Wychów przyszłych kadr - OWSIANKO
Publicystyka » Felietony » Wychów przyszłych kadr
A A A
Od autora: chamstwo w zarodku tępić trzeba, a nie usprawiedliwiać po czasie. Nie wolno mu pobłażać, bo jak folgujesz, to dajesz sygnał, że odpuszczasz. Odpuszczanie zaś oznacza kapitulację. Przyznanie się do grzechu bezradności  wobec gnojka. Jakbyś pozwalał mu na wybór: we wtorek możesz być kanalią, bo idziesz do szkoły, a w środę uczciwym człowiekiem, bo przychodzi babcia.

 

Możemy zaobserwować intensywną nieobecność zmian na lepsze; owładnęła nami źle pojęta demokracja i uciekamy z poprzedniej rzeczywistości do obecnego Świata Zgrozy. Na porządku dziennym jest skwapliwe i szczere składanie czczych obietnic, oświadczeń i hucpiarskich deklaracji przy jednoczesnym i równie szczerym ich dementowaniu.

Zastanawiając się nad określeniem charakteryzującym obecny czas, musimy dojść do wniosku, że jego podstawowymi wyróżnikiem jest...kłamstwo udoskonalone, o wiele sprytniejsze od poprzedniego, bo świadome, perfidne i wypowiadane samorzutnie, bez nacisków z zewnątrz, w majestacie prawa, podawane nam do wierzenia w bezkrytycznej obwolucie z hipokryzji, niczym homologowany falsyfikat prawdy nazywany – eufemizmem; uderzmy się w piersi: do spółki ze społecznymi uzdrowicielami, wyprodukowaliśmy sobie ten pasztet. 

Mówienie oczywistych bzdur już nie jest wciskaniem kitu, lecz zostało zdefiniowane jako tak zwane mijanie się z prawdą. Ochlapus nie oznacza stuprocentowego mięczaka bijącego swoją żonę w trakcie lub po zakończeniu pijackiej balangi, lecz jest z niego nieszczęsna ofiara nałogu, w zasadzie równy gość z niedużymi problemami, człowiek tylko trochę nadużywający alkoholu. Jest kimś na kształt "bezdzietnego ojca rodziny". Nie mówimy, że bandyta, to bandyta, ale że bandyta, to niesforny ochroniarz własnego mienia. Solidny inaczej.

Doliniarz, którego przyłapano na zalotach do cudzej portmonetki i którego Policja goni beczkowozem przez pół miasta, nie idzie odsiadywać swojej niewinności, ale, śmiejąc się z sądu, krokiem dumnym i obrażonym, wraca po ukryty w krzakach, zwędzony portfel i domaga się od nas przeprosin za „szykany”. Niczego się nie obawia, gdyż wpojono mu przekonanie o tym, że skoro jest niewinny i czysty jak krokodyla łza, skoro nie ma kary, to i zbrodni także nie ma. 

Wie biedaczek, że stoi za nim prawo i prawo to nie pozwoli go ukrzywdzić. Wie, że porządnym, niejako genetycznie obciążonym uczciwością, można być np. na sejmowej sali, a wychodząc z niej – godnym szacunku paserem; uduchowionym pobożnisiem podczas mszy, a gdy w kościele pusto, szelmą łupiącym skarbonki. Wie, że nie trzeba mu chować się przed cechowaniem pleców i obcinaniem uszu, ponieważ bezpośrednio po łajdactwie może iść na proszony raut, gdzie będą gawędzić z nim jak z człowiekiem doszczętnie przyzwoitym, a on, po wpłaceniu kaucji za nieszkodliwy grzech, popędzi na swój odczyt o etyce.

Coraz częstszym zjawiskiem jest przemoc. Nasze prawne przyzwolenie na umowną wierność ideałom, czyli na deformację pojęcia wyrozumiałości i tolerancji, zaowocowało dawaniem bandytom resocjalizacyjnej nagrody za nieodpowiedzialność i kary śmierci w zawieszeniu. Wspólnym wysiłkiem humanitarnych serc stworzyliśmy mordercom i pedofilom komfortowe warunki do garowania w gabinetach moralnej odnowy.

