Samotnik: rozdział 0: Prolog - MarcinD
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Samotnik: rozdział 0: Prolog
A A A

Pamiętam doskonale, gdy ojciec po raz pierwszy włożył mi do ręki broń. To był Walther CP88, a ja miałem dziewięć lat. Wraz z tatą staliśmy przed otwartym oknem i strzelaliśmy do zawieszonych w ogrodzie puszek i plastikowych butelek. Oczywiście, nie trafiłem za pierwszym, ani nawet na za drugim razem, śrut z "wiatrówki" poszedł gdzieś w trawę. Ale dałem się wciągnąć. Poczułem to "coś" w strzelaniu i postanowiłem być w tym najlepszy. Najpierw były tylko gazowe pistolety, ale potem tata pokazał mi coś lepszego, coś, co pokochałem. "Wiatrówka" z lunetą. Szczerze mówiąc, nie pamiętam już, jaki to był model, ale wiem, że świetnie, naprawdę świetnie się przy nim bawiliśmy. Przestrzelaliśmy ją tak, że w trzech czwartych zasięgu bez trudu gasiliśmy płomienie świec. Ale strzelanie do tarcz, kołyszących się puszek czy zapalonych knotów świec szybko mi się znudziło. Wtedy postanowiłem postrzelać do czegoś innego. Postanowiłem strzelać do ludzi.

Nie, nie byłem typem człowieka, który z wiatrówką i puszką śrutu wychodzi na dach, a potem strzela do przechodniów. To zresztą też byłoby tak samo - przepraszam - nudne, jak strzelanie do tarcz. Odkryłem ASG. Znalazłem grupę kilku znajomych, którzy mieli takie same zainteresowania, jak ja i kiedy tylko się dało, goniliśmy się po okolicznych lasach, strzelając do siebie plastikowymi kulkami. Gdy byłem w gimnazjum, niemal każdy weekend spędzałem w lesie, z kilkoma kumplami, goniąc za sobą i strzelając do siebie, a potem wracając z siniakami i radością. W czasie, gdy koledzy z klasy nabijali się ze mnie, mając coraz to lepsze smartfony i setki znajomych na społecznościowych portalach, ja wciąż miałem tego samego, "pancernego" samsunga i kilku sprawdzonych kumpli spoza szkoły, którym zawsze można było dołożyć kilka siniaków. Albo dostać od nich. Wciągnąłem się w to całkowicie, mieliśmy własny team, własną drużynę, z którą jeździliśmy na zawody. W dodatku pamiętam doskonale, że w czasie naszych treningów przed zawodami zawsze oszukiwaliśmy samych siebie - do wszelkich kieszeni spodni czy kurtek pakowaliśmy całą masę różnych niepotrzebnych rzeczy, chociażby kamieni. Po co? Trening wytrzymałościowy. Na "wuefie" w zasadzie rozkładałem na łopatki wszystkich moich kumpli z klasy we wszystkich ćwiczeniach. Teraz aż nie chce mi się wierzyć, że trwało to tylko dwa i pół roku - do końca gimnazjum. Potem tata pokazał mi coś jeszcze, co również bardzo mnie wkręciło. Któregoś razu, w wakacje, obudził mnie i kazał się ubrać w mój strój do zawodów ASG. A potem pokazał mi się w swoim starym, wojskowym mundurze i powiedział, że idziemy w góry. Ucieszyłem się. Zabraliśmy plecaki, oba nieziemsko ciężkie (jak mi się wtedy wydawało) i ruszyliśmy. Ot tak, pożegnałem się z mamą i wyszliśmy z domu.

