Ostatnie zlecenie - Salamandra
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Ostatnie zlecenie
A A A

Świat powoli, lecz nieubłaganie tracił barwy. Blakł jak stare fotografie, odkąd odeszli z niego ludzie. Wyglądało na to, że zmartwychwstając, unieśli ze sobą odcienie i kontrasty, a pozostawili narastającą z dnia na dzień monotonię, choć przecież nie zabrali z Ziemi ani drobiny piasku, ani choćby atomu. Chociaż ci, którym przyszło bytować w postparuzyjnej rzeczywistości, nie mieli wzroku, to jednak czuli, jak energia przypisana do ich odwiecznych siedlisk blednie i się rozmywa.

Jakby naprawdę tylko miliardy ludzkich oczu każdego dnia zmuszały świat do trwania.

 

Zamieszkiwała skaliste pustkowie, naznaczone skarlałymi pozostałościami zwietrzałych wielotysięczników, poprzecinane bliznami po dawno stopniałych lodowcach i głębokimi niegdyś kanionami, przez tysiąclecia spłycanymi przez tony aluwiów. Nie zwykła opuszczać jaskiń, w których eony wcześniej znalazła i azyl, i dom. Samezuelowi pozwoliła poznać swe imię: Onoskelis. Nefilim wiedział tylko, że nie stworzył jej Bóg ani nie zrodziła kobieta, ale pewnej nocy po prostu wyłoniła się z mroku. Wezwała go, wabiąc energią tak silną, jakby nie uszczupliło jej powtórne odrzucenie przez istotę, którą ludzkość nazywała Opatrznością. Pozwoliła mu ogrzać się i nabrać mocy po wyczerpującej podróży i wielu dniach głodu. Siły, zyskiwane niegdyś dzięki obcowaniu z ludźmi, wracały. Wiedział, że nie przygarnęła go bezinteresownie, ale nie nalegał, by przedwcześnie wyjawiła, czego żąda. Tak potężny zadatek witalności sugerował jednak, że zadanie będzie trudne.

Gdy wreszcie poznał zlecenie Onoskelis, miał ochotę uśmiechnąć się z politowaniem, choć nie miał już ust. Mało brakowało, by zrezygnował, mimo że zwykle podejmował się najtrudniejszych wyzwań: miał bowiem odnaleźć człowieka, który lata temu zawitał do jej samotni, wzbudzając w Onoskelis namiętność przyćmiewającą żądzę mordu. Chociaż niewdzięcznik, uśpiwszy czujność kochanki, umknął w doliny, odmawiając zaprzedania duszy, nie zapomniała jego aury. Nigdy nie przestała tęsknić za dotykiem tego człowieka, doświadczanym w najbardziej intymny ze sposobów – w chwilach, gdy przybierała ludzką postać.

– Pominiętych została zaledwie garstka – wyraził wątpliwość Samezuel. – Marna nadzieja, że jest wśród nich ten, którego pożądasz.

– Wyczuwam go – przyznała. – Ta aura słabnie, ale wiem, że nie odszedł. Znajdź i sprowadź tego człowieka do mnie, zanim całkiem opadnie z sił.

– To nie będzie łatwe ani bezpieczne – przekazał. – Sprawujący pieczę strzegą żywych jak oka w głowie, a to, co od ciebie dostałem, nie starczy na długo. To zaledwie muśnięcie mocy, zbyt wątłe, by stawać do otwartej walki z możnymi.

Nie musiał długo czekać na odpowiedź.

– Nie pożałujesz, nefilimie – obiecała. – Szczodrze się odpłacę za wykonane zlecenie.

Udał, że wciąż się waha. Onoskelis sięgnęła po rezerwy sił: zabłysła mocą, mamiąc Samezuela obietnicą transferu energii z niewyczerpanego zdroju. Znał to; w gabinecie detektywa, którego niegdyś nękał, widywał piękne kobiety prężące się jak kotki, między wierszami dopisujące siebie do zapłaty za dobrze wykonane zadanie. Ritę zapamiętał lepiej niż inne: uwodziła tamtego Irlandczyka w równym stopniu osobowością i ciałem; szkoda, że oboje spotkał tak tragiczny koniec. Niespodziewanie nefilima ogarnęła tęsknota za brudnym, brutalnym, a jednak na swój sposób uporządkowanym światem.