To efekt wychowania w kulcie niezwyciężonego szmalu. Rezultat edukacyjnych bajdurzeń pod adresem młodego pokolenia, naszej relatywistycznej paplaniny traktującej o tym, jak zdobyć gotówkę, a nie ośmielającej się mówić, co z nią zrobić. Radośnie głupawego powtarzania modnych frazesów radzących nam, z kim opłaca się pójść w biznesy, a nie wspominające o tym, z kim warto iść po olej do głowy.

 *

Problem ostrzegawczego klapsa? Większość wychowawców potępia profilaktyczne wciry, rózgę i siłowe namawianie do posłuszeństwa. Gros optuje za cierpliwą rozmową, konsekwentną perswazją, benedyktyńskim tłumaczeniem, wyjaśnianiem, dawaniem przykładu, pokazywaniem, jak trzeba iść, by nie wejść w placek. Ale że nadgorliwość jest wrogiem sensu, a wszelka przesada -  karykaturą dobrych intencji, ze słusznej myśli powstała groteska: niczym w powiedzeniu o zagłaskaniu kota na śmierć, uczynni pedagodzy z oślej łączki zagłaskali uczniowskie okrzesanie.

Najdalej w zakresie wzmiankowanej głupoty poszła Szwecja. Doprowadziła do tego, że ojciec i matka boją się własnego dziecka, z czego wynika, że ma ono nieograniczoną władzę nad rodzicami. U nas widać to choćby po lekturze Kodeksu Ucznia, gdzie prymusi z oślich ławek powołują się na długą listę swoich praw, natomiast o obowiązkach nie mówią nic lub prawie nic.

 Można przerzucać się odpowiedzialnością, grać w dyskusyjnego tenisa lub dwa ognie, uprawiać sofistyczne gadki na temat tego, kto ponosi winę! Ten ping-pong trwa sobie od czasu, gdy ktoś wymyślił Kodeks Praw Ucznia (to kodeks, w którym uczeń jest królem, a nauczyciel jego lokajem).

O czym to świadczy? Ano o tym, że uczeń to niekwestionowany Pan Szkoły, Jaśnie Nieoświecony Dyktator mający w niej więcej do powiedzenia niż nauczyciel z autorytetem na gumkę od majtek.

 Zilustruję  ten wstydliwy temat przytaczając zwierzenia sąsiada z bloku:

"Też byłem wyznawcą miłości bez stosowania kar cielesnych, zagorzałym amatorem egalitaryzmu w rodzinie, lecz przeszło mi, kiedy od własnego syna oberwałem drzwiami w nos. Gdy dzieciak, z którym chciałem porozmawiać, spokojnie wyłuszczyć mu, co robi niedobrze, zamknął je z hukiem wzmocnionym ordynarną wiąchą, czym do reszty wyprowadził mnie z równowagi.

Nie wiem, skąd znał te szpanerskie słowa. U nas w domu nie ma zwyczaju przeklinania; lepsza połowa jest małomówna, opanowana, przedkładająca moderację nad zapiekły jazgot. Nigdy nie podnosi głosu. Mnie również trudno posądzić o rynsztokową polszczyznę.

Prowadzimy życie bardziej niż skromne; ja pracuję, żona też. We dwójkę udaje się nam powiązać koniec z końcem. Trochę to dziwne, bo u moich rodziców do roboty chodził wyłącznie ojciec. Mama – nie. Mama siedziała w chałupie. Jako zdeklarowana kura domowa, dbała o rodzinę i zajmowała się nią w sposób tradycyjny, to znaczy prała, sprzątała, ręce po łokcie urabiała.

Mimo to przecież, kiedy ojciec przynosił pensję, mogliśmy sobie pozwolić na deczko więcej. Na beztroskę w postaci chwilowego oderwania się od powszedniej orki. Częściej bywaliśmy poza miastem, na łonie przyrody. A jak nie chciało się nam wyjeżdżać, to szliśmy do botanika.

