Przekładne noce Roselle cz.4 - Krzysztof Konrad
Proza » Historie z dreszczykiem » Przekładne noce Roselle cz.4
A A A
Od autora: Tak mnie korciło, żeby teraz walnąć dłuższy rozdział. Smacznego.

IV   

 

      Któregoś wieczora mąż przepędzał ból mojego kręgosłupa swoimi szorstkimi dłońmi. Czułam, jakby były pikowane mikroskopijnymi igiełkami ostu i, jako odrębna część dobrego Roberta, zasiadały po drugiej stronie huśtawki. Razem tworzyli równowagę, choć wizualizacja tego przyrównania byłaby upiorna. O szybę rozbijały się grube krople deszczu. Przypomniałam sobie, że tak samo było ostatnim razem. Gdy przeanalizowałam kilka poprzednich epizodów, doszłam do wniosku, że boli zawsze ulewach.

 

     – Przykra sprawa – powiedział – że tak rzadko leje.

 

     – Bo lubisz, jak cierpię?

 

     – Lubię się o ciebie troszczyć. – Otarł obolałą skórę chropowatą opuszką i dodawał: – uwielbiam masować i kocham kochać.

 

     – Kochasz czarować, Rob – odtrąciłam romantyzm oschłą tonacją głosu – powiedz coś, co nie jest częścią twojego zawodu. – Odwróciłam się na plecy i podstępnie prześwietlałam jego zachowanie. – Jak ci minął dzień? Co dziś robiłeś, prócz tego, co robisz zawsze? Jakie ty masz problemy?

 

     – Cóż. Nie mamy sprzątaczki, więc sto dwadzieścia metrów luksusu wziąłem na swoje barki, kolację zrobiłem zamiast zamówić, a do tego załatwiłem papierkową robotę twojej apteki – ciskał kolejnymi słowami, jakby były zapisane na ścianie za moim ramieniem – i dałem jeszcze autograf, kiedy wracałem do domu, ale tym nie mogę się pochwalić, bo część mojego zawodu i takie tam.

 

     Wystrzelił. Nigdy wcześniej tego nie zauważałam, ale gdy skondensował wszystkie frazy, z uśmiechem numer sześć na twarzy, streściłam w głowie całą jego egzystencję i przekonałam się, że robi to samo cały, pieprzony czas. Umocnienie się, że coś ukrywa, to banał i element rozumowania większości kobiet, ale też dowód, że problemy często skrywają się pod odpowiedziami na proste pytania, a moje było żałośnie banalne. Dlatego tak łatwo nam odkryć zdradę. Nie chciał opowiedzieć o swoich utrapieniach. Nigdy nie odpowiada, gdy tematyka mu nie leży.

 

     – Za to wszystko cię uwielbiam – odpowiedziałam.

 

     Wtuliłam się w jego tors, a w głowie układałam termin spotkania z Jamesem.

 

