Najpiękniejsze imię świata - mike17
Proza » Miniatura » Najpiękniejsze imię świata
A A A
Od autora: To już druga część miłosnego cyklu, w którym zadaję pytanie, czym w życiu człowieka jest Przeznaczenie.
I czy każda miłość jest dobra - może wydawać się tak tylko z pozoru.
Zapraszam do czytania i dzielenia się refleksjami :)

 

                               

 
 
 
 
- Dlaczego poroniłaś? – krzyczał, zataczając się po pokoju. – Przecież mieliśmy mieć jeszcze córkę. Spieprzyłaś wszystko! Idę do knajpy, nie chce mi się tu być.
Patrzyłaś w ścianę, jakby na niej rysował się obraz piękny i pełen radosnych blasków.
Ten uśmiech, który wówczas ujrzałem był czymś z pogranicza spokoju i pogardy, jak surrealistyczny wykwit, niewiele mówiący, jednak dający do zrozumienia bardzo wiele.
Bawiłem się żołnierzykami i co jakiś czas spoglądałem w twoje dziwne oczy, a te zdawały się patrzeć, lecz nie widziały niczego, co wokół fundował nieobliczalny świat w mętnej krasie szarej codzienności, w jakiej przyszło nam żyć, odkąd stary pokochał pocałunek butelki.
Czy to przez to, że taki był, czy też dlatego, że nie dałaś mu córki – trudno dziś rzec.
Dla mnie zawsze był zimnym, zakochanym w sobie pajacem, gościem w domu, kimś, kogo nie stać na dobre słowo, na czuły gest, na to, by dać najbliższym poczucie bezpieczeństwa.
 
Od tamtego dnia, kiedy wyszłaś ze szpitala, zaczął znikać na całe dnie i po powrocie, najczęściej pijany, padał ciężko w ubraniu na łóżko i zasypiał, nie czując na drugi dzień potrzeby jakiegokolwiek wytłumaczenia – ot, pan na włościach, król we własnym pałacu.
Dopiero po latach powiedziałaś mi całą prawdę o swojej utraconej kobiecości.
 
Kiedy mu powiedziałaś, że już nigdy nie będziesz mogła mieć dzieci, z dzikim błyskiem w oku wywrócił stół, i chwyciwszy krzesło, tłukł nim szaleńczo o podłogę tak długo, aż rozpadło się na dziesiątki kawałków.
Potem wybiegł, głośno trzaskając drzwiami.
Z korytarza dobiegał tylko jego głos i stek przekleństw, które rzucał w przestrzeń.
 
Spałem z tobą, a ty w nocy często wstawałaś, by przynieść mi szklankę wody, jakby od tego zależało moje małe życie, i nigdy nie zapomnę wdzięczności, jaką wówczas czułem.
Miałem wtedy koszmary, dlatego potrzebowałem twojej bliskości, tego jedynego ciepła, i tylko ty mogłaś mnie ochronić przed demonami, czającymi się w dziecięcej wyobraźni.
Nie dbałaś o to, że rano musisz wstać do pracy, liczyło się wyłącznie moje dobro.
Nie zarabiałaś wiele jako nauczycielka w szkole, ale miałaś klasę jak profesor uczelni.
Byłaś bardzo religijna i zawsze mówiłaś, że Pan nas nie zostawi, gdybyśmy popadli w biedę, że dla tych, którzy Go kochają jest jak najlepszy tatuś, miłosierny i wspaniałomyślny.
„Nie taki, jak ten, który tu mieszka” – pomyślałem.
Kiedy pewnego dnia usłyszałem tamtą rozmową, stałem się natychmiast mężczyzną.
Od kolegów z podwórka wiedziałem już co nieco o sprawach damsko-męskich, więc wnet pojąłem sens jego słów: „Jesteś seksualną kaleką, nie chcę, byś zmarnowała mi życie”.
 
Potem widziałem go jeszcze trzy razy, po czym zapadł się na zawsze pod ziemię, trywialnie, jak trywialnie żył, i powoli pamięć gasiła po nim ostatnie światła.
Nigdy nie zapomnę lutego, tego zimowego miesiąca, kiedy poczułem prawdziwą ulgę.
Moja mała intuicja szeptała mi, że ta kanalia już nie pojawi się w naszym domu, i nie myliłem się: mijały miesiące i lata, których nikt nie zakłócał nam pijackimi awanturami, a on zdał się chorym zwidem, wytworem obolałej wyobraźni, snem, który przyśnił się komuś innemu.
 
Zawsze drugiego marca z kieszonkowych kupowałem ci drobny prezent urodzinowy.
Zależało ci, bym miał dobre stopnie, więc starałem się, jak mogłem, a ty miałaś zwyczaj nagradzać mnie pieniędzmi, bo wiedziałaś, że je lubię i będę chciał nazajutrz zjeść kilka hot-dogów u Dużego Mike’a, zaraz po szkole, jak ci, co pochodzili z bogatych rodzin.
Wkładałaś całe serce w to, bym nigdy nie czuł się gorszy, by moje poczucie godności własnej nie ucierpiało tylko dlatego, że nie przelewało nam się, jednak nie narzekałaś i cieszyłaś się każdą, małą chwilą, kiedy dawałem ci radość, bo i ja miałem pewność, że jesteś najważniejszą osobą w moim życiu, najpiękniejszym imieniem, jakie dane mi było poznać.
 
I jeśli na tamtym świecie zapytają mnie kiedyś, co z tego wszystkiego pamiętam, to powiem, że twoją uśmiechniętą twarz, pełną wiary, pewności i spokoju, to ją zabiorę w zaświaty.
 
Sprzedałaś dom, bym miał na studia prawnicze na najlepszej uczelni.
Zamieszkałaś w małym, parterowym, jednoizbowym domku na przedmieściach miasta.
Nigdy nie widziałem cię w smutku, nigdy w zadumie, zawsze w radości i w wierze, że nasze losy potoczą się tak, jak najpiękniejszy scenariusz filmowy, nic nam już nie grozi – jeśli się wierzy w zwycięstwo, ono wcześniej czy później nadchodzi, tak ten świat jest urządzony.
I ja tak na to patrzyłem – miałem pewność, że wszystko dobrze się ułoży, że nic nie stanie na drodze, bo wiara czyni cuda, więc trzeba tylko wierzyć, by osiągnąć szczyty.
 
Wzięłaś kredyt, bym miał swojego, pierwszego potwora – mały kabriolet, który potrzebowałem, by do końca zagłuszyć wspomnienie biedy i imponować dziewczynom, co od tej pory miały być pasażerkami, choć sam nie wiedziałem, czego od nich oczekiwałem i co tak naprawdę chciałem udowodnić.
Było ich wiele, lecz wiele z tego nie wynikało.
Lubiły przejażdżki, ale jakoś ja nie chciałem tego ciągnąć, nie wiem czemu, po prostu przychodziły i odchodziły, jak pory roku, jak zmienność rzeczy.
Mało mnie to obchodziło, mało o tym myślałem.
 
Kiedy ciepły, lipcowy piasek pieścił nasze stopy, myślałem o tobie.
Na plaży, gdzie byłem z… nieważne, z kim.
Gdy szedłem z inną parkiem, marzyłem, by być już w domu.
Jak miała na imię?
Wyleciało mi drugim uchem.
Podczas przejażdżki bulwarem nie mogłem znieść faktu, że to nie ty siedzisz koło mnie.
Czułem czyjąś dłoń na karku i spojrzenie, którego nie umiałem odwzajemnić.
I w duchu szeptałem: „Helen, Helen…”
 
I w chwili, kiedy wchodziłem do małego, żółtego domku, za drzwiami pozostawiałem z ulgą niedorzeczny świat, te wpatrzone we mnie puste twarze dziewczyn, liczących na coś więcej, byłem już w twoim świecie, maleńkim, wyśnionym i niezastąpionym, nienazwanym.
I spoglądałem szczęśliwy na drobne dłonie przygotowujące kolację.
I stawał czas, jakby się nigdy nie narodził, i był tylko piękny, magiczny constans
Pytałaś: „Czy masz już jakąś narzeczoną?”
Odpowiadałem: „Nie potrzebuję póki co”.
Nalegałaś: „Ale jesteś taki młody, taki przystojny”.
Mówiłem: „Są dla mnie jak powietrze”.
 
