La casa del sol naciente - mike17
Proza » Miniatura » La casa del sol naciente
A A A
Od autora: Pamiętacie mój cykl miniatur z zeszłego lata? Teraz postanowiłem do niego wrócić i oddaję w Wasze ręce nowe miniatury, czwartą edycję, powstałe w te wakacje, traktujące o różnych odcieniach kochania, o tym, czym może być seks, o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi, czym jest lub może być miłość, czy zawsze znaczy to samo, a kobieta i mężczyzna, czy niezmiennie dadzą tę samą układankę? O dylematach, jakie pojawiają się gdzieś po drodze. Czy są barierą, czy też drzwiami, które warto otworzyć.
La casa del sol naciente to Dom Wschodzącego Słońca, słynny przebój z 1964 roku, który posłużył mi za inspirację.
Zatem serdecznie zapraszam do wspólnej jazdy!

 

                                             

 
 
 
Pewnie sam nie wiedziałeś, Pablo, że ta miłość mogła wpędzić cię do grobu.
Jestem wręcz pewien, że nie miałeś o tym zielonego pojęcia, poddając się jej jak ktoś, komu odjęło rozum, kto błądzi we mgle, którą w swej głupocie uważa za światło.
I tak pewnie było z tobą, człowieku ułomny, niewidzący dobra, będącego w pobliżu, a dostrzegający truciznę, czającą się w oddali, ale wyraźnie i bardzo obiecująco.
Chciałeś mieć własny Dom Wschodzącego Słońca, lecz w pozytywnym tego słowa znaczeniu – chciałeś, by tylko tobie ono świeciło, i byś miał patent na wygraną za każdym razem.
 
Odkąd jestem w twoich myślach pamiętam, że zawsze miałeś liczne słabości, i to takie, które mogły śmiało wywrócić dom do góry nogami, czyniąc z życia bezładną jazdę na szalonym rollercoasterze, ze ścianą jako nędznym punktem docelowym.
Nigdy nie wiedziałeś, gdzie leży magiczna granica – kiedy należy odpuścić, by przeżyć.
 
Po raz pierwszy rzuciłeś się na najlepszą szprychę w całej szkole, pewien, że mając metr osiemdziesiąt i piękne, brązowe oczy urobisz ją sobie lekko jak plastelinę.
Owszem, trochę była tobą zainteresowana, ale ty spaliłeś na panewce – czasem kobieta potrzebuje solidnego rżnięcia, a nie wiązanek najdroższych kwiatów, ale skąd mogłeś to wiedzieć, mając zaledwie dziewiętnaście lat i nieskonsumowane dziewictwo?
 
Największym błędem było to, że się bezrozumnie zakochałeś.
Ona miała już wielu przed tobą, i odkąd skończyła czternaście lat puszczała się na lewo i prawo, z byle kim, robiąc wrażenie cnotki, bo mając wyczucie, wiedziała, jak to działa na facetów, i każdy w takiej sytuacji będzie uwijał się jak w ukropie, by tylko ją mieć.
 
Twoje próby zdobycia świata przypominały gaszenie pożaru benzyną lub pistoletem na wodę.
 
Johnny, ten zapyziały gość, który prowadzał cię do kibla w szpitalu, miał ostrą paranoję.
Twierdził, że Jezus do niego przemawia i nakazał mu natychmiast zbawić ludzkość.
Tylko on okazał ci odrobinę serca, biedny samobójco.
Pamiętasz, jak powiedziała ci: ”Spierdalaj”?
Tak lekko, tak swobodnie, jak mówi się „kocham cię, skarbeńku”.
A wiesz chociaż czemu?                                                  
Bo oblatywało ją już trzech innych, i nawet bywało tak, że była z dwoma naraz.
A ty nadal kupowałeś jej kwiatki i szeptałeś namiętnie o miłości aż po czasu kres.
Patrząc na ciebie, było mi cię szkoda, jakże nędznie prezentowałeś się jako mężczyzna.
 
I wtedy tam, w szpitalu psychiatrycznym w Oak Creek poznałeś po raz pierwszy, czym są karty, co mogą zrobić z prostym człowiekiem, z jego mózgiem, z jego duszą i sercem.
Jak potrafią zmienić koleje losu, jak popchnąć do zachowań, których nigdy by nie było, gdyby nie one, bo każda magia ma to do siebie, że zatruwa, i ta zatruła ciebie.
 
Graliście w pokera, bo to on miał się stać twoją miłością i przeznaczeniem.
Łysy Ted nauczył cię wszystkiego, choć sam robił pod siebie i miał padaczkę, a w przerwach między rozdaniami głośno pierdział i bezładnie rzęził o truskawkowych polach swych snów.
 
Pamiętasz swój pierwszy sukces?          
Wtedy Dom Wschodzącego Słońca zdawał się być na wyciągnięcie ręki.
Czaił się blisko jak najlepsza nagroda wszech czasów, jak szczęście, które spada z nieba.
Mówiłeś:
- Sprawdzam.
- Pewien jesteś, Pablo?
- Ano jestem.
- Grubo lecisz.
- A co nie wolno, to poker.
- Ja pasuję – rzekł Szczerbaty Josh.
- Ja chyba też – dorzucił Diego Znikąd.
- No to patrzcie, co mam – i to mówiąc, pokazałeś im nędzną parę dam. – Ha ha, cieniasy.
 
Już wtedy czułeś, że poker to sztuka czystej manipulacji, prostego blefu, tandetnych trików, które mają wyglądać na prawdziwe zagrywki, i w tym wszystkim poczułeś się jak ryba w wodzie, i gdy wypisywali cię z psychiatryka, byłeś już wytrawnym pokerzystą, partią, z którą nie każdy powinien się mierzyć, bo czasem nie warto dać ciała nawet z większym od siebie.
 
Marzyłeś o niej, choć jej jeszcze nie znałeś i nie widziałeś.
Pragnąłeś, by miała niebieskie oczy i brązowe ciało, by jej usta były słodsze od miodu.
O tym, by kochać tak do bólu, tak, jakby jutro miał się skończyć świat.
By rozpaść się w tym kochaniu i na nowo narodzić.
Ona na ciebie czekała, lecz skąd mogłeś o tym wiedzieć?
Chodziła ulicami i robiła zakupy w zacisznych osiedlowych warzywniakach.
Ona już była, już istniała, tobie dana, przypisana, tam, w innym mieście.
W zapętleniu czasu nie miałeś o tym pojęcia, to musiało wydobyć się na światło dzienne i dać ci jasno do zrozumienia, że nikt nie może żyć w pojedynkę i ty też nie będziesz.
Ale patrząc na ciebie, nie dałbym funta kłaków, że odnajdziesz swoją drogę.
Nie wiem kiedy stałeś się nałogowcem.
Rozdartą materią na karty i marzenie o kochaniu, a co było silniejsze, sam nie wiedziałeś.
 
