Wiwisekcja - hopeless
Proza » Miniatura » Wiwisekcja
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

Dzikość potrzebuje znieczulenia.
                    Obudził mnie łoskot wyważonych drzwi. Co jest do kurwy nędzy? Zarzucono mi jakąś szmatę na oczy, a na klacie poczułem ucisk podkutego buta. Ja pierdolę, to jakiś sen? Związanego jak wieprza, wrzucono mnie do suki, która na sygnale pognała w nieznane.

                    Facet miał małe oczka i przyklejony do ust, jadowity uśmieszek. Wyraźnie dumny z siebie, zadowolony chuj przypatrywał mi się z bliska, jego nieświeży oddech omiatał mi twarz, pachniał jak kupa kurzego gówna. Czy to na pewno się dzieje? Co za pojebany początek dnia. A może ja śnię i winny jest ten wczorajszy bimber, którego tak bardzo nie chciałem pić? Cholerne wieśniaki, za nic nie chcieli mnie wypuścić bez tych pieprzonych toastów. Jezusie. W co ja kurwa wdepnąłem?
                    Niestety, to nie był sen, a szara, kurewsko szara rzeczywistość. Na początku, gdy obejrzany zostałem z każdej możliwej strony, pozowałem do kilku twarzowych fotek, nadano mi dość skomplikowany numer, a następnie pouczono, żebym mówił prawdę i nie kręcił bo... i tu dostałem przyjacielski cios z liścia w twarz. Pokazała się pierwsza krew, co wywołało wesołość na twarzach tu obecnych. Tylko wyraz twarzy tego chuja o świńskich oczkach pozostał taki sam.
                    Nie rozumiałem, o co im chodzi. Padały pytania, na które sami udzielali odpowiedzi. Moja głowa latała wokoło, od jednego mądrali do drugiego. Starałem się skupić na pytaniach, ale było ich tak wiele, że poczułem kompletny zawrót głowy i pustkę. Wydawałem jakieś pomruki, jakbym coś potwierdzał lub zaprzeczał.
                   Trwało to tak długo, że straciłem rachubę czasu. Miałem kaca, paliło mnie w środku, czułem syf w gardle. Kurwa, czy ja kogoś zabiłem? Ale na pewno to zrobię, gdy potrwa to odrobinę dłużej. Poczułem mdłości, ciemno w oczach i wyrzygałem cały wczorajszy bal na przyjemniaczka, który właśnie przypalał papierosa.
                   Zamarłem z przerażenia, a cisza jaka nastała nie wróżyła mi długiego życia... Nie wiem co dokładnie się działo, pamiętam tylko urywki, jak w przyspieszonym, po-klatkowym filmie. Jakieś wrzaski, kopnięcia, ciosy pałką, zbita lampa i strumień zimnej wody, gdy, rzucony na podłogę policyjnej łazienki, dogorywałem. Piękna niedziela, nie ma co. O co tu kurwa chodzi?
                   Gdy w celi zjawił się lekarz, zrozumiałem, że moja tu wizyta trochę się przeciągnie. Zasypiałem już, kiedy przyszedł znudzony strażnik i ziewając stwierdził, że jestem wolny.
                   O nie, chuju, nie dam się podpuścić, co wy tu knujecie? Nie ze mną te numery. Jeszcze mi tylko brakuje próby ucieczki.
Tak się zaparłem, że dopiero czterech rosłych osiłków wywlekło mnie z celi i wyrzuciło za próg posterunku. Rwałem się jednak spowrotem, gotowy rozpierdolić to wszystko, byleby wrócić do środka. Spierdalaj kutasie – usłyszałem – nie rozumiesz, że to pomyłka?
                   Stałbym tam dalej i walił pięściami w drzwi, gdyby nie trzy celne ciosy, które powaliły mnie na bruk i przypomniały, że naprawdę trzeba spierdalać. Stara prawda, gdy biją to uciekaj idioto...

                  Twoim imieniem nazwę miejsce, gdzie chowam stare tatuaże i kartki świąteczne. Pajęcza sieć oplata tam sny, które rozbiegły się po kątach i ucichły. Cóż mogę powiedzieć. Nie wracam.
                  W tłumie tańczących ktoś wygarnia ciszę, szeroko i boleśnie. Z naciskiem na szeroko. To gryzie mnie od dawna - milczenie bez słowa skargi. Rozeschły parkiet, noga w rytmie samby, uwięziona żenada. Zrobiłaś to. Siedzę sam, piję, reakcją jest bezradność.
                  Jak namalować czego nie napisałem? Wydobyć odcień pejcza w dłoni, skóry, która tyle przeszła, drogi mlecznej na kolanach, smaku spalonej nadziei – to trudne, ale nie mów mi, że niewykonalne. Ktoś do mnie napisał, zasiał zwątpienie. Nie znam człowieka, a on mnie straszy. Rozmazana szmira na firmamencie nieba, jak brudna kałuża, gdzie błoto przemienia się w gówno.
                  Mówią, abym pisał ładnie, smaczne słowa podawał na deser i nie kasował raz wypowiedzianej myśli, po prostu wtopił się w pejzaż, przekazał znak pokoju, a oponentów utulił do piersi. Nie potrafię malować róż, kolce uznaję za piękno natury. Sam na sam ze sobą nie umiem żyć.                       Czy mam odejść? Spalić marzenia, rozsypać je nad przepaścią, utopić w gnoju? Kiedyś to opiszę. Malować jest coraz trudniej.
Są ludzie, z którymi pić wódki nigdy nie będę i tacy, co sami siadają do stołu - nieproszeni goście. Zabierają przestrzeń, zakrzywiają czas. Sprawiają, że sen nigdy nie przychodzi, a widmo trwa i trwa.

