Referendum - Salghieri
A A A

Transmisja z debaty trwała już ponad godzinę. Ekran wyglądał jak mozaika złożona z pięćdziesięciu czterech kwadratów. Każda komórka była dedykowana innemu ekspertowi. Gdy swoją opinię wygłosił Izak Hern, podświetliło się pole numer dwadzieścia osiem. Wówczas głos zabrał republikanin Jean Marie.

- W takim razie ja się pytam, co im to takiego szkodzi?! – zagrzmiał. – Co takiego muszą mieć do ukrycia, że aż tak się boją?! To bardzo ważne pytanie! Przecież to nic trudnego… Jeśli pan Izak ma wątpliwości co trzeba zrobić, już mu pokazuję…

Ekspert znany z zamiłowania do posługiwania się gadżetami wyjął spod biurka kabel zakończony wtyczką, zbliżył go do kamery, a następnie z zadowoleniem wypisanym na twarzy, wpiął w port USB. Izak Hern od razu poprosił o udzielenie głosu. Sonia wcisnęła jednak przycisk STOP i wyłączyła ekran. Jean Marie przekonał ją już przecież dawno. Weszła na Off-a i zamierzała odejść sprzed monitora, ale zobaczyła na ciemnym ekranie swoje odbicie, które… coś jej przypomniało. Uciekła szybko spojrzeniem sprzed tego obrazu, ale po chwili… znów wróciła myślami do tego dziwnego pomysłu, który od powrotu z wyprawy nie dawał jej spokoju.     

 

*

 

                Byli wszędzie. Tłoczyli się na ulicy jak bydło w wagonach towarowych. A przez swoje opuszczone głowy i przygarbione sylwetki wyglądali jakby też szli na rzeź. Takie było jej pierwsze skojarzenie. Przeraził ją ten widok, ale nie zamierzała odpuścić. Ściśnięci, drepczący prawie w miejscu tworzyli wolno przelewającą się za progiem masę. Wystarczyło tylko otworzyć śluzę wyjściową i pchnąć koła wózka. Czuła mocne bicie serca, ale w końcu to jednak zrobiła, choć jakby wciąż wbrew sobie. Gdy przeszklone drzwi schowały się w ścianie, gwar z ulicy wtargnął na korytarz z takim impetem, że na moment aż cofnęła się do środka. Od razu poczuła na sobie te uśpione bezruchem spojrzenia. Były odpychające i jakby martwe, ale… Czy nie tliła się w nich ta tajemnica, o której wspominał Darwin? I czy to nie ona pociągnęła ją jednak za sobą? Gdy wjechała pomiędzy nich, od razu poczuła siłę wiru jaki tworzyli. Miasto zaczęło wsysać ją w swoje cuchnące życiem wnętrzności.

 

*

 

- Jesteś kochana na Off-ie? – zapytał Kevin.

- Tak – odpowiedziała Sonia.

Siedziała przy oknie z kotem na kolanach i gładziła go czule po główce. Świat promieniał bogactwem kolorów. Czerwony rumieniec jakim oblało się niebo o zmierzchu zaglądał w oczy, a wiatr znad morza kołyszący liśćmi palm na brzegu zawodził coraz głośniej, jakby z zazdrości o uwagę. Kevin podjechał na swoich czterech kółkach do pani i oznajmił metalicznym głosem:

- Za godzinę kochana powinnaś coś zjeść.

- Co przywieźli? – zapytała Sonia.

- To co zamówiłaś.

- To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

- Mam wprowadzony do systemu zestaw piąty i czterdziesty szósty.

- Od trzech dni to samo.

Kevin przyjrzał się jej uważnie. A więc miał rację. Była czymś zdenerwowana.

- Jeśli się nie przeprogramowałem, zrezygnowałaś z trybu automatycznej rotacji przy zakupach – oznajmił z zaimplementowanym spokojem.

- Dobrze, zestaw piąty, ale za godzinę. Muszę zejść na jakiś czas z Off-a.

- Jak kochana chcesz. Nie będę zazdrosny.

- Zazdrosny?

- Roboty mojego typu mają wysoce rozwinięty system pętli poznawczych. Myślę, że Darwin się stęsknił.  

- Zejdź mi z oczu, złośliwcze – zażartowała, rumieniąc się przy tym jak nieśmiała dziewczynka.