Wróciliśmy po ponad tygodniu, krążąc po lasach okolicznych gór. To był mój pierwszy raz z survivalem. Spaliśmy w namiocie, w jednym śpiworze, przytuleni do siebie plecami, by lepiej się ogrzać. Na początku było to dla mnie dość… dziwne i krępujące, ale teraz wiem, że tata po prostu chciał nauczyć mnie, jak najlepiej sobie poradzić, gdy jest się zdanym tylko na siebie. Jedliśmy konserwy, które były w plecakach, ale nie tylko. Przez cały ten tydzień nauczyłem się, ile jedzenia może dać człowiekowi las. Grzyby, rośliny, nawet owady… No i woda - sposoby jej zdobycia, czy oczyszczenia. Do tego oczywiście telefon, który został w domu. Przy sobie mieliśmy tylko starą, wojskową mapę taty i jego kompas. To też mnie wciągnęło. I nie wiedziałem jeszcze wtedy, że będzie tak bardzo pomocne w przyszłości. Potem w zasadzie co tydzień, dwa, robiliśmy takie wypady, nawet zimą, zaś zawsze przez ferie i lato przez cały tydzień siedzieliśmy w górach. Nauczyłem się tak banalnych rzeczy, jak robienie prania w lesie, mycie się śniegiem czy korzystanie z leśnych strumyków. I nie zapomnę, jak któregoś razu ojciec dał mi dwa tygodnie na przygotowanie się na tygodniowy pobyt w górach. Zdziwiłem się, że tylko tygodniowy, ale pamiętałem już, jakie należy zrobić zapasy, co koniecznie zabrać, co można sobie odpuścić. Nóż, latarka na dynamo, mapa, kompas, konserwy, namiot i całą masę rzeczy. Gdy plecak był gotowy, ojciec go sprawdził, ale nie odezwał się, zdjął tylko z niego namiot. Wiedziałem więc, że będę musiał zrobić szałas. Wyszliśmy razem.

Przez cały ten tydzień tata był ze mną, ale nie odezwał się ani słowem. To ja wyznaczałem kierunek, patrząc w mapę, kompas i gwiazdy, to ja decydowałem, kiedy i gdzie zostajemy i sam musiałem zbudować sobie szałas, korzystając wyłącznie z survivalovego noża i niewielkiego turystycznego toporka. Myjąc się w leśnych strumykach, śpiąc wśród robactwa pod szałasem, czy zjadając zimne konserwy wiedziałem, że ten tydzień był dla mnie egzaminem. Po tygodniu spędzonym w lesie, zmęczony i pozbawiony zapasów, byłem gotowy do powrotu do domu. A wtedy ojciec powiedział do mnie z rozbrajającym uśmiechem "zostajemy jeszcze jeden tydzień". Myślałem, że się wścieknę, chociaż teraz wiem, czego chciał mnie nauczyć. I myślę, że mu się udało. Przez kolejny tydzień musiałem żywić się wyłącznie tym, co zdobyłem w lesie. Kilka dzikich myszy czy bażant, usmażone nad niewielkim ogniskiem, świeże grzyby, leśne jagody, jaja ptaków i "herbata" z liści drzew, to był istny koszmar. Ale dałem radę. I od tamtego tygodnia sam wychodziłem na survivalowe wycieczki. Przygotowywałem się do bycia żołnierzem zawodowym, nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. Myślę, że to mnie później uratowało.

Pamiętam, że to był pierwszy dzień wakacji, gdy skończyłem drugą klasę gimnazjum. Akurat podchodziłem pod linową kolejką na jedną z bliższych mojemu miastu gór. Miałem w planach zostać w górach prawie dwa tygodnie, z zapasami w plecaku na półtora. Pogoda była świetna. Tuż pod schroniskiem usiadłem na trawie, opierając się o plecak. I wtedy poczułem TO. Ziemia zaczęła drżeć. Na początku zupełnie nieznacznie, tak, że odruchowo zacząłem szperać za telefonem, zastanawiając się, czy to nie były jego wibracje. Ale nie, telefon milczał. Ba, na ekranie widniała informacja o zgubieniu sygnału. A wibracje się nasilały. Normalnie to było jakieś trzęsienie ziemi! Gdzieś za sobą usłyszałem trzask pękającego szkła - szyby w oknach schroniska zaczęły pękać i wypadać, ludzie zaczęli krzyczeć. Zerwałem się na równe nogi i wciągnąłem na ramiona plecak. Patrzyłem jak żółte wagoniki kolejki z ludźmi w środku kołyszą się mocno, coraz bardziej i bardziej. Wreszcie rozległ się głośny trzask i liny pękły, a wagoniki runęły na ziemię. Tego już nie widziałem; patrzyłem przez lornetki na moje miasto. Widziałem przez potężne, militarne szkła, jak wszystkie budynki, jeden za drugim, walą się w gruzy i nie wiedziałem, co myśleć. Dostrzegłem tylko jedną dziwną rzecz, fala zniszczenia przesuwała się z zachodu na wschód, niemal równą linią. Wstrząsy trwały… nie mam pojęcia, jak długo. Kilka, może kilkanaście minut. Ale, jak się miało okazać, nie to było najgorsze.

