Ciernie - odsłona czwarta - gapcia
Proza » Obyczajowe » Ciernie - odsłona czwarta
A A A
Od autora: Witam wszystkich ponownie po dłuższej przerwie,
oto dalsze losy moich bohaterek, mam nadzieję, że wciągniecie się jeszcze bardziej,
miłej lektury

Po szybie spływają krople deszczu, smutne….
drzewa kołyszą się na wietrze.
Patrzysz przed siebie, wzdychasz….
tak by się chciało poczuć na twarzy ciepło słonecznych promieni,
zamykasz oczy…
nagle twarz ci jaśnieje,
czujesz ciepły dotyk i toniesz….
Promieniejesz a twój blask rozjaśnia zalany deszczem świat…

- O Boże, moja głowa – zawołał Rysiek przechylając się niezdarnie na bok w łóżku. Huczało mu w głowie okrutnie. Zaczął się rozglądać na boki i ze zdziwieniem stwierdził, że jest w domu. Próbował sobie przypomnieć, co się działo poprzedniego dnia i jak znalazł się w swoim łóżku. Nagle uśmiechnął się – hm, Mona, dobra jest – położył rękę na kroczu. – Kto by pomyślał, że tak przyjemnie zakończy się ten męczący dzień? - Spojrzał na zegarek i jego twarzą wykrzywił grymas. – O rany, Wera – przetarł dłońmi twarz, - muszę iść do szpitala, ale jak ja się jej pokażę w takim stanie. Ona nie jest głupia, zauważy, co jest grane. – Spojrzał na swoje odbicie w lustrze, wyglądał gorzej niż ona. – Muszę napić się piwa – pomyślał – muszę!

Wziął szybki prysznic i wychodząc z łazienki natknął się na matkę.

- Wstałeś wreszcie cholerny pijaku, mam nadzieję, że masz kosmicznego kaca – zaczęła mu wywijać rękami przed nosem – żeby ta twoja Wera wiedziała, co ty wyprawiasz, kiedy ona leży w szpitala, to by ci dała takiego kopa, żebyś się zatrzymał w Warszawie.

- Coś ci się nie podoba? - zawołał przybliżając do jej twarzy swoją twarz – spróbuj jej coś powiedzieć to się z tobą policzę – wycedził przez zaciśnięte zęby.

- Grozisz mi gówniarzu – zapytała prowokująco.

- Nie, ja cię tylko ostrzegam – zawołał zatrzaskując za sobą drzwi do pokoju.

- Będzie mnie gnojek straszył – mamrotała pod nosem – nieodrodny syn tatusia. Dobrze, że przynajmniej jego już nie ma, bo obaj by mnie zamęczyli. – Potrząsnęła głową oglądając się za siebie, żeby sprawdzić czy syn tego nie słyszał.

Po chwili wybiegł z domu klnąc pod nosem. Był wściekły i miał cholernego kaca. Swoje kroki skierował od razu do knajpy, mimo to, że dopiero było południe, on już musiał się napić.

- Cześć Gulek – zawołał machając ręką- dawaj browar, bo zaraz sobie przydeptam język – dodał zasiadając przy barze.

- Ma się tego kaca, co? – wyśmiewał się barman.

- Słuchaj Gulek, nie wkurzaj mnie, lej ten browar, bo zaraz umrę.

 Nagle Rysiek poczuł czyjąś rękę na kroczu i ciepły oddech na szyi, odwrócił się gwałtownie.

- A, to ty – za nim skradała się Mona.

- Cześć misiu – ugryzła go delikatnie w ucho.

- Cześć kotku, - zrobił delikatny unik – wiesz wczoraj było super, ale dziś nie jestem w nastroju – dodał. – Czy ty w ogóle, kiedy śpisz? O której bym tu nie przyszedł porze, to ty się zaraz do mnie przyklejasz – roześmiał się.

- Ja nie sypiam, ja czuwam – uśmiechnęła się prowokująco. – Musimy wczorajszy wieczór jeszcze powtórzyć – szepnęła mu do ucha.

- Nie ma sprawy, ale nie dziś.

- Mężczyzna zmiennym jest – uśmiechnęła się, pochwyciła palcami jego policzki i przybliżyła do swojej twarzy. Zaczęła go namiętnie całować, wsunęła mu język w usta i nagle przestała – no to pa, misiu – szepnęła mu do ucha i odeszła przesuwając mu po plecach palcami tak, że aż się wyprostował.

Zrobił duży łyk piwa i uśmiechnął się do siebie. Ona wiedziała jak go w momencie poruszyć.

- No widzisz Gulek, od razu mi lepiej – zawołał przełykając ostatni łyk piwa – tego mi było trzeba, no to baj – machnął ręką wychodząc.

Miał całkiem dobry humor, ale w miarę zbliżania się do szpitala, robił się coraz bardziej posępny. Czuł się tak jakby to robił niemalże z obowiązku.

Nagle zaczęło go dziwnie ściskać w gardle i było mu głupio. Zaczęły go nękać wyrzuty sumienia. Przez moment przyszło mu do głowy, że jego matka miała rację. - Świnia ze mnie, Wera w szpitalu, a ja baluje.- Gdy dotarł do ich sali i zajrzał do środka zobaczył puste zaścielone łóżka, ścisnęło go jeszcze bardziej w gardle. Dziwnie się poczuł, to było raczej rzadko nawiedzające go uczucie. Poczuł strach, ponieważ przez moment pomyślał, że coś im się stało, ale to przecież było niemożliwe. Pobiegł do dyżurki pielęgniarskiej.

- Przepraszam, co się stało z siostrami Pawłowskimi? – zapytał wsuwając głowę do środka.

- Nic, wyszły dziś rano do domu – odparła pielęgniarka uśmiechając się.  

- O, dziękuję – wycofał się na korytarz. Poczuł dziwną ulgę, bo się naprawdę wystraszył. – Do domu, to nic tu po mnie – pomyślał z zadowoleniem, wychodząc czym prędzej ze szpitala.

 ============== 

Weronika stała w kuchni i robiła dla siostry coś do jedzenia, gdy nagle skrzypnęły drzwi wejściowe. Strach ją sparaliżował.

- Kto tam? – zawołała chwytając nóż do ręki.

- To ja dziewczynki, dzień dobry – usłyszały znajomy głos.

- Dzień dobry pani Mariolko, wystraszyła mnie pani – odetchnęła z ulgą.

- Przepraszam, nie chciałam – uśmiechnęła się wchodząc do kuchni – drzwi były otwarte.

- No tak, nie zamknęłam jak komisarz wyszedł.

- Jak się czujesz, kochanie? - zapytała z troską w głosie.

- Nie wiem jak się czuję, jestem wściekła i rozgoryczona – pochwyciła włosy ręką i zwinęła na plecach – tak, to jest dobre określenie. Czuję taką pustkę – usiadła na parapecie. Dawniej często to robiła. Lubiła tam siedzieć.

- Moje biedactwo – pogłaskała ją po głowie - a Magda?

- Trudno wyczuć, raz lepiej, raz gorzej. Nie wiem, co się dzieje w jej małej główce. – Zawinęła na palec kosmyk włosów, który plątał się jej po czole.

- Na takie rany trzeba czasu, czasem dużo czasu, aż się zabliźnią – stwierdziła Nowakowska.

Przytuliła ją na moment do siebie.

- Nie martw się jakoś sobie poradzimy, wspólnymi siłami. Chciałam ci powiedzieć, że jutro jest pogrzeb, wszystko załatwiłam – oznajmiła spokojnym tonem.

- Już jutro – Weronika położyła dłoń na ustach, poczuła dziwne ukłucie w klatce piersiowej.

- Tak, jutro, o 1300 prosto z kaplicy. Trumna ze zwłokami Marysi będzie tam wystawiona  od 1000.

W oczach Wery pojawiły się łzy.

- Dziękuję pani Mariolko, nie poradziłabym sobie bez pani – patrzyła na nią przerażonymi oczami. – Jak ja to przeżyję, boję się.

- Dasz sobie radę, jesteś silna, ja raczej boję się o Magdę.

Siedziały w kuchni w ciszy, Weronika nagle poczuła się tak jakby mama miała za moment wejść do kuchni i pomóc w kolacji. Łzy cisnęły się coraz bardziej natarczywie do oczu. Zacisnęła z całej siły powieki i zaczęła ocierać policzki.

- Brakuje mi jej, - wyszeptała Wera - tak bardzo mi jej brakuje.

- Wszystkim nam jej brakuje, ale musimy sobie z tym poradzić –Mariola próbowała ją pocieszać.- Życie trwa nadal, - stwierdziła bezwzględną prawdę - musi trwać.

- Tak, ma pani rację i dość tego – wyprostowała się - dość tego biadolenia i rozczulania się nad sobą.

- Co z tą kolacją? – usłyszały nagle głos Magdy. Nie mogła się doczekać, więc przyszła zobaczyć, co się dzieje.

Stała w progu i bacznie im się przyglądała. Weronika natychmiast zerwała się i zaczęła robić dalej to, co zaczęła.

- Proszę - wręczyła siostrze talerz z jedzeniem – jedz na zdrowie.