Teraz zasuwam ja, połowica zapiernicza również, nie szarpiemy się na luksusy, toteż ledwie raz w miesiącu stać nas na pójście do teatru czy kupno książki. Nie mamy wakacji od żadnego legis, a i tak ledwie nam starcza na utrzymanie. Wydatków mamy więcej, niż powodów do finansowego zadowolenia, musimy więc korygować zachcianki. Pilnować, by nikt nas nie rąbnął na kasie.

Za to mały ma więcej niż my w jego wieku. Robimy, co możemy: chodzi do kina, pozwalamy mu spraszać koleżków do domu, ale woli - nie. Woli, jak nikt go nie odwiedza, a gdy pytamy, dlaczego i czy ma o coś pretensje, patrzy spode łba i odpowiada, że w sumie jesteśmy niezguły, że się nas wstydzi, bo niczego się nie dorobiliśmy, podczas gdy reszta z jego klasy dysponuje pokojami, w których rządzi jak chce, z forsą się nie liczy, ma obrotnych rodziców na opłacalnych stanowiskach, starych, co to staną w ich obronie i potrafią ustawić do pionu fikającego belfra.

A u nas bryndza, ciasnota, cała trójka na kupie no i muzy nie ma gdzie posłuchać, nie mówiąc o tym, że komputer, to marzenie. Coraz częściej jest wobec nas bezczelny, arogancki, opryskliwy, zamknięty w sobie, więc ostatnio, na osłodę, kupiliśmy mu komórkę, bo narzekał, że tylko on jej nie ma i że się nabijają, mają  za byle co, traktują go z góry, z wyżyn swoich smartfonów, laptopów i kieszonkowego.

Lecz komórka nie pomogła. Była co prawda tania, ale ciut nie na czasie: retro i z lekka obciachowa, jak nam oznajmił.

Nawet go rozumiem; uczyliśmy go szacunku do człowieka, rzetelności, odpowiedzialności za własne czyny, podczas gdy podobne nauki budziły w jego kamratach pusty śmiech, rechot zastępujący jakiekolwiek racje.

Nie byliśmy dzisiejsi; wpoiliśmy mu nieaktualne zasady. Wymagaliśmy  przestrzegania wczorajszych norm i sensownych praw; wszczepiliśmy w niego te, co obowiązywały nas, co nam wyznaczały miejsce w społecznej hierarchii. Przygotowaliśmy go do istnienia w świecie, którego już nie ma, w którym ojciec to był autorytet, niekwestionowana głowa rodziny, mama to była mama, kobieta, którą należało czcić, choćby za bezwarunkową czułość objawianą dzieciom.

Ale jak ojciec, czyli ja, nie jest już głową rodziny, tylko łysą pałą i żadna z niego alfa i omega, lecz upierdliwy zgred, tak i otaczający świat sparszywiał i przeszedł gruntowną metamorfozę: przeobraził się w powierzchowny stek guseł, sztuczek, bajkowych pewników zaczerpniętych z niedouczenia, wyniesionych z podwórka czy ulic, jedynych akademii obdarzonych wychowawczą charyzmą.

Toteż skołowany, pogubiony w nim, nie bardzo się orientuje, w co ma wierzyć. Przerobiliśmy go na swoje kopyto zapominając, że prawa i wymogi obowiązujące w naszym świecie, w jego, straciły poprzednią moc, że mu tym samym zaszkodziliśmy."

Po tym zwierzeniu, mój sąsiad zwiesił głowę w nadziei, że zacznę mu współczuć. Wyraźnie oczekiwał, iż przyznam mu rację i oświadczę: „słusznie uczyniłeś, facet”.

Ale się nie doczekał, bo rzekłem mu w ten deseń: „chamstwo w zarodku tępić trzeba, a nie usprawiedliwiać po czasie. Nie wolno mu pobłażać, bo jak folgujesz, to dajesz sygnał, że odpuszczasz. Odpuszczanie zaś oznacza kapitulację. Przyznanie się do grzechu bezradności  wobec gnojka. Jakbyś pozwalał mu na wybór: we wtorek możesz być kanalią, bo idziesz do szkoły, a w środę uczciwym człowiekiem, bo przychodzi babcia.