 

*

 

                Jedni stali oparci o mur, a wyglądali jak zrujnowane posągi z dawnego świata, oszpecające swą brzydotą fasady nowoczesnych świątyń, inni pełzli przed siebie, z pokornie pochylonymi głowami, jakby w zadośćuczynieniu za popełnione błędy. Ale przecież wciąż mieli jeszcze wybór. Jak mawiał Jean Marie, wystarczyło tylko włożyć wtyczkę do gniazda. Sonia sprawdziła czy ma dobrze zapięty pas bezpieczeństwa – chodnik był nierówny, a otoczenie pełne złowrogich łokci i niby przypadkowych pchnięć. Tonęła w cieniu sunących obok postaci – to akurat nie było takie złe. Tylko co jakiś czas zza tłumu przebijało oślepiające światło latarni. Był środek dnia, ale miasto zbudowane z kilkusetmetrowych Portowców i powciskanych pomiędzy ich ściany wąskich wąwozów, przez przerażającą ciasnotę cały czas tonęło w półmroku.

 

*

 

                Sonia włączyła ekran i podała hasło dostępu. Połączono. Odetchnęła z ulgą. Minęło już dwadzieścia sześć godzin od usunięcia awarii, ale każda próba połączenia wciąż naznaczona była obawą. Nie, nie miała ochoty tam już wracać - pomyślała. A potem znalazła na liście kontaktów nick: Darwin. Darwin był miłośnikiem nie tylko nauki, ale i sztuki. Z początku nawet to w nim lubiła, ale teraz irytował ją ten jego awatar. Umyślnie ominęła spojrzeniem wycinek z fresku ,,Stworzenie Adama” (dzieła Michała Anioła), za którym krył się w Sieci młody przystojny mężczyzna. Kliknęła nick. Choć nie… jeszcze nie… Jednak wstrzymała połączenie. Włączyła kamerkę i uważnie przejrzała się w jej obrazie. Całe szczęście, że zareagowała w porę. Jeden błąd i czar przecież pryska. Dla Darwina miała wyglądać inaczej niż dla Aresa.

- Kości policzkowe szerzej o pół centymetra z obu stron, wygładź cerę i rozjaśnij włosy – wydała polecenia aplikacji.

- Tak dobrze? – odparł program.

- Włosy jeszcze trochę jaśniejsze… O tak. I nie zapominaj poszerzać uśmiech!

- Nie mam zjebanych obwodów jak Kevin.

- Nie przeklinaj.

- Dla ciebie wszystko szefowo.  

 

*

 

                Z tej strony świata Portowce wyglądały zupełnie inaczej – zauważyła Sonia. Wręcz jak ponure lochy, które wymknęły się z podziemi. Ich ściany były brudne, jakby osmolone tą mgiełką, która gęstniała wokół niczym kłęby dymu nad coraz głośniej rzężącym silnikiem. Rada miała rację – coś trzeba było zrobić. Katastrofa zdawała się nadciągać. Czego nie powiedzieliby obrońcy praw człowieka - miasto wyglądało jak wyczerpany, ledwo dyszący organizm. Przeludnienie zagrażało wszystkim, nie tylko robactwu, które tu ją tak oblazło. Odepchnęła z obrzydzeniem rękę, która oparła się o wózek. Obraz zmarszczonej dłoni z ciemnymi - od zbierającego się pod nimi brudu - paznokciami, spowodował, że prawie zwymiotowała. Chyba jednak niepotrzebnie dała się Darwinowi sprowokować – przeklęła w myślach swoją decyzję.

 

*

 

Ekran odcinał się od przyciemnionego tła pokoju. Zdawał się wypełniać całe pomieszczenie. Po chwili wyczekiwania pojawił się na nim Darwin. Był opalonym brunetem o błękitnych oczach i zadbanym zaroście. Uśmiechał się szeroko.

- Zaczynałem się już o ciebie martwić - zaczął.

Miała wrażenie, że się zarumieniła.

- Nie przesadzaj – odparła.

- Słyszałem o awarii.

- Takie rzeczy się niestety zdarzają.

- Rada powinna coś z tym zrobić.

- Podobno siadły serwery. Bądźmy wyrozumiali, to tylko maszyny.

- Podobno tam byłaś?

Kiwnęła głową z należytą dla pytania powagą. Starała się ukryć tę dumę, która cisnęła się na twarz, ale nie było to łatwe. Uciekła więc szybko w odpowiedź:

- Byłam.

- Po jakim czasie? – zapytał wyraźnie podekscytowany.

Ale ona spodziewała się, że mu zaimponuje.

- Pierwszy raz od siedemset trzydziestu ośmiu dni... – odpowiedziała.

Pokręcił głową z uznaniem.

- Ja siedzę jeszcze dłużej. Nie mogłaś wysłać Kevina?

- Wyszłam za twoją namową. 

- Moją namową? – zdziwił się.

- Nie chciałam już wydawać opinii jak to powiedziałeś… na podstawie niesprawdzonych relacji innych.

