Dziesięć przypowiastek - Carvedilol
Proza » Długie Opowiadania » Dziesięć przypowiastek
A A A
Od autora: Zastanawiałem się czy nie umieścić tego w kategorii Bajka, gdyż jest to w sumie dziesięć bajek, ale, że niejako stanowią pewną całość wrzucam tutaj

 

Dziesięć przypowiastek
 
 
Prolog
 
  Dawno, dawno temu, kiedy na świecie nie było jeszcze Internetu, telefonów komórkowych, ani komputerów, w czasach kiedy ludzie komunikowali się jedynie za pomocą środków czysto werbalnych, żył sobie… jaskiniowiec.
 
I
 
  Ugru był dziwnym jaskiniowcem. Mieszkał ze swoim plemieniem, a jednak czuł się samotny i odrzucony. Nic nie mógł na to poradzić, że brzydził się zabijaniem zwierząt i nie chciał jeść mięsa. W dzieciństwie karmiono go na siłę, później, gdy podrósł, przeszedł na dietę jarską. Dziwne to schorzenie próbowano naturalnie leczyć, a to maścią z koziego tłuszczu, a to krwią koguta, ale gdy nie pomogły nawet, ani okłady z surowych jajek, położone przez szamana w czasie pełni księżyca, na całą noc na oczy chorego, ani wszelkie znane tajemne rytuały, odpuszczono. Ciemne moce przejęły Ugru i nic nie można było na to poradzić.
  Kiedy jest się jaskiniowcem i nie je się mięsa, spada się do najniższego poziomu społecznego – niżej niż dzieci, starsi i chorzy, ba, nawet niżej niż kobiety. Kasta ta nosi nazwę odmieńcy. Ugru trwał jednak w swoim postanowieniu i zawsze odwracał wzrok kiedy przygotowywano świeżo upolowane mięso. Nawet małe szkraby śmiały się z niego.
  Pewnego dnia przyszło liczniejsze plemię i wypędziło Ugru wraz z pobratymcami. Musieli osiąść w miejscu, gdzie była jedynie goła ziemia, a porządnego zwierza nie wypatrzysz. Pomarli by z głodu, gdyby Ugru nie nauczył ich, które rośliny można jeść, jak je uprawiać i przyrządzać. Ugru stał się kulinarnym guru. I tu mogłaby się szczęśliwie skończyć ta opowieść, gdyby nie to, że jaskiniowiec to jednak prymitywna istota jest, a raczej była. Po latach plemię rozrosło się na ziemniaczanej diecie i wypędziło najeźdźców, wracając na swoje dawne terytoria. No i Ugru, jako opętany przez złe moce, spadł znowu do najniższej kasty. W niepamięć poszły jego zasługi, a mięso wróciło na stałe do menu.
  Ugru jednak pozostał przy swoim światopoglądzie. Dzielnie uprawiał poletka i żywił się plonami ziemi. Czuł się częścią natury, a nie panem. Nie wiadomo, czy znalazł żonę, czy miał dzieci i przekazał komuś w genach to swoje dziwactwo. Często można było dostrzec jego samotną sylwetkę, kiedy stał na wzgórzu, wspierając się na swojej maczudze i z zachwytem przyglądał się otaczającej przyrodzie. Zadawał wtedy pytanie. „Czy to ja jestem dziwny, czy dziwny jest ten świat?” Nieme niebo, pozostawało jednak nieme.
 
II
 
  "…Co się stało z Ugru, tego nie wie nikt" – zakończył opowieść kapłan. Wtedy do pomieszczenia wbiegł głównodowodzący armii egipskiej. Faraon wysłuchał uważnie krótkiego raportu dowódcy. Ten obwieścił mu, że zbliżają się rzymskie legiony. Sto tysięcy wyszkolonych żołnierzy. Faraon zasępił się; wszak niedawno zawarto rozejm i trwałe przymierze. A teraz podstępny cesarz chce złamać zasady. Faraon zarządził natychmiastową mobilizację. Do południa każdy wojownik był gotowy do walki, a zaufani umyślni, już pędzili w stronę innych miast, aby wezwać posiłki. Ludzkie morze zalało pustynię. Po długim oczekiwaniu, ujrzano w końcu Rzymian, ale w miarę jak się zbliżali, jasnym się stało, że to zaledwie jedna centuria. Zdziwieni Egipcjanie czekali na rozkazy, a nie mniej zdziwieni rzymscy posłowie, obwieścili faraonowi:
- Przybywamy z pozdrowieniami od wielkiego cezara; żeby przypomnieć o zawartym sojuszu, cezar wysyła te oto podarki. W dziwny sposób jesteśmy tu jednak witani, i niech sam władca Rzymu wyciągnie z tego wnioski. Słowa pokój i przymierze, w waszym języku niechybnie oznaczają coś zgoła innego, niż po łacinie.
  Po czym udali się w drogę powrotną.
Faraon przywołał dowódcę, który wyjaśnił, że to jego zastępca zaraportował mu o rzymskim wojsku. „Rzesza ludzi, co najmniej pięćdziesiąt tysięcy, ale może być ich grubo więcej - tak powiedział, a ja wolałem zapobiegawczo przygotować się do gorszej opcji” – wyjaśnił dowódca.
  „Ze dwadzieścia tysięcy – wydukał przestraszony zastępca – taki raport otrzymałem od dowódcy oddziału piechurów. Wolałem nie zaniżać, aby nie być posądzonym o zaniedbanie”.
  „Liczba ta w tysiącach, wcale bym się nie zdziwił, gdyby było ich z dziesięć tysięcy albo więcej – wyjaśniał pobladły dowódca pieszego oddziału – mój zwiadowca był tego pewien, a ja wolałem wyrównać do górnej granicy prawdopodobieństwa”.
  „Jak nic, pięć, albo dziesięć centurii nadciąga – przekazał mi Orys, chłop, mieszkający dwie mile przed miastem” - tłumaczył się zwiadowca, drżąc jak w gorączce.
  „Ano, co najmniej kilkuset tych żołnierzy z północy, ciągnie w naszą stronę, ojcze – rzekł mi starszy syn, a ja będąc przykładnym obywatelem, niezwłocznie przekazałem zwiadowcy” – Orys ledwo mówił ze strachu, otoczony tłumem wielkich dostojników z faraonem na czele.
  „Widziałem w oddali żołnierzy, wielki, wielki tłum – rzekł mi młodszy brat, a ja chcąc ojcu przybliżyć nieco ich ilość, dodałem trochę od siebie” – dukał pierworodny Orysa.
  „Wyszedłem na górkę, tę w pobliżu oazy, do której się wybierałem, według nakazu ojca – rozpoczął młodszy syn – wtedy zobaczyłem żołnierzy. Jako, że nie umiem liczyć, a ich ilość wydała mi się olbrzymia, wróciłem pędem do domu i napotkawszy brata, opowiedziałem mu o wszystkim. Trzeba powiadomić faraona, pomyślałem, i tak też uczyniłem” – dokończył.
  Faraon rozgniewał się i winnymi nakazał nakarmić krokodyle. Jedynie młodszego syna Orysa wziął do pałacu i kazał go nauczać. W końcu główny doradca władcy nie wytrzymał i zapytał go o przyczynę takiej decyzji.
- Widzisz – wyjaśnił faraon – ten mały chłopiec okazał się wiernym poddanym, złamał rozkazy ojca, aby mnie powiadomić. To, że nie potrafił trafnie ocenić liczby wojska, wynika z tego, że jest dzieckiem, a dzieci inaczej postrzegają wiele spraw, a to, że nie umie liczyć, wynika z braku wykształcenia. Trzeba to nadrobić, a wyrośnie nam mądry i oddany obywatel. Co do reszty, potwierdzili starą mądrość. Najszybciej w świecie rośnie ziarno trującej rośliny, zwanej plotką. Kto chce się nią najeść, nie sprawdziwszy uprzednio źródła, sam jest sobie winien. A teraz przygotuj posłów, do Rzymu daleka droga, muszą wyplewić kolejne zdradzieckie ziarno.
 
