Buty flisaka - Marian
Publicystyka » Reportaże » Buty flisaka
A A A

   „Zmarł Neil Armstrong, pierwszy człowiek, który postawił nogę na Księżycu.”

Tak rozpoczynały swoje dzienniki wszystkie kanały telewizyjne i pokazywały niewyraźny film sprzed lat.

   Ta wiadomość przywołała też moje wspomnienia. Była lipcowa noc. Siedzieliśmy z ojcem przed telewizorem. Na ekranie nieostry obraz pokazywał Armstronga stojącego na ostatnim szczeblu drabinki lądownika. Kosmonauta jedną stopą ostrożnie dotykał księżycowego gruntu, jakby badał, czy się w nim nie zapadnie. Potem cofnął stopę, poczekał chwilę i zeskoczył. Nie zapadł się, stał! Stał na Księżycu!

– Ile to się za mojego życia wydarzyło – powiedział wtedy ojciec. – Urodziłem się w domu krytym słomianą strzechą, a teraz oglądam ludzi chodzących po księżycu.

Minęło wiele lat i dopiero informacja o śmierci Armstronga przypomniała mi słowa ojca wypowiedziane tamtej nocy.

   Ojciec urodził się jako poddany cara Mikołaja II w Wólce Drażniewskiej, bo wtedy Drażniew razem z Wólką był częścią carskiego imperium. Dom rodzinny ojca był drewniany, kryty słomą i maleńki jak wszystkie chłopskie domy tam i wtedy. Drażniew leży nad rzeką Toczną, wpadającą tu do Bugu. Ojciec opowiadał, że obydwie rzeki często wylewały niszcząc zasiewy, a woda podchodziła aż pod jego dom. Po powodzi w zagłębieniach na łąkach zostawała woda, z której grabiami wygarniano ryby. Dla dziecka połowy te były zabawą, ale jego rodzicom nie było do śmiechu, bo ich zasiewy były zniszczone.

   Pola było mało i stale go ubywało, bo dzieci zakładające własne rodziny, musiały dostać po kawałku. Dlatego dzielono zagony na węższe i węższe, aż dochodziło do tego, że koń z pługiem nie mógł na nich zawrócić. Często głodowano na przednówkach, a i na niejedną wigilię były tylko placki ziemniaczane pieczone bez tłuszczu na blasze kuchni.

   Trzeba było szukać chleba gdzie indziej. Poszła więc jedna z sióstr ojca na służbę aż do Radomia, a on sam dorabiał jako flisak przy spławianiu drewna. Spływy ruszały spod Drohiczyna, a kończyły się pod Toruniem. Były to wyprawy zagraniczne i ojciec był dumnym posiadaczem paszportu, co w tamtych czasach na wsi było rzadkością.

   Flisacy na noce i niedziele przybijali do brzegu. Którejś niedzieli cumowali koło małego miasteczka i po mszy w miejscowym kościele dzielna załoga postanowiła się zabawić. Karczmy nie było, a jedyny sklep był zamknięty, bo handel w święta był zabroniony. Sklep był oczywiście żydowski. Flisacy zapukali od tyłu, a Żyd chętnie im otworzył. Podał wódkę, chleb, kiszone ogórki, kiełbasę i rozpoczęła się uczta. Kiełbasa miała jakiś dziwny smak i goście zgodnie orzekli, że jest końska.

– Ty Żydzie śmierdzący! Koniną nas pasiesz? – zakrzyknęli i rzucili się do bicia.

W roboczy dzień zostaliby wyrzuceni i psem poszczuci, ale Żyd obsługując ich w niedzielę, złamał prawo. Dlatego wolał sprawę zatuszować i na stół wjechała normalna kiełbasa, przyniesiona przez piękną córkę gospodarza. Potem Żyd odprowadził ich aż do rzeki, kłaniał się nisko i wziął tylko połowę należności.

