Samotnik: rozdział 0: Prolog - MarcinD
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Samotnik: rozdział 0: Prolog
A A A

Pamiętam doskonale, gdy ojciec po raz pierwszy włożył mi do ręki broń. To był Walther CP88, a ja miałem dziewięć lat. Wraz z tatą staliśmy przed otwartym oknem i strzelaliśmy do zawieszonych w ogrodzie puszek i plastikowych butelek. Oczywiście, nie trafiłem za pierwszym, ani nawet na za drugim razem, śrut z "wiatrówki" poszedł gdzieś w trawę. Ale dałem się wciągnąć. Poczułem to "coś" w strzelaniu i postanowiłem być w tym najlepszy. Najpierw były tylko gazowe pistolety, ale potem tata pokazał mi coś lepszego, coś, co pokochałem. "Wiatrówka" z lunetą. Szczerze mówiąc, nie pamiętam już, jaki to był model, ale wiem, że świetnie, naprawdę świetnie się przy nim bawiliśmy. Przestrzelaliśmy ją tak, że w trzech czwartych zasięgu bez trudu gasiliśmy płomienie świec. Ale strzelanie do tarcz, kołyszących się puszek czy zapalonych knotów świec szybko mi się znudziło. Wtedy postanowiłem postrzelać do czegoś innego. Postanowiłem strzelać do ludzi.

Nie, nie byłem typem człowieka, który z wiatrówką i puszką śrutu wychodzi na dach, a potem strzela do przechodniów. To zresztą też byłoby tak samo - przepraszam - nudne, jak strzelanie do tarcz. Odkryłem ASG. Znalazłem grupę kilku znajomych, którzy mieli takie same zainteresowania, jak ja i kiedy tylko się dało, goniliśmy się po okolicznych lasach, strzelając do siebie plastikowymi kulkami. Gdy byłem w gimnazjum, niemal każdy weekend spędzałem w lesie, z kilkoma kumplami, goniąc za sobą i strzelając do siebie, a potem wracając z siniakami i radością. W czasie, gdy koledzy z klasy nabijali się ze mnie, mając coraz to lepsze smartfony i setki znajomych na społecznościowych portalach, ja wciąż miałem tego samego, "pancernego" samsunga i kilku sprawdzonych kumpli spoza szkoły, którym zawsze można było dołożyć kilka siniaków. Albo dostać od nich. Wciągnąłem się w to całkowicie, mieliśmy własny team, własną drużynę, z którą jeździliśmy na zawody. W dodatku pamiętam doskonale, że w czasie naszych treningów przed zawodami zawsze oszukiwaliśmy samych siebie - do wszelkich kieszeni spodni czy kurtek pakowaliśmy całą masę różnych niepotrzebnych rzeczy, chociażby kamieni. Po co? Trening wytrzymałościowy. Na "wuefie" w zasadzie rozkładałem na łopatki wszystkich moich kumpli z klasy we wszystkich ćwiczeniach. Teraz aż nie chce mi się wierzyć, że trwało to tylko dwa i pół roku - do końca gimnazjum. Potem tata pokazał mi coś jeszcze, co również bardzo mnie wkręciło. Któregoś razu, w wakacje, obudził mnie i kazał się ubrać w mój strój do zawodów ASG. A potem pokazał mi się w swoim starym, wojskowym mundurze i powiedział, że idziemy w góry. Ucieszyłem się. Zabraliśmy plecaki, oba nieziemsko ciężkie (jak mi się wtedy wydawało) i ruszyliśmy. Ot tak, pożegnałem się z mamą i wyszliśmy z domu.