Moim (i nie tylko) zdaniem, pomiędzy uczniem a nauczycielem muszą być zachowane normy przestrzegania pełnionych ról. Gimnazjalista, to nie jest kumpel pedagoga i nie uchodzi iść z nim w tango czy mówić do niego per koleś. Podobnie pedagog; nie może traktować ucznia jak rówieśnika, tylko jak młodszego partnera, któremu trzeba pokazać, którędy do wiedzy.

Jak zgraja naszych „wychowawców”, która uwzięła się być dla nas PARTNERAMI - równiachami – spod - trzepaka, totumfackimi niemal, a nie  przewodnikami po zawiłościach życia, tak i my robimy ze swoimi pociechami to samo. Pozwalamy im na każdy kaprys, a postępujemy tak mówiąc sobie: niech ma lepiej, niż ja, bo inaczej wyrośnie na kolejnego Brewika.

Wychowanie, kształtowanie charakterów, to gra sprzecznych interesów. Nie w to, kto kogo pokona, lecz w to, czy uczeń przewyższy mistrza. Nie jesteśmy dla naszych dzieci - przewodnikami po życiu; prawdziwe partnerstwo nie sprowadza się do zgody na nieopierzoną wizję świata: prowadzi do tłumaczenia, wyjaśniania, pokazywania na przykładach złożoności życia. A także - na uczeniu szacunku, akceptacji i tolerancji dla światopoglądowych odmienności. 

Tyle teoria. W praktyce, jesteśmy dla nich albo dostawcami frajdy, albo - nie znoszącymi sprzeciwu nauczycielami strachu, hipokryzji i alienacji. Zadowalamy się życiem pozornym. Osobnym trwaniem. Wzajemnym schodzeniem sobie z drogi. 

Synuś powinien mieć zakreślone granice. Ma wiedzieć, co mu wolno, a czego nie. Otóż łachudrą nie może być ani we wtorek, ani w inny dzień tygodnia. I tak mu klaruj póki masz nieco sił w płuckach. Na razie uczysz go niekonsekwencji. Już teraz jest z niego arogant, a na braku empatii zna się, jak mało kto.

O czym powiedziałby ci byle psycholog, profesjonalista z wieloletnią praktyką w zawodzie. O ile zostałby dopuszczony do zabrania głosu. O ile nie zakrzyczałby go jakiś cymbał wykształcony na pedagogicznych nowinkach. Powiedziałby ci też, na czym polega całe to osławione wychowanie bezstresowe i jak ta słuszna koncepcja zamieniła się w parodię.

Zdaniem każdego rozsądnego pedagoga nie chodzi o wywoływanie strachu przed sadystycznym katowaniem, ale o klapsa, o napomnienie, zdyscyplinowanie, zademonstrowanie, że nie aprobuje się aspołecznych działań.

Truizm: to, jak postępujemy i kim jesteśmy, zależy od środowiska, w którym przebywamy. Jeżeli od urodzenia byliśmy uczeni poznawania świata złudzeń powstających z lęku, jeśli wegetowaliśmy pośród z grubsza ciosanych przedmiotów i żyliśmy nie mając dostępu do prawdziwego piękna, to skąd mieliśmy wiedzieć, że obok intryg i egoizmu, istnieje subtelność i wrażliwość? Jak mamy być delikatni i kulturalni, jeśli nie wiemy, że pomiędzy tak uświęconymi wartościami jak fura, piwko i laski, istnieje Mozart i bywają niezrozumiałe tęsknoty?

Ale wystarczy urodzić się nie w otoczeniu awantur o pietruszkę, móc chodzić do muzeum, widzieć na jego ścianach nie ramy i gwoździe, a obrazy i przestawać z ludźmi mającymi coś istotnego do przekazania, by dostrzec, jak wiele jest nauki.

Niedługo doczekasz się, że sprawi ci solidne bęcki.  Wtedy mów, że wielbisz kij, którym cię grzmoci. Że aprobujesz jego niezrozumiały sposób życia i drażniącą taktykę postępowania.