Przyjął zlecenie Onoskelis.

 

***

 

– Za kim węszysz tym razem, nefilimie?

Pytanie przypłynęło z kłębowiska poślednich duchów, niczym ćmy krążących wokół ruin dawnego miasta, gdzie wyschłe na wiór pozostałości ludzkiego truchła wciąż emanowały resztkową aurą.

Nie bez trudu odnalazł ten byt, widmo niegodne posiadania imienia: mimo egoizmu i złośliwości nie raz służyło mu informacjami i było tak pomocne, jak tylko może być pospolita szumowina. Oczywiście nie pomagało bezinteresownie, a niekiedy wiadomości trzeba było z niego wydobywać siłą, ale warto mieć własnych konfidentów. Tego nauczył Samezuela detektyw, którego niegdyś nękał.

– Szukam człowieka. – Nefilim wyłuskał przebiegły byt z plątaniny innych i przywołał do siebie, wiedząc, że z mocą otrzymaną od Onoskelis wyda się potężniejszy, niż jest naprawdę.

Bezimienny duch bez żalu porzucił krążących towarzyszy.

– Wszystkich już zabrano – nadał odpowiedź, usiłując uszczknąć energii Samezuela. – Trudzisz się nadaremnie.

– Nie zwiedziesz mnie. – Samezuel trzymał moc w ryzach, nie udzielając widmu choćby odrobiny. – Wciąż tu są. Muszę wiedzieć gdzie.

Mimo blokady pośledni byt wciąż ponawiał próby.

– Gdybym znał miejsce ich ukrycia, nie krążyłbym nad tym ścierwem jak najlichszy żebrak – przekazał, szukając słabego punktu, w którym mógłby niepostrzeżenie rozpocząć transfer.

– Choćbyś je znał, możni i tak nie pozwoliliby skorzystać takiej łajzie jak ty.

– Znalazłbym dojście – padła chełpliwa odpowiedź.

– Znajdź je dla mnie. – Samezuel niby przypadkiem pozwolił, by widmo przyjęło śladową cząstkę jego mocy. – Skoro potrafisz.

Zachęcone zastrzykiem energii, zaczęło wirować jeszcze zapamiętalej.

– Co dostanę w zamian? – wysłało pytanie.

Nefilim w odpowiedzi ponownie rozszczelnił blokadę: bezimienny byt przechwycił dar aż nadto skwapliwie, nie roniąc ani kwantu.

– Powęszę – obiecał, zanim zniknął w kłębowisku duchów.

Samezuel zastygł, z dystansu doświadczając ich zmagań niczym wytrawny wywiadowca. Doceniał wszystko, czego nieświadomie nauczył go Irlandczyk, choć od czasów, w których żył, minęły całe stulecia. Robota śledczych nie zmieniła się wiele na przestrzeni wieków: świat, mimo pozornych zmian, wciąż pozostawał taki sam.

Nawet na krawędzi nieistnienia rządziły nim te same mechanizmy.

 

***

 

Cynk od widma przyszedł w porę. Potężny podziemny kompleks, w którym niedobitki ludzi szukały schronienia przed zagładą, wydawał się oczywistym miejscem: wielu mogło nie zauważyć nawet, że nastał kres. Dobrze ukryty, najwidoczniej nawet przed boskim okiem, bunkier niełatwo było znaleźć, ale intuicja i tym razem nie zawiodła Samezuela. Ludzkie aury wyczuwał słabo, sprawiały wrażenie niewiele intensywniejszych niż szczątkowe emanacje zwłok, ale brał to na karb zabezpieczeń kompleksu, który nigdy nie poddał się bezcielesnym wrogom.