- Chyba jednak przeceniasz mój wpływ. Sam siebie nie potrafię zmusić do wyjścia.

- Obawiałam się też o Kevina. Wiesz jakie jest teraz nastawienie ulicy. W ostatnim tygodniu na Czwartej Alei ta hołota zlinczowała dwa TeHa Dwadzieścia Sześć…   

- Widać, że jesteś jeszcze zdenerwowana.

- Nie.

- Wskaźniki mówią co innego.

Użyła szybko edytora zachowania, a potem zapytała:

- Już lepiej?

- Jak tam jest? To prawda, co piszą?

Sonia znów poczuła zdenerwowanie, którego jednak teraz nie zamierzała maskować. Było odpowiednie dla opisania tego co widziała.

- Jest nawet gorzej – oznajmiła.

- Więc to nie jest propaganda Rady?

Pokręciła głową i odpowiedziała stanowczo:

- Może nawet chciałabym, żeby tak było. Ale… wiem co widziałam. Po powrocie musiałam naszprycować się tyloma tabletki, że do teraz kręci mi się w głowie.

- Porównywanie ich do zwierząt…

- Jest jak najbardziej na miejscu – wtrąciła stanowczo. – I uwierz, nie chodzi tylko o wygląd… To można jeszcze wytłumaczyć brakiem edytorów. Ale… ich zachowanie… Człapią po tych ulicach jakby bez żadnego sensu, jak czyhające na coś hieny…

- Większość jest podobno bezrobotna.

- Więc czemu się nie podłączą? Co mają do ukrycia? To straszne. Nic o nich nie wiesz.

- Co masz przez to na myśli?

- Identyfikacja poza Siecią przecież na dobrą sprawę nie istnieje.

- Mają dowody osobiste.

- Chyba się ze mną zgodzisz, że to nie to samo co w pełni sparametryzowany profil w Sieci? Raczej nie rozmawialibyśmy teraz, gdybyśmy nie mieli takich samych zainteresowań. Dwa kliknięcia i mogę poznać twoją historie, dowiedzieć się kim jesteś, jakie strony odwiedzasz, a tam… Totalnie nie wiesz czego się spodziewać. Kto stoi obok… To jakiś koszmar.

- Bałaś się?

- To chyba oczywiste. Wyobraź sobie, że oni są wszędzie, ocierają się o ciebie… - Pokręciła głową. – Do tego ten zapach… smród… Tam czuć… - Zabrakło jej odpowiedniego słowa.

- Człowiekiem? – podpowiedział Darwin, uśmiechając się szeroko.

- Tak. – Zaśmiała się. – To chyba dobre określenie.

Zamilkli. Darwin pokręcił głową z dezaprobatą, a po dłuższej chwili zapytał:

- Więc zgodzisz się z tym, że to istoty niższego rzędu?

- Wiesz, że nie lubię określenia Homo Connected. Ono nas z czegoś odziera, ale… ciężko nie zgodzić się z tym, że ewolucja wskazała pewną drogę… My pojechaliśmy dalej, oni…

- Zatrzymali się w miejscu?

- Boję się, że nawet zrobili krok wstecz.

- To będzie dla mnie cenna opinia. Ale wciąż mam pewne wątpliwości…

- Więc wyjdź. Przekonaj się na własne oczy.

- Być może będę musiał to zrobić. Ale wiesz, że to nie takie łatwe.

- Wiem. Przyrzekłam sobie, że nigdy więcej.

- Mam jeszcze do referendum kilka dni. Może się w końcu odważę.

- Może już dość tej polityki?

Darwin zaśmiał się rozkosznie. Podejrzewał czemu się odezwała, a teraz…

- Wiedziałem, że w końcu to powiesz – oznajmił.

- Tak? – zdziwiła się.

- Nie dzwonisz przecież bez powodu.

Roześmiała się. A on patrzył już na nią tak jak lubiła - z tą wyzywającą pewnością siebie na twarzy.

- Chcesz znów to zrobić, prawda? – zapytał.

- Może… – odpowiedziała zalotnie.

- Gdzie?

- Co gdzie?

- Gdzie się umawiamy? W zamku czy na komisariacie? – zapytał o wirtualne środowisko i mrugnął okiem.

- Myślałam o czymś innym… - rzuciła nieśmiało.

- O czym?

- Słyszałeś jak bawią się teraz niektóre nastolatki?

- Jak? Powiedz mi…

- Bez zabezpieczenia.

Zamilkł. Wiedziała, że zaskoczy go tą propozycją. Może rzeczywiście była zbyt wulgarna, ale chciała spróbować.

