Pistacjusz i Wimbledon - Niczyja
Proza » Obyczajowe » Pistacjusz i Wimbledon
A A A
Od autora: Takie coś... spontanicznie;)

„Pistacjusz i Wimbledon”

 

- Ubóstwiam! – rzekła dziewczyna, na samą myśl o czekającym ją deserze.

- Wiem, a teraz zmykaj do lusterka przymierzyć prezent.

Gibka sylwetka zniknęła za drzwiami toalety, a mężczyzna zajął się dekoracją ciasta. Gdy było gotowe położył widelczyk na talerzu i czekał. Wróciła w podskokach, ciesząc się jak dziecko z nowej zabawki. Miała ich w bród, ale każda nowość sprawiała jej jednaką radość, jakby to był pierwszy raz. Miała w sobie coś z dziecka, coś co dodawało jej uroku.

 

- I jak? – spytała, uśmiechając się.

- Pięknie wyglądasz, jak zawsze  - odpowiedział niewzruszenie Marek.

Był od niej znacznie starszy, zawsze ubrany w drogie ciuchy, miał sportowe porsche. Spał na pieniądzach. Imponował jej nonszalancją, pozornym chłodem, który wiedziała, że skrywa gorące uczucia dla wybranki. Dla niej. Stała przed nim, wdzięcząc się i mrugając oczami.

- No, mała – powiedział krótko. – Szamaj ciasto. Szkoda czasu.

- Jeszcze nie zdążyłam podziękować ci za prezent.

- Podziękujesz później. Teraz jedz.

Patrzył jak dziewczyna połyka deser w iście sprinterskim tempie. Zielony wimbledon był pokusą, której nigdy nie mogła się oprzeć. Od tego upodobania zaczął nazywać ją Wimbledon, podobnie jak wszyscy znajomi.

- Pyyyszne – odpowiedziała, słodko ocierając zielone okruchy ciasta z kącików ust.

- To jedziemy do mnie.

W samochodzie dziewczyna roznamiętniła się, jakby nie mogła doczekać się ciągu dalszego randki. Szybko wykonywał manewry, w których rozpraszał go jej dotyk. Dłoń wędrująca po klacie, potem niżej i jeszcze niżej… Zaparkował samochód i prosto z podziemnego parkingu wjechali windą do mieszkania.

W drodze do sypialni zrzucali z siebie ubrania. Niebieska koszula i jeansy, plisowana spódnica i biały T-shirt znalazły się na podłodze. Wciąż się całując, padli na łóżko. Była wilgotna. Wszedł w nią gwałtownie, brutalnie, aż zagryzała z bólu palce. Kilka mocnych pchnięć. Jej głowa zwisała po drugiej stronie łóżka, dziewczyna wiła się z rozkoszy, wbijając paznokcie w jego plecy. W pośladki. Nagle zaczęła jęczeć i krzyczeć. Potem leżała rozanielona, czekając aż on skończy.

- Jeszcze nigdy tak szybko nie doszłam… - wyznała z rozkoszą.

Marek nic nie odpowiedział. Leżał obok, bawiąc się jej sutkami. Pieścił je poślinionym palcem, potem całował.

- Może obejrzymy coś extra, mała?  - spytał.

- Chętnie…

- Poczekaj, zaraz coś wybiorę.

 

Wrócił po chwili z filmem porno i dwoma drinkami, z cytryną.

- To zaczynamy  – powiedział, stukając w jej szklankę. – Za spotkanie!

- Za spotkanie!

 

Filmy były źródłem inspiracji, stymulowały do wciąż nowych pozycji. Bawili się sobą jak dwa wygłodniałe zwierzęta. Był jak kot zanim pożre myszkę, choć jej daleko było do myszki, była wyuzdana i doświadczona jak niejedna mężatka. Z takimi także się spotykał, zanim nastała jej era.

 

*****

Wypatrzył ją kiedyś, przypadkiem, gdy siedząc na trybunie sportowej załatwiał interesy. Zwrócił uwagę na gibką siatkarkę, o umięśnionych udach i dorodnych rozkołysanych piersiach. Ciemne włosy, upięte w koński ogon, skakały razem z nią za piłką. Tamtego popołudnia nie był sobą, nie mógł się skoncentrować na argumentach rozmówcy i przez to wypadł mizernie. Nie zdobył kontraktu, na którym bardzo mu zależało. Nie żałował jednak. Wypytał się kim jest owa dziewczyna i na kolejny mecz przybył już sam, bez interesanta.

Była kapitanem drużyny albo po prostu wzbudzała respekt, bo pozostałe zawodniczki słuchały jej uważnie, wykonując rzucane głośno polecenia. Cała jej uwaga koncentrowała się na piłce i rozgrywkach przeciwniczek. Zawsze starała się być szybsza, przewidywać ich manewry, często zmyłkowe. Odbierała podkręcone piłki, celnie serwowała i świetnie rozgrywała piłkę, nie pozwalając jej upaść. Nawet kosztem poobcieranych kolan, czy łokci. Grała z pasją, całym ciałem.

Marek obserwował ją, czasem zerkając na pustawe trybuny. Zauważył chłopaka, chyba jej rówieśnika, który łapczywie jadł pistacje. Usta mu się nie zamykały, palce nie ustawały w bezruchu. On także patrzył na siatkarkę, nie odrywał od niej oczu. „Pistacjusz jeden!” – rzucił pogardliwie pod nosem i powrócił do obserwacji grającej.

Po meczu czekał na nią przy wyjściu z szatni. Miał niezłą gadkę, wiedział jak uderzyć w czułe struny kobiety. Jak nastroić instrument, aby później zagrał mu piękną melodię. Nie prawił banałów, tylko konkretne i skuteczne słowa, którym kobiety, nawet te twarde, ulegają. Już po chwili siedziała obok w czerwonym jaguarze, a wiatr rozwiewał jej włosy.

- Dokąd jedziemy? – spytała lekko.

- A na co masz ochotę?

- Na wimbledon! – odrzekła zdecydowanie.

- A co to jest? Gdzie to jest?

- To takie ciasto, w mojej ulubionej sieci kawiarnianej. Często tam chodzimy z dziewczynami po meczu.

- Aha, to pojedźmy na wimbledon, skoro chcesz.

Uśmiechnęła się, poprawiła w lusterku fryzurę, zerkając czasem na kierowcę.

- Jak masz na imię? – spytała dziewczęco.

- Marek. A ty?

- Mów mi Wimbledon. Wszyscy tak do mnie mówią – puściła mu oczko. – Wiadomo dlaczego.

 

W kawiarni był ścisk, o tej porze wieczorem trudno było znaleźć wolny stolik. Kątem oka dostrzegła, że jeden akurat się zwalnia i jak sportsmenka na polu gry rzuciła się zdobywać punkt - wolne miejsce. Była pierwsza, udało się. Gdy Marek podszedł, uśmiech zdobywcy widniał na jej ustach.

