La Mona - Niczyja
Proza » Obyczajowe » La Mona
A A A
Od autora: Nie powiem nic, wszystko jest napisane w tekście. Nie namawiam, ani nie zniechęcam do czytania. Sam się przekonaj Drogi Czytelniku, jeśli zechcesz...

„La Mona”

 

Rozdział I

 

            Pierwszy raz poczułam to w lipcu. Tę falę intuicji zalewającą całe ciało, czy samospełniającej się przepowiedni, jak, tak zwą, w każdym bądź razie poczułam tę pewność, którą ma się tylko czasem, tylko w określonych sytuacjach.

Suka nagle wstała, wzięła telefon i wyszła bez słowa z pokoju. Wiedziałam, że wyszła z zamiarem skrzywdzenia mnie. Widziałam w jej oczach jad, zbielałe kłykcie palców ściskające komórkę i dłoń zamykającą za sobą drzwi. Cicho, złowieszczo, śmiertelnie bezboleśnie. Nawet na mnie nie spojrzała, jakbym już nie istniała, jakby nie było mnie już w jej świecie ograniczonym pracą i religią.

Zostałam sama. Panika opanowała wszystkie moje myśli, ciało trzęsło się kierowane bodźcem naturalnego lęku. Suka wróciła po jakimś czasie, jeszcze bardziej pewna siebie, jeszcze bardziej zdeterminowana w swym akcie niszczenia wszelakich przejawów wolnomyślicielstwa i sprzeciwu wobec jej woli. Znów potraktowała mnie jakbym była powietrzem, milczeniem na tysiąc wylanych przeze mnie słów i zapytań.

Odtąd, od tego feralnego lipcowego dnia wszystko się zmieniło. Suka, moja szefowa dotychczas wiecznie mnie krytykująca i wciąż niezadowolona, nagle zobojętniała. Było jej wszystko jedno co robię, jakie mam plany na kolejny dzień pracy. Nie odpowiadała na moje pytania, a czasem nietaktowne zaczepki. Głównie milczała, była oziębła i odpychająca, choć nadal zachowując się pseudokulturalnie, z od dzieciństwa wpajaną klasą panny z dobrego domu. Nikt nie znał jej myśli, ja jednak czułam, że za tą maską uczuć i tapetą na twarzy czai się śmierć. Śmierć dla mojego ja, dla mojego istnienia tutaj, w firmie Prix.

            Nadchodziły kolejne fale ścinającej mnie z nóg intuicji. Wiedziałam, że nieubłaganie zbliża się dzień wielkiej krzywdy, mój ostatni tutaj dzień. Mydlili mi oczy przez trzy długie miesiące. Na pytania wprost: „Czy chcecie mnie zwolnić?” słyszałam jawne zaprzeczenie z ust wspólnika Suki, nazwijmy go Szują, Panem Szują, bo był mężczyzną, ale takim bez jaj, bo spełniał wszystkie jej nielogiczne i nieracjonalne polecenia, sam trzęsąc portkami, że jego też może zwolnić. Przecież zajęła jego miejsce, wygryzła go z ciepłego i opłacalnego stołka. Mała dziwka! Gdy pytałam ją, odpowiadała chłodno, ze sztucznym uśmiechem osoby pseudo religijnej: „Dowiesz się w swoim czasie”. I nawet nie patrząc na mnie, wracała do swojego obijania się, bo wszystko co robiła, robiła w ślimaczym tempie, analizując długo to, czym nikt inny nie zawracałby sobie głowy. Albo obmyślając strategię komu przekazać swoje zadania, żeby samej nie musieć ich wykonywać. Tutaj muszę przyznać, że była mistrzynią stosowanej spychologii. Sama spijała śmietankę pochwał, za pracę wykonaną cudzymi rękami.