   Praca na wodzie była niebezpieczna i nieraz ktoś wpadał pomiędzy kłody, żebra łamał, a czasem zostawał pod kłodami na zawsze. Może dlatego flisacy nie szanowali zarobionych pieniędzy, a cieszyli się młodością i światem. Jak było tak było, ale ojciec za jeden spływ zarobił na porządne, robione na miarę buty z cholewami. Bardzo dbał o te buty i jeszcze wtedy, gdy Armstrong chodził po Księżycu, stały one na prawidłach, wypastowane na błysk.

   Przeszła pierwsza wojna światowa i przyszła wojna bolszewicka. Ciągnęli żołnierze Tuchaczewskiego przez prowizoryczny most na Bugu na Warszawę, a potem uciekali przez ten sam most, ścigani przez błękitnych kawalerzystów Hallera. Pobiegł ojciec nad rzekę zobaczyć jak ruskich biją, ale zobaczył co innego. Hallerczycy wyłapali okolicznych aktywistów, którzy za bardzo pośpieszyli się z tworzeniem sielsowietów i spędzili ich nad wodę. Siedziało więc nad rzeką kilkudziesięciu przestraszonych i niepewnych swojego losu Polaków, Białorusinów i Żydów. Żołnierze tymczasem poili konie, kąpali się, jedli i pili wódkę. Mieli dość chleba, ale nie mieli igrzysk. Znaleźli. Jeden, już dobrze podpity, podszedł do siedzących więźniów, wybrał kilku i kazał im płynąć na drugą stronę rzeki. Dwóch zaraz zabrały bugowe wiry, ale reszta przepłynęła. On tymczasem przeszedł po moście i kazał ocalałym płynąć z powrotem. Ruszyli, ale dopłynęli tylko do pierwszego filaru. Uczepili się go i prosili o litość. Nie doprosili się. Żołnierz klął, wrzeszczał, a potem wrzucił do rzeki granat kończąc w ten sposób zabawę.

   Po wojnie tereny dzisiejszej Zachodniej Białorusi przypadły Polsce. Zaraz po tym poszła po Podlasiu wieść, że tam można mieć ziemi nawet po włóce lub więcej. Do tego rząd dawał jeszcze ulgi podatkowe, a wymagał tylko pracy. Podlasiacy umieli pracować, ale niewielu odważało się zostawić ojcowiznę i jechać w nieznane. Rodzice ojca, będący już wtedy po czterdziestce, zaryzykowali. Zaryzykowali i wygrali, bo ojciec nie raz wspominał, że od wyjazdu za Bug nigdy już z postem* nie jadał.

   Na Białorusi trafili do wsi Prudno w wołkowyskim powiecie. Okolica tam była podobna jak w Drażniewie, ale nie było rzeki i ludzie byli inni. Z dziada pradziada mieszkali tam obok siebie katoliccy Polacy i prawosławni Białorusini. Chodzili do innych świątyń, ale do tej samej karczmy, żenili się miedzy sobą i żyli w miarę zgodnie. Podlascy przybysze mówili inaczej i nawet w kościele śpiewali na inną nutę. Nie rozumieli tamtejszych porządków. Prawosławnych traktowali z pogardą, a ich dzieci śmiały się z dzieci popa. Nie byli więc lubiani przez rdzennych mieszkańców obydwu wyznań i pogardliwie nazywani Mazurami. Nawet tamtejszy katolicki proboszcz nie lubił Mazurów i z ambony wypominał im, że za mało dają na tacę. Mimo wszystko żyć się tam dało.

   Pracy było w bród, każda para rąk była cenna, a tu jak na złość o ojca upomniało się wojsko. Przyszło mu stawić się w Ostrołęce w V Pułku Ułanów Zasławskich. Trafił dobrze, bo konie lubił i miał ułańską fantazję. Jeszcze przed wojskiem chadzał w ulubionych butach z cholewami na zabawy do okolicznych wsi, obtańcowywał dziewczyny i bił się z tamtejszymi chłopakami.