- Jakiego zabezpieczenia? – Chyba chciał udać, że nie wie o co chodzi.

- Jakiegokolwiek – odpowiedziała szybko.

Patrzyli sobie w oczy.

- Musimy się chyba do tego jakoś przygotować – oznajmił po dłuższej chwili Darwin, jakby jednak, nawet z włączonym edytorem, gubiąc gdzieś tę pewność siebie, która była jego wizytówką.

- Tak. Oczywiście. Musimy się odpowiednio przygotować – potwierdziła. A powoli zaczynała się czuć tak realnie bezbronna jak wówczas na ulicy. Podkręciła nerwowo parametry edytora by się nie zdradzić. – Chcesz się umówić później? – zapytała.

- Tak, chcę.

- To dobrze. Ja teraz muszę coś zjeść. Cześć.

Wyłączyła szybko ekran, odpięła się od Sieci i schowała twarz w dłoniach. Emocje były zbyt silne, a ona czuła jak z drżeniem jej ciała zaczyna drgać cały wózek.

 

*

 

                Strumień ludzi w końcu znalazł ujście, rozlał się na wszystkie strony na skrzyżowaniu z Pięćdziesiątą Czwartą Aleją. Ta ulica, jako jedna z głównych arterii miasta, była już szersza. Nie oznaczało to jednak, że panował na niej mniejszy ścisk. Sonia czuła się jeszcze bardziej zagubiona. Przepraszam! Przepraszam! – krzyczała, próbując przepchnąć się na prawy pas. Z przerażeniem słyszała jak jej głos ginie w potężnym gwarze, na który składały się: krzyki przechodniów, muzyka z barów i klaksony przelatujących nad głową sky-carów. Gdzie się pani pcha?! Z drogi do cholery! Nie wiedziała czy to do niej - głosów wokół było zbyt wiele. Rozejrzała się nerwowo. Ten tłum ją pochłaniał. Bała się, że naprawdę utonie w tym morzu anonimowych istot. Mapa wyświetlona na ekranie komputera podręcznego informowała jednak, że cel jest coraz bliżej.

                Ze ścian Portowców uśmiechały się kolorowe reklamy. Jaskrawe uśmiechy szczerzyły zewsząd białe jak śnieg zęby. W ich migoczącym blasku ten tłum z lotu sky-cara musiał wyglądać jak… parkiet klubu Disco z lat osiemdziesiątych minionego stulecia – wyobraziła sobie Sonia. A to skojarzenie zawiodło ją dalej. Popatrzyła na tych młodych buntowników, którzy przed witrynami sklepów szarpali wściekle struny swych gitar. Ubrani w pstrokate skóry, z kolorowymi grzywami na głowach wyglądali nad wyraz osobliwie. Sonia podjechała bliżej, by się im przyjrzeć. Zawsze ciekawił ją ten dziwny gatunek, który zyskał miano odszczepieńców nawet wśród Wylogowanych. Co prowadzi ludzi do takiego szaleństwa? – pomyślała. Love! Love! Love! Love to freedom! – rozbrzmiał w refrenie głos jednego z rozczochranych szarpidrutów. Love… - uśmiechnęła się pogardliwie. A zaraz potem za szybą kawiarni ujrzała parę zakochanych - kobietę wijącą się wokół mężczyzny w obślizgłym od śliny, pełnym pocałunków uścisku. Z obrzydzeniem wypisanym na twarzy uciekła spojrzeniem czym prędzej na mapę.

 

*

 

- Jesteś kochana na Off-ie? – zapytał Kevin.

- Już tak.

- Można podawać?

- Zaraz.

Sonia pchnęła głowicę dżojstika do przodu i podjechała wózkiem do poręczy wystającej ze ściany. Złapała się jej i podciągnęła. Po krótkiej walce stanęła na nogi.

- Muszę rozprostować trochę kości - oznajmiła. - Za wygodna jestem ostatnio.

- Dokładnie, kochana. Zawsze ci powtarzam, że o mięśnie trzeba dbać - przemówił metaliczny szkielet. - Nieużywane szybko…

- I kto to mówi? – Zaśmiała się pogardliwie.

- Hola, hola… Nie zawsze musisz brać ze mnie przykład.