Pewnego dnia zabrałem cię kabrioletem nad potok, pokazać pstrągi agresywnie wychodzące do jętki tak żarłocznie, że można było mieć niezłe widowisko, oglądając ryby w akcji.
- Jakie one piękne – powiedziałaś.
- Mam wędkę w bagażniku, złowię kilka – odparłem, po czym po chwili byłem już gotów do łowienia.
- Nigdy ich nie jadłam. Twój ojciec był śmierdzącym leniem, i pijakiem. A miał to wszystko pod nosem…
- Dziś wieczorem zjesz swojego pierwszego pstrąga, obiecuję.
- Dobrze, mały, złap mi je, wstyd, że w moim wieku nie znam jeszcze smaku ryb.
- Dziś wieczorem zrobię ci je na grillu, tym samym, który kupiłem u sędziwego pana
Adamsa, który właśnie miał urodziny i dał mi rabat.
- Tak, już czuję się głodna.
- Poczujemy, jak smakują zwykłe, ludzkie przyjemności.
- Jak smakuje radość życia.
- Jak to możliwe, że dotąd tego nie poznaliśmy?
- Czasem mamy pod górkę, czasem nic się nie układa.
- Tak, mamo, ale teraz już tak nie będzie.
- Wiem, mały, wiem, że przy tobie włos mi z głowy nie spadnie.
- Bo tylko przy tobie czuję szczęście, tylko przy tobie żyję.
- Szkoda, że twój ojciec taki nie był.
- To zwykły cham, ot co.
- Masz rację – przy tobie jest nikim.
- Jestem tylko twoim synem, i zrobię wszystko, byś była szczęśliwa.
 
Pamiętasz nasze dawne lata, kiedy chodziłem do podstawówki?
Byliśmy nierozłączni, bawiłaś się ze mną chętniej niż moi rówieśnicy, których tak naprawdę do końca nie rozumiałem, bo potrafili gadać źle na własne matki.
Ja wiedziałem, co to znaczy być kochanym, i wiedziałem też, co to znaczy kochać.
I gdy kopali bezrozumnie piłkę lub grali godzinami w kapsle, ja czekałem, aż wrócisz z pracy, by pograć ze mną w bierki albo w warcaby, a potem zjeść razem zapiekankę z żółtym serem i pieczarkami.
 
Od zawsze byłaś.
Najbliżej jak to można sobie wyobrazić.
I nic nie mogłoby tego zmienić, nic nie mogłoby wejść w to miejsce.
Ono było od wieków zajęte, dla ciebie, po czasu kres.
 
Nie zjedliśmy tych pstrągów.
Tamtego wieczora nie zjedliśmy niczego.
Wszystko poszło nie tak, jak planowaliśmy.
Czasem Los płata okrutne figle, wbija nóż w plecy.
Rozpętała się nieludzka burza w chwili, gdy wracaliśmy do domu.
Zaparkowałem pod drzewami, otworzyłem bagażnik i wyjąłem ryby.
Ty wzięłaś wędki i ruszyliśmy w stronę drzwi.
Wtedy to się stało – nagle, jak piekielny śmiech najgorszego z diabłów.
Na śmierć zapomniałem o ostrzeżeniu zamieszczonym na kijach: mały zygzak, oznaczający piorun, czyli ściąganie ich w czasie wyładowań.
W chwili, gdy otwierałem furtkę, usłyszałem zza pleców syk i odgłos ciężko upadającego ciała: kiedy spojrzałem, tym, co ujrzałem, był lekki dym unoszący się nad tobą.
Skoczyłem w to miejsce i po sekundzie już wiedziałem, czasem uderzenie prawdy jest jak cios młotem w skroń – nic już potem nie jest takie było przedtem, wszystko się sypie na zawsze.
Nigdy nie powinniśmy byli jechać na te pieprzone ryby.
To był najgorszy z wyborów, ale kto o tym wiedział, postawiliśmy na złą kartę.
Czasem jest to „teraz”, i nasze było tej parszywej nocy, tam, gdzie leżały twoje zwłoki.
 
Potem poznałem, jak smakuje duszna samotność, ucisk niewidzialnych kleszczy.
Jak cuchnie zwłaszcza nad ranem, kiedy śpi się w pustym domu, bez szans na chwilę rozmowy z kimś bliskim, bez nadziei na ciepło, jakie potrafi dać drugi człowiek.
Bez tej miłości, dla której warto było żyć i poświęcić wszystko.
Kiedy do duszy sączy się jad, który trudno nazwać słowami, trupi zaduch, umieranie.
To czas, kiedy chciałoby się umrzeć – zapaść pod ziemię i stracić oddech.
Więcej tu nie wracać, by nie cierpieć po raz kolejny, nie mieć w sobie tej trucizny, która odbiera życie i nie pozwala normalnie oddychać, gniotąc zdrową pierś betonową płytą.
 
Ile to lat?
Ile zim i wiosen bez ciebie, w pustce, w błądzeniu donikąd?
Ile piątków i wtorków, kiedy nie było przy mnie nikogo.
 
Gdy upłynął piąty rok, poczułem, że nie cofnę już czasu, że muszę podnieść się z kolan.
Początkowo trochę piłem, później poczułem, że nie daje mi to wytchnienia – życie w oszustwie wyczuwałem na kilometr, więc dość szybko odstawiłem alkohol, czując, że nie tędy droga, nie tak odnajdę spokój, który utraciłem, kiedy tak nagle odeszłaś.
Czułem, że jeśli nie odnajdę siebie, nie odnajdę swojej drogi w życiu i upadnę na dobre.
Coś się we mnie jeszcze tliło, więc nie chciałem, by to przepadło.
Nie wiedziałem kiedy nadejdzie dzień, kiedy ujrzę słońce, ale chciałem, by tak się stało.
 
Wracałem do chłodnego kościoła, by spotkać się z Nim.
Prosiłem o znak, o coś, co pchnęłoby moje liche życie na zdrowe tory.
Jakże wtedy pragnąłem umrzeć, by tylko tobie przywrócić tchnienie.
Jakże marzyłem, by ten ból w końcu mnie opuścił, i tam, w małej świątyni miałem odwagę żądać – targowałem się z Nim, bezpardonowo, jak równy z równym, zażarcie i bez względu na przyszłe „konsekwencje”, mój krzyk szedł w przestrzeń, bo czułem, że tej walki już nie odpuszczę: albo przegram z kretesem, albo…
Wracałem wiele razy, lecz On pozostał niemy.
Martwy jak kawał marmuru, jak posąg, w którym nie ma oddechu.
Chyba nie byłem mu miły, bo udał, że mnie nie dostrzega.
Mój krzyk, moje słowa spłynęły milczeniem po kościelnej posadzce.
Znów byłem sam, znów byłem w piekle.
I tylko słowa do ciebie szeptane, gdzieś nad ranem dawały mi poczucie, że wciąż istnieję.
Że jakoś to moje małe życie nadal trwa, jakoś się toczy, choć już dawno powinno się
skończyć.
Jednak się nie kończyło – czytałem to jak znak, jak przepowiednię.
Zapowiedź tego, co miało nastąpić.
 
Najpierw była Karen, spod znaku Byka.
Od początku koniecznie chciała wiedzieć, czy jestem dobry w łóżku i czy zaspokoję ją trzy razy pod rząd.
Prawdziwe femme fatale czuje się intuicyjnie, a i również te, które mają w sobie to coś, co sprawia, że mężczyzna traci głowę, lub najzwyczajniej zakochuje się.
Tu zabrakło ognia: panienka tak jak przyszła, tak sobie poszła.
 
Wendy, spod znaku Strzelca, również nie miała najmniejszych szans, bo była za chuda i zbyt wyszczekana, jej mowa przypominała wystrzały z legendarnego kałasznikowa.
Otwarcie twierdziła, iż pójdzie z facetem, który ma dużego członka i jest umięśniony.
Nie pasowałem do tego obrazu, więc trochę pogadaliśmy, obiecałem, że zadzwonię, oczywiście nie wyprowadzając jej z błędu, że nie posiadam wielkiego przyrodzenia, a na koniec posłałem jej całusa mówiąc, iż faktycznie, może jestem jej ideałem.
 
Jilly, spod Wodnika usiłowała szpanować zdjęciami z zagranicznych wycieczek, co w najmniejszym stopniu mnie nie intrygowało, bowiem tego typu popisy niezmiernie uznawałem za oznakę upadku.
Rozmowa nie kleiła się, więc ograniczając ją do niezbędnego minimum, poklepałem ją po policzku i poszedłem do domu – swój czas trzeba cenić.
 
Krążąc w wyciszeniu cmentarnymi alejkami, wiele myślałem o tobie, Helen, o tym, czym obecnie stało się moje życie, i że tak naprawdę to nie mam zielonego pojęcia, co z nim zrobić.
Patrząc na twój medalion wspominałem naszą niezapomnianą przeszłość, to, co mi latami dawałaś, kiedy byłaś całym moim światem, sensem życia, niewysłowioną radością.
Wzdychałem do tych wspomnień i nic nie miało wówczas dla mnie znaczenia.
Widziałem twoją uśmiechniętą twarz i sam próbowałem uśmiechać się gdzieś w sobie.
Byłaś we mnie, choć nasz czas przeminął, byłaś przy mnie, choć cię nie było.
Wciąż chodziłem uliczkami, którymi chodziłem z tobą, wciąż piłem herbatę, którą razem piliśmy, kiedy świat był młody, a noc zielona, a my, nierozłączni, nie dbaliśmy o jutro.
Już nigdy potem nie dane mi było czuć się w ten sposób, już nigdy tak samo.
Tylko przy tobie byłem sobą, i tylko ty to sprawiałaś.
 