W myśl powiedzenia, że po nas choćby potop, wszystkim wszystko zwisa; dzisiejszy nauczyciel nie zajmuje się uczniami, bo uczeń, to tylko dodatek do pensji, a rodzice nie zaprzątają sobie głowy problemami syna, czy córki; szkoła zwala winę na dom, dom na szkołę, a dzieciak lata z pałą po ulicy i szuka frajera do glanowania.

Rodzice przebywają z dala od opiekuńczych elementarzy, nauczyciele odpuszczają sobie działania stricte wychowawcze i robią to z lęku przed wiaderkiem na glacy; tak jednym, jak drugim przydałoby się prawo jazdy do bycia ojcem, matką, dydaktykiem kształtującym od podstaw dziecięcy charakter.

Przyczyn obecnego stanu należy poszukiwać  w nas. To znaczy - w szkole i rodzicach. To my jesteśmy odpowiedzialni za młodzież. Za jej etyczny obraz. To my nie kształcimy w niej zasad tolerancji wobec bliźniego i  miłości do ludzi. Nie dbamy o uczenie jej współżycia z resztą społeczeństwa. Wrażliwości, zrozumienia i szacunku  dla  innych. Optymizmu i zaufania. Otwartości i alergii na piękno. 

To my wciskamy nowym pokoleniom nasz sceptycyzm i nasze fobie; nauczyciel, ojciec, matka, pokolenie starszych, są to teraz pedagogicznie chwiejne, niewykwalifikowane  kpy zajęte jojczeniem na sprokurowany przez siebie świat. Na świat pełen nienawiści, podejrzliwości, agresji. Na świat traktowany jako wrogie człowiekowi otoczenie. Otoczenie, od którego TRZEBA się izolować.

Szkoła nie musi być przykrym obowiązkiem. Straconym  czasem jałowej rywalizacji. Ma przygotowywać do świadomie obywatelskiego, społecznego życia we współczesnej cywilizacji. To znaczy pokazywać, że w naszym świecie istnieje wiele kultur. Równorzędnie wartościowych, specyficznych dla danego kraju.

Kultury te są naczyniami połączonymi dla całego globu. Jego krwioobiegiem. Nie można ich dzielić na wyższe i niższe, lepsze lub gorsze, prymitywne i rozwinięte. Dokonywać ich klasyfikacji. Pogardzać tymi, które są inne od naszej. Trzeba traktować ich odmienność z szacunkiem, bo każda z nich ma swój rytm i przebiega zgodnie z własnym scenariuszem obyczajowych zdarzeń.

A skoro są równoprawne i niepowtarzalne, skoro rządzą się indywidualnymi zasadami, człowiek o innej kulturze nie powinien narzucać im swoich wzorów. I na tym powinna skupiać się edukacja. Na pozbawieniu człowieka jaskiniowych poglądów. Jednak zauważmy, że co pewien czas wracają do nas przechodzone rozwiązania. Czepiając się ich, podążamy ku zapaści:  ku chwilowo modnym  bezwładom. 

Lecz uspokajam się myślą, że wkrótce przyjdzie sezon na rozsądek. Minie nam ta nacjonalistyczna fascynacja, a sprężyna cywilizacyjna przestanie odkształcać rzeczywistość;  wahadło z rewelacjami gibnie się w przeciwną stronę. Powróci na poprzednie miejsce i znowu odżyjemy. Zrobimy krok w przód i w końcu przestaniemy pchać  wózek z wyświechtanymi   tarapatami.

Pokrzepia mnie nadzieja, że po okresie panowania absurdu, nastąpi  przesyt skarlałą dotychczasowością i narodzi się z martwych – zwyczajność. Podejmiemy kolejną próbę znalezienia lepszych sposobów na istnienie. Bo przemijanie złego czasu to powtarzalny proces fermentacji lat, chaos pomieszanych zdarzeń, ruchy Browna w retortach kronikarzy bytu.