- Dzięki.

- Przyjdę po was o 900 pójdziemy razem, dobrze? – zaproponowała Nowakowska.

- Dobrze – Wera była bardzo wyciszona.

- Gdzie pójdziemy? – zapytała z zaciekawieniem Magda.

- Pożegnać mamusię – odparła po chwili.

- Jak to? – potrząsnęła głową zdziwiona.

- No tak, na cmentarz, pamiętasz mówiłam ci, że już niedługo będzie leżeć na cmentarzu – tłumaczyła jej Wera.

Magda kiwnęła głową.

- No, więc jutro ją odprowadzimy i już zawsze tam będzie.

 Magda opuściła głowę i poszła do pokoju.

- Dobrze, to ja idę, potrzebujesz czegoś? – zapytała stojąc już w drzwiach.

- Nie, dziękuję pani Mariolko i do widzenia – machnęła ręką.

- Do widzenia.

Zatrzasnęła drzwi za panią Nowakowską, ale tym razem zamknęła je na zamek. Stanęła w przedpokoju i nie wiedziała, co ze sobą zrobić, była całkiem skołowana. Magda położyła się do łóżka i popłakiwała do poduszki. Weronika stwierdziła jednak, że tym razem nie będzie jej ruszać, może sama przestanie. Skierowała się w stronę kuchni, ale zatrzymała się w progu. Patrzyła na miejsce gdzie jeszcze niedawno krzątała się jej matka. Powoli weszła do środka i zaczęła się zastanawiać, gdzie to się stało. Obeszła powoli stół przesuwając ręką po blacie. Potem krzesła, odsuwała delikatnie jedno po drugim szukając jakiegoś śladu. Dalej sunęła ręką po kolei po wszystkim, po meblach, lodówce, parapecie, to wszystko, czego jeszcze niedawno dotykała jej matka. Nagle wzdrygnęła się, ponieważ pomyślała, że dotykał tego również ojciec. Usiadła na podłodze, podkurczyła kolana i oparła na nich głowę. Sama prosiła żeby posprzątali, a teraz szukała jakichś śladów. Zamknęła oczy a wyobraźnia sama zaczęła nasuwać obrazy. To, co zobaczyła przeraziło ją. Nie mogła opuszczać powiek, ponieważ zaraz jej oczom ukazywał się obraz ojca, trzymającego matkę za szyję, zaciskającego coraz mocniej na jej wątłym karku palce. Widziała jak ona traci siły i osuwa się powoli na podłogę. Nagle zerwała się i odskoczyła na bok, ponieważ to było to miejsce gdzie upadła jej matka według wyobrażeń Weroniki. Usiadła przy stole i oparła głowę na rękach.

- Nie, nie mogę się tak zachowywać – pomyślała potrząsając głową – nie mogę tego rozpamiętywać, stało się i koniec, nic nie przywróci jej do życia. – Przetarła ręką twarz – a to dopiero początek, więc muszę się wziąć w garść. Kto zajmie się Magdą jak mnie zabraknie?

Z głębokiego zamyślenia wyrwał ją dzwonek do drzwi. Podniosła ze zdziwieniem głowę. Gdy spojrzała przez wizjerek zrobiło jej się lżej na duszy. To był Rysiek.

- Cześć mała – pocałował ją w usta – ja cię szukam w szpitalu a ty sobie siedzisz w domu..

- Tak bardzo się cieszę, że cię widzę – przytuliła się do niego z całej siły.

- No i jak tam?

- Byle jak, a jak może być? Wypuścili nas dzisiaj rano i tyle, a jutro o pierwszej jest pogrzeb mamy, przyjdziesz? – znienacka zmieniła temat.

- Sie wie, a gdzie Magda?

- Magda? – powtórzyła ze zdziwieniem pytanie. Spojrzała mu przez ramię do otwartego pokoju. Panowała w nim cisza i wyglądało na to, że mała znużona płaczem usnęła. – Chyba śpi – odparła.

- Tak, to dobrze – uśmiech wkradł się na jego twarz.

Wplótł jej palce we włosy.

- Głowa już cię nie boli – spytał przeczesując jej długie loki.

- Nie, nie boli, a czemu pytasz?

- Jak to, czemu? Martwię się o twoje zdrowie – pocałował ją w czubek nosa.

Emanowało od niego ciepło, znów się do niego przytuliła. Czuła jak mocno bije mu serce. Uwielbiała słuchać bicia jego serca, uspokajało ją. Dotykała włosami jego twarzy. Czuł ich zapach i było mu coraz cieplej. Dłonie wędrowały po jej plecach wśród rozwichrzonych loków. Coraz bardziej ulegał chwili i atmosferze, jaka się tworzyła. Elektryzowała go bliskość Weroniki. Zaczęły się w nim burzyć hormony, serce biło mu coraz mocniej. Wydawało mu się, że Wera również uległa magnetyzmowi, jaki się unosił wokół nich. Podniosła oczy i spojrzała na niego, ponieważ czuła, że coś się z nim dzieje. Rysiek wykorzystał tą chwilę i zaczął delikatnie całować ją po twarzy. Był coraz bardziej podniecony. Kiedy opuściła głowę jego usta spoczęły na szyi, ale Wera zaczęła się niecierpliwie kręcić jakby próbując oswobodzić się z jego uścisku, lecz on tego nie zauważył. Nagle poczuła za plecami ścianę a jego dłoń zaczęła wędrować coraz niżej. Przestraszyła się i coraz bardziej nerwowo go odpychała, ale on zdawał się tego nie zauważać.

- Co robisz? – wyszeptała mu do ucha.

- Jak to, co? – odparł, dysząc ciężko.

- Przestań – powiedziała głośniej, próbując się uwolnić z jego uścisku.

- Co ty mówisz? – spojrzał na nią rozpalonym wzrokiem. – Przecież też tego chcesz.

- Czego chcę? – tym razem to ona była zdziwiona. – Mówię przestań i puść mnie – zaczęła się szarpać, ale ciągle nie mogła się uwolnić. – Puszczaj mówię! – zawołała, ale jej wysiłki były bez efektu. Zebrała jednak wszystkie swoje siły, podniosła kolano i zapierając się o ścianę za plecami odepchnęła go. Uścisk puścił a Rysiek znalazł się na przeciwległej ścianie. – Wynoś się stąd – powiedziała dysząc. – W tej chwili... się wynoś.

On najpierw stał w osłupieniu, zupełnie nie spodziewał się takiej reakcji ze strony Wery, wydawało mu się, że ona też się świetnie bawiła.

- Co ty wyprawiasz? – zapytał, kiedy już się otrząsnął. – Zwariowałaś, myślisz, że tak możesz sobie igrać z moimi uczuciami? Co ty sobie myślisz, że ja mam dziesięć lat i mogę tak w nieskończoność czekać, a ty sobie tak będziesz igrać ze mną? Ja jestem dorosłym mężczyzną i potrzebuję seksu, a nie platonicznej miłości – aż kipiał z wściekłości. – Wiesz co? Chłopaki mieli rację, szkoda na ciebie marnować czas. „Bye lala” - zawołał, machnął ręką i wyszedł. Weronika z całej siły popchnęła za nim drzwi, które uderzyły o framugę z takim impetem, że aż się odbiły z powrotem. Kopnęła je nogą, oparła się ręką o ścianę i wybuchła płaczem.

- Co jest ze mną nie tak? O Boże – pomyślała i osunęła się plecami po ścianie na podłogę przy drzwiach.

- Co się stało?- usłyszała nagle głos Magdy, która stała w osłupieniu patrząc na siostrę.

- Nic się nie stało – Wera pośpiesznie przecierała oczy – nic się nie stało, pokłóciłam się z Ryśkiem. To nic – szybko podnosiła się z podłogi.

- Czemu? – zapytała zdziwiona.

- To nic, bzdura, jestem trochę nerwowa, ale już dobrze, zapomnijmy o tym – objęła siostrę ręką – chodź do kuchni, zrobimy sobie herbatkę – ciągnęła ją gwałtownie za sobą.

- Nie musisz mnie tak szarpać, sama pójdę – zawołała Magda.

- Przepraszam – zwolniła uścisk. Jeszcze odczuwała drżenie na całym ciele, nie mogła się uspokoić.

 ============= 

Rysiek wybiegł z klatki schodowej. Był wściekły, dawno już nie był tak wściekły. Burzyła się w nim krew.

- Co ona sobie wyobraża – wycedził przez zęby. – Cnotliwa „dupa”, mam jej już dosyć.

Szedł pocierając co chwilę spoconą twarz, wściekłość emanowała z niego na odległość.

- Cześć Rycho – usłyszał nagle znajomy głos.

Odwrócił się, to był Maciek.

- Cześć – odparł zaciskając usta.

- Co jest chłopie, dawno cię nie widziałem, gdzie bywasz. Przeniosłeś się do szpitala? – zażartował.

- Nie denerwuj mnie – zawołał Rysiek ostrzegawczym tonem wymachując rękami.

- Co jest, pożartować nie wolno – oburzył się.  

- Nie wolno! - zawołał z wściekłością – nie jestem w nastroju do żartów.