Pamiętasz tamtą rozgrywkę?
Był maj, kwitły bzy, a ty siedziałeś nad kartami z bandą omszałych meneli.
- Stawiam dwie stówy – rzekł wtenczas Wyczesany Bill.
- Podbijam – parsknął Henry od Ostrego Grzebienia.
- Czekam – powiedziałeś z zimną krwią i zapaliłeś papierosa, spoglądając na kompanów jak na sforę burych psów, które należało zlać ostro kijem po grzbietach.
- Sprawdzam – powiedział nerwowo Tim Tom, jr.
- Widzę, że robi się grząsko – wysapał Mistrz Szybkiej Dłoni.
- Full.
- Kareta.
- Poker z ręki – powiedziałeś i nalałeś sobie szklankę whisky. – Licho lecicie w te klocki, cieniasy, polecam przerzucić się na walkę na rękę albo na grę w bierki. Wtedy dacie radę. Póki co chcecie jeszcze ze mną zagrać?
- A czemu nie? Żeby się odegrać – rzekł Wyczesany Bill. – Czemu nie odzyskać swojej kasy?
- Za dwa tygodnie w „Słonecznej Gwieździe”, ok.?
- Jasne.
- Ale gramy grubo – powiedziałeś. – Chcę poczuć mój Dom Wschodzącego Słońca.
- Niech będzie. Ktoś wygra, ktoś przegra. Życie to jak pukanie lasek, nie zawsze im dogodzisz.
 
Kiedy ją ujrzałeś, przygięło cię do ziemi, a jak usłyszałeś, że ma na imię Estela, byłeś ugotowany, coś ci szeptało, że kobieta o takim imieniu musi być stworzona do miłości.
Poczułeś nieznośny luz w kolanach i osobliwe drżenie kącików oczu.
O zlewnych potach nie wspomnę, patrząc na ciebie, myślałem, że chyba lada chwila się odwodnisz, a tego przecież byśmy nie chcieli, zwłaszcza że szykowało się na miłość.
Po raz pierwszy od lat byłeś sobą, już nie byłym samobójcą, który truł się dla jakiejś zdziry.
Teraz miałeś klasę i to musiała wyczuć każda kobieta, zwłaszcza zainteresowana tobą.
 
Właśnie wychodziłeś z kiosku, kiedy nadziałeś się na młodą dziewczynę.
Szybko ją przeprosiłeś, ale coś szepnęło, że nie tak należy to zakończyć, wszak bywają chwile, kiedy czuje się, że to „tu i teraz”, i nie ma mocnych, trzeba działać i to ostro.
- Czy mogę zaprosić panią na kawę? – spytałeś.
- Tak – odparła bardzo miękko.
- Zatem chodźmy, bo nam kawa ostygnie – zażartowałeś.
- Jeśli ostygnie, to pójdziemy do innego lokalu – odparła rezolutnie.
 
Pod „Różowym Krabem” było dość przytulnie, a sam lokal należał do niezwykle klimatycznych, więc śmiało można było się tam zakotwiczyć i przeżyć przyjemny wieczór.
Po kilku piwach sprawy potoczyły się znacznie szybciej.
 
Pamiętasz, jak powiedziałeś?:
 
- Można kogoś pokochać, ot tak, bo się go poznało?
- Myślę, że tylko tak.
- Czyli bez przedbiegów?
- Bez.
- Tak z marszu? Tak żywiołowo?
- Tylko.
 
Wtedy ci powiedziała, że chyba na kogoś takiego czekała, przez wiele lat, aż nagle…
Zakwitły kwiaty i spadły gwiazdy, a ptaki zaczęły nucić słodkie serenady.
Pod jej balkonem śpiewałeś co wieczór, by potem brać ją gorąco w wielkim łożu.
Raz rozkwitła namiętność musiała sycić się nowymi bodźcami, dlatego wasz raj trwał.
I wszystko byłoby dobrze i miło, gdyby nie poker – to on jako miłość życia musiał dać znać o sobie i potrząsnąć spokojną dotąd sielanką bezwzględnie jak huragan.
 
Z Fioletowym Fredem postanowiłeś zagrać o ostrą, bardzo ostrą stawkę.
Znacznie lepiej byś zrobił, gdybyś pozostał w domu razem z Estelą, do której zdążyłeś się już wprowadzić i w łazience postawić swój kubek ze szczoteczką do zębów i pastę, a przy łóżku zaparkować swoje zdarte, zielone kapcie.
Ona nie była zamożna – pracowała w kiosku jako sprzedawca i miała niewielkie oszczędności, co bardzo cię zaintrygowało, do tego stopnia, że poprosiłeś, by ci je pożyczyła.
O pokerze i tym, czym był w twoim życiu nie miała zielonego pojęcia, bo byłeś na tyle cwany i skryty, że nie chciałeś jej zrażać do siebie wątpliwej jakości informacją.
 
Okłamywałeś ją, że żyjesz z pisania opowiadań: owszem, robiłeś to stricte hobbistycznie, a ona w swej naiwności uwierzyła, że żyje z prawdziwym pisarzem, z kimś wielkim.
Pożyczka miała być na współfinansowanie wydania twojej nowej książki.
 
Gra odbyła się w domu Fioletowego Freda, nowymi, nieznaczonymi kartami.
Wyczuwałem, że się trochę boisz, znałem przecież twoje myśli jak swoje własne.
Skąd mogłeś wiedzieć, że ten wieczór mógł odmienić twoje życie na zawsze?
Że poker to spacer po cienkiej linie w drewniakach nad przepaścią.
Byłeś na tyle głupi, że usiadłeś do stołu z facetem, którego wcale nie znałeś i wyłożyłeś całą forsę, jaką miałeś – postanowiłeś postawić wszystko na jedną kartę i oczywiście wygrać.
- Gramy już godzinę, a ty ciągle wygrywasz – rzekł podejrzanie obojętnie Fred.
- Cóż, amigo, los mi sprzyja, jak widać – odparłeś głosem wiecznego zwycięzcy.
- Zagrajmy grubiej.
- Skoro tego chcesz…
- Zamierzam puścić cię z torbami, Pablo. Zamierzam to zrobić jeszcze dziś.
- Ano próbuj, ale jakoś w to nie wierzę.
- Daj dwie karty.
- Proszę. Ja biorę jedną – rzekłeś z szelmowskim uśmieszkiem.
 
Potem nastała długa cisza, tak rozwlekła jak cała wieczność, duszna i niemiła.
Nikt z was nie rzekł ani słowa, wpatrując się w oczy rywala z przedziwną pewnością.
Nie było wątpliwości, że coś ciężkiego wisi w powietrzu, że nastąpi ostry przełom.
Czułeś, że Dom Wschodzącego Słońca jest już bardzo blisko, tak blisko jak nigdy dotąd.
Jeśli miał kiedykolwiek jakiś zapach, to ty go wtedy poczułeś, krótko acz wyraziście.
- Może polejesz po koniaczku? To ważna chwila, możesz mi wierzyć – powiedziałeś.
- Mam taką nadzieję – odparł niezwykle spokojnie Fred, sięgając po butelkę i kieliszki.
Na moment odłożyliście karty i nieśpiesznie sączyliście trunek.
Czułem, że cała ta sytuacja lada chwila zaowocuje czymś zgoła nieoczekiwanym, miałem chyba co do tego pewność, widząc wasze twarze i umiejąc czytać, czym jest w pokerze spokój – on zawsze coś wróży, nigdy nie pojawia się bez powodu, jak zwiastun nowiny.
 