Byłem cenionym adwokatem, lecz tylko na tym polu mogłem pochwalić się sukcesami, które z biegiem lat stawały się nużącą rutyną, czymś, co z wolna traciło swój niedawny blask.
Żyłem samotnie w pięknej willi w dzielnicy pełnej zieleni i spokoju, jednakże z każdym kolejnym miesiącem czułem narastające napięcie, jakbym wyczuwał nadchodzącą zmianę.
Nie umiałem tego zdefiniować, ale miałem pewność, że na coś się wyraźnie zanosi.
 
Pewnego dnia wracając z miasteczka na Południu, gdzie odwiedzałem rodzinę, jechałem jakąś podrzędną drogą, wiodącą do autostrady, gdy nagle ujrzałem stojący na poboczu samochód.
Obok młoda kobieta machała ręką w nadziei, że ktoś się zatrzyma.
Wysiadałem i dość szybko zorientowałem się, że złapała gumę i nie umie wymienić koła.
- Pomoże mi pan? – spytała błagalnie.
- Jasne – odparłem wesoło.
- Jest pan aniołem.
- Chciałbym, by tak było.
 
Wtedy jej się bliżej przyjrzałem: była niedużą blondynką, o ładnych, regularnych rysach twarzy, zalotnym uśmiechu, iskrzących się radością oczach i delikatnych, drobnych dłoniach.
Mogła mieć najwyżej trzydzieści pięć lat i nawet nie wiem, kiedy poczułem dziwne ciepło, rozlewające się po wnętrzu, jakbym wypił kilka solidnych kolejek whisky.
Byłem pewien, że od lat nie czułem się tak przy żadnej kobiecie.
 
- Nikt nie chciał się zatrzymać. Stałam tu prawie trzy godziny. Ludzie są dziś tacy podli. Pomóc to tak mało kosztuje. A jednak. Każdy zapatrzony tylko na własne sprawy. Myślałam, że już po mnie. Że pójdę na łaskę kogoś z okolicy i może wtedy doczekam się pomocy.
- A wie pani, że miałem jechać inną drogą? W ostatniej chwili zdecydowałem się na tę trasę.
- To prawdziwy cud! Gdyby nie pan, nie wiem, co by było. Aż boję się pomyśleć.
- Nie spotkalibyśmy się.
- Właśnie.
- Ale tak widocznie miało być – czasem coś po prostu musi się wydarzyć, czy tego chcemy, czy nie.
- Jak ja i pan tu, na tym odludziu.
- Nazwie to pani przypadkiem?
- Nie wierzę w przypadek.
- A w co?
- W to, że jesteśmy zapisaną księgą.
- Czyli przeznaczenie?
- Tylko ono istnieje tak naprawdę.
- I co pani podpowiada wewnętrzny głos?
- Zapraszam pana na kawę. Tu niedaleko jest taki mały zajazd „Pod Różowym Krokodylem”.
 
Kiedy już siedzieliśmy przy stoliku, powiedziała po godzinnej rozmowie, uśmiechając się:
 
- Ten samochód to istne nieszczęście, ale przy mojej marnej pensji nauczycielki nie stać mnie na lepszy. Może kiedyś, jak zaoszczędzę trochę, kupię nowszy.
- A czego pani uczy?
- Angielskiego. Małe dzieci z wczesnych klas.
- To zupełnie jak moja mama.
- Kobiety, które pracują z dziećmi mają podobno piękne dusze.
- Tak, to prawda. Ona miała najpiękniejszą i najczulszą.
- To znaczy, że…
- Odeszła kilka lat temu. Miałem tylko ją. Trafiałem w życiu na złe kobiety. Ot, pech. Pewnie miałbym szczęście w kartach.
- Jest pan kawalerem?
- Niedawno skończyłem czterdzieści dwa lata i od dawna nic mnie nie cieszy. Lekarze podobno zwą to anhedonią. Jestem jak ognisko, którego od dawna nikt już nie rozpalał.
- Człowiek nie jest stworzony do życia w samotności. Wiem to po sobie. Nawet pan nie wie, jak bardzo bym chciała… Ile we mnie tego…
- Jestem Dany.
- A ja Helen. Miałam mężczyznę, ale pił i zmarnował mi kilka lat.
- Helen? Co za zbieg okoliczności! Tak nazywała się moja mama. Piękne imię, z klasą.
- Mieszkam w Newhawk, a ty?
- Ja też. Ta rozmowa staje się coraz ciekawsza. Dasz mi swój numer telefonu?
- Zapisz – to powiedziawszy, podyktowała mi go, a ja wpisałem do notesu.
- Mam wrażenie, jakbym znał cię od zawsze. I jest mi z tym bardzo dobrze.
- I ja czuję się tak samo. Chcę cię poznać bliżej, Dany, coś mi mówi, że…
- Nie kończ. Słowa mogą zapeszyć. Nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale nigdy tak się nie miałem, przy żadnej, teraz to jak obudzić się z długiego, złego snu. Kim ty jesteś, Helen?
Nie jestem głupim naiwniakiem, ale coś mi mówi, że miałem dziś jechać tą drogą.
- A ja złapać kapcia. Jeszcze chwila, dwie, a będę tego pewna.
- A pomyśleć, że w Newhawk mijaliśmy się latami. I pewnie nigdy byśmy się nie poznali.
- Bo czasem tak jest, Dany, że po deszczu wychodzi słońce. Że czujesz, jakby życie zaczynało się na nowo, jakby nie było tych wszystkich, ohydnych dni, które chciałoby się zapomnieć.
- Chyba zacznę wierzyć w to całe przeznaczenie. Czy czujesz to samo, co ja?
- Co takiego?
- Że po tej rozmowie nie pójdę w swoją stronę, a ty w swoją.
- Wiem, że tak nie będzie, Dany, znam już siebie i życie. Pewne rzeczy dzieją się tylko raz i nie będzie już powtórki. My, Ryby, mamy ponoć szósty zmysł.
- Jesteś Rybą? Tylko nie mów, że…
- Urodziłam się drugiego marca. Podobno padał wtedy straszliwy śnieg.
- Drugiego marca… - wyszeptałem wstrząśnięty, jakbym zobaczył obok ducha.
 
Objąłem głowę drżącymi rękoma, bo czułem, że coś nieznośnie pulsuje w skroniach, coś niewątpliwie sprawia, że świat obłędnie wiruje, a ja widzę znów tamtą najdroższą twarz, twoją, mamo, to chwyta za gardło, to jednocześnie napełnia radością, której smak już prawie zapomniałem, i nie było mnie przy tym stoliku, nie wiem, jaki mieliśmy dzień, jaki miesiąc, chciałem, by to trwało i trwało, by nie miało końca.
Nagle jakby ocknąwszy się ze snu, dotknąłem dłoni Helen, wsunąwszy w nią palce.
 
Wtedy zapytałem, patrząc w jej spokojne oczy:
- Czy ty i ja… Czy to się naprawdę dzieje?
- Tak, Dany, nie potrzeba nam słów.
- Czyli my, tak po prostu?
- To nie przypadek.
- Kobiety to wiedzą?
- Prawie zawsze mają tę magiczną pewność.
- Czyli tak miało być?
- Bez wątpienia tak, i myślę, że nie musisz już pytać. Wiesz, że przyszłość można ujrzeć w jednej sekundzie? Jakby puszczono nam kolorowe slajdy z tego, co dopiero ma nastąpić, a na nich my, ty i ja. Nasze kwietnie, lipce i wrześnie, nasze lata i zimy, i to, co pomiędzy: zwykłe szare dni, jednakże wypełnione tym, co między nami.
- Nazwałaś to, co czuję, bo jeśli czegoś jestem dziś pewien, to ciebie, Helen.
- Więc nie mów już nic, pocałuj mnie, a potem  chodźmy na romantyczny spacer, gdzieś przed siebie. Nieważne gdzie. Ta noc należy do nas.
 
 
Cykl: Pokochania
 
 
28 lipca 2017
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 13.09.2017 10:20 · Czytań: 267 · Średnia ocena: 4,8 · Komentarzy: 36
Komentarze
Lilah dnia 13.09.2017 20:13
Mike,
piękne opowiadanie. Wzruszyłam się do łez.
Co do Przeznaczenia - wierzę w nie. I w miłość, choć nie każda daje nam to, czego pragniemy, a niektóre jej odmiany rujnują nam życie.