- To widzę, a co cię ugryzło?

- Nic mnie nie ugryzło. Mógłbyś się wreszcie odczepić? – wymachiwał mu przed nosem rękami.

- Hola, kolego – Maciek złapał go za rękę. – Spokojnie, co się stało? Czemu jesteś taki wściekły?

- A jakbyś ty się czuł, gdyby laska doprowadziła cię do szczytu podniecenia, a potem potraktowała kolanem i wywaliła za drzwi – wyrzucił to z siebie.

- Nawet nie żartuj, serio? – na twarzy Maćka malowało się niedowierzanie.

- A jak myślisz głąbie, sam bym sobie to wymyślił?

- Panna „cnotka” pokazała wreszcie pazurki – zawołał Maciek. – Zawsze wiedziałem, że ta „dupa” ma „nierówno pod sufitem”. Ja bym jej przywalił – uderzył wymownie pięścią w rękę.

- Ja nie jestem damskim bokserem, ale na pewno dam sobie z nią już spokój. Nie warto sobie głowy zawracać, tylko same kłopoty z nią. Ona już i tak ma przerąbane w życiu – stwierdził drapiąc się po głowie.

- No, co ty, litujesz się nad nią? – zdziwił się Maciek.

- Daj sobie już spokój, chłopie, zmień temat, są ciekawsze od tego – machnął ręką, ponieważ emocje powoli zaczęły już opadać.

- Ok, nie ma sprawy, nie chcesz gadać to nie – Maciek uniósł ręce w górę. – Idziemy na browar?

- Jasne, właśnie tego mi potrzeba – oblizał się, ale nie na myśl o piwie. Przypomniała mu się Mona. Nadal miał rozpalone ciało i burzę w głowie. Potrzebował kobiety a nie jakiejś głupiej smarkuli, a Mona była bardzo zmysłową i namiętną kobietą. Dzięki temu, że była tancerką w nocnym klubie, była trochę inna. Lubiła perwersje i to go jeszcze bardziej podniecało. Czuł mrowienie w całym ciele. – Może bym odkurzył starą znajomość – przemknęło mu przez myśl, ponieważ był taki krótki okres w jego życiu, kiedy był z nią bardzo blisko. Uśmiechnął się do własnych myśli.

- Coś nagle taki zadowolony – Maciek patrzył na niego podejrzanie, – bo jeszcze pomyślę, że znajomość z Werą ci zaszkodziła – roześmiał się.

- Nie, przypomniało mi się coś – był bardzo tajemniczy.

- No, podziel się ze mną, też bym chciał być taki zadowolony – szturchnął Ryśka w ramię.

- Pomyślałem sobie o Monie – powiedział i cmoknął.

- No chyba żartujesz? – roześmiał się Maciek z niedowierzaniem. – No chyba mi nie powiesz, że ty i panna tancereczka....- zakołysał wymownie biodrami.

 - A żebyś wiedział.

- No nie, ale masz przeskoki. Z ramion panny „cnotki” w ramiona takiej lali. Dobry jesteś.

- W końcu nie jestem impotentem, nie?

- No chyba nie skoro się... z Moną – roześmiał się wymownie. – Czy Wera wie, że wy...?- znowu zakołysał biodrami.

 - Nie i nie dowie się – machnął ręką, – ale mieliśmy o niej nie gadać – zawołał popychając drzwi od knajpy.

- O, kogo moje zamroczone oczy widzą – zawołał Krzycho gdy ich zobaczył. Gdzieś ty się chłopie podziewał? Już prawie zapomniałam jak wyglądasz.

- A bywało się tu i tam – odparł rozglądając się po barze.

- Kogo szukasz? – Krzysiek uścisnął mu rękę.

- On szuka, uwaga... Mony! – zawołał demonstracyjnie Maciek.

- Nie? Żartujesz?!

- No nie żartuję, olał wreszcie pannę „cnotkę” i teraz ugania się za Moną – wytłumaczył zdziwionemu Krzychowi.

- Nie ma jej, jeszcze nie przyszła – zawołał Gulek widząc rozglądającego się Ryśka.

- Skąd wiesz, kogo szukam? – potarł w zakłopotaniu czoło.

 - Nie trudno się domyślić – roześmiał się – piwo, czy taki zestaw jak ostatnio?

 - O tak! Zestaw.

- Jaki zestaw? – kumple patrzyli z zaciekawieniem, co też Gulek mu poda.

Barman postawił przed nim szklankę z setką i piwo. Rysiek „wychylił” szklankę i popił piwem.

- O!! – zawołał, - tego mi było trzeba.

- Uuuu, aż tak ci ta „cnotka” dopiekła? – zapytał zszokowany Krzycho, ponieważ Rysiek nigdy nie pił w ten sposób. Zawsze wystrzegał się mieszania, bo potem dostawał „małpiego rozumu”.

- Czy wy nie potraficie już o niczym innym gadać?! – zawołał poirytowany.

- Dobra, koniec tematu „cnotki”, początek tancereczki – Krzycho był wyraźnie rozbawiony.

- Nie, koniec mojego tematu – uderzył pięścią w bar – odpieprzycie się wreszcie ode mnie, czy mam kolegów zmienić?

- Coś chłopie taki nerwowy – roześmiał się Maciek klepiąc go plecach.

- Nie, po prostu mam was już dość, zejdźcie wreszcie ze mnie. Znajdźcie sobie innego kozła ofiarnego. Jesteście beznadziejni.

- Kto jest beznadziejny?- Rysiek usłyszał za sobą znajomy głos i znajome dłonie zaplotły mu się wokół szyi.

- Cześć Mona – pocałował ją w palec, który znalazł się tuż przy wargach, – oni są beznadziejni, przyczepili się mnie i nie chcą się odczepić – dodał odwracając się do niej.

Wyglądała wyjątkowo pięknie. Jej kruczo czarne krótkie kosmyki oplatały twarz, miała bardzo mocny makijaż, ale właśnie taki jej pasował. Pod bluzką sterczały piersi wystając śmiało z dużego dekoltu. Na sam widok tego brzoskwiniowego ciała robiło się mu ciepło.

Oblizał wargi, kiedy Mona usiadła mu na kolanach.

- Chłopaki, on się już ślini – roześmiał się Maciek.

- A ty byś się nie ślinił, jakby ci taka lala na kolanach usiadła? – Krzycho mlasnął wymownie.

- Pewnie żebym się ślinił. Patrz ona wcale nie musi mi na kolanach siadać, a ja już jestem mokry – Maciek zaczął się oblizywać.

- Przykro mi chłopaki, ale nie jesteście apetyczni, a przynajmniej nie tak jak mój misiu. – Stwierdziła pochylając się w ich stronę i odkrywając przy tym prawie całe piersi.

- Misiu, uuuu.... – Maciek wybuchnął śmiechem.

- Coś ci się nie podoba? – zauważył Rysiek

- Nie, nie, wszystko w porządku... misiu!! – żartował dalej Maciek

Rysiek machnął ręką, bo stwierdził, że się od niego nie odczepią, po prostu za dobrze się bawili, żeby odpuścić. Niespecjalnie go to zresztą w tym momencie obchodziło, ponieważ Mona właśnie wkładała mu język do ucha.

- Chodźmy w jakieś ustronne miejsce – szepnęła.

 - Ja zawsze jestem chętny – uśmiechnął się tajemniczo.

- Idziemy stąd, bo jesteście strasznie nudni – zawołał Rysiek.

- A idźcie sobie – wcale nie potrzebujemy waszego towarzystwa – Krzycho wykrzywił usta w udawanym grymasie – nasze nam w zupełności wystarczy.

- Cześć głąby – zawołał i machnął ręką zamykając za sobą drzwi.

Wyszli na ulicę, Mona kleiła się do niego. Nagle poczuł się dziwnie nieswojo. Przypomniało mu się zajście u Wery. Zaczął rozmyślać nad tym, co się stało i ku własnemu zdziwieniu w sobie również poczuł winę. Wielu wniosków jednak nie wymyślił, ponieważ Mona nie dawała mu spokoju.

- Gdzie jesteś misiu? – pomachała mu nagle ręką przed oczami.

- Tutaj, a gdzie miałbym być? – zdziwił się jej pytaniem.

- No nie wiem, wyglądasz jakbyś bujał w obłokach – spojrzała na niego figlarnie się uśmiechając.

- Wydaje ci się – przetarł z zakłopotaniem czoło.

- Chodźmy do mojego klubu – spojrzała na zegarek – niedługo zaczynam pracę.

- Ok.

- Zatańczę specjalnie dla ciebie, co ty na to? - wyszeptała mu do ucha i przejechała delikatnie językiem po karku.

-„Ja na to jak na lato” – uśmiechnął się i pocałował ją w nos.

Jemu jednak cały czas kołatała się po głowie Wera. Ciągnęło go do niej być może dlatego, że mimo wszystko była naprawdę śliczną dziewczyną i była ciężkim orzechem do zgryzienia, a on lubił wyzwania, zagrzewały go do walki. Im trudniejszy był cel do zdobycia, tym bardziej wyrachowany smak miało zwycięstwo. 

