ­re­go nie spo­sób unik­nąć. Każdy z nas staje w swoim życiu przed róż­ny­mi wy­zwa­nia­mi, ale za­wsze mamy wybór. Ważna jest umie­jęt­ność zna­le­zie­nia cze­goś do­bre­go w każ­dych oko­licz­no­ściach...
Słodkie zdanie, jakże wiele w nim prawdy moralnej. Choć tuszę, że są wypadki, gdy już nie ma możliwości.


Pięknie pozdrawiam, dziękując za tę miłosną ucztę, pomieszaną z artyzmem malowania. To dopiero jest coś!


DoCo
JOLA S. dnia 08.05.2017 13:03
DoCo,

to chyba z wrażenia, w chwili, gdy czytałam Twój komentarz dębowa półka wisząca nad moim sekretarzykiem spadła mi na głowę. Prawie całą zabytkową zawartość diabli wzięli :(
Mniejsza o niepowetowane straty, nie jestem pewna czy ten wstrząs mi aby nie zaszkodzi. ;)

Póki co dygam pięknie, dziękując za znak życia.

Stęskniłam się okrutnie :)

Do następnego,

JOLA S.
Dobra Cobra dnia 08.05.2017 13:08 Ocena: Bardzo dobre
To znak od Boga, ta spadająca półka. Jednak szkoda jej zabytkowej zawartości. Miałaś ją (półkę/zawartość) w jakiś sposób ubezpieczoną? Wtedy choć worek kasy pozwoli obetrzeć żal i smutek za rozbitymi dziełami sztuki antycznej.

Najlepiej połóż się na chwilę do łózka, do czasu, gdy przejdą szumy, spowodowane atakiem półki na głowę.


Pozdrawiam serdecznie, łudząc się, iż te słowa ukoją tęsknicę.

DoCo
Usunięty dnia 09.05.2017 09:38
Bardzo dobra, dojrzała warsztatowo i zrównoważona proza. Kobieca, a równocześnie jakoś zdystansowana.
Dla mnie zalążek ciekawej powieści.
Serdeczne pozdrowienia Jolu! :)
JOLA S. dnia 09.05.2017 12:02
Tadeuszu,

no cóż puch ze mnie marny i na dodatek poturbowany. Szkoda zabytkowego, porcelanowego zegara należącego do mojej babci Walentyny. Zdjęcia ocalały, moja głowa też. Dobra okazja by posklejać wspomnienia i drogie memu sercu przekazy rodzinne.

Powiadasz,

Cytat:
Bardzo dobra, dojrzała warsztatowo i zrównoważona proza.


Miło brzmi, gdy pada z Twoich ust :)

Postanowiłam Cię nie rozpuszczać, robią to inni. ;)

"Prawdziwa sztuka broni się sama", pocieszył mnie kiedyś DoCo.

Pamiętaj o tym i pisz do mnie.

Proszę częściej! Dobrze mi to robi. Nawet wtedy, gdy sprawiałeś mi zasłużone lanie. ;)

Dzięki i serdeczności :)

JOLA S.
Dobra Cobra dnia 10.05.2017 20:55 Ocena: Bardzo dobre
Gdy dzieło idzie do czytelnika (słuchacza, telewidza) - staje się niejako własnością publiczną. I od tej pory autor już nie ma racji. Gdy pisał (tworzył, nagrywał) miał czas, żeby tak dopieścić dzieło, by było przyjęte, tak jak tego chce. Jeśli to się nie udało - już za późno.

To był najmądrzejszy komentarz DoCo, który przedstawia całą prawdę o pisaniu, i ogólnie o tworzeniu.

Ukłony,

DoCo
JOLA S. dnia 10.05.2017 21:11
DoCo,

:):)
maak dnia 12.05.2017 13:44 Ocena: Świetne!
Świetny tekst. Od początku do końca. Na pewno wrócę do niego jeszcze nie raz. Przywołuje ulotne wrażenia, chwyta za końce wspomnień...

Miłego dnia, takiego jaki Ty mi sprawiłaś

Maak
JOLA S. dnia 12.05.2017 21:33
O, ktoś tu jeszcze zagląda :)

Super!

maaku, dzięki wielkie za ciepły komentarz! Bardzo mi miło. :)

Serdeczności :)

JOLA S.
Krzysztof Konrad dnia 12.05.2017 21:38 Ocena: Świetne!
Petarda jak dla mnie. Jutro sprecyzuję o co mi dokładnie chodzi, a tymczasem pozostawiam jedynie swój ślad, żeby nie zapomnieć, że jutro mam coś ważnego do zrobienia.
JOLA S. dnia 12.05.2017 21:42
Krzysiu,

:) :) :)
Krzysztof Konrad dnia 19.05.2017 19:55 Ocena: Świetne!
Duże spóźnienie, wybacz proszę :(

Więc tak

Narracja - odważna, a czas w jakim ją prowadzisz, i to bezbłędnie wręcz, mnie zdumiewa.