Wróciliśmy po ponad tygodniu, krążąc po lasach okolicznych gór. To był mój pierwszy raz z survivalem. Spaliśmy w namiocie, w jednym śpiworze, przytuleni do siebie plecami, by lepiej się ogrzać. Na początku było to dla mnie dość… dziwne i krępujące, ale teraz wiem, że tata po prostu chciał nauczyć mnie, jak najlepiej sobie poradzić, gdy jest się zdanym tylko na siebie. Jedliśmy konserwy, które były w plecakach, ale nie tylko. Przez cały ten tydzień nauczyłem się, ile jedzenia może dać człowiekowi las. Grzyby, rośliny, nawet owady… No i woda - sposoby jej zdobycia, czy oczyszczenia. Do tego oczywiście telefon, który został w domu. Przy sobie mieliśmy tylko starą, wojskową mapę taty i jego kompas. To też mnie wciągnęło. I nie wiedziałem jeszcze wtedy, że będzie tak bardzo pomocne w przyszłości. Potem w zasadzie co tydzień, dwa, robiliśmy takie wypady, nawet zimą, zaś zawsze przez ferie i lato przez cały tydzień siedzieliśmy w górach. Nauczyłem się tak banalnych rzeczy, jak robienie prania w lesie, mycie się śniegiem czy korzystanie z leśnych strumyków. I nie zapomnę, jak któregoś razu ojciec dał mi dwa tygodnie na przygotowanie się na tygodniowy pobyt w górach. Zdziwiłem się, że tylko tygodniowy, ale pamiętałem już, jakie należy zrobić zapasy, co koniecznie zabrać, co można sobie odpuścić. Nóż, latarka na dynamo, mapa, kompas, konserwy, namiot i całą masę rzeczy. Gdy plecak był gotowy, ojciec go sprawdził, ale nie odezwał się, zdjął tylko z niego namiot. Wiedziałem więc, że będę musiał zrobić szałas. Wyszliśmy razem.

Przez cały ten tydzień tata był ze mną, ale nie odezwał się ani słowem. To ja wyznaczałem kierunek, patrząc w mapę, kompas i gwiazdy, to ja decydowałem, kiedy i gdzie zostajemy i sam musiałem zbudować sobie szałas, korzystając wyłącznie z survivalovego noża i niewielkiego turystycznego toporka. Myjąc się w leśnych strumykach, śpiąc wśród robactwa pod szałasem, czy zjadając zimne konserwy wiedziałem, że ten tydzień był dla mnie egzaminem. Po tygodniu spędzonym w lesie, zmęczony i pozbawiony zapasów, byłem gotowy do powrotu do domu. A wtedy ojciec powiedział do mnie z rozbrajającym uśmiechem "zostajemy jeszcze jeden tydzień". Myślałem, że się wścieknę, chociaż teraz wiem, czego chciał mnie nauczyć. I myślę, że mu się udało. Przez kolejny tydzień musiałem żywić się wyłącznie tym, co zdobyłem w lesie. Kilka dzikich myszy czy bażant, usmażone nad niewielkim ogniskiem, świeże grzyby, leśne jagody, jaja ptaków i "herbata" z liści drzew, to był istny koszmar. Ale dałem radę. I od tamtego tygodnia sam wychodziłem na survivalowe wycieczki. Przygotowywałem się do bycia żołnierzem zawodowym, nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. Myślę, że to mnie później uratowało.

Pamiętam, że to był pierwszy dzień wakacji, gdy skończyłem drugą klasę gimnazjum. Akurat podchodziłem pod linową kolejką na jedną z bliższych mojemu miastu gór. Miałem w planach zostać w górach prawie dwa tygodnie, z zapasami w plecaku na półtora. Pogoda była świetna. Tuż pod schroniskiem usiadłem na trawie, opierając się o plecak. I wtedy poczułem TO. Ziemia zaczęła drżeć. Na początku zupełnie nieznacznie, tak, że odruchowo zacząłem szperać za telefonem, zastanawiając się, czy to nie były jego wibracje. Ale nie, telefon milczał. Ba, na ekranie widniała informacja o zgubieniu sygnału. A wibracje się nasilały. Normalnie to było jakieś trzęsienie ziemi! Gdzieś za sobą usłyszałem trzask pękającego szkła - szyby w oknach schroniska zaczęły pękać i wypadać, ludzie zaczęli krzyczeć. Zerwałem się na równe nogi i wciągnąłem na ramiona plecak. Patrzyłem jak żółte wagoniki kolejki z ludźmi w środku kołyszą się mocno, coraz bardziej i bardziej. Wreszcie rozległ się głośny trzask i liny pękły, a wagoniki runęły na ziemię. Tego już nie widziałem; patrzyłem przez lornetki na moje miasto. Widziałem przez potężne, militarne szkła, jak wszystkie budynki, jeden za drugim, walą się w gruzy i nie wiedziałem, co myśleć. Dostrzegłem tylko jedną dziwną rzecz, fala zniszczenia przesuwała się z zachodu na wschód, niemal równą linią. Wstrząsy trwały… nie mam pojęcia, jak długo. Kilka, może kilkanaście minut. Ale, jak się miało okazać, nie to było najgorsze.