Potem, z najróżniejszych plotek i informacji zacząłem się mniej więcej dowiadywać, co się stało. Ze słów tych, którzy uciekli do nas z zachodu, można wywnioskować, że wszystko zaczęło się w Szwajcarii. Tak, dokładnie tam, gdzie mieścił się wtedy Titanic świata nauki, jak ktoś kiedyś powiedział, czyli Wielki Zderzacz Hadronów. Podobno wreszcie naukowcom coś się udało i największe na świecie urządzenie zadziałało. Zadziałało, o ile działaniem można nazwać wywołanie fali sejsmicznej, szybszej i potężniejszej od wszystkich dotychczas zarejestrowanych. Również - podobno - cały tunel o długości dwudziestu siedmiu kilometrów nagle zapadł się kilkaset metrów pod ziemię, wraz z wszystkim, co było ponad nim, zaś w jego wnętrzu jakaś reakcja łańcuchowa bez przerwy wyzwalała kolejne niszczące fale obiegające Ziemię. "Jakaś", ponieważ już w pierwszych minutach Katastrofy podobno całkowicie zerwał się jakikolwiek kontakt z ośrodkiem. I wtedy podjęto kolejną nietrafioną decyzję - na centrum ośrodka spadły trzy Tridenty, które ostatecznie zatrzymały Katastrofę. Potem było już dokładnie tak, jak we wszystkich chyba filmach i powieściach apokaliptycznych - niemal roczna, nuklearna zima, która zostawiła po sobie przy życiu jedną trzecią ludzkości. Jak to się stało, że przeżyłem? Miałem szczęście. Na początku od razu wróciłem do miasta, do jego ruin. Wiedziałem, że to był środek tygodnia, rodzice byli w pracy. Telefony oczywiście nie działały. Służby ratunkowe nie dawały sobie kompletnie rady i to przy pomocy wojska, a moi rodzice… cóż, moi rodzice nie żyli. Teraz już myślę o tym spokojnie, chociaż wiem, że wtedy wielu młodych ludzi zrobiło to, o czym ja myślałem - ulice były pełne martwych ciał z podciętymi żyłami, czy też rozbitymi po skokach z ocalałych resztek dawnych wieżowców. Myślę, że fala samobójstw pochłonęła lwią część ofiar. Uciekłem z powrotem w góry, jak się okazało, w ostatnim momencie. Po atomowych atakach nadeszły chmury, trujące, zabijające, przed którymi ratowały jaskinie oraz filtrowana woda. Potem znów wróciłem do miasta...