Okolica wyglądała na wypaloną do cna. Usiana głębokimi lejami po bombach z egzotycznej materii przypominała krajobraz księżycowy. Samezuel, krążąc nad pobojowiskiem, poszukiwał w słabych aurach przekazanej mu przez Onoskelis sygnatury zaginionego osobnika. Nie rozpoznawał jej, ale nie to budziło coraz większy niepokój nefilima: raczej fakt, że nie wyczuwał energii ani trzymających pieczę strażników, ani wzbudzających postrach możnych, ani nawet szmatławych, żebraczych duchów. Teren i powietrze nad nim wydawały się tak puste, jakby na całej Ziemi nie pozostał żaden upadły byt. Ich nieobecność oznaczała, że Samezuel podążał fałszywym tropem. Zanim jednak wezbrał w nim gniew na bezimiennego ducha, który wywiódł go w pole, wokoło nagle zaroiło się od widm: osaczyły nefilima, wirując jak opętane. Wciąż nowe, zdawały się przybywać znikąd, zamykając Samezuela niczym w klatce. Na próżno ciskał się to w górę, to w dół, szukając luki; każdy prześwit kończył się ślepo. Wreszcie, opadłszy z sił, przestał walczyć i skupił się na rozpoznaniu dokuczliwych wrogów, by szukając znajomych sygnatur, zrozumieć, jakiemu panu służą. Przeraziła go ich jednorodność. Pojął, z czym ma do czynienia: otaczały go nie autonomiczne byty, lecz zwielokrotnione emanacje jednej, potężnej istoty.

Fantomy trzymającego pieczę.

 

***

 

– Szukasz ludzi, nefilimie? Dla kogo?

Kolejne pytania Malfasa spadały na osłabionego walką Samezuela niczym bolesne razy. Każde odbierało mu energię; mimo to usiłował zwieść możnego wymijającymi odpowiedziami.

– Dla siebie – przekazał. – Cierpię na niedostatek mocy. Jak każdy z was.

– Nie jesteś jednym z nas. Jako półczłowiek masz ją w standardzie.

– Miałem do czasu, gdy potop odebrał mi ciało. Teraz głoduję jak wy.

Samezuel, niby mimochodem, ale z satysfakcją, podkreślał niemoc możnych, zdając sobie sprawę, że balansuje na cienkiej linie, jednak nie zdołał wyprowadzić Malfasa z równowagi. Przetrzymywano go na ciemnym, cichym placu, gdzieś na terenie fabryki-molocha, między plątaniną szyn powyginanych przez żar a zastygłymi kałużami płynnego niegdyś szkła i metalu, gdzie tylko figury zamarłe w stopionej masie, z rękami wzniesionymi ku niebu, przypominały o dawnej obecności ludzi. Tutaj żadna szczątkowa emanacja nie przydawała nefilimowi sił. Trzymający pieczę i jego fantomy krążyli dyskretnie w oddali, ale moc możnego wystarczyła, by powstrzymać więźnia przed ucieczką.

– Nie jesteś – powtórzył Malfas. – Ale idę o zakład, że masz zdobyć żywego dla jednego z nas. Kto cię wynajął?

– Nikt – przekazał Samezuel.

Możny nie uwierzył; bez skrupułów przejął następną porcję jego energii. Nefilim nie po raz pierwszy błogosławił swą bezcielesność, bogatszy o doświadczenia detektywa, którego niegdyś nękał. Irlandczyk znalazł się w podobnej matni, wystawiony przez zdradzieckiego informatora, ale przypadły mu w udziale o wiele większe cierpienia. Półczłowiek przez tysiąclecia zdążył już zapomnieć, czym jest ból bitego ludzkiego ciała. Nie przestał jednak doświadczać strachu ani cierpienia.

I tak jak tamten śmiertelnik nie wydał zleceniodawczyni.