                 Gdzieś w zagajnikach odgaduję obecność sarny, zduszony oddech świeżo obudzonych zmysłów przypomina, że to październik.
Wśród mgieł zagubione słońce iskrzy szmaragdy, rozmienia kropelki w milionach kolorów, by uciec wieczorem spłoszone i zadziwione. Zasypane liśćmi ścieżki raz po raz ożywają na wietrze, twoja twarz w konarach drzew przypomina o jutrze, o wydrapanej pazurami nadziei.
Idziesz boso po ściernisku, kaleczysz stopy, zapatrzona w dym z komina marzysz o cieple, ramionami otulasz piersi, nucisz zapomnianą melodię. Jak w szklanej kuli widzę zbliżającą się zamieć, zamykam okiennice i podkładam do kominka. Gdy zasypiam otulony kocem, ktoś otwiera drzwi. Do środka wpada sen o plaży, dziewczynie w bieli i zapach kawy.
                 Spadanie to tylko grawitacja i nie warto się kłócić, kto szybciej? Sięgając gwiazd ponosimy ryzyko, ugięcie światła nie uchroni od bólu. Wykupiona polisa nie obowiązuje, czarna dziura pochłonie wszystko. Z życia zapamiętamy tylko koniec, początki zamaże wiatr. Gdy kurtyna opadnie, czas zmyje makijaż. Nasze miotanie przypomina ćmę, która wpadła do żyrandola – poparzeni, szukamy dalej. Rozpalone węgle pod stopami i ukrop z nieba, golgota na własne życzenie. Balet i zaćmienie.
                 Karaluch na rodowym sygnecie to wróżba bogactwa. Odwieczne pytanie o sens, przybita pinezką kartka z kalendarza, roboczy czas pseudo Bogów. Moje ręce zbyt krótkie, dłonie nie nawykłe do pracy, całość wypełnia pustkę po obrazie, na ścianie jeszcze ślad. Gdzieś tam zasypiasz, rozkołysana w autobusie donikąd śnisz na jawie. Nie potrafię tego zatrzymać.
Życie to równanie z jedną niewiadomą. Z pozoru proste, lecz możliwości wiele. Rachunek operatorowy, czy zwykłe liczydło? Zamiana wody w wino jest prosta. Zyskanie dziesięciu sekund - niewykonalne.
                 Pamiętam jak wysiadałaś z nocnego autobusu. Zagubiona, wprost na mnie. Nie codziennie boli widok szczęścia, które właśnie nadeszło, przyjechało. Wiem to od zawsze. Zawiodłem się wiele razy, najbardziej na sobie. Wstyd się przyznać, ale gdzieś tam w głębi duszy, zawsze czekałem na cud. Księżniczkę z bajki. Dojrzały facet nie ma takich marzeń, a ja miałem. Głupie. Podwójnie, bo sam przed sobą ukrywałem to przez lata. Twardzielem człowiek się rodzi. Ja tak nie miałem. Ani się nim nie urodziłem, ani nie stałem. Dziecinada, a jednak cecha, której wymazać się nie da.
                 Byłem oszołomiony twoim widokiem, choć czekałem na to od dawna. Zostałem porażony niewinnością, różą zwiniętą w sobie, niepewnością w oczach, drżeniem ust. Nawet powitalny pocałunek nie najlepiej mi wyszedł, trąciło wpędzonym w kompleksy uczniakiem, przerażonym, że to widzisz, i wzbudzi uśmiech politowania. Im bardziej nam zależy, to popełniamy więcej błędów. Pamiętam smak, rozchylony płaszcz, ciemny pokój i bicie mojego serca. W tym momencie poczułem się taki śmieszny, przecież byłaś tu dla mnie, nie musiałem niczego wymuszać. Uratowało mnie twoje milczenie, palce we włosach i neon za oknem. Mrugał niestrudzenie jakby nic się nie stało.
                Tego wieczoru tańczyliśmy w milczeniu. Coś popsułem. Ale byłaś i nic nie miało znaczenia. Nawet to, że za oknem zasypało całe miasto. Padało, a śnieżne pługi nie nadążały. Rosła góra śniegu, znikało wszystko pod białym puchem, który wyciszył wszystko, zamierało uliczne życie. Ta biała cisza udzieliła mi rozgrzeszenia. Mogłem bezkarnie wziąć cię w ramiona. Bo kto stał się jedynym źródłem ciepła w tej śnieżnej krainie? Tylko ja.
Niby normalnie, a jednak nie. Powiedzą: życie. Pewnie tak właśnie jest. Tylko dlaczego tak mocno daje w kość? Nasze marzenia dopiero po latach mają sens, na wykrochmalonej pościeli widać karby, wyrzeźbione dłutem rozczarowań, plamy zapomnianych dni, zmarnowane rozdanie. Karty rozsypanych złudzeń, nigdy do talii już nie powrócą. Kiedyś dotyk rozniecał płomień, dzisiaj tylko boleśnie parzy. Namalowałem obraz, którego się wstydzę. Za mało wypiłem. Napisany scenariusz czeka spokojnie na jutrzejszy dzień, a poprawki naniosą już inni.
                 Smakujesz, jak mało co. Nie potrafię tego nazwać. Trochę jak wszystkie grzechy z moich marzeń. Nie popełnione zbrodnie. Cień tajemnicy na szybie. W burzliwą noc. Jesteś wszystkim, czego nigdy nie dostałem.
                 Wiedźmy na urwiskach szaleją. Tropikalny sztorm. Muzyka. Czy aby na pewno przyjdziesz? Z wiekiem robię się cholernie zazdrosny. Czy jest jeszcze miejsce na naiwność, czułość, ufność, w świecie, gdzie uderzenie bata pobudza krążenie, ostre paznokcie rysują pięciolinie, a krwawe usta wyjadają resztki naszej godności? Nie oglądam telewizji, nie czytam gazet. Drżącymi palcami dotykam pożółkłych kartek, ożywają wspomnienia. W dalekich stepach dwoje zagubionych ślepców, nadzy pod sklepieniem z gwiazd, skąpani w trawie, oddychają sobą, nienasyceni spijają niewypowiedziane słowa. Nie chcę tego widzieć. Świeca gaśnie i ostatnia strona wypada z rąk, zasypiam, lecę z łabędziami, wysoko, a wszystko staje się zbyt małe, by było realne.