   W wojsku czuł się dobrze, bo ułani rządzili w Ostrołęce. Przeganiali piechociarzy z zabaw i nie szanowali nawet oficerów innych formacji. Wracał kiedyś ojciec wieczorem z kolegą z przepustki. Obydwaj byli już wtedy kapralami, więc rozmyślnie nie oddali honorów napotkanemu porucznikowi saperów.

– Stać! – zatrzymał ich oficer. – Dlaczego to ułani nie oddają honorów oficerom?

– Przepraszamy, panie poruczniku – odpowiedzieli, stając na baczność. – Jest ciemno, a pan porucznik ma szychy* takie szare, że trudno szarżę rozpoznać.

I cóż mógł ten porucznik odpowiedzieć, skoro jego pagony lśniły słabiej od ułańskich.

   Na pokazie woltyżerki ojciec złamał nogę i trafił do wojskowego szpitala. Tam poznał wachmistrza z kwatermistrzostwa i po leczeniu został przeniesiony do pułkowego magazynu. Wtedy rozpoczęły się dla niego złote czasy.

– Ile wtedy zjadłem i wypiłem, tyle mojego – wspominał. – Gęba mi się świeciła i pasek u portek trzeba było popuścić.

Awansował też szybciej i służbę zakończył w stopniu plutonowego.

   Po wojsku mógł myśleć o ożenku. Myśleć mógł, ale żonę i tak wybrali mu rodzice. W sąsiedniej wsi mieszkała inna mazurska rodzina przybyła z Suchodołu Wielkiego. Było w niej kilka panien na wydaniu. Tamtejsza głowa rodu pilnowała, żeby córki wydawać według wieku, ale jedna z nich uparła się i za nic nie chciała iść za mąż. Tymczasem następna córka doszła do lat i na wydaniu były już dwie. Pojechał ojciec w swaty do młodszej panny, choć przyszły teść nie chciał jej wydać przez kłodę, czyli poza kolejnością. Targu jednak dobito i uzgodniono, że mój ojciec weźmie młodszą córkę przez kłodę, a za to jego siostra wyjdzie za brata mojej przyszłej mamy. Nie trzeba będzie dzielić pola ani wyprowadzać z obór posagowych krów. Przeprowadzą się tylko obydwie panny młode i nawet posagowe pierzyny pozostaną na starych łóżkach.

   Pojechał ojciec z narzeczoną do proboszcza zapłacić za ślub i był to ich pierwszy raz sam na sam. Zapłacili ile mogli. Księdzu było to jednak za mało, bo ślub odbył się bez organów i tylko przy czterech zapalonych świecach. Ojciec nie przykładał do tego wagi, ale mama bardzo nad tym bolała i nie lubiła za to proboszcza.

   Tak czy inaczej, ślub się odbył i pojawiła się szansa mojego przyjścia na świat. Szansa ta została wykorzystana wiele lat później na poniemieckim Pomorzu, ale podlaska mowa i opowieści o tamtych stronach towarzyszyły mi od dzieciństwa.

 

   Gdyby to było dzisiaj, to moi rodzice poznaliby się na dyskotece w którejś z ich rodzinnych wsi, bo dzieli je tylko około pół godziny drogi samochodem. Wtedy było to jednak za siódmą górą i rzeką.

   Postanowiłem zobaczyć te wsie i razem z żoną wyruszyliśmy na Podlasie. Naszą podróż zaczęliśmy od Suchodołu Wielkiego, który wcale nie jest wielki. Jest tam kilka dużych gospodarstw, ale wiele domostw wygląda jeszcze tak, jak je widziała moja mama jako dziecko. Zostawiliśmy samochód koło kapliczki przy końcu wsi i poszliśmy szukać domu rodzinnego mamy. We wsi nie było widać nikogo, ale na szerokich i płaskich polach pracowało kilka traktorów. Nigdzie nie było wąskich poletek, o których opowiadała mama. No cóż! Minęło przecież prawie sto lat i półmorgowe spłachetki nie wytrzymały próby czasu.   