Zrobiła przy poręczy kilka kroków. Nie bez wysiłku. Zawsze, zaraz po wstaniu kręciło jej się w głowie. Chwila odpoczynku – oddychała za szybko. Oparła plecy o ścianę i popatrzyła na pokój. Lubiła ten moment, gdy mogła spojrzeć na wszystko jakby z góry. Przypomniała sobie słowa Darwina i się zamyśliła. Miał rację? To był jej cały świat? Pomieszczenie zwane Portem było zbudowane na planie kwadratu o boku pięciu metrów. W przeciwległym rogu, na lewo od śluzy wejściowej Kevin kończył przygotowywać posiłek na termicznych płytach. Nad jego głową ultra-szybkie wiatraczki dbały o cyrkulację i wymianę powietrza. Tuż obok, wbudowana w śnieżnobiałą ścianę długa przeszklona szuflada znaczyła wejście do Trumny – hiper-nowoczesnego systemu usypiającego. W końcu Sonia popatrzyła na niewielki nadajnik, wiszący obok ekranu. Czego chcieć więcej? – pomyślała, wspominając niedawną awarię. Migał szybko i zielonym światłem, sygnalizując dobry stan łącz. A wyglądał teraz jak życiodajne słońce, które nie miało już nigdy zachodzić nad Nowym Światem. Wspomniała słowa Jean Marie:

 

,,W Portach mieszka już osiemdziesiąt procent obywateli! Trudno się nie zgodzić, że to przyszłość. Trudno się nie zgodzić, że te szczelnie zamknięte, odizolowane od przestrzeni publicznej, wyposażone we wszystkie niezbędne aplikacje inkubatory to doskonałe środowisko dla rozwoju nowego gatunku!”

 

Czemu Darwin był taki sceptyczny? I nie, to nie był jej cały świat. Nie mogła się z nim zgodzić! Zapomniał, że Sieć pozwalała zaglądać prawie w każdy zakamarek przestrzeni publicznej? Że przez nano-receptory podłączone do ciała mogli poznawać zapachy oddalone nawet o setki kilometrów?

- Gdzie kochana podać? – zapytał Kevin, wioząc w połyskujących czystością szponach, na plastikowej tacce posiłek.

- Zjem przy oknie.

- Poczekaj chwilkę, tylko podjadę.

Robot odstawił tackę na ziemię i podjechał do wózka, by pchnąć go w kierunku pani.

- Nie, chcę tam przejść sama – oznajmiła Sonia.

- Jak sobie kochana życzysz – odparł Kevin, tonem głosu wyrażając zdziwienie.

Położył tackę na wbudowanym w wózek blacie, a potem pchnął go w stronę okna.

                Serce biło mocno, jakby z obawy o brak siły, a nogi miała miękkie jak z waty, ale nie zamierzała się poddać. Od wózka dzieliło ją kilka metrów.

- Tylko kochana uważaj – oznajmił Kevin. – Nie zapytam skąd te dziwne pomysły.

Sonia zrobiła pierwszy krok, a zaraz potem szybko, jakby uciekając przed strachem następny. Nie było tak źle! Zachwiała się nieznacznie, ale szybko odzyskała równowagę. Gdy przeszła połowę trasy, dumny uśmiech wypełnił jej twarz.

- Widzisz? To nie takie trudne – powiedziała, gdy już złapała się poręczy wózka.

- Trudne to może nie, ale jak pewnie już wiesz, wszystkiego można się odzwyczaić. Wtrącę tylko, że według aktualnego spisu zagrożeń chodzenie nie jest do końca bezpieczne.

- Naprawdę?

Nie wyczuł ironii w jej głosie i odpowiedział z powagą godną wychowawcy:

- Chwila nieuwagi i można się potknąć. Czytałaś co stało się w porcie przy Szóstej Alei?

- Zachowujesz się jak moja matka.

- Twoja matka? To ma być komplement?

- Każdy dzień rozpoczyna od przeglądania spisu wypadków. Od dzieciństwa tego słuchałam... Zresztą spójrz na ostatnią od niej wiadomość.

Kevin użył komputera podręcznego wbudowanego w ramę boczną, a potem zapytał:

- Co w niej takiego dziwnego?

- Jak się zaczyna?

- Kochanie, uważaj… - przeczytał. - Ups, rzeczywiście… Chyba musisz mnie przeprogramować - zażartował. A potem zapytał o widok w oknie. – Brzeg oceanu czy góry?

- Podnieś żaluzje.

- Masz dziś naprawdę dziwne pomysły – odparł Kevin.

Po chwili żaluzje wsunęły się w ścianę, odsłaniając szybę i widok na miasto.

- Uchyl okno – Sonia wydała kolejne polecenie.

- Słucham? – zdziwił się Kevin.

- Na chwilę. Tylko trochę.

- Kochana, to nie żarty. Prawdopodobieństwo złapania infekcji…

- Po prostu to zrób.

- Jak sobie życzysz. Nie mów tylko, że nie uprzedzałem.