III
  "…I faraon wysłał posłów, aby potwierdzili trwałość przymierza" – zakończył swoją opowieść bajarz. Rigor nie odezwał się ani słowem w trakcie słuchania. Był on młodym człowiekiem. I byłby niczym nie odbiegał od reszty społeczeństwa, gdyby nie jego dziwna twarz. Była jak kamienna maska; Rigor mówił z trudem i chrapliwie, a na jego obliczu nie gościły żadne grymasy i emocje, ani radości, ani żalu, gniewu czy strachu. Kiedy świętowano koronację Jorika III, on jako jedyny zdawał się nie wykazywać radości. Fizjonomia pozostała nieruchoma jak zawsze. Odczytano to jako wyraz niezadowolenia i zapobiegawczo wtrącono na trzy dni do lochu, na pożegnanie, dla lepszego środka wyrazu, pieszcząc jego plecy batogami. A gdy rok później, młody książę Thorik, prężny i energiczny, udał się na wyprawę wojenną, bronić honoru ojczyzny, bo czyż pusty królewski skarbiec nie jest ujmą dla kraju, wrócił sztywny i spokojny, z dziesięcioma grotami bełtów w dumnym młodzieńczym korpusie, Rigor nie okazał należnego smutku. Gdy tłum zalewał się łzami, on stał jak co dzień, kąciki ust ani drgnęły, nie opadły z żalu, ani jeden mięsień twarzy nie zareagował. Potraktowano to jako przejaw buntu i powrócił do tego samego co uprzednio, lochu, tym razem na miesiące trzy, a na pożegnanie dostał dziesięć razów razy dziesięć. O dziwo, twarz jego pozostała niewzruszona, nawet w trakcie wymierzania kary.
  Błąkał się później od wioski do wioski, ale jako, że miał „diabelską twarz”, odczytywano jego zachowanie, jako z natury złe. Mądra babka już w dzieciństwie odkryła, że matka Rigora, gdy z nim chodziła, musiała zapatrzyć się w ciąży na krowę co mleka nie daje, kozła albo czarnego kota i stąd zły urok. Urok ten sparaliżował mięśnie twarzy i nijak nie dało się ich pobudzić do życia. Rigor został skazany na niezmienny, nie wyrażający żadnych emocji, kształt swojego lica.
  Gdy pewnego jesiennego dnia wędrował leśnym traktem, usłyszał rozdzierające wołanie o pomoc. Serce jego reagowało odwrotnie proporcjonalnie do twarzy, więc podążył prędko w stronę głosu. Gdy wpadł na podwórze nędznej chatki, zobaczył przyciśniętą do rozpadającego płotu, wyrywającą się młodą dziewczynę, z uniesioną wysoko spódnicą, a od tyłu próbował się do niej dostać grubachny żołdak. Rigor chwycił leżące grabie i zanim niedoszły gwałciciel zorientował się w sytuacji, w jego czaszce pojawiły się dwa nowe otwory. Trysnęło, bynajmniej nie z ekstazy i żołdak padł na brzuch, który z racji kubatury, zachował się jak piłka, i poszkodowany przetoczył się na bok.
  Młode dziewczę, łkając i doprowadzając się do porządku, dziękowało głośno, przyglądając się wybawicielowi.
- Jakiś ty smutny – powiedziała, kiedy posilali się w chacie, po tym jak odwieźli związanego rzezimieszka wozem do wioski.
- A skąd ty możesz wiedzieć coś o moich uczuciach, przecież moja twarz jest nieprzenikniona.
- Może i jest ona martwa, ale ja patrzę w twoje oczy, a one są żywe i ciepłe. Nie kłamią.
- A dlaczego inni tego nie dostrzegają?
- Bo trzeba chcieć.
- Tylko tyle?
- I aż tyle.
  Rigor postanowił pomóc dziewczynie w gospodarstwie i zadomowił się u niej aż do śmierci. A kiedy przy jego martwym ciele zebrała się rodzina i znajomi, wydawało się, że na kamiennej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. A może to tylko odblask od ognia, który powoli połykał jego ziemskie szczątki.
 