     W trakcie snu Rob przypomniał o Walterze Kutterze. Powtarzał to imię cyklicznie, jak pociąg, który nie może się zatrzymać. Po kilku razach wypadł z pętli i rzucał kolejnymi nazwiskami, ale nie mogłam ich zapamiętać. Pobudki w środku nocy odbijały się na efektywności wykonywanej przeze mnie pracy. Wpadłam na pomysł, by wkładać przed snem dyktafon pod poszewkę od poduszki. Przed zmrużeniem oczu zakładałam stopery douszne. Efekt był piorunujący. Wyjeżdżałam wcześniej do pracy, a nagrania odsłuchiwałam kilkanaście minut przed ósmą, by zdążyć przed tabunem rozchorowanych i punktualnych emerytek. W tydzień stworzyłam sobie pokaźną bazę danych. Nie było mowy o opuszczaniu pracy, więc nagięłam lekko własne zasady i googlowałam te osoby z aptecznego komputera. Kutter nie żyje. Makowskiego odnaleźli w jego mieszkaniu, tydzień po zgłoszeniu zaginięcia. Podobno widok zwłok był makabryczny. Eleonore Buckett, pani po siedemdziesiątce, to znana w świecie nauki neurobiolog. Znałam ją doskonale przed wklepaniem danych do przeglądarki. Bywałam na kosztownych wykładach, które prowadziła. W latach dziewięćdziesiątych odkryła zależność między powstawaniem chorób psychicznych, między innymi schizofrenii, a poprzedzającymi je przewlekłymi chorobami somatycznymi. Była pretendentką do Nobla, lecz okazało się, że do badań wykorzystywała pacjentów małego szpitala psychiatrycznego. Nie było to nic złego, póki nie wpadła na pomysł reaktywacji zabiegu lobotomii. Zabiła pięć osób i padła na zawał po nagłośnieniu sprawy. Chodzą plotki, że miała pomocnicę w niczemu nieświadomej wnuczce i zarazem pracownicy ośrodka. Przeczytałam artykuł o śmierci Eleonore na jednym z portali naukowych. W sekcji przeznaczonej do komentarzy panowała lawina wyzwisk i drwin kierowanych w stronę obu kobiet. Ludzie są okrutni. Chętnie udostępniali dane osobowe Bethanie Stradlin. Znalazłam ją na facebooku mając na uwadze, że nie odpowie na zwykłą wiadomość. Pewnie dostaje ich setki – pomyślałam. Nachalne próby nawiązania kontaktu, które rodził mój zdesperowany umysł, zamieniłam na: To nie Twoja wina, a ona odpowiedziała słowem: Wiem. Zniechęciła mnie, bo na takim gruncie nie da się zbudować żadnej relacji. Poirytowana analizowałam jej facebookowy profil i okazało się, że wcale nie jest samotnikiem i często szuka kompanów do wspólnego imprezowania. Przy postach sprzed wydarzeń w szpitalu, na nocne wypady deklarowały się całe masy znajomych, lecz po całej aferze chętnych nie było. Nie widziałam w Beth złego człowieka i sto lat nie tańczyłam.

 

     Dekadę temu umówienie się z nowo poznaną osobą było nie do pomyślenia. Przekonałam się na przykładzie nowej koleżanki, że w dobie internetu, randkowych aplikacji i społecznego obnażenia, wymiana kilkuset wirtualnych słów wystarczy, by odrzucona dziewczyna przyleciała do obcego miasta nie próbując nawet weryfikacji czyjejś osoby. Nowy Orlean słynie z balkonowej architektury, vodoo, huraganu Katrina i, dzięki bogu, muzyki, którą tak przecież wielbi. Wanda często opowiadała o licznych dyskotekach przy Bourbon Street. Zaliczyła je wszystkie, ale najbardziej zachwalała Lucky Door – wielki jak dwa królewskie dwory kocioł basu, ćpania oraz bogactwa, przeplatany ze wszystkimi kolorytami narodowości, które spłodził świat. Sam fakt, że weszłam w przekroczyłam próg posypany działką koki był jedną z najbardziej szalonych rzeczy, jakich udało mi się dokonać, a był to dopiero początek. Stroboskopowe światła waliły po oczach, powyginanych niczym wężowe żelki, młodzieńców, ale to im nie przeszkadzało. Jeden z nich trącił mnie barkiem, lecz przeprosił, mając prawdopodobnie nadzieję na numer telefonu, by się zrewanżować. Byłam jeszcze naiwna i sądziłam, że na tej sali nie ma faceta choć w połowie takiego jak Robert. Dziś sądzę, że nie było tam kobiety głupszej ode mnie. Wibrujący bas drylował mi serce od trzydziestu minut, lecz nie zauważałam Beth. Miałam do okrążenia jeszcze kilka sal. Z każdym uważnie postawionym krokiem traciłam siły i nadzieję. Nie ja przyleciałam do tej dziewczyny, tylko ona do mnie. Założyłam, że mogłam stracić tylko czas, natomiast trucizny i środków używanych do gwałtu nie używa się jedynie do zabijania i gwałcenia. Ale wtedy nikt nie zamyka ich na kłódkę – burknęłam sobie pod nosem po wypatrzeniu rudowłosej, niezbyt urodziwej Kanadyjki. Wygląd nadrabiała akrobatycznymi umiejętnościami. Popisywała się spastycznymi, ale na swój sposób uroczymi drgawkami. Odpychała zdecydowanie facetów kierujących krocza w stronę jej seksownego ciała, co dowodziło, że nie straciła jeszcze rozsądku ani świadomości.

