Czas utracony - tsole
A A A
Od autora: Opowiadanie opublikowane w miesięczniku "W Drodze" nr 11-12/85 oraz w zbiorku "Muzyka Sfer Niebieskich".

Zbudować zegar.

Zbudować zegar na miarę naszych czasów.

Zegar, który pozwoliłby ochłonąć nam, pędzącym na oślep w trzewiach technologicznego molocha.

Zegar, który niweczyłby przerażenie karkołomną galopadą zdarzeń w sterroryzowanym ekonomią świecie.

Zegar, który wyzwoliłby wszystkich sfrustrowanych bezustanną utratą dystansu do liderów szaleńczego wyścigu mózgów.

Zbudować zegar mierzący upływ czasu nieutraconego.

Zegar, który jak wyrzut sumienia tkwiłby nad człowiekiem i pokazywał mu, kiedy i gdzie, jak i dlaczego marnotrawi bezcenne, nieodwracalne chwile swego życia.

To pragnienie urosło w nim do rozmiarów obsesji.

***

Zapewne dlatego tak często dręczyły go majaki senne. Widział w nich zdziczały, łamiący barierki tłum gnający na wyprzedaż w supermarkecie. Przy bramkach wejściowych tłum spiętrzał się, co uruchamiało machinę łokci hałasującą w swym pełnym bezwzględności działaniu skrzypem ordynarnych wyzwisk. Z drugiej strony wracali szczęśliwcy, przytulający do piersi, niczym bezcenny skarb, dopiero co nabyte żelazka, odkurzacze, suszarki do włosów, „jamniki”, laptopy... Ich nieprzytomne jak w mistycznej ekstazie spojrzenia pozwalały mniemać, że poczyniony przed chwilą zakup stanowi doniosłe wydarzenie, milowy krok w realizacji życiowych aspiracji.

Czy można zbudować przyrząd, który pokaże tym ludziom, że jednak drepczą w miejscu?

Z rozpaczą i bezsilnością obserwował młodego rewolucjonistę miotającego się na zaimprowizowanej mównicy. Słuchał wartkiego potoku gładkich słów układających się nad głowami słuchaczy w bajecznie kolorowe wizje przyszłości.

- Trzeba krwi! - wołał młodzieniec, odgarniając opadające na oczy płomieniste kiście włosów.

- Trzeba krwi! - ryczał tłum porwany równie płomienistą mową. I wznosił w górę zaciśnięte pięści.

Jaki zegar umiałby pokazać temu człowiekowi iluzoryczność przekonania, że jest on zbawcą świata?

Oglądał przestronne gabinety mężów stanu i menedżerów z wytwornymi fotelami i zielonymi palmami przy oknach. Ze stołami konferencyjnymi o nieskazitelnie lustrzanych blatach i budzącymi respekt biurkami. Leżące tam, grubością podobne Biblii terminarze zdawały się mówić z dumą: „Patrzcie, ile obowiązków ma mój właściciel! Zaiste, nie ma chyba na świecie drugiego człowieka, od którego tak wiele zależy!”

Jakie czasomierze należałoby postawić na tych biurkach, by oczy, nie dostrzegające dotąd stojącej obok palmy, znieruchomiały choć na moment nad pięknem misternej sieci pająka, który zagnieździł się tutaj, zmyliwszy czujność sprzątaczki?

***

Po dniach, w których pracował intensywniej niż zwykle, prześladowały go wizje zegarów spadających z nieba. Przeróżne cyferblaty, od staroświeckich ze złoconymi wskazówkami i rzymskimi znakami o cienkich szeryfach do elektronicznych z zielonkawą poświatą kanciastych równoległoboków cyfr i pulsującym dwukropkiem, wszystkie spadały spokojnie i majestatycznie. Ruchami podobne płatkom śniegu, kładły się wokół bezszelestnie jak jesienne liście i ginęły pod warstwą następnych...