   Na jednym z podwórek zobaczyliśmy dwóch mężczyzn. Weszliśmy, podaliśmy nazwisko rodowe mamy i zapytaliśmy, czy o nim słyszeli.

– Teraz takich tu nie ma – odpowiedział starszy.

– Moja rodzina wyjechała za Bug po bolszewickiej wojnie – wyjaśniłem.

– Może sąsiad Stanisław pomoże. On ma dziewięćdziesiąt lat, to może coś wie – powiedział nasz rozmówca.

   Pan Stanisław był szczupłym mężczyzną, po którym nie było widać wieku.

– Ja pańskiej rodziny nie pamiętam, ale wiem, w którym domu mieszkała – powiedział. – Tego domu już nie ma. Tam teraz jest ogród warzywny, a za nim stoi nowa stodoła. To będzie ze trzysta metry stąd – dodał z podlaska. – Trzeba tu było przyjechać dwadzieścia lat temu, to żyli jeszcze ludzie, co pamiętali pańską rodzinę – dodał na pożegnanie.

   Poszliśmy we wskazanym kierunku, znaleźliśmy ogród i nową stodołę za nim. Czas nie stoi w miejscu i tam gdzie kiedyś mieszkała moja mama, rosną teraz truskawki i cebula.

   Mama wspominała, że przy drodze leżał duży kamień dzielący wieś na część włościańską i szlachecką, i że ich dom był pierwszym po szlacheckiej stronie. Chodziliśmy po drodze szukając tego symbolu podziału społecznego z tamtych lat, ale nie znaleźliśmy.

   Nie było domu, nie było kamienia, był tylko stary drewniany krzyż koło domu pana Stanisława. Może ten krzyż powiedziałby nam coś więcej. Stanęliśmy przed nim i czekaliśmy przez chwilę. Krzyż milczał.

   Potem pojechaliśmy do Mordów, bo mama została tam ochrzczona. Jechaliśmy wspominanym przez nią gościńcem, którym w czasie bolszewickiej wojny ciągnęła na zachód sowiecka artyleria konna. Ludzie z okolicznych wsi poszli oglądać ten przemarsz. Mama też poszła i z całego przemarszu najbardziej zapamiętała rosyjskiego żołnierza z rozdartymi na tyłku spodniami, leżącego na wozie. Żołnierz przejeżdżając, zawołał:

– Ludzie! Daleko stąd do Warszawy?

Nikt mu nie odpowiedział, ale gapie śmiali się z niego, że do Warszawy wybiera się w podartych portkach.

   Dawniej Mordy były na pewno ważniejsze niż dzisiaj. Zbiegało się w nich kilka lokalnych dróg i przechodził wspomniany już gościniec. Koło kościoła były murowane budynki. Wiele z nich stoi do dzisiaj, są zamieszkane i wyglądają jak wtedy. Kościół jest wielki i małej dziewczynce musiał wydawać się jeszcze większy.

   Może widywała przed kościołem państwa Przewłockich, mieszkających w pałacu naprzeciwko. Może biegała pod ich parkan, żeby zaglądać na pałacowy dziedziniec. Ciekawe, co było wtedy na placyku, gdzie dzisiaj stoi armata–pomnik, przy której miejscowi „animatorzy kultury” piją na ławce piwo?

– Co tu jest do fotografowania? – zaczepił nas jeden z nich. – Toż to ruiny.

– Tu była chrzczona moja matka. Przyjechałem zobaczyć to miejsce – wyjaśniłem.

– A! To przepraszam. – powiedział ze zrozumieniem i usiadł koło kolegów.

   Pożegnaliśmy Mordy i ruszyliśmy do Drażniewa, żeby poszukać domu rodzinnego mojego ojca. Zaparkowaliśmy przy skrzyżowaniu dróg i zastanawialiśmy się, od czego rozpocząć poszukiwania. Pamiętałem z opowiadań kilka nazwisk ówczesnych sąsiadów ojca, a na Podlasiu są jeszcze na starych domach tabliczki z nazwiskami właścicieli.