                 No i wstał nowy dzień, zostawiamy wszystko pod pierzyną śniegu i zapominamy, złych ludzi pamiętać nie warto.
Gdy czytam słowa: „ mądry tekst” dostaję czkawki. Robią mi się zakwasy. Bo niby jak? Mądry to znaczy co? Czy to co myślę? Poznałem kiedyś ją, wielką brunetkę w syberyjskim futrze. Miała takie ruchome brwi, za każdym razem, gdy się dziwiła, jedna z nich, nie wiem, pewnie dyżurna, wykonywała niezwykły cyrkowy ruch. Bardzo plastycznie, intrygująco zwracała uwagę. Oczywiście bardzo szerokich mas. Znalazł się też Hiszpan czy Włoch, polski Casanowa z Przemyśla, który zapytał jej wprost: Co mu da? Ona, taka dama w sobolach.
                 Dalej nie wiem, widziałem tylko jej wpatrzone oczy, głodny uśmiech, parkiet tylko dla nich. Muzyka. Nieustające pragnienie dyszało, zdeptana podłoga czekała na finał.
                Gdy wyjeżdżałem, śnieg zaczynał żartować, przy pomniku Kiepury zaspa, spóźniony autobus przepraszał, że oddycha. Podeszła, właśnie ona i podała mi kartkę: numer telefonu i narysowane serduszko. Nie było już Hiszpana, ani Włocha. Byłem tylko ja, zmarznięty z biletem w dłoni i zbyt ciężką walizką. Autobus odjechał. Z ciszą znikają zachwyty, a okna pozbywają się szyb - napisz do mnie. Wbrew pozorom, życia nie rozpisano na role, gramy tylko siebie.
               Całe życie szukamy własnego odbicie w cudzych oczach, magii poezji, która pozwoli uwierzyć, że szczęście jest w nas. Ale ono ucieka codziennie, niezauważone jak oddech. To nic, że na demonicznych wydmach czają się lęki, ponure wiedźmy odprawiają czary, a przeklęci szamani zaklinają rzeczywistość. Piasek nieubłaganie odmierza czas, każdy ma swoją klepsydrę i nic tego nie zmieni. Oczekiwanie na ostatnie ziarnko piasku to sens istnienia. Wszystko już było, a pragnienia pozostały te same.
               Jedni chcieliby kochać i być kochani, jakby to nie wykluczało się już na starcie. Piękna miłość – kto o niej nie marzył? Kto powie, że nigdy nie płakał i nie wylewał łez w poduszkę, ten łże. To kanalia, ludzkie indywiduum, któremu ufać nie warto. Tak naprawdę to o co chodzi z tą miłością? Reklamowana od wieków jako złoty środek na młodość, przegrywa z wyrachowaniem giełdowych notowań, akcje idą w górę, lajki przebijają słupki wiarygodności, tabletki na potencję najlepiej sprzedającym się produktem epoki. W lombardzie zastawiamy godność, wyrzekamy rodziny, by przez chwilę popływać, samodzielnie, rozbudzić uczucia, poczuć cień rozkoszy, zgasnąć w chwale. Odrzucić, by nie być odrzuconym.
Innych porywa chęć sławy, dzieła wiekopomne, słowo, obraz, dźwięk, nie ważne – wielkość się liczy. Udeptana przez tłumy chwała, pomniki, miejsca na cokołach, owacje i tłumy wielbicieli, plotki w kronikach towarzyskich – pozwalają samotność, słabości ukryte w szafach, brak snu i głuche telefony, przykryć mgłą, wykopać za okno, roztopić w morzu alkoholu. Nad ranem, na kacu, zbierają rozrzucone zdjęcia, pieczołowicie ułożone nie gryzą. Zostaje wstyd, oparzone dłonie i speszony uśmiech, który rozpoczyna nowe czekanie.
               Co ciebie porywa, czego pragniesz najbardziej? Życia wiecznego, czy hulaszczych uciech? Tacy, co chcą świętego spokoju, ciszy, życia zgodnego z naturą, już nie istnieją. A gdyby jednak nie było to prawdą, to na pewno się nie ujawnią. Bo jak się przyznać do niemodnych zachowań, jak wyjść na ulicę kompletnie ubrany? Nie krzyczeć za, a nawet przeciw – spokojnie karmić gołębie. A propos gołębi – furorę robią specjalne kolczatki, już nic nie obsra naszej historii, balkony, okna, wieże i dworce, bezpieczne dzisiaj jak nigdy. Zastanawia, jak łatwo rezygnujemy z ptaków, pewnie przyjdzie też kolej na ludzi...
                Człowiek ma nie tylko te twarze, do których chce się przyznać. Gdy już zmęczenie da znać i pozwoli zapomnieć, ja nigdy szukać nie przestanę.
               Dzisiaj los odwrócił bieg fal, spotkanie wiązki światła stopiło kryształ. Pozwoliło narodzić się na nowo, opuszki palców rysują tęczę, oddychają, a ja próbuję dorosnąć. W ustach złoty kolczyk i pewność uśmiechu, słona łza w moich oczach, podarowana odrobina życia. Pachnie radością, grzechem, życiodajnym tchnieniem, którego ciągle mało. Uwielbiam bajki, szczególnie, gdy nie kończą się dobrze, a zło zwycięża, nie warto być dobrym i naiwnym. Prędzej czy później zostaniesz pożarty. W poetyckich ogrodach nie ma miejsca na litość, lojalność - nieprzydatni giną. Okrutne to bajki, ale kto powiedział, że mają być słodkie i miłe? Złe kobiety. Mają zdolność pobudzania krążenia. Zdecydowanie jednak ich unikam. Nie przypuszczałem, że można opisać samotność, rozdarcie i wielką potrzebę miłości, w tak prostych słowach. Nie potrafię wyrazić mojego zafascynowania kreowaniem nastroju, bez uciekania się do wymyślnych kruczków, poetyckich odniesień. Uwiera nas czas, jak przyciasne buty. Nieomylność, to cecha tych co zdradzili. Czasami warto stanąć w drugim szeregu, by dostrzec właściwą perspektywę. Wiatr od morza już inny. Mam piasek na butach.