IV
 
  "… Ale nie wiem tego na pewno, bo babka mojej babki, która przy tym była, za daleko stała" – zakończyła opowieść staruszka. Wnuk uśmiechnął się; ciekawe te babcine opowieści. Był on młodym chłopcem, pochodził z biednej rodziny i od dziecka pracował w pocie czoła na roli, pomagając ojcu. Ojciec chciał jednak dla niego lepszego losu i umówił go na rozmowę z kowalem, aby ten sam ocenił zdolności syna. Jeśli by przypadł mu do gustu, miał u niego terminować. Kowal miał dług wdzięczności wobec ojca, więc bez sprzeciwu przystał na tę propozycję. Jednak zanim nadszedł wyznaczony dzień, chłopca spotkała niecodzienna przygoda. Znalazł w lesie lisa, który został uwięziony w pułapce kłusownika.
 Lis odezwał się do niego -  "Wypuść mnie chłopcze, a nie zapomnę ci tego czynu".
- A cóż mi z tego przyjdzie, nie zbliżę się do ciebie, jeszcze mnie pokąsasz.
 Lis na to rzekł – "Potrafię przewidzieć twoją przyszłość, jeśli puścisz mnie wolno, powiem ci co cię czeka".
 Chłopiec, z rozbudzonym zainteresowaniem, nie mając nic do stracenia, wyciągnął zwierzę z potrzasku.
 Lis rzekł mu wtedy – "Pewnego dnia wygrasz na loterii wielką fortunę, która starczy ci do końca twoich dni", po czym oddalił się kuśtykając.
  Od tego dnia chłopiec stracił zapał do pracy, bo i po co się męczyć, skoro będzie bogaty, po co nadwerężać kręgosłup i mięśnie, kiedy niedługo sam będzie innym wydawał polecenia. Nie poszedł więc do kowala na nauki, a i w domu przestał pomagać rodzicom.
 Ojciec rzekł mu:
 – Synu, jeśli nie chcesz pracować w pocie czoła na chleb, idź szukać szczęścia gdzie indziej, nie ma tu miejsca dla nierobów.
 Chłopiec opuścił więc dom i udał się w świat. Lata mijały, ale żaden los nie przyniósł mu wygranej. Tułał się od miasta do miasta i od wioski do wioski; jako, że nie umiał za wiele, a pracować nie chciał, musiał kraść i oszukiwać, aby zdobywać jedzenie i pieniądze na kolejny los. Kiedy siódmy krzyżyk jego żywota dobiegał końca, przepowiednia lisa sprawdziła się – kupowane, już raczej z przyzwyczajenia, niż z wiary, losy, dały mu wygraną. Fortuna była olbrzymia i starczyła do końca jego dni. Czyli na całe dwa tygodnie, a po jego śmierci, jako, że nie miał rodziny ani przyjaciół, swoje pazury położyli na niej królewscy skarbnicy.
 
V
 
  "…I tak swoje bogactwo zostawił w całości na ziemi" – dodała z przekąsem jedna z dworskich panien. Księżniczka ukontentowana zaklaskała delikatnie dłońmi w błękitnych, jedwabnych rękawiczkach. Księżniczka Kyfoza była bardzo piękna. Jej urodę obniżał jedynie wydatny, garbaty nos. Kyfoza była równie piękna, co okrutna. Dlatego każdy przytyk co do jej nosa, stanowił obelgę, którą zawsze pomściła. Wszystkie panie dworu musiały być brzydsze, a do tego wybierała takie, które miały a to nos jak kartofel, a to długaśny, albo spiczasty, albo nawet z wystającymi włoskami. Nikt wokół księżniczki nie mógł przyćmić jej urody. Kobiety, które miały piękne, albo po prostu ładne noski, w jej obecności chowały swoje twarze za woalką, aby nie urazić i nie rozdrażnić mściwej władczyni.
  Kyfoza rosła w przeświadczeniu o swoim wdzięku, a jej nos rósł wraz z nią. Pewnego dnia wybrała się ze swoją świtą do lasu. Kiedy przemierzali leśne ostępy, usłyszeli nagle wesołą piosenkę. Ktoś dźwięcznym, młodym głosikiem śpiewał o ptaszkach, kwiatkach i niebie. Księżniczka skierowała się w stronę, skąd dochodził głos i po chwili wyszła na niewielką polankę, a całe towarzystwo za nią. Oczom im ukazała się prześliczna młoda osóbka, zbierająca kwiaty. Wzrok Kyfozy skupił się na jednym newralgicznym pukncie tej osóbki. Dziewczyna miała mały, lekko zadarty nosek. Cudo natury. Tego miłość własna Kyfozy nie zdzierżyła. Jak ktoś śmiał być piękniejszy od niej? Krew zagotowała się w żyłach i księżniczka głosem pełnym jadu, rozkazała przyprowadzić nieznajomą przed swoje oblicze.
- Kim jesteś? - wysyczała.
- Jestem Hania, córka drwala – odpowiedziała nieśmiało dziewczyna, pochylając głowę i dygając niezdarnie.
- Żołnierze – krzyknęła księżniczka – za znieważenie Jej Książecej Mości, należy się kara. Macie pociąć tę miękką, chłopską skórę i pokiereszować nieco ten dumny nochal.
  Przyboczni Kyfozy zadrżeli. Znali swoją władczynię i wiedzieli, że to nie żarty. Księżniczka, biedaczysko, nie miała poczucia humoru. A każda niesubordynacja skończy się dla nich fatalnie. Z żalem więc, ale wypełnili polecenie. Potem oddalili się, zostawiając zapłakaną Hanię na polanie, wśród rozrzuconych wokół kwiatów.
  Tak zastał ją ojciec, drwal Zbyszek. Przeniósł do domu, lekką niczym piórko córkę, opatrzył jej rany i poprzysiągł zemstę. Samotnie wychowywał Hanię od piętnastu lat. Sam wielki i brzydki, widząc jak piękna dziewczynka zmienia się w śliczną i promienną kobietę, postanowił, że nie odda jej byle komu. Taki skarb warty jest, aby jakiś wielki, zacny i bogaty pan wziął ją za żonę. Nie jakiś biedny chłopski syn. Dlatego kiedyś, w tajemnicy przed córką, ogłosił we wsi, że ten kto będzie się zalecał do Hani, ma przychodzić wpierw do niego. A jeśli kto nie posłucha, i nie daj Boże, uchybi jej w czymś, niech wie, że Zbyszek zemści się okrutnie. Użyje swojego topora i odrąbie ręce i nogi takiemu śmiałkowi. Wszyscy w okolicy wiedzieli jaka moc spoczywa w mięśniach drwala, jak jednym machnięciem ścina drzewa grubsze niż ludzkie udo. Dlatego Hania miała wielu adoratorów, ale tylko z daleka. Nikt nie odważył się spróbować czegoś więcej.
  Drwal po tym co się stało, był jak oszalały. Ktoś ważył się skrzywdzić jego piękną córkę, jego skarb. Nieważne, że to nie jakiś miejscowy zalotnik, nie jakiś obłąkaniec, nie wielki pan ze dworu, tylko księżniczka z tronu. Musi ponieść karę. I poniesie, poprzysiągł sobie. Długo czekał na dogodną okazję, ale w końcu się nadarzyła.
  Pewnego dnia Kyfoza udawała się w odwiedziny do ciotki, o czym wiedziała cała okolica. Drwal już czekał w lesie. Odpowiednio przygotowana pułapka również. Kiedy karoca z księżniczką przejeżdżała leśnym traktem, pchnął uprzednio podcięte drzewa, czasowo zabezpieczone podporami, których pozbył się, ciągnąc za sznur. Kareta, razem z zawartością, została zgruchotana, a sprawcę szybko ujęto. Ciało księżniczki, wystawione w trumnie, było straszliwie zmasakrowane, jedynie, o dziwo, wielki garbaty nos, zdawał sie nieuszkodzony. W tym samym czasie głowa drwala poturlała się spod topora na królewski dziedziniec.
  A Hania? Rany zabliźniły się, ale nigdy już nie zniknęły, a nos na zawsze pozostał krzywo zrośnięty. Znalazła jednak pokrewną, prostolinijną duszę. Chłopa z dwiema krowami, trzema kurami i kozą. Do tego własną zagrodą, w której odchowali swoją pokaźną gromadkę dzieci i wnuków. I żyli długo, kochając się prosto i szczerze, z dala od intryg i blasku. A jej mąż? Jej mąż był dobrym człowiekiem, chociaż powiedzieć, ze brzydki jak noc, to nic nie powiedzieć.
 