- Wimbledon? Tak?  - spytał.

- Tak, poproszę. I duże latte.

- OK, idę zamówić.

Po chwili wrócił niosąc tacę z ciastem i dwoma kawami, latte dla niej, a podwójnym expresso dla niego.

-O, super! Dziękuję – ucieszyła się i od razu zaczęła jeść.

- Jak można lubić takie zielone paskudztwo? – wzdragał się z obrzydzenia. – Wygląda jak trawa, jak murawa.

- Nie oceniaj, zanim nie spróbujesz. Pozory często mylą – droczyła się z nim, pochłaniając z apetytem wimbledon.

Gdy skończyła, oparła się wygodnie o poduszkę i powoli sączyła latte. On już wcześniej, chyłkiem opróżnił  swoją filiżankę i bez słowa przyglądał się dziewczynie.

- Ile masz lat? – spytał.

- Jestem już pełnoletnia, jeśli to masz na myśli – znów go kokietowała, choć nieświadomie, kuszącym uśmiechem.

- To dobrze, bo mam wobec ciebie poważne zamiary – jego ręką wędrowała po jej udzie, od kolana w górę i z powrotem. Widział, że to na nią działa.

- A ty? – spytała. – Ile masz lat?

- Trzydzieści sześć – odparł poważnie, a po chwili dodał. – Jestem dla ciebie za stary?

- Niekoniecznie, zresztą zobaczymy…

- Dziś? Pojedziemy dziś do mnie? – pytał przymilnie.

- Nie, dziś nie mogę – odparła wymijająco. „Za kogo on mnie uważa!?” – pomyślała z oburzeniem. – „Za jakąś małolatę, która poleci na jego kasę? Hola kolego, daj na wstrzymanie”.

- To kiedy? – nalegał.

- Gramy trzy razy w tygodniu, w dni parzyste – wyliczała na palcach, aby wskazać mu, o które dni chodziło. – Może w któryś z tych dni, po meczu.

- Zgodnie z twoją wolą, Wimbledon – jego ręka opuściła jej udo.

- Jestem zmęczona i senna. Nie gniewaj się, ale chcę już wracać do domu.

- Podwiozę cię – zaproponował, wstając.

- Nie trzeba, mieszkam kilka kroków stąd – skłamała, nie chciała by ją odwoził do domu. Wyczuwała w nim coś dziwnego, jaką podskórną siłę, nachalność, której nie mogłaby się sprzeciwić.

- Jak chcesz – powiedział obruszony. – Do zobaczenia na…po meczu.

- Do zobaczenia.

 

*****

Wimbledon spodziewała się, że Marek przyjdzie na najbliższy mecz. Nie zjawił się, na kolejnym meczu też go nie było. „Cóż, widocznie nie zależało mu tak bardzo. Mężczyźni są prości, co z oczu, to z serca” – dumała, jadąc autobusem na porcję wimbledonu. – „Pewnie  przygruchał sobie inną, łatwiejszą”.

Dostała swoją porcję ciasta. Czerwonych kuleczek owocu granatu było wyjątkowo dużo, a na wierzchu posypka z wiórków kokosowych. Lubiła to połączenie słodyczy, z kwaskowatością. Pobudzało ją do działania, odganiało zmęczenie.

Kolejny mecz miał być bardzo ważny – rozgrywki klubowe, nie zwyczajny trening. Musiała odpocząć, opracować taktykę, przewidzieć możliwe ruchy przeciwniczek. Bardzo zależało jej, aby to jej drużyna wygrała. Wtedy miałyby szansę awansować i może w przyszłości… ale wolała nie gdybać. „Nie ma co zapeszać”. Lubiła prowadzić wewnętrzne monologi, czasem wręcz mówiła do siebie na głos, biegając na bieżni lub po leśnych duktach, których w ich miasteczku nie brakowało.

Nastała sobota. Międzyklubowe rozgrywki. Trybuny zapełnione. Było głośno i gorąco. Wimbledon denerwowała się, tak wiele zależało od tego meczu. Napominała koleżanki na co mają szczególnie zwracać uwagę podczas gry. Znała niektóre przeciwniczki, były mocne i cwane, trzeba mieć na nie oko. Wreszcie mecz się zaczął. Na trybunach zapadła cisza. Słychać było tylko gwizdki sędziego, nawoływania zawodniczek, odbicia i uderzenia piłki oraz pisk sportowego obuwia o wygładzoną posadzkę.

W przerwie, obie drużyny zebrały się w grupki i naradzały co dalej. Dziewczyny były spocone, zmęczone, walka była wyrównana. Wynik był trudny do przewidzenia. Wreszcie wznowiono grę. Trybuny się ożywiły, zawodniczki grały jeszcze lepiej, walcząc o prawie każdą piłkę. Pistacjusz siedział w pierwszym rzędzie, z emocji zjadł trzy paczki pistacji. Wimbledon była tak naturalnie piękna, gdy emocje igrały na jej twarzy. Piersi podskakiwały, półdupki również. Uda było klasycznie zmysłowe, jak kolumny doryckie. I jeszcze ta spocona koszulka. Nie mógł od niej oderwać wzroku. Działa na niego jak magnez.

Gdzieś w tłumie, tylko w dalszym rzędzie siedział również Marek. Uważnie obserwował grę, koncentrując się oczywiście na głównym obiekcie swoich zainteresowań. Ostatni punkt zdobyła Wimbledon, przechylając szalę zwycięstwa na stronę swojej drużyny. Była taka dumna, taka szczęśliwa. Koleżanki wzięły ją na ręce i podrzucały, krzycząc: „Wimbledon, Wimbledon”. Trener pogratulował każdej z osobna. Przeciwniczki, po obtarciu pierwszych łez porażki, uścisnęły ręce zwyciężczyniom. Kapitan jednej, powiedziała do drugiej: „To była równa walka. Dziękuję!”.

Dziewczyny długo bawiły w szatni. Radowały się wygraną, humory im dopisywały. Wychodząc z budynku nadal się śmiały i wspominały jedna przez drugą szczegóły meczu.

- Cześć, Wimbledon – zawołał Marek, niecierpliwiąc się już długim oczekiwaniem.

- O! Cześć… - odparła zdziwiona. – Jednak przyjechałeś?

- A czemu miałem nie przyjechać? Świetny mecz. Gratuluję! – powiedział z uśmiechem.

- Dziękuję – odparła dumnie.

- Zapraszam na wimbledon.

- Chętnie.

 

Poszli do czerwonego jaguara. Koleżanki z drużyny patrzyły z ciekawością, niektóre z zazdrością. A stojący nieopodal Pistacjusz dosłownie pozieleniał, niekoniecznie z powodu pistacji. Wsadził ręce do kieszeni spodni, oparł się o mur budynku i obserwował całe zajście. Był chudy, ubrany na czarno. Z całej jego postaci bił smutek.

- Wimbledon… - westchnął cicho.