               Kiedy narodziła się we mnie nienawiść? Dokładnie znam godzinę, minutę i sekundę. To tak jakby pamiętać własną śmierć. Nastąpiła dokładnie o 19.33.45 czasu Greenwich, miejsce 180 kilometrów od Aberdeen – platforma wiertnicza XXX.
Kręciliśmy film, takie tam bzdety, scenariusz kompletne badziewie. Ktoś mający kasę zapragnął zabawić się w producenta. Znany pisarz dał się skurwić i napisał pod dyktando jakiegoś buraka, który dał szmal i koło się zamknęło. Czterdzieści pięć dni zdjęciowych, kasa, łatwy zarobek – dlaczego nie, kręciliśmy. Coś od początku nie grało. Czułem, że za łatwo idzie. Pogoda super jak na to miejsce, fala zerowa, flauta - dałem się podpuścić.
                 Ona - dziecko szczęścia, młodziutka, kapryśna, potrafiła owinąć sobie wokół palca dosłownie wszystkich. Nie tylko napalonych operatorów, ale i asystentki planu. Co miała w sobie, pewnie nikt nie wie. Ale musiało być to coś takiego, co zdarza się raz. Dałem się uwieść, i dostałem najwięcej. Była ze mną, tak naturalnie, jakby narodziny i upadek tego świata, zależał tylko od nas. Mogłaby być moją córką, tak zresztą wrzeszczała moja ślubna, rzucając we mnie talerzami, z których każdy, zważywszy na ich historyczne pochodzenie, stanowił majątek. Tak, była cholernie młoda, a robiła z nas szczeniaków. I my to lubiliśmy. Ja uwielbiałem.
                 Jak wspomniałem, dałem się podpuścić. Ze względów bezpieczeństwa, nie można było opuszczać na wodę żadnej z trzech motorówek – zagrożenie roztrzaskania się o filary platformy było olbrzymie. Ale tego dnia nie było fali. Nie do uwierzenia, że trafiliśmy na takie warunki. Dałem się ubłagać, koniecznie chciała widzieć z bliska scenę z komandosami zakładającymi ładunki na filary. Chciała i już. Zawsze taka była. Tym razem też. Zajęty kadrowaniem znajdowałem chwilkę by podziwiać jak manewruje, z rozwianymi kruczymi włosami, uśmiechnięta krąży wokoło. Ocieplała atmosferę, taka dawka spontaniczności była nam bardzo potrzebna. Kurwa! Mogłem to zatrzymać, a jednak. Znowu myślałem tylko penisem. Napalonym chujem.
                 Wszystko było dobrze. Zdjęcia prawie na ukończeniu. Już oczami wyobraźni widziałem jak siądzie na mnie w nocy, nie pozwoli na żadne moje wahanie, po prostu mnie zerżnie. Ona, wybranka nieczystych mocy, gwałcicielka wszelkich reguł, nie pozwoli mi zasnąć, da to, czego tak szukał Sokrates. Czystość zatopioną w smole. Kaganek nadziei dla starca.
                 Pech chciał, pewnie nie tylko on, że coś było nie tak z kamerą na górze. Pewnie jakieś totalne gówno, ale musiałem tak wjechać. To już całkiem inna historia, jak to się odbywa. Masakra i nie będę tu tego opowiadał. Ważne, że wjechałem cały. Dzięki Ci Boże! Ustawiłem kamerę, wkurzyło mnie nieuctwo operatora, ale za chwilę wszystko się wyjaśniło. To nie jego wina. Szef zmiany, cały taki ważny dupek, któremu do kieszeni pchają kasę w niewyobrażalnych ilościach, zapragnął napić się ze mną - szefem tych z dołu, dupków z kamerami - whisky, najlepszej jaką produkują na tej obsranej matce Ziemi. I ja, po tym męczącym pobycie na morzu, to kupiłem! Każdego można kupić, to tylko kwestia ceny – tak twierdzą od lat. Mnie można dobrym trunkiem. Skurwiłem się dla żółtobrązowego płynu, o wyglądzie szczyn, zapachu myszy i smaku najpodlejszego bimbru.                                Prawdopodobnie pozwoliłbym otworzyć następną butelkę, gdyby nie sygnał alarmu. Ktoś tonął. Zjechałem na złamanie karku na dół. Wpatrzone we mnie oczy całej ekipy przerażały. Cisza strzeliła mnie w twarz. Powaliła na kolana. Wyrwała język. Nie było JEJ. Podobno przyszła fala. Niespodziewanie.
                 19.33.45 czasu Greenwich, miejsce 180 kilometrów od Aberdeen, platforma wiertnicza XXX - zrodziła nienawiść.

                 Taki zwyczajny dzień. Ktoś przechodząc sypie piaskiem, skrzeczy mewa, a ja mam coraz większe pragnienie na zimne piwo z mojej lodówki, prysznic we dwoje i smak podnieconego ciała.
                - Nieprawda, zawsze chodziło ci o seks.
                - Nie w naszym związku, wierz mi.
                - Kłamiesz. Sam mówiłeś, że gdy mnie widzisz...
                - Mówiłem. I co z tego? Ciągle mi uciekasz.
                - Nie wierzę.
                - I dobrze. Seks nic nie znaczy.
                - A co? Co jest takie ważne?
                - Cisza.
                - Pieprzyć ją.

                Gdy wchodziłem do sali rozlegał się szmer, trzydzieści cztery głosy wydawały ciche westchnienie, które jak fala tsunami rosło by uderzyć mnie prosto w jaja. Nie chciałem tej pracy, ale nie potrafiłem wyłowić nic innego. Przetargi były ustawione, a na wymarzoną katedrę nie miałem szans. Uniwersytet bronił się przed znanym pisarzem, jak tylko potrafił.
                Kontrowersyjne, obsceniczne teksty, nie mogły przekonać ich nawet do powierzenia mi stanowiska adiunkta na wydziale literatury. Wszystko pracowało na moja niekorzyść. Nawet rozmowa z rektorem, notabene kumplem z akademika, z którym żadnej lasce nie daliśmy chwili wytchnienia, szansy na ucieczkę, nic nie dała. Zrobił się z niego straszny zgred, który nawet nie bardzo pamięta te imprezy. A przecież wynosiłem go na własnych plecach, z dużą pomocą obecnej pani doktor fizyki stosowanej, która do perfekcji opanowała język francuski i mechanikę klasyczną, a teraz bryluje na naukowych salonach w Paryżu i Berlinie. Wiedziałem, że w końcu na nikogo nie mogę liczyć. Miałem co prawda otwartą drogę do firmy teścia, ale warunek, który przedstawił był nie do zaakceptowania. Powrotów nie ma, a już na pewno do moich byłych żon.
                 Pani dyrektor najlepszego liceum w mieście, i jak dodała - najlepszego w województwie, czytała moje książki. Gdy tylko ją zobaczyłem, te krwawe usta, oczy spragnione totalnego sponiewierania, bluzkę z urwanym guzikiem w miejscu, gdzie cycki chciały wysadzić ten świat, i te nerwowe dłonie o szponach diabła, wiedziałem, że mam pracę. Coś mi mówiło, że to co napisałem, pozwala jej co noc zanurzać się w bagnie, bezkarnie i anonimowo chłonąć zepsucie, za którym zawsze tak bardzo marzyła. Jej lepkie spojrzenie parzyło dostatecznie jasno, abym poczuł się zwolniony z ukrywania siebie. Totalna jasność intencji. Myśliwy czy ofiara, to bez znaczenia, gdy zabawa trwa.
                Dotknęła mojej dłoni, i wręczając dziennik lekcyjny wyrecytowała regułę tego zakonu, w którym miałem spędzić resztę życia: Proszę być bardzo wyrozumiały dla naszych podopiecznych, to naprawdę bardzo niewinne istoty.