Wtedy ktoś głośno zapukał do drzwi.
Fred podniósł się niechętnie, by otworzyć – była to ostatnia rzecz, jaką chciał zrobić.
Tam stał Wyczesany Bill i uśmiechał się bezczelnie, dłubiąc zapałką w zębach.
- Czego chcesz? – spytał Fred ostro, bo nie lubił, kiedy odrywano go nagle od kart.
- Chciałem zagrać z tym z was, który tej nocy zgarnie całą pulę.
- A więc wchodzisz?
- Wchodzę. Z tobą, Pablo, miałem grać w „Złotej Gwieździe”, ale stęskniłem się za tobą. Nawet spotkałem tę twoją ukochaną i uświadomiłem ją, czym się zajmujesz. Powiedziałem jej, że pewnie dziś z tobą zagram o wielki szmal. Nie miała wesołej miny…
- Ty skurwysynu – syknąłeś i poderwałeś się z krzesła.
- Zostaw – rzekł beznamiętnie Fred. – Nie warto psuć sobie dobrej zabawy, a ty, Bill, zamknij się i patrz. Może zobaczysz coś, o czym ci się w życiu nie śniło.
- Dobra, kończmy, Fred – powiedziałeś, uśmiechając się przewrotnie.
- Skoro tego chcesz…
- Poker na treflach – rzuciłeś głosem kogoś, kto ma w kieszeni wygraną.
- Na treflach, powiadasz…
- No pokaż, co tam masz – nalegałeś, bo już oczyma wyobraźni widziałeś całą tę forsę.
- No to popatrz sobie – i to powiedziawszy, Fred wyłożył pokera na kierach.
- O, kurwa… - jęknąłeś, i niewidzialne kleszcze ścisnęły ci skronie.
 
Jak zbyt szybko puszczony film, ujrzałeś swoje przyszłe, wspaniałe życie z Estelą, poronione marzenie, to, że już zna prawdę o tobie, że jesteś skończonym loserem, że już nigdy nie usiądziesz do pokera, że kobieta, którą kochasz i okłamujesz odwróci się od ciebie jak od wszawego psa, a cały twój mały światek runie w gruzach.
Dom Wschodzącego Słońca rozpadł się jak lichy domek z kart.
- Ktoś wygrywa, ktoś przegrywa – rzekł triumfalnie Wyczesany Bill, zapalając papierosa. – Nie mogłeś mieć wiecznie passy, koleś, to się nigdy nie zdarza. Poker jest dla twardych facetów, amigo. Spadaj do domu. Teraz ja sobie pogram, nie, Fred? Po pańsku, a co tam.
 
Utkwiłeś martwe spojrzenie w podłodze i myślałeś już tylko o niej, o Esteli i tym, że to już koniec, że nie zniesiesz jej pogardy, a życie nie da ci już drugiej szansy, nie da żadnej.
Doszedłeś do ściany, a dalej już nie pójdziesz, byłeś, choć naprawdę już cię nie było.
Rozpłynąłeś się w niebycie, ofiaro własnych marzeń, niewolniku papierowych kartoników.
Myślałeś o kobiecie, którą przepuszczałeś między palcami.
Jak małe oszustwo, jak kłamstwo, nikłe i miałkie, które nie mogło zaszkodzić.
 
W milczeniu, jak zbity pies, opuściłeś dom Freda i ruszyłeś gdzieś przed siebie.
W pobliskim sklepie kupiłeś tanie wino i żyletkę, i mając to, poszedłeś nad strumień.
Tam, w bezmyślnym amoku, wypiłeś duszkiem alkohol i niewiele myśląc, pociąłeś się.
Wszedłeś do wody i usiadłeś na dnie – było płytko, woda sięgała ci do pępka.
Zanurzyłeś w niej krwawiące nadgarstki i czekałeś – już nigdzie ci się nie spieszyło.                          
Nastąpiło spuchnięcie czasu do tej jednej, marnej chwili ludzkiego upadku.
 
Kiedy umierałeś tam, w tym lodowatym potoku, daleki od jasności umysłu, daleki od światła jutra, niedaleko akurat przechodził lokalny pijaczyna Miętowy Al., weteran najtańszych bełtów, lichych fajek z przemytu i łatwych kobiet o szerokich biodrach, podśpiewujący wesoło pod nosem skoczne kawałki Johnny’ego Casha.
Przystanął na moment, aby opróżnić pęcherz i wtedy niby od niechcenia rzucił okiem na strumień, tylko po to, by zadrżeć i wnet odzyskać władze umysłowe i trzeźwość myślenia.
- A co to? – spytał sam siebie. – Toć to człowiek, a co on tak siedzi w wodzie, oparty o brzeg?
A co tobie, biedaczku? – zmartwił się nie na żarty pijaczek, podchodząc do potoku.
Nie odpowiedziałeś, żyłeś, ale nie było to dla ciebie ważne w tamtej chwili.
- Może wypiłem dziś morze żurów, ale zaraz cię wyciągnę, bo widzę, że nietęgo z tobą – i to powiedziawszy, Miętowy Al. wskoczył do strumienia i złapał cię pod ręce i wywlókł na łąkę.
Był wielkim, silnym chłopem, więc byłeś dla niego jak piórko.
- A co tobie, malutki? – spytał, widząc, że się pociąłeś. – Zawiedziona miłość? Zaraz ci pomogę – i wypowiedziawszy te słowa, zdarł z grzbietu koszulę, podarł ją i opatrzył rany. – Już więcej krwi nie stracisz, braciszku…
 
Nie broniłeś się wtedy, ani potem, kiedy przyniósł cię do knajpy i położył na stole.
Wnet już każdy w miasteczku wiedział, że Pablo chciał ze sobą skończyć.
Potem wylądowałeś w szpitalu, bo Namiętna Viola zadzwoniła do nich, by cię zabrali.
- Szkoda chłopa – szeptali dobrzy ludzie. – Był nam jak brat, a że czasem kogoś puścił z torbami, to niech mu Bóg wybaczy. Niech przeżyje, módlcie się, ludziska…
 
Pierwszą myślą, jaką miałeś po odzyskaniu przytomności, była ona, Estela, i to, co jej zrobiłeś swoją głupotą i bezmyślnością, nie sądząc, iż szczerość w takich sytuacjach zdziałałaby cuda.
Po policzku spłynęła samotna łza, a w wyobraźni ujrzałeś ją, piękną i młodą, idącą do ciebie wiosenną łąką, wśród mgieł i rosy, wśród kwiatów i traw, co pachniały jak boskie perfumy.
Patrzyłeś jak zaczarowany, a ona tańczyła dla ciebie taniec miłości, jedyny, nieskończony...
Z nieba uśmiechało się słońce i błogosławiło zakochanym, posyłając całusa.
                                                                                                                                     
I stało się.
Czasem niektóre rzeczy po prostu muszą się wydarzyć.
Kupiła ci pudełeczko ptasiego mleczka i weszła tak cicho, że nawet tego nie zauważyłeś.
Akurat spałeś i śniła ci się ona, pływająca w rzece pełnej wielkich, pięknych ryb.
Kiedy obudziła cię muśnięciem dłoni, otworzywszy oczy, nie uwierzyłeś.
Jak to możliwe po tym wszystkim?
Jak to sobie wyjaśnić, że...
Przecież byłeś już „tam”, gdyby nie ten pijaczek, porzuciłbyś ją jak ostatni łach.
Stchórzyłbyś przed życiem, przekreślając to, co ona do ciebie czuła.
Postawiłeś na pieniądze, na pokera, na chwilę straty, na zaćmienie umysłu.
Byłeś słabym graczem, Pablo, ja ci to mówię, ja, który znam cię najlepiej.
Nie powinieneś był nigdy siadać do kart – to narkotyk, który mógł cię zabić.
I nie chrzań mi o Domu Wschodzącego Słońca, coś takiego nie istnieje, chyba że tylko w zatrutym umyśle nałogowego pokerzysty, który sprzeda własną matkę, by mieć na grę.
 