VI
 
  "… Tak to potoczyły się losy Hani" – zakończyła opowieść straganiarka. Mówiła na tyle głośno, iż cała opowieść dotarła do uszu ascety. Asceta mieszkał w niewielkiej komnacie, w szczycie pałacowej wieży. Od wielu, wielu lat nie opuszczał swej samotni. Miał tam tylko twardą pryczę, rózgę i stosy książek. Jednak przez okienko, z wysokości, spogladał przez lata na świat. Widział ludzką biedę, krzywdę, słyszał o ważnych wydarzeniach i o lichych plotkach, widział grzechy i miłosierne uczynki. A kiedy obłapiał wzrokiem bujne kobiece kształty, biczował sie później po trzykroć mocniej. Jego ciało całe pokryte było licznymi, źle zagojonymi ranami.
  W pałacu zaś urzędował baron. Baron, pomimo tego, że miał żonę i gromadkę dzieci, często organoleptycznie doceniał wdzięki innych kobiet. Lata mijały, postarzał się baron i siły witalne go opuściły. Teraz mógł już tylko słowem i dowcipem zadowalać płeć przeciwną. Postarzał się także i asceta. I on nie patrzył już pożądliwym okiem na młode krągłości. A i rózga tak mocno nie ciosała razów na sflaczałej skórze.
  Pewnego dnia gruchnęła wiadomość. Do pałacu przybędzie sam Stanisław z Bolonii. Człek ten, już za życia uznawany był za świętego, przed czym oczywiście się bronił. Był to mężczyzna spokojny, dostojny, dobry i mądry, a życie prowadził otwarte, choć ubogie materialnie. Asceta rozpromienił się, tak ważna osobistość pojawi się w pałacu. Na pewno gdy o nim usłyszy, nie omieszka odwiedzić go w lichej komnacie. Stanisław pojawił się w słoneczne południe, asceta czekał cierpliwie. Minęło popołudnie, minął wieczór, wybiła północ. Wtedy nie wytrzymał i rozżalony zrobił coś, czego od pięćdziesięciu lat nie robił. Wyszedł z komnaty. Długie, kręte schody jawiły mu się niczym przedsionek piekieł, ale pokonał je zadziwiająco szybko.
  Kiedy dotarł do pałacu, ujrzał wielkie grono ludzi; uśmiechniętych i z zaopatrzonymi brzuchami. Baron, gdy go ujrzał, uciszył wszystkich, przeskoczył stół i z rozpostartymi ramionami, zbliżył się do niego, wołając:
- Cóż za cudowny dzień, podwójne święto! Mój brat wrócił do żywych! Uściskali się, po czym baron posadził ascetę na najważniejszym miejscu, sam sadowiąc się obok. Asceta jednak od razu wdał się w dyskusję, z siedzącym po drugiej stronie, dostojnym gościem.
- Jakże to tak, szlachetny mężu, nie przyszedłeś mnie odwiedzić, a bawisz się w towarzystwie mojego brata, tego bałamutnika.
  Stanisław milczał przez chwilę, po czym ciepłym głosem, odezwał się z wolna.
- Widzisz, twój brat, to dobry człowiek. Zaprosił mnie do siebie, a ja skorzystałem z jego gościny.
- Ale to zatwardziały grzesznik. On w ciągu miesiąca miał więcej kobiet, niż ja przez całe życie. A jest wszakże żonaty!
- Zaiste, będzie z tego rozliczony. Ciężki to grzech. Ale kiedy stanie przed obliczem Stwórcy, znajdzie się wiele dusz, które się za nim wstawią. Dusze, które w czasie swojej ziemskiej wędrówki otrzymały od niego pomoc. Nie zauważyłeś, że nikt z jego poddanych nigdy nie chodził głodny? Baron zawsze wspierał biednych i chorych, czy to strawą, czy jakąś monetą, a nawet ufundował nauki, tym którzy chcieli się kształcić, ale pochodzenie im na to nie pozwałało. Oni już teraz poszli by za nim w ogień. I przed Bogiem zaświadczą o jego uczynkach. A ty, przez tyle lat widziałeś z góry biedę i nierówności. Ile osób zaświadczy o twoim miłosierdziu?
- Ale ja... żyłem pokornie i w spokoju ducha, ojcze.
- Otrzymasz za to swoją nagrodę. Wiem, że w wieku lat dwudziestu, zrzekłeś sie tytułu barona i kazałeś wybudować sobie wieżę, aby tam wieść życie skromne i pobożne. Łatwo nie ulegać pokusom, kiedy są poza zasięgiem, a pokazać swoją miłość innym z daleka, jeszcze trudniej. Ale nie mi oceniać, ja jestem jedynie prostym sługą Pana. I nie jestem nieomylny. To tylko moje skromne zdanie.
  Asceta deliberował jeszcze chwilę ze Stanisławem, potem jednak porwał go brat i do rana dyskutowali zawzięcie, nadrabiając pięćdziesiąt lat. Baron, przez te wszystkie lata pozostawił nietkniętą, należną bratu część majątku. Jednak po tygodniu skarbiec opustoszał, podobnież jak i mała komnata w środku wieży. Bracia dożyli wspólnie stu lat, a potem jeden po drugim zameldowali się przed Obliczem Pana. Opłakiwano ich długo i szczerze. A wieżę rozebrano i z pozostałych cegieł zbudowano wychodek. Jedynie małą rózgę zatrzymano, aby dyscyplinę dzieciom wpajać.
 