                Tak cholernie się ucieszyła, gdy wziąłem te nadgodziny, że nie wiedziałem co myśleć. Była pod prysznicem, a ja korzystając z tego pobiegłem do nocnego sklepu, kupiłem flaszkę i już na schodach wydoiłem połowę. Księżyc patrzył mi w oczy, przez brudną szybę musiał widzieć niewyraźnie, bo wytrzymała napór wiatru i mogłem spokojnie wejść do mieszkania. Przegranych nikt nie liczy, wykruszają się sami. W kuchni, oświetlonej jak plaża w Międzyzdrojach, czekałem, aż wyjdzie. Pełna szklanka nie budziła wątpliwości, butelka też. Nie dbałem o to, a nawet chciałem, by obraz był wyraźny i dosadny.
                 Podarujmy sobie dialogi w rodzaju: - Piłeś? A co, kurwa, miałem innego zrobić?…
W naszym związku, trwającym tak wiele lat, ona się ciągle dziwiła, a ja czekałem na koniec. Tym razem nie było inaczej. Patrząc jej w oczy wypiłem wszystko. Nie słuchałem, co mówiła, widziałem tylko jej spojrzenie, gestykulację, zaciśnięte pięści. Znałem to od wieków. Krzątanina w kuchni zawsze oznaczała jedno – jest źle. Niewypowiedziane słowa miały siłę rażenia bomby zrzuconej na Hiroszimę, wyniszczały na odległość, agonia trwała latami.
                Dno butelki było sygnałem, że czas pod prysznic. Jutro czekało mnie użeranie z kapo, uwielbianym przez miasto szefem instytucji, która tak łaskawie mnie zatrudniała, znosiła, cierpiała i do tego płaciła. Wszystko dzięki żonie, tej niewinnej istocie, matce dwojga dzieci, córce burmistrza. Jej kochany tatuś, tłusty obleśny palant, którego karierę zapoczątkowała znajomość z wielce dobrodusznym i równie podejrzanym pastorem, był pełen uprzedzeń do takich nieudaczników jak ja. Już na weselu spytał wprost, co myślę o założeniu rodziny, i wychowaniu w wartościach. Moja odpowiedź, jak najbardziej dyplomatyczna z dyplomatycznych, że sram na to, nie przypadła mu do gustu. Tak bardzo nawet, że oblał mnie kieliszkiem wódki rechocąc jak prosię, a ja w odwecie wyrzygałem całe menu wesela na jego czarny jedwabny garnitur. Tak zaczęła się moja przygoda z rodziną żony.
Nagi pod natryskiem gorącej wody wdychałem lepką parę, gorąca wilgoć pobudzała krążenie, doszło do tego, że nie potrafiłem nad tym zapanować. Nic nie poradzę, że mam taki organizm, gdyby nie on, nigdy ta suka nie zwróciłaby na mnie uwagi. Dziwne, że gdy inni o to walczą, ja staram się pohamować. Pomyślałem o tych jebanych nadgodzinach i nic, nie opadł ani o centymetr. Dzisiaj niczego nie można być pewnym, nawet własnej żony. Nie byliśmy biedni, kasa pchała się sama, ale jej ciągle było mało. Nie dla samego posiadania, a w innym celu. Aby pokazać, że sami coś potrafimy. Naprawdę myślała, że lubię tak zapierdalać po nocy? Nic bardziej mylnego. Nie lubiłem nawet tych łóżkowych maratonów z milionami orgazmów. Do dziś nie wiem, czy prawdziwych. Takie chwile pod prysznicem napawały mnie nadzieją, że jak już spod niego wyjdę to ktoś rozpęta trzecią światową i będę mógł bezkarnie zaatakować najbliższy monopolowy sklep.
                  Ale zanim to nastąpi trzeba stawić czoła rzeczywistości i sprostać wymaganiom nienasyconej modliszki, a na obcięcie sobie kutasa nie mam wystarczającej odwagi.

 

