Anioł - Radeks
Proza » Obyczajowe » Anioł
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

Anioł

 

        Zasadniczo to całkiem dobrze mi się żyło. Wszystko było jako tako poukładane, może nie najlepiej, ale było. Praca, sen, koledzy, czasem związki. Chociaż może związki to nie jest najlepszy przykład. No cóż, pewnie mam trudny charakter. A może to one mają trudniejsze charaktery, trudno osądzić. Tak czy siak, moje relacje z płcią przeciwną to nic stałego, a już tym bardziej poukładanego. Problem niestety w tym, że rzeczywistość też ma swoje „zasadniczo” i, że ona musi falować, musi drgać, bo ruch to wszakże podstawa jej istnienia. Także moje zasadniczo z jej zasadniczo nie miało najmniejszych szans. Przychodzi huragan, i zostawia świat zupełnie innym niż go zastał.

        Sprzedawałem watę cukrową na jarmarkach i festynach. Może nie jest to dobrze płatna praca marzeń, ale z drugiej strony, robota słodka, szkoły nie trzeba mieć i do tego kobiety, całe tabuny kobiet. W dzisiejszych czasach jest bowiem tak wiele rozwodów, tak wiele związków bez ślubu, że dostępność kobiet na tzw. rynku wtórnym jest przeogromna. Wiadomo, po watę cukrową chodzą dzieci z matkami, wata się robi, bachory czekają, a ja mogę poobserwować. Czy fajna? Jak budowa? Czy ma ten błysk, to coś? Jeśli jest słaba, to daję watę i dziękuję. Jeśli jednak mam zamiar zapolować, to rzucę jakieś miłe słówko, komplemencik, i to wystarczy. Nic więcej na tym etapie nie potrzeba robić. Nic więcej. Samotne matki w większości też są przecież na łowach, ba, one praktycznie non stop są na łowach. A, że oboje polujemy na różne zwierzęta, to już temat na zupełnie inną opowieść. Skoro więc oboje chcemy, to już naprawdę niewiele trzeba do sukcesu, ledwie kroczek. Potem oczywiście są rozczarowania, żale i łzy, emocje, ale trzeba być twardym, jak powiada klasyk, twardym jak Roman Bratny. Nie jestem żadnym przystojniakiem, ot trzydziestoparoletni facet, niezbyt wysoki, łysiejący. Moje uzębienie to raczej czas przeszły niż teraźniejszość. Brzuch, podbródek, wszystko w nadmiarze i na swoim miejscu, no wypisz wymaluj Banderas. Mazowiecki Banderas. Banderas wierzb rosochatych, łanów złocistych, wiosek i miasteczek, maleńkich, zapyziałych miasteczek. Ostatni raz kant na spodniach miałem chyba na komunię, a moje koszule lata świetności dawno mają już za sobą, lata świetlne za sobą. Jednak desperacja tych wszystkich kobiet zdaje się jakby nie widzieć mojej zwyczajności. Ich koncentracja i skupienie na celu są przeogromne. To niesamowite. Kobieta jeśli czegoś chce to stara się osiągać to wszelkimi dostępnym środkami, nie odpuszcza tak łatwo, nie rezygnuje. Uczepi się pazurami, zębami, resztką godności, trzyma i walczy. Walczy do końca, nie kalkuluje, czy może warto już się wycofać. Przegrałam i jeśli teraz odpuszczę to zatrzymam jeszcze cokolwiek przy sobie. O nie, to nie kobiety, one wpadają do końca, po czubek głowy, po ostatni koniuszek włosa. A weź i taką odrzuć, spróbuj odrzuć jej zaloty, jej przyzwolenie na zdobywanie. Odrzyj ją z oczekiwań, przekrocz pierwszy krąg i odpuść. To przecież samobójstwo, najczystsze samobójstwo. Nigdy tego nie rób, lepiej już przekrocz krąg drugi i trzeci, jakoś to przeżyjesz, ale nie zostawiaj jej w chwili gdy otworzyła się przed tobą. Mówią, że nie ma nic gorszego od wzgardzonej kobiety, i mają rację, mędrcy świata zawsze mają rację. Bo kobieta kocha i nienawidzi bez kalkulacji, czerń i biel, żadnych szarości, żadnych. W jej zemście natomiast szarości dominują, cel może jest i czarno-biały, ale droga do niego już nie. Droga to kręta ścieżka na której tylko ona na potrafi się odnaleźć. To doskonały i wyrafinowany plan zemsty. Plan którego istnienia ofiara nawet się nie domyśla. Finezja kobiet, ta gracja w obmyślaniu sposobu ukarania delikwenta, to poezja, najczystsza poezja wyrachowania. Na szczęście do tej pory udawało mi się jakoś z nimi nie zadzierać zbytnio. Nic mi nie wiadomo o dzieciach, czy o niechcianych ciążach, których jestem powodem. Kontaktu z byłymi kobietami nie mam, że tak powiem na świeżo bo nie wracam raczej jednego roku do tych samych miejscowości, a gdy spotkam którąś w latach następnych to już gniew inny, łagodniejszy jakby. Może to zima łagodzi, może to mróz działa na nie tak jak na aronie, może wydobywa z nich ukryte smaki i one wówczas łagodnieją? Trudno powiedzieć. A może to wpływ wiosny? W każdym bądź razie czas leczy rany i ja to wiem, albo raczej, one to wiedzą.