Nie miał samochodu, nie miał nawet prawa jazdy. Nie pozostało mu nic innego jak udać się do pobliskiego pubu i zalać robaka. Nieczęsto to robił, ale dziś musiał. Po prostu musiał.

 

*****

Tymczasem w jaguarze panowało odprężenie. Dziewczyna wyrzucała z siebie emocje nagromadzone podczas meczu, biło od niej szczęście wymieszane z dumą. Marek słuchał, co jakiś czas zerkając na nią. Miał swój cel, plan na dzisiejszy wieczór.

- Prowadź – powiedział, puszczając ją przodem w drzwiach kawiarni. – Masz dziś szczęście, może wypatrzysz wolny stolik.

- Wypatrzę, zobaczysz – odpowiedziała z uśmiechem.

Stolik jakby czekał na nich w ustronnym rogu lokalu. Usiedli. Dziewczyna w oczekiwaniu na ciasto, Marek też jakby na coś czekał, zwlekał.

- Poproszę wimbledon. Zasłużyłam dziś – zaczęła.

- Wimbledon też będzie – powiedział spokojnie – ale najpierw niespodzianka.

- Jaka niespodzianka?

- Sama zobacz – podarował jej pudełeczko, które natychmiast otworzyła.

- To dla mnie? – spytała zaskoczona.

- A dla kogo? Widzisz tu kogoś innego?

- Jest… jest piękny – dziewczyna cedziła słowa w zachwycie.

- Wimbledon, tak? I latte? – spytał, idąc do lady.

- Tak, tak… - odpowiedziała, nie odrywając wzroku od wisiorka z serduszkiem.

 

Gdy wrócił z zamówieniem, jeszcze wpatrywała się w puzderko.

- Chyba trafiłem z prezentem? Prawda?

- Prawda! Jest śliczny.

- Idź, przymierz przed lustrem – powiedział z uśmiechem. – Nie śpiesz się.

Wimbledon wstała kierując się do łazienki, z wrażenia potykając o stolik.

- Przepraszam, łamaga ze mnie – powiedziała z uśmiechem.

- Wcale tak nie uważam.

 

Po kilku minutach wróciła. Wisiorek ślicznie się wpasował w dekolt, idealnie rozdzielając miejsca, gdzie zaczynały się piersi.

- Pięknie wyglądasz – szczerze wyznał Marek.

- Dziękuję – odrzekła, spłonąwszy rumieńcem. – Nie wiem, czy mogę go przyjąć. To kosztowny prezent.

- Możesz, zasłużyłaś. Poza tym stać mnie.

 

Nie spodobało jej się ostatnie zdanie, ale nic nie powiedziała. Była wzruszona i meczem, i podarunkiem. Ogólnie wszystkim.

- Jaki wimbledon, taki inny niż zwykle – powiedziała, zaczynając jeść.

- Ozdobiłem go owocami granatu, żeby był bardziej soczysty. Przywiozłem ze sobą.

- Miło z twojej strony. Wiesz, że wyjątkowo je lubię.

- Wiem. No, jedz już.

Nie powiedział, że oprócz kulek granatu, posypał ciasto sproszkowaną ekstazą, która idealnie dopasowała się do bieli wiórków kokosowych. Dziewczyna zjadła ciasto w oka mgnieniu, a potem popiła kawą.

- Teraz pojedziemy do mnie – powiedział zdecydowanie Marek, wstając.

Dziewczyna nie protestowała. Poszła za nim bezwolna, wsiadła do auta i ruszyli. Jechał szybko, spieszył się. W mieszkaniu zaczął ją całować i rozbierać, jednocześnie prowadząc do sypialni. Gwałtownie rzucił na łóżko, w samych tylko majtkach.

- To mój pierwszy raz – broniła się słabo, czuła, że coś dziwnego z nią się dzieje. Że nie panuje nad sobą.

- Nie bój się, mała. Będzie dobrze – uspokajał ją, zdejmując spodnie i slipy.

Dziewczyna w ostatnim świadomym odruchu złączyła uda i zasłoniła nagie piersi. Marek ściągnął jej majtki, przesunął wyżej na łóżko. Silnym ciałem rozwarł zaciśnięte nogi i zaczął całować usta, szyję. Schodząc coraz niżej do sterczących sutków, jednocześnie palcami stymulował wilgotne miejsce. Wyczuwał, że dziewczyna była chętna, nie stawiała więcej oporu. Leżała jak przyczajony tygrys, ukryty smok. Podczas meczu, mógł zaobserwować, że drzemie w niej ogromny temperament. Teraz chciał tego doświadczyć.

Wszedł w nią powoli, stopniowo, żeby nie sprawić bólu. Jeśli rzeczywiście był to jej pierwszy raz, nie chciał żeby źle go zapamiętała. Jeśli w ogóle będzie coś pamiętała.

Wimbledon była królową nocy, jednocześnie niewinna i zachłanna. Spragniona dotyku i delikatnych pieszczot, a zarazem brutalnego seksu i głębokiej penetracji. Dozował jej wszystko czego pragnęła. Mieli czas, dużo czasu. Dniało, gdy wreszcie zasnęli.

Pierwszy obudził się Marek, Wimbledon spała jak zabita. Zaparzył w kuchni kawę w expresie i czekał, aż dziewczyna się obudzi. Wkrótce usłyszał bose stopy na posadzce i pojawiła się, zawinięta w kołdrę.

 

- Co ja tutaj robię? Czy my…? – spytała wpółprzytomna.

- Tak. Byłaś cudowna – odrzekł przyjaźnie. – Napijesz się kawy?

- Nic nie pamiętam. Ani jak się tu znalazłam. Ani co było potem…

- Czasem nie pamięta się pierwszego razu. Poza tym, tyle emocji doświadczyłaś wczoraj. Pozytywnych emocji…

Dziewczyna dotknęła wisiorka i uśmiechnęła się bladym uśmiechem. Czuła się fatalnie, bolała ją głowa.

- Jestem taka zmęczona – powiedziała, siadając na kuchennym krześle.

- To zrozumiałe, po takiej nocy – wyjaśnił jak znawca. – Napij się kawy, specjalnie zaparzyłem.

Spojrzała na zegarek, było po jedenastej.

- Chcę wracać do domu, po południu mam zajęcia na uczelni.

- Odwiozę cię.

- Dziękuję. Nie mam siły wracać sama. Czuję zawroty głowy.

- Rozumiem. Chodź pomogę ci się ubrać.

- Dziękuję. Jesteś dla mnie taki dobry.

 

*****

Koleżanka, z którą wynajmowała mieszkanie studiowała na innej uczelni. Na szczęście nie było jej w domu. Miała spokój, żadnych pytań, ani tłumaczeń. Chciała się tylko położyć, zaciągnąć story i zasnąć. Może sen przywróci jej siły. „Jak to się mogło stać, że prawie nic nie pamiętam z poprzedniego wieczora?” – myślała. – „Jeszcze mi się nic takiego nie zdarzyło. A może nie pójdę dziś na uczelnię? Jestem jak połamana…”.