Czasem myślał, że podjął się zadania ponad siły. Ogarniało go zwątpienie. Rychło jednak otrząsał się z niego, myśląc ile korzyści przyniesie ludzkości taki przyrząd. Gdyby każdy człowiek umiał zidentyfikować czas, który traci, gdyby tylko wiedział dlaczego! O ile łatwiej mógłby zorganizować swą drogę życiową. Jakie proste byłoby wówczas omijanie zdradliwych mielizn błahostek. Demaskowanie problemów trywialnych, lecz podstępnie tworzących miraże wielkości, przebiegle domagających się dla siebie priorytetów, przyćmiewających sprawy rzeczywiście ważne, o których istnieniu, oślepieni, częstokroć nie mamy pojęcia.

Więc pracował. Mozolnie pochłaniał stronice naukowych publikacji najeżone ostrokołami równań i symboli zazdrośnie strzegących dostępu rozumu do piękna matematycznego raju. Wertował opasłe tomy podręczników historii i monografii poświęconych wielkim tego świata, pragnąc dostrzec, jakie to wspólne cechy zdecydowały o tym, że mają oni swoje ulice, place i pomniki.

Jako pierwszy pojawiał się w czytelni uniwersyteckiej biblioteki i jako ostatni ją opuszczał. Bibliotekarz, poczciwy staruszek, któremu udało się wybronić przed emeryturą, witał go życzliwym uśmiechem jak starego znajomego. Odwzajemniał ten uśmiech machinalnie i szybko zagłębiał się w lekturze, jakby go ktoś gonił.

Istotnie, gonił go czas. Ten nieubłagany fizyczny czas, który mimo rewolucyjnych odkryć Einsteina nadal zdawał się biec na newtonowską, jednostajną modłę, jak gdyby wbrew ludzkim pragnieniom okiełznania go. Coraz częściej natrętnie dokuczała mu myśl, że nie zdąży i wtedy całe niemal życie okaże się czasem utraconym. Ogarniał go paniczny lęk na myśl, że los mógłby tak okrutnie zadrwić właśnie z niego.

***

Pewnego ranka, gdy siedział już nad książkami, poczuł, że coś jest nie tak. Podniósł odruchowo głowę. Na miejscu staruszka siedział młody człowiek z przesadnie długą czupryną. Podszedł do niego, tknięty złym przeczuciem.

- Przepraszam - zagadnął niepewnie - gdzie jest pan... - zająknął się. Nie znał nawet nazwiska starego bibliotekarza. - No, ten pan, ten starszy pan, który tu pracuje od lat?

- Pracował - odparł młodzieniec. - Pan Wilson zmarł wczoraj wieczorem.

- Zma... zmarł? Ach tak... to okropne - wymamrotał. - Dziękuję panu.

Zdruzgotany wrócił na swoje miejsce. Próbował wrócić do lektury, ale nie mógł. Przed oczami miał wciąż pogodną, spokojną twarz starego bibliotekarza. Wyszedł z gmachu. Do obiadu wałęsał się bez celu po mieście. Nie zdarzyło mu się to od lat. Tępo patrzył na tłum rozlewający się bezkształtną kałużą po skwerach i placach. Goniący za zbuntowanymi zegarami ludzie zderzali się ze sobą, jak molekuły gazu w brownowskich ruchach.

***

Stał nad świeżą mogiłą staruszka, ogarnięty cmentarną ciszą. Nieliczni uczestnicy pogrzebu rozpierzchli się pośpiesznie, wciągani niewidzialną siłą w kołowrót codziennych zajęć. On został tutaj, ujęty urokiem miejsca, które oparło się niewolącym podmuchom czasu. Leniwa pantomima odartych z liści topoli była jak żałobny, pełen zadumy taniec, wykonywany w hołdzie tym, którzy już nigdzie nie muszą się śpieszyć.