        Tak mijało moje życie od jarmarku do jarmarku, od miasteczka do miasteczka, od przygody do przygody. Po ile wata? Bardzo słodka? Nie, nie bardzo, ja mam taki mniej słodki cukier, kurwa, co to za pytanie. Ma Pan wydać ze stówy? Ot zwykły dzień sprzedawcy waty. Stoję teraz na rynku w jakiejś pipidówie, święto gminy czy czegoś tam. Głowa boli bo wczoraj było trochę za dużo i trochę za długo, a ja stoję w tym upale z ostatnią butelką wody. Dzieciaki podchodzą, kupują, matek jak na lekarstwo, ale może to i lepiej, bo kac dusi i niezbyt mam ochotę teraz na zaloty. Oby do czwartej, wtedy zwinę kram, napiję się zimnego piwka i walnę gdzieś pod drzewem. Co dalej? Dalej to będzie wieczór i będzie dobrze.

        Nagle na rynku pojawia się ONA. Ja pierdolę. Zjawisko. Światło bije w niebo, aż oślepia, no Matka Boska, anioł jakiś. Nogi mi się ugięły i gdyby nie maszyna do waty to pewnie runąłbym na bruk, rozbił głowę i strach pomyśleć co gorszego mogło się stać. Tak jak stałem, z miejsca się zakochałem. Idzie bogini, ale jak ona idzie, nieśpiesznie, wręcz majestatycznie, a każdy jej krok jest idealny, o idealnej długości, w idealnym tempie. Jeżeli kiedykolwiek goście z Sevres poszukiwaliby doskonałego kroku, to proszę bardzo, oto on, wzór dla wszystkich kroków świata. Szpilki stukają o bruk, a ich echo przez długie chwile tłucze się jeszcze po rynku. To jej kołysanie bioder, to falowanie włosów, biustu. Cytując dowódców wojsk desantowych – doskonała linia brzegowa, każde miejsce odpowiednie do ataku. Matko. Kobiety zazwyczaj mają jedną część doskonałą, no dwie, te na zdjęciach to max trzy. Niektóre mają nogi, inne twarz, jeszcze inne biust, ale tutaj była kumulacja, MEGA KUMULACJA, miliard w totka, wszystko perfekt. Jestem pewien , że nawet jej bąki pachną francuskimi perfumami. Ona idzie, a ja mam wrażenie, że cały świat jej się poddaje, cała ta nijaka mieścina. Woda w studni na rynku wrze, drzewa kłaniają się przed nią, a ptaki na niebie układają klucze w najwymyślniejsze wzory. Kto to jest, ja się pytam? Kto to, kurwa, jest? To człowiek czy mara jakaś? Czy ja śnię? Jeśli śnię, to nie chcę się obudzić, chcę po wsze czasy stać przy tej cholernej maszynie i patrzeć jak idzie, nic więcej, tylko patrzeć jak idzie.

        Podchodzi do mnie, rozumiecie, do mnie? Chociaż pewnie do waty podchodzi. Ale do waty? Taka laska? Przecież ona pewnie każdą kalorię liczy, każdy gram, gluten-sruten we wszystkim sprawdza i dwa razy się zastanowi zanim cokolwiek włoży do ust. Wodę pije z kokosa i je jakieś tam kiełki, czy inne badziewie. No nic, trzeba się opanować, trzeba zacisnąć pośladki, bo z wrażenia to różnie może być, tic taca do ust wziąć, fartuch obciągnąć i już. Jestem gotów, albo tylko wydaje mi się, że jestem gotów.