Byłam zupełnie sama z moimi myślami. Nikt nie chciał zawierzyć moim słowom. Ci, którym się zwierzałam, mamili mi oczy. Mówili, że to tylko moje urojenia, że nie ma żadnych podstaw do zwolnienia mnie. Że na pewno nic takiego się nie wydarzy. Ja jednak cały czas czułam, że iskra zła rozpalona przez Sukę się tli, że nabiera mocy i tworzy już niezłych rozmiarów płomień, który lada chwila może rozbłysnąć w postaci ogniska zła. Nie uspokoił mnie długi urlop nad morzem. Szum fal i nawoływania morskich ptaków nie odpędziły chmur kłębiących się nad moją głową.

            Gdy wróciłam z urlopu wszystko zostało już ustalone. Suka, rozmawiając z kimś nie wychodziła nawet z pokoju. Moim następcą miał zostać chłopak. Była nim zachwycona. Mówiąc o nim do kogoś po angielsku, przecież znam angielski i wszystko rozumiałam, dosłownie piała z zachwytu, że jest taki wspaniały pod każdym względem. Nawet nie zadawała sobie trudu, żeby wyjść z pokoju i nie sprawiać mi przykrości, czy po prostu kłamać dalej. Nadal była uprzejmie obojętna. Na pytania wprost, kim ma być ten nowy chłopak, odpowiadała, że ma nam pomagać, bo pracy jest coraz więcej.

Któregoś wrześniowego dnia zobaczyłam ich przy recepcji. Sukę, Szuję i jego – nowego. Stali wszyscy troje, zaśmiewając się i ciesząc do wspólnej świetlanej przyszłości. Spytałam później Szuję, kim będzie ten chłopak w naszej firmie i co będzie robił. Szuja powtórzył słowa Suki. Że mam się nie martwić, on ma tylko pomagać.

Teraz już wiem, że swoimi kłamstwami chcieli uśpić moją czujność. Zabić myślenie intuicyjne, któremu w pierwszym rzędzie wierzyć się powinno. Chcieli wymazać z pamięci ujrzany przypadkiem dokument: „Replacement of Oksana…” (Zastąpienie Oksany …). Widziałam go na własne oczy na komputerze Szui, natychmiast go zamknął. W pamięci jednak pozostał, przypominając się w najczarniejszych godzinach bezsennych nocy…

            W końcu nadszedł ten dzień, jak huragan na spokojną wysepkę Morza Karaibskiego. Od dawna spodziewany, a ciągle odpychany złudną nadzieją. Siedziałam przy biurku, gdy nagle zadzwonił telefon. To Szuja prosił, żebym przyszła do jego pokoju. Spokojnie poszłam na ścięcie. Był tam już Świadek. Zajęłam miejsce na wprost Szui. Po chwili dało się słyszeć stukot szpilek Suki. Zamknęła drzwi i usiadła obok Szui, naprzeciwko mnie. Dwóch katów, Świadek i ja jedna. Wszystko z góry ukartowane, ja bez obrońcy. Nie wiem po co Świadek, może bali się, że zrobię chryję, krzywdę sobie lub im. Dziwne zagranie wobec pracownika, którego zna się czternaście lat.

Szuja oficjalnym tonem odczytał pismo o wypowiedzeniu mi umowy o pracę. Rzekomym, wyssanym z palca powodem była likwidacja stanowiska. Rzekomym, bo nie zwalnia się dobrego i sumiennego pracownika, żeby zastąpić go kimś młodszym i tańszym. Tak się nie robi w uczciwym świecie, a może robi, tylko ja w swojej naiwności o tym nie wiedziałam. Spodziewałam się, przeczuwałam, że to się wydarzy, a jednak nic nie rozumiałam z odczytywanych słów. Po pierwszym zdaniu moje myśli zbłądziły, odleciały do nieznanej mi krainy. Przeskakiwałam z twarzy na twarz, nic nie rozumiejąc. Czułam się jak mała zagubiona dziewczynka w wielkim czarnym lesie dokąd nie dociera nawet mały promień słońca.