A teraz… Teraz cały, ogromny budynek jest kompletnie zniszczony - na szczęście dla mnie, wyłącznie w środku. Jego zewnętrzne ściany zachowały się nienaruszone. Nie tak, jak przylegające do niego biurowce, jakoś ustał w momencie Katastrofy. Cholernie się wyróżniał się na tle… tak naprawdę chyba wszystkiego wokół. Sąsiadujące osiedle przypomina mi w trzech czwartych stertę gruzu. Tylko nieliczne kamienice jako-tako ustały się w pionie. Podobnie zresztą, jak inne osiedla. Jak całe moje miasto. A jednak jakoś ten budynek ocalał. No i kominy. Najwyższe w całym mieście, sięgające stu sześćdziesięciu i stu dwudziestu metrów. Wiele razy byłem na ich szczycie, widać z nich niesamowitą panoramę na całe… ha, chciałem powiedzieć "miasto". Na ruiny miasta. Nazywam się Maciek i jestem Samotnikiem. A oto moja historia.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
MarcinD · dnia 09.05.2017 18:47 · Czytań: 408 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 5
Komentarze
Koniczyna dnia 09.07.2017 15:53
Drogi Marcinie, powiem Ci, że bardzo wciągające. Od razu zabieram się za kolejną część. Nawet jeżeli trafiły się jakieś błędy, to ich nie zauważyłam. Super.
Pozdrawiam.
MarcinD dnia 09.07.2017 17:14
Bardzo dziękuję za tak miły komentarz :-)
Alen Dagam dnia 23.09.2017 15:27 Ocena: Bardzo dobre
Witaj!

Cytat:
Wal­ther CP88

Cytat:
"wia­trów­ki"


Do tej pory jakoś udało mi się przejść przez życie bez tak szczegółowej wiedzy na temat broni, więc nie zwracając najpierw uwagi na szczegółową nazwę, czytam dalej. Zastanawia mnie jednak cudzysłów i gdy widzę go po raz drugi
Cytat:
"Wia­trów­ka" z lu­ne­tą
, postanawiam otworzyć google. Po kilku minutach dowiaduję się, że wiatrówki to broń pneumatyczna, czyli używająca sprzężonego powietrza. Znajduję artukuł o Walther Pistole CP88 (Wikipedia ma go tylko po niemiecku, na szczęście rozumiem). Jest to również broń pneumatyczna. Jeśli wszystko dobrze rozumiem, Walther CP88 (znam już nazwę na pamięć, jak się okazuje) jest po prostu wiatrówką. Po co więc cudzysłów? Czy to jest jakiś inny rodzaj wiatrówki?

Moje horyzonty wiedzy poszerzyły się już po pierwszym akapicie. Super, ale chyba trochę wygodniej by było, gdyby nie trzeba było tego sprawdzać. Może kilka - dosłownie tylko kilka - słów przy nazwie broni dopowiadających, że to wiatrówka? Albo po prostu usunąć te męczące mnie cudzysłowy i wszystko będzie jasne.

Cytat:
Po­sta­no­wi­łem strze­lać do ludzi.

Chwila przerażenia na koniec akapitu, na szczęście zaraz oddech ulgi, gdy następny wszystko wyjaśnia. Zgrabnie zrobione!

Cytat:
ASG


No dobrze. Google mam dalej otwarte, więc sprawdzam. Air Soft Gun, jak podaje wikipedia, czyli replika broni palnej. W sumie kolejne zdania dość dobrze wyjaśniają, o co chodzi, ale zaciekawił mnie skrót. Ponownie cieszę się ze zdobytej wiedzy, ale czy nie mozna byłoby zawrzeć tej informacji w tekście? Nie wiem z drugiej strony, czy zbytnia masa definicji nie zaszkodziłaby płynności.

Cytat:
po­ka­zał mi się w swoim sta­rym, woj­sko­wym mun­du­rze i po­wie­dział, że idzie­my w góry


W mundurze w plener? Mundur kojarzy mi się ze sztywnym galowym strojem. O taki tu chodzi, czy po prostu o jakieś odzienie bardziej przystosowane do działań w naturze? Coś w stylu moro albo khaki?

Cytat:
My­śla­łem, że się wściek­nę

Cytat:
I myślę, że mu się udało.

Cytat:
Myślę, że to mnie póź­niej ura­to­wa­ło.


Troszeczkę chyba za dużo w jednym akapicie?

Cytat:
Do tego oczy­wi­ście te­le­fon, który zo­stał w domu.


To zdanie jest zaraz po wyliczeniu, więc uzycie konstrukcji "do tego" sugeruje, że telefon również bohaterowie mieli przy sobie, zaraz po przecinku jednak zaprzeczenie. Trochę mi to zazgrzytało.