- Co podać? – pytam, choć pytanie jest wyjątkowo głupie, bo oprócz waty nie sprzedaję przecież niczego innego.

- Watę poproszę, dużą.

        Jezu! Dużą watę, toż to ilość kalorii jaką ona zjada chyba w tydzień. Oszalała? A zamówiła tę watę głosem tak śpiewnym, tak idealnie zbalansowanym, coś jakby szept, ale taki ciut głośniejszy, głębszy. Śpiew słowika przy tym to jedynie skrzekot, kakofonia i tyle. Każde jej słowo powodowało dreszcz, spazm który wstrząsał ciałem dokładnie tak samo jak gorączka wstrząsała niegdyś Nel w baobabie. Podnieciłem się od samego brzmienia jej głosu. Wcześniej co prawda też się podnieciłem, gdy tak szła przez rynek, ale opanowałem chuć i mówić kolokwialnie – poziom Wisły w Wyszogrodzie opadł do bezpiecznego poziomu.

        Teraz jednak stoi, widać to. No widać! Ratunku! A mogłem kupić dłuższy fartuch, taki do kolan, nie jakieś gówno do pasa. Chwytam go więc mocno i ciągnę w dół z nadzieją, że rozciągnie się trochę lub choćby wydłuży odrobinę.

- Pięć złotych poproszę. Zapłaciła.

        Jedną ręką robię watę, drugą wciąż obciągam ten pieprzony fartuch, wyglądam pewnie jak jakiś psychol z nerwicą natręctw. W głowie pustka, zero, wiatr hula po pustej czaszce. Normalnie gdy zagnę parol na jakąś babkę to mam cały arsenał słów, tomy opasłe. „ W Pani rączkach to chyba każdy miękki jak ta watka, a może raczej, wręcz przeciwnie?” i figlarnie puszczam oczko, „ Ciekawe co słodsze, ta wata czy Pani usteczka”, „Nie chciałaby Pani tak złapać za patyczek i sobie pokręcić?” i takie tam. Śmichy-chichy, głupotki, żarciki i już, coś zaczyna się dziać. Kamyk wyjęty i lawina rusza. Wieczorem zazwyczaj u niej, kolacja lub nie, czasem samo winko. Z kolacją lepiej, bo nie muszę później martwić się o to co by tu zjeść. A teraz nic, ledwo pamiętam jak się nazywam, co dopiero zagadać do kogoś takiego.

        Gotowe. Drżącą ręką podaję jej gigantyczny kokon z cukrowej waty. Wyciąga do mnie dłoń, najpiękniejszą dłoń jaką w życiu widziałem. Wypielęgnowaną, gładką, z maleńkimi kwiatkami na pomalowanych paznokciach. Na palcach dwa niezbyt wielkie pierścionki o błyszczących oczkach, obrączki brak. To jest dłoń z alabastru, z marmuru lub czegoś równie pięknego. Nie to te co zwykle. W miejscach takie jak to, nie widuje się pięknych dłoni często, ba nie widuje się ich praktycznie wcale. Pieniądze podają mi zazwyczaj ręce spracowane lub zwyczajnie zaniedbane, z odrapanym lakierem lub bez niego, a czasem nawet z obgryzionymi paznokciami. Dłonie takich normalnych kobiet, codziennych, kobiet, które nie zwracają już uwagi na tego typu drobiazgi. Chwyta watę. Przez moment oboje trzymamy za patyczek, przez chwilę oboje jesteśmy jednością. Złączeni małym, drewnianym kijkiem.