 =============== 

Zapadał zmrok, w domu panowała zupełna cisza, przerażająca cisza. Magda wreszcie zasnęła, ale Wera nie mogła spać, nie mogła sobie znaleźć miejsca. Snuła się po domu od ściany do ściany i od okna do okna. Była zupełnie roztrzęsiona, już niewiele jej brakowało, żeby się zupełnie załamać. Próbowała sobie to wszystko tłumaczyć, znaleźć jakieś pocieszenie. Usiadła na swoim ulubionym parapecie w kuchni. Powoli robiło się w środku coraz ciemniej, ponieważ nie zapalała światła. Czuła się tak bardzo samotna, potrzebowała czyjegoś towarzystwa, żeby, chociaż ktoś przy niej posiedział. Jeszcze kilka godzin wcześniej zadzwoniłaby pewnie po Ryśka, ale teraz nie miała odwagi. Dławiło ją w gardle tak mocno, że zaczynało momentami brakować jej powietrza.

Oparła głowę o podkulone kolana. Ostatkiem sił i zdrowego rozsądku powstrzymywała się żeby nie zacząć krzyczeć.

- Boże jak długo jeszcze? – szeptała łykając cichutko łzy – najpierw mama i tata, teraz Rysiek. Kogo mi jeszcze zabierzesz? Czym jeszcze mnie ukarzesz, Boże, dlaczego? - tysiące myśli kłębiło się jej w głowie. Próbowała odnaleźć w sobie tą siłę, która nie pozwalała jej jeszcze zwariować, ale to wszystko bardzo bolało, tak strasznie bolało. Największa wściekłość ją ogarniała w obliczu bezsilności, wobec wszystkich tych wydarzeń. – Muszę się opanować, muszę się powstrzymać – podniosła ku górze głowę. – Musze znaleźć w sobie siłę – zaciskała zęby, aż do bólu. Nagle zerwała się i podeszła do telefonu. Wystukała na klawiaturze numer, który znała na pamięć.

- Halo, dobry wieczór, czy jest Ewa? – spytała cicho.

- Tak, już ją poproszę – usłyszała, potem przez moment była cisza.

- Słucham? – padło w słuchawce, ale Werze słowa uwięzły w gardle. – Halo, halo? – wołała do telefonu.

- Ewa...

- Boże, Wera to ty, gdzie jesteś? – rozpoznała jej głos natychmiast, chociaż był zachrypnięty i oschły.

- Jestem w domu – głos jej się załamywał – proszę, czy mogłabyś przyjść do mnie, Ewa? – mówiła cicho i powoli.

- Teraz przyjść? – w jej głosie dało się wyczuć niepokój.

- Tak, teraz i czy mogłabyś być ze mną do rana, proszę, boję się zostać dzisiaj sama.

- Poczekaj tylko zapytam mamę - w słuchawce zapanowała cisza – za chwilę będę u ciebie- dodała po chwili – czekaj na mnie.

Weronika bez słowa odłożyła słuchawkę i usiadła na podłodze. Miała nadzieję, że Ewa przyjdzie, w końcu była jej przyjaciółką. Trochę ostatnio się między nimi nie układało, ale to jednak przyjaciółka.

Zaczęła się bardzo dziwnie czuć, ból w klatce piersiowej robił się coraz bardziej natarczywy, kręciło jej się w głowie. Oparła się o ścianę i miała wrażenie, że zaraz zemdleje. Tak bardzo chciała o tym wszystkim zapomnieć, chociaż na moment, wyłączyć się, spojrzeć na to z boku. Tak jakby to było życie i problemy kogoś innego, żeby móc powiedzieć, ”ale ta panienka ma przerąbane”. Tylko, że tą panienką była ona i jak nikt inny wdziała jak bardzo ma przerąbane. Życie wobec niej zawsze było surowe i okrutne.

Usłyszała dzwonek do drzwi. To była Ewa.

- Boże, moje biedactwo – zawołała, kiedy ją zobaczyła. Wyglądała strasznie, cierpienie wyzierało z każdego centymetra jej twarzy. – Dlaczego nie jesteś z Ryśkiem? Powinien być z tobą w takiej chwili i wspomagać cię tak jak obiecywał. Co z niego za chłopak? – dziwiła się.

- Nie ma go – wyszeptała, a Ewa patrzyła jak powoli załamanie wypływa na nią, oczy wypełniają się łzami.

- Co to znaczy, że go nie ma? – przymrużyła ze zdziwieniem oczy.

- Ewa, ja go chyba straciłam – wybuchła płaczem.

- Co? Jak to?

- Przyszedł tutaj dzisiaj i zaczął mnie pocieszać – dławiła się łzami – tylko, że to pocieszanie to zaczęło się przeobrażać w namiętność, a ja zanim się spostrzegłam, o co mu chodzi, to on już był strasznie podniecony. Nie mogłam go od siebie odepchnąć, próbowałam i prosiłam, żeby przestał, ale on nie słyszał, więc..- umilkła nagle.

- Więc co?

- Więc odepchnęłam go kolanem – dokończyła zalewając się łzami.

- Chyba żartujesz?! – zawołała Ewa rozwierając szeroko oczy.

- Nie, nie żartuję, potem mi nawyzywał i poszedł, a ja nie mogę, jeszcze nie chcę – potrząsała nerwowo głową – nie mogę.

Ewka przytuliła ją do siebie i próbowała uspokoić, ale nic nie mogła wskórać. Wera wprost wpadła w histerię.

- Nie przejmuj się, ja zawsze wiedziałam, że to dupek – potrząsnęła ze złością głową.

- Powiedział mi, że szkoda na mnie marnować czas – mówiła „zanosząc się” od płaczu.

- Nie martw się, tacy jak on nie są warci nawet żeby za nimi splunąć - głaskała Werę po głowie, strasznie jej żałowała. – Biedna dziewczyna, czy los się na nią uwziął? – przemknęło jej przez głowę. – Nie płacz, proszę – usiłowała ją jakoś uspokoić, ale w pewnym momencie stwierdziła, że lepiej niech się wypłacze. Wtedy może jej ulży.

- Wiesz Ewa, wcale mi się już nie chce żyć i gdyby nie Magda już by mnie na tym świecie nie było – oznajmiła ocierając płynące łzy.

- Jezu, Wera, co ty mówisz? Dziewczyno, czy ty zwariowałaś? Nawet o tym nie myśl.  Jesteś młoda całe życie przed tobą. Nie zawsze będzie tak jak teraz, kiedyś wreszcie los się odmieni, na lepsze. – Ewa była przerażona tym, co mówi jej przyjaciółka. – Nie możesz się poddawać, co będzie z Magdą jak się załamiesz? Pomyśl o tym.

- Wiem, ale ja już nie mam siły, nie mogę – szeptała – już tego dłużej nie wytrzymam.

Usiadły na podłodze w kuchni.

- Dobrze, że przyszłam – pomyślała z przerażeniem Ewa. Strach ją obleciał na myśl o tym, co mogłoby się stać gdyby nikogo przy niej nie było. – Płacz, wypłacz się, wyrzuć to z siebie, będzie ci lepiej – szeptała jej do ucha.

Oparły się o ścianę pod oknem i siedziały tam bardzo długo, Wera ciągle płakała, nic nie mówiła, tylko płakała. Już zaczynało świtać, a one dalej tam siedziały. Weronika się wreszcie wyciszyła, czasem tylko pociągała jeszcze nosem.

- Dziękuję ci Ewa za to, że byłaś ze mną – odezwała się nagle, - że mnie wysłuchałaś.

- Tak – Ewa uśmiechnęła się pod nosem, ponieważ zdawała sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie uratowała jej życie. - Po to ma się przyjaciół – dodała – a pamiętaj, że ja zawsze będę twoją przyjaciółką i zawsze możesz na mnie liczyć. – Przeczesała palcami włosy i potarła obolały kark, ponieważ pozycja, w której siedziały już od kilku godzin nie należała do zbyt wygodnych. – Wiesz Wera chciałam cię przeprosić za to, że wtedy ci nie pomogłam, ale strach mnie obleciał i nie wiedziałam, co mam robić – powiedziała nagle.

Wera podniosła na nią zapłakane oczy i przez moment patrzyła w milczeniu. Była strasznie blada a pod oczami i nosem miała od płaczu prawie sine.

- Wiesz, jeszcze do niedawna miałam do ciebie wielki żal – opuściła głowę, – ale już mi przeszło, w porządku, ważne, że dziś byłaś ze mną, jak prawdziwy przyjaciel – przymknęła obolałe oczy.

Ewa znowu się uśmiechnęła tylko, że tym razem był to uśmiech ulgi, ponieważ bardzo jej ta sprawa ciążyła.

Wera wstała i potarła zmęczoną twarz.

- Czy będziesz na pogrzebie? – spytała patrząc przez okno. Na zewnątrz budził się piękny słoneczny dzień. – Jaki piękny poranek, szkoda, że mama go nie zobaczy, bardzo lubiła takie wiosenne dni – zapatrzyła się na błękitne niebo.

- Tak, oczywiście, że będę na pogrzebie – odparła dziwiąc się, że w ogóle zadaje jej takie pytanie.