Pozdrawiam Cię serdecznie, :) Lila
mike17 dnia 13.09.2017 21:03
Lilu, bo miłość jest nam przeznaczona, i jakoś ku niej zmierzamy.
Jeśli tak ma być, to będzie.
Po prostu to nas spotka.
A my?
Cóż, my popłyniemy tą falą :)

Kłaniam się. Lilu, i dziękuję za odwiedziny :)
skroplami dnia 14.09.2017 01:35 Ocena: Świetne!
No tak, no mike17, jakżeby inaczej :).
Tak, temat z cyklu, niezmiennego i wiecznie pięknego :).
Oczywiście, nie słyszałem i nie spotkałem aż takiego przypadku jak w opowiadaniu, tym bardziej ciekawy. Taka miłość do matki, wyjątkowa. Taka matka, wyjątkowa. Życie bohatera, prawie codzienność czyli duża częstotliwość. I nagle :). Tak, to się zdarza czyli całość już zaistniała, nie raz :). Taki właśnie splot w warkocz z kokardą na końcu :) i drugi warkocz powstaje :).
No dobra, jest dobre ale masz lepsze opowiadania, nie szkodzi :). Bo przy słabszym tak samo dobrze się czuję, czytając :). Czyli masz swoją klasę, taka zwykła prawda.
Gratulacje za kolejne abc o miłości, bardzo dobre a że uczucia w nim mnóstwo, świetne :).
Ania_Basnik dnia 14.09.2017 09:28 Ocena: Świetne!
Mike,
jedna uwaga:
Cytat:
Mó­wi­łem: „Są dla mnie jak po­wie­trze”

powietrze jest niezbędne do życia czyli są mi niezbędne do życia. Wiem co chciałeś powiedzieć, ale sformowanie jest niefortunne. Raczej patrzę na nie jak na powietrze (czyli nie widzę ich).
Bohater nie wzbudził we mnie cieplejszych odczuć. Relacja z matką była toksyczna, dlatego nie mógł ułożyć sobie życia z żadną partnerką. Pod koniec ładnie wybrnąłeś i wybroniłeś swojego bohatera. W myśl zasady, że każdy mężczyzna poszukuje kopii swojej matki. Pięknie pociągnięte wątki.
Napisane niezwykle fachowo, jak zawsze u Ciebie! Podziwiam!
mike17 dnia 14.09.2017 11:23
Niezmiernie się cieszę, Skroplami, że znów do mnie zawitałeś :)
A tym większą czuję radość, czytając Twój piękny koment, pełen entuzjazmu, który jest mi paliwem i inspiracją do dalszych prób pisarskich.
Lubię pisać o miłości, o różnych jej odcieniach, to fascynujący temat.
Takie odkrywanie nieodkrytego, bądź tylko pozornie znanego.
Bo miłość jest zagadką, którą każdy chce rozwiązać.

Dzięki wielkie za dobre słowo i pojawienie się :)

Aniu, z tym powietrzem oczywiście masz rację, ale co tu innego wymyślić, by oddać ten sens?
Wiem, że w tym potocznym skądinąd powiedzonku jest błąd logiczny, ale jest ono powszechnie używane, więc...
Jak mi coś przyjdzie do głowy, to zmienię.

Chciałem ukazać bardzo silną więź matki z synem, taką, o jakiej piszesz, ale skoro on był w niej szczęśliwy, to czy była toksyczna?
To jeszcze nie Komplex Edypa :)
Ta więź nie powstałaby, gdyby ojciec był normalny.
Nie mógł ułożyć sobie życia, bo podświadomie nie chciał.

W końcówce chodziło mi o happy end jak z amerykańskich filmów, słodki i wzruszający.
Taki nie z tej ziemi, zupełnie wręcz nieprawdopodobny.

Raz jeszcze dziękuję za pochwały i bardzom rad, że się podobało :)

Pozdrawiam Was kawowo!
Ania_Basnik dnia 14.09.2017 11:28 Ocena: Świetne!
Michale,
mike17 napisał:
Ta więź nie powstałaby, gdyby ojciec był normalny.

tu właśnie nie wiemy, bo wątek ojca nie jest rozbudowany. Przecież on też bardzo przeżywał poronienie. Na swój sposób. Wcale go nie usprawiedliwiam. Nie wiemy dlaczego tak bardzo pragnął drugiego dziecka, córki. Czy był rozczarowany synem? Tego nie wiemy.
mike17 dnia 14.09.2017 11:33
Znów masz rację - faktycznie nie wiemy, ale wiemy, że był trunkowy :)
I powinien po poronieniu otoczyć żonę czułą opieką, a nie awanturować się i wyzywać ją od seksualnych kalek - to jest najgorsze bydło, jakie mogę sobie wyobrazić.

A więź, hm, też nie wiemy, czy tak czy owak nie zaistniałaby nawet z dobrym ojcem.
Nalka31 dnia 14.09.2017 13:13
Hej Mike

Cytat:
trzy raz pod rząd.


Tu niewątpliwie wkradła się literówka i miało być trzy razy. Nie jestem też przekonana do formy pod rząd. Pomimo częstego występowania, jest raczej traktowane jako błąd językowy, bo ma inne powiązania. http://jaktopowiedziec.pl/z-rzedu-czy-pod-rzad/ Może warto zmienić. :) Może to czepialstwo Mike, ale kiedyś ktoś mnie na to uczulił i tak już zostało. :D

A co do samego opowiadania, to jak to u Ciebie zawsze jest przemyślane zakończenie i ta niezachwiana wiara w uczucia. Czasem niemal cukierkowa lub zakrawająca na związek, który wyszedł z kryzysu. W trakcie czytania, podobnie jak Ania miałam raczej wrażenie, że związek twojego bohatera z matką jest raczej toksyczny. Wiele wskazują na to użyte przez Ciebie sformułowania. Rozumiem jednak, że chciałeś przekazać wyjątkowość relacji i wpływ na męskie wybory. Nie na pewno, nie jest to kompleks Edypa, ale powiedziałabym, że troszeczkę z pogranicza.

Ania_Basnik napisała:
wątek ojca nie jest rozbudowany. Przecież on też bardzo przeżywał poronienie. Na swój sposób. Wcale go nie usprawiedliwiam. Nie wiemy dlaczego tak bardzo pragnął drugiego dziecka, córki. Czy był rozczarowany synem?


Otóż to. Jakie były relacje z ojcem wcześniej, czy równie złe, jak po poronieniu?

mike17 napisał:
Znów masz rację - faktycznie nie wiemy, ale wiemy, że był trunkowy


A jaki był wcześniej? Alkohol nie jest ani wytłumaczeniem, ani usprawiedliwieniem dla jego zachowania po poronieniu, ale to też mógł być kryzys, którego nie potrafił pokonać. Wyjaśnienie tego pragnienia posiadania córki też by się przydało. A może przyczyna leży w jego przeszłości? Przyjmuję jednak, że na potrzeby historii zdecydowałeś się na takie pokazanie swoich postaci. :)


Opowiadanie czyta się jednak przyjemnie, miło było zajrzeć.

Pozdrawiam serdecznie. :)
mike17 dnia 14.09.2017 13:48
Witaj, Beatko, po długiej przerwie pod moją miniaturą :)
Literówkę zaraz poprawię.

"Pod rząd" wydaje mi się poprawne, powszechnie używane, tak jak zresztą "z rzędu".

Odnośnie fabuły: relacja, bardzo silna i niezwykła, faktycznie balansowała na styku z kompleksem Edypa, i zdradzę Ci, że znałem kiedyś chłopaka, który miał taką relację z matką, i choć dziś jest po 50-tce w ich miłości się nic nie zmieniło.

Kim był ojciec?
Mało o nim wiemy, nie miał tu odegrać żadnej specjalnej roli, i też nie wiemy, czy pił przed poronieniem, czy rozpił się po nim.
Chciałem ukazał najpodlejszą męską reakcję na poronienie żony.
To zwykła kanalia była.
I traktował jak widać żonę instrumentalnie > urodź mi córkę < jak tego nie zrobiła, rzucił ją jak śmiecia.
A czemu chciał córkę właśnie?
Nie wiadomo, czasem przyszli rodzice marzą o określonej płci dziecka.

Bardzo Ci dziękuję za tak rozbudowany, mądry komentarz, który wiele mi powiedział.
W duchu, jak zobaczyłem, że jesteś zalogowana, czułem, że mnie odwiedzisz :)
Męska intuicja.

Pozdrawiam z uśmiechem :)
Nalka31 dnia 14.09.2017 13:55
mike17 napisał:
W duchu, jak zobaczyłem, że jesteś zalogowana, czułem, że mnie odwiedzisz Męska intuicja.