Cytat:
Nor­mal­nie to było ja­kieś trzę­sie­nie ziemi!


Hmm. Może mam osobisty uraz do słowa "normalnie" i staram się go nigdy nie używać, szukając synonimów, a może jednak nie pasuje mi to do reszty zgrabnego opowiadania. To takie podwórkowe słowo i w wyobrażni widzę już kilku kolesi oglądających się za panienką i rzucających jeden do drugiego: "Normalnie zajebista z niej dupa!". Opowieść nie jest napisana w tym stylu, dlatego mnie to ugryzło. Ale może bohater tak mówi - zobaczymy dalej.

Cytat:
pę­ka­ją­ce­go szkła - szyby w oknach schro­ni­ska za­czę­ły pękać


Powtórzenie - może gdzieś dać synonim? "Rozbijającego się, trzaskającego"?

Cytat:
Ti­ta­nic świa­ta nauki, jak ktoś kie­dyś po­wie­dział


Moje zainteresowanie wzrasta! Google. Szukając tylko tego wyrażenia trafiam tylko na dwa wyniki. Jeden to ten tekst ( :p ), a drugi artykuł na onecie o jakiejś teorii spiskowej. Okej, może poczytam później. Wydaje mi się, że kursywa niepotrzebna i bardziej pasowałby tutaj cudzysłów? W końcu przytaczasz nie tytuł utworu, lecz wyrażenie czyjegoś sformułowania.

Cytat:
urzą­dze­nie za­dzia­ła­ło. Za­dzia­ła­ło, o ile dzia­ła­niem można


Rozumiem, do czego zmierzasz, ale mimo wszystko jednak ździebko kłuje.

Cytat:
na cen­trum ośrod­ka spa­dły trzy Tri­den­ty


*Wzdycham ciężko*. Google. Jest strona na wikipedii o Trident (missile), nie ma polskiego tłumaczenia, na szczęście wiem, że chodzi o pociski nuklearne. No dobrze. Ta wiedza mi wystarczy... mam nadzieję.

Cytat:
Wie­dzia­łem, że to był śro­dek ty­go­dnia, ro­dzi­ce byli w pracy


Tak to brzmi, jakby bohater po powrocie odnalazł swoich rodziców, którzy byli w pracy. Może zmienić na "którzy o tej porze powinni być w pracy" albo podobnie?

Cytat:
wiem, że wtedy wielu mło­dych ludzi zro­bi­ło to, o czym ja my­śla­łem
;
Cytat:
fala sa­mo­bójstw po­chło­nę­ła lwią część ofiar


Hmm. Jakoś nie mogę się do tego przekonać. Instynkt przetrwania, nawet w obliczu wielkiej tragedii, zwłaszcza u młodych ludzi jest dość mocny. Gdyby to spotkało mnie, samobójstwo raczej nie byłoby dla mnie opcją. Chyba, że nie ulegałoby wątpliwości, że świat wokół mnie umiera albo że i tak zginę w wyniku skażenia lub innych skutków katastrofy.

Cytat:
Teraz cały, ogrom­ny bu­dy­nek jest kom­plet­nie znisz­czo­ny


Muszę się wrócić w tekście. Jaki budynek? Czytam kilka razy, ale albo mam bielmo na oczach, albo budynek nagle się pojawił bez ostrzeżenia. Może dopowiedzieć coś: "budynek, w którym teraz jestem"?

Wybacz mi proszę marudzenie, ale nie umiem inaczej komentować. Większość tego, co jest zaznaczone to nie są poważne błędy, lecz raczej sugestie od bardzo wielkiego laika. Bardzo podoba mi się historia! Na pewno będę czytać dalej, chociaż literatura apokaliptyczna to zazwyczaj nie jest moja literatura wyboru. Ale może uda Ci się mnie nawrócić.