   Już na najbliższym domu była tabliczka ze znanym mi nazwiskiem, a przy płocie kręcił się mężczyzna wyraźnie zainteresowany naszym autem z obcą rejestracją. Zapytałem go o Wólkę i podałem moje nazwisko oraz nazwisko rodowe babki.

– Wólka jest tam – pokazał na lewo. – Tu nie ma nikogo o pańskim nazwisku, ale jest rodziny o nazwisku pańskiej babki. Jak ona była z Wólki, to pewnie mieszkała na końcu wsi – dodał.

To „jest rodziny” zabrzmiało mi znajomo, bo babka i ojciec też tej formy używali.

   Idąc w kierunku końca wsi, znaleźliśmy kolejny dom z tabliczką ze znanym nazwiskiem. Ten dom był niezamieszkany. Koło następnego spotkaliśmy dwoje ludzi i zapytaliśmy ich o dom rodzinny mojego ojca. W trakcie rozmowy wymieniłem kilka znanych mi z opowiadań nazwisk i przy kolejnym z nich nasi rozmówcy spojrzeli na siebie znacząco.

– Toż my się tak nazywamy – powiedział mężczyzna.

– To ja zapraszam na kawę – dodała kobieta.

   Przy kawie dowiedzieliśmy się, że dom rodzinny ojca stoi jeszcze, ale nowy właściciel przerabia go na garaż. Ostał się przy nim stary jesion, który teraz jest pomnikiem przyrody. Powiedziałem, że mój dziadek pochodził z Korczewa, a do Drażniewa przyszedł w prymaki*.

– To niemożliwe – zaprotestował gospodarz. – To nie jest korczewskie nazwisko. To nazwisko pochodzi z Rudy. Tam chyba stoi jeszcze dom, gdzie mieszkał pański dziadek.

Pożegnaliśmy się i poszliśmy obejrzeć ten stary dom pod jesionem.

– Trzeba tu było przyjechać dwadzieścia lat temu, to żyli jeszcze ludzie, co pańską rodzinę pamiętali – usłyszeliśmy na pożegnanie podobne zdanie jak w Suchodole.

   Dom rodzinny ojca był drewniany i maleńki. Stojąc przed nim rachowałem w pamięci: mój ojciec, plus czwórka rodzeństwa, plus dziadek z babką, to jest siedem osób. Aż trudno sobie wyobrazić, że się tu wszyscy pomieścili.

   Zauważyliśmy, że dom jest w trakcie przeróbki. W tylną ścianę wstawiono dwoje drzwi garażowych i niedługo będą tu stały dwa samochody. To już nigdy nie będzie dom. Już nigdy nie zapłacze w nim dziecko, ani matce nie spadnie łyżka na podłogę. Teraz spadać tu będą tylko klucze lub śrubokręty.

   Drażniew należał do parafii w Ruskowie. Ruszyliśmy więc do Ruskowa, ale po drodze skręciliśmy do Rudy, gdzie podobno jest dom rodzinny mojego dziadka. Znaleźliśmy go i miał nawet tabliczkę z moim nazwiskiem! Był podobny do tego z Drażniewa i też niezamieszkany. Ktoś tu jednak czasem bywa, bo pod ścianą leżało niedawno porąbane drewno.

   Podobno w domu naprzeciwko mieszka emeryt z Warszawy o moim nazwisku. Spojrzałem w tamtą stronę i zobaczyłem, że warszawiak ma garaż. Dobrze! Nie przerobi dziadkowego domu. Ale czy składzik na drewno to jest coś lepszego niż garaż?

   Do Ruskowa wjechaliśmy drogą, którą kiedyś ojciec chodził do kościoła. Przechodził pewnie koło narożnej kapliczki wmurowanej w parkan pałacu Humnickich i mijał dworskie czworaki. W Ruskowie są dwa kościoły, ale ojciec prawdopodobnie chodził do parafialnego, bo do tak zwanego „grzebalnego” chodzili tylko państwo Humniccy.