 

     – Hej, to ja – rzuciłam bez namysłu.

 

     – A to ja – Bethanie Stradlin zripostowała mnie.

 

     – Przepraszam. – Poczułam powiew inteligencji. – Zapomniałam, że nie mam zdjęcia profilowego – dodałam.

 

     Zrezygnowana opuściła ręce i, niczym naburmuszona gówniara, przewróciła oczami.

 

     – Ty, to pewnie Rosella Adella T E D O R…

 

     Kaleczyła się próbami dopełnienia mojego nazwiska tak bardzo, że przerwała swoje wygibasy.

 

     – Wystarczy Rose, a na nazwisko mam Teodorowicz, lecz niech cię ono nie trapi.

 

     Stradlin parsknęła, niczym małe prosie. – Lecz? I czemu jesteś taka sztywna? Kto dziś mówi „lecz” ? – skomentowała.

 

     – To poprawna forma.

 

     – W tym miejscu warto zdać się na niepoprawność. – Chlasnęła tyłek obcego pana, w którego wpatrywała się od kilku chwil.

 

     Z początku podejrzewałam ją o wysokie IQ. Żałowałam tak daleko idących wniosków z każdą głupią ripostą, którą mnie karmiła. Przestałam lubić tę osobę po pięciu zdaniach. Ponieważ musiałyśmy zamienić ich więcej, postanowiłam poszerzyć zakres tolerancji na tę, skomplikowaną i zgryźliwą do granic możliwości, dziewuchę. Musiałam wiedzieć, dlaczego Rob mówi we śnie o zmarłych ludziach i trzyma w ukryciu zestaw śmiercionośnych zabawek. Nie wyglądała na rozsądną czy odpowiedzialną. W końcu przyleciała tu, mimo miażdżącej odległości między nami, jedynie po to, żeby się nawalić.

 

     – Wiesz – przeszłam do rzeczy korzystając z resztek jej trzeźwości – nie umówiłam się z tobą jedynie na tańce.

 

     Beth wlała do gardła wódkę z kieliszka wielkości mojej pięści i założyła na ramie swoją skórzaną, markową torebkę.

 

     – No tak… – Spięła włosy na znak, że raczej nie będzie się już bawić.

 

     – Twoja babcia była wielka, chcę o niej pomówić, proszę! – krzyczałam w stronę znikającej w tłumie Beth.

 

     Nie odpuszczałam. Prześlizgiwałam się przez przez las rąk spoconych napaleńców, niektórych odpychając, by ułatwić sobie drogę. Gdy tylko widziałam ją na horyzoncie, wpadałam w krąg rozhulanych muzycznym transem nastolatków. W końcu wydostałam się na ulicę i ostatnia milisekunda zadecydowała, że ujrzałam różek torebki, która nie zdążyła jeszcze przylgnąć do jej rozpędzonego ciała. Dzięki temu wiedziałam, że poszła w prawo po ominięciu budynku Lucky Door. Udało mi się dogonić rozsierdzoną wnuczkę Eleonore.

 

     – Czuję cię – wycedziła przez zęby i dodała: – spieprzaj.

 

     – Nie mogłaś pomóc babci w niczym co robiła. Podajesz jedynie medykamenty – paplałam nie biorąc oddechu – nie możesz wejść do większości pomieszczeń ani nie masz dostępu do kart pacjentów.