Dostałam do podpisania dokumenty. Musiałam je najpierw kilkukrotnie przeczytać, aby cokolwiek zrozumieć z treści, aby pojąć krzywdę, którą mi uczynili. Czarno na białym. Wszystko zgodnie z prawem, ze spokojem w ciałach bez serc i bez sumień. Nie rozumiałam dlaczego. Nadal nie rozumiem, a minęło już sporo czasu…

Nie płakałam. Jak w transie dotarłam do swojego biurka i wróciłam do przerwanej czynności. Jak robot, zaprogramowany automat. To był piątek, ostatni dzień października.

             Po pracy kupiłam butelkę rumu, pepsi i limonkę. Zaczęłam pić wieczorem, skończyłam późną nocą. Byłam sama z moimi łzami i myślami. Z moim bólem. Z otaczającym mnie oceanem niesprawiedliwości. Tej nocy przestał istnieć mój dawny świat, wiara w ludzi, w uczciwość. Siedziałam sama w ciemnym pokoju, pijąc i łkając. Płacz nie ukoił łez, alkohol uśmierzył tylko ból, pozwolił zapaść w ciężki sen.

Po nocy nastał ponury dzień, pełen czarnych myśli co dalej i dlaczego tak się stało. Czy można było temu jakoś zapobiec, nie tracąc jednocześnie swojego ja i swojej dumy? Nie stając się lizodupem i bezmyślnie wykonując każde, nawet najgłupsze polecenia?

Mówi się, że warto pozostać wiernym swoim przekonaniom, ale wtedy wiele się traci. Czasem wszystko… Odtąd każdego dnia miały towarzyszyć mi łzy bezradności. Upadłam na kolana. Czy starczy mi sił, by powstać i iść dalej?

 

 

Rozdział II

 

          W pierwszych dniach listopada do pracy zawitał nowy. Mój następca. Miał na imię Piotr. Moim zadaniem było przekazanie mu wiedzy, aby po moim odejściu mógł samodzielnie wykonywać przydzielone mu zadania, zakamuflowane pod inną nazwą stanowiska, a jednak całkiem identyczne.

Czułam się potwornie upokorzona i zdołowana całą sytuacją. Zawstydzenie. Zewsząd żadnego zrozumienia. Byłam zbyt dumna, żeby iść po prostu na zwolnienia lekarskie. Poza tym naprawdę bardzo lubiłam swoją pracę i mimo tych harpii, jak nazwę tę parkę, ciężko było mi się z nią rozstać. Poświęciłam jej czternaście lat swojego życia.

          Piętnaście lat młodszy Piotr okazał się bardzo grzeczny, nieśmiały i dobrze wychowany. Co zrozumiałe bał się nowej pracy i nowych wyzwań. Pracował na laptopie, siedząc między mną, a Suką. Widziałam, że się jej boi, czuje respekt, choć wobec niego była nadzwyczaj miła i opiekuńcza, jaka wobec mnie nigdy nie była. Matkowała mu. Stara panna, zagorzała dewotka codziennie rano biegająca do kościoła. Wielokrotnie nachodziła mnie myśl, jak osoba tak religijna, mogła tak postąpić? Tak podstępnie i szkaradnie doprowadzić do zwolnienia mnie. Jak mogła nadal się modlić, przyjmować komunię świętą, chodzić do spowiedzi, mając na sumieniu takie przewinienie wobec uczciwej osoby. A może dewotki nie mają sumienia? Może stare panny nie mają serca? Nie wiem, do dziś nie znam odpowiedzi i nie rozumiem świata wokół mnie.

Piotr był bardzo pojętnym uczniem. Słuchał i robił notatki. Uczył się ode mnie. Dużo rozmawialiśmy. Paradoksalnie, on jeden rozjaśniał mi długie godziny upokorzenia w środowisku pracy, gdzie każdy wiedząc, co się stało, udawał że nic się nie stało. Jakby nic się nie wydarzyło. Było to kolejne przykre doświadczenie.