Lecz trzymało go coś jeszcze. Miał wrażenie, że staruszek zabrał ze sobą do grobu skarb, za którym on bezskutecznie gonił przez całe niemal życie. Wrażenie to potęgowało się, gdy przed oczami stawała mu twarz Wilsona. Twarz pełna spokoju i życzliwości. Twarz, której nie targały nerwowe tiki. Twarz, która nigdy nie zwracała się w pełnym obaw geście ku tarczy zegara.

Rozum kazał mu otrząsać się z tych nierozsądnych myśli. Niby dlaczego stary bibliotekarz miałby znać sekret czasu nieutraconego? Cóż on zrobił takiego, czego w życiu dokonał, by można było twierdzić, że nie zmarnował jednej chwili w swoim życiu? Czy był wielkim wynalazcą'? Czy napisał jakieś wiekopomne dzieło literackie, symfonię? A może był odkrywcą leku, który wyrwał ze szpon śmierci chorych na okrutną, nieuleczalną chorobę'? Może położył zasługi w rozwiązaniu jednego z kryzysów politycznych`?

Nie. Ani takich, ani podobnych zasług staruszek nie miał. Był bibliotekarzem, zwykłym szarym człowiekiem, jakich pełno na ulicach, w urzędach, fabrykach...

A jednak ten spokój na twarzy... Ten spokój kazał przypuszczać, że Wilson znał sposób, by omijać zdradliwe pułapki straconego czasu. Czuł to.

Przez ostatnie noce majaki z tarczami zegarów męczyły go szczególnie. A dziś... dziś cyferblaty jęły rozmywać się i przekształcać w wizerunki ludzkich twarzy. Obserwował je z lękiem i ciekawością. Co chwila odkrywał oblicza dziwnie skądś znajome. A to kolega ze studiów, z którym głupio jakoś wyszło przy egzaminie z analizy funkcjonalnej... A to dziewczyna, którą odepchnął zauroczony perspektywami, jakie roztaczały się przed nim: młodym i żądnym rozgłosu naukowcem... To znów ta staruszka, którą grzebiącą w koszu z odpadkami obserwował z okna hotelu asystenckiego... Żona... żona, która odeszła z dziećmi, nie mogąc znieść jego obsesji... A oto i dzieci. Twarze zamglone jakieś... Kim są, co robią? Nie wiedział.

Twarze, twarze, twarze... Pogodne tarcze zegarów odmierzające czas jedynie istotny dla człowieka...

Dojrzał twarz staruszka. Jego pełne ufności spojrzenie odkrywało bezlitośnie własną małość. Małość własnego życia. Iluzję wielkości własnych dokonań i ambicji.

Sen skończył się. Lecz twarz Wilsona została. Utkwiła w nim, niby bolesna zadra. A teraz przygnała go tutaj, w jesienną scenerię cmentarza, gdzie do końca zrozumiał, że tracił dotąd czas.

Odwrócił się, ruszył powoli aleją wiodącą w kierunku cmentarnej bramy. Ciężkie, sinoszare chmury troskliwie otulały kładące się do snu miasto.