Ewa stała i patrzyła na przyjaciółkę z lękiem. Popadała z jednej skrajności w drugą. Bała się o nią, ponieważ teraz dla odmiany była bardzo spokojna, nienaturalnie spokojna.

Wera trwała tak bez ruchu przy oknie bardzo długo i w ogóle się nie odzywała. Patrzyła gdzieś przed siebie, była zupełnie nieobecna. Coś w niej się złamało, coś pękło. Przelała się czara goryczy. Cały ranek była bardzo wyciszona, snuła się po mieszkaniu jak cień. Kiedy przyszła Nowakowska, Ewa poszła do domu się przebrać a siostry były już gotowe, żeby towarzyszyć swojej matce w ostatniej drodze, ciche i milczące.

Kiedy szły do kaplicy, Wera zatrzymała się przed wystawą jednej z przydrożnych kwiaciarni. Po chwili namysłu weszła do środka.

- Poproszę dwie najpiękniejsze białe róże, jakie pani ma – powiedziała cicho.

Kwiaciarka szukała kwiatów zerkając na Werę niepewnie, ponieważ wyglądała jakby była naćpana albo w jakimś letargu.

Do kaplicy szły powoli, ale im były bliżej, Weronice coraz szybciej biło serce i coraz mocniej ściskało ją w gardle. Wreszcie stanęły w drzwiach, gdy zobaczyła trumnę, poczuła, że zaczyna się jej robić słabo. Była otwarta a wieko leżało oparte o ścianę.

- Wera czy ja mogę nie iść? – przerażenie biło z oczu Magdy - boję się, zresztą nie chce mamusi widzieć brzydkiej.

- Dobrze Madziu, pożegnam ją od ciebie – kiwnęła głową i zabrała od siostry różę. Powoli zaczęła zbliżać się do trumny. Czuła, że uginają się pod nią nogi. Wreszcie stanęła i ujrzała matkę. To, co zobaczyła było okropne. Leżała na białym materiale, na piersi miała splecione dłonie. Twarz jej była zupełnie biała i dziwnie spuchnięta z odcieniami sinego i zielonkawego. Miała siną, wręcz granatową szyję. Weronika przymknęła oczy a spod powiek wypłynęły wielkie łzy. Gdyby teraz ktoś postawił przed nią ojca, wykrzyczałaby mu w twarz, jak bardzo go nienawidzi. Wzięła głęboki wdech i drżącymi palcami oparła obie róże o dłonie matki. Dotknęła jej palca, był przeraźliwie zimny, wzdrygnęła się. – Żegnaj mamusiu – wyszeptała pochylając się nad nią.

Rozejrzała się wokoło i gdy spostrzegła kogoś z zakładu pogrzebowego poprosiła, aby zamknęli trumnę. Nie chciała, żeby ktoś jej matkę taką oglądał. Lepiej niech każdy zapamięta ją sobie taką, jaka była za życia. Kiedy nałożyli wieko podeszła Magda. Przytuliła się do siostry i zaczęła płakać. Weronika zabrała dwa krzesła z najbliżej stojącego rzędu i usiadły przy trumnie. Magda oparła sobie głowę o jej kolana, Wera natomiast oparła ręce i głowę na wieku. Delikatnie głaskała trumnę z boku, tak jakby to była buzia jej matki. Siedziały tak, nic nie mówiąc, Magda cały czas płakała.

- Ciii Magduś, ciiii – szeptała co jakiś czas do siostry – nie płacz dziecko, nie płacz.

Jacyś ludzie ciągle przychodzili, dotykali ją, gładzili po ramieniu. Mówili jak bardzo im przykro, ale Weronika nic nie słyszała, nie patrzyła na tych wszystkich, którzy próbowali ją pocieszać. Zupełnie się wyłączyła, siedziała nieruchomo wpatrzona gdzieś przed siebie i cały czas głaskała trumnę. Kiedy odprowadzali matkę na cmentarz szły w milczeniu, nawet Magda już przestała płakać, uspokoiła się i wyciszyła.

Wera czuła wokół siebie mnóstwo ludzi, ale nie patrzyła na nich, stała i wzrok miała skupiony na opuszczającej się w dół trumnie. Razem z matką coś w niej umarło, odeszło. Zgasły promyki w jej oczach, nie było w nich tego świtała, co dawniej. Nawet nie potrafiła już płakać. Ludzie obserwowali jak stoi nad grobem i dziwili się, że nie płacze. Szeptali między sobą, że taka spokojna. Wyglądała tak jakby ją to niewiele obchodziło.

Tylko ona wiedziała, co tak naprawdę działo się w jej głowie.

Magda obserwowała siostrę i postanowiła być taka jak ona, twarda i nie płakać. Cały czas tłumaczyła sobie, że mamusia nie chciałaby żeby płakały, więc ona nie będzie płakać. Przytulała się do Weroniki i tylko, co jakiś czas pociągała nosem.

Kiedy ceremonia się skończyła ludzie zaczęli odchodzić, ale one dalej stały.

Wera patrzyła jak trumna powoli znika pod zwałami zrzucanej ziemi i poczuła, że zaczyna robić się jej słabo. Przymknęła oczy, bo wszystko jej zaczęło wirować i wtedy poczuła ciepło na ramieniu. Odwróciła się – to był Rysiek, stał i patrzył na nią.

- Trzymasz się? – zapytał, ale ona stała w osłupieniu i wpatrywała się w niego. Miała gładko związane włosy, była bardzo blada i miała podkrążone czerwone oczy. Jej spojrzenie było zimne i puste, bez jakiegokolwiek wyrazu lub emocji.

- Rysiek, ja ... przepraszam cię za to wczorajsze, nie chciałam żeby tak wypadło – powiedziała nagle, a jego zamurowało.

- Przyjąłem przeprosiny, jak to przetrawię to może do ciebie zadzwonię - odpowiedział po chwili i odszedł zostawiając ją bez jednoznacznej odpowiedzi.

Patrzyła jak oddalał się powoli i nagle poczuła, że ziemia osuwa jej się spod stóp. Kiedy otworzyła oczy zobaczyła pochyloną nad sobą Nowakowską i przerażone oczy Magdy.

- Nie rób nam tego więcej – powiedziała Mariola pomagając podnieść się Weronice – wystraszyłaś nas.

- Już dobrze, już nic mi nie jest – podnosiła się niezdarnie – jestem zmęczona, tylko tyle i już – dodała.

- Chodźmy już do domu, musisz odpocząć – Nowakowska objęła Weronikę ramieniem, żeby łatwiej było jej iść.

Już była spokojniejsza, ale cząstka jej samej została tam, na cmentarzu pogrzebana razem z różą w trumnie matki. Teraz już wiedziała, że na pewno sobie poradzi, że musi sobie poradzić, ale potrzebowała czasu, żeby się podnieść.

 =============== 

Rysiek szedł przed siebie wolno. Dziwnie się czuł, kręciło mu się w głowie z tego wszystkiego. Ciągle miał przed oczami twarz Weroniki i to spojrzenie, od którego robiło mu się zimno. Nagle zrozumiał, że mimo wszystko nie może jej tak teraz zostawić. To byłoby zbyt okrutne z jego strony. Przecież w końcu jak mógł oczekiwać, że ona mu się odda w takim momencie. Poczucie winy rosło w nim z minuty na minutę. Szedł coraz wolniej, aż wreszcie zawrócił.

Nie mógł się pozbyć wrażenia, że jeśli by to tak zostawił, mógłby tego potem żałować. Szedł w stronę domu Weroniki, wiedział, że musi tam teraz pójść, ponieważ jej spojrzenie będzie prześladowało go do końca życia.

Gdy wychodził po schodach minął się z Nowakowską.

- Idziesz do Weroniki? – uśmiechnęła się do niego.

Kiwnął głową.

– To dobrze.

Stał przed drzwiami i zastanawiał się, co ma zrobić, co jej powiedzieć, gdy nagle drzwi otworzyły się, a po drugiej stronie stała Wera, nieruchoma z osłupienia. Chciała wybiec za Nowakowską i coś jej powiedzieć, ale weszła wprost na Ryśka.

Stali tak naprzeciw siebie i żadne nie wiedziało, co powiedzieć.

- Wiesz, przetrawiłem już to, co mi powiedziałaś i... postanowiłem nie dzwonić... tylko przyjść – słowa grzęzły mu w gardle. Nigdy nie radził sobie w takich sytuacjach.

Weronika dalej stała bez słowa, była zupełnie skołowania, nie wiedziała, co ma robić. Nie spodziewała się takiego biegu rzeczy. Bardziej by pomyślała, że na tym się zakończy ich związek, ale to ją zupełnie zaskoczyło.

Zaczął powoli wyciągać ręce w jej stronę. Ona jednak stała niepewnie.

- No, choć – szepnął i zrobił krok w jej kierunku.

Powoli podeszła do niego i skryła się w jego ramionach. Mocno ją do siebie przytulił i znów poczuł zapach jej włosów, który przyprawiał go o dreszcze.