Przeleżała cały dzień, a gdy wstała, zwymiotowała.

- Co ci jest? – spytała wchodząca właśnie współlokatorka.

- Chyba się czymś zatrułam. Nie wiem czym.

- Wyglądasz fatalnie.

- I tak się czuję…

- Połóż się. Nie będę pytać, gdzie spędziłaś noc – była dyskretna. – Zaparzę ci ziółka. Powinny pomóc.

- Mam nadzieję. Jutro mecz, w takim stanie nie będę mogła grać.

 

Nazajutrz była poprawa. Wimbledon grała dobrze, może nie rewelacyjnie, ale poza nią samą nikt nie dostrzegł ujemnych niuansów w jej grze. Wielbiciele siedzieli na trybunach czekając, każdy, na swoją okazję. Zerkali na siebie czasem z ansą, Marek zaś z widoczną pogardą i wyższością.

Po meczu zabrał Wimbledon na wimbledon, a Pistacjusz… nie pozostało mu nic innego jak zacisnąć bezradnie pięści i przejść, walcząc ze sobą, obok piwnej nory lub po prostu poddać się czarnej rozpaczy i zalać robaka.

 

- Znowu wisiorek? – spytała zaskoczona.

- Będę ciebie rozpieszczać. Mogę i chcę.

- Jaki słodki – powiedziała, obracając w palcach słonika z zadartą trąbą.

Sytuacja się powtórzyła, jak za pierwszym razem. Marek udekorował wimbledon na biało-czerwono, podczas gdy dziewczyna stroiła się w łazience. Tym razem reakcja była silniejsza. Wimbledon nabrała ochoty już w samochodzie i to ona wiodła prym w grze miłosnej. Była bardziej świadoma swoich czynów, pozwalając sobie na więcej luzu i wyuzdania. Spali do późna.

- Nie musisz iść do pracy? – spytała po przebudzeniu. – Dorośli zazwyczaj o tej porze są w pracy.

- Ja jestem inny niż pozostali dorośli – uśmiechnął się. – Jak się czujesz?

- Trochę kręci mi się w głowie. Poleżę jeszcze.

- Napijesz się kawy?

- Nie, lepiej nie. Strasznie boli mnie brzuch.

- To już nie wiem co ci zaproponować.

- Nic, muszę chwilę poleżeć.

- No, dobrze. Jeszcze trochę możesz, a potem mam spotkanie i muszę jechać. Odwiozę cię do domu.

- Dobrze – odpowiedziała słabym głosem.

 

Wimbledon, siedząc już  w swoim pokoju, zastanawiała się czemu po spotkaniach z Markiem była taka osłabiona. Dosłownie opadała z sił. „Czyżby seks był tak wykańczający?”. A jednocześnie uśmiechała się na wspomnienie chwil uniesień i uroczych prezentów. „Dokąd to wszystko prowadzi?”

Po południu znalazła w sobie siłę, by iść na uczelnię. Szybki marsz dobrze jej zrobił. Nabrała rumieńców. Miała dobę, by wydobrzeć do kolejnego treningu. Marek nie zjawił się, Pistacjusz za to był obecny i nawet próbował swoich sił jako amant. Czekał przy wyjściu z szatni.

- Cześć, Wimbledon – zaczął niemrawo.

- Cześć. Czy my się znamy? – spytała zdziwiona, a jednocześnie rozczarowana nieobecnością Marka.

- Jeszcze nie – chłopak ośmielał się – ale dziś to się zmieni. Dokąd jedziesz?

- W przeciwnym kierunku niż ty – odcięła stanowczo, jak osa.

Ruszyła przed siebie żwawym krokiem, zostawiając chłopaka z otwartymi ustami. Nie miał takiej gadki jak Marek. Nie miał też czerwonego jaguara. „Nie mam, nic nie mam. Jestem nikim” – zaczął się nad sobą użalać. Nogi same poniosły go do piwnej nory, tym razem nawet ze sobą nie walczył. Wimbledon zaś raczyła się pysznym wimbledonem, tym razem w skromnym, tylko kawiarnianym wydaniu.

 

*****

- Tęskniłam – rzuciła się na szyję Markowi podczas kolejnego spotkania. – Przy tobie nawet wimbledon smakuje inaczej.

Marek uśmiechnął się. Patrzył na dziewczynę i jej roziskrzone oczy, gdy otwierała puzderko z nowym wisiorkiem. Złoty bażant lśnił na granatowym, aksamitnym tle.

- Bardzo ładny, taki dziki.

- Jak ty – dodał, mrugając znacząco.

 

Pomeczowe spotkania przy wimbledonie stały się rytuałem. Dziewczyna nazbierała już komplet różnorakich, drogich wisiorków. Zmieniała się. Ze skromnej dziewczyny stała się łasa na błyskotki i wyuzdany seks. Skutki tych spotkań zaczęły być wszem i wobec widoczne. Nie były już tylko jej subiektywnym odczuciem, że gra bez ikry. Że nie angażuje się tak jak kiedyś, że traci kontrolę nad piłką, drużyną i swoim ciałem. Potykała się z osłabienia o własne nogi, zdarzyło się też, że upadła przy silniejszej lub nieprzewidzianej rozgrywce. Tak drastyczną zmianę zauważył trener i koleżanki z grupy. Straciła pozycję kapitana drużyny. Nie bardzo nad tym bolała, zmieniły się jej priorytety. Sama też dostrzegła, że nie spełnia się w roli kapitana.

Zakochany Pistacjusz był mocno zaniepokojony zmianą w zachowaniu dziewczyny. Ogólnym pogorszeniem stanu jej zdrowia, sińcami pod oczami, wiotką postawą. Najbardziej zmartwiło go to, że już nie grała tak jak dawniej. Była dziesiąta kopią samej siebie. Nie grała, trzymała się na nogach, aby nie upaść. Tak to oceniał z boku. Zachowywała się jak zupełnie inna osoba. „Coś złego się z nią dzieje. Coś bardzo złego” – rozmyślał, zagryzając zielone orzeszki. To, że onegdaj dostał kosza nie ostudziło jego uczuciowych zapędów.

Po meczu cichaczem ulotnił się z trybuny, wsiadł do stojącej przed stadionem taksówki i czekał. Cierpliwie czekał. Wreszcie się pojawili, długo to trwało, bo nawet zwykłe czynności w szatni zajmowały teraz Wimbledon więcej czasu niż zwykle.

Marek zmienił samochód. „Dziany gościu” – pomyślał. – „A ja jestem biedny jak mysz kościelna”. Wsiedli do sportowego porsche.

Taksówka, na prośbę chłopaka przystanęła w pewnej odległości od kawiarni. Zobaczył ich wchodzących, podbiegł i wmieszał się w tłum gości. Na szczęście było tłoczno, mógł obserwować ciekawą parę, sam będąc niezauważony.