Potem, z najróżniejszych plotek i informacji zacząłem się mniej więcej dowiadywać, co się stało. Ze słów tych, którzy uciekli do nas z zachodu, można wywnioskować, że wszystko zaczęło się w Szwajcarii. Tak, dokładnie tam, gdzie mieścił się wtedy Titanic świata nauki, jak ktoś kiedyś powiedział, czyli Wielki Zderzacz Hadronów. Podobno wreszcie naukowcom coś się udało i największe na świecie urządzenie zadziałało. Zadziałało, o ile działaniem można nazwać wywołanie fali sejsmicznej, szybszej i potężniejszej od wszystkich dotychczas zarejestrowanych. Również - podobno - cały tunel o długości dwudziestu siedmiu kilometrów nagle zapadł się kilkaset metrów pod ziemię, wraz z wszystkim, co było ponad nim, zaś w jego wnętrzu jakaś reakcja łańcuchowa bez przerwy wyzwalała kolejne niszczące fale obiegające Ziemię. "Jakaś", ponieważ już w pierwszych minutach Katastrofy podobno całkowicie zerwał się jakikolwiek kontakt z ośrodkiem. I wtedy podjęto kolejną nietrafioną decyzję - na centrum ośrodka spadły trzy Tridenty, które ostatecznie zatrzymały Katastrofę. Potem było już dokładnie tak, jak we wszystkich chyba filmach i powieściach apokaliptycznych - niemal roczna, nuklearna zima, która zostawiła po sobie przy życiu jedną trzecią ludzkości. Jak to się stało, że przeżyłem? Miałem szczęście. Na początku od razu wróciłem do miasta, do jego ruin. Wiedziałem, że to był środek tygodnia, rodzice byli w pracy. Telefony oczywiście nie działały. Służby ratunkowe nie dawały sobie kompletnie rady i to przy pomocy wojska, a moi rodzice… cóż, moi rodzice nie żyli. Teraz już myślę o tym spokojnie, chociaż wiem, że wtedy wielu młodych ludzi zrobiło to, o czym ja myślałem - ulice były pełne martwych ciał z podciętymi żyłami, czy też rozbitymi po skokach z ocalałych resztek dawnych wieżowców. Myślę, że fala samobójstw pochłonęła lwią część ofiar. Uciekłem z powrotem w góry, jak się okazało, w ostatnim momencie. Po atomowych atakach nadeszły chmury, trujące, zabijające, przed którymi ratowały jaskinie oraz filtrowana woda. Potem znów wróciłem do miasta...