Westchnęła głęboko, tak cudownie było znów go czuć przy sobie, wprost nie mogła uwierzyć, że jest w jego ramionach. Czuła jak mocno bije mu serce i bezwiednie zaczęły płynąć jej z oczu łzy.

- Proszę, nie płacz – ujął jej twarz w dłonie – przepraszam cię za moje egoistyczne zachowanie - pocałował ją w oko, potem w drugie, – ale tak bardzo cię pragnąłem, że nie potrafiłem się powstrzymać. Wybaczysz mi? – sam dziwił się sobie w tym momencie, ale naprawdę chciał, żeby mu wybaczyła. Kiwnęła głową. – Nadal cię pragnę, ale poczekam, aż będziesz gotowa. Nie chcę cię popędzać.

- Dziękuję – patrzyła na niego i uśmiechała się. To było nie do uwierzenia, bo jeszcze parę chwil wcześniej nie chciało jej się żyć. – Nawet nie masz pojęcia ile to dla niej znaczy – dotknęła palcami jego twarzy, – ile ty dla mnie znaczysz – przez moment zabłysnęły jej znów oczy. Zbliżyła do niego twarz i delikatnie musnęła go wargami. Przycisnął ją jeszcze mocniej do siebie i zaczęli się całować.

- Długo tam jeszcze będziecie stać? – usłyszeli nagle.

Odskoczyli gwałtownie od siebie. W przedpokoju stała Magda i pocierała ręce z zimna.

– Może weszlibyście do środka, zimno idzie z korytarza.

Spojrzeli na siebie uśmiechając się wymownie i weszli do mieszkania.

- Przepraszam Magdziu, nie zauważyłam cię – pogłaskała ją po głowie – długo tu stałaś?

- Wystarczająco - wydęła małe usteczka - żeby zmarznąć – dodała i zatrzasnęła za sobą drzwi do pokoju.

Weronika złapała Ryśka za rękę i pociągnęła za sobą do kuchni. Usiadła na parapecie a on stanął tuż przy niej. Patrzyła na niego i wciąż nie mogła uwierzyć, że stoi przed nią.

- Wiesz, bardzo wiele znaczy dla mnie, że nie chcesz mnie popędzać... bo widzisz, ja... – opuściła głowę – ja się tego boję – wyszeptała patrząc w podłogę.

- Jak to się boisz? – chwycił ją za podbródek i spojrzał w oczy, – czego się boisz?

- Przeżyłam kiedyś coś strasznego – opuściła wzrok z zakłopotaniem.

- Co takiego? – Rysiek dopytywał się z coraz większym zainteresowaniem.

- No nie wiem... jeszcze nikomu o tym nie mówiłam - jej ostatnio trupio blade policzki zaczęły nabierać pąsowego koloru.

- Czy ojciec cię wykorzystywał? – zapytał wprost.

- Na Boga, nie! – krzyknęła zażenowana.

- Więc, o co chodzi? – znów ujął jej twarz w dłonie – spójrz na mnie. Jak zaczęłaś mówić to powiedz do końca, wyrzuć to z siebie, ulży ci. – Jego twarz była tak blisko, że czuła na sobie jego oddech. Czuła mrowienie na całym ciele.

- Nie, nie ojciec. Kiedyś tato przyprowadził kolegów i popijali przez cały dzień. Mamy nie było w domu, była w pracy... – odwróciła od niego wzrok, bo wprowadzał ją w zakłopotanie. – Wróciłam wcześniej ze szkoły, Magda była jeszcze w przedszkolu.... – słowa grzęzły jej w gardle, ale on cierpliwie czekał. – Wszyscy byli już pijani, siedziałam w pokoju, kiedy do mnie przyszedł i zrobił to – przymknęła oczy i odwróciła się do okna.

- Kto? – spytał ostrożnie.

- Jeden z kolegów ojca, na początku krzyczałam, ale oni byli zbyt zalani, żeby mnie usłyszeć, potem już dałam sobie spokój nawet z szamotaniem – spod przymkniętych powiek wypłynęły łzy.

- Dlaczego?! – zdziwienie na przemian ze złością mieszały się w jego głowie.

- Dlaczego? – w jej ustach to słowo zabrzmiało bardzo gorzko. – Dlatego, że był ode mnie raz większy i silniejszy, jak się szamotałam to mnie bił. Nie chciałam, żeby mnie pobił – opuściła głowę.- Do końca życia nie zapomnę tego bólu.

- Moje biedactwo – szepnął i z całej siły przytulił ją do siebie. Nawet jego ruszyło, chociaż był zawsze odporny na takie opowieści. Do tego jeszcze to wszystko spotęgowało w nim poczucie winy wobec Weroniki. Czuł się naprawdę podle. – Nauczę cię jak piękna jest miłość cielesna, powoli i delikatnie. Pokażę ci jak wiele przyjemności może to dostarczyć, na pewno nie bólu – spojrzał jej w oczy – obiecuję.

Patrzyła na niego, stali tuż przy sobie a ich ciała stykały się prawie zupełnie. Czuła, jaki był podniecony, ale wiedziała, że tym razem się opanuje. Była taka spokojna. Pierwszy raz od kilku dni była naprawdę spokojna, udało jej przez moment nie myśleć o całym złu, które tkwiło w jej życiu. Na tą cudowną chwilę zapomniała o śmierci mamy, o całej tej tragedii. Jego obecność napełniała ją siłą do walki ze smutkiem i załamaniem po stracie matki. Na nowo nabrała chęci do życia.

- Dziękuję ci, to, co robisz dla mnie jest cudowne – uśmiechała się do niego – nawet nie masz pojęcia, jak mi to bardzo ciążyło przez te wszystkie lata.

- Przez te wszystkie lata? – powtórzył ze zdziwieniem. – To ile miałaś lat?

- 14, nawet niepełne.

- I ty nikomu o tym nie powiedziałaś?! – zawołał ze złością – przecież gnojek poszedłby siedzieć... za gwałt na nieletniej. Nawet teraz jakbyś to zgłosiła to może by go posadzili.

- Nie!! – krzyknęła – nie chcę przez to nigdy więcej przechodzić. Przysięgnij, że nikomu o tym nie powiesz. – Patrzyła na niego błagalnym wzrokiem – przysięgnij, proszę.

- Dobrze, już dobrze, nie denerwuj się – uspokajał ją.

Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi.

- Proszę Rysiu, nie wracajmy już do tego – patrzyła na niego oczekując odpowiedzi.

- Dobrze, dobrze – zapewnił ją – idź otwórz drzwi – dodał i kiwnął głową.

 - Kogo licho niesie - mruczała pod nosem ze złością.

- Dzień dobry – usłyszała, kiedy rozchyliła drzwi.

- A, to pan komisarzu – machnęła ręką – dzień dobry, niech pan wejdzie.

Poszedł za nią do kuchni.

- Przyszedłem zapytać jak się trzymasz – podał rękę na przywitanie Ryśkowi.

- Teraz nad wyraz dobrze – odparła uśmiechając się do Rysia.

- To bardzo się cieszę, przynoszę ci chyba dobrą nowinę – rozsiadł się wygodnie przy stole.

- Jaką?

- Twój ojciec, jak wiesz, podczas całego zajścia był kompletnie pijany – zaczął mówić a Weronika wywróciła oczami na znak, że ma dosyć tego tematu, ale on ciągnął dalej – niestety nic nie pamięta i nie może sobie przypomnieć. W pierwszych założeniach było powiedziane, że na pewno obie z Magdą musicie zeznawać w charakterze świadka i to oskarżenia...

- O nie, nic z tego! - przerwała mu Weronika – ja mogę zeznawać, ale Magda nigdy. Nie pozwolę na to, dosyć już przeszła!

- Uspokój się, powiedziałem, że w pierwszych założeniach. Teraz jednak wszystko się zmieniło, ponieważ jego obrońca, którego dostał z urzędu, namówił go do tego, żeby się przyznał do winy w zamian za mniejszy wyrok i on się zgodził.

- Co to oznacza? – słuchała go w wielkim skupieniu.

- Mniej więcej tyle, że teraz sprawa jest prosta i czysta. Sędzia po zapoznaniu się z wszystkimi dowodami, zeznaniami świadków, sąsiadów i twoim, stwierdził, że w obliczu całkowitego przyznania się do winy proces będzie bardzo krótki i prosty. Nie będziecie musiały zeznawać, ponieważ w sądzie wystarczy twoje pierwsze zeznanie – tłumaczył najprościej jak potrafił. – Jedno jest pewne, że twój ojciec długo sobie posiedzi.

- To dobrze, im mniej będziemy o nim słyszeć, tym lepiej – Wera znowu posmutniała. – Jak dla mnie, to on umarł razem z matką – zacisnęła usta.

- No cóż, nie będę ci tłumaczył, że powinnaś mu wybaczyć, sama wiesz najlepiej, co zrobić. – W zasadzie nie dziwił się jej, po tym wszystkim, co przez niego przeszła, miała prawo tak myśleć. – Dobrze, to chciałem ci powiedzieć. Rozprawa będzie za dwa tygodnie, możesz przyjść, ale raczej wtedy jeszcze nie będzie ogłoszenia wyroku. – Potarł dłonią kark – no to ja już pójdę i pamiętaj...