Widział wszystko. Każdy szczegół zachowania Wimbledon i jej bogatego adoratora. „Tu cię mam bratku. Od początku mi się nie podobałeś?” – wyszeptał zdumiony. Gdy tamci wyszli, niby przypadkiem zajął miejsce przy stoliku, od którego oni właśnie odeszli. Niby przypadkiem zgarnął z pozostawionego talerzyka okruchy ciasta i kilka owoców granatu. Znaleziska zawinął w chusteczkę, posiedział jeszcze chwilę i wyszedł.

Pistacjusz z natury był samotnikiem, nie miał znajomych. Nawet koledzy ze studiów nie potrafili go wywabić z pracowni chemicznej. Ślęczał tam godzinami, wykonując przeróżne eksperymenty i doświadczenia. Kręciło go to bardziej niż ludzie. Tu znał swoje miejsce, wiedział kim jest. Czego chce.

Zaprzyjaźniony z profesorem, miał własne klucze. Mógł przychodzić, kiedy tylko chciał. Nawet teraz późnym wieczorem, gdy uczelnia opustoszała i pozostał tylko woźny. Zapalił światło, rozłożył zdobycze na ladzie i rozpoczął szczegółowe badania. Miał czas. Bardzo go ciekawiło, czym naprawdę karmił uwodziciel jego Wimbledon. Nazywał ją w myślach swoją, nie potrafił wybić  jej sobie z głowy. Ot tak, po prostu.

Nie zdziwił się uzyskanym wynikiem. Testował wcześniej różne substancje. Wiele czytał o narkotykach. Wszystko się zgadzało. Objawy stosowania, z ich źródłem. To była, bez żadnych wątpliwości, 3,4-metylenodioksymetamfetamina – organiczny związek chemiczny, drugorzędowa amina strukturalnie podobna do metamfetaminy, potocznie zwana ekstazą. Tym ją od tygodni faszerował jaguarowy amant. Przez to świństwo Wimbledon się zmieniła, staczała się, powoli, acz nieodwołanie. Musiał ją ratować.

Plan działania pojawił się w głowie natychmiast. Prosto z laboratorium Pistacjusz udał się na policję. Złożył raport i przedstawił ukryty plan. „Teraz trzeba złapać ptaszka w garść, aby się nie wymknął . Nie można go wystraszyć” – nie musiał przekonywać policjantów do swojego pomysłu. Od dawna poszukiwali herszta szajki narkotykowej, która opanowała rejon kilku województw.

Kolejny mecz okazał się całkowitym fiaskiem drużyny. Wimbledon traciła wszystkie rzucane do niej piłki, nie potrafiła nawet celnie zaserwować, a przecież serw był najprostszym manewrem. Pistacjusz patrzył z żałością na dziewczynę. Wyglądało na to, że to jej ostatni mecz. Trener zapewne ją wyrzuci albo zaleci przymusową przerwę na podreperowanie sił witalnych.

Po skończonej grze, chłopak wsiadł do zaparkowanego nieopodal auta. Policjanci w cywilu spojrzeli na niego bez słowa. Czekali. Oczekiwana dwójka pojawiła się wyjątkowo późno. Dziewczyna chyba płakała albo dopiero co skończyła płakać, bo Marek prowadził ją pod ramię do sportowego porsche. Jak pseudo gwiazdor na gali zasłaniający swoją wybrankę przed światłem reflektorów.

Dwójka ruszyła pierwsza, za nimi czwórka. Oczywiście w bezpiecznej odległości. Zaparkowali nieopodal kawiarni, Pistacjusz został na zewnątrz, policjanci weszli do środka. Wimbledon akurat pocieszała się nowym podarkiem i ciastem.

- Proszę iść z nami – policjanci podeszli do ich stolika. – Ma pan prawo zachować milczenie.

- Ale o co chodzi? – bronił się Marek, udając niewiniątko.

- Wszystko nam pan wyśpiewa na komisariacie. Mamy świadka!

- Jakiego świadka? – udawał głupa.

- Aha, ciasto też rekwirujemy – jeden z policjantów zabrał talerzyk z resztą ciasta.

 

Wimbledon patrzyła jak osłupiała. Nie wiedziała co się dzieje. Dlaczego policjanci zabrali Marka? Dlaczego zabrali jej ciasto? Przecież dopiero zaczęła jeść. Wstała i jak gdyby nigdy nic, kupiła nowy kawałek wimbledonu. Wyglądał inaczej i smakował mniej soczyście niż w wydaniu Marka, ale nie mogła po meczu nie zjeść ciasta. Zgodnie z tym co powiedział trener, mógł to być jej ostatni mecz, jeśli nie weźmie się w garść. Zabolały ją jego słowa. Siatkówka od dziecka była jej wielką pasją. Dlatego przecież studiowała na uczelni sportowej, aby kiedyś w przyszłości zostać trenerem drużyny narodowej. Takie miała marzenie. Przecież nie jest to zawód tylko dla mężczyzn. Panuje równouprawnienie. Na każdym polu.

 

*****

Wimbledon była zawieszona w grze, ale nie przeszkadzało to jej być widzem. Każdy mecz swojej drużyny śledziła uważnie z trybun. Pistacjusz także był regularnie obecny, ale bynajmniej nie śledził wzrokiem boiska.

 „Co z oczu, to z serca” – zasada ta sprawdza się w każdych okolicznościach. Wimbledon stopniowo zapominała Marka, jej jedynym marzeniem był jak najszybszy powrót do drużyny. I odzyskanie pozycji kapitana. Cieszyła się, że tam jest. Czasem obdarzała bezwiednym uśmiechem chłopaka jedzącego pistacje. Siedział tak blisko niej, prawie obok.

- Wimbledon, dasz się zaprosić na wimbledon? – spytał tak naturalnie, jakby oznajmiał, że spadł właśnie śnieg, bo jest grudzień.

- Dam, tym razem dam – odpowiedziała spokojnie, bez uniesień, ale też bez wyraźnej niechęci.

- Artur jestem – przedstawił się.

- Milena!

- Poczęstujesz się? Mam pistacje – zaproponował zachęcająco.

- Poczekam na wimbledon. Uwielbiam go.

- Wiem.

 

Po meczu pojechali autobusem do jej ulubionej kawiarni. W drodze Artur jadł pistacje, Milena czekała na deser. Tak spokojnie, nie zachłannie. Nie było żadnych prezentów, ani dodatkowych zdobień zakupionego ciasta. Było zwyczajnie, tak po prostu. Jak w normalnym życiu.