- Dlaczego? – zapytała, spuszczając wzrok.
- Bałem się – odpowiedziałeś, patrząc gdzieś na ścianę.
- Czego? – w jej głosie była troska.
- Że to już koniec – zakończyłeś.
- Przed tobą byłam związana z alkoholikiem. Z kimś, kto pił na okrągło.
- No i?
- I facet uzależniony od pokera to prawie to samo.
- Przy tobie czułem się nikim, dlatego wymyśliłem tego „pisarza”.
- Czułam, że to nie jest prawda – nigdy nie pokazałeś mi żadnej swojej książki.
- Sporo zarabiałem na pokerze, więc miałaś prawo myśleć, że mam to z pisarstwa.
- Chwilami tak było.
- Byłem w piekle kart, i nic nie potrafiło mnie z niego wydobyć.
- Nawet moje kochanie?
- Wolałem umrzeć, niż patrzeć, jak mną pogardzasz.
- To nie jest tak – ja cię rozumiem.
- Tak?
- Po prostu nie miałeś innego sposobu na własne życie, poszedłeś po najprostszej linii oporu.
Zaważyła pewnie mała chwila, krótki moment, byś chwycił bakcyla. I tak już zostało.
Ugrzęzłeś w świecie pokera i żadna siła nie była w stanie cię z niego wydobyć.
- Czytasz w moich myślach. Tak, kiedyś upadłem po raz pierwszy i ocknąłem się już jako pokerzysta.
- I to był ten błąd.
- Dziś to wiem.
- Nie miałeś wtedy wyboru?
- Chyba nie.
- Czemu karty?
- Wydały mi się władzą nad światem, że mogę każdego oskubać, być takim małym bogiem.
- Zgubiła cię pycha.
- Wtedy tego nie czułem. Miałem wrażenie, że jestem mistrzem świata.
- Jakiego świata?
- Mojego, własnego, zatrutego przez pokera. Byłem ostatnią świnią, pożyczając od ciebie twoje marne oszczędności. Czyż to nie żałosne?
- Byłeś, ale to niczego nie zmienia.
- Co masz na myśli?
- Kocham cię takim, jakim jesteś, i nie dręcz się już. Chcę spędzić z tobą resztę życia, i byś już nigdy nie siadał do kart, a jeśli nawet to zrobisz, pamiętaj wtedy moje oczy wpatrzone w ciebie z miłością i prośbę, byś tego nie robił.
- Nie zrobię.
- Mogłam odejść, wiesz o tym. Mogłam poczuć się zawiedziona. Jednak jeśli kochasz, nie masz wielu wątpliwości, nie patrzysz rozumem, lecz sercem.
- Jak mogłem być tak ślepy? – zawyłeś.
- Mogło cię już nie być, kochanie, i tak pożegnałbyś się ze mną? – szepnęła Estela.
- Byłbym ostatnim skurwielem, jaki chodzi po ziemi. Już prawie byłem – odrzekłeś.- Gdyby nie ten pijaczek…
- Jednak Bóg jest.
- Jest, bo był wtedy ze mną tam, w potoku. Stał obok i na nic nie pozwolił.
- Kiedy cię wypiszą? – spytała.
- Pewnie za dwa, trzy dni – odpowiedziałeś.
- Przyjadę po ciebie.
- Dobrze, kochanie.
- I już nigdy…
- Wiem, nie kończ.
- I już nigdy…
- Już zawsze, na zawsze.
 
Pamiętasz siódmy czerwca 1965 roku, Pablo?
Musisz pamiętać ten niezwykły dzień i jestem tego pewien.
Wtedy dałeś Esteli małe, czerwone pudełeczko.
Wiesz, tak jak daje się coś od serca, w pełnym tego słowa znaczeniu, kiedy już wiesz, że ktoś jest dla ciebie całym światem, a świat jest przy nim niczym.
Ten jeden, jedyny raz, i innych już później nie ma.
 
Bywam w myślach wielu ludzi, ale szczególnie lubię bywać w twoich.
Są jak gąszcz, w którym czuję się jak zdobywca, jak ktoś, kto odkrywa nieodkryte.
Jesteś i zawsze byłeś bardzo ciekawym człowiekiem, choć śmierć zaglądała ci już w oczy, choć bywało, że nie miałeś ze sobą nic wspólnego, ja jednak przy tobie wiernie trwałem.
I myślę, że tak już pozostanie.
 
A potem?
 
Później, ponieważ kochałeś, zapomniałeś o pokerze, o tym całym, zatrutym światku, w którym jest się gnojkiem i z podobnymi ma się do czynienia, kończąc zazwyczaj na dnie.
Zostawiłeś to gdzieś daleko za sobą, wyrzucając do kosza niepamięci.
Bo upadać można wiele razy, ale wstaje się zazwyczaj tylko raz.
 
Spacerowaliście cichymi alejkami nadrzecznego parku, snując marzenia na przyszłość i całując się, jakbyście poznali się zaledwie wczoraj, a namiętność wybuchła przed sekundą.
Splecione dłonie, usta spragnione ust…
Miło mi było obserwować was i sam czułem się, jakbym miał skrzydła.
Nie mogliście mnie widzieć, kiedy stałem za wami i patrzyłem na każdy pocałunek.
Nawet nie wiecie, jak się cieszyłem, że się wam udało.
 
Teraz już znikam, bo wiem, że będzie tak, jak w najpiękniejszej bajce.
Kiedy gładziłeś jej wydatny brzuch, już wiedziałem, że jesteście we własnym niebie, że tego nic już nie cofnie, że miłość potrafi czynić cuda, o jakich się nikomu nie śniło.
I w duchu, jeśli można tak powiedzieć, cieszyłem się, że nie masz już nic wspólnego z pokerem.
I że w końcu zrozumiałeś, że Dom Wschodzącego Słońca nie istnieje.
 