Pozdrawiam serdecznie!
MarcinD dnia 23.09.2017 17:02
Ja uwielbiam takie komentarze, bo dają autorowi konkretne, bardzo solidne punkty do tego, by było lepiej. Oczywiście, nad całym tekstem wciąż pracuję i poprawiam, regularnie uwzględnieniając takie komentarze. Proszę czytać dalej i bez skrępowania "marudzić" w taki sposób. Bardzo dziękuję :-).
Darcon dnia 10.11.2017 21:49
Cytat:
Oczy­wi­ście, nie tra­fi­łem za pierw­szym, ani nawet na za dru­gim razem

Cytat:
Po­czu­łem to "coś" w strze­la­niu i po­sta­no­wi­łem być w tym naj­lep­szy. Naj­pierw były tylko ga­zo­we pi­sto­le­ty, ale potem tata po­ka­zał mi coś lep­sze­go, coś, co po­ko­cha­łem.

Powtórzenie, świadome?
Cytat:
bez trudu ga­si­li­śmy pło­mie­nie świec. Ale strze­la­nie do tarcz, ko­ły­szą­cych się pu­szek czy za­pa­lo­nych kno­tów świec szyb­ko mi się znu­dzi­ło.

Powtórzenie.
Cytat:
Ale strze­la­nie do tarcz, ko­ły­szą­cych się pu­szek czy za­pa­lo­nych kno­tów świec szyb­ko mi się znu­dzi­ło. Wtedy po­sta­no­wi­łem po­strze­lać do cze­goś in­ne­go. Po­sta­no­wi­łem strze­lać do ludzi.

Tu także.
Cytat:
Nie, nie byłem typem czło­wie­ka, który z wia­trów­ką i pusz­ką śrutu wy­cho­dzi na dach, a potem strze­la do prze­chod­niów. To zresz­tą też by­ło­by tak samo - prze­pra­szam - nudne, jak strze­la­nie do tarcz. Od­kry­łem ASG. Zna­la­złem grupę kilku zna­jo­mych, któ­rzy mieli takie same za­in­te­re­so­wa­nia, jak ja i kiedy tylko się dało, go­ni­li­śmy się po oko­licz­nych la­sach, strze­la­jąc do sie­bie pla­sti­ko­wy­mi kul­ka­mi.

Dużo tego strzelania. :)
Cytat:
Za­bra­li­śmy ple­ca­ki, oba nie­ziem­sko cięż­kie (jak mi się wtedy wy­da­wa­ło) i ru­szy­li­śmy. Ot tak, po­że­gna­łem się z mamą i wy­szli­śmy z domu.

Wró­ci­li­śmy po ponad ty­go­dniu, krą­żąc po la­sach oko­licz­nych gór. To był mój pierw­szy raz z su­rvi­va­lem. Spa­li­śmy w na­mio­cie,

Robi się monotonnie, śmy, śmy, śmy.
Cytat:
woj­sko­wą mapę taty i jego kom­pas. To też mnie wcią­gnę­ło.

Od początku tekstu to już chyba czwarty raz, jak coś go wciągnęło.
Cytat:
Służ­by ra­tun­ko­we nie da­wa­ły sobie kom­plet­nie rady i to przy po­mo­cy woj­ska, a moi ro­dzi­ce… cóż, moi ro­dzi­ce nie żyli.

Cóż, dosyć szybko się z tym pogodził...

Marcinie, prolog nie specjalnie mi się podoba. Bo to nie jest prolog. Prolog to na ogół krótka scenka, jakby wyrwać pięć minut z filmu. Zawieszony gdzieś w powietrzu, ale połączony z resztą książki i oczywiście odpowiednio wciągający, zapraszający.
Twój prolog to relacja. Zrobiliśmy, poszliśmy, spaliśmy. Nauczyłem się, zobaczyłem i wróciłem. Wepchnąłeś w niego survival aby (prawdopodobnie) uzasadnić później dobre radzenie sobie bohatera w czasach po apokalipsie. Rodzice, którzy giną, ledwo liźnięci, matka prawie w ogóle. Dlatego, o ironio, te "cóż, nie żyją", nawet tutaj pasuje, ale słabo to wygląda.
Po survivalu robisz dosłownie "pstryk" i mamy już apokalipsę. Brak spójności fabuły, a raczej relacji, jak nadmieniłem wyżej.