 

 

 

(7-9 Maj, 2017)

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Niczyja · dnia 18.05.2017 21:40 · Czytań: 248 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 14
Komentarze
skroplami dnia 19.05.2017 09:40 Ocena: Świetne!
Nono, świetne, a zwłaszcza dwa ostatnie krótkie zdania.
No wiem, dla "dzieci" opowiadanie ;), bo lekkie takie bo proste i wprost naucza, ale to bdb :).
A te dwa zdania oddają życiową mądrość :).
Niestety, aby je zrozumieć trzeba przeżyć zło, często skryte i jak wyjątkowy jakiś pająk dziesięcio a nie sześcio nożny, owłosiony, dwugłowy, jak dłoń wielki ciągnący za sobą nitki pajęcze jadowite :(, o cholera co za zło ;), a niewidzialny bo nie patrzymy pod nogi.
Dobrze że zło dobrze się skończyło, że dziewczyna szczęście miała, Pistacjusza na straży :) i policja je do klatki :).
Niczyja, opowiadanie dla młodzieży i dorosłych, dla dzieci i rodziców, no trafiłaś ;).
Wiolinowe Basnie dnia 19.05.2017 09:46 Ocena: Świetne!
Świetne opowiadanie. Może nie dla dzieci, ale dla starszej młodzieży :) Krótkie, lekkie zdania. Dobrze się czyta!
Aż ciekawa jestem tego ciastka!
Tjereszkowa dnia 19.05.2017 11:16
Po obiecującym otwarciu, z jednej strony byłam zawiedziona kierunkiem, w który zmierzała historia, z drugiej naprawdę dobrze mi się czytało.
Chwalę więc za sprawność pióra i lekkość wypowiedzi oraz za ciasto, które chyba zrobię w ten weekend. :)
Fabularnie, jak dla mnie to Harlequin. Ale nie obraź się czasem, mówię to bez złośliwości i absolutnie nie mam na myśli jakości utworu (bo tę oceniam wysoko), tylko prostą, nieco schematyczną (właśnie w harlequinowy sposób ) osnowę. Tekst jest dobrze napisany, co udowadnia, że dobrze można na każdy temat. Przeczytałam z przyjemnością.

Tak mi przyszło do głowy, ile zabawy byłoby przy konkursie na romans w stylu Harlequin... :D
Niczyja dnia 19.05.2017 22:13
Witajcie moi Drodzy!:)
Nie wiem, czy Wasze pozytywne komentarze nie są napisane ciut na wyrost. Może nie mam racji, może się mylę, ale wczoraj byłam tak krytyczna wobec mojego tekstu, gdy tylko się ukazał, że miałam ochotę go natychmiast usunąć. Wydał mi się taki jałowy, płytki, bez głębi. Jednak na chłodno zdecydowałam się go zostawić, wszak to ja go napisałam i nie mam się czego wstydzić. To moje kolejne dziecko i mam nadzieję, że nie ostatnie...

A teraz, po wstępie, do komentarzy przejść chcę.

skroplami,
Piszesz, że podobają Ci się dwa ostatnie, krótkie zdania. Cieszę się:) Coś w nich jest, choć nie każdy ma możliwość doświadczenia takiej zwyczajności. Im bardziej jej pragnie, tym bardziej się ona oddala... i ucieka jak dziki zając.
A pająki są straszne, brzydzę się ich. Pistacjusze to dobre chłopaki, wiem coś o tym;)
Dziękuję skroplami:) Nie wiem z czym trafiłam, ale masz chyba na myśli, że jest dla każdego, jeśli chodzi o treść i przesłanie:)


Wiolinowe Baśnie, cieszy mnie niezmiernie Twoja pierwsza chyba wizyta u mnie oraz to, że moim tekstem sprawiłam Ci odrobinę przyjemności. I wzbudziłam ciekawość co do wimbledonu. Ja dziś juz jadłam - polecam! Jest pyszny;)


Tjereszkowa,
Jak ładnie się nazywasz, tak z rosyjska i w dodatku jesteś sową. Ja też, dla Kogoś jestem, witaj więc w klubie:) A teraz na poważnie. Bardzo mi miło, że zajrzałaś do mnie pierwszy raz i naświetliłaś celnie prawdziwy obraz mojego opowiadania. Na pewno nie jest ono świetne, pisałam już lepsze, ale jest po prostu ciekawe i tak mi się lekko pisało, że nie nadążałam łapac słów, tak szybki był ich potok... Harlequin powiadasz - nie wiem, nie mam porównania. Nie wiem czy kiedyś czytałam, a jeśli, to zdążyłam zapomnieć. Taką historię miałam w głowie, taką chciałam napisać.
Dziękuję za pozytywne uwagi, za Harlequina również, rozbawiłaś mnie tym. Pisząc, ja tak go nie widziałam, ale jak pisałam wcześniej nie znam się na Harlequinach. Bardziej bym stawiała na moją romantyczną naturę, nieuleczanie romantyczną duszę...
Ciesze sie, że przeczytałaś z przyjemnością. A i sam wimbledon polecam:) Jeśli uda Ci się je zrobić, to chciałabym skosztować...

Jak miło było mi z Wami być, tak miło. Dziękuję:)
Niczyja
skroplami dnia 20.05.2017 10:39 Ocena: Świetne!
Trafiłaś z przekazem starym jak świat, mieści się np. w "nie wszystko złoto co...".
Dzieje się obok nas czyli każdy "złapie" o co tu ci :).
A Harlequiny lubię, są "fajne" :). Twój jakby Harlequin przypomina bajkowego kopciuszka którym zakochany Pistaszek :). I jest to bajka która może się zdarzyć i zdarza, niekiedy :).
Z drugiej strony, ech.
Policja czysta jak łza, działanie wzorowe, to prawdziwa bajka :).
W realnym świecie i w pierwszej kolejności dążyłaby do układu z Markiem, narkotyki to dla gangsterów eldorado. Tak, policja co najmniej w 1/2 i gangsterzy to jedno :).
Najgorsze, że to 1/2 kieruje policją. Czyli bajka w bajce ale tak powinno być, dlatego trafiłaś tutaj, niedostrzegalnie dla Ciebie, bardzo satyrycznie w policję :).
No widzisz, co to Twoje z człowieka wyciąga ;). Idę, bo się krew poleje ;).
Po wczoraj nastało dziś i przyznaję poczułem dziwny pociąg do tej prostej a bajkowej opowieści :).
Dlatego na dziś i na jutro zabieram ją, opowieść tą ;), do swojego pudełka ;).
Tjereszkowa dnia 20.05.2017 11:12
Hej, nie wiem, czy mimo wszystko nie uraziłam Cię nieco tą harlequinową uwagą...
Daawno temu w czasach licealnych pisałam "monografię" (z przymrużeniem oka) na temat tego rodzaju literatury, a potem robiliśmy dedykowane imprezy, na których czytaliśmy Harlequiny na głos (polecam, można paść ze śmiechu). Od tamtych lat minęło trochę czasu, ale romansidła owe pewnie niewiele się zmieniły. Pamiętam je jako opowieści na jednym schemacie (zmieniają się tylko kostiumy i miejsca), które przede wszystkim są kiepsko napisane.