I podobnie jak tamtemu człowiekowi oprawcy pozwolili bezsilnemu więźniowi odejść, ale tylko pozornie puścili go wolno: nie wyczuwał tego, ale wiedział, że trzymający pieczę podąży za nim, tak jak złoczyńcy poszli śladem detektywa, wyrzuconego z rozpędzonego samochodu na mokrą od deszczu ulicę wielkiego miasta. Gdy nękany głupiec zaprowadził ich wprost do Rity, nefilim zatriumfował, sam bowiem popychał go w jej ramiona, lecz ta intryga nie przyniosła mu spodziewanej satysfakcji, lecz rozczarowanie i żal, że nie zdoła nauczyć się niczego więcej. Że nie pozna rozwiązania tamtej zagadki…

Zbyt łatwo poszło, to nie było wyzwanie, myślał wtedy, krążąc nad ciałami zabitych kochanków. Do tej pory pamiętał terkotanie Tommy guna, wypluwającego serię za serią. Drugi raz nie popełnił tego samego błędu: następne ofiary doprowadzał do ostateczności, by w decydującej chwili wyrwać z łap śmierci i pozwolić im rozwiązać sprawę. Od tamtego momentu zawsze byli to detektywi. I zawsze kończyli źle, lecz nigdy nie pozostawiali niezamkniętych spraw.

Teraz, wyczerpany i na granicy zanikania, rozmyślał, co dalej. Potrzebował energii, ale szaleństwem byłby powrót do Onoskelis, choć na pewno pomogłaby mu odzyskać siły. Nie, będzie musiał poradzić sobie sam, przemocą odbierając energię żebraczym widmom. Robił już tak nieraz, zdając sobie sprawę, że nikt się o nie nie upomni. Zacznie od zdradzieckiego konfidenta; a gdy już odzyska moc, sam ze zwierzyny zmieni się w myśliwego. Wiedział już, któremu z możnych deptać po piętach, by dotrzeć do żywych.

 

***

 

Do samotnej świątyni na wzgórzu droga wiodła przez zaorany dawno ugór. Ciężkie niebo prawie dotykało jej wieży, ledwo widoczne już bruzdy w glebie prowadziły wprost do sczerniałych ze starości drzwi. Samezuel długo obserwował kościół z oddali, skrzętnie zapamiętując przybywających tu raz po raz dostojników. Trzymający pieczę skwapliwie strzegli tego miejsca i przeganiali każdego z niższych duchów, trafiających w pobliże. Nefilim miał aż nadto czasu, by obmyślić plan, dzięki któremu zamierzał dostać się do środka. Detektyw, którego niegdyś nękał, w takiej sytuacji albo udawał kogoś wtajemniczonego i odważnie parł do przodu, licząc, że bezczelnością zwiedzie strażników, albo też płacił ulicznikom, by odwrócili ich uwagę.

Teraz obie te opcje nie wchodziły w grę.

Pozostawała trzecia, której przez tysiąclecia nawet nie brał na poważnie, bo dla niego oznaczała niechybną śmierć. Możni i trzymający pieczę potrafili przybrać ludzką postać bez szwanku: łatwiej regenerowali energię zużywaną przy tej okazji, natomiast moce potrzebne do dokonania przemiany przekraczały możliwości nefilimów. Samezuel czuł, że nadchodzi czas, by poprosić o pomoc Onoskelis, ale pomny losu Irlandczyka i Rity odwlekał ten moment, rozważając, czyje podszepty skłaniają go ku temu rozwiązaniu. Po raz pierwszy w swym długim istnieniu nabrał podejrzeń, że nieświadomie wypełnia czyjąś wolę, lecz nie zamierzał cofnąć się z raz obranej drogi.

Nie mógł tego zrobić. Nie chciał.

Ziemia osypywała się ze skib na czarne, błyszczące buty. Pył wzbudzany przy każdym kroku osiadał na nogawkach szerokich spodni i na połach znoszonego płaszcza. Spod kapelusza na oczy ściekał pot; Samezuel zapomniał już, jak ciężko być człowiekiem. Raz po raz potykał się o wystające korzenie. Kołnierzyk pił w szyję, więc poluzował go, prawie wyrywając guzik. Przed drzwiami kościoła ściągnął nakrycie głowy i szeroką dłonią otarł mokre czoło. Nie wyczuwał zainteresowania ze strony trzymających pieczę: najwyraźniej samotny człowiek z wysiłkiem pokonujący wzgórze umknął ich uwadze. Onoskelis użyczyła mu energii, nie zadając zbędnych pytań.