A teraz… Teraz cały, ogromny budynek jest kompletnie zniszczony - na szczęście dla mnie, wyłącznie w środku. Jego zewnętrzne ściany zachowały się nienaruszone. Nie tak, jak przylegające do niego biurowce, jakoś ustał w momencie Katastrofy. Cholernie się wyróżniał się na tle… tak naprawdę chyba wszystkiego wokół. Sąsiadujące osiedle przypomina mi w trzech czwartych stertę gruzu. Tylko nieliczne kamienice jako-tako ustały się w pionie. Podobnie zresztą, jak inne osiedla. Jak całe moje miasto. A jednak jakoś ten budynek ocalał. No i kominy. Najwyższe w całym mieście, sięgające stu sześćdziesięciu i stu dwudziestu metrów. Wiele razy byłem na ich szczycie, widać z nich niesamowitą panoramę na całe… ha, chciałem powiedzieć "miasto". Na ruiny miasta. Nazywam się Maciek i jestem Samotnikiem. A oto moja historia.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
MarcinD · dnia 09.05.2017 18:47 · Czytań: 307 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 2
Komentarze
Koniczyna dnia 09.07.2017 15:53
Drogi Marcinie, powiem Ci, że bardzo wciągające. Od razu zabieram się za kolejną część. Nawet jeżeli trafiły się jakieś błędy, to ich nie zauważyłam. Super.
Pozdrawiam.
MarcinD dnia 09.07.2017 17:14
Bardzo dziękuję za tak miły komentarz :-)
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
JaDziekuje
21/08/2017 01:55
Dobre pisanie, ale chyba za mało, żeby się wczuć. Skojarzyło… »
Infernus
21/08/2017 00:42
Lady, po Twoim tekście mam nie lada zagwozdki. Co było… »
damian wrotycz
21/08/2017 00:32
ee tam nie znasz się :D dziękuje, kocham, miętoszę… »
damian wrotycz
21/08/2017 00:29
dziękuje, kocham, miętoszę pozdrawiam czochram :p ps… »
GreenTeaFan
21/08/2017 00:20
Dziękuję za zainteresowanie Silvus. W zasadzie dobrze… »
JaDziekuje
21/08/2017 00:19
Siema... Na Brzeskiej znajomy ma"Pyzy flaki… »
Silvus
21/08/2017 00:14
Ja tu widzę chęć czegoś, ale brak możliwości w… »
wiktoria
20/08/2017 23:59
Ghost-writer, fatalna wersyfikacja i wiele powtarzających… »
Zola111
20/08/2017 23:19
Lilu, ma, ma. Dziękuję pięknie. Sereczności i buziaki,… »
Dobra Cobra
20/08/2017 23:18
Ależ kto wie lepiej od Ciebie, jaka jest ta Agnieszka i co… »
wiktoria
20/08/2017 23:14
Aleś Amerykę odkrył Domofonie. Nic nie może być takie samo… »
Dobra Cobra
20/08/2017 23:14
Pokrzepiasz mą duszę pisząc, że Karoline to twarda sztuka.… »
Lilah
20/08/2017 23:07
Ma charakterek ta Marianna, ma. Ale może to i dobrze, bo… »
damian wrotycz
20/08/2017 22:51
to może tak ? nie patrz mi w oko gdy zasnę na amen… »
Brudnopis
20/08/2017 22:48
Dobrze wiedzieć. :) »
ShoutBox
  • JaDziekuje
  • 21/08/2017 02:02
  • Każdemu należy się uznanie, jeśli swoją pracę wykonuje z sercem.
  • Infernus
  • 21/08/2017 01:27
  • Dlatego należy się szczere uznanie dla tych, którzy robią to z sercem..
  • chawendyk
  • 21/08/2017 01:01
  • a wiesz ile śmierci można uniknąć dzięki profilaktyce? odpowiem. większości.
  • Infernus
  • 20/08/2017 23:50
  • Zawsze byłem pełen podziwu dla tego typu zawodów..
  • chawendyk
  • 20/08/2017 23:44
  • no i oczywiście "trzymania głowy w słoikach" nie trzeba brać dosłownie:) ale każdy zawód ma swoje detale
  • chawendyk
  • 20/08/2017 23:39
  • a jeśli ma drugą specjalizację ?
  • Infernus
  • 20/08/2017 23:24
  • To mój lekarz trzyma głowy w słoikach? :p
  • chawendyk
  • 20/08/2017 23:04
  • dlaczego, popatrz:) tak wyglądają po części te sprawy:)
  • Infernus
  • 20/08/2017 21:38
  • Maru, spoko nuta można się nieco zrelaksować, ale klip... za bardzo medyczny :)
  • chawendyk
  • 20/08/2017 21:17
  • Maru, a byłeś w realu w takich miejscach z tego linka? Mi się zdarzyło. Nie polecam
Ostatnio widziani
Gości online:41
Najnowszy:PayHeed
Wspierają nas