Okno zazgrzytało , po czym powoli wychyliło się w stronę ulicy. Kevin z uwagą spoglądał na Sonię. Żałował, że nie ma brwi - w takim momencie z chęcią by je zmarszczył w podejrzliwym wyrazie. Zachowywała się dziwnie. Patrzyła w skupieniu na ścianę przeciwległego budynku i jakby… na coś czekała. Była pewna tego co robi? Po chwili zakasłała nerwowo, co spotkało się z natychmiastową reakcją.

- O nie, kochana! A nie mówiłem? – Robot wyraził swoje zdenerwowanie.

- Poczekaj. To nie od tego…

- Chcesz mieć zapalenie płuc? Widziałaś ostatnie wyniki badań atmosfery w strefie publicznej?

- Ale ty się o mnie troszczysz…

- Sama powiedziałaś Darwinowi, jak oni wyglądają… Powtórzę kochana jeszcze raz, to nie żarty!

Sonia zatopiła spojrzenie w widoku za oknem. Miał rację. Nie wyglądali przecież dobrze. Budzili w niej nie tylko strach, ale i obrzydzenie. Wróciła wspomnieniem do tych kilkudziesięciu minut nonszalanckiej wolności. Czemu to zrobiła? Przecież mogła wysłać na dół Kevina… A jednak zdecydowała się ujrzeć to wszystko na własne oczy. Śluzę można otworzyć w każdej chwili, ale odwaga, która jak widać jeszcze się w niej tliła, chyba potrzebowała pretekstu. Teraz widziała przed sobą tylko obdrapaną ścianę sąsiedniego Portowca – identycznego jak ten, w którym mieszkała. Okno sąsiada, mieszkającego również na sto trzydziestym czwartym piętrze, było szczelnie zamknięte, a żaluzja jak zawsze opuszczona. Było tak blisko, chyba mogłaby w nie nawet zapukać… Ale Sonia przecież wiedziała, że przyszło jej żyć w czasach, w których nie wypadało niepokoić znajomych w taki sposób.

 

*

 

                Oszklone drzwi supermarketu rozsunęły się, a Sonia poczuła na twarzy powiew chłodnego, klimatyzowanego powietrza. Wreszcie! Otarła pot z czoła. Wreszcie dotarła do celu. Już była z siebie dumna, ale wizja powrotu wciąż napawała obawą. Tu czuła się jednak bezpieczniej. Jakby wróciła do świata, z którego wymknęła się nieopatrznie przez naiwną, wręcz dziecięcą ciekawość. Wstęp do sklepu mieli tylko zalogowani obywatele. Rozejrzała się. Wyglądał jak potężna fabryka – wokół półek z towarami widziała tylko roboty. Ile lat nie była w takim miejscu? – zastanowiła się. Dawno, ale nie wiele się zmieniło. Roboty dostawcze wypakowywały towary, a roboty domowe realizowały zamówienia panów. W okienku obok można było również wykupić usługę dostawy bezpośredniej do portu, z której zresztą korzystała na co dzień Sonia.      

- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – zapytał mobilny sprzedawca, mrużąc swoje czerwone ślepia wystające z połyskującej uśmiechem obudowy.

- Jestem klientem numer…

 Sonia zapomniała numeru.

- Numer został sczytany automatycznie na wejściu – oznajmił robot.

- Chciałam zrealizować zamówienie osobiście. Z racji awarii w sektorze…

- Wprowadziliśmy w życie procedury awaryjne. Towar i tak zostałby dostarczony do punktu odbioru. Natomiast jeśli życzy sobie pani odebrać go osobiście, zaraz zrealizujemy zamówienie.

Sonia wyjęła numer zamówienia z kieszeni wszytej w materiałowe oparcie wózka, a sprzedawca otworzył swe metalowe szpony. Wyciągnęła rękę i… nieoczekiwanie pewne skojarzenie zajrzało jej w oczy... Popatrzyła na swoją odzianą w antybakteryjną rękawiczkę dłoń, która podając numer zamówienia, zetknęła się z zimnym, metalowym szczypcem sprzedawcy.

                Kilka minut później Sonia znów poczuła wielkomiejski zaduch. Wyjechała ze sklepu z foliową torbą na kolanach i dziwnie spuszczoną głową. O czym myślała? – starała się sobie przypomnieć. Nie, już nie o strachu, który wcześniej tak ją dławił. Chwilę później znów ujrzała okno kawiarni i znajomą parę zakochanych.

 

*

 

                Kevin spoglądał na Sonię z rogu pokoju. Siedziała na wózku, przed włączonym ekranem. Dłużej niż zazwyczaj. Zwykle, zgodnie z ustalonym harmonogramem Efektywnego Dnia, półgodziny wcześniej kładła się do trumny.