                   I cóż można powiedzieć widząc coś tak kurewsko pociągającego? Pewnie obraziłaby się to słysząc, ale teraz śpi i obudzi dopiero rano. Patrzę, jak wtulona w poduszkę twarz, co dziesięć sekund przemienia się w inny obraz surrealizmu. Dziecięce oczy, ufne, wilgotne jak prosząca sarna i wydęte usta, pogardliwy uśmiech gaszący każde ciepłe odczucie. Moja pani. Długonoga łania, wygnana z raju gryzie, bez mrugnięcia oka rozrywa tętnice. Muszę się napić. Gdy tego nie widzi jestem bezpieczny.
                    Co ona we mnie zobaczyła? Kurwa, no co?! Spokojne życie poszło się pierdolić. Mogłem godzinami siedzieć z Grubasem na rynku i robić najbardziej odpowiedzialne zadanie jakie wymyśliłem – picie piwa, gdy fontanna dostawała czkawki, było drogą do nieba, dzieciaki szalały, zmoczone gacie nikogo nie dziwiły, a my, dwaj jeszcze nie starcy z wilgoci kochaliśmy już tylko gorzałę.
                    Niestety takie słodkie życie nie cieszy Boga, zesłał mi toto, długie, śliskie, gorące… Parzyła już przy pierwszym dotknięciu. Ja pierdolę. Sztuczka jakaś, czy co? Tak słodko prosiła o podanie godziny. Aktualnego czasu. Jak pamiętam, i mój Grubas pewnie też, nikt nas nigdy nie zapytał o godzinę. W tej pipidówie, małym, zasranym miasteczku czas się nie liczył. Dla nikogo. Nie istniały nawet zegarki. Nie spojrzałem, jak zapytała. Odburknąłem coś tam, ale niestety mnie dotknęła, poczułem, że mój czas się skończył. Zabolało. Nawet bardzo.
                    - Kurwaaaaaa!!!! - zawyłem i spojrzałem na gada, który zakłócił mi spokój. Grubas aż pierdnął, gdy to usłyszał.
Nie pamiętam dlaczego, ale fontanna przestała działać. Jakby cały ten małomiasteczkowy syf na nas patrzył - zmówili się czy co, maja nas dosyć. Tłum szydził, czekał, groził. Dlaczego Bóg nie pozwala nam po prostu się napić i zasnąć w naszej brudnej pościeli.
                     Nie lubimy tych lalek, tego pierdolonego stylu, który na naszych delikatnych kutasach wiąże kokardy. Niczego nie lubimy tak, jak świetnego spokoju. Czy trudno to pojąć? Zrozumieć. Grubas patrzył jakby się właśnie obudził, a ja już wiedziałem, beztroski czas nie wróci. Nic nie wraca dwa razy. Nawet śmierć.

                     Zobaczyłem ją, właśnie wychodziłem z baru. Nie żebym pił. Jadłem obiad. Była zjawiskowa. Nie w moim guście, a jednak. Po co pić, gdy takie obrazy malują się same?
                    Bywam na portalu, taki niby literacki, gdzie gospodynie domowe z nudów wypisują niestworzone rzeczy. Kiedyś zaatakowała mnie jedna suka. Na fotce, awatarze, była no no… Ale po kilku miesiącach zamieściła prawdziwą fotkę i ...
                    Wracając do tej młodej, niezamówionej, niechcianej. Boska. Kiedy nie piję widzę wszystko. Jej cycki były niewidoczne, ale sutki chciały zaorać niebo. Ja, zanurzony w gęstej mazi cycatych, dupiastych, wyuzdanych suk zobaczyłem swoją przyszłość. To właśnie takie mimozy zasrają wszystko, wyrwą kutasa z marazmu, niechęć do lalek spod solarium, farbowanych cip, które nie znają teorii względności.
                   Taki gówniany bar, żarcie za grosze w maleńkiej pipidówie, gdzie od progu pachnie syfem, barmanka udaje zainteresowanie, a w jej cipie nie układa się najlepiej. Wyszedłem z niego i oto ona. Zjawisko o jakim nie śnił Kopernik. Co tam on. Nie śniłem ja.
Pewnie nie będzie chciała mnie poznać. Za ładna, za młoda, za chuda.
                   Wyszedłem wprost na rynek. Tam zabawa, jakiś zespół rzępolił bardzo ambitnie, a mi chciało się lać. Cofnąłem się do baru i już w komfortowych warunkach sikałem szczęśliwy jak nigdy. Gdy wracałem, pani zza lady wstrzeliła się w oczy i z poczuciem winy wyszedłem na zewnątrz. Winny, ale zwycięski. W końcu olałem cały ten świat.
                   Zobaczyłem, jak z wielkim lodem na patyku, stała tam, naprzeciwko, i patrzyła z takim wyrzutem, że poczułem się małym kutasem, który chce koniecznie oszukać mamę. Ja pierdolę. Czy ja naprawdę muszę brać w tym udział?
                  Usiadłem na schodach baru i gapiłem się na nią. Gdzie jest pojebany Grubas? Niech przegna tą młodą wiedźmę i uratuje mój święty spokój.
                   Gdy słyszę od Grubasa, że mógłby zerżnąć tą i tamtą, to ogarnia mnie pusty śmiech. Nie dlatego, że nie mógłby. O nie. To jest realne i namacalnie pewne. „Kasa Bubu” - Zamiennik dla wyrzutów sumienia działa bezbłędnie.
                  Powstaje jednak pytanie o sens. Zerżnąć można wszystko w zasięgu reki i trochę dalej, ale po co? Tyle trudu, energii na darmo, gdy seks to przeżytek, nuda na miarę czasu.
                   Dużo bardziej wolę jak wznosi toasty, pije na umór, opowiada historie życia. Co do urody to Bozia mu nie dała, i na dodatek totalnie popieprzyła życie. Dlatego jak opowiada, przerywam picie, kopię w dupę kelnera i wyrywam lasce ostanie włosy. Niech wyje, głupia pinda.
I co byście chcieli usłyszeć? To nie Szeherezada. On niczego nie musi. Żyć i tak będzie. Choć takiej pewności nie ma nikt.
Grubas. First class for him. Człowiek, który otworzył sobie wrota do nieba.
                  Wyobraźcie sobie faceta na rybach w wielkiej, zielonej łajbie. Ma kaca. Podwójnego. Wczoraj pił na przekór żonie, nawalił się jak bombowiec, bo mu zabroniła. Stefan, chudzina taka, przyszedł tylko na chwilę i rano spał na wycieraczce.
                  Zmowa leśnych duchów, a raczej starców, którzy odeszli. W pijackim widzie jest tu pół wioski, a druga połowa nie żyje.