– Za wszelką cenę – powiedziała.

Uspokoił oddech i założył kapelusz, po czym pchnął ciężkie skrzydło drewnianych drzwi. Zaskrzypiały donośnie; pył nawiany z ugoru sprawił, że nie odemknęły się zbyt szeroko. Półmrok w środku nie pozwoliłby odróżnić kamiennych figur od zastygłych w oczekiwaniu żywych, ale Samezuel doskonale wyczuwał ich obecność: kryli się po obu stronach nawy, niewidoczni dla ludzkich oczu wkraczającego do kruchty. Nie budzili strachu nefilima. Śmiało ruszył przed siebie, z początku szczerze zdziwiony echem, które wzbudzały jego kroki.

– Ręce do góry!

Podejrzewał, że będą mieli broń. Posłusznie uniósł ramiona, cierpliwie znosząc obszukiwanie przez cuchnącego potem chłopaka.

– Nie ma – usłyszał, gdy umorusane dłonie tamtego przestały błądzić po jego kieszeniach. – Papierów też nie ma. Ani chusteczki do nosa. Skurwysyn nie ma nic!

– Coś za jeden?

Wciąż z rękami w górze, odwrócił się powoli. W szarawym blasku z trudem przenikającym przez wyblakłe witraże zobaczył oblicza żywych: blade, zmizerniałe, ale zdeterminowane.

– Szukałem was – odparł wymijająco, zaskoczony głębią swego głosu, i dodał, zwracając się do chudego okularnika, skrytego za plecami ciemnoskórego mężczyzny z pistoletem: – A właściwie ciebie.

– Coś za jeden? – powtórzył ostrzej Mulat.

– Art O'Reilly. – Samezuel nigdy nie przypuszczał, że w takich okolicznościach da śledczemu drugie życie i postanowił nacieszyć się tą chwilą. – Prywatny detektyw.

– Prosto z balu przebierańców – zadrwiła starsza kobieta o rozczochranych włosach. – Nawet wygląda jak Humphrey Bogart.

– Bogart nie był ryży. – Brudny chłopak chrząknął, jakby miał zamiar wybuchnąć śmiechem, ale zamiast tego niespodziewanie strącił gościowi kapelusz. – No i gdzie z tą czapką? W kościele jesteś, łajzo!

Samezuel bez słowa podniósł nakrycie głowy i starannie otrzepał z pyłu, by ponownie je założyć i starannie poprawić.

– Porozmawiajmy na osobności – zaproponował cherlakowi, konstatując, że Onoskelis ma bardzo dziwaczny gust.

Widać było, że tamten się waha; wreszcie skinął głową. Ciemnoskóry opuścił pistolet.

– Bądź czujny – mruknął, gdy okularnik, utykając, bez słowa czy gestu mijał nefilima. Zakładał, że gość podąży jego śladem w głąb świątyni.

– Czego ode mnie chcesz? – rzucił, siadając na stopniach prowadzących do ołtarza i masując bolącą, wyraźnie krótszą i zdeformowaną przez dawne złamanie nogę.

– Ja? Niczego. To pewna kobieta pragnie cię ocalić.

Wybranek Onoskelis zmarszczył brwi.

– Nie znam żadnej kobiety, która mogłaby i chciałaby mnie ocalić, Bogart.

– O'Reilly – sprostował Samezuel. – Ta cizia sporo zapłaciła, żebym wyciągnął cię z tej dziury. I zapłaci jeszcze więcej, gdy bezpiecznie dotrzemy do jej buduaru, więc nie będę dłużej strzępił języka.

– A oni? – Okularnik wskazał na utyskujących towarzyszy.

– O nich nie było mowy.

– W takim razie wracaj do tej cizi i każ jej się gonić.