 

     Spowolniła kroki, jednak nie zatrzymywała się. Podbiegłam bliżej.

 

     – Jestem naukowcem, znam procedury.

 

     – W ośrodku też je znali, a jednak straciłam pracę. Czego chcesz?

 

     – Jestem biologiem i...

 

     – Jesteś farmaceutką – zdecydowanie ucięła nagiętą przeze mnie prawdę – facebook nie kłamie.

 

     – Tak, jestem farmaceutką – zgodziłam się, nawet z lekką pokorą – ale od kiedy zaczęłam używać mózgu, fascynowałam się twoją babcią i biologią, zwłaszcza eksperymentalną. Byłam na większości jej wykładów.

 

     Miałam do wyboru dwie drogi. Przyznać się do popieprzonej historii z moim mężem, w co nigdy by nie uwierzyła, lub wykreować się na fanatyczkę Eleonore i jechać dalej tym szlakiem. Było dla mnie jasne,  że powinnam zaangażować się w plan numer dwa.

 

     – Czy ja dobrze rozumiem? Zaprosiłaś mnie żeby powiedzieć, że spotkanie się z wnuczką babci-lodzi to dla ciebie zaszczyt?

 

     – Babci-lodzi? To jakiś niepochlebny pseudonim?

 

     – Lobotomię wykonuje się szpikulcem do lodu. No i była stara. Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.

 

     Skarciłam się w myślach za okrutną obłudę, jaką ładowałam tę dziewczynę. Musiałam to robić.

 

     – Szczerze? Zaszczyt jak cholerka. Zawdzięczam jej to, kim jestem, a nigdy nie miałam szansy, albo odwagi, powiedzieć o tym Eleonore.

 

     Beth skwasiła buzię obsypaną uroczymi piegami, gdy wypowiedziałam słowo „cholerka”. Prawdą jest, że różnica wieku była między nami widoczna, choć z drugiej strony nigdy wcześniej nie uważałam się za starą. Udowodniła mi, że powinnam zacząć się martwić. Mijały kolejne minuty rozmów o niczym. Były istotne, zważając na późną porę. Po godzinie nie wiedziałam nic o okolicznościach śmierci pani Buckett. Postanowiłam atakować bezpośrednio po tym, jak tematyka rozmów znacząco różniła się od tej, której oczekiwałam.

 

     – Bardzo żałuję, że nie mogłam się z nią zaprzyjaźnić.

 

     – Mówisz o morderczyni. Nie próbuj się do mnie zbliżać w taki sposób.

 

     – Mówię teraz o genialnym naukowcu, którym była przed całym zajściem.

 

     Beth spoważniała. Złapała kucyk upleciony z rudych piór i zdjęła z niego gumkę. Włosy rozpuściły się i nagle zaczęła mówić. Przestała omijać tematy, które, zupełnie jak Roberta, wprowadzają ją w zakłopotanie.

 

     – Mało kto wie, że Eleonore Buckett robiła zajebiste pępuchy. To takie placki, tylko że pulchne i lepsze od zwykłych. Tylko ja o tym wiem. Moja matka widziała w niej wzór, a potem wyparła się jej. Społeczeństwo wielbiło geniusza, a później spluwało na potwora. – Powieki Beth nie wytrzymały nadmiaru gromadzących się łez i tama puściła. – Ale tylko ja widziałam w niej człowieka i wielbiłam to, że była ludzka. Moja babcia robiła wykurwiste placki.