 
Cykl: Pokochania
 
 
1 lipca 2017
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
                                                                                                       
 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 21.08.2017 09:29 · Czytań: 289 · Średnia ocena: 4,57 · Komentarzy: 27
Komentarze
Miroslaw Sliwa dnia 21.08.2017 10:36
Cześć Michał.
Bardzo dobrze się czytało.
Romantyczny twardziel, piękna, mądra, cierpliwa i wyrozumiała kobieta, i ich perypetie życiowe.
Jestem przekonany, że siłą Twoich tekstów jest, zresztą bardzo umiejętne, odwoływanie się do całkiem najpierwszych tęsknot i marzeń ludzkich.
Jest świeża, no może już leciutko sfatygowana, siła, którą emanują Twoi bohaterowie, są ich dążenia, czasami głupie, które boleśnie koryguje życie, ale nie ma uległości. Walczą o siebie, walczą z nadzieją.
Twoje westernowe opowieści są przecież współczesną kontynuacją eposów, które ludzie od starożytności po dzień dzisiejszy, opowiadają sobie ku pokrzepieniu serc. I tak będzie zawsze, bo kobiety zawsze będą potrzebowały romantycznych twardzieli, a mężczyźni zawsze będą wzdychać do pięknych, mądrych i cierpliwych kobiet,
Dobra robota Michale.
Miło było przysiąść.
Trzymaj się stary Druhu. :)

Mirek
mike17 dnia 21.08.2017 11:17
Dzięki wielkie, Mirku, za czytanie i garść mądrych refleksji :)
Lubię czytać Twoje doznania, bo widać po nich, że bierzesz sobie do serca tekst i umiesz go przeżyć, a to dla mnie bezcenne.

Starałem się ze znanych elementów zlepić nową układankę, by było Dobro, ale też i Zło.
No i miłość - mój konik :)

Cieszę się, że Ci się podobało.

Wszystkiego dobrego, Brachu :)
JOLA S. dnia 21.08.2017 12:23 Ocena: Świetne!
1. nie mamy precyzyjnych instrumentów
by zmierzyć wartość naszych utworów.

2. zamykasz nas w klatce wybornego języka,
po to by starannie dobierane słowa nie
traciły piękna przy przekraczaniu granic

3. bezwstydnie promujesz miłość,
oczekując jednocześnie, że starzy poeci
będą nieustannie powracać do młodości,
poszukując siebie w tym co już przepadło

4. choć nie wyznaczasz nam celów i zadań,
osiągasz, co zamierzyłeś i wiesz, że to Ci się udało.

5. kusisz coraz to nowych adeptów pisania,
mimo że brak popytu i na rynku jest przesyt,
Twoich słów ciągle przybywa,

To tyle,

Pozdrawiam cieplutko, Michale
:yes:
mike17 dnia 21.08.2017 12:33
Droga Jolu, ależ mnie ufetowałaś swoim słowem, że jestem w niemałym szoku :)
Przejrzałaś mnie na wylot, bo napisałaś szczerą prawdę, zwłaszcza to, że jestem promotorem miłości w literaturze i to się nigdy nie zmieni, a studnia mych pomysłów nie wyschnie.

Bo ja wierzę w prawdziwą miłość i tu jest pies pogrzebany :)

I na tej bazie tworzę te miniatury, ku pokrzepieniu serc, i wcale się tego nie wstydzę.

Co za koment, co za słowa!
Jestem pod wrażeniem, i wiem, że warto było napisać ten cykl miłosny.

Pozdrawiam Cię warszawskim deszczem :)
skroplami dnia 21.08.2017 17:31 Ocena: Świetne!
Autorze, miłości promotorze:).
Doskonale ukazujesz miłość w miniaturach. Może najlepiej :). Z mi znanych. I miniatura jest pełna, jak doskonała miłość, nic nie brakuje :). Teraz zastanowienia czym w niej, miłości, doskonałość? Trwaniem, nie odrzucaniem, nadzieją, wybaczaniem - ok, po części. Doskonałość jest w "obopólności" :).
Czyli ww. postępowaniem i odczuwaniem z obu stron. I jeszcze czymś, czymś bezsłownym, co tylko spojrzenie może wyrazić, jest bez słów. I takie "coś" jest pomiędzy Twymi słowami, nie tylko w powyższym tekście. A słowa? Słowa pięknie odsłaniają rąbek "czegoś" i drżymy :). Ten rąbek też w każdym z nas i przyciągając trącasz go dłonią, uderzasz literami z których niezwykłe bo choć bezgłośne a jednak dźwięki powstają. A one często materialnymi się stając najzwyklej z oczu wypływają ;).
No dobra :), miniatura przepiękna chociaż prosta, wciąga i ukazuje co jest, co może być, co było już, w miłości :).
Krzysztof Konrad dnia 21.08.2017 18:05 Ocena: Dobre
Kurczę, chyba tym komentarzem przystawię łeb do wielu luf. Odważę się jednak.

Stylistyka i w ogóle Twój sposób pisania, jak emanujesz i manipulujesz emocjami, są naprawdę frapujące. Problem w tym, że chyba powoli się tym przeżeram, Michale. Może było to ciut naiwne i ktoś mógłby nawet powiedzieć, że nie miałem prawa tak myśleć. Ale liczyłem chyba na coś, co mnie przygniecie. Bo już mnie wzruszyłeś, zauroczyłeś, rozgniewałeś swoimi tekstami... Ale te trzy zagrywki, zwłaszcza przy częstym czytaniu Twoich opowiadań, wydają mi się jakieś cykliczne ( a uwierz, że mimo iż nie wszystkie komentuję, to włączam sobie czasem jakiś Twój losowy tekst). Jakbyś miał w punkcikach rozpisane elementy dramaturgii i dopasowywał do nich fabułę. Przeczytałem, końcówka też jakoś mnie nie uniosła. Wręcz spodziewałem się takiego finału. Gdyby ten tekst dodał nieznajomy, dałbym mu bardzo wysoką ocenę, ale mam tu na portalu takie osoby, od których wymagam więcej. I ty jesteś jedną z takich osób. A "jak na Ciebie" to opowiadanie jest - po prostu "dobre".
mike17 dnia 21.08.2017 18:10
Skroplami, witaj i kłaniam się za piękny koment :)
Podziwiam oryginalność twoich słów.
Masz rację - ja raczej gustuję w prostocie i tu szukam literackiego spełnienia.
I kochania.
I spełnienia.
By on i ona zeszli się na dobre :)
Nie wiem nawet kiedy pokochałem to pisanie o miłości, było to jakieś 3 lata temu, i tak już zostało, i tak już pozostanie, bo chcę tworzyć kolejne miniatury, gdzie kochanie zagra główną rolę, a oni będą głównymi aktorami.

Skroplami, raz jeszcze wielkie dzięki za ocenę i bycie w moimi małym świecie :)

Love is forever.