VII
 
  "…Dyscyplina być musi" – tak zakończył opowiadanie o braciach, dziadek. Właśnie zakończył się kolejny dzień żniw i odpoczywano w cieniu wielkiego dębu. Po wysłuchaniu opowieści, towarzystwo powoli zaczęło się rozchodzić. Chłop wrócił z pola. Wtedy po niego przyszli, zabrali go jak stał, ledwo pożegnał się z niedawno poślubioną żoną. Trzeba było walczyć za kraj, a kraj potrzebował zdrowych, silnych mężczyzn. Kiedy chłop wrócił z wojenki, nadeszło rozwiązanie i świeżo upieczony kombatant został świeżo upieczonym ojcem. Niestety, wojenna zawierucha odezwała się po dwóch latach i wymiotła go ponownie z domowej zagrody. Tym razem ledwo zdążył na chrzciny. Trzecie dziecko już samodzielnie stało w progu, kiedy wracał z kolejnej walki za ojczyznę.
  Chłop był prosty, nie rozumiał dlaczego ma iść zabijać innych, tylko po to, aby zmieniła się lub umocniła jakaś tam władza. Kiedyś król, potem jakieś parlamenta, rady, nie rady. A czy od tego, kto wydawał polecenia, ziemia lepiej lub gorzej rodziła plony? Taką samą pracę trzeba było wykonać. A gdy on walczył, to żona sama z dzieciakami musiała obrobić wszystko, żeby było co do gąb wepchnąć.
  Z czwartej wyprawy już nie powrócił. Chłopkę nieraz widywano z daleka, jak idzie za koniem, rąbie drwa, czy nosi ciężary. A kiedy przyszła kolejna zima, wydała na świat czwarte dziecko.  Kiedy siódme odcięło się od matczynego łona, ktoś życzliwy i bogobojny doniósł w końcu władzom. Sędzia załatwił sprawę szybko, przyszykowano szubienicę, zebrał się tłum gapiów i odczytano wyrok.
  Gdy kopniakiem wypchnięto beczkę spod nóg biedaczki, rozległ się krzyk z tłumu.
- Niee!!!... – wszyscy spojrzeli na zasapanego i czerwonego chłopa, męża gorszycielki. Ten dopadł do drgającego ciała żony, objął je i załkał głośno – nie!!!...
  Siłą oderwano go od denatki, a ten, wypytywany, wyjaśnił, że zdezerterował już dawno i mieszkał z żoną, ukrywając się w specjalnie wykopanej piwniczce, do której wejście kobieta zasłaniała komodą. Przebierał się w jej spódnice i chusty i pracował w polu; kiedy zbliżał się ktoś obcy, wracał do domu do piwniczki i zamieniał rolami z żoną. A dziś powoli i z wielkim trudem udało mu się samodzielnie wydostać z kryjówki. Niestety, za późno.
  - A więc mamy dezertera! - wykrzyknął sędzia. Zanim chłop zorientował się w sytuacji, dyndał już obok wiernej żony. Ich ciała zetknęły się przy silniejszym podmuchu wiatru i jakoś tak się zaplątały, że jakoby jedno ciało wisiało.
  Sędzia zatarł ręce. „Dwa grzyby w barszcz”. Dzieci do sierocińca, a on miał kolejny sukces na koncie. Sprawiedliwości znów stało się zadość. On wszakże na jej straży stoi. A to, że kobieta okazała się niewinna, gdyż dzieci pochodziły z prawego łoża, stało się tylko niewygodnym faktem. Najważniejsze, żeby w księgach wszystko się zgadzało. Sędzia bowiem lubował się w porządku. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, udał się wolno do domu. Po tak wyczerpującej sprawie, należy mu się solidny obiad, a potem drzemka. Jakże trudne i męczące jest wymierzanie sprawiedliwych wyroków.
 