W ich pałacu jest teraz szkoła i przychodnia zdrowia, a w dawnych czworakach nadal mieszkają ludzie.

   Ojciec spławiał drewno spod Drohiczyna, więc pojechaliśmy i tam. Jest to małe miasteczko, ale ma aż cztery przybytki boże dwóch wyznań. Bug tworzy tutaj zakola i stojąc na Wzgórzu Zamkowym, wyobraziłem sobie płynące w dole tratwy i mojego ojca przeskakującego z pnia na pień z osęką w rękach. Zeszliśmy nad rzekę, pospacerowaliśmy po nadbrzeżnych łąkach i wąską ulicą wróciliśmy do centrum

– Jak się państwu podoba nasz gród? – zaczepił nas niespodziewanie brodaty mężczyzna.

– Ładny i centrum macie takie zadbane – odpowiedziałem.

– To centrum odszykowali tak na przyjazd Ojca Świętego – powiedział nieznajomy. – Wtedy wszystko pomalowali i poprawili bruki. Tutaj nie ma co robić. Tylko jak Daniel przyjedzie, to idziemy razem na wódkę i pogadamy trochę – dodał.

– Jaki Daniel? – zapytałem.

– Olbrychski! On chodził ze mną do jednej klasy i zawsze o koledze pamięta.

– A kiedy był tu ostatni raz?

– Oj! Dawno już go nie było – odpowiedział nieznajomy i odszedł.

 

   Pożegnaliśmy Podlasie, gdzie urodzili się moi rodzice. Zobaczyłem je po raz pierwszy i  zastanawiałem się, co by było, gdybym i ja się tam urodził.

Kim byłbym?

Może zrobiłbym karierę w stolicy i wróciłbym tam jako zamożny emeryt?

Może orałbym moje morgi, a może tylko piłbym piwo koło jakiejś armaty?

Nie wiem. Wiem tylko, że w pobliżu byłoby jakieś bocianie gniazdo, bo boćków na Podlasiu jest co niemiara.

 

* jeść z postem jeść potrawy bez tłuszczu i mięsa

* szychy – dystynkcje haftowane szychem (nicią owiniętą metalowym drucikiem)

* iść w prymaki – (rusycyzm) zamieszkać w domu żony

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Marian · dnia 26.07.2017 12:49 · Czytań: 182 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 4
Komentarze
puszczyk dnia 28.07.2017 04:38
Bardzo sprawnie napisany reportaż. Ciepły, z dystansem i iskrą, która powinna błysnąć przy pisaniu.
Jest oddany klimat starych czasów i podkopująca wszystko, nowoczesność. Nieunikniona, przeorywująca rodzinne więzy i zmieniająca miejsca.
Bardzo dobrze mi się czytało, Marianie.
Usunięty dnia 03.08.2017 18:22
Piękne to jest. Reportaż a pisany językiem literackim pierwszej klasy. Akcja wartka jako woda zapewne nieraz w rzece, którą pływali flisacy z reportażu. Dodatkowo podróże w czasie od przeszłości stosunkowo niedalekiej do przeszłości bardzo dalekiej i wreszcie ku współczesności. A już Armstrong na początku a Olbrychski na końcu to ogóreczki do obfitości i tłustości smakowitej tego dania.

Przyjemność było czytać.

Najlepszego!
Dobra Cobra dnia 15.08.2017 16:20 Ocena: Bardzo dobre
Dobra rzecz o poszukiwaniu wspomnień.


Marianie,

Zapewne każdy mógłby w ten sposób poszukiwać swoich korzeni, nie każdy opisał by to tak udanie. Brawo!

Czyta się z zainteresowaniem, napisane żywym językiem, wciągające.