No masz rację, to pewnie intuicja, a wizyty pod twoim opowiadaniem nie mogłam sobie odmówić. :)

mike17 napisał:
"Pod rząd" wydaje mi się poprawne, powszechnie używane, tak jak zresztą "z rzędu"


Kiedyś też tak myślałam. Owszem jest dopuszczalne w mowie potocznej, ale nie znaczy to, że jest poprawne. :) Z tym będę się upierać. Nie ma to jednak wpływu na odbiór samego opowiadania. :)

Odpozdrawiam z uśmiechem. :)
mike17 dnia 14.09.2017 14:19
Nalka31 napisała:
wizyty pod twoim opowiadaniem nie mogłam sobie odmówić. :)

Twoje słowa to miód na moje artystyczne serce :)
stawitzky dnia 15.09.2017 10:48 Ocena: Bardzo dobre
Trudne opowiadanie, łapiące za serce. Podoba mi się relacja matki z synem. Masz jakąś wizję na opowiadania, osadzasz je w momencie, i ten moment trwa - później jest dużo słów - ale z tyłu głowy jest akcja, do której czytelnik pragnie wrócić. Cenię sobie to bardzo, gdyż sam nie potrafię budować napięcia - to mój, niestety, brak warsztatowy.

Trochę nie pasuje mi kabriolet i ta wędka w środku. Jakoś tak oderwane od rzeczywistości - miejscami polski sznyt - wędka, pstrągi, a tu nagle amerykański kabriolet i Adams. Bardziej pasujesz mi do naszej rzeczywistości, do Polskich imion. Bardziej Marek Nowakowski niż Charles Bukowski. Spróbuj kiedyś.

Pozdrawiam Mike, bardzo mi się podobało!
mike17 dnia 15.09.2017 11:35
Stawitzky, cieszę się, że Ci się podobało, i że wciągnął Cię mój świat ludzi zwyczajnych-niezwyczajnych :)
Wierzę w takie relacje matka-syn, jest w tym wiele piękna.
I jest to miłość czysta, bez żadnych brudów seksualnych.

Odnośnie wędki i pstrągów, to element charakterystyczny dla Ameryki, w której łowienie tej ryby przyjmuje postać wręcz kultową :)
I chyba Ameryka jest nawet ojczyzną pstrąga, tak mówią mądre ludzie.

Zawsze odchodzę kontent, kiedy się czytaczowi podobało, czuję, że nie zmarnowałem mu czasu na czytanie, a sobie na pisanie, więc jest git majonez :)

Raz jeszcze dzięki :)

Pozdrawiam Cię porannie!
Miroslaw Sliwa dnia 15.09.2017 16:57 Ocena: Świetne!
Witaj Michale.

Hans Urs von Balthasar powiedział kiedyś, że "Prawda jest polifoniczna". Polifonia zakłada wielogłosowość, ale odrzuca dysonans. Z drugiej strony jednak kłamstwo czy fałsz też są jakąś formą komunikatu, często niejasnego, płynnego i wielostopniowego; deszyfrant musi brać te okoliczności pod uwagę.

Mocno niesamowite opowiadanie nam tu zapodałeś. Niby landryna; czytelnik spodziewa się ciekawej dramatycznej opowieści, ale na końcu ma być, że love conquers all, że żyli długo i szczęśliwie, i że ja też tam byłem, miód i wino piłem, a tu zagwózdka...
Zamiast zrównoważonej miłości romantycznej ( :) ) miłość obsesyjna; landrynka znienacka zaczyna smakować szaleństwem. W finale to już jest pełna polifonia natręctw z projekcją.
Przecież czytelnik nie wie czy Dany na pewno spotkał dziewczynę o imieniu Helen. Może to tylko jego chora wyobraźnia. Może jednak spotkał jakąś nieszczęśnicę o tym samym imieniu, które nosiła jego matka. Zauroczenie z jej strony jest zupełnie uzasadnione, przecież chłopak patrzy w nią jak w święty obrazek, z wiarą i przekonaniem, że spotkał ideał. Takie rzeczy się udzielają. Jeśli tak jest młoda Helen nawet nie wie jaki koszmar ją czeka. Czytelnik już to sobie wyobraża, a Ty bum! i kończysz cukierkowo. I bardzo ciekawy zabieg.

Michale, bardzo miło było poczytać.
Póki co czekam na kolejne opowiadania z miłosnego cyklu. No co Ty tam jeszcze wymyślisz? :)

Pozdrawiam serdecznie. :)

Mirek
mike17 dnia 15.09.2017 17:16
Jakże miło Cię widzieć, Mirku, tu, pod tą opowieścią :)

Bo ja odczarowuję zaczarowane,
zmieniam niemożliwe w możliwe,
zaklinam życie w cuda...


Mój bohater nawiązał więź, bardzo specyficzną z matką, ale zbokiem nie był.
To było uczucie nie z tego świata.
I Przeznaczenie pchnęło go na tamtą drogę, gdzie spotkał Helen.

Zależało mi na ukazaniu wielu rzeczy - silnej miłości, fatalizmu i przeznaczenia.

Mój bohater odnajduje klona swej matki.
Idealnego.
Bo ja wierzę w takie rzeczy, wierzę w cuda, zbyt wiele ich przeżyłem.

A to, że nie umiał znaleźć miłości, gdy żyła matka, świadczy tylko o tym, że ten typ kochania istnieje i jest bardzo silny.

Mirku, miły Brachu, jak ja lubię czytać Twoje słowa.
Ty wiesz, jak to ująć w literę pisaną.
Jak określić to, co nieokreślone.
Jak w końcu dotrzeć do kogoś takiego jak ja.
To wielkie, i bardzo mi miło, że tak jest :)

Za niedługo kolejna miniatura i nasze kolejne spotkanie :)

Pozdro!
Miroslaw Sliwa dnia 15.09.2017 18:31 Ocena: Świetne!
Przyjmuję Michale Twoje wyjaśnienia. Oczywiście i tak można czytać ten tekst. Ja również, co prawda w trochę już zmęczony sposób, wierzę jednak w ostateczne zwycięstwo Dobra, ale wiesz jak to jest...
Ludzie zwykli określać się jako optymiści, pesymiści czy realiści i że to ma być niby obiektywny ogląd ich samych. No coś z tym nie halo. Potrzebny byłby obiektywizm, ale go nie ma. To nie jest moja niewiara, to jest moja wiedza. Obiektywizm jest atrybutem boskim, nie ludzkim.
W każdym momencie mamy co najwyżej dobre lub złe samopoczucie i przez ten pryzmat czytamy życie, świat i wszystko co nam miga przed oczami, wszystko to co nas dotyka, co nas ujmuje, to co do nas przychodzi albo odchodzi, wszystko co ogarniamy zmysłami, emocjami i rozumem.

Ględzę tyle, bo odebrałem ten tekst zupełnie wbrew Twoim intencjom, ale czy taka opcja jest niemożliwa? W sensie, że moja?
Taki los dzieła. Ty autorze sobie pisz, maluj, graj, komponuj i tak dalej, z własnymi intencjami, a odbiorca i tak robi z tym co mu się podoba.
Chyba jednak na tym polega urok sztuki. Powiem krótko; nic co ludzkie nie jest jednoznaczne. I tylko to jest pewne. :)

Trzymaj się. Do poczytania. :)
mike17 dnia 15.09.2017 19:21
Miroslaw Sliwa napisał/a:
już zmęczony sposób, wierzę jednak w ostateczne zwycięstwo Dobra,

Mirku, to zupełnie jak jak ja, ja szukam Dobra nawet w kawałku trawy, w małym okoniu, którego złowię, w kurkach, które znajdę na działce...
DOBRO JEST.
I ja, może w nieco skrajnej formie, chciałem je ukazać.
Syn-matka, to powinno kiedyś pęknąć jak pępowina, tu nie pęka, co więcej, syn niesie po śmierci matki tę miłość dalej, bo znajduje kogoś tak podobnego, że odpływa.
A więc istnieje przedłużenie matek.
Istnieje przedłużenie tego kochania.
Ja tak na to patrzę.

Mirku, tekst odebrałeś po swojemu i chwała Ci za to.
Bo tak naprawdę wtedy tylko tekst żyje, kiedy ma różne spektra odbioru.
A spójrz na "Lolitę" - dla jednych obleśne story o pedofilu, dla mnie opowieść o miłości wypaczonej, ale zawsze miłości, i to pełnej wzruszeń i poruszeń.

Masz rację - co ludzkie, nie jest jednoznaczne i to jest bardzo mocna prawda.
Co jednemu przysmakiem, drugiemu trucizną, jak mawiają Anglicy, i mają rację.

Cieszę się, Mirku, że tekst wywołał jakiekolwiek refleksje.
To mnie bardzo raduje, bo zawsze liczę na "tąpnięcie" u czytacza.
A jeśli Cię ruszyło, tom rad.