:yes:

Krzysiek, skoro dla Ciebie to tylko "dobre", to zdaje się żeśmy się rozminęli z gustami tym razem, ale co tam, trudno się mówi.
Ja tam wszystko biorę na klatę, bo znam swoją wartość.
A z tym schlebianiem mi, że więcej ode mnie wymagasz to chyba lekka przesada.
To ja tu jestem starszy i bardziej doświadczony.
Nie pisuję koszmarów, a raczej utwory, gdzie mamy różne odcienie kochania :)
I pewnie tu nie było dawki grozy i mroku :)

Ahoy :)
Ania_Basnik dnia 22.08.2017 11:14 Ocena: Świetne!
Tekst świetnie napisany. Zastanawiam się kim jest narrator? Jest wszechwiedzący. Nie dajesz wyjaśnienia czytelnikowi. Ja też wierzę w potęgę miłości, ale w stosunku do uzależnień...
To tak gładko nie działa. Wychodzenie z uzależnienia od hazardu jest bardzo ciężkie tak jak wychodzenie z każdego uzależnienia. Czy zakochanie się pomaga? Taka miłość prawdziwa? Długo myślałam, że tak. Chcemy w to wierzyć. Ale to tak gładko nie działa. Osoba uzależniona znajduje sobie osobę, która ją chce ratować. To działa w obie strony. Po pewnym czasie jego niszczy uzależnienie, ją ciągła walka. Czasem jest happy end. Tak jak w Twoim opowiadaniu. I wolałabym abyś bardziej rozbudował ten wątek, niż dialogi podczas rozgrywek karcianych. Ale to Twoja wizja.
Tekst jest mistrzowsko pociągnięty. A że mam drobne uwagi - to tylko świadczy o tym, że nie przeszło bez echa :)
mike17 dnia 22.08.2017 11:38
Aniu, bardzo się cieszę, że się podobało i dziękuję za najwyższą notę :)

Kim był narrator?
Tu nie wyjaśniam tego, ale interpretacji może być wiele.
I to jest ten urok pisania tekstu w II osobie.

Absolutnie masz rację z tym wychodzeniem z nałogu, że to nie tak łatwo idzie jak w moim opku, ale ja mocno (naprawdę) wierzę w magiczną siłę miłości.
Widziałem w życiu ludzi, którzy rzucili fajki i gorzałę w jeden dzień, bez odwyku.
Wygrała miłość do żony i dzieci.
Wiem, że to przypadki rzadkie, i jest najczęściej tak, jak piszesz.

Tak, mogłem rozwinąć dialogi o uzależnieniu bardziej.
Z tym też się z Tobą zgadzam :)
Twoje uwagi zawsze są cenne i jeśli mogę, to je uwzględniam.

Pozdrawiam wesoło :)
al-szamanka dnia 23.08.2017 09:44 Ocena: Świetne!
Cytat:
Gra­li­ście w po­ke­ra, bo to on miał się stać twoją mi­ło­ścią i prze­zna­cze­niem.

Michale, nałóg to coś, czego tak do końca beznałogowiec nie pojmie. Pracowałam trochę z alkoholikami, poznałam nie dwie strony medalu, ale najprzeróżniejsze przejawy ich uzależnienia - wydawało mi się, że potrafię przewidzieć...
Wydawało mi się.
Dlatego cenię bardzo Twoje próby pokazania, że nie zawsze wszystko jest skończone, nawet wbrew bohaterowi, bo przecież gdyby nie przypadek, to i ten Twój skończyłby marnie.
Nie dziwi mnie też, że pokazujesz miłość jako przyczynę poprawy.
W końcu jest to największa siła jaka we wszechświecie istnieje.
To ona (nie wiara, która przecież warunkowana jest właśnie miłością) przesuwa góry, robi z homo sapiens człowieka i to ona pozwala mu przetrwać.
Podziwiam miłość Twojej bohaterki, gdyż mało która kobieta zdecydowałaby się na faceta po takich przejściach - nie wiem czy potrafiłabym.
A przecież Ty wiesz, bo i Ty miałeś szczęście.
Twój piękny tekst, to taki z tych o upadku i odrodzeniu, jak zwykłam mawiać - nadziejny.
A ja takie po prostu cenię.
Do tego dochodzi Twoja wyraźnie widoczna rutyna w pisaniu więc jestem ukontentowana.

Pozdrawiam ciepło :)
mike17 dnia 23.08.2017 11:50
Dzięki, Aldonko za piękny i mądry komentarz, czuję jak rosną mi skrzydła :)
Zawsze interesowało mnie, gdzie jest jeszcze zainteresowanie, a gdzie już nałóg.
I jakim wypaczeniem umysłu ów nałóg jest.

Bo są ludzie bez predyspozycji do nałogów, a są i tacy co mają ich kilka.
I to jest chore.

A miłość?
Ona ma tę moc przenoszenia gór i czynienia przemian duchowych u osobników dotkniętych nałogami - wierzę w to, bo coś o tym wiem.
Tak jak piszesz - nie ma większej siły na tej ziemi.
A bez niej można upaść i już nigdy się nie podnieść.

Cieszę się, że Ci się podobało, i że moja opowieść przemówiła.
Lubię pisać o triumfie Dobra, więc i tym razem nie mogło być inaczej :)

Pozdrawiam wesoło :)
Pola Kaj dnia 23.08.2017 18:10 Ocena: Świetne!
Pięknie się czytało!
Osobiście nie wierzę, by takie zakończenie mogło się komuś przytrafić w realnym życiu, ale miniatura podoba mi się bardzo.
Chętnie poczytam więcej "Ciebie" ;)
Pozdrawiam
mike17 dnia 23.08.2017 18:28
Polu, jakże miło powitać nową Czytelniczkę :)
Wiem, że w moim pisarstwie dominuje magia, i dzieją się w życiu cuda, ale ja sam jestem na to przykładem :)
Ile tego było, Bóg raczy wiedzieć.

Staram się, by w moich miniaturach było naprawdę wiele życia i zero nudy.
No i przekaz - dobry :)

Zapraszam do innych moich miłosnych opowieści, acz nie tylko miłosne piszę :)

Pozdrawiam z uśmiechem :)
Lilah dnia 31.08.2017 22:25
Jak miło, że wróciłeś do miniatur o takiej tematyce, Mike. I fajny tytuł dałeś cyklowi - Pokochania. Lubię to słowo i opowiadania o miłości, zwłaszcza że czasy mało romantyczne.

Pozdrawiam serdecznie :)
mike17 dnia 31.08.2017 23:27
Tak, Pokochania, Lilu, jak w życiu, jak w raju :)
O miłości pisanie, ale tez tym, co mogło ją zatruć.
A że czasy mało romantyczne, postanowiłem, że takimi je zrobię.
Raz się żyje!
A miłość?
Czyż tak naprawdę nie pojawia się tylko raz?
I właśnie wtedy trzeba ją chwytać.
Bo nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.
I tylko raz jest ta jedna, jedyna szansa :)

Pozdrawiam!
Niczyja dnia 02.09.2017 20:49 Ocena: Bardzo dobre
Cześć Michale,
Dziś znalazłam czas dla Ciebie, a właściwie dla Twojego tekstu.
I muszę przyznać, że nie jest to najlepsze Twoje opowiadanie, daleko mu do moich dwóch ulubionych:) Nie gniewaj się za szczerość, ale zawsze "mówię" to co myślę.

Samo opko ładne oczywiście, świetnie się czytało, nie nużyło, a jednak wyczułam w nim sztuczność. Jakby fabuła stworzona była na siłę, aby osiągnąć Twój zamiar, efekt finalny - czyli happy end, który w miłości raczej nigdy nie istnieje. Brak mi tutaj naturalności, brak czegoś co rzuciłoby mnie na kolana z zachwytu. No cóż, "Dom Wschodzącego Słońca" nie będzie moim Twoim ulubionym opowiadaniem, choć sam tytuł jest piękny, w obu językach.