VIII
 
  "… Jakże trudne i męczące jest wymierzanie sprawiedliwych wyroków. Ale i konieczne" – zakończyła spikerka. Sasza wyłączył radio. Pora położyć się spać. Sasza pracował w wydawnictwie. W jego kraju wydawnictwo było niczym każda inna fabryka, zajmowało się produkcją. W tym wypadku produkowało informacje. O północy Sasza został nagle wybudzony ze snu, w którym nic się nie śni. Usłyszał głośne łomotanie i za moment stał już ubrany przed drzwiami wejściowymi. Zerknął przez wizjer, otworzył drzwi, ale nikogo za nimi nie było. Gdy wrócił do kuchni, zobaczył niewyraźną białą postać.
- Uff – westchnął, uspokojony.
- Nie boisz się mnie? – zdziwiła się postać.
- Nie, ale wystraszyłem się wcześniej, myślałem, że to służba bezpieczeństwa. Kim jesteś?
- Duchem, Saszo, duchem.
- Duchów nie ma, więc się nie boję – odparł i położywszy się ponownie do łóżka, zasnął natychmiast.
  Od tej pory duch nieustannie wracał i towarzyszył Saszy; ten starał się ignorować jego obecność. Jednak stopniowo zmęczony sytuacją, zaczął szukać pomocy. Niestety, nie pomogły terapie behawioralne, elektrowstrząsy, śpiączka insulinowa, ani nawet wódka. Duch był tworem wyjątkowo trwałym. Sasza powoli czuł, że przegrywa z obłędem i przypadkowo popełnił straszną zbrodnię. W swoim artykule nieopatrznie napisał prawdę.
  Tym razem klasycznie, w środku nocy, został zaszczycony wizytą prawdziwej służby bezpieczeństwa. Po krótkiej rozprawie między trzema "osobami", Saszą, pięścią i podłogą, przyznał się do winy. Siedząc w ciasnej zimnej celi, liczył na to, że przynajmniej został wyleczony ze zwidów, ale o północy duch znów się pojawił. Sasza westchnął zrezygnowany. Duch jednak wyciągnął zaciśniętą bladą rękę w jego stronę.
- Masz – powiedział – i otworzył dłoń. Sasza ujrzał pęk kluczy. Nie zastanawiając się nad tym, że nie wierzy w duchy, przemykał korytarzami, otwierając kolejne drzwi i mijając śpiących i pachnących naturalnym państwowym zapachem gorzały strażników, wydostał się z ponurego gmachu.
  Duch rzekł do niego:
- Masz teraz dwa wyjścia, uciekać, albo wracać, jedno z nich pozwoli ci pozostać wolnym człowiekiem. Daję ci tę szansę i obiecuję, że to nasze ostatnie spotkanie. Po czym rozpłynął się.
  Sasza postanowił wrócić do domu, wypił resztkę wódki i zasnął w ubraniu. Rano wstał, ogolił się i usiadł, czekając na przedstawicieli bezpieki. Ale ani tego dnia, ani przez kilka kolejnych, nikt się nie zjawił. Sasza udał się do pracy, ale nie został wpuszczony; stróż stwierdził, że go nie zna i nigdy nie widział. Sasza wrócił do domu. Po kilku kolejnych dniach męczącego oczekiwania, nie wytrzymał i sam udał się na milicję.
- Towarzyszu – usłyszał – to nie czas na żarty. Towarzysz Sasza Godunow został pojmany i osadzony w więzieniu dwa tygodnie temu. A z tego więzienia nikt do tej pory nie uciekł i nigdy nie ucieknie. Nie możecie więc być Saszą. Wracajcie do siebie i nie rozsiewajcie kłamliwych informacji.
  Okazało się, że system nieomylny jest i wie lepiej. Sasza przestał być Saszą. System nigdy nie przyzna się do błędu i porażki. Pierwszy raz w życiu ex-Sasza poczuł się wolny. Wrócił do domu, popatrzył w lustro i przestraszył się. Właśnie uwierzył w ducha.
 
IX
 
  "…Wtedy właśnie uwierzył w ducha" – po chwili ukazały się napisy końcowe i Jerry wyłączył telewizor. Pastor Jerry był młody i pełen zapału. Nie chciał zmieniać świata. Wręcz przeciwnie - chciał żeby świat trzymał się utartych zasad, bo tylko w tym widział szansę na zawrócenie go z drogi, zmierzającej do katastrofalnego upadku.

 Pewnego dnia przyszła do niego około czterdziestoletnia kobieta. Znał ją i wiedział, ze to dobra boża owieczka. Dlatego zaskoczył go bardzo, cel jej wizyty. Okazało się, że Mary od wielu lat stara się o dziecko, ale wszelkie próby, diety, tabletki i zabiegi nie dały rezultatu. A ona czuła się załamana i niespełniona. Małżeństwo, owszem trzymało się nieźle, ale nie kwitło, brakowało w nim tego czegoś. Maleństwa scalającego wspólną miłość. Mary, bogobojna, przyszła się poradzić pastora; postanowiła wykorzystać nowoczesną technikę i poddać się in vitro. Myśl ta, początkowo odrzucana, rosła w niej od kilku lat, wraz z obumierającą nadzieją na naturalne poczęcie.
  Pastor zgromił ją, w dosadnych słowach wytknął grzech, który zamierzała popełnić. „To sprzeczne z naturą” - krzyczał - „narzędzie Szatana, dla słabych i nie potrafiących poddać się woli Pana”. Kobiece łzy płynęły po błękitnej apaszce, a on kończył kazanie - „jeżeli Bóg nie chce, żebyś miała dziecko, nie możesz z Nim walczyć, musisz przyjąć w pokorze to co jest Tobie pisane, dziecko!” Mary wybiegła z opuszczoną głową.
   Wiele lat później, Jerry'ego również dopadło, to co było mu zapisane. Stroniący od lekarzy, wpadł w ich szpony, w stadium wieloprzerzutowego czerniaka. Zjadany bezlitośnie przez nowotwór, pozbawiony nadziei na wyleczenie, modlił się do Boga. „Panie, jeżeli taka Twoja wola, jestem gotów, ale boję się cierpienia i śmierci, pomóż mi proszę. Możesz mnie uleczyć, albo przynajmniej ulżyć w cierpieniu. Błagam Cię, nie daję już rady.”
  Bóg, zdaje się, wziął pod uwagę prośby swojej owieczki; Jerry został zakwalifikowany do leczenia eksperymentalnego. Nowa metoda podobno przynosiła już rezultaty. Jerry trafił do oddziału pomysłodawczyni tego sposobu leczenia. Zaprogramowane przeciwciała, niszczyły odnalezione w bilionach komórek, te, oznaczone antygenami czerniaka. Młoda lekarka-naukowiec codziennie z życzliwym uśmiechem odwiedzała swoich pacjentów; również stary pastor był pod jej urokiem. I czy to sprawiła modlitwa, czy nowoczesne przeciwciała, czy ciepło i serdeczność lekarki, a może wszystko razem, pastor zaczął odzyskiwać siły.
  Pewnego dnia, kiedy podniósł powieki z popołudniowej drzemki, ujrzał starszą kobietę. Rysy, choć zmarszczone znakiem czasu, wydały mu się znajome.
- Jestem Mary Smith, wielebny. Nie wiem, czy pastor mnie jeszcze pamięta.
- Tak, tak... - dodał po chwili zastanowienia – pamiętam. Przypomniał sobie ich ostatnią rozmowę, wiele lat temu. Później Mary nie pojawiła się więcej w parafii. Podobno przeprowadziła się do innego hrabstwa.
- Przyszłam tu w odwiedziny i przypadkowo dowiedziałam się, że również pastor jest tutaj leczony.. Trudno mi było w to uwierzyć. Przecież ta metoda to sprzeniewierzanie się naturze. Nowoczesna technologia to dzieło Szatana, jeśli dobrze cytuję?...
  Jerry zaniemówił, a potem zaczerwienił się. Po długiej, niezmąconej ciszy, spojrzał na twarz Mary i odezwał się.
- To nie takie proste porównanie. To nie są równoważne sytuacje. Bo zarodki… - przerwał, widząc minę Mary – ale, przyznaję, byłem wtedy młody i czarno-biały. Doświadczyłem w ciągu tych lat wielu odcieni szarości. Zawsze jednak tę szarość starałem się rozświetlić naukami Jezusa. Czy mądrze, nie wiem, ale i tak należą ci się przeprosiny. Trwam przy swoim zdaniu, jednak sposób w jaki wtedy potraktowałem ciebie, Mary, był zły. Brutalny i nie mający nic wspólnego z miłosierdziem. Teraz postąpiłbym inaczej, ale jak powiedziałem, trwam przy swoim zdaniu. In vitro to grzech.
  Znowu dłuższa chwila milczenia.
- Pastorze, czy z czegoś złego może narodzić się dobro, czy tylko dobro daje dobro?
- Złe nasienie nigdy nie daje dobra, jedynie chwasty, dobry plon, daje tylko dobre ziarno.
- Czyli zgodzi się pastor ze mną, że jeżeli jest coś dobrego, ciepłego i pełnego miłości, to u podstawy nie może leżeć zło?
- Taaak... - odparł już mniej pewnie pastor, wyczuwając kryjące się w tym pytaniu zagrożenie.
- Cieszę się.
  Posiedzieli chwilę, rozprawiając na temat starości, chorób i świata. W pewnym momencie do sali zawitała lekarka.
- To ja już pójdę – pożegnała się Mary.
- Pa, mamo – uśmiechnęła się młoda kobieta.
  Pastor oniemiał. Całą noc leżał krzyżem na zimnej szpitalnej podłodze. Miał wiele spraw do Boga, od pytań i podziękowań, do przeprosin. Rano ciepłym uśmiechem przywitał swoja lekarkę.
 