Pozdrawiam Cię i do zobaczenia niebawem :)
Niczyja dnia 16.09.2017 09:59
Bajka, bajka, bajka.
Takie rzeczy dzieja sie tylko w ksiazkach, Michale, w prawdziwym zyciu nigdy sie nie zdarzaja. Ale milo czasem poczytac bajki, lubie je, jako odskocznie od oceanu otaczajacego nas zla...
Choc nierealny tekst, milo bylo Ciebie czytac:)
Tekst jak zawsze nienagannie napisany. I poznalam inna narracje napisana kursywa:)
Pozdrawiam z gor,
Niczyja
JOLA S. dnia 16.09.2017 10:35
Michale, :)

Od paru dni kręcę się wokół Twojego tekstu z mieszanymi uczuciami, miałam go nie komentować, ale nie wytrzymałam, za bardzo Cię cenię mój ulubiony pisarzu.
Muszę Ci walnąć bez ogródek.
Jesteś twardzielem, o romantycznej duszy, lubisz i chcesz pisać o miłości, zgoda to Twój wybór, ale pytam, czemu ten tekst jest momentami taki ckliwy? Szczególnie dialogi są nienaturalne, nie pasują do poruszanego problemu, jakby dialog dwóch bab. Nie pochyliłeś się nad nimi. :(
Można o tym samym, ale moim zdaniem kobieta i facet używają innych słów, postrzegają i odbierają inaczej świat, chociażby z powodu odmienności płci.

Pomysł na opowiadanie jest znakomity jednak denerwuje mnie ten patos, egzaltacja.

Chłopie, życzę Ci bardzo dobrze jak zawsze, ale coś z tym zrób, proszę.

Wybacz mi szczerość, nie potrafię inaczej :(

Pozdrawiam gorąco :) :)

JOLA S.
mike17 dnia 16.09.2017 11:38
Niczyja, jako odpowiedź na Twój koment, mógłbym zacytować siebie:

Bo ja odczarowuję zaczarowane,
zmieniam niemożliwe w możliwe,
zaklinam życie w cuda...


W moich miniaturach miłosnych zawsze jest obecny pierwiastek magiczno-bajkowy.
Zwykła, szara miłość szarych ludzi mnie nie interesuje - u mnie musi być tak, by niemożliwe stawało się możliwym, by działy się cuda, tylko taką miłość poważam i kocham :)
A one się dzieją, tylko nie każdemu.

Można ująć tę opowieść jako bajkę, wcale mnie to nie obraża jako twórcy, choć byłaby to raczej mocno naciągnięta definicja.

Dzięki wielkie za wizytę i miłe słowo, a że w to nie wierzysz, rozumiem, nie każdy musi :)

Jolu, to, co Ty nazywasz ckliwością, ja traktuje jako normę.
Wyobraź sobie, że w moim domu wszyscy się tak do siebie odnosimy.
Dziwne?
Otóż nie - po prostu normalne i wynikające z potrzeby serca.
W związku z tym nie uważam, by Twój zarzut był zasadny.
Moi bohaterowie się w sobie zakochali od pierwszego wejrzenia, a wtedy optyka jest inna, język czuły, a nie ckliwy, człowiek po prostu umiera z miłości.
Każdy, kto przeżył, wie, że tak jest, nie ma sztywniactwa językowego i chłodu, asekuracji i gierek, oddaje się serce na tacy niemalże, bez względu na cokolwiek.
I tacy są moi bohaterowie i kochanie, płynące z ich ust.

Zresztą wszystko zależy od typu wrażliwości jaki mamy.
Poprzednim komentującym to nie przeszkadzało, Ty widzisz tu mankament.
Nie wszystkim się dogodzi i nawet nie zamierzam próbować :)

Cieszę się, że doceniłaś znakomitość pomysłu, choć jest on bardzo nieprawdopodobny, bajkowy wręcz, ale ja wierzę w cuda i przelewam tę wiarę na papier.
Zawsze miło mi Cię gościć i czytać miłe słowa :)

Pozdrawiam Was znad kawizny :)
JOLA S. dnia 16.09.2017 11:55
Drogi Michale,

mylisz pojęcia pijąc do mojej wrażliwości, to nie tak i trochę przykro. Jestem zakochana i wiem jak smakuje czułość i oddanie, ale nie zniosłabym, gdyby sformułowania czy wyznania mojego partnera wywoływały u mnie mdłości. :(
Tak, postrzegam to jako mankament opka/ za dużo cukru w kawie/ i zrobiłam to z dobrego serca i to jest opinia wiernego Czytelnika.

Powodzenia Mistrzu, mamy prawo do swojego zdania, ja Twojego nie odbieram i szanuję. :)

Pozdrawiam :)

JOLA S.
mike17 dnia 16.09.2017 12:05
Droga Jolu, a więc sama sobie odpowiedziałaś - każdy z nas kocha inaczej i chce być kochanym inaczej.
To, co jednemu przysmakiem, drugiemu trucizną.
Ja mam moją miłość, Ty masz swoją, i niech tak pozostanie :)
Koszmarem było, gdyby sprawy miłosne były ujednolicone.
Na szczęście nie są i każdy z nas, mając inną wrażliwość, inaczej realizuje się w kochaniu.

Pozdrawiam i miłego dnia życzę :)
al-szamanka dnia 16.09.2017 17:03 Ocena: Świetne!
Jak bardzo, jak nieprawdopodobnie bardzo rozumiem miłość Twojego bohatera do mamy.
I jej do niego.
Czytałam tę odę do miłości jak niesiona na skrzydłach, a gdy teraz o tym piszę ciągle jeszcze mam łzy w oczach.
Trafiłeś w moją duszę, trafiłeś w moje serce, trafiłeś w samo centrum mojej miłości.
Owszem, przez parę dni zatopię się teraz w melancholii, mocniej zaszlocham z podziwu nad pięknem, stanę się jeszcze wrażliwsza... a myślałam, że już bardziej nie można.
Ale tak musiało być.
I Ty to sprawiłeś.

Spotkanie z drugą Helen jest niesamowite.
Niejeden pokiwa głową, bo przecież... takie to naciągane.
Jak dla kogo.
Ja wierzę w takie przypadki, spotykam się z nimi często, na niektóre sygnały czekam latami, ale wiem, kiedyś tam na pewno się pojawią.
Tylko czas musi dojrzeć, abym je zrozumiała.
Twój bohater czekał pięć lat. Patrząc wstecz wyda mi się to mgnieniem oka, bo dla miłości czas nie istnieje.

Piękne to to Twoje opowiadanie, Michale.
Wzruszyłam się mocno.

Pozdrawiam ciepło :)
mike17 dnia 16.09.2017 18:00
Aldonko, Twój koment jest najpiękniejszym, jaki dostałem od miesięcy :)
Jakże się cieszę, że tak się rozumiemy.
Nie pierwszy raz - to już 5 lat, jak jesteśmy "na wspólnych falach".

Nie mogę spokojnie czytać Twoich słów - już wiem, że musiałem to napisać, że musiałem to poruszyć, bo ten motyw to nie prymitywny Komplex Edypa, to najsłodsza miłość matki do syna i syna do matki.
Coś, na co nie ma nazwy, nie ma ceny, czego nie obejmą słowa.

Bo istnieje miłość dziecka i rodzica, tak do bólu, tak do końca.
I czasem żadne małżeństwo się nie ostoi przy tej miłości - syn wybierze matkę, jaką tę mu bliższą, ukochańszą, daną od zawsze i po czasu kres, jako miłość bezwarunkową.
Znam z autopsji takie przypadki - nawet w moim domu mieszka gość dość leciwy z mamą.
A więc co patologia?
Nigdy, żadna, tylko więź, która zrodziła się na starcie i przetrwała całe życie.

Aldonko, mój bohater ma szczęście, że trafia na wręcz klona swej mamy.
Już wie.
Już wie, że tym razem to jest to.
I już tego nie odpuści.

A Paranormal, czyż oboje w niego nie wierzymy?
Bo między niebem a ziemią jest wiele rzeczy, gdzie logika polegnie...

Jestem bardzo poruszony Twoim komentarzem, Aldonko, bardzo.
I tym, że wyczytałaś mnie w 100 procentach.
Bo Ty wiesz, o co mi chodzi, każdy Twój koment mi to mówi.
Jak ten :)

Kłaniam się nisko :)
kamyczek dnia 16.09.2017 21:43
Do działu prozy zaglądam sporadycznie, ale nie mogłam pominąć Twojego zaproszenia, więc jestem i zagłębiam się w opowiadanie.

Pod względem technicznym niczego nie można się czepić, bo jest dopracowane na medal.
Co do treści, to powiem tak: ciekawy koncept, ciekawie opowiedziany, chociaż w niektórych momentach miałam wrażenie lekkiego przerysowania
Cytat:
Wzię­łaś kre­dyt, bym miał swo­je­go, pierw­sze­go po­two­ra – mały ka­brio­let, który po­trze­bo­wa­łem, by do końca za­głu­szyć wspo­mnie­nie biedy i im­po­no­wać dziew­czy­nom, co od tej pory miały być pa­sa­żer­ka­mi, choć sam nie wie­dzia­łem, czego od nich ocze­ki­wa­łem i co tak na­praw­dę chcia­łem udo­wod­nić.