Niemniej sam tekst zasługuje na wyróżnienie, za styl, pomysł i treść:)

Pozdrawiam serdecznie,
Niczyja
mike17 dnia 02.09.2017 21:17
Niczyja, założeniem tego cyklu miłosnego było doprowadzenie wszystkiego do happy endu.
Nikt tu miał nie zginąć, a wszystko miało gładko płynąć ku krainom szczęśliwym.
I tak jest i o to mi chodziło – nie o suspens (tym razem nie) a o łagodne wyciszenie opowiadania kochaniem i w tym kochaniu zaspokojeniem – nie jestem w końcu tylko facetem od twardych zakończeń, czasem chcę czegoś innego, czułego, ciepłego.

I tak to właśnie miało wyglądać – zresztą cały cykl jest w podobnej manierze.
Postawiłem na happy end.
Na zwycięstwo kochania.
Nie na pokrętne zaskoczki.
Zależało mi na tym, że życie może tak pójść, że miłość odnajdzie człowieka, lub człowiek ją, i może być sielankowo i wcale nie musi być tu hardcoru.
Na taką właśnie radość postawiłem.
I cieszę się.

Dzięki za wizytę i podzielenie się swoimi refleksjami.
I za dobre słowo.
Wiem, że nie zawsze się każdemu przypasi, ale to są te koszta.

Bonus:

Szczęście w miłości jednak istnieje, tylko trzeba mieć do tego dobrą rękę :)
Mówi Ci to facet, który ma tę samą Panią od 26 lat.
Zatem może więcej wiary w siebie?
Cuda nie biorą się znikąd :)
Niczyja dnia 02.09.2017 23:15 Ocena: Bardzo dobre
Ad. Bonus:
Michale, tu nie chodzi o brak wiary w siebie.
Po prostu niektóre osoby miłość omija z daleka, jak trędowatych. I ja jestem jedną z nich.
Nie wierzę w żadne cuda. Za stara już jestem, ale miło, że starałeś się być miły:)
mike17 dnia 02.09.2017 23:30
Wiem, że brak wiary w siebie nie ma nic do kochania i szczęścia w nim :)
To jest w gwiazdach.
To jest Przeznaczenie.
Miłość nie jest taka okrutna spróbuj złapać ją za nóżkę, a może się uda?
Kto napiera na temat, ten wygrywa.
W miłości trza być śmiałkiem, mówi Ci to stary praktyk :)
I wybrać dwa typy: czy chcesz być zdobywcą, czy zdobywaną.
To dość mądra zasada.
bened dnia 08.09.2017 00:26
Witaj Michale,
wakacyjna przerwa najwyraźniej naładowała Ci baterie. :) Powracasz jako potężny obrońca miłości, lub raczej Miłości, idealnej, romantycznej, niezłomnej. :) I tak trzymaj!:)
W tym uczuciu jest faktycznie szczęście, choć by na nie trafić trzeba urodzić się jednak szczęściarzem. Nie tak łatwo jest spotkać księcia z bajki, z którym chciałoby się spędzić cale życie...
Cytat:
Jed­nak jeśli ko­chasz, nie masz wielu wąt­pli­wo­ści, nie pa­trzysz ro­zu­mem, lecz ser­cem.

Gdy już jednak znajdzie się tego ukochanego i wymarzonego, to w mojej opinii świat wywraca się do góry nogami i serce włada nie tylko umysłem, ale i całym ciałem, które staje się świątynią walecznej pikawy z pilnie strzeżonymi bramami.:)
A czy przeznaczenie istnieje?
Hmmm... Jestem zwolenniczką tzw."Teorii wszystkiego", wg której nic nie dzieje się przez przypadek.
Dotyczyć to musi w takim razie także relacji damsko-męskich.:)
Pozdrawiam
mike17 dnia 08.09.2017 11:25
Beniu, a co by było, gdyby nie doszło do próby samobójczej, Pablo dalej grałby w pokera, a Estela dowiedziałaby się o tym od osób trzecich.
Jaka byłaby jej reakcja i czy nie ucierpiałaby na tym miłość?
W końcu ją oszukiwał.

Zgadzam się z każdym Twoim słowem :)
W miłości patrzy się już tylko sercem, rozum idzie w odstawkę.
I jest tylko Przeznaczenie - to ono dobiera ludzi w pary :)

A przypadek?
To wymysł człowieka.
bened dnia 08.09.2017 13:20
mike17 napisał:
Beniu, a co by było, gdyby nie doszło do próby samobójczej, Pablo dalej grałby w pokera, a Estela dowiedziałaby się o tym od osób trzecich.Jaka byłaby jej reakcja i czy nie ucierpiałaby na tym miłość?W końcu ją oszukiwał.

Tak czy inaczej dowiedziała się , że ją oszukał, ale miłość okazała się silniejsza. Widocznie była w stanie mu wybaczyć tego rodzaju oszustwo. Teoretycznie wszystko można wybaczyć. problem polega jednak na tym, że nie jesteśmy robotami, komputerami, których pamięć da się wykasować. Każde rozczarowanie i ból zadany przez ukochanego pozostawia ślad, bliznę w sercu, a ilość takich zranień determinuje naszą gotowość do poświęceń i wielkość uczucia.
A czy głównego stać by było na tego rodzaju akt miłości i wyrozumiałości, gdyby to Estela przepuściła jego oszczędności? Co do tego mam wątpliwości, skoro próbował się zabić, to być może on przywiązywał większą wagę do pieniędzy... Choć tu większym przewinieniem jest brak szczerości niż sam fakt przegrania w pokera pokaźnej sumki należącej do jego partnerki.
mike17 dnia 08.09.2017 13:31
bened napisała:
A czy głównego stać by było na tego rodzaju akt miłości i wyrozumiałości, gdyby to Estela przepuściła jego oszczędności? Co do tego mam wątpliwości, skoro próbował się zabić, to być może on przywiązywał większą wagę do pieniędzy... Choć tu większym przewinieniem jest brak szczerości niż sam fakt przegrania w pokera pokaźnej sumki należącej do jego partnerki.

Myślę, że jako nałogowy pokerzysta kierowałby się zasadą "easy come, easy go", i nie miałby nic przeciwko temu, by ona puściła jego kasę z dymem.

A czy wierzysz, że w jednej chwili ludzkiego upadku można nagle zmienić całe swoje życie?
Mam na myśli to, że Pablo odchodzi od hazardu bez żadnej terapii odwykowej.
bened dnia 08.09.2017 13:59
Myślę
mike17 napisał:
A czy wierzysz, że w jednej chwili ludzkiego upadku można nagle zmienić całe swoje życie?