Lecz on widział wschodzące słońce.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
tsole · dnia 18.05.2017 10:08 · Czytań: 198 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 9
Komentarze
szybki_pisarz dnia 18.05.2017 13:18 Ocena: Świetne!
Witaj. Doskonały warsztat. Bogate słownictwo. Tekst płynie, nie ma tu niczego niepotrzebnego. Ciekawy pomysł krytycznego spojrzenia na odchylenia i skrajności jakich możemy dopuścić się w życiu. Jeśli chodzi o bohatera, to myślę, że ma on problem z samym sobą, jednak nie jest on związany z zegarami, które nieuchronnie odmierzają czas do pożegnania się z życiem, a z krótką chwilą, którą powinien poświęcić na zastanowienie się nad tym co chce w życiu robić. Brak mu zdecydowania, co obrazuje najlepiej fakt założenia rodziny z której przyszło mu zrezygnować na rzecz biblioteki. Podobnie ma się rzecz z nostalgicznymi przemyśleniami nad grobem Wilsona, jakby znów odnajdywał nowy sens swojego życia. Jest to bardzo ciekawe podejście do życia, które jest ciągłym poszukiwaniem siebie.
Nie mogę się zgodzić z krytyką konsumpcjonizmu z początku, nie ma w nim nic złego, bo każdy zakup telewizora czy nowej suszarki na bieliznę, każda sprzedaż klasera ze znaczkami albo dywanu z przedpokoju. Każda rozmowa z żulem spod monopolowego, ale też każda książka Sapkowskiego albo reportaż Kapuścińskiego. Każda chwila w tłumie i każda chwila samotności. Każdy wybity ząb przed klubem i każda opatrzona rana dziecka. Każda chwila na szczycie jednej z Bieszczadzkich gór i każda chwila w galerii handlowej - jest ścieżką rozwoju. Świat daje nam tysiące, miliony możliwości, a od nas zależy jaką drogę obierzemy i kiedy postanowimy ją zmienić na inną albo na zawsze pozostać na jednej, sprawdzonej i udeptanej ścieżce. Każda opcja jest dobra i zapewne dopasowana do możliwości człowieka, który na nią się decyduje. Grunt to nie popełniać błędu bohatera, który z pewnym przerażeniem rozgląda się wokół siebie za zegarami i goni do czegoś utopijnego, wyidealizowanego.
Zegary należy ukryć w szufladzie. Nie zagłębiać się zbytnio nad przeszłością i nie wychylać się zbytnio w przyszłość - bo to też skrajności, podobnie jak ambicje albo lenistwo. Z drugiej strony, jeśli ktoś wybiera taką drogę w swoim życiu, to też idzie w dobrą stronę, ponieważ każda decyzja jaką podejmujemy jest słuszna i dobra.
Tsole, dzięki za możliwość rozkminiania przy kawie:)
Pozdrawiam!
Milena1 dnia 18.05.2017 16:46
Nie ukrywam, że przyciągnął mnie tym razem tytuł.
Rzecz jest na czasie :-) i została już wynaleziona niestety- jest to antyzegar, można kupić na allegro za małe pieniądze. Nawet posiadam jeden egzemplarz :)
Co nie zmienia faktu, że przeczytałam z przyjemnością, opowiadanie świetnie oddaje współczesny zagoniony świat.
Pozdr. serdecznie
tsole dnia 18.05.2017 18:35
Szybki_pisarzu, dziękuję za wizytę, refleksyjny komentarz dający mi pewną nadzieję, że czas spędzony na lekturze tego opowiadanka nie musi być czasem utraconym.
Jak można przeczytać w notce odautorskiej, opowiadanie jest dość stare, stąd niektóre przerysowania, zwłaszcza w wizji wyprzedaży w supermarkecie. Nie tyle mi jednak chodziło o konsumpcjonizm, ile o ustawienie sobie w życiu hierarchii wartości tak, by wykorzystać dany nam czas w sposób godziwy. Bohater opowiadania dochodzi w końcu do wniosku, że to nasza dobroć wobec naszych bliźnich powinna być na owej hierarchii szczycie. Po tym odkryciu znajduje wreszcie wewnętrzny spokój ("Lecz on widział wschodzące słońce".)
Serdeczności załączam i zapraszam do mnie - będzie okazja do kolejnych rozkminiań przy kawie :)

Mileno1, bardzo dziękuję i cieszę się z Twojej opinii. Trafiasz w sedno, pisząc
Milena1 napisała:
opowiadanie świetnie oddaje współczesny zagoniony świat.