I od razu dodam, nie jestem przeciwniczką romansu w literaturze - uważam, że czyta się zgodnie ze swoimi aktualnymi potrzebami i stanem ducha. Ja, odpoczywam przy kryminale, ktoś inny przy romansie. Zarówno jedne jak i drugie można napisać dobrze i źle. Niektóre są żenujące, inne wciągają od pierwszych linijek.

Twój utwór fabularnie wchodzi w ścieżki kojarzące się harlequinowo - nie jest to wada sama w sobie, bo właśnie to miało być główną myślą mojego komentarza - że wszystko zależy od jakości wykonania. Twój utwór wykonany jest bardzo dobrze. ;)
Niczyja dnia 20.05.2017 12:47
Skroplami:) Witaj!:)
Jak miło czytać Twoje słowa, jak miło. Tak lżej od razu na sercu.
Pistacjusz!:) Nie Pistaszek.
Cieszę się, że zabierasz od wczoraj, poprzez dziś, aż do jutra moją bajkową opowieść:)
A czym jest Twoje pudełko? Czarnym plecakiem, który nosisz na plecach?
Czy może pudełkiem z czekoladkami, które miał uwielbiany przeze mnie Forest Gump?
A może jeszcze czymś innym?;)
W każdym razie osłodziłeś mi przedpołudnie, może starczy do końca dnia. Kto wie?
Dziękuję:) I dziękuję, wiesz za co;)


Tjereszkowa,
Nie, nie uraziłaś mnie:) Poznałam tylko Twój punkt widzenia. Jesteś Czytelnikiem, czyli odbiorcą moich słów i bardzo ciekawi mnie jak Ty to widzisz. Jak widzi każdy z osobna mój tekst.
Dziękuję za wyjaśnienie subtelnej harlequinowej różnicy. Zawiłości słowne rozsupłały się troszkę. Cieszę sie, że utwór mimo iż "harlequinowy" jest wykonany bardzo dobrze:)
Miłego dnia Sowo;)
al-szamanka dnia 20.05.2017 18:13 Ocena: Świetne!
Cytat:
Czer­wo­nych ku­le­czek owocu gra­na­tu było wy­jąt­ko­wo dużo, a na wierz­chu po­syp­ka z wió­rek ko­ko­so­wych.

wiórków
Cytat:
Wtedy mia­ły­by szan­sę awan­so­wać i może w przy­szło­ści…()ale wo­la­ła nie gdy­bać.

Cytat:
Wynik gry był trud­ny do prze­wi­dze­nia. Wresz­cie wzno­wio­no grę.

Cytat:
Był chudy, cały ubra­ny na czar­no. Z całej jego po­sta­ci bił smu­tek.

Cytat:
- Jest…()jest pięk­ny – dziew­czy­na ce­dzi­ła słowa w za­chwy­cie.


Uff, mocne opowiadanie.
I prawdę mówiąc, cały czas byłam wściekła na tego zbója Marka - ani przez chwilę nie pomyślał jak bardzo niszczy zdrowie i życie dziewczyny.
Liczyły się tylko jego zachcianki.
Szczęście, że wszystko zakończyło się dobrze.
Ostatnie zdania też wyjątkowo przypadły mi do gustu.

Pozdrawiam :)
retro dnia 20.05.2017 19:07 Ocena: Świetne!
Witaj:)

Gdy zaczęłam czytać to mieszane (przechylajace się jednak ku pesymistycznym) myśli miałam, typu: no jasne, kasiasty koleś oraz naiwne młode dziewczę i mamy tragedię - ale pięknie wybrnęłaś z moich przewidywań.

Nakroiłaś pychotka ciasto;) - (czy inna nazwa to nie runo leśne?) i chociaż nie przepadam na romansidłami to w Twoim wykonaniu przyjmuję opko jak leci!

Pozdrowienia,
Retro
Niczyja dnia 21.05.2017 00:26
Dziękuję, al-szamanko za Twoje wskazówki. Zaraz poprawię, co się da.
Dziękuję również za komentarz, świadczący o wnikliwym zapoznaniu się z tekstem:)
Mocne? Może... dobrze, że wzbudziło emocje. Niektórzy ludzie tacy są, myślą tylko o sobie, szczególnie w pracy spotkać można takich. W realnym życiu niestety też...
Cieszę się, że byłaś tutaj u mnie i znalazłaś coś dla siebie:)


retro
, witaj:)
Cieszę się, że tak to ujęłaś, o pięknym wybrnięciu z Twoich pesymistycznych przewidywań.
Runo leśno, ładnie brzmi, a ciasto faktycznie pychotka -ostatnio moje ulubione.
Dziękuję:)

Pozdrawiam Was już w nowym dniu, lecz starej nocy,
Niczyja
purpur dnia 23.05.2017 17:34
Chciałem napisać, że Ciebie zostawiłem sobie na deser, bo dzisiaj poczytałem sobie to-i-owo, no aleeeeee..., w świetle, chociaż bardziej by chyba pasowało, w cieniu, tego co przed chwilą przeczytałem, no nie napiszę, że deser :) Mogłoby to być źle zrozumiane :)

Zacznę, dla odmiany, od początku...

Geniealny Tytuł i generalnie postać dziewczyny, nie!, ech ty..., no naprawdę... :) Nie chodzi o kształty, tylko o tą całą "Wimblenotowatość" ( jeżu, ależ słowo! ). Uwielbiam taki opis bohaterów! Naprawdę prze-fajne!

A dalej...

ho, hO, HO! Proszę bardzo! Jakież tematy z pod ciemnej gwiazdy zostały wytargane na światło dzienne! Narkotykowi bosowie, wyuzdane praktyki seksualne, niemalże dzikie, szybkie samochody, wolno podawane zielone ciasta!!!
Całe szczęście, że wrodzona ostrożność w porę pozwoliła mi przeskoczyć co pikantniejsze opisy, bo inaczej bym nie zasnął :p

Pomijając jednak żarty - podziwiam umiejętność operowania słowem opisującym, no wszystko to co opisałaś :p ( tak dalej purpurowieję, bo jednak coś-nie-coś, kątem oczka wyczytałem ). Nie wyszło śmiesznie , banalnie - wyszło dobrze! Wyszło autentycznie. WoW!

Zakańczaj! Zakańczaj!

Nie bedę po raz setny pisał, że dobrze piszesz i że czyta się ciebie bez najmniejszych zgrzytów. Hmm! Chyba jednak to napisałem... Zaskoczyłaś ( ponownie... ) całkowicie tematem, historią i w ogóle, no i w szczególe również! Fakt, historia jest taka-jakaś... :), zresztą chyba sama wiesz o co chodzi, ale to nie zmieia faktu, że fajnie się ją pochłonęło!