Nie jest źle, tekst sprawnie napisany, ale też nie specjalnie mnie zainteresował.
Pozdrawiam.


Widzę Marcinie, że odznaczyłeś mój komentarz jako pomocny, ale nie odezwałeś się nawet słowem. Wiem, ciężko nam przełknąć słowa krytyki, gdy na ogół są pochwały.
Jestem jednak zdania, żeby nie klepać się wzajemnie po plecach, a szczerze wyrażać, inaczej nie będziemy się rozwijać.
Jestem pozytywnie nastawiony do Twojej twórczości, choć niekoniecznie musi mi się podobać, podoba się innym.
Chętnie jeszcze coś Twojego przeczytam i poprawię, jeśli mi coś polecisz.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Silvus
12/12/2017 15:00
Szanuję to również jak @Leszek, ale miej na uwadze,… »
kamyczek
12/12/2017 14:38
"Ładny wierszyk dla najmłodszych. Na pewno spodoba się… »
Skuul
12/12/2017 14:37
Ogólnie fajne, spodobało mi się, ale tutaj trochę się… »
Amarylis
12/12/2017 14:34
Bardzo dziękuję Panie Leszku,za to co Pan napisał. Niestety… »
mike17
12/12/2017 14:34
Stawitzky, klawo wykozaczony kawałek, typowy dla Twojej… »
Silvus
12/12/2017 14:05
Ale kto podciął? Dlaczego? Gdzie puenta? @Marychno,… »
Silvus
12/12/2017 13:57
Jakoś mi to bycie sobą nie pasuje na końcu. Może zbyt… »
ma_rychna
12/12/2017 13:32
Dziękuję za komentarz. »
hopeless
12/12/2017 12:06
Miladora - No tak:)))) Jak to było? Wstawanie z... Dzięki… »
Ula
12/12/2017 11:48
Ja też się uśmiechnęłam, Kamyczku. Ładny wierszyk dla… »
JOLA S.
12/12/2017 11:45
Jesteście niemożliwi, już nie nadążam, ale to mnie nie… »
Ula
12/12/2017 11:44
Kamyczku, Dziękuję za czytanie :) Pozdrawiam serdecznie. »
Jacek Londyn
12/12/2017 11:26
Tytuł bardziej nawiązuje do treści poprzedniego utworu. »
kamyczek
12/12/2017 11:16
Podróże kształcą, urocza bajeczka, Ulu. Podoba mi się.… »
Ula
12/12/2017 10:59
Dziękuję i pozdrawiam. :) »
ShoutBox
  • JOLA S.
  • 12/12/2017 15:56
  • Już jestem grzeczna.CMOK:)
  • Miladora
  • 12/12/2017 15:17
  • Dziewczyny - nie rozdwoję się, wszystko po kolei. :)
  • Silvus
  • 12/12/2017 12:23
  • @Carve, zobacz kategorię bezpośrednio w "Bibliotece" -> [link]
  • Carvedilol
  • 12/12/2017 12:17
  • Jak teraz można podglądnąć teksty dodane do wirtajek a jeszcze nie zaklepane - bo teraz automatycznie na stronę wirtajki przerzuca
  • JOLA S.
  • 12/12/2017 11:56
  • "Księga Wspomnień Myszy" czeka na korektę. :)
  • kamyczek
  • 12/12/2017 11:44
  • "Ależ z ciebie baran, baranie!" czeka na korektę.Miłego dnia wszystkim.
  • Miladora
  • 12/12/2017 11:05
  • napisz bajkę dla dzieci i wróć :) Wirtajki czekają na autorów
  • Miladora
  • 12/12/2017 01:58
  • a zostaniesz już z nami, MM? :) za długo Cię nie było - wracaj do nas :)
Ostatnio widziani
Gości online:30
Najnowszy:alojzyadamski95
Wspierają nas