Zaprzyjaźniliśmy się z Piotrem. Znaleźliśmy wspólny język, porozumienie. Dzięki mnie poznał prawdę, jak to się wszystko odbyło. Jak doszło do tego, że on tu jest, a za kilka miesięcy mnie już tu nie będzie. Widziałam, że mocno mi współczuł. Odczuwał empatię i litość dla mnie, w obliczu tego co się stało. Gdy zaszywałam się w pustym pokoju obok kuchni, by w samotności zalewać się łzami, on jeden przychodził i pytał: „Pani Oksano, czy wszystko w porządku?” Odpowiadałam, zgodnie z prawdą, że nie, ale, żeby się o mnie nie martwił. Czasem zostawał ze mną przez kilka minut. Jego ręka uniesiona w powietrzu nad moją głową. Potem odchodził, cicho zamykając za sobą drzwi. Wracał do Suki, do swoich obowiązków. Bał się jej reakcji na jego dłuższą nieobecność. Nikt inny w pracy nie interesował się moim stanem ducha. Nikt poza nim nie wiedział o piekle jakie przeżywałam. Rodzina także nic nie wiedziała. Celowo zataiłam tę moją porażkę, nie chciałam dawać im satysfakcji szydzenia ze mnie. W tym wypadku, jak w każdym wcześniejszym ich wiedza, tylko pogorszyłaby moją sytuację i beznadziejne samopoczucie. Z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciach. I to jest fakt, niezaprzeczalny i wielokrotnie sprawdzony.

            Chodziłam na przymusowe urlopy. Wtedy szukałam pracy, uzupełniałam garderobę na ewentualne spotkania w sprawie pracy i czekałam na telefon, który milczał jak zaklęty. Świat o mnie zapomniał. Nie istniałam. Znajomi są tylko wtedy, gdy dzieje się dobrze. Siedziałam sama w pustym mieszkaniu, przygnębiona po porażce, zbyt słaba by się podnieść. Alkohol i płacz – to byli moi przyjaciele. Dobrze, że musiałam wrócić do pracy, znowu wpaść w rytm wczesnego wstawania i kładzenia się spać o w miarę przyzwoitej porze. Inaczej nie wiem, czy nie wpadłabym w alkoholizm. Albo coś sobie zrobiła czując natłok czarnych myśli w głowie i potoki łez na policzkach, które nigdy nie przestawały być mokre…

Niewiele jadłam, tylko piłam i płakałam. Tak mijały tygodnie z dala od pracy.

 

            Wróciłam, bo musiałam. Byłam zmuszona też dalej szkolić Piotra. Inaczej mogliby zwolnić mnie dyscyplinarnie z czarnym wpisem do akt personalnych na całe życie. Suka była zdolna do wszystkiego, a Szuja  - jej przydupas, wykonałby każde jej polecenie bez mrugnięcia okiem, bez chwili zastanowienia. Uśmiech Piotra działał cuda, zniewalał swoją niewinnością i szczerością. Ciepłem. Sama jego obecność działała kojąco, dawała nadzieję, że i do mnie może uśmiechnąć się jeszcze słońce i zła passa może kiedyś minąć.

Byłam na kilku spotkaniach w sprawie pracy. Piotr trzymał za  mnie kciuki. Wspierał mnie, dodawał otuchy i podsycał zagubioną gdzieś wiarę w siebie i swoje możliwości. Codziennie powtarzał, że jestem bardzo dobrą nauczycielką. I chciałby, żebym została tutaj na zawsze.

Zbliżał się koniec roku. Niespodziewanie dostałam propozycję pracy w renomowanej zachodniej firmie i to na lepszych warunkach, nie tylko finansowych. Łut szczęścia? A może istnieje jakaś sprawiedliwość na tym świecie?

          Poprosiłam o skrócenie okresu wypowiedzenia, żeby móc z nowym rokiem zacząć pracę w nowej firmie. Szuja miał jakieś „ale”, trzymał mnie w niepewności przez kilka dni. Igrał ze mną, z moimi emocjami, a ja zalewałam się łzami. Czy jeszcze na koniec musieli psuć mi krew? Czy jeszcze nie zaszkodzili mi wystarczająco? Suka udawała niewiniątko, takie spokojnie uprzejme sucze krwiozepsucie.