                 Nie lubię urodzin. Za trzy godziny będę znowu starszy o rok. Uboższy, bo coś mnie ominie, tak jest zawsze. Ustalony taki porządek rzeczy. Może to kara, a może nagroda. Nigdy nie wiem jak powinienem żyć. Chciałbym przytulić cały świat, ale on wcale tego nie chce. Pytania pozostają bez odpowiedzi. Wyrzuty piętrzą barykady. A ja nie potrafię dorosnąć.
                 Dalej marzę o księżniczce z bajki, o cudach jakie powinna dokonać. Moja wyobraźnia przerasta wszystkie baśnie tysiąca i jednej nocy. Podziwiam kształt, smak i dotyk tej nieziemskiej postaci. I sam już nie wiem czy to sen czy jawa.
                 Zapowiadają, że dzisiejsza noc ma być bardzo mroźna. Ostrzegają. Mnie nie muszą. Pierwszy powiew mrozu już otrzymałem - w prezencie. Karnawał, czas tańca i beztroski może okazać się nieudany. Za parę dni wyjeżdżam w góry. I pierwszy raz od dwóch lat nie wiem co mnie tam czeka. Nie lubię niepewności. Nienawidzę przemijania.
                 I znowu zaczynamy. Taki reset o północy dobrze robi. Zabawa szampańska. Nie rozumiem tylko jednego. Co mnie podnieciło? Tak było i szybko tego nie zapomnę. Race, rakiety, prawie wojna. Zawsze pytam skąd ta kasa? Przecież tony tych wynalazków najzwyczajniej kosztują. I to nieźle. Padło nawet pytanie o mojego syna. Niezbyt eleganckie. Powiedziałbym zaczepne. Cóż. Dzieci to nasza twarz. Dbamy o nią zawsze. W nowym roku powinienem być miły, ale moja odpowiedź taka niestety nie była.
                 Wracajmy do podniecenia. W moim wieku, lubię ten zestaw słów, raczej groźnego. Choć czy ja wiem? Lubię tak właśnie się budzić, dużo bardziej niż zasypiać. Nic tak faceta nie przyprawia o dobry humor, jak przekonanie o własnej sprawności. Gdyby było inaczej nie byłbym, aż tak szczery. Wierzcie mi.
                 Sceny w naszych oczach zapisują się wybiórczo. Każdy ma inną wrażliwość na światło. Podobno wielkość matrycy i jasny obiektyw decyduje o wszystkim. Podobno.
                  Wyobraźcie sobie laskę, o której wszyscy mówią z niesmakiem. Nie dlatego, że brzydka, wredna i jeszcze głupia. Nic z tych rzeczy. Jest dokładnie odwrotnie. Jest mądra. Studia MBA i wysoka pozycja w międzynarodowej korporacji dobija wszystkich. Faceci mają kompleks małego członka, a kobiety kury domowej. Nie zaprasza się kogoś takiego do domu. I gdyby naród miał decydować, to uśmiercałoby się takie istoty. Ale na całe szczęście jeszcze o tym nie decyduje. W stroboskopowym świetle jej kształtna dupcia wybijała oczy, powstawało zawstydzenie, żal związany z wiekiem. To wszystko przecież rozpoczyna mój nowy rok. Nadziei? Nie. Ale utwierdza w przekonaniu, że jesteś facetem. Dla takich chwil warto czasami wyjść z domu. Bo nic tak nie wzmacnia jak wyrzucenie kapci, sięgnięcie po ulubione perfumy, drink zakazany na co dzień odświeża. I życie znowu zamienia się w bajkę.
                 Moja księżniczka jest nie z tej bajki. Trudna opowieść o zmaganiu niewinności z pasją. Zwierzęcości z czułością, tak niemodną, że oddać ją może tylko bezkres oceanu. Drapieżność, którą budzi, gasi uśmiechem, słowem tak cichym, jak powiew. Nie ma takich istot. A jednak. Nie mogę oderwać od niej oczu, w głębi serca jest tylko ona. Stroboskopowe światła zgasną. Tęsknota nigdy.

                 Po czym poznajemy zjawiskową kobietę? Dobre pytanie, jak mówi Grubas. Dla niego to z gruntu idiotyczne. Bo co to jest zjawisko? Idąc dalej: kobieta zjawiskiem. Nie ma takiego pojęcia w fizyce. Mamy wielu uczonych, oni wiedza najlepiej, nas, maluczkich może tylko osmalić ogień ich wiedzy, opalić wąsy, lub nieogoloną cipę. To wszystko co może nas czekać. Nic więcej. Kobieta zjawiskiem. No proszę cię, mówi Grubas i nalewa do pełna. Moja Zofia to jest zjawisko, chłopie, gdy się rozbiera to światło przygasa, nawet sąsiad przestaje napierdalać młotkiem.
Pytania bez odpowiedzi nie przestają nimi być, dalej czekają na głupotę ludzką, która kopie we własną dupę, rozwala mysi klan, słowa, zawarte w mądrości przodków, nie zawsze wypłyną na powierzchnię, okutym butem zanurzone w rynsztoku nie tracą na wartości, bo prawda ma wymiar uniwersalny, boli, gdy ma rację, ale jej nie mając pali ogniem.

                 Szliśmy plażą ku majaczącej w oddali marinie. Światła latarni i cienie masztów zasnute w wieczornej mgle próbowały zwabić wędrowca. Szum morza, którego nigdy nie mogłem zapomnieć i teraz uwieszone na mnie ciepło. Ramiona, oddech i ciężar, który nigdy nim nie był. Powiew wiatru, troski, prośba o jeszcze, obiecuje.

                 Człowiek jest szczęśliwy tylko dwa razy: zmuszony do miłości przez innych, i gdy sam do niej zmusza. Czułem się właśnie w klinczu, byłem i zmuszałem. To cudne uczucie, gdy świadomość bycia sobą uszczęśliwia. Bose stopy zostawiały ślady, które zmazywane falą znikały, rozpoznawałem strukturę rozpuszczonego kryształu soli, chropowatość powietrza, oddech Salomona. Byłaś przy mnie, we mnie, na mnie. Cała wielkość wszechświata skupiona w tobie, rozpalała fantazje, od których topniały śniegi, płonęła pościel. Nuciłaś naszą melodię, zagarniałaś do siebie cały wieczorny blask, byłaś moja, ja twój, a cała wieczność zmuszona do odwrotu podjudzała fale, drażniła wiatr, z łoskotem rozbijała o skały.

                  Pokerowe rozdanie wysadzi ten świat. To zdarza się raz. Potem już tylko wspomnienia nie dają spać.
Kto nas tak zaprogramował, że walczymy z własnym odbiciem w lustrze? Pijemy za dnia, by nocą po prostu ryczeć. Mój dobry znajomy lekarz, twierdzi, że wszystko jest dziełem szatana. Bo jak wytłumaczyć karę jaka spotyka człowieka na starość? Powinien żyć w błogostanie, a cierpi. Kto tak bawi się naszym istnieniem? Kogo to cieszy? Mam inną teorię. Wszystko to jest przypadkiem, rzucone na stół bierki nigdy nie ułożą się tak samo. Dlatego boli dużo bardziej. Bez przyczyny nie ma skutku. A jednak. Przypadek rozdaje karty. Mówię sprawdzam i wychodzę, by tego nie widzieć.