Wiesz... pomijając kwestię, czy wątek mi się podobał czy nie, to opowiadanie było całością. Miało fajny początek, Było intrygujące. Czekało się na "dalej". Czuło się, że autor wie o co chodzi w pisaniu i w prowadzeniu czytelnika. Było po prostu kompletne! No i było miłe zakończenie.. takie pasujące, a to również bardzo ważne.

Aż strach zaglądnąc w kolejne Twoje literki - tym razem OBIECUJĘ nic sobie nie OBIECYWAĆ po tytule! Ni diabła nie trafiam ilekroć czytam Twoje teksty. A to już jest niepokojące... hmm...
Niczyja dnia 24.05.2017 23:21
Witaj purpurze,
Wiesz, że się cieszę z Twojego powrotu i komentarza;)
Czemu źle, desery są potrzebne, nie tylko kobietom. Trzeba czasem osłodzić sobie prozę życia.

Cieszę się z tylu Twoich pochlebnych słów. O tytule, głównej bohaterce i opisach...
A takie opko napisałam, jak piszesz inne, bo czyż zawsze musi być tak samo. W każdej sferze urozmaicenia sa mile widziane:) A nawet wskazane...

Lubię opisy, i miło mi, że i Ty je u mnie lubisz. I, że nie wyszło banalnie, ani śmiesznie.
Na pewno nie napisałeś tego po raz setny:)
Cytat:
Nie bedę po raz setny pisał, że dobrze piszesz i że czyta się ciebie bez najmniejszych zgrzytów. Hmm! Chyba jednak to napisałem...


Co to znaczy, że historia jest taka-jakaś...?:) Nie mam pojęcia o co chodzi? Babska?
Bardzo się cieszę z przedostatniego akapitu. To kwintesencja pochwał z Twoich Czytelniczych ust:)

Nie bój się, ale też nic sobie nie obiecuj... Zdaj się na mnie;) Tytuł już jest, zarysy opowieści również. Teraz tylko muszę znaleźć czas, aby to spisać, z tym niestety krucho.
A czemu niepokojącym jest nietrafianie w moje literki? Bo zaskakują?;)

Cieplutkie,
Niczyja
purpur dnia 26.05.2017 12:05
Jeśli chodzi o deser, to wiesz... sama napisałaś, że pewien niegodziwiec, wykorzystywał zapotrzebowanie pewnej panienki na dodakowe, zielone kalorie. Jak by tego nie nazywać sporo deserów ( w różnej formie ) pojawiło się powyżej :p Jakoś tak "zostawiłem na deser" nagle nabrało nowego znaczenia i nie jestem do końca pewien, czy skorzystanie z tych słów byłoby "odpowiednie" :)

Cytat:
Co to znaczy, że historia jest taka-jakaś...?:)

Moim skromny zdaniem, sama historia jest troszkę naiwna, odrobinę banalna, może, jak napisali moim współ-oceniacze Harlequinowska... Ale... To że coś nie jest przeznaczone dla mnie, nie oznacza przecież, że jest złe, samo w sobie. Potrafię docenić prowadzenie samej opowieści, to że w ogóle jest jakaś historia!, to że jest napisane w dobry sposób. No i tak, jak napisałem, całość tworzy całość :) Jest spójne i w treści i w esencji - jeśli bym miał ochotę na tekst tego typu, to oczekiwałbym, zeby był napisany własnie w taki sposób.

Cytat:
A czemu niepokojącym jest nietrafianie w moje literki? Bo zaskakują?;)


Zawsze widząc tytuł, coś tam sobie roję w głowie odnośnie treści. Ostatnio w Twoich opowiadaniach, moja skuteczność oceny "o czym będzie" jest równa zeru :) I jest to duża pochwała, uwielbiam być zaskakiwany! Co nie zmienia faktu, że również niepokoi, bo może wyszedłem z wprawy zgryźliwego tetryka?

Zdaję się więc na Ciebie. Will see, will see....

Miłego-tego-wszystkiego-co-zamierzasz-czynić!
Niczyja dnia 26.05.2017 21:56
Nie dziękuję, purpurku, nie dziękuję;)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
clockworklukis
28/05/2017 23:49
Introwerku, musimy mieć zatem podobny gust. Fale V. Woolf… »
Ania Ostrowska
28/05/2017 22:35
Cały ten wiersz odbieram jako ujęty w cudzysłów; tak jakby… »
maker
28/05/2017 22:25
Myślę, że to niekoniecznie takie oczywiste, ale za to bardzo… »
Ania Ostrowska
28/05/2017 22:21
sheCat, nie wiem, jak Ci wyjaśnić treść, to zapis obrazu,… »
ajw
28/05/2017 21:41
Lilu, niezmiennie jestem pod wrażeniem :) »
ajw
28/05/2017 21:40
Właściwie nie ma czego się czepić. Piękny, mocno wiolinowy… »
ajw
28/05/2017 21:38
Czytałam go już kiedyś, bo poprzez obraz utkwił mi w… »
Celt11
28/05/2017 21:14
Zacznijmy od tego, że nie zrozumiałaś różnicy między 1 a 2… »
Grain
28/05/2017 20:08
Serdeczne dzięki. Obie interpretacje bliskie rzeczywistości.… »
sheCat
28/05/2017 19:52
Widzę posiniaczoną prostytutkę pragnącą normalności - albo… »
introwerka
28/05/2017 19:50
Ophelio, cieszy bardzo Twój ciepły odbiór :) Co do tytułu… »
Opheliac
28/05/2017 19:37
Podoba mi się zwłaszcza pierwsza zwrotka, jak dla mnie… »
Opheliac
28/05/2017 19:30
Krakowa nie lubię, ale wiersz jak najbardziej. Tutaj… »
Tjereszkowa
28/05/2017 19:28
Vigo, dalej na pewno było pięknie. :) Masz rację z tym… »
Opheliac
28/05/2017 19:24
Aniu, masz rację. Od początku mi coś nie pasowało w tych… »
ShoutBox
  • mike17
  • 28/05/2017 18:32
  • Wieczorową porą miłosne śpiewanie : [link]
  • SanaiStark
  • 28/05/2017 16:36
  • W ten gorący dzień pozdrawiam was zimnym Leszkiem z dodatkiem pomarańczowej lemoniady ^_^
  • allaska
  • 27/05/2017 21:03
  • Whole Ttruth, dziękuję za wyrozumiałość :) Pozdrawiam
  • SanaiStark
  • 27/05/2017 20:11
  • Ech, ponad pół roku zabrało mi zebranie się do ponownego napisania czegokolwiek... W każdym razie witam (tak, jeszcze żyję xD) i oznajmiam, iż wkrótce pojawi się moje nowe opowiadanie :3
  • Niczyja
  • 26/05/2017 22:03
  • Piękny kawałek...
  • mike17
  • 26/05/2017 13:18
  • Wszystkim Mamom w dniu ich święta życzę szczęścia, powodzenia w życiu, zdrówka i morza miłości : [link]
Ostatnio widziani
Gości online:34
Najnowszy:Poredaaq8g