Tekst jest udekorowany licznymi opisami, mądrze użyłaś dopełniaczy. Tutaj nic nawet nie podlatuje kiczowatym smrodkiem. Bohaterka ma charakter, wyobrażam ją sobie. Jest drobiazgowa, mógłby ktoś pomyśleć, że wręcz analizuje Pawła z jakąś taką niesamowitą umiejętnością dostrzegania w ludziach wnętrza, a nawet dodawać go, gdy tej głębi brakuje.

Ale to Ty stworzyłaś ten tekst, ty stworzyłaś narrację, bohaterów. Wiesz o czym to świadczy? O Twoim twórczym intelekcie. To jeden z najlepszych tekstów, które udało mi się tu wygrzebać. Co ciekawe, zawsze miałem Cię za dobrą w tym, co piszesz, ale teraz podniosę względem Ciebie poprzeczkę, jak zrobiłem to w przypadku kozackich wierszy faith.

Jeszcze jedno. Nie wiem, czy zauważyłaś, ale wielu pisarzy cierpi na coś, co nazywam "syndromem wypracowania". To taki stan tekstu, gdy podczas jego czytania, niby wszystko jest dobrze, ale człowiek cały czas ma wrażenie, jakby czytał zwykłą rozprawkę co najwyżej dobrego ucznia... powtarzam - ucznia. Tutaj nie ma ani kropelki tego mankamentu. Co mogę powiedzieć - masz talent. Szkoda tylko, że jakoś mało tych tekstów dodajesz. A może to kwestia odleżenia tekstu na półce? Może jesteś na tyle dojrzała, by móc powiedzieć "chwila, zapiszę ten tekst, poprawię, poczekam... I może to jest Twój przepis, i powinien to być przepis na dobrą prozę wielu ludzi. Ja tak nie potrafię. I tutaj jakiś taki kawałek zazdrości we mnie przemawia. Jesteś dowodem na to, że jest tutaj od kogo się uczyć. Pozdrawiam :)
JOLA S. dnia 19.05.2017 20:36
Drogi Krzysiu, w pierwszej chwili zaniemówiłam :)
Pytasz o receptę - żmudna praca i nieustanne ćwiczenie.

Bratnia duszo, podobnie jakt Ty jestem chyba uzależniona od pisania. yes:

Bardzo dziękuję za podzielenie się refleksjami i rozbudowany komentarz. :)

Ślę ukłony :)

JOLA S.
purpur dnia 12.07.2017 12:44
Witaj Jolu.

Bardzo lubię wracać do tekstów osób, które czytam od dłuższego czasu.
Widzę, jak ogromną pracę wykonałaś, jak bardzo zmieniły się Twoje teksty. Twój sposób pisania. Bardzo fajne odkrycie :)

Tak, wprawdzie przeczytałem na chwilę obecną jednie pierwszą część, to już czuję "dojrzałość" tego tekstu.

Podoba mi się, że ma swoją historię - o opowiada o czymś! Do tego, chwilowo, wręcz zmusza do sięgnięcia do kolejnej części, bo CHCĘ wiedzieć, co było dalej! Dla mnie osobiście - to największe wyróżnienie!

Pozwól, że zwrócę uwagę na kilka drobiazgów, zanim zapomnę:

Cytat:
- Dobierz do nich odpowiednie wino. Najlepiej Vino de la Cinque Terre. Znawcy wyczuwają w nim świeżość morskiego, lekko słonego powietrza i pełnej minerałów gleby Vernazzy.
- w kwestii prowadzenia dialogu, ten element mi nie pasował. To zdanie jakoś nie pasuje do reszty, ona nagle "za dużo wie". Mówi: dobierz odpowiednie wino, a następnie wskazuje dokałdnie takie jakie ma wybrać. Mi to brzmi sztucznie...

Zresztą dialog przed wizytą w restauracji i ten w niej, moim zdaniem jest najsłąbszą częśćią tekstu. Moim zdaniem, jest odrobinę "na siłę", ale... Może tak być, że oni się dawno nie widzieli i potrzeba czasu ( jak w życiu ), aby "normalnie" rozmawiać. Może i tak być. Mocno więc nie naciskam :)

Cytat:
- To była moja przestrzeń – odpowiadam łagodnie. Nikogo tam nie wpuszczam, wiedziałeś to od początku. Dobrze, że wtedy nie rzuciłam się na ciebie z pazurami. Nie jestem snem, jestem prawdziwa, jestem tutaj i to powinno ci wystarczyć.
Po łagodnie chyba uciekł myślnik?

Cytat:
Noc mi minęła jakby ptak musnął mnie skrzydłem.
- bardzo fajne zdanie.

Cytat:
Perły są jednym z elementów niezwykle typowe dla Vermeera
- chyba typowych?

Generalnie im dalej, tym tekst jest lepszy ( Wyjątek stanowi sam początek, bo akurat on mi bardzo przypadł do gustu - jest deliaktny stonowany i miło wszystko rozpoczyna. ) Mi sam sens dialogów mniej odpowiadał, jakoś za dużo było w nich powiedziane w za krótkim czasie.
Z drugiej strony, przemyślenia bohaterki i "wtrącenia" autorki z opisami, bardzo fajne!