                 Jednak nie przyjedziesz. Ostatni autobus był pusty. Kurewstwo wysysa się z mlekiem matki, sam nie wiem czy warto było czekać na cud. By zobaczyć cię z innym olałem Grubasa, wytrzeźwiałem wbrew sobie, powiem to wprost: nie warto było.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
hopeless · dnia 14.09.2017 11:26 · Czytań: 226 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 6
Komentarze
violka dnia 17.09.2017 15:27 Ocena: Bardzo dobre
Tekst mocny. Treść nie pozwalająca, aby przejść nad nią obojętnie. Potrafisz, zwrócić uwagę na prozaiczną, wydawałoby się, sprawę bardzo po ludzku. Przekleństwa, których używasz w nadmiarze, o dziwo, nie przeszkadzają, a wręcz czynią opowiadanie prawdziwym i wraz z wyważonymi emocjami, czynią opowiadanie interesującym i w sumie przejmującym obrazem. Zauważyłam trochę błędów interpunkcyjnych, trochę stylistyka szwankuje, ale ukazanie pozostawię innym, bardziej kompetentnym czytelnikom.
Pozdrawiam serdecznie, Violka.
hopeless dnia 17.09.2017 20:24
violka - Dziękuję za wizytę i komentarz. Obawiałem się nadmiaru wulgaryzmów, ale trochę mnie uspokoiłaś:) Nie ukrywam, że piszemy, aby nas czytano. Już myślałem, że nikt tu nie zajrzy i znowu skasuję kolejny tekst.... Pozdrawiam ciepło:)
violka dnia 17.09.2017 20:37 Ocena: Bardzo dobre
Lubię kontrowersyjne teksty, sama takie piszę i wiem, że komentarzy jest bardzo niewiele, ale cieszą się popularnością nie tylko na portalach internetowych. Jeśli chodzi o ten tekst, to jestem mocno na tak, jak złapię chwilkę przeczytam też drugi. A swoją drogą, szkoda że skasowałeś.
Pozdrawiam :)
hopeless dnia 17.09.2017 20:51
violka - Coraz bardziej się skłaniam, by je przywrócić po odpowiedniej korekcie, po czasie nie wszystko lubię co kiedyś napisałem... ale nie wiem, czy to dobry pomysł...

Pozdrawiam:)

I jeszcze jedno: powinienem tu częściej bywać i wykazać jakąś aktywność... ale to trudne:)
violka dnia 17.09.2017 21:11 Ocena: Bardzo dobre
Wstaw, chętnie przeczytam, a przecież - dopóki jest jeden człowiek, który chce czytać, to co napiszesz, dopóty warto pisać.
hopeless dnia 17.09.2017 21:27
violka -
violka napisała:
dopóki jest jeden człowiek

violka napisała:
dopóty warto pisać


zgadzam się z tym, choć te moje pisanie trochę mnie uzależniło...

Pozdrawiam:)
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Miladora
23/10/2017 15:06
Widzę, że wprowadziłaś zmiany, Tjere. :) Podoba mi się. »
hopeless
23/10/2017 14:23
Miladora - Jeszcze raz dzięki. Jednak namalowałem autorski… »
Miladora
23/10/2017 13:56
Że będzie dobra książka? :) Uwierz, bo przeczytałam ich już… »
Miladora
23/10/2017 13:53
Wiersz czyta się jak po maśle, avatar w porządku, mogę… »
JOLA S.
23/10/2017 13:52
Milu, niestety nie mogę w to uwierzyć z oczywistych powodów… »
hopeless
23/10/2017 13:40
Miladora Poprawiłem, dzięki:) Avatar też już jest. Miło mi,… »
Miladora
23/10/2017 13:33
Chyba wystarczy powiedzieć, że nie rozczarowałaś mnie. :)»
dziewczynka bez imienia
23/10/2017 12:39
Być może był to pospiech, a być może, jako osoba mało… »
braparb
23/10/2017 12:33
Piękny. Prostota i lekkość. Gratuluję. »
pociengiel
23/10/2017 11:38
Chłostany, w pocie czoła swoją stawę będziesz zdobywał Tak… »
Miladora
23/10/2017 11:32
Masz dobrą rękę do tytułów, panie F. :) Ale przyjrzyj się… »
Miladora
23/10/2017 11:13
To nie jest kwestia tego, że podoba mi się bardziej, bo… »
Miladora
23/10/2017 11:01
Tak - braparb dobrze poradził. :) Teraz tytuł zachęca, a… »
dziewczynka bez imienia
23/10/2017 10:55
Miladora, dziękuję za Twój komentarz. Znowu odrobiłaś za… »
Jaga
23/10/2017 10:52
Carvedilol, bardzo dziękuję za komentarz :) Poprawki… »
ShoutBox
  • Miladora
  • 23/10/2017 15:07
  • To taki system, Tjere - ale już się dopisałam do wiersza. :)
  • Tjereszkowa
  • 23/10/2017 14:29
  • Przegapiłam jakąś możliwość, czy to luka w systemie?
  • Tjereszkowa
  • 23/10/2017 14:28
  • Cholerka, chciałam napisać pod swoim wierszem, że wprowadziłam zmiany, ale nie mogę dodać nowego komentarza, bo mój był ostatni, nie mogę też edytować, bo upłynął czas na wprowadzenie zmian...
  • Miladora
  • 23/10/2017 14:14
  • tak - wiem - doszedł. :)
  • Miladora
  • 23/10/2017 13:50
  • Odpisałam, Agnesko! :)
  • JOLA S.
  • 23/10/2017 00:10
  • Droga Milu, skończyłam, tuż po północy. Cóż za, piękny widok.:)
  • Miladora
  • 22/10/2017 22:00
  • AGNESKO! Zbawienie przyszło! :)
  • Miladora
  • 22/10/2017 21:43
  • Agnesko - masz odpowiedź. :)
Ostatnio widziani
Gości online:60
Najnowszy:rybopujhana015
Wspierają nas