- Tak, tak – przerwała mu – jak będę czegoś potrzebowała to mam dać znać – dokończyła za niego.

- No właśnie. No to trzymajcie się zdrowo – machnął ręka i poszedł.

W Weronice na samą myśl o ojcu wzbierała wściekłość, tylko ona wiedział jak bardzo go nienawidziła. Ta nienawiść rosła w niej przez lata i wiedziała, że gdy go zobaczy to wszystko, co zbierało w niej przez cały ten czas, wybuchnie.

Tego wieczora Rysiek był jakby mniej sobą, sam siebie momentami nie poznawał. Nigdy nie był taki romantyczny i słodki jak w tym dniu, ale magnetyzm chwili i Wera tak chyba na niego działały. Poza tym, naprawdę było mu jej żal, ponieważ los jej nie oszczędzał.

- Co będziesz jutro porabiać? – zapytał wychodząc.

 - Nie wiem, pójdę pewnie do szkoły. Muszę iść, niedługo matura a ja mam straszne braki. Nie poradzę sobie potem – wzruszyła ramionami.

- To zobaczymy się później – szepnął całując ją w usta.

- Tak, po szkole – posłała mu całusa zamykając drzwi.

Gdy się zatrzasnęły, oparła się o nie i przymknęła oczy.

- Ja chyba śnię – wyszeptała i uśmiechnęła się. – W tym momencie wszystko straciło na wielkości, każdy problem stał się mały. Liczyło się w tej chwili tylko to, że wrócił Rysiek, była bardzo szczęśliwa. Przyćmiła to tylko wizja spotkania z paniami z opieki społecznej w sprawie powierzenia opieki nad Magdą. Weronika wiedziała, że ma być sprawa w sądzie rodzinnym i bała się, żeby jej nie odebrali siostry, chyba nie przeżyłaby tego.

Weszła do pokoju, Magda leżała na łóżku i patrzyła w sufit.

- Już się nie kłócisz z Ryśkiem? – spytała odwracając się w jej stronę.

- Nie, nie kłócę. Co jesteś taka smutna? – usiadła obok niej.

- Brakuje mi mamusi –wyszeptała przytulając się do siostry.

- Mi też jej brak i zawsze będzie mi jej brakowało, ale nie zmienimy już tego, co się stało, nie da się cofnąć czasu, więc musimy starać się żyć jak najnormalniej. – Próbowała ją pocieszać, przynajmniej już nie płakała.- Musisz się uśmiechać, żyć dalej, bawić się z koleżankami, wtedy mamusia w niebie będzie jeszcze bardziej szczęśliwa – głaskała ją po głowie.

- Tak, wiem...., ale mi strasznie smutno.

- Wiem, wiem kochanie.

Siedziały na łóżku przytulone.

- Wiesz Madziu, muszę ci jeszcze coś powiedzieć – zaczęła ostrożnie.

- Co?

- Przyjdą tu panie z opieki społecznej, będą z nami rozmawiać, ponieważ będzie rozprawa w sądzie. Zostałyśmy bez opieki rodziców, a właściwie ty, bo ja już jestem pełnoletnia ...

- Co to znaczy, że jesteś pełnoletnia – przerwała jej.

- To znaczy... – westchnęła, - że przychodzi taki moment, kiedy ma się 18 lat i jest się pełnoletnim. To znaczy, że nie muszą się tobą już opiekować rodzice. Ty za 9 lat będziesz pełnoletnia, a póki co niestety jeszcze nie jesteś i musi się tobą opiekować dorosła, pełnoletnia osoba – tłumaczyła jej najprościej jak potrafiła.

- No to ty możesz się mną opiekować, skoro jesteś pełnoletnia – Magda zmarszczyła czoło –prawda?

- Tak, tylko musi nam na to pozwolić sąd.

- Ale po co, przecież ty jesteś moją siostrą – Magda była coraz bardziej dociekliwa.

- Ja wiem, ale tak musi być – Weronika zaczęła się powoli irytować - jak będziesz trochę starsza to zrozumiesz – odparła, chociaż wiedziała, że ją to wcale nie usatysfakcjonuje. Za dobrze znała swoją siostrę.

- Ale ja chcę zrozumieć to teraz, a nie jak będę starsza – to była cała ona, drążyła temat do momentu aż zrozumiała, choćby to miało trwać pół dnia.

- Ale ja nie umiem ci tego wytłumaczyć.

- Dlaczego?

- Bo nie umiem i już! – zawołała, ponieważ nie wytrzymały jej już nerwy.

- Nie krzycz na mnie – na twarzy Magdy pojawił się grymas.

- Przepraszam – pocałowała ją w czoło – no co ja mam ci powiedzieć. Będziemy musiały jechać do sądu, wtedy ci to lepiej wytłumaczę, będzie mi łatwiej. – Opadały jej już ręce – a teraz proszę nie męcz mnie już.

- Dobrze, poczekam – kiwnęła głową – na chwilę.

- Jeszcze jedna informacja.

- Jaka? – Magda uniosła brwi.

- Od jutra wracamy do szkoły.

- O nie! – przykryła sobie poduszka twarz. – Właściwie nie, cieszę się, nie chce już w tym domu siedzieć – stwierdziła zaglądając spod poduszki.

- No właśnie.

 

Było coraz lepiej, emocje powoli opadały. Weronika wiedziała jednak, że na pewno będzie im bardzo ciężko, ale muszą trzymać się razem. Kiedyś miała ambicje chciała iść na studia, lecz teraz wiedziała, że to koniec jej marzeń, ponieważ musiała iść po maturze do pracy. Trzeba było zarobić na życie. Jeżeli nie będzie miała, za co utrzymać siostry, oddadzą ją komuś innemu, a do tego nie mogła dopuścić, za wszelką cenę. Będzie musiała podejmować decyzje takie, o jakich jej koleżanki nawet nie mają pojęcia. Nigdy nie miała dzieciństwa. Tak naprawdę była dorosła na dużo wcześniej zanim ukończyła 18 lat. Bagaż doświadczeń, jakie miała już za sobą był dla niej dużym obciążeniem, a wiedziała, że to dopiero początek.

Następnego dnia jak tylko przekroczyła próg szkoły, natychmiast przekonała się jak bardzo jest popularna. Gdy szła korytarzem, patrzyli na nią jak na jakieś zjawisko. Wiele by w tym momencie dała za to, żeby móc zniknąć. Jak tylko znalazła się w klasie, wszyscy ją natychmiast oblegli, żałowali, składali kondolencje, klepali po ramieniu. Ona kiwała tylko głową i zaciskała zęby, ale miała ochotę krzyknąć „dajcie mi spokój!”, zamiast tego dalej kiwała głową.

- Cześć Wera, no i jak się trzymasz – wyszeptała jej do ucha Ewa, kiedy wreszcie dopchała się do niej.

- Całkiem dobrze – uśmiechnęła się – pogodziłam się wczoraj z Ryśkiem – dodała półgłosem pochylając się nad Ewą.

- Jak to? – rozwarła szeroko ze zdziwienia oczy.

- A tak to, przyszedł sam do mnie wczoraj i przeprosił. Powiedział, że nie będzie mnie popędzał i zrobimy to, kiedy ja zechcę – opowiadała z entuzjazmem.

- Niemożliwe – w głosie Ewy było słychać niedowierzanie.

- No naprawdę.

- To bardzo się cieszę – uśmiechnęła się, ale nie dawało jej to spokoju. Znała Ryśka z trochę innej strony i nie była zaślepiona miłością, tak jak Wera.  -  Coś mi tu nie pasuje. Co on kombinuje? – przemknęło jej przez myśl. – Przecież on taki nie był, miał raczej kiepską reputację. Ewa nigdy go nie lubiła i często powtarzała Weronice, żeby sobie dała z nim spokój, bo to typ „spod ciemnej gwiazdy”. No, ale tacy też się czasem zmieniają – wzruszyła ramionami do swoich myśli. Niestety im bardziej o tym myślała, tym bardziej wydawało się jej to podejrzane. Rysiek nie należał do tego typu ludzi. - Jesteś pewna, że on ma czyste intencje? – zapytała patrząc z niedowierzaniem na przyjaciółkę.

- Tak, jestem pewna – odparła grożąc jej palcem. – Wiem, co kombinujesz, ale on się naprawdę zmienił.

- Obyś miała rację – odparła, ale swoje i tak wiedziała.

Weronika zaufała mu i nie miała podstaw do tego, żeby mu nie wierzyć. Nagle usłyszała, że ktoś ją woła i nie była to wcale Ewa. Spojrzała w stronę drzwi, to była wychowawczyni.

- Czy mogę cię na chwilę poprosić? – machnęła ręką w stronę wyjścia z klasy.

- Tak, pani profesor? – spytała, chociaż doskonale wiedziała, czego od niej chce.

- No i jak się trzymasz? – ogromna troska przebijała z jej głosu.

- Dobrze, muszę się dobrze trzymać, bo załamanie i tak nic mi nie da. –Usiłowała nie zdradzać żadnych emocji, bo profesorka była gotowa ją zmusić jeszcze do rozmowy z psychologiem.