Matka, jak wiadomo sprzedała mieszkanie i pieniądze ze sprzedaży przeznaczyła na kształcenie ukochanego syna. W polskich realiach raczej jest niemożliwe zaciągnięcie sporego kredytu na kupno luksusowego samochodu pod zastaw marnej nauczycielskiej pensji, ale mogę się mylić. Chociaż z drugiej strony patrząc, może to być świadomy zabieg autora – pokazanie czytelnikowi, że dla matki ślepo kochającej syna nie ma rzeczy niemożliwych, żeby spełnić jego zachcianki.

Cytat:
„Są dla mnie jak po­wie­trze”.

- traktuję je jak powietrze (nic dla mnie nie znaczą) - ale to tylko mój subiektywizm, do niczego nie namawiam.

Niepowtarzalna jest każda minuta, każdy skurcz serca i oddech, i gest. Przeszłość odeszła i nie ma jej tutaj, jest tylko to, co jest. Każda miłość jest pierwsza, najgorętsza, najszczersza, wszystkie dawne usuwa w cień… - śpiewała kiedyś Irena Santor.

Czy Twój bohater znajdzie ukojenie w ramionach Helen? Nie wiem, ale życzę mu tego z całego serca.

Miłego wieczoru.
mike17 dnia 16.09.2017 22:42
Kamyczku,co za komentarz!!!
Jestem pod wielkim wrażeniem.

Zapomniałem dodać, że ten cabrio to był 10-letni, ale wciąż trzymał cenę, jak to mówią :)
Mama była ślepo zakochana, syn też, więc nic im nie brakowało to szczęścia.

A czy aby ta "ślepa miłość" nie dotyczyła obojga?
Bo i mama i syn nie mogli się siebie puścić.
To była przygoda życia, czasem bez żony, ale z mamą, można mieć więcej radości niż z tzw. rodziną :)

A mama?
Czyż z jej punktu widzenia nie była to miłość życia?
Oddała całą siebie synowi i choć odeszła tragicznie, nie mogła o tym wiedzieć,
Dopiero syn odkrywa smutną prawdę...

Cytat:
„Są dla mnie jak po­wie­trze”


Wiem, że to błąd logiczny.
Traktować kogoś jak powietrze to nie móc bez niego żyć jak bez powietrza.
Ale to taki szlagwort obiegowy.

On znajdzie ukojenie w ramionach Helen.
Jestem tego bardziej niż pewien - tyle z matki, tyle wspólnych cech.
Tyle tej samej wrażliwości, ta sama data urodzin, ten sam zawód, ten sam wygląd, wrażliwość, Boże, czego więcej chcieć???

Ta opowieść to bajka, nowoczesna, ale zawsze bajka o szczęśliwej miłości.
O tym, że w każdych czasach mogą zdarzyć się cuda, bo one istnieją, lecz nie każdego dotkną...

Kamyczku, kłaniam się nisko i liczę na to, iż przyjmiesz jeszcze moje inne zaproszenia :)
Jeśli taka poetka pojawi się, to ja wiem, że poznam prawdę, jaka by nie była :)

Pozdrawiam, Łucjo :)
bened dnia 17.09.2017 01:14
Witam, zabawnym zbiegiem okoliczności też uważam to imię za najpiękniejsze na świecie. :)
Utwór wciąga niesamowicie czytelnika. Również jestem zdania, że opisana przez Ciebie relacja między matką, a synem bardzo mocno ociera się o kompleks Edypa, zwłaszcza że opisy dotyczą cielesności, wyglądu zewnętrznego.
Napisałeś:
"To już druga część miłosnego cyklu, w którym zadaję pytanie, czym w życiu człowieka jest Przeznaczenie.
I czy każda miłość jest dobra - może wydawać się tak tylko z pozoru."
Ta była niestety nie do końca dobra, gdyż syn obsesyjnie już pragnął przebywać w obecności matki. Nie potrafił uwolnić się od natrętnych myśli o niej, porównywał swoje partnerki seksualne do niej, a to już właśnie na granicy zboczenia i całkowicie niezdrowej relacji.
Treść tekstu przykuwa uwagę nie tylko poprzez dobór kontrowersyjnego i niebanalnego tematu, ale także zaskakującymi zwrotami akcji. Gratuluję pomysłu i wykonania.:)
Pozdrawiam
mike17 dnia 17.09.2017 14:22
Cześć, Beniu, pod tą miniaturą miłosną, napisaną w to lato :)
Zależało mi na przedstawieniu takiej właśnie z lekka obsesyjnej miłości, ale bez przekraczania pewnych granic, poza którymi jest już tylko bezładna dewiacja.

Chciałem też czegoś kontrowersyjnego, niejednoznacznego, co by wywołało ferment.
Ja jednak będę bronił bohatera, bo sam wiem, czym jest miłość do matki.
To bardzo specyficzna relacja, łatwo tu o przesadę.
Ale on kochał ją miłością czystą i dlatego może nie osądzajmy go tak surowo :)

A jak sądzisz, gdyby nie śmierć od pioruna, jak potoczyłyby się ich losy?
Zakładając, że ta miłość z wiekiem narastałaby, w miarę jak mama stawałaby się coraz starsza.
Doszłaby wówczas już troska o jej zdrowie i życie.
Co o tym sądzisz?

Dzięki za mądry i wyczerpujący koment.

Pozdro popołudniowe :)
bened dnia 20.09.2017 02:02
mike17 napisał:
Doszłaby wówczas już troska o jej zdrowie i życie.Co o tym sądzisz?

Myślę, że cały czas bał się o jej zdrowie, lecz nie dojrzał do tego, by przejąć rolę opiekuna matki.
Uzależnił się od niej i przyzwyczaił do tego, że to ona dzień i noc czuwa nad nim, spełnia jego marzenia i zachcianki.
Chociaż pada i taka wypowiedz:
Cytat:
- Je­stem tylko twoim synem, i zro­bię wszyst­ko, byś była szczę­śli­wa.

Być może miał ambitne plany, ale za późno. Los okazał się okrutny.
mike17 napisał:
A jak sądzisz, gdyby nie śmierć od pioruna, jak potoczyłyby się ich losy?Zakładając, że ta miłość z wiekiem narastałaby, w miarę jak mama stawałaby się coraz starsza.

Ta narastająca miłość jest właśnie bardzo niepojąca. Mam obawy, że poszłoby to w kierunku erotycznych doznań i całkowitego zboczenia.
Cytat:
Od za­wsze byłaś.Naj­bli­żej jak to można sobie wy­obra­zić.I nic nie mo­gło­by tego zmie­nić, nic nie mo­gło­by wejść w to miej­sce.Ono było od wie­ków za­ję­te, dla cie­bie, po czasu kres.

Już sam ten fragment jest bardzo dwuznaczny i zawiera nieco zawoalowany podtekst, pomieszane i niewyraziste uczucia mieszają się tu podejrzanie.
Być może ta myśl wynika z tłumionej nieetycznej namiętności.
Cytat:
Pod­czas prze­jażdż­ki bul­wa­rem nie mo­głem znieść faktu, że to nie ty sie­dzisz koło mnie.Czu­łem czy­jąś dłoń na karku i spoj­rze­nie, któ­re­go nie umia­łem od­wza­jem­nić.I w duchu szep­ta­łem: „Helen, Helen…” 

I te słowa, brzmią również jak obsesyjne ciągoty i zakusy ku matce...
Czy jesteś pewny, że nie przekracza granic? A gdzie one Twoim zdaniem zaczynają?
mike17 dnia 20.09.2017 13:52
Beniu tworząc mego bohatera wyobrażałem sobie kogoś obsesyjnie zakochanego w matce, uzależnionego od niej emocjonalnie, ale bez podtekstów erotycznych.
Matka była dla niego sacrum i nigdy by go nie zszargał.

Nawet przez chwilę nie pomyślałbym o miłości fizycznej, a dziewczyny, które woził kabrioletem były jak każda inna przyjemność, którą się po 5-ciu minutach zapomina.
Może spotykał się z nimi dla zabicia czasu?
Nie ma nigdzie wzmianki, że miał z nimi kontakty płciowe.

A nie sądzisz, że nie odczuwał on popędu płciowego, kanalizując swoją miłość do warstwy platonicznej, niecielesnej, idealnej?

I gdy spotyka Helen, i dowiaduje się całej prawdy o niej, może wie, że dopiero teraz będzie mógł skonsumować swoje dziewictwo, bo coś mi mówi, że był prawiczkiem :)

Lecz zawsze będzie widział w niej matkę i nawiąże z nią relacje takie jakie miał z matką.
Czy też tak sądzisz?
bened dnia 20.09.2017 14:21
mike17 napisał:
Nawet przez chwilę nie pomyślałbym o miłości fizycznej, a dziewczyny, które woził kabrioletem były jak każda inna przyjemność, którą się po 5-ciu minutach zapomina.Może spotykał się z nimi dla zabicia czasu?Nie ma nigdzie wzmianki, że miał z nimi kontakty płciowe.