- Co czytasz? – zapytał z zaimplementowanej wrażliwości.

- Sondaże dotyczące referendum wskazują na przewagę Republikanów.

- Co to znaczy?

- Wprowadzenie powszechnego obowiązku logowania.

- Co w przeciwnym razie? Eksterminacja?

- Kevin… Muszę zwiększyć ci poziom wrażliwości.

- Nie wygłupiaj się, kochana.

- Używasz za mocnych słów.

- Moje pętle poznawcze odnoszą się tylko do tego co słyszę. Prognozuję oczekiwania jedynie na podstawie zebranych danych.

- Jeszcze raz i naprawdę cię tu zaproszę… - zagroziła.

- Chcesz mi założyć kaganiec?

- Menedżer aplikacji od dawna to sugeruje. Ma rację, że masz niewyparzony język…

- To przeprogramowany gad!

Zwykle Sonia uśmiechała się po takim żarcie, ale teraz była jakby nieobecna. Zdawała się dryfować myślami, wokół coraz wścieklej wzbierających wątpliwości. Ale Kevin dostrzegł dokąd uciekała spojrzeniem, gdy podejrzanie częściej niż zwykle odrywała się od czytanego artykułu. W prawym dolnym rogu ekranu znajdowała się ikona komunikatora.

- Nie odzywa się? – zapytał w końcu.

A ona jakby na to czekała.

- Nie – odpowiedziała, kręcąc głową.

- Czemu?

- Może się przestraszył…

- Czego takiego? – zdziwił się Kevin.

- Chciałam by było inaczej.

- To znaczy jak?

- Bez edytorów. Chciałam go zobaczyć.

Popatrzyła w szybę, na zamknięte odkąd pamiętała okno sąsiada.

- Czegoś nie rozumiem… - Kevin pokręcił tym czym mógł, by podkreślić swoje zdziwienie.

A Sonia spojrzała na niego z tą niepewnością, jaka poprzedza opinie istoty zbyt szczerej.

- Chcesz mi coś powiedzieć? – zapytała, widząc jego wahanie.

- Może nie powinienem.

- Już zacząłeś…

- Coś mi nie pasuje.

- Co takiego? – ponaglała go nerwowo, jakby spodziewając się co zaraz usłyszy.  

- Moja pętla poznawcza napotkała na sprzeczność.

- Powiesz w końcu jaką…?

Po dłuższej chwili wyraźnej walki z bezpiecznikami, która mało nie przyprawiła go o zwarcie, oznajmił:

- Nieważne – Opuścił to co mógł, by tym razem podkreślić swoją pokorność, po czym podjechał do pani i poprosił. – Ustaw mi kochana wyższy poziom wrażliwości, bo zaraz przepalą mi się bezpieczniki i palnę coś głupiego…

 

*

 

                Sonia siedziała przed oknem kawiarni i wpatrywała się w ten obrazek jak zahipnotyzowana. Było w tym coś ohydnego ale i… magnetycznego. Mężczyzna wciąż obejmował kobietę, patrzył jej głęboko w oczy i… uśmiechał się. A ona odpowiadała tym samym. Nie widzieli tego wszystkiego? Tej swojej brzydoty, przed którą nie mieli gdzie się skryć? A jednak jakby ufali sobie spojrzeniami. Nie, nie mieli wstydu! – oburzyła się Sonia. Byli nadzy! Ze zdenerwowania aż przyśpieszyło jej serce. Tymczasem mężczyzna pogładził kobietę po przetłuszczonych, połyskujących w świetle lampy włosach, a ona przejechała dłonią po jego zmarszczonej twarzy. I to nie był jeszcze koniec tej wulgarnej sceny. Zaraz potem on zjechał palcem do kącika jej popękanych ust i… wytarł kolejny dowód niedoskonałości tego obrazu. Ale spojrzeniem jakby jej wybaczał… To naprawdę ohydne! – pomyślała Sonia, ale ku własnemu zdziwieniu poczuła łzę w kąciku oka. Zwariowałam? – aż się na siebie obruszyła. Chciała pośpiesznie wytrzeć tę oznakę słabości, ale zapomniała o masce tlenowej, która skutecznie oddzielała ją od tego świata, a której odbicie jakby dopiero co wykrystalizowało się na szybie kawiarni.   