Mimo upłynięcia ponad 30 lat od napisania tego opowiadania, jego puenta wciąż jest aktualna. Pozdrawiam serdecznie!
Vigo dnia 19.05.2017 20:28
Witaj tsole

Czytając Twoje opowiadanie, zastanawiam się, czy to aby na pewno science fiction :)
W trakcie tej opowieści, u głównego bohatera następuje swoista przemiana osobowości. Pod wpływem śmierci starego bibliotekarza, dokonuje on retrospekcji własnego życia i zmienia się jego sposób odbioru rzeczywistości: "...zrozumiał, że tracił dotąd czas." Czytelnik może się tylko domyślać, jak bardzo to przewartościowanie, odmienia życie bohatera.
Jednak ta zmiana była zapowiadana znacznie wczesniej, zegar który obsesyjne chce zbudować, odbieram jako symbol.
Pojawiające się w snach tarcze zegarowe, możemy odczytywać jako mandale, koła, które stanowią doskonałość, pełnię i które są symbolem jaźni, czyli całości psychicznej człowieka. Nie przypadkowo prześladują one naszego bohatera w snach, w snach bowiem dochodzą do głosu treści archetypowe.
Z treści opowiadania wynika że owe cyferblaty, mandale, podlegają przemianie, co oznacza wspomnianą już przemianę osobowości. Proces tworzenia się tych formacji jest nieprzewidywalny i całkowicie niezależny od świadomości, ma jednak silne oddziaływanie terapeutyczne, co znajduje potwierdzenie w omawianym tekście.
Główny bohater Twojego opowiadania, w finale, pomimo zapadającego zmierzchu, dostrzega wschodzące słońce, co również odczytuję jako mandalę.
Przemiana się dokonała.
Nie zdziwiłbym się gdyby bohater tego opowiadania, miał około czterdziestu lat :)

Nie wiem jak Ci się podoba moja interpretacja, jednak można by analizować całe opowiadanie zdanie po zdaniu i wszystko się tu zgadza :)

Pozdrawiam :)
tsole dnia 19.05.2017 21:22
Vigo, fajną egzegezę tutaj przedstawiłeś :) W rzeczy samej logika Twojego wywodu jest powalająca i trudno znaleźć tu jakiś słaby punkt. Jedynym jest to, że taką logiką z pewnością nie kierował się autor opowiadania chyba że jakoś podprogowo :) Inspiracją do jego napisania był aforyzm pastora Braunscha, którego dokładnie dziś już nie pamiętam, ale leciało jakoś tak: "tylko serce odmierza istotny dla człowieka czas" (nawet nazwiska tego pastora nie jestem dziś pewien, pamiętam tylko, że wyczytałem to w Tygodniku Powszechnym, gdzieś w okolicach 1984 r. )
Ile lat miał bohater... cóż nad tym się nie zastanawiałem, lecz wyobrażałem sobie jako dojrzałego mężczyznę w wieku ok. 50 lat :)
Natomiast autor gdy to pisał miał ok. 35 lat :)
Co do klasyfikacji opowiadania, zgadzam się, że SF jest tu troszkę naciągane. Ale redaktorzy wydawnictwa "W drodze" nie zakwestionowali :)
Pozdrawiam kontent, że opowiadanie tak potrafiło zainspirować!
Niczyja dnia 27.05.2017 12:50
tsole, dzień dobry:)
Przeczytałam Twój tekst rano, w japońskiej scenerii. W krainie tajemniczych gejsz, pięknych kolorowych kwiatów i niezrozumiałej kaligrafii. Nie przeszkadzał hałas dookoła, czyjeś głosy, oddaliłam się i pozwoliłam siebie prowadzić, do Twojej opowieści.