X
 
…Ostatnim kadrem był ciepły, serdeczny uśmiech młodej lekarki – po czym wyłączył hologram. Był bardzo bogatym człowiekiem. Wczoraj usłyszał, że w dalekim kosmosie odkryto nową planetę. Podobno raz w roku można z niej było ujrzeć Boga. Człowiek ten, zwany Dives, postanowił, że za wszelką cenę dokona niemożliwego – spojrzy Bogu w twarz. Za większą część majątku wykupił planetę i nazwał ją Oculus Dei. Niestety, potrzebował więcej i więcej funduszy, aby dostać się na swoją nową ziemię. Jako, że był właścicielem wielu koncernów, znacznie ograniczył pensje tysiącom pracowników; wyciskał z nich ile się dało, a gdy odchodzili, zatrudniał nowych chętnych; jego marki ceniono na całym świecie, reklamy krzyczały i przyciągały milionami neonów, bilboardów i spotów. Dzięki temu, dwa lata później, pomknął rakietą w gwiezdną przestrzeń i w końcu stanął na zakupionej planecie. Zbudował tam niewielki domek i czekał na odpowiedni moment, kiedy to według obliczeń, będzie można oglądać Boga. Rano tego dnia wyszedł z namiotu i zdębiał. Dookoła znajdował się wysoki mur, całkowicie zasłaniający widoczność. Dives próbował go obejść, wspiąć sie na niego, zburzyć, ale wszelkie metody zawiodły, aż nastała noc. A na tej planecie dzień trwał zaledwie cztery ziemskie godziny. Dives zrozpaczony powrócił na ziemię. Przez kolejny rok jeszcze bardziej uciskał swoich podwładnych i jeszcze więcej wciskał na konto. Kiedy nadszedł czas, ponownie wybrał się na Oculus Dei. I sytuacja powtórzyła się – znowu w nocy wyrósł mur, zagradzający widok. Przez kilka kolejnych lat Dives mnożył pieniądze na kolejne wyprawy, próbował różnych metod, aby rozkruszyć mur, niestety bezskutecznie. A kiedy planetarny dzień mijał, mur znikał.
  Po wielu latach, wielu zwolnionych pracownikach i wielu wydanych miliardach, Dives, już wtedy starzec, znalazł mędrca na Wschodzie, który zgodził sie mu pomóc, twierdząc, że potrafi ominąć mur. Wspólnie wybrali się na Oko Boga, doczekali wyznaczonego dnia i wyszli z prowizorycznego domku. Jak co roku pojawił się wysoki i przesłaniający wszystko dookoła, mur.
  Mędrzec kazał Divesowi stanąć przed murem, obrócić się i zamknąć oczy. Następnie chwycił go za ramiona i delikatnie ciągnąc, nakazał cofać się w kierunku ceglanej zapory. Zrobili jeden krok, potem następny i jeszcze kilka kolejnych.
- Teraz otwórz oczy – powiedział mędrzec.
  Dives posłusznie podniósł powieki. Znajdowali się dobre dziesięć metrów od domku, w miejscu poza murem. Tylko, że nie widział już żadnego muru.
- Powiedz mi – poprosił – jak to zrobiłeś?
- Ja nic nie uczyniłem – odparł spokojnie starzec – czy nie rozumiesz skąd brał sie mur? Teraz widzisz tę planetę, swój domek, z perspektywy Boga. On nigdy nie stawia żadnego muru, widzi cię cały czas. To ludzie odgradzają się od Niego, sam zbudowałeś tę barierę. Każdy niesprawiedliwie wyciśnięty grosz, to kolejna jego cegiełka. Ale jeżeli naprawdę chcesz zobaczyć Boga, On ci tego nie utrudnia. On zawsze daje się zobaczyć. I wcale nie potrzebujesz tej planety, żeby Go dojrzeć.
  Dives wrócił na ziemię. Długa droga przed nim, ale wiedział już co ma zrobić, żeby prawdziwie zobaczyć Boga. Pora zniszczyć mur.
 