 

*

 

                Nazajutrz Sonia jak zwykle jeszcze przed śniadaniem wpięła się do Sieci. Wiadomości od Darwina niestety wciąż nie było. Ale może to nawet i lepiej… Chcieli chyba jednak przesadzić - uznała. Postanowiła więc dokończyć oglądanie debaty o referendum. Wcisnęła przycisk PLAY i zanurzyła się w argumentach obu stron, by na końcu usłyszeć podsumowanie prowadzącej, które… nieoczekiwanie wzbudziło w niej jednak pewne wątpliwości:

 

                               A teraz drodzy słuchacze już od Was zależy… jak zagłosujecie…  

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Salghieri · dnia 12.08.2017 17:24 · Czytań: 133 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 2
Inne artykuły tego autora:
Komentarze
skroplami dnia 13.08.2017 19:47 Ocena: Świetne!
Ładna przyszłość, brrr :). Chociaż ok, dziś już początki. Pomimo że poruszamy się to część z nas z czymś przed oczyma i przy uszach. Na szczęście, chociaż to żadne szczęście, nie dożyjemy tego. Nie z powodu zbyt krótkiego życia lecz wojen lub wojny. I najważniejsze... ok, najważniejsze to temat dla wierzących :). Bardzo dobrze napisane, pomysł nie nowy ale inaczej ukazany, mocniej chociaż nic nie wprost. W sumie, jedno z najlepszych sf jakie czytałem. A trochę takich przeczytałem :). Gratulacje, nie zauważam też żadnych braków "technicznych" :).
Salghieri dnia 14.08.2017 21:32
Hej! Dzięki za komentarz:) I oczywiście super, że się spodobało;)
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Miroslaw Sliwa
22/08/2017 08:43
Spokojnie. Właśnie po raz, chyba już siódmy, wziąłem się za… »
retro
22/08/2017 08:37
Witaj najulubieńszy z ulubionych! I pomyśleć, że Janosik… »
retro
22/08/2017 08:30
Ej, nie... Wiele czasu żeśmy przegadały. Śmiem twierdzić,… »
trawa1965
22/08/2017 08:25
Poczytam. »
bruliben
22/08/2017 07:08
Wiktorio, pochylę się nad czasownikami. Dziękuję. I… »
bruliben
22/08/2017 07:04
Mam na myśli i to, przemijanie, zmiany pór roku. Ale poza… »
Silvus
22/08/2017 01:09
OK, mogę tak przyjąć. »
damian wrotycz
22/08/2017 01:03
no jak nie to nie, szkoda. ale i tak wrzuce :) jest o tym o… »
Silvus
22/08/2017 00:46
Hm... ja tam wolę wiedzieć, o czym czytam. ;)»
Pola Kaj
22/08/2017 00:45
Ooo... podoba mi się bardzo :) »
Silvus
22/08/2017 00:41
No właśnie! Jak brzmi autorowi, to się cieszę! :) (pomijam… »
wiktoria
22/08/2017 00:39
Cieszę się bardzo Introwerko. MM jest tylko tłem, a diabeł… »
Silvus
22/08/2017 00:37
Dla ciebie... Hm? Pod łóżkiem? Poza… »
wiktoria
22/08/2017 00:32
Bardzo szczery tekst. Aż jestem ciekawa co będzie dalej.… »
damian wrotycz
22/08/2017 00:27
to super ! :) ale mam też taki dynamiczny krwawy o… »
ShoutBox
  • Esy Floresy
  • 21/08/2017 21:49
  • Vulpes :) A Ciebie co za dobre duchy przywiały?
  • Silvus
  • 21/08/2017 20:57
  • O, Erosa lubię.
  • Niczyja
  • 21/08/2017 16:32
  • Jest tyle nowych opublikowanych tekstów, że sama nie wiem od którego zacząć:) Może na początek zacznę od muzyki ... [link] :)
  • mike17
  • 21/08/2017 15:54
  • Oj, chyba nie. Znane mi są przypadki, gdzie ktoś ze sprzedawcy został kierownikiem sklepu, bo awansował i spotkał się z uznaniem właściciela. To się naprawdę dzieje, ale życzenia można zawsze mieć :)
  • chawendyk
  • 21/08/2017 14:48
  • no to akurat myślenie życzeniowe:)
  • mike17
  • 21/08/2017 12:25
  • A czyż awansowanie nie jest wynikiem uznania?
  • chawendyk
  • 21/08/2017 09:56
  • Gorzej jak uznanie zmienia się w awansowanie
  • JaDziekuje
  • 21/08/2017 02:02
  • Każdemu należy się uznanie, jeśli swoją pracę wykonuje z sercem.
  • Infernus
  • 21/08/2017 01:27
  • Dlatego należy się szczere uznanie dla tych, którzy robią to z sercem..
  • chawendyk
  • 21/08/2017 01:01
  • a wiesz ile śmierci można uniknąć dzięki profilaktyce? odpowiem. większości.
Ostatnio widziani
Gości online:42
Najnowszy:Baquetse5x
Wspierają nas