     Znalazłam w kieszeni płaszcza paczkę jeszcze nieotwieranych chusteczek. Pomyślałam sobie, że nie płakałam dobre kilka lat, tymczasem spotykam tę kobietę po raz pierwszy i już namacza łzami moje ramię. Ona wierzy w jej niewinność? Czy można tak bardzo kochać złego człowieka? Czy oni odbierają wzrok? – omawiałam te wszystkie zagadnienia, choć werbalnie przyznawałam Bethanie słuszność uczuć i głaskałam po brzydkich, rdzawych włosach. Zadawałam pytania, ale nawet przez nanosekundę nie przyrównałam patologii takiej mentalności do swojego przypadku. Robiłam coś w kierunku Roberta, ale nie miałam pojęcia, dokąd to zmierza. Po prostu szłam. Powoli, jak otyła i zakompleksiona nastolatka, przewaliłam zdezorientowane ciało przez pierwszy płotek. Nagle, mimo mojej niekompatybilności do tego, co robię i gdzie się znajduję – chciałam więcej. I robiłam to.

 

     Bilet na czterogodzinny lot do Montrealu zarezerwowałam na dwa tygodnie po spotkaniu z Beth. Nazajutrz po wspólnej nocy w hotelu o wątpliwym standardzie odwiozłam mrs. Stradlin na lotnisko. Pozwoliła mi tak do siebie mówić. Twierdzi, że gdy przedstawia się w ten sposób, ludzie myślą, że jest żoną Izziego Stradlina – byłego gitarzysty grupy rockowej Guns and Roses. Miała takiego kaca, że słyszała dźwięk trzepotania rzęs. Zważając, że była moim gościem, nie mogłam pozwolić, by sama mierzyła się z pokręconą komunikacją miejską Nowego Orleanu. Na stanowisko odlotów dotarłyśmy zdecydowanie zbyt prędko. Połowę czasu spędziłam namawiając ją, by została jeszcze jeden dzień, ale broniła się koniecznością znalezienia pracy. Później powiedziała, że skoro tak bardzo lubiłam Eleonore, to mogę przylecieć do jej miasta i odwiedzić grób. Uznałam to za wspaniały pomysł. Jeszcze dwa tygodnie wcześniej nie wyobrażałam sobie nie poinformować męża o takim przedsięwzięciu. Uznałam to za wyrównanie na jeden do jednego za kufertek pod siedzeniem jeepa.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Krzysztof Konrad · dnia 26.07.2017 22:41 · Czytań: 170 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 12
Komentarze
JOLA S. dnia 26.07.2017 23:06 Ocena: Świetne!
Witaj, Krzysztofie.

Piszę, zgodnie z obietnicą.

Historia leci wartko, obrazy suną. Pokazuje się wiele elementów charakterystycznych. Na pewno znajdzie swoich zwolenników. Jest OK.

Teraz dwa słowa o technice.

Już kiedyś zwróciłam uwagę, że piszesz zdecydowanie lepiej, unikając niezręcznych sformułowań. Jest do poprawy kilka przecinków, w zasadzie w kilku miejscach zauważyłem ich brak. Ale, co ja mogę o przecinkach.

Pozdrawiam serdecznie :)

JOLA S.
Krzysztof Konrad dnia 27.07.2017 15:07
Dziękuję. Akcja w końcu ruszyła, choć nie uda mi się skończyć opowiadania tak wcześnie, jak zakładałem. Jeszcze miesiąc i ruszę z anatomią prawdy, bogaty w nową wiedzę :)
skinnywords dnia 27.07.2017 15:48
Dobrze się czyta. Czuję Bukowskiego i Salingera. Ciekawe, bo nieprzewidywalne. Mam jedną uwagę: 'ŚMIERĆ ZAIMKOM". Bardzo dużo ICH :| w tekście.
Krzysztof Konrad dnia 27.07.2017 16:15
Wyeliminuje je :) dzięki i pozdrawiam.
Usunięty dnia 28.07.2017 21:14
Kiedyś oglądałem na TVP Kultura (więcej tego nie zrobię, żeby nie zawyżyć oglądalności telewizji kurskiego) program z Marianem Dziędzielem. Aktor opowiadał o współpracy ze Smarzowskim (reżyserem). Otóż w którejś ze scen filmu Dziędziel miał uderzyć swoją filmową żonę, a później powiedzieć "kochanie podaj mi klopsiki". Aktor zasugerował wtedy Smarzowskiemu, że może jeszcze pocałuje filmową żonę. Reżyser, po krótkim zastanowieniu, odpowiedział: nie przesadzajmy to nie telenowela.
Krzysztof Konrad dnia 28.07.2017 22:17
Nie rozumiem tego komentarza.
Usunięty dnia 28.07.2017 22:19
A bo mi się pomyliły aluzje z żaluzjami i jeszcze kotarami.
Krzysztof Konrad dnia 28.07.2017 22:33
Cóż. Skoro sądzisz, że mój tekst napisany został niechlujnie, że robię to taśmowo, to się mylisz. Bardzo mocno pracuję nad warsztatem, a nie wiesz z jakiego poziomu startowałem, bo mnie nie znasz. Cenię sobie bezpośredniość, nie lubię natomiast ludzi udajacych "tajemniczych" krytyków z okularem, wąsem, fajką i pseudo-pociskami. Masz zastrzeżenia - wyraź opinię, nie graj tu cwaniaka, bo to nie jest 1b gdzie trzeba komuś pokazać jego miejsce :) pozdrawiam. Naprawdę szczerze.
Usunięty dnia 28.07.2017 22:46
Przede wszystkim, golę się co dwa dni, wzrok jak dotąd mam dobry, co dziwne, jako że głównie zarabiam na życie jako copywriter, a złośliwość jest moją cechą wrodzoną - niektórzy mylą ja z inteligencją.

Niechlujności ani braku pracy nie zarzucam Ci w żadnym wypadku. Po prostu sądzę, że wiele z opisywanych przez Ciebie sytuacji jest wyidealizowanych i przesadzonych. Już po pierwszych zdaniach poczułem jakiś rodzaj fałszu, który wykazywały te szorstkie palce tak pragnące masować. W prawdziwym życiu wygląda to trochę inaczej.

Streszczam się: albo opowieść ma być ściśle wierna realiom prawdziwego życia, albo ma uciekać w fantazję, ale tak by czytelnik to zauważył, pojął i zaakceptował. Twoja opowieść nie spełnia tych kryteriów i dlatego mi się nie podoba.

Może się mylę, ale to ja odpowiadam za swoje błędy.

Najlepszego!
Malesza dnia 29.07.2017 08:36 Ocena: Dobre
Zauważyłam mały psikus: "...weszłam w przekroczyłam próg posypany działką koki...", poza tym poszesz bardzo "literackim" językiem, dbasz o wyszukaną formę, niebanalność - to się czuje. Natomiast zauważyłam pewną sztywność dialogów, lubię naturalność, nawet kosztem gramatyki i składni, dlatego to wyłapałam (oczywiście tylko w dialogach - ludzie potrafią wspaniale kaleczyć język, ubarwiać go, odkształcać).
Nie chcę wyjść na jakąś "mondralińską", po prostu tekst wpadł mi w oko i chciałam podzielić się spostrzeżeniami ;)
Pozdrawiam ;)
Krzysztof Konrad dnia 29.07.2017 11:07
Maddadam - jesteś trochę zerojedynkowy. Nie można dzielić literatury albo na przyziemną, albo niewiadomo jak popchnietą fantazją. "Dexter" "Ta chwila" czy choćby kultowy "Hannibal" - do jakich kategorii z dwóch, które wytyczyłeś, zaliczysz te uwielbiane przez miliony ludzi, powieści? I które sytuację są tu przesadzone? Jeśli chodzi o masowanie, to widocznie nie poznałeś jeszcze tak dokładnie życia.

Malesza - boba poprawię. Co do dialogów, jeszcze je szlifuję, ale bohaterka sama w sobie jest sztywna, jej mąż dostojnym krasomowcą, a co do Beth - chyba nie mam jednak zastrzeżeń :)
Malesza dnia 29.07.2017 12:12 Ocena: Dobre
Nie znam całości, więc mogę nietrafnie coś wytknąć ;)
Dopiero zapoznaję się z publikowanymi tu pracami. Poczytam - bardziej "ogarnę" ;)
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Esy Floresy
18/08/2017 10:34
Przypominam o zasadach i bardzo proszę o zaprzestanie… »
Josef Hosek
18/08/2017 10:12
Swietne, oryginalne, na wysokim poziomie, pisanie! Szkoda,… »
pociengiel
18/08/2017 08:45
Bardzo,(tutaj nie znajduję odpowiedniego przymiotnika). A to… »
JOLA S.
18/08/2017 07:51
Nie napiszę jakiegoś dłuższego komentarza, po prostu to nie… »
Jaga
18/08/2017 07:30
Miladoro:) Z jeleniami masz oczywiście rację :) Z… »
Bernierdh
18/08/2017 03:12
Ogromnie dziękuję i również serdecznie pozdrawiam :) »
pawels
18/08/2017 00:51
Dziękuję za wszystkie dotychczasowe komentarze. Jak zapewne… »
chawendyk
18/08/2017 00:44
Wiem. Za życiowy:) ale im więcej krytyki tym więcej pracy… »
introwerka
18/08/2017 00:42
Zolu, tak sobie myślę: grunt to żeby nie dać się… »
Zola111
18/08/2017 00:33
Mocny tekst, Intro. - tak, to świetne ujęcie… »
Zola111
18/08/2017 00:13
Intro, tak myślałam. Rozumiem. z. »
Zola111
18/08/2017 00:11
Intro, tytuł to imię (obok formy Ina funkcjonuje, chć… »
introwerka
18/08/2017 00:10
Zolu, a ja właśnie wracam spod Twojej "Innej" :)»
Zola111
18/08/2017 00:06
Miladora już sporo wypunktowała. Mnie jeszcze korci, żeby… »
introwerka
17/08/2017 23:56
Wstrząsający wiersz, w którym teraźniejszość okazuje się… »
ShoutBox
  • chawendyk
  • 18/08/2017 08:40
  • Słuchowisko radiowe "Matysiakowie" to przykład dobry naśladowania:)
  • Silvus
  • 18/08/2017 00:18
  • Ranczo w radiu? Chyba dałoby radę, gdyby bardzo dobrze znać aktorów. ;)
  • chawendyk
  • 18/08/2017 00:00
  • Cholera. TV nie oglądam:) ...ale radia słucham:)
  • mike17
  • 17/08/2017 23:31
  • Cały tydzień masz na TVP HD na dekoderze numer 3. Dwa odcinki naraz, full wypas :)
  • chawendyk
  • 17/08/2017 23:19
  • Kurcze oglądałem ostatnio gdzieś trzy lata temu. A może z pięć:/
  • mike17
  • 17/08/2017 23:12
  • A w"Ranczu" piją wszyscy :) Warto przyjrzeć się mechanizmom tego picia. Ławeczkowicze z nudów, księżą z powagi, Kozioł x Czerepachem z przekory, ale pije każdy :)
  • chawendyk
  • 17/08/2017 23:10
  • "Nową jakość" tworzymy wszyscy:) na fundamencie Literatury współczesnej:) i trzymam się swej koncepcji wciąż still mocno hard
  • mike17
  • 17/08/2017 23:07
  • To,co wnosi "Ranczo" daje nową jakość. Sam od lat piję browce i jest mi z tym very good. Nie mam z tym problemu. Wszyscy lubimy w domu piwo, stąd ta miłość :) To piękne, nocą wypić piwo :)
  • chawendyk
  • 17/08/2017 23:03
  • Dużo mi inspiracji dałeś swoimi wywodami:)
Ostatnio widziani
Gości online:49
Najnowszy:kalistenika5
Wspierają nas