Ps. Ostatnimi czasy rzucił mi się w oczy news Rady Języka Polskiego. Dokonała ona oceny podstaw programowych przyrządzonych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Tak się zdenerwowałem tym newsem, że, zamiast pigułki na uspokojenie, udzieliłem sobie okolicznościowego urlopu od szurniętych frasunków.

Ocena jest bez sensu, bo trafna. Jej zarzut główny: programy szkolne układa się latami, podczas gdy ten został sklecony na chybcika.

Niestety: nikt z MEN-u nie przejmuje się głosami ludzi, którzy znają się na rzeczy. Których nie warto słuchać, gdyż ciąży na nich śmiertelny grzech: są fachowcami. Profesjonalistami z prawdziwego zdarzenia. Tego zaś aktualni eksperci od dyletanctwa nie wybaczają. Toteż mam nieprzyjemność twierdzić, że ów projekt  będzie wdrożony bez względu na inkryminacje zwarte we wspomnianym dokumencie. Pomimo błędów, stylistycznych przewrotek i nieporadności, jakich jest w nim bez liku.

Narosły nowe pokolenia i mało kto pamięta minione czasy: nowych nie interesuje przeszłość. A nie interesuje, ponieważ nikt tego od nich nie wymaga. Nie trzeba się więc oburzać na młodzież, bo to tak samo rozumne, jak gniewanie na garnek, że smoli.

Winą obarczyć należy przedstawicieli ministerstw układających szkolne programy. Decydujących o tym, jak ma wyglądać nauka. Odpowiedzialnych za wybiorcze udostępnianie jej dorobku.  Mędrcy owi pochodzą z pokoleń o parę sekund starszych od dzisiejszych abiturientów: też mają wstręt do nauki historii, też nie lubią wytężonej pracy nad sobą i również nie odczuwają potrzeby czytania. Czego więc mogą nauczyć?

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
OWSIANKO · dnia 09.06.2017 09:55 · Czytań: 354 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 3
Komentarze
Vanillivi dnia 09.06.2017 11:08
Witaj Owsianko, jak zwykle będę szczera: mam wrażenie, że to jeden ze słabszych Twoich tekstów ostatnio tutaj. To zbiór "luźnych przemyśleń", napisanych chaotycznie, powodowanych "świętym oburzeniem".

Jeśli chodzi o samo przesłanie, to co do meritum zgodzić się nie mogę. Oczywiście, dostrzegam wiele negatywnych zjawisk, o których piszesz. Nie uważam, by jednak bicie dziecka było rozwiązaniem. Nie oznacza to, że nie należy reagować na chamstwo. Oczywiście, że należy. Jednak pomiędzy biciem i pobłażaniem jest cały wachlarz różnych możliwości.

Niestety, wielu rodziców ma dzisiaj problem z tym, by skutecznie wychowywać, konsekwentnie ustalać zasady i egzekwować ich przestrzeganie. Przez długi czas pobłażają, co kończy się doprowadzeniem do eskalacji problemu, bezsilnością i w konsekwencji uciekaniem się do przemocy.

Bicie dzieci uczy tylko jednego: że silniejszy może więcej. Jeśli więc bite dziecko dostosuje się do naszych zasad, to ze strachu, a nie dlatego, że ma wpojone takie wartości.

Pozdrawiam serdecznie
OWSIANKO dnia 10.06.2017 00:12
Vanillivi

Ja też będę szczery i powiem Ci, że jak zwykle, tak i tym razem, nie masz racji. Oczywiście, prawem czytelnika jest subiektywna ocena tekstu i żaden rozumny autor nie będzie polemizował z cudzym gustem. Zatem w sprawie oceny mojego felietonu nie zabieram głosu. Zabieram go natomiast w sprawie bicia. Nigdy nie optowałem za laniem „na gołą dupę”. Przecież napisałem o zakreślaniu granic: „Zdaniem każdego rozsądnego pedagoga nie chodzi o wywoływanie strachu przed sadystycznym katowaniem, ale o klapsa, o napomnienie, zdyscyplinowanie, zademonstrowanie, że nie aprobuje się aspołecznych działań”.