Podobało mi się, choć nie jestem fanką science-fiction. Tekst refleksyjny, dobry i mądry.
Warto było połączyć oba poranne doznania, Ciebie i Japonii. Dziękuję:)

Niczyja
tsole dnia 27.05.2017 14:15
Dzięki, Niczyja! Mimo że mam bujną wyobraźnie, nigdy nie wpadłbym na to, że to opowiadanie będzie odbierane w japońskiej scenerii. Ale po namyśle uważam że pasuje!
Sam tekst pałęta się raczej na peryferiach SF; ja bym go zaliczył do "fantastyki refleksyjnej" gdyby taki podgatunek istniał :)
Przed dwoma laty zwiedziłem japoński ogród Irish National Stud opodal Kildare w Irlandii. Bardzo klimatyczny, robi wrażenie. ten czas nie był utracony :)
Serdeczności, tsole
JoannaP dnia 28.05.2017 10:15
Dobry tekst.
Dobrze pokazuje to zagonienie świata, marnotrawienie czasu przez człowieka. Bohater, chcąc otworzyć ludziom oczy, tak bardzo się w tym zatraca, że popełnia ten sam błąd. Dopiero na końcu odnajduje właściwą drogę.
JP
tsole dnia 28.05.2017 12:27
Dzięki Joanno! Ten tekst jest dość stary, ale nie dezaktualizuje się, wręcz odwrotnie :)
Pozdrawiam, tsole
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
clockworklukis
28/05/2017 23:49
Introwerku, musimy mieć zatem podobny gust. Fale V. Woolf… »
Ania Ostrowska
28/05/2017 22:35
Cały ten wiersz odbieram jako ujęty w cudzysłów; tak jakby… »
maker
28/05/2017 22:25
Myślę, że to niekoniecznie takie oczywiste, ale za to bardzo… »
Ania Ostrowska
28/05/2017 22:21
sheCat, nie wiem, jak Ci wyjaśnić treść, to zapis obrazu,… »
ajw
28/05/2017 21:41
Lilu, niezmiennie jestem pod wrażeniem :) »
ajw
28/05/2017 21:40
Właściwie nie ma czego się czepić. Piękny, mocno wiolinowy… »
ajw
28/05/2017 21:38
Czytałam go już kiedyś, bo poprzez obraz utkwił mi w… »
Celt11
28/05/2017 21:14
Zacznijmy od tego, że nie zrozumiałaś różnicy między 1 a 2… »
Grain
28/05/2017 20:08
Serdeczne dzięki. Obie interpretacje bliskie rzeczywistości.… »
sheCat
28/05/2017 19:52
Widzę posiniaczoną prostytutkę pragnącą normalności - albo… »
introwerka
28/05/2017 19:50
Ophelio, cieszy bardzo Twój ciepły odbiór :) Co do tytułu… »
Opheliac
28/05/2017 19:37
Podoba mi się zwłaszcza pierwsza zwrotka, jak dla mnie… »
Opheliac
28/05/2017 19:30
Krakowa nie lubię, ale wiersz jak najbardziej. Tutaj… »
Tjereszkowa
28/05/2017 19:28
Vigo, dalej na pewno było pięknie. :) Masz rację z tym… »
Opheliac
28/05/2017 19:24
Aniu, masz rację. Od początku mi coś nie pasowało w tych… »
ShoutBox
  • mike17
  • 28/05/2017 18:32
  • Wieczorową porą miłosne śpiewanie : [link]
  • SanaiStark
  • 28/05/2017 16:36
  • W ten gorący dzień pozdrawiam was zimnym Leszkiem z dodatkiem pomarańczowej lemoniady ^_^
  • allaska
  • 27/05/2017 21:03
  • Whole Ttruth, dziękuję za wyrozumiałość :) Pozdrawiam
  • SanaiStark
  • 27/05/2017 20:11
  • Ech, ponad pół roku zabrało mi zebranie się do ponownego napisania czegokolwiek... W każdym razie witam (tak, jeszcze żyję xD) i oznajmiam, iż wkrótce pojawi się moje nowe opowiadanie :3
  • Niczyja
  • 26/05/2017 22:03
  • Piękny kawałek...
  • mike17
  • 26/05/2017 13:18
  • Wszystkim Mamom w dniu ich święta życzę szczęścia, powodzenia w życiu, zdrówka i morza miłości : [link]
Ostatnio widziani
Gości online:32
Najnowszy:Poredaaq8g