        Odrywa kawałki i wkłada sobie do ust, ale jak wkłada. Boże, jak ona wkłada sobie watę do ust. Podniecenie rośnie, co tam fartuch, zaraz chyba ten wózek przewrócę. Apogeum erotyzmu, Himalaje. Szybko jednak okazuje się jak niewiele wiem o Himalajach, chyba tylko tyle, że słoń i na jajach. Bo teraz rozchyliła lekko usta i delikatnie zlizała resztki waty z warg. To są dopiero szczyty, no kosmos jakiś. Tętno mam pewnie takie, że skali braknie. Nie wytrzymam, zwyczajnie dłużej nie wytrzymam, zaraz albo pękną mi spodnie albo małego szlag trafi. Dobrze, że rano było pochmurno i bojąc się chłodu ubrałem dżinsy, gdybym ubrał bawełniane spodenki katastrofa teraz byłaby murowana. Trzymaj się dżinsie, trzymaj się, nie puszczaj. Hold the door, hold the door… Rzucę się na nią, a co mi tam, rzucę się, nieważne konsekwencje, nie dam rady tak stać i patrzeć. To tortura najgorsza z możliwych, to nieludzkie robić coś takiego drugiemu człowiekowi. Ona jakby o tym wiedziała, jakby każda sekunda mych katuszy sprawiała jej satysfakcję, radość jakąś nieopisaną. Przeciągała w nieskończoność każdy kęs, bawiła się mną tak jak kociak bawi się kłębkiem wełny, z tą tylko różnicą, że mój kłębek zaraz całkowicie się rozsupła.

        Wreszcie skończyła. Wyrzuciła patyczek do kosza, ten sam patyczek który przez moment nas połączył. Wyjmę go ze śmieci, jak pójdzie, pomyślałem, to relikwia przecież, jedyna pamiątka po naszym spotkaniu. Zaczęła wycierać usta chusteczką, ale na to już nie patrzyłem, to było dla mnie zbyt wiele. Zrób coś, przecież ona zaraz odejdzie, zjadła to i odejdzie, no bo po co miałaby stać przy maszynie z watą cukrową. Myśl chłopie, myśl, twoje nędzne życie od tego zależy. Jesteś jedynym człowiekiem na całej planecie który umie rozbroić tę bombę, kurwa jedynym. Jesteś asem, jesteś Tysonem podrywu, wulkanem. Wyrzuca chusteczkę. Odchodzi? Nie!!! Nie odchodź…

- Podać coś jeszcze? – mówię te słowa i nie wierzę, że je wypowiadam. Podać coś jeszcze? Tak, kurwa, kebab jej podaj i lody, idioto. To już koniec. Popatrz sobie tylko jak odchodzi, jak sukienka tańczy na jej pośladkach, jak znikając kołysze biodrami i podchodzi do innego stoiska. Kretynie, co to za tekst, podać coś jeszcze? Tym chcesz poderwać anioła? Tym? Zapomnij.

-Nie, dziękuję, wystarczy.

        Odpowiedziała i spojrzała mi prosto w oczy, a spojrzała takim wzrokiem jak jakiś super bohater z komiksu. Dwa niebieskie promienie z jej oczu złapały mnie i żadna siła nie była w stanie tego rozerwać. Taki wzrok może oznaczać tylko jedno. To jedno? Nie wierzę. Patrząc na mnie sięgnęła do torebki, chwilę czegoś w niej szukała. Wreszcie wyjęła notesik i długopis. Ale po co? Niemożliwe. To zbyt piękne żeby było prawdziwe. Zostawi mi swój numer telefonu. Boże, taka kobieta da mi swój numer telefonu. No bo po jaką inną cholerę by to wszystko wyciągała. Z nią to będzie inaczej, inaczej niż z tymi poprzednimi, z nią będę się starał. Stanę się lepszym człowiekiem. Zmienię się dla niej, znajdę normalną pracę, przestanę pić. Ustatkuję się.

        Dziękuję ci Boże za ten cud. Na kolanach do Częstochowy pójdę w podzięce, wotum złożę, przed ołtarzem padnę. A może to matka ją dla mnie wymodliła? Pewnie ona, no bo kto inny. Mamusia moja najlepsza, najukochańsza. A taki jestem niedobry dla niej, ech.. Synem też zostanę lepszym, obiecuję.

        Otwiera notesik, coś w nim zapisuje, wreszcie odrywa kartkę. Serce wali mi jak młot, więźnie w gardle, łydki drżą, pot zalewa wszystko co tylko zalać może. Paraliż. Sam nie wiem jakim cudem wyciągam dłoń przed siebie, a ona powoli podaje mi karteczkę…

Nagle jeb. Prosto między oczy, obuchem jeb.