pozdrawiam
Ania Ostrowska dnia 11.06.2017 11:38
Cytat:
Po­krze­pia mnie na­dzie­ja, że po okre­sie pa­no­wa­nia ab­sur­du, na­stą­pi  prze­syt skar­la­łą do­tych­cza­so­wo­ścią i na­ro­dzi się z mar­twych – zwy­czaj­ność. Po­dej­mie­my ko­lej­ną próbę zna­le­zie­nia lep­szych spo­so­bów na ist­nie­nie. Bo prze­mi­ja­nie złego czasu to po­wta­rzal­ny pro­ces fer­men­ta­cji lat, chaos po­mie­sza­nych zda­rzeń, ruchy Brow­na w re­tor­tach kro­ni­ka­rzy bytu.

Ech, chciałabym w to wierzyć.

Gorzki tekst, może nie odkrywczy ale sprawnie napisany, choć - moim zdaniem - miejscami stylistyka ociera się o egzaltację.

Pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Protimus
13/12/2017 02:00
Naprawdę nie ma żadnych błędów językowych, merytorycznych… »
Skuul
13/12/2017 00:45
Wciągające, czyta się super. Czekam na kolejną część ;) »
Zola111
13/12/2017 00:24
Jacku, 1. Wstaw "zajawkę". Dalej: -… »
Leszek Sobeczko
12/12/2017 23:54
no nie! to ja Cię wyciągam z ... a ty brniesz w grafo; no… »
Miladora
12/12/2017 23:03
Tekst po korekcie. Rekomenduję do wirtajek. :) »
JOLA S.
12/12/2017 22:51
Maczku, bardzo, bardzo dziękuję. Mam podobne… »
Silvus
12/12/2017 22:46
:) PS. Zmieniłaś tytuł i chyba więcej rozumiem (tzn.… »
ma_rychna
12/12/2017 22:30
@Silvus dziękuję za podpowiedź, Wróciłam do motyli. Może… »
maak
12/12/2017 22:13
Sny niezwykłe, zapamiętane, są fantastyczne. Z nich można… »
Silvus
12/12/2017 22:04
A to o to chodzi! No widzisz, ja jestem niedomyślny jak… »
Nalka31
12/12/2017 21:50
Gago, bardzo mi miło. :) Dziękuję za bytność i… »
Pmm
12/12/2017 20:34
Leszek Sobeczko Co ma piernik do wiatraka? Trudno… »
Protimus
12/12/2017 19:51
Nie pisałem, że miał ze sobą tarczę (mogę się mylić, jestem… »
Leszek Sobeczko
12/12/2017 18:38
Tak ma_rychno, z tym tylko, że tymi marzeniami zrobiłaś… »
22227
12/12/2017 18:37
Mam mieszane uczucia, na początku jest ok. Opisujesz swoje… »
ShoutBox
  • JOLA S.
  • 12/12/2017 21:26
  • Grzeczna i cierpliwa.CMOK.:)
  • Esy Floresy
  • 12/12/2017 21:20
  • Grzeczna - to pojęcie względne ;)
  • JOLA S.
  • 12/12/2017 15:56
  • Już jestem grzeczna.CMOK:)
  • Miladora
  • 12/12/2017 15:17
  • Dziewczyny - nie rozdwoję się, wszystko po kolei. :)
  • Silvus
  • 12/12/2017 12:23
  • @Carve, zobacz kategorię bezpośrednio w "Bibliotece" -> [link]
  • Carvedilol
  • 12/12/2017 12:17
  • Jak teraz można podglądnąć teksty dodane do wirtajek a jeszcze nie zaklepane - bo teraz automatycznie na stronę wirtajki przerzuca
  • JOLA S.
  • 12/12/2017 11:56
  • "Księga Wspomnień Myszy" czeka na korektę. :)
  • kamyczek
  • 12/12/2017 11:44
  • Miłego dnia wszystkim.
  • Miladora
  • 12/12/2017 11:05
  • napisz bajkę dla dzieci i wróć :) Wirtajki czekają na autorów
Ostatnio widziani
Gości online:22
Najnowszy:janinpiechow
Wspierają nas