Dziękuję za piękną lekturę,

Pozdrawiam,

DoCo

Ps - tak do końca z tym lądowaniem na księżycu to nie wiadomo. Istnieje teza, że zamarkowano ten fakt, bo najbardziej niepokoi w tym przekazie powiewająca (amerykańska) flaga. A na Księżycu przecież nie ma wiatrów.
Marian dnia 16.08.2017 20:45
Przepraszam całą trójkę, że tak późno odpisuję na Wasze komentarze, bo przez jakiś czas tu nie zaglądałem.
Dziękuję za miłe słowa i cieszę się, że opowiadanko się podobało.
Pozdrawiam serdecznie.
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Miroslaw Sliwa
22/08/2017 08:43
Spokojnie. Właśnie po raz, chyba już siódmy, wziąłem się za… »
retro
22/08/2017 08:37
Witaj najulubieńszy z ulubionych! I pomyśleć, że Janosik… »
retro
22/08/2017 08:30
Ej, nie... Wiele czasu żeśmy przegadały. Śmiem twierdzić,… »
trawa1965
22/08/2017 08:25
Poczytam. »
bruliben
22/08/2017 07:08
Wiktorio, pochylę się nad czasownikami. Dziękuję. I… »
bruliben
22/08/2017 07:04
Mam na myśli i to, przemijanie, zmiany pór roku. Ale poza… »
Silvus
22/08/2017 01:09
OK, mogę tak przyjąć. »
damian wrotycz
22/08/2017 01:03
no jak nie to nie, szkoda. ale i tak wrzuce :) jest o tym o… »
Silvus
22/08/2017 00:46
Hm... ja tam wolę wiedzieć, o czym czytam. ;)»
Pola Kaj
22/08/2017 00:45
Ooo... podoba mi się bardzo :) »
Silvus
22/08/2017 00:41
No właśnie! Jak brzmi autorowi, to się cieszę! :) (pomijam… »
wiktoria
22/08/2017 00:39
Cieszę się bardzo Introwerko. MM jest tylko tłem, a diabeł… »
Silvus
22/08/2017 00:37
Dla ciebie... Hm? Pod łóżkiem? Poza… »
wiktoria
22/08/2017 00:32
Bardzo szczery tekst. Aż jestem ciekawa co będzie dalej.… »
damian wrotycz
22/08/2017 00:27
to super ! :) ale mam też taki dynamiczny krwawy o… »
ShoutBox
  • Esy Floresy
  • 21/08/2017 21:49
  • Vulpes :) A Ciebie co za dobre duchy przywiały?
  • Silvus
  • 21/08/2017 20:57
  • O, Erosa lubię.
  • Niczyja
  • 21/08/2017 16:32
  • Jest tyle nowych opublikowanych tekstów, że sama nie wiem od którego zacząć:) Może na początek zacznę od muzyki ... [link] :)
  • mike17
  • 21/08/2017 15:54
  • Oj, chyba nie. Znane mi są przypadki, gdzie ktoś ze sprzedawcy został kierownikiem sklepu, bo awansował i spotkał się z uznaniem właściciela. To się naprawdę dzieje, ale życzenia można zawsze mieć :)
  • chawendyk
  • 21/08/2017 14:48
  • no to akurat myślenie życzeniowe:)
  • mike17
  • 21/08/2017 12:25
  • A czyż awansowanie nie jest wynikiem uznania?
  • chawendyk
  • 21/08/2017 09:56
  • Gorzej jak uznanie zmienia się w awansowanie
  • JaDziekuje
  • 21/08/2017 02:02
  • Każdemu należy się uznanie, jeśli swoją pracę wykonuje z sercem.
  • Infernus
  • 21/08/2017 01:27
  • Dlatego należy się szczere uznanie dla tych, którzy robią to z sercem..
  • chawendyk
  • 21/08/2017 01:01
  • a wiesz ile śmierci można uniknąć dzięki profilaktyce? odpowiem. większości.
Ostatnio widziani
Gości online:48
Najnowszy:Baquetse5x
Wspierają nas