        Nazywam się tak i tak, jestem inspektorem w Mazowieckim Urzędzie Skarbowym, oddział w Płońsku, oto moja legitymacja. Na Pańskim stoisku stwierdzam brak kasy fiskalnej. Nakładam karę w wysokości pięciuset złotych. Tutaj jest mandat oraz wezwanie do nas, na siedemnastego. Dziękuję bardzo. Do widzenia. Odwraca się i odchodzi.

        Światło zgasło. Podniecenie minęło jak ręką odjął. Świat runął w jednej chwili, a serce pękło na milion kawałków. Jakże okrutnie los zadrwił sobie z moich marzeń. Anioł okazał się aniołem śmierci, chudą kostuchą z lodowatym pocałunkiem. Pięć stów, kurwa, pięć stów, masakra. No cóż, zasadniczo to mam przerąbane.

       Zaraz. Czy ja myłem ręce przed pracą? Chyba nie. Już mi trochę lepiej.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Radeks · dnia 13.09.2017 10:11 · Czytań: 157 · Średnia ocena: 4,5 · Komentarzy: 7
Komentarze
al-szamanka dnia 13.09.2017 17:53 Ocena: Bardzo dobre
Cytat:
a ja mogę po­ob­ser­wo­wać. czy fajna?

bez kropki
Cytat:
le­piej już prze­krocz krąg drugi i trze­ci, ja­kość to prze­ży­jesz

bez ć
Cytat:
bo oprócz waty nie sprze­da­ją(ę) prze­cież ni­cze­go in­ne­go.

Cytat:
Rzucę się na nią, a co mi tam, rzucę się, nie ważne kon­se­kwen­cje

nieważne
Cytat:
Boże, taka ko­bie­ta dam mi swój numer te­le­fo­nu.

Cytat:
Na ko­la­nach do Czę­sto­cho­wy pójdę w po­dzię­ce, wotum złoże(ę)

Przejrzyj też tekst dokładnie, gdyż sporo w nim potknięć interpunkcyjnych.
Przykłady:
Cytat:
Nic mi nie wia­do­mo o dzie­ciach, czy o nie­chcia­nych cią­żach(,) któ­rych je­stem po­wo­dem.

Cytat:
Kto to, kurwa(,) jest?


Ubawiłam się :)
Fajnie opisałeś piorunujące zakochanie się sprzedawcy waty.
Od momentu z notesikiem wiedziałam już w czym rzecz, zabawa się skończyła.
Chociaż nie.
Kichnęłam śmiechem - niezaplanowana zemsta niemytych rąk była tego warta.

Pozdrawiam :)
Dobra Cobra dnia 13.09.2017 20:33
Zauroczenie, czy jest coś słodszego?

Radeks,

Fajna puenta, dobrze wykombinowane, lekkie i strawne - czyli wszystko, co jest potrzebne lekkiej prozie, której tak rozpaczliwie brak na rynku.


Podobało się. Brawo!


Pozdrawiam,

DoCo
Radeks dnia 14.09.2017 08:40
Jak to mówią, pierwsze koty za płoty :)
Dziękuję bardzo za miłe słowa.
Za uwagi też dziękuję, sprawdzę wszystko jeszcze raz i postaram się poprawić.
JOLA S. dnia 14.09.2017 18:57
Radeks,

Ładne, ciepłe, łagodnym humorem podszyte. Przy tym konsekwentnie i wiarygodnie poprowadzona narracja. Dobrze, gładko mi się czytało.

Pozdrawiam :)