- To dobrze. Powiedz mi jeszcze, co będzie z maturą?

- A co miałoby być? –odpowiadała pytaniem na pytanie.

- Poradzisz sobie?

- Tak, muszę sobie poradzić, więc proszę się o mnie nie martwić – usiłowała trzymać dobry fason.

- Bardzo się cieszę widząc cię w takim stanie – poklepała ją po ramieniu.

Weronika uśmiechnęła się i pokiwała głową. Miała już serdecznie dosyć tego ciągłego pytania „Jak się trzymasz?, „Wszystko w porządku?”. Zaczynało się jej już robić niedobrze. Gdyby nawet chciała przez moment nie myśleć o śmierci matki, to ludzie jej na to nie pozwalali, ponieważ ciągle ktoś jej przypominał.  

Bolała ją głowa i miała już dość, ale najgorzej było tylko w pierwszy dzień. Potem wzbudzała coraz mniej zainteresowania, aż wreszcie tak jak wcześniej, nikt na korytarzu zdawał się jej nie zauważać. Dni mijały a życie na pozór powoli wracało do normy.

 

Któregoś dnia przyszły panie z opieki społecznej, były bardzo tajemnicze. Obejrzały dokładnie cały dom, potem zamknęły się z Magdą w pokoju i długo z nią rozmawiały. Nie pozwoliły Weronice brać udziału w tej rozmowie. Zadawały dziwne pytania.

- No, więc powiem, że sytuację macie nieciekawą – podsumowała na koniec jedna z kobiet, – ale powiem także, że współczuję wam, wiele przeszłyście i zrobimy wszystko, żeby udało się was nie rozdzielać.

Dla Weroniki te słowa brzmiały jak zbawienie, wzbudzały wiele nadziei.

- Wie pani, co to dla mnie i siostry znaczy, mamy już tylko siebie – zaczęła błagalnym tonem. – Zmarła mama, taty już też w zasadzie nie mamy, proszę nie odbierać nam siebie, nie przeżyłybyśmy tego.- Przerażenie ją ogarnęło na samą myśl o tym, że mogliby odebrać jej siostrę. Podobnie jak Magdę, ponieważ trzymała się siostry kurczowo za rękę i była blada ze strachu.

- Ja nigdy w życiu nie zostawię siostry! – zawołała Magda ze łzami w oczach – prędzej umrę, tak jak moja mamusia.

- Spokojnie, dziecko drogie, my jesteśmy po waszej stronie i będziemy dążyć do tego żeby nie narażać was na kolejną tragedię. Dosyć ich już miałyście w życiu – pogłaskała dobrotliwie Magdę po głowie.

- Proszę to dla nas zrobić - błagała dalej Weronika.

- Dobrze, na razie o nic się nie martwcie- zapewniały wychodząc. – Jak będzie sprawa to dostaniecie wezwanie do sądu, myślę, że powinno się wszystko rozstrzygnąć na jednym posiedzeniu, a na razie pilnujcie się, bo będziecie teraz pod lupą, zwłaszcza ty Weroniko.

- Dobrze i dziękuję – Wera zamknęła za nimi drzwi i przytuliła rozdygotaną siostrę. – Dobrze im mówić, jak tu się nie martwić. Kończą się pieniądze a renta za mamę dla Magdy pewnie nie będzie tak szybko – myśli kłębiły się jej w głowie. – Muszę szukać pracy i to czym prędzej!

Magda była bardzo zdenerwowana i wystraszona.

- Nie pozwolisz im mnie zabrać nigdzie? – pytała przerażona.

- Nie bój się kochanie, nigdy w życiu nie pozwolę na to, żeby mi ciebie odebrali – uspokajała ją. – O to możesz być spokojna.

Weronika jednak miała zaprzątniętą głowę jeszcze jedną sprawą. Zbliżał się termin kolejnego posiedzenia sądu, na którym według Kowalika, miał zostać ogłoszony werdykt. Do tej pory nie była na żadnym, nie chciała oglądać ojca i słuchać tego wszystkiego, przeżywać na nowo. Tym bardziej, że jej udział nie był konieczny, wystarczyło odczytanie zeznań. Magda w ogóle nie wiedziała, co się dzieje. Kiedy pytała „gdzie jest ojciec”, Weronika odpowiadała, że „został osądzony,  jest w więzieniu i już nigdy go nie zobaczą”. Mała początkowo była bardzo dociekliwa, jak to ona, lecz wreszcie chyba po raz pierwszy w życiu odpuściła sobie widząc, że Wera nie będzie drążyła tematu.

Wiedziała, że nie uniknie spotkania z ojcem. Nie chciała go unikać, chciała, pragnęła wykrzyczeć mu w twarz to, co od dawna w sobie nosiła. Słowa, które cisnęły się jej na usta, kiedy tylko o nim pomyślała. Miała nadzieję, że wtedy poczuje ulgę, spadnie z niej ten ciężar. Od momentu śmierci matki pielęgnowała w sobie nienawiść do niego, po to, żeby mu ją rzucić w twarz, kiedy przyjdzie odpowiednia chwila. To uczucie górowało ponad wszystkie inne, jakie żywiła do ojca, nie mogła nad nim zapanować. Nie mogła i nie chciała. Ono dodawało jej siły do walki z „wiatrem, który wiał im ciągle w twarz”.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
gapcia · dnia 16.05.2017 09:41 · Czytań: 250 · Średnia ocena: 3 · Komentarzy: 2
Komentarze
Junona dnia 16.06.2017 12:32 Ocena: Dobre
Strasznie długi tekst, ale w sumie ciekawy. Pisz dalej :)
gapcia dnia 16.06.2017 20:26
dzięki :)
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Zola111
21/07/2017 02:45
Odyseuszu, z pewnością Miniatura jeszcze dystrybuuje ten… »
JOLA S.
21/07/2017 00:30
Kamyczku, jeszcze raz dziękuję :) Bardzo motywujący… »
wiktoria
21/07/2017 00:02
Alosie, wreszcie zdołałam dotrwać do końca. Długi wiersz i… »
kamyczek
20/07/2017 23:59
Introwerko, zastanawiałam się nad tytułem, próbując… »
wiktoria
20/07/2017 23:38
Panie Odyseuszu, czytałam ten wiersz jakiś czas temu, ale… »
wiktoria
20/07/2017 23:21
Introwerko, ja bym zadała pytanie: kim jest poezja i nigdy… »
wiktoria
20/07/2017 23:03
Kamyczku, a któż to może wiedzieć skąd u niej te czarne… »
wiktoria
20/07/2017 22:59
Bardzo ładna metaforyka Procesjo i mocny przekaz. Podoba mi… »
wiktoria
20/07/2017 22:42
Procesjo, piszesz, że wiersz jest apolityczny, jednak trąci… »
kamyczek
20/07/2017 22:37
Wiktorio, ciary! Skąd tyle czarnych myśli u Peelki, aż boję… »
kamyczek
20/07/2017 22:16
Jolu, kupuję, prawie bez uwag – bo nie ma tu żadnych… »
JOLA S.
20/07/2017 22:14
Dzięki, Kamyczku :) :) »
kamyczek
20/07/2017 22:00
- nawet tak nie myśl, Jolu. Buziaki. »
mr.odysseus
20/07/2017 20:31
Gdzie można kupić ten tomik? Mam kilka pozycji z miniatury,… »
mr.odysseus
20/07/2017 20:24
Film lubię bardzo, dlatego się uśmiechnąłem :) Natomiast… »
ShoutBox
  • Silvus
  • 21/07/2017 00:11
  • Nie będąc specjalnym fanem zespołu, jedna z jego piosenek, która mi się podoba, to: [link] Ciekawe, trochę odnajduję w niej siebie.
  • wiktoria
  • 21/07/2017 00:05
  • Silvus jeszcze żyje, a Zach zmartwychwstał na chwilę ;)
  • Krzysztof Konrad
  • 20/07/2017 22:23
  • Nie żyje wielki człowiek Chester Bannington - legendarny wokalista zespołu Linkin Park. Nie mogę, nie chce w to uwierzyć
  • Silvus
  • 20/07/2017 12:49
  • Słucham?
  • Zachary Ann
  • 20/07/2017 10:12
  • Dzień dobry. Widzę, że nawet Silve jeszcze żyje.
  • mr.odysseus
  • 19/07/2017 22:19
  • Tak niestety łatwiej dla naszych szympansich móżdżków :)
  • ewa2000
  • 19/07/2017 21:21
  • dlaczego tacy jesteśmy brak mi ogłady brak zrozumienia łatwo jest oceniać homoseksualista transseksualista czarny,żółty nie zna się na polityce nie zna religi a chodzi do kościoła ateista brzydaka, gł
  • Krzysztof Konrad
  • 19/07/2017 19:49
  • Jak oglądam ukrytą prawdę, to czuję, że moje opowieści są genialne :D
  • Silvus
  • 19/07/2017 19:33
  • Cieszę się, Krzysztofie, że jest lepiej.
Ostatnio widziani
Gości online:59
Najnowszy:Pavelecse5k
Wspierają nas