Owszem, nie ma wzmianki, że miał kontakty płciowe. Czy to jednak normalne myśleć o matce podczas randki? Przecież to zupełnie inny rodzaj relacji międzyludzkich. Być może umiejscowienie tego komentarza w tej sytuacji powoduje wrażenie przekraczania granic etycznych, choć być może jego miłość była faktycznie nieskalana i jedynie przesadna, nawet biorąc pod uwagę okoliczności, czyli patologiczną sytuację rodzinną.
mike17 napisał:
I gdy spotyka Helen, i dowiaduje się całej prawdy o niej, może wie, że dopiero teraz będzie mógł skonsumować swoje dziewictwo, bo coś mi mówi, że był prawiczkiem

Z cała pewnością.
mike17 napisał:
Lecz zawsze będzie widział w niej matkę i nawiąże z nią relacje takie jakie miał z matką.Czy też tak sądzisz?

Ogrom podobieństw Helen i matki niewątpliwie pomoże tej niecodziennej relacji, ale nie wiem czy paradoksalnie nie wywołałoby to konfliktów, które mogą wynikać z różnic w zachowaniu Helen- matki i Helen- dziewczyny np. w sposobie bycia czy też zainteresowaniach. Rozczarowanie budzi gniew. Zapatrzenie wynikające z obsesji może okazać się również i niebezpieczne dla Helen...
mike17 dnia 20.09.2017 17:02
bened napisała:
Czy to jednak normalne myśleć o matce podczas randki?

No jasne, że nie jest to normalne, ale on był inny, tak zakochany, że świat mu się jawił tylko w matce.
Na pewno nie miał żadnych kobiet na boku - pozostał wierny matce, aż poznał Helen.

Jako prawiczek nie znał uciech cielesnych, więc matka urastała do rangi bóstwa.
I myślę tak sobie, że poznając Helen, przeniósł na nią całą swoją miłość.
I wzmocni ją wieź erotyczna, oby tylko nie fantazjował o matce :) ale w to nie wierzę.

Podobieństwo Helen do matki da mu wytchnienie.
Coś mi gada, że będą szczęśliwi.
On ma tak silnie zakodowany wzorzec, że jeśli tylko Helen charakterologicznie będzie podobna do matki, wszystko będzie ok.
A znam wielu ludzi z tego samego dnia, i o dziwo, są jak klony.

Oby tylko był happy end :)
Jaga dnia 20.09.2017 23:24
„Oboje są przekonani,
że połączyło ich uczucie nagłe.
Piękna jest taka pewność,
ale niepewność piękniejsza.
(...)
Każdy przecież początek
to tylko ciąg dalszy,
a księga zdarzeń
zawsze otwarta w połowie.”

Bardzo romantyczne. Tak, miłość jest wielka i nie musi się wstydzić wielkich słów! Podobnie ja Ty wierzę w przeznaczenie, miłość i oddanie drugiej osobie.

Nie wiem czy chciałabym być taką matką i mieć tak silną więź z synem. Chyba nie, ale ja jestem w innej sytuacji, a oni byli w innej. Potrzebowali siebie, gdyż ojciec jawi się nam jako samo zło...

Michale,
jak zwykle pięknie napisane. Masz swój styl!
Pozdrawiam ciepło,
Jaga
mike17 dnia 21.09.2017 13:41
Jago, dziękuję Ci za tak piękny koment do tej miniatury :)
Bardzo mi miło, że tak ją właśnie odebrałaś - taka była moja intencja.

My, wierzący w Przeznaczenie, wiemy, że nic nie jest dziełem przypadku, bo takowy po prostu nie istnieje - wszystko spisano w naszej księdze życia w momencie narodzin i od tego nie uciekniemy.
Dlatego mój bohater siłą ogromnych przeznaczeń odnajduje swoją kobietę :)

O więzi matki z synem już wiele napisałem, ale dodam, że jej nie potępiam, wręcz przeciwnie, podziwiam.

Piękny wiersz, Jago :)

Pozdrawiam Cię wesoło w ten deszczowy dzionek :)
Jaga dnia 21.09.2017 21:28
Zanim Szymborska została noblistką moja polonistka czytała nam na każdej lekcji jej wiersze rozpoczynając od słów :"A teraz przeczytam wam wiersz poetyki na miarę Nagrody Nobla":)
Nie wiem jak inni, ale ja dzięki niej pokochałam Szymborską i wielu innych poetów.
Pamiętam ciepły początek października 1996 roku. Byłam wtedy w Cisnej. Pobiegłam rano do kiosku, aby kupić gazetę i sprawdzić czy moja polonistka miała rację. Jak się potem okazało ona również odbierała telefony z gratulacjami, bo pięknie przewidziała przyszłość :)

Cieszę się, że odczytałam Twoje intencje.
Jeśli zaś chodzi o miłość między matką a synem... i nie tylko, to zdecydowanie opowiadam się za miłością bez poświęcania całego siebie i tak wielkiej zależności, iż ktoś staje się dla kogoś całym światem.
Pozdrawiam ciepło,
Jaga
mike17 dnia 21.09.2017 22:50
A moim wierszem było "Mimozami jesień się zaczyna" - czyli WSPOMNIENIE Czesława Niemena.
Kiedy go recytowałem na akademii, serce mało co mi nie wyskoczyło z klatki z piersiami.
I te wpatrzone we mnie dziewczyny...

Jakoś się udawało.

Moje intencje nie były tu trudne do odkrycia.
To opko z konkretnym przekazem.
Może lekko zakręcone, ale tylko lekko.

I przesłanie - ktoś może być dla kogoś całym światem, a całym świat niczym.

Pozdrawiam Cię, Jago, nocnie już i z nadzieją w sercu :)
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Zola111
25/09/2017 15:24
Ale to nie jest wiersz o nietolerancji, o poglądach. Raczej… »
Milena1
25/09/2017 15:19
Podobno czerwone skarpety rozgrzewają najlepiej :) Pozdr »
Milena1
25/09/2017 15:11
Zaciekawiła mnie twoja historia. Zachęcona, przeczytałam… »
Miladora
25/09/2017 14:46
O, jak miło zobaczyć pod wierszem nowego czytelnika. :)»
Tjereszkowa
25/09/2017 14:44
Ooo, jak Clark obrodził w komentarze :). Bardzom… »
Miladora
25/09/2017 14:37
Bardzo ładny obraz, Hope. Jak się okazuje, wcale nie… »
braparb
25/09/2017 14:34
Miladoro, Rozbawił mnie Twój wiersz :). Wchodzi gładko i… »
Miladora
25/09/2017 14:14
Zgadzam się z Introwerką. :) Ale na czymś trzeba się… »
starysta
25/09/2017 14:05
Dziękuję Miladoro, Pozdrawiam, nie obawiaj się, to tylko… »
Miladora
25/09/2017 13:58
A może jeszcze trochę zabawy z formą, Black? ;) Masz dwa… »
Miladora
25/09/2017 13:35
Ja też pamiętam - flet z liścia zagra nam sonatę. :) I… »
braparb
25/09/2017 13:32
Nie mam pojęcia o czym jest ten wiersz ale jestem… »
braparb
25/09/2017 13:21
Zolu, Bardzo podoba mi się Twój wiersz, lecz myśl iż z… »
purpur
25/09/2017 12:36
Mhm. No tak... Aż zerknąłem, na inne Twoje teksty. No… »
purpur
25/09/2017 12:27
Rozpocząłem czytanie, przewinąłem, po kilku zdaniach i… »
ShoutBox
  • Krzysztof Konrad
  • 25/09/2017 11:31
  • Teraz to juz sam nie wiem skąd ona pochodzi. Na pewno pierwszy raz usłyszałem ją w kościele na kazaniu.
  • Krzysztof Konrad
  • 25/09/2017 11:27
  • W końcu brzydki kłos pojechał ich tekstem "ale wy jesteście w środku puste"
  • Krzysztof Konrad
  • 25/09/2017 11:24
  • Słuchajcie, może jest tu ktoś, kto zna dobrze biblię? Szukam przypowieści, która bardzo podobała mi się, gdy uczęszczałem do kościoła. Mowa była o zbożu, gdzie piękne kłosy drwiły z tych wygiętych
  • Zola111
  • 25/09/2017 01:31
  • A Zaśrodkowanie#26 czeka! Dobrej nocki.
  • Silvus
  • 25/09/2017 00:08
  • Ej, ten Eric to wziął zaśpiewał piękny tekst...
  • introwerka
  • 25/09/2017 00:07
  • Dzięki, Silv - nawzajem :)
  • Silvus
  • 25/09/2017 00:03
  • No to - dobrej nocy.
  • introwerka
  • 24/09/2017 23:57
  • Silvus - spokojnie i pięknie :) Nie wiem do końca, jaki to gatunek, ale ja to nazywam romantyczną odmianą bluesa :) A teraz już dobranoc ode mnie, albo jeszcze taka cudna balladka:
Ostatnio widziani
Gości online:43
Najnowszy:Hielscheres6o
Wspierają nas