Hmmm... Ciężko powiedzieć, ale jeżeli się kogoś bardzo kocha, ale tak prawdziwie, z całego serca do granic możliwości, romantycznie i na granicy z szaleństwem i postradaniem zmysłów to chyba można z tytułu takiej Miłości zrobić prawie wszystko,a zwłaszcza zerwać z hazardem. Myślę, że dla kochającego poświęcenie własnego życia nie jest zbyt wielkim problemem, więc i taka sytuacja, którą opisałeś jest jak najbardziej możliwa.
mike17 napisał:
Myślę, że jako nałogowy pokerzysta kierowałby się zasadą "easy come, easy go", i nie miałby nic przeciwko temu, by ona puściła jego kasę z dymem

Może i tak, ale tu chodzi o perfidne okłamywanie. Czy w obawie przed odrzuceniem powinien udawać kogoś kim nie jest? Jaki to miało sens? Przecież w ten sposób dopuścił do tego, że Estela obdarzyła uczuciem pewne wyobrażenie o nim, a nie jego samego. Żył w iluzji prawdziwego związku i zdrowej relacji.
mike17 dnia 08.09.2017 14:23
bened napisała:

Może i tak, ale tu chodzi o perfidne okłamywanie. Czy w obawie przed odrzuceniem powinien udawać kogoś kim nie jest? Jaki to miało sens? Przecież w ten sposób dopuścił do tego, że Estela obdarzyła uczuciem pewne wyobrażenie o nim, a nie jego samego. Żył w iluzji prawdziwego związku i zdrowej relacji.

Coś w tym rzeczywiście jest, bo w końcu kreował się na pisarza.
Ale życie na szczęście samo zweryfikowało jego losy - Estela kochałaby go i tak, bez względu na to, kim by nie było, podejrzewam, że był to rodzaj miłości idealnej i bezwarunkowej.
A on?
Musiał upaść, by się podnieść - może gdyby nie ten upadek, ciągnąłby swoje kłamstwa latami.
Lecz Estela powiedziała, że była przedtem związana z pijakiem, więc kwestia uzależnień nie była jej obca i miała do tego jakiś dystans.

I pytanie za 100 punktów - kim był narrator opowiadania?
bened dnia 17.09.2017 00:34
mike17 napisał:
Lecz Estela powiedziała, że była przedtem związana z pijakiem, więc kwestia uzależnień nie była jej obca i miała do tego jakiś dystans.I pytanie za 100 punktów - kim był narrator opowiadania?

Owszem, ale odeszła od alkoholika, więc prawdopodobnie miała uraz do osób, które mają problem z alkoholem. Nie wiadomo, czego jeszcze dopuścił się były partner Esteli, picie często łączy się z agresją i przemocą...
A kim był Narrator?
Jego wszechobecność sugeruje, iż jest duchem, może przyjacielem lub kimś z rodziny lub też samym Najwyższym.
Całość widzę jako retrospekcję blisko związanych ze sobą dusz lub rozmowę z Bogiem.
Pozdrawiam weekendowo
mike17 dnia 17.09.2017 11:37
A ja wyobrażam sobie narratora jako byt bezcielesny, może Anioła Stróża, może wręcz Boga.
Kogoś, kto kroczy za nami i wszystko o nas wie.
Wierzę w coś takiego.
W każdym razie to byt wszechwiedzący i poprzez to metafizyczny.
Myślę, że każdy z nas ma kogoś takiego :)
A może to dusza kogoś bliskiego, kto po śmierci zyskał całą wiedzę o nas?
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Miladora
20/09/2017 12:58
Jak zwykle pomysłowo, Carve. :) Z małymi sugestiami:… »
Miladora
20/09/2017 12:34
Tjereszkowa napisała tak w znaczeniu przedłużenia czasu… »
Miladora
20/09/2017 12:28
Mnie też się podoba. :) Ale zgodnie z obietnicą przelecę… »
introwerka
20/09/2017 12:24
Zolu, dziękuję pięknie za czytanie, dobre słowo dla wiersza… »
Jacek Londyn
20/09/2017 12:19
Za głupi jestem na poezję. Sięgam to znaczeń głęboko,... i… »
Miladora
20/09/2017 11:58
Do moich gawronów akurat pasuje, Milenko. :) A mam ich… »
Miladora
20/09/2017 11:40
Na początek klasyczna wersyfikacja wiersza, gdyby ktoś miał… »
wiktoria
20/09/2017 11:27
Widzę, że nastrój jesienny trwa. Tym razem w innej formie,… »
Jacek Londyn
20/09/2017 11:17
Gdzie lekarza nie uświadczy, człowiek zdrów jest jak się… »
wiktoria
20/09/2017 11:08
Introwerko, przerósł mnie ten wiersz. Ale piszę komentarz,… »
Jacek Londyn
20/09/2017 11:05
Rozumiem Autora i jego obawy. Każdy kiedyś zaczyna, a potem… »
wiktoria
20/09/2017 10:58
Bardzo ładny wiersz Hopeless. Trochę jak dla mnie za dużo… »
wiktoria
20/09/2017 10:49
Domofonie, ten wiersz brzmi jak proza. Poezję znalazłam… »
maak
20/09/2017 10:48
Dziękuję bardzo za odwiedziny i ocenę tekstu. Bardzo… »
Tjereszkowa
20/09/2017 10:26
Początkowo nie podobała mi się wersyfikacja - bo nie lubię… »
ShoutBox
  • Jaga
  • 20/09/2017 11:49
  • Jeśli ktoś jest zainteresowany proponuję przenieść rozmowę na forum
  • Jaga
  • 20/09/2017 11:25
  • A może stworzyć rubrykę, gdzie każdy użytkownik raz w miesiącu może wrzucić anonimowo swój tekst. Inni komentują do woli. Po np. miesiącu autor się ujawnia i odpowiada na komentarze. Co Wy na to??
  • Tjereszkowa
  • 20/09/2017 08:42
  • Gramofonie, zgadywania autorów tekstów nie da się uniknąć. Ale nawet jeśli ma się podejrzenie, inaczej się podchodzi do tekstu anonimowego (mówię z doświadczenia - anonimowa publikacja to nie novum).
  • Gramofon
  • 20/09/2017 06:19
  • chyba ze skasowac opcje podgladu innych tekstow danego anonima...
  • Gramofon
  • 20/09/2017 06:16
  • tylko wtedy trzeba byłoby usunąć dotychczasowe publikacje i ich ponownie nie zamieszczac bo po tym łatwo rozpoznac kto jest kto ;]
  • Gramofon
  • 20/09/2017 06:11
  • też mi się podoba opcja z anonimowością, ale nie wiem czy ktoś decyzyjny czyta teraz shoutboxa wiec napiszmy petycje?
  • Tjereszkowa
  • 20/09/2017 00:23
  • Są też ludzie, którzy pamiętają portal sprzed "ostatnich" zmian i za cholerę nie mogą ich oswoić,choć co jakiś czas próbują ;). A anonimowa publikacja to najdoskonalszy sposób na prezentowanie tekstów
  • Silvus
  • 19/09/2017 23:16
  • Mike, masz rację, dla jednym nowe, dla innych stare. Ja bym optował za zmianami, ale wyobrażam sobie, że są ludzie, którzy nie chcą żadnych zmian. Nie obrzydzałbym im publikowania.
Ostatnio widziani
Gości online:31
Najnowszy:Baquetes8
Wspierają nas