A już część po *** świetna. Tutaj nie przerwałem czytania nawet na chwilę:) Popłynęło i do tego bardzo zachęciło do części drugiej!

Dobra robota Jolu- naprawdę!

PS Wiesz, ktoś mi kiedyś wytknął, że u mnie co i rusz sa jakieś "uliczki" :) Fakt, że dopiero po uśwaidomieniu sobie tego, dostrzegłem to :) Ty chyba masz coś podobnego, jeśli chodzi o obrazy :p TYm niemniej, to jest najlepszy tekst "obrazowy" jaki u Ciebie przeczytałem :D

Pa Jolu - strasznie miłą niespodziankę mi zrobiłaś!
JOLA S. dnia 12.07.2017 13:03
Witaj Pur!
Dobrze wiesz jak cenię Twoje komentarze. Odwalasz kawał dobrej roboty! Nie ma jak świeże spojrzenie i trzeźwa ocena Czytelnika. Piszemy dla Was i miło, jeżeli się podoba.
Ta moja opowieść powstała w krótkim czasie/ z wyjątkiem pierwszej części/.
Do pisania dalej zagrzał mnie jeden z Komentujących. :) Ciągnę. Wychodzi raz lepiej raz gorzej. Często mam wątpliwości i zastrzeżenia, ale kto ich nie ma. Poprawiam bez końca. Pisanie zżera czas. Jedno zdanie można zapisać na tyle sposobów.
Rozpisałam się. :)
Cieszę się z naszej rozmowy.
Przemyślę Twoje spostrzeżenia i cóż, wracaj do mnie. Będę bardzo rada :)
Pozdrawiam gorąco
JOLA S.
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
JaDziekuje
21/08/2017 01:55
Dobre pisanie, ale chyba za mało, żeby się wczuć. Skojarzyło… »
Infernus
21/08/2017 00:42
Lady, po Twoim tekście mam nie lada zagwozdki. Co było… »
damian wrotycz
21/08/2017 00:32
ee tam nie znasz się :D dziękuje, kocham, miętoszę… »
damian wrotycz
21/08/2017 00:29
dziękuje, kocham, miętoszę pozdrawiam czochram :p ps… »
GreenTeaFan
21/08/2017 00:20
Dziękuję za zainteresowanie Silvus. W zasadzie dobrze… »
JaDziekuje
21/08/2017 00:19
Siema... Na Brzeskiej znajomy ma"Pyzy flaki… »
Silvus
21/08/2017 00:14
Ja tu widzę chęć czegoś, ale brak możliwości w… »
wiktoria
20/08/2017 23:59
Ghost-writer, fatalna wersyfikacja i wiele powtarzających… »
Zola111
20/08/2017 23:19
Lilu, ma, ma. Dziękuję pięknie. Sereczności i buziaki,… »
Dobra Cobra
20/08/2017 23:18
Ależ kto wie lepiej od Ciebie, jaka jest ta Agnieszka i co… »
wiktoria
20/08/2017 23:14
Aleś Amerykę odkrył Domofonie. Nic nie może być takie samo… »
Dobra Cobra
20/08/2017 23:14
Pokrzepiasz mą duszę pisząc, że Karoline to twarda sztuka.… »
Lilah
20/08/2017 23:07
Ma charakterek ta Marianna, ma. Ale może to i dobrze, bo… »
damian wrotycz
20/08/2017 22:51
to może tak ? nie patrz mi w oko gdy zasnę na amen… »
Brudnopis
20/08/2017 22:48
Dobrze wiedzieć. :) »
ShoutBox
  • JaDziekuje
  • 21/08/2017 02:02
  • Każdemu należy się uznanie, jeśli swoją pracę wykonuje z sercem.
  • Infernus
  • 21/08/2017 01:27
  • Dlatego należy się szczere uznanie dla tych, którzy robią to z sercem..
  • chawendyk
  • 21/08/2017 01:01
  • a wiesz ile śmierci można uniknąć dzięki profilaktyce? odpowiem. większości.
  • Infernus
  • 20/08/2017 23:50
  • Zawsze byłem pełen podziwu dla tego typu zawodów..
  • chawendyk
  • 20/08/2017 23:44
  • no i oczywiście "trzymania głowy w słoikach" nie trzeba brać dosłownie:) ale każdy zawód ma swoje detale
  • chawendyk
  • 20/08/2017 23:39
  • a jeśli ma drugą specjalizację ?
  • Infernus
  • 20/08/2017 23:24
  • To mój lekarz trzyma głowy w słoikach? :p
  • chawendyk
  • 20/08/2017 23:04
  • dlaczego, popatrz:) tak wyglądają po części te sprawy:)
  • Infernus
  • 20/08/2017 21:38
  • Maru, spoko nuta można się nieco zrelaksować, ale klip... za bardzo medyczny :)
  • chawendyk
  • 20/08/2017 21:17
  • Maru, a byłeś w realu w takich miejscach z tego linka? Mi się zdarzyło. Nie polecam
Ostatnio widziani
Gości online:41
Najnowszy:PayHeed
Wspierają nas