Piotr był ze mną cały czas. dodawał otuchy. Mówił: „Pani Oksano, proszę się nie denerwować. Wszystko będzie dobrze. Na pewno nie zrobią pani takiego świństwa”. Nie znał ich i mam szczerą nadzieję, że nigdy nie będzie mu dane poznać Suki i Szui z tej strony, z której ja ich poznałam.

            W końcu, po długich płaczliwych prośbach zgodzili się na skrócenie mi okresu wypowiedzenia. Nie ważna stracona kasa. Chciałam uciec jak najdalej stąd, rozpocząć nowe życie gdzieś tam, daleko tam.

Gdy wróciłam z podpisaną już umową w nowej firmie Suka zafundowała mi nową „przemiłą” niespodziankę. Ostanie dwa tygodnie miałam spędzić przy obcym komputerze, siedząc na kuchennym krześle, z monitorem ustawionym tak, że każdy idący korytarzem widział dokładnie co robię albo czego nie robię w pracy. Suka jedna, musiała mnie poniżyć na koniec. Jakby nie mogła poczekać jeszcze dwa tygodnie. Może to była zawiść, że tak szybko udało mi się znaleźć pracę, samodzielnie, bez niczyjej pomocy, nawet lepszą niż ta, z której mnie wyrzucali? Nie wiem. W każdym razie kolejny raz, po czternastu latach pracy, poczułam się maksymalnie upokorzona. Nie miałam wyjścia, musiałam znieść i ten cios. Wytrzymać jeszcze trochę.

Piotr odstąpił mi mój dawny fotel. Pomógł ustawić monitor jak najlepiej dla mnie. Siedzieliśmy razem przy jednym biurku, ramię w ramię (dosłownie), on zajął moje miejsce, ja byłam na przystawkę, jak marne wino do uczty Dionizosa. Kończyliśmy rok w przyjemnej atmosferze. Suka często była nieobecna – „pracowała z domu”. Szuja prawie nie wychodził ze swojego gabinetu, tylko czasem dzwonił do Piotra, żeby ten do niego przyszedł. Tak w korporacjach traktuje się człowieka, wieloletniego oddanego pracy pracownika. Najłatwiej być zimnym sukinsynem, tacy długo pożyją.

            Ostatniego dnia w pracy rozkleiłam się. Było mi naprawdę ciężko rozstawać się z miejscem, w którym spędziłam tyle lat mojego życia. Z moim biurkiem, z oknem, przez które oglądałam wysokie topole ubrane w szaty z czterech pór roku. Nastrój miałam nietęgi. A jeszcze duet tchórzy i knucicieli  - Suka i Szuja wzięli sobie urlop na ten dzień. Ostatni dzień mojej pracy w firmie Prix. Tchórzostwo? W wyrzuty sumienia nie wierzę? Strach? Prędzej bali się, że powiem im co naprawdę o nich myślę… zresztą nie ważne. Nie zjawili się. Pies ich trącał.

Piotr ubrany był bardzo elegancko, w białą koszulę i spodnie od garnituru, jakby szedł na jakąś galę, a przecież to był zwykły dzień pracy. Zostaliśmy sami, pozostali albo wzięli urlop albo wcześniej wyszli. Poszłam na chwilę do kuchni, a gdy wróciłam czekał na mnie, stojąc z torbą w ręku.

- Pani Oksano – zaczął łamanym głosem. – Chciałem pani bardzo za wszystko podziękować. Była pani najlepszą nauczycielką, jaką kiedykolwiek miałem.

- Panie Piotrze – powiedziałam wzruszona. – Nie było trzeba…

Zajrzałam do torby. W środku było białe wino „La Mona” z uroczą małpą na etykiecie. Miała czerwone kolczyki i takiż wisiorek. W ręku trzymała kieliszek wina. Oprócz alkoholu dostałam też bombonierkę czerwonego Merci.