Zaskoczony Samezuel odetchnął głęboko. Nie przewidział odmowy. Czy człowiek, którego na polecenie Rity miał odnaleźć prawdziwy O'Reilly, też postąpiłby tak głupio? Po raz kolejny pożałował, że nigdy się tego nie dowiedział. Na zewnątrz pociemniało; przez witraże zamiast światła zaczął sączyć się zmrok. Oprócz ciemności nefilim wyczuł w powietrzu coś jeszcze: coś, co sprawiało, że jego ludzkie ciało przeniknął zimny dreszcz.

Trzymający pieczę zacieśniali krąg.

Zdjął kapelusz i odruchowo spojrzał w sufit. Ze sklepienia, wprawianego w drżenie jakąś nieznaną siłą, opadał pył. Czas porzucić to ciało i uciekać, póki jeszcze można; wrócić do ograbiania duchów i byle jakiej egzystencji, naznaczonej widmem zanikania. Ale myślał o tym z niewytłumaczalną niechęcią. Poniósł porażkę – trudno. I tak dotarł dalej niż Art O'Reilly. Zaraz wpadną tu fantomy strażników; co je jeszcze powstrzymuje?

Gdy usłyszał odgłosy walki, zrozumiał. Był teraz człowiekiem i doświadczał wszystkiego jak ludzie: oszczędzono mu widoku rozwartych niebios i światła tłamszącego mrok. Poczuł, jak podłoga drży od detonacji, jak wibracja silników przenika wiekowe mury. Usłyszał strzały i krzyki, drzwi świątyni, potraktowane ładunkiem wybuchowym, stanęły otworem, a powietrze przeszyły rykoszety świateł latarek taktycznych. Zaszokowani ludzie ucichli i skryli się między ławkami, ale komandosi wyłapali ich i popędzili na zewnątrz, ku gotowym do startu śmigłowcom. Samezuel biegł wraz z nimi, upadając na nierównościach, zadowolony, że wraz z pominiętymi umknie trzymającym pieczę. Chwilowo nie obchodziło go, komu zawdzięcza wybawienie, choć wyjaśnienie tej zagadki wydawało się oczywiste.

Pył wzbudzany przez pracujące wirniki wypełniał powietrze czarną mgłą, ale nawet gdy maszyny wzniosły się w powietrze, kurzawa za oknami nie osłabła, jakby równie mroczne chmury zstąpiły na ziemię. Nefilim skupił więc uwagę na towarzyszach podróży: mimo że akcja zakończyła się sukcesem, żołnierze nie zdjęli hełmów i masek, ignorując ocalonych, lecz siedząca naprzeciw Samezuela kobieta w cywilu uśmiechała się przyjaźnie. Raz i drugi przetarł podrażnione pyłem oczy, by nabrać pewności, że nie śni, ale ani bordowa sukienka ze srebrną broszą, ani żakiet z kołnierzem obszytym futrem, ani kapelusik z piórkiem nie zniknęły.

Rita?

Zamrugał i przymrużył powieki Arta O'Reilly. Potem wyciągnął jego dłoń, a kobieta uścisnęła ją czule. Wtedy ustało dudnienie silników, zniknęły śmigłowce, komandosi i ocaleni, bordowa suknia i znoszony płaszcz. Pozostały tylko dwa byty, zanurzone w mroku.

– Onoskelis – pojął Samezuel.

Potwierdziła, przekazując nefilimowi energię, tak jak obiecała. Zrozumiał, od kogo czerpała tyle mocy, ale osobliwy sojusz Opatrzności i istoty o niejasnym pochodzeniu wciąż uznawał za sprzeczny z naturą.

– Jesteś z nimi? – przekazał pytanie.

– Nie. Tylko czasem proszą mnie o przysługi – wyjaśniła. – A im się nie odmawia.

– Pozwoliłaś zabrać tego człowieka… Nie zależało ci na nim – odgadł, łapczywie chłepcąc jej moc. – Tylko skąd miał twój znacznik?

– Kiedyś nękałam go w górach… Nic więcej. Szukali dojścia do pominiętych, więc tamto nasze przypadkowe spotkanie zaczęło nagle zakrawać na palec boży, choć ten śmiertelnik zapewne uważa inaczej – zadrwiła i przestała przekazywać energię. – Bywaj, nefilimie. Ciesz się trwaniem, póki jeszcze możesz. Bez żywych nie będzie długie.

Ten przekaz zabrzmiał jak groźba, ale to perspektywa samotnego zanikania w świecie pozbawionym ludzi i duchów zdjęła Samezuela lękiem. Zrozumiał, że Onoskelis, istota zrodzona z nicości nie potrzebuje ich, by istnieć.

– Co teraz zamierzasz? – pośpiesznie wysłał pytanie w obawie, że towarzyszka odpłynie, nie otrzymał jednak odpowiedzi, więc zażądał: – Weź mnie ze sobą!

Onoskelis milczała, zataczając coraz większe kręgi. Zapewne rozważała, czy samotne bytowanie w nicości jest tym, czego naprawdę chce. Wreszcie podjęła decyzję.

– Pójdź ze mną – przekazała.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Salamandra · dnia 08.09.2017 09:32 · Czytań: 170 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Miladora
24/11/2017 06:00
Pomysłowe, ale do dopracowania. :) Bez przecinka (,).… »
Miladora
24/11/2017 03:27
Podoba mi się - czekam na małą poprawkę Autorki, by zaklepać… »
Miladora
24/11/2017 03:15
Jeszcze tylko to zostało, Hope. O ile czegoś przy okazji… »
Silvus
24/11/2017 02:54
Bardzo zwiewnie, ładnie pod względem treści... ale nadal… »
Silvus
24/11/2017 02:18
A dziękuję za wejście, @Leszku. Czasem uda mi się popełnić… »
Silvus
24/11/2017 02:07
Ciekawe, ciekawe... chyba zrozumiałem... Monotonia dnia… »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 02:03
wiersz opiewa to co widzi autor na styku dnia i nocy, i… »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 01:58
moim zdaniem wiersz poddany jest dyscyplinie 9ciozgłoskowej… »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 01:46
3 pierwsze tekst piosenki, do 4tej jestem tak samo… »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 01:43
jak opis sceny; cień stoi pośrodku cienia, a na koniec dwóch… »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 01:33
znam ten model maszyny do szycia, nie do zdarcia wręcz;… »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 01:27
hmm, mam swoje doświadczenia z "pękaniem serca"… »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 01:19
fajny manifest; ale nierealny czy tu nie zachodzi pewna… »
Berele
24/11/2017 01:15
"Na rozpaloną duszę utopioną w winie" Trzeba… »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 01:12
kiedyś na PP publikowała autorka o ksywce Shortia /z… »
ShoutBox
  • Silvus
  • 24/11/2017 02:10
  • Ale ludzie się zmieniają. Przynajmniej mogą. Jeśli dostaną odpowiedni impuls, to to zrobią.
  • Silvus
  • 24/11/2017 02:04
  • Myślę, że to złożony problem...
  • Leszek Sobeczko
  • 24/11/2017 01:22
  • czemu Dolna Półka nie ma komentarzy? czy to jakaś strefa kwarantanny?
  • mike17
  • 23/11/2017 23:27
  • WYNIKI w MUZO WENACH 5 są już dostępne, zapraszam serdecznie : [link]
  • mike17
  • 23/11/2017 23:20
  • Bardzo Wam dziękuję za "Kwasiżurka" - powstał w chwilę, ale liczę, że dłużej pozostanie w pamięci :)
  • Niczyja
  • 23/11/2017 22:44
  • Wzajemnie:)
  • maak
  • 23/11/2017 22:43
  • Tak zrobię :). Dobrej nocy.
  • Niczyja
  • 23/11/2017 22:38
  • Dobrze, zgadzam się. Na pewno będzie pięknie:) Może być też tłumaczka wiatru lub deszczu. Albo wysokich traw bujających się na wietrze. Jak zechcesz, tak napisz:)
  • maak
  • 23/11/2017 22:36
  • Dobrze. Napiszę o kobiecie nie kobiecie. O tłumaczce chmur? :)
Ostatnio widziani
Gości online:15
Najnowszy:Jaclynndda
Wspierają nas