JOLA S.
skroplami dnia 17.09.2017 15:09 Ocena: Świetne!
No, tekst rozjeżdża. Czytelników :).
Rozjechał i mnie ;).
Lekkość i małych miasteczek czar, chociaż pokropiony absurdem jakby, rzeczywisty bardzo bardzo w niektórych miejscach, Polski :).
Z drugiej strony ileż radości te miasteczka dają, autorowi też ;).
Ukryty jednak pewien czar, za którym wielu tęskni. Ich spokój :).
Ale nie o spokój w opowiadaniu chodzi. Z drugiej strony, ech :(. Że Anioł dał mandat to już minęło :(? Przecież serce przebite na wylot i krwawi. Przestań autorze, nie rób sobie... yyy, kpin z męskiej części ludzkości :). Takie coś powoduje że gdyby to był diabeł, też się go kocha ;).
I przy takim zakończeniu wychodzi szydło z worka: bohaterowi nie należny Anioł, jest zbyt niedojrzały :(. Nie? No tak, to nie bohater Supermen lecz pewien typ męski ;). Pięknie oddany, doskonale rozebrany psychicznie :). I z ogromnym plusem, ma humor i potrafi się zachować w tym co robi. Z drugiej strony tyle obserwacji kobiet, realnych. Ok, trzeba się przyjrzeć ;).
P.S. Wiersze masz autorze w podobnym tonie, lekko się czyta i z uśmiechem.
Chociaż bliższe są wierszowanym humoreskom jak poezji ;). Też nie? No dobra, to humorzasty typ poezji :).
Jacek Londyn dnia 17.09.2017 16:23
Zabawnie i sprawnie napisane. Się czyta. Niemyte ręce - to było dobre!
Na szczęście pani inspektor pewnie zakochała się w watniku, nawet go nie wylegitymowała. :) Niech żyje miłość!
Pozdrawiam
JL
Radeks dnia 17.09.2017 21:24
Jeszcze raz bardzo dziękuję. Aż się zawstydziłem
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Zola111
25/09/2017 15:24
Ale to nie jest wiersz o nietolerancji, o poglądach. Raczej… »
Milena1
25/09/2017 15:19
Podobno czerwone skarpety rozgrzewają najlepiej :) Pozdr »
Milena1
25/09/2017 15:11
Zaciekawiła mnie twoja historia. Zachęcona, przeczytałam… »
Miladora
25/09/2017 14:46
O, jak miło zobaczyć pod wierszem nowego czytelnika. :)»
Tjereszkowa
25/09/2017 14:44
Ooo, jak Clark obrodził w komentarze :). Bardzom… »
Miladora
25/09/2017 14:37
Bardzo ładny obraz, Hope. Jak się okazuje, wcale nie… »
braparb
25/09/2017 14:34
Miladoro, Rozbawił mnie Twój wiersz :). Wchodzi gładko i… »
Miladora
25/09/2017 14:14
Zgadzam się z Introwerką. :) Ale na czymś trzeba się… »
starysta
25/09/2017 14:05
Dziękuję Miladoro, Pozdrawiam, nie obawiaj się, to tylko… »
Miladora
25/09/2017 13:58
A może jeszcze trochę zabawy z formą, Black? ;) Masz dwa… »
Miladora
25/09/2017 13:35
Ja też pamiętam - flet z liścia zagra nam sonatę. :) I… »
braparb
25/09/2017 13:32
Nie mam pojęcia o czym jest ten wiersz ale jestem… »
braparb
25/09/2017 13:21
Zolu, Bardzo podoba mi się Twój wiersz, lecz myśl iż z… »
purpur
25/09/2017 12:36
Mhm. No tak... Aż zerknąłem, na inne Twoje teksty. No… »
purpur
25/09/2017 12:27
Rozpocząłem czytanie, przewinąłem, po kilku zdaniach i… »
ShoutBox
  • Krzysztof Konrad
  • 25/09/2017 11:31
  • Teraz to juz sam nie wiem skąd ona pochodzi. Na pewno pierwszy raz usłyszałem ją w kościele na kazaniu.
  • Krzysztof Konrad
  • 25/09/2017 11:27
  • W końcu brzydki kłos pojechał ich tekstem "ale wy jesteście w środku puste"
  • Krzysztof Konrad
  • 25/09/2017 11:24
  • Słuchajcie, może jest tu ktoś, kto zna dobrze biblię? Szukam przypowieści, która bardzo podobała mi się, gdy uczęszczałem do kościoła. Mowa była o zbożu, gdzie piękne kłosy drwiły z tych wygiętych
  • Zola111
  • 25/09/2017 01:31
  • A Zaśrodkowanie#26 czeka! Dobrej nocki.
  • Silvus
  • 25/09/2017 00:08
  • Ej, ten Eric to wziął zaśpiewał piękny tekst...
  • introwerka
  • 25/09/2017 00:07
  • Dzięki, Silv - nawzajem :)
  • Silvus
  • 25/09/2017 00:03
  • No to - dobrej nocy.
  • introwerka
  • 24/09/2017 23:57
  • Silvus - spokojnie i pięknie :) Nie wiem do końca, jaki to gatunek, ale ja to nazywam romantyczną odmianą bluesa :) A teraz już dobranoc ode mnie, albo jeszcze taka cudna balladka:
Ostatnio widziani
Gości online:41
Najnowszy:Hielscheres6o
Wspierają nas