 
Epilog
 
  "…Pora zniszczyć mur" – wycharczał w swoim dziwnym, gardłowym języku szaman, wskazując palcem na nocne, gwiaździste niebo. Ugru, zafascynowany, wysłuchał tej opowieści. Zresztą, nie tylko on. I może nie dokładnie takich słów użył szaman, może opowiedział to w dużo prostszy sposób. Sens, ziarno prawdy, udało mu się jednak przekazać. Bo w każdej bajce, każdej opowieści, to ziarenko jest najważniejsze, a reszta to tylko otoczka, którą nakłada na wyobraźnię autora jego kunszt. Czy mi, Drogi Czytelniku, udało się ubrać te drobne ziarenka w odpowiednie kolory i zauroczyć Cię na tę krótką chwilę?... Mam taką nadzieję, bo to dla Ciebie piszę, z Tobą się dzielę, Tobie powierzam moje sekrety.
 A co dalej? Ugru był dziwnym jaskiniowcem, moi mili…

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Carvedilol · dnia 13.05.2017 09:52 · Czytań: 414 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 4
Komentarze
JOLA S. dnia 13.05.2017 11:12 Ocena: Bardzo dobre
Przeczytałam z zainteresowaniem, jestem fanką tego gatunku.

Cytat:
Czy mi, Drogi Czy­tel­ni­ku, udało się ubrać te drob­ne zia­ren­ka w od­po­wied­nie ko­lo­ry i za­uro­czyć Cię na tę krót­ką chwi­lę?


Tak, podoba mi się. Bardzo dobrze wprowadzona lekko filozoficzna klamerka. Może zbyt słabo zdynamizowane, ale dialogi wypełniają tę lukę.

Pozdrawiam serdecznie :)

JOLA S.
Carvedilol dnia 13.05.2017 12:05
Dziękuję Jolu za dotrwanie do końca i miły komentarz.
Pozdrawiam

Carvedilol
Tjereszkowa dnia 19.05.2017 19:23
Świetny pomysł, opowieści ciągną się jedna za drugą jak chusteczki do pucowania dzidziusiów... :D
Fajnie się czyta takie bajanie. Aż żałuję, że nie ma zimy, a ja nie posiadam kominka - bo wyobraziłam sobie, że tak przedstawiam te historie dzieciom (tudzież niedzieciom).
Napisane sprawnie, odpowiednim językiem, do tego mądre...
Wszystkie "bajki" są ciekawe, ale dopiero razem nabierają niezwykłego charatkeru taki trochę "Atlas chmur". Najbardziej podobały mi się II, IV, IX i X. :)
Carvedilol dnia 19.05.2017 19:52
Dziękuję Tjereszkowa

Dla mnie druga najmniej pasowała do całości i miałem nawet zrobić nie dziesięć a osiem przypowiastek jednak próżność zwyciężyła.

Niektóre zwłaszcza IX miały być osobnymi dluzszymi opowiadaniami ale ostatecznie skompresowalem do wersji mini żeby ułożyć swój pierwotny zamysl w całość.



Pozdrawiam
Carvedilol
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Silvus
12/12/2017 15:00
Szanuję to również jak @Leszek, ale miej na uwadze,… »
kamyczek
12/12/2017 14:38
"Ładny wierszyk dla najmłodszych. Na pewno spodoba się… »
Skuul
12/12/2017 14:37
Ogólnie fajne, spodobało mi się, ale tutaj trochę się… »
Amarylis
12/12/2017 14:34
Bardzo dziękuję Panie Leszku,za to co Pan napisał. Niestety… »
mike17
12/12/2017 14:34
Stawitzky, klawo wykozaczony kawałek, typowy dla Twojej… »
Silvus
12/12/2017 14:05
Ale kto podciął? Dlaczego? Gdzie puenta? @Marychno,… »
Silvus
12/12/2017 13:57
Jakoś mi to bycie sobą nie pasuje na końcu. Może zbyt… »
ma_rychna
12/12/2017 13:32
Dziękuję za komentarz. »
hopeless
12/12/2017 12:06
Miladora - No tak:)))) Jak to było? Wstawanie z... Dzięki… »
Ula
12/12/2017 11:48
Ja też się uśmiechnęłam, Kamyczku. Ładny wierszyk dla… »
JOLA S.
12/12/2017 11:45
Jesteście niemożliwi, już nie nadążam, ale to mnie nie… »
Ula
12/12/2017 11:44
Kamyczku, Dziękuję za czytanie :) Pozdrawiam serdecznie. »
Jacek Londyn
12/12/2017 11:26
Tytuł bardziej nawiązuje do treści poprzedniego utworu. »
kamyczek
12/12/2017 11:16
Podróże kształcą, urocza bajeczka, Ulu. Podoba mi się.… »
Ula
12/12/2017 10:59
Dziękuję i pozdrawiam. :) »
ShoutBox
  • JOLA S.
  • 12/12/2017 15:56
  • Już jestem grzeczna.CMOK:)
  • Miladora
  • 12/12/2017 15:17
  • Dziewczyny - nie rozdwoję się, wszystko po kolei. :)
  • Silvus
  • 12/12/2017 12:23
  • @Carve, zobacz kategorię bezpośrednio w "Bibliotece" -> [link]
  • Carvedilol
  • 12/12/2017 12:17
  • Jak teraz można podglądnąć teksty dodane do wirtajek a jeszcze nie zaklepane - bo teraz automatycznie na stronę wirtajki przerzuca
  • JOLA S.
  • 12/12/2017 11:56
  • "Księga Wspomnień Myszy" czeka na korektę. :)
  • kamyczek
  • 12/12/2017 11:44
  • "Ależ z ciebie baran, baranie!" czeka na korektę.Miłego dnia wszystkim.
  • Miladora
  • 12/12/2017 11:05
  • napisz bajkę dla dzieci i wróć :) Wirtajki czekają na autorów
  • Miladora
  • 12/12/2017 01:58
  • a zostaniesz już z nami, MM? :) za długo Cię nie było - wracaj do nas :)
Ostatnio widziani
Gości online:27
Najnowszy:alojzyadamski95
Wspierają nas