Ze zwichniętym skrzydłem - cz. 8. Profesor - JOLA S.
Proza » Długie Opowiadania » Ze zwichniętym skrzydłem - cz. 8. Profesor
A A A

Jest koniec września, lato w Paryżu na dobre odeszło w niepamięć. Musiałam wstać wcześniej niż zwykle, nawet nie potrzebowałam budzika. W mieszkaniu jest zimno. Bębnienie ulewnego deszczu o parapet nie poprawia mi humoru. Od godziny snuję się po kuchni w szlafroku. Z szafki wyjmuję miseczkę, robię owsiankę, na stole stygnie mocna kawa. We Florencji było cudownie, z Markiem też jest wszystko jest w porządku. Na szczęście, moje obawy nie potwierdziły się. Uśmiecham się na samo ich wspomnienie, najwyraźniej to coś znaczy. Tak, życie z dnia na dzień odcina przeszłość niczym kupony.

- Obudź się, Kuba! Nie rób sobie wstydu!

Tego śpiocha nic nie rusza. Obok rozpoczętej butelki mleka leży list, ma stempel sprzed tygodnia. Wcześniej go nie dostrzegłam. Otwieram pospiesznie kopertę. Rozpoznaję odręczne pismo Maria.

Karoline, piszę przy świecy.
Dostałem od majstra Errico kawałek drewna, bumerang.
Rzuca się nim daleko, ale on przylatuje z powrotem. Gdy mocno go ściskam drży
i trzeszczy jak moje skrzydła schowane pod kurtką. Uwierz, to nie zabawka, a prawdziwa broń  z Australii.”.
Wszystko u mnie dobrze.
M.”

Niewypowiedziane słowa grzęzną między niezdarnymi literami. Krótka notatka pisana w pośpiechu, na grubym papierze. Nic to, Umberto Eco swoje zapisywał na pudełkach od zapałek. Opublikowane, mimo że pisane na marnym podłożu nikogo nie odstręczały. Umberto Eco pozostanie zawsze Umberto Eco. Chociaż, znam poetę, który pisze na serwetkach, a jeśli nie ma ich pod ręką wykorzystuje do tego własne lub cudze nadgarstki. "Pisać i rysować można na wszystkim".

Mario poddaje się swojej wyobraźni, jego zapiski, choć osadzone w realnym czasie mówią więcej o jego wewnętrznym krajobrazie niż o tym, co wydarzyło się na jawie. Latem widziałam w jego oczach strach, małe usta zaciśnięte w niemym proteście. "Ojciec pije, a matka zaharowuje w pizzerii. Będę zupełnie sam i to będzie moja wina." - zwierzył się, w którymś liście.

- „ Mario, pisz dużo i często, muszę wiedzieć o tobie jak najwięcej…”

Oczy robią się wilgotne, skończę później. Czy kiedyś zrozumiem ten kłębek serca toczący po podłodze domu nad Adriatykiem?


Rok akademicki jeszcze się nie zaczął, a w Ecole des Beaux-Arts  trwają zajęcia. Mnie to też nie ominie i to dzisiaj. Czuję narastające napięcie. Moje rysunki są bez wyrazu, wciąż je poprawiam, to tak jakbym udoskonalała samą siebie. Efekt krytyki i sugestii profesora, a może zbyt szybko chcę osiągnąć namacalny sukces? Nie wiem czy to zaleta, czy wada. Malowanie jest jak o jedno życie więcej. Ojciec w malowaniu też się zatracał, jakby żył podwójnie. Natura wyposażyła go w coś ważnego, gdy namalował słońce, czułam ciepło spływające z jego pędzla.

Rozlega się miauczenie Kuby. O wilku mowa... Chwilę wcześniej, widziałam jak maszerował na koniec łóżka i zeskakiwał z gracją na podłogę. Pora na befsztyczek, nie mam wyboru. Pachnie naprawdę pięknie, znika w oczach. Siadam na kanapie. Kuba wciska się obok, słodko pomrukuje. W moich rozmyślaniach kryje się ziarno prawdy, ale chyba nie ma co przesadzać z ambicjami. Przyszłość pokaże na co mnie stać. Czas zwija się w kłębek, znikam w łazience wziąć prysznic. Brzęczy komórka, nie mogę odebrać, siła wyższa. Cichnie. To zapewne Victor, brakuje mu relacji z rozmowy z Markiem. Zapyta - Czy jestem pół krwi Żydówką? Zupełnie nie mam ochoty na spowiedź.

Jeszcze parasol, zielony płaszcz przeciwdeszczowy, na końcu rysunki pakuję do teczki i w drogę.

- Baw się dobrze, Kuba!

Idę piechotą, moje myśli uparcie krążą wokół Victora. Coś mnie ostatnio niepokoi. Dotychczas odnosiłam wrażenie, że wszystko między nami układa się wspaniale. Mamy sporo do nadrobienia, muszę mu zadać kilka pytań. Może uda się  wieczorem, dziś stuka mu okrągła liczba, ma trzydzieste urodziny. Na mijanym słupie ogłoszeniowym reklamuje się "Le Bazar". "Klimatyczne, świeżo otwarte bistro z lustrami i boazerią, położone na lewym brzegu Sekwany. Inne niż wszystkie paryskie bistra, nastrojowe z muzyką z lat  trzydziestych." Mnie kojarzy się z romantycznym wyobrażeniem o wielkich artystach, pisarzach i intelektualistach Paryża tego okresu. Wieczorny wypad? Potrzebuję porządnej imprezy. Rozchylam płaszcz, ubrałam się za ciepło. Liście na drzewach przy kościele Saint-Julien le Pauvre szeleszczą poruszane podmuchami wiatru. Odgłos przypomina cichutkie grzechotanie kamyczków w słoiku. Pada mniejszymi kroplami i Paryż zaczyna tętnić normalnym życiem. Na moście St- Michel pojawia się muzyk. We wrześniu w Paryżu na początku sezonu kulturalnego goszczą muzyka i taniec, widok występów ulicznych nikogo nie dziwi. Tłum się śpieszy, pobłyskują białe kołnierzyki i gazety. Przedzieram się przez sznur samochodów, krótki łomot i jestem za bramką metra. Na peronie zauważam Robina. Rusza pędem w moją stronę. Ściska mi dłoń na powitanie.

– O, cześć, Karoline! Daj, poniosę ci teczkę z rysunkami, jedziemy w tym samym kierunku.

Podnoszę rękę w geście kapitulacji. Oczy mu się świecą jak kotu na widok sperki. W metrze też panuje niezły tłok. Robin rzuca nonszalancko kapelusz i „Timesa” na półkę nad głowami stojących ludzi, teczkę upycha na siłę tuż przy mojej.

- Popatrz, chyba złamałem paznokieć! - Skarży się, podtykając mi wskazujący palec pod nos.

Mogłabym wprawdzie poprzestać na zdaniu" Robin zachowuje się jak dupek", ale nie. Od dawna jawi mi się jako koszmarny Anglik. Co chwilę pociąga zakatarzonym nosem, a uważa się za cholernie atrakcyjnego, błyskotliwego, pełnego empatii. Czy w ogóle wie co to znaczy? Nasze umysły nie są zbudowane według tego samego planu, dzieli nas tysiące mil. Wrażliwy? A niech mnie! Ma wrażliwość deski klozetowej. Przygląda mi się z krzywym uśmieszkiem, odwracam głowę.


-  Biedactwo, oblałaś rysunek?

– Tak, nie byłam dość dobra.

- Dasz radę, spójrz na mnie.


- Dobre sobie. W moim przypadku to raczej preparowanie śmieci.

Robin wytrzeszcza  oczy, ale mu walnęłam.


– To tylko kwestia przykładania się.

- Nie jestem tego taka pewna.

Kiwa głową, cokolwiek to znaczy.  Na peronie, szczęśliwie tracę go z oczu.

****

Boczny korytarz Ecole des Beaux-Arts  jest jak wymarły. Przez wysokie okna wpada mało światła, nie wypogodziło się, przez co wydaje się jeszcze bardziej mroczny. Od progu nie opuszcza mnie wrażenie, że duchy sławnych absolwentów szkoły przywarły do ścian i straszą. Ależ głupków przyjmują  do Ecole des Beaux-Arts! Czyżby rozmawiali o mnie? Z trudem opanowuję chęć roześmiania się. Monumentalne, gipsowe figury niczym z Wysp Wielkanocnych, rozpadają się w abstrakcyjne portrety. Zupełnie odmienny świat. Specyficzny nastrój, aranżacja wnętrza, nie mającą nic wspólnego z napuszonym stylem paryskich galerii, nie przytłaczają tak jak Luwr. Skoro wszyscy tak powtarzają, to chyba tak jest.

Przyspieszam kroku. W holu przed windą nie ma nikogo. Po minucie zjawia się Pauline Castalin, diabelnie zdolna studentka czwartego roku. Marszczy brwi, obrzuca mnie lodowatym spojrzeniem. No, tak, kiedyś zdałam jej kilka głupich pytań. Nie przypuszczałam, że ją urażę, nie miałam takich intencji. Kręcę się, czekając na windę, chcę pogadać, ale nie zwraca na mnie uwagi." Nie rozmawia się z byle kim" - mówi spojrzeniem. A miałam o niej takie dobre zdanie. O ile pamiętam dopiero po roku 1897 dopuszczono do studiów na Ecole des Beaux-Arts kobiety. Być jedną z nich, to do dziś robi wrażenie. Zupełnie tego nie rozumiem, ale żadne roztrząsania nie umniejszają faktu. Winda nareszcie rusza w górę, obcość Pauline napełnia mnie energią, nie umiem ustać w miejscu.

Sala katedry malarstwa stoi otworem. Pachnie farbami, jest zadziwiająco pełna. W czystym świetle lamp, na  podium pręży się nagi, muskularny model. To zwykły obrazek, ale miło popatrzeć. Chcę zająć jedno z wolnych miejsc. Grupka studentów otacza wiankiem profesora, skutecznie blokując mi przejście wzdłuż ściany. Wpada mi do ucha kilka potoczystych zdań. Język górnolotny, kwiecisty. To wrażenie mam od momentu, gdy tylko otworzył usta. Profesor jest zjawiskiem, autorytetem, jego opinie są ostre, szczere do bólu, ale trafiają w sedno. Chwilę później z trudem skrywa irytację, omawia rozpięte na  sztaludze dokonania malarskie Ann. Przysiadam na krześle w imponującej grupce gapiów, śledząc scenę z zapartym tchem. Bohaterka tkwi jak słup.Trudno mi sobie wyobrazić jej minę. Naprawdę jest mi jej żal! Tłumione, paskudne chichoty dochodzą zza sztalug. Posyłam ich autorom mało przyjemne spojrzenie. Co za ludzie!
Czarna, profesorska broda sterczy niczym rozczochrany pędzel. Moja wyobraźnia harcuje, serce pracuje jak betoniarka. Czemu ludzki umysł jest tak skonstruowany, że mam w sobie ciągle strach i wątpliwości?  Na mój widok twarz profesora tężeje, sunie w moim kierunku, za nim podąża spragniony sensacji orszak. - Już po mnie, drzwi są dokładnie naprzeciwko- przemyka mi przez głowę. - O nie, pomyślą, że stchórzyłam. Jeszcze nie z jednym przyjdzie mi się zmierzyć. Ciekawski tłumek gęstnieje za plecami, czekają na kolejne widowisko.

- Karoline, dzień dobry, jak się miewamy tego ranka?- mówi z automatycznym sarkazmem.


Moje imię, wypowiadane przez profesora, zawsze w pełnym, dorosłym brzmieniu, odbija się od ścian i wraca, aż skóra cierpnie na karku. Paul Charpentier bywa bezpośredni i delikatny, tak bardzo, że trzeba milczeć. Pracowitość i talent tylko to go przekonuje. U mnie nie zawsze objawiają się w widocznej postaci.
Nieśmiało rozkładam rysunki. Ogląda  z uwagą. Nie jestem w stanie o niczym innym myśleć, na moment nie spuszczam z niego wzroku. Bierze każdy rysunek z osobna do ręki i w skupieniu studiuje. Można zwariować! 

- Karoline, szkice są wprawdzie surowe, ale to nie ma znaczenia - zaczyna cedzić przez zęby. - Dobry portret chłopca: zdecydowana kreska, zachowane proporcje głowy, przemyślana kompozycja, robisz postępy. Roślinny motyw w rogu portretu, to twój podpis? Interesujące! Na boga, weź do ręki farby i zacznij malować. No, to co, do roboty?

Skończył. Rumienię się, nie zapominając o dobrych manierach. Ściska mi mocno rękę. Nie mogę  uwierzyć! Porozumiewawczy uśmiech asystentki profesora utwierdza mnie w przekonaniu, mile łechcąc moją próżność. Opieram się o sztalugę, wypuszczam powietrze. Stało się! Nie posiadam się z radości. I co teraz? Prawie piąta. Zdążę kupić drobny prezent dla Victora. Wybiegam na ulicę...


****

Rozległ się warkot, uruchamianego samochodu. Silnik zawył, gdy kierowca wcisnął gaz do dechy, po czym wóz ostro ruszył prosto na stojącą na chodniku młodą dziewczynę w zielonym płaszczu. Kierowca nie zwolnił. Od rana paryska prasa komentuje ten straszny wypadek…”

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
JOLA S. · dnia 01.08.2017 21:58 · Czytań: 283 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 4
Komentarze
kamyczek dnia 04.08.2017 07:47
Bardzo ładnie, sprawnie napisane. Podoba mi się, tak jak i pozostałe części opowiadania.
Cytat:
Inne niż wszyst­kie pa­ry­skie bi­stra, na­stro­jo­we z mu­zy­ką z lat z lat trzy­dzie­stych.

- jedno "z lat" zbędne.
Cytat:
Roz­legł się war­kot, uru­cha­mia­ne­go sa­mo­cho­du. Sil­nik zawył, gdy kie­row­ca wci­snął gaz do dechy, po czym wóz ostro ru­szył pro­sto na sto­ją­cą na chod­ni­ku młodą dziew­czy­nę w zie­lo­nym płasz­czu. Kie­row­ca nie zwol­nił. Wmu­ro­wa­ło mnie w środ­ku sa­mo­cho­du. Szcze­gó­ły? Od rana pa­ry­ska prasa ko­men­tu­je ten strasz­ny wy­pa­dek…”

Dziewczyna w zielonym płaszczu to, jak się domyślam, Karoline prawda? Szkoda, że musiała zginąć w ten sposób, wielka szkoda.
Polubiłam Twoją bohaterkę, Jolu, i, gdyby to mogłoby coś zmienić, wycięłabym z zakończenia te zdania:"Wmu­ro­wa­ło mnie w środ­ku sa­mo­cho­du. Szcze­gó­ły?" zostawiając tzw.furtkę dla dalszych losów Karoline. Ale nic nie sugeruję, bo to Ty decydujesz.

Pozdrawiam serdecznie.
JOLA S. dnia 04.08.2017 08:36
Kamyczku,
dzięki za przemiły komentarz, bardzo dla mnie satysfakcjonujący, bo potwierdza, że tekst realizuje to, co zamierzyłam. :)

Cenne wskazówki. Obiecuję, przemyślę.

No i cieszę się, że odnalazłaś w nim coś dla siebie.
Serdeczności :) :)

JOLA S.
al-szamanka dnia 05.08.2017 12:11 Ocena: Świetne!
Tylko przykłady:
"Opu­bli­ko­wa­ne, mimo, że pi­sa­ne na mar­nym pod­ło­żu ni­ko­go nie od­strę­cza­ły"
Drugi przecinek to błąd, zawsze stawia się przecinek tylko przed mimo że.
"Mar­twi się, z każ­dym dniem staje się coraz bar­dziej nie­spo­koj­ny, jego ro­dzi­ce tym się nie przej­mu­ją"... strasznie dużo się jak na jedno zdanie.
"Drzwi są do­kład­nie na prze­ciw­ko"
naprzeciwko

Wstrząsające zakończenie, takiego zupełnie się nie spodziewałam.
Ale cóż, w końcu piszesz o złamanych skrzydłach.
Jolu, świetny tekst!
Twój sposób pisania po prostu mi leży, trafia tam, gdzie trzeba, rozpoznawalny styl... i ten rytm, jakbyś rzewnie grała na bałałajce.
Mam wrażenie, że powieść po Twojemu napisana mogłaby być prawdziwym bestsellerem.

Pozdrawiam ciepło :)
JOLA S. dnia 05.08.2017 12:34
Droga Al, cóż mogę powiedzieć. Było miliony powodów, aż zwątpiłam w siebie. :) Ty i Kamyczek jesteście nieocenione, dla Was warto pisać. Nie powiedziałam ostatniego słowa, przywiązałam się do mojej Karoline, widzę codziennie jej twarz... Piszę dalej.

Dzięki. Buziaki. :) :)

JOLA S.
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Miroslaw Sliwa
22/08/2017 08:43
Spokojnie. Właśnie po raz, chyba już siódmy, wziąłem się za… »
retro
22/08/2017 08:37
Witaj najulubieńszy z ulubionych! I pomyśleć, że Janosik… »
retro
22/08/2017 08:30
Ej, nie... Wiele czasu żeśmy przegadały. Śmiem twierdzić,… »
trawa1965
22/08/2017 08:25
Poczytam. »
bruliben
22/08/2017 07:08
Wiktorio, pochylę się nad czasownikami. Dziękuję. I… »
bruliben
22/08/2017 07:04
Mam na myśli i to, przemijanie, zmiany pór roku. Ale poza… »
Silvus
22/08/2017 01:09
OK, mogę tak przyjąć. »
damian wrotycz
22/08/2017 01:03
no jak nie to nie, szkoda. ale i tak wrzuce :) jest o tym o… »
Silvus
22/08/2017 00:46
Hm... ja tam wolę wiedzieć, o czym czytam. ;)»
Pola Kaj
22/08/2017 00:45
Ooo... podoba mi się bardzo :) »
Silvus
22/08/2017 00:41
No właśnie! Jak brzmi autorowi, to się cieszę! :) (pomijam… »
wiktoria
22/08/2017 00:39
Cieszę się bardzo Introwerko. MM jest tylko tłem, a diabeł… »
Silvus
22/08/2017 00:37
Dla ciebie... Hm? Pod łóżkiem? Poza… »
wiktoria
22/08/2017 00:32
Bardzo szczery tekst. Aż jestem ciekawa co będzie dalej.… »
damian wrotycz
22/08/2017 00:27
to super ! :) ale mam też taki dynamiczny krwawy o… »
ShoutBox
  • Esy Floresy
  • 21/08/2017 21:49
  • Vulpes :) A Ciebie co za dobre duchy przywiały?
  • Silvus
  • 21/08/2017 20:57
  • O, Erosa lubię.
  • Niczyja
  • 21/08/2017 16:32
  • Jest tyle nowych opublikowanych tekstów, że sama nie wiem od którego zacząć:) Może na początek zacznę od muzyki ... [link] :)
  • mike17
  • 21/08/2017 15:54
  • Oj, chyba nie. Znane mi są przypadki, gdzie ktoś ze sprzedawcy został kierownikiem sklepu, bo awansował i spotkał się z uznaniem właściciela. To się naprawdę dzieje, ale życzenia można zawsze mieć :)
  • chawendyk
  • 21/08/2017 14:48
  • no to akurat myślenie życzeniowe:)
  • mike17
  • 21/08/2017 12:25
  • A czyż awansowanie nie jest wynikiem uznania?
  • chawendyk
  • 21/08/2017 09:56
  • Gorzej jak uznanie zmienia się w awansowanie
  • JaDziekuje
  • 21/08/2017 02:02
  • Każdemu należy się uznanie, jeśli swoją pracę wykonuje z sercem.
  • Infernus
  • 21/08/2017 01:27
  • Dlatego należy się szczere uznanie dla tych, którzy robią to z sercem..
  • chawendyk
  • 21/08/2017 01:01
  • a wiesz ile śmierci można uniknąć dzięki profilaktyce? odpowiem. większości.
Ostatnio widziani
Gości online:43
Najnowszy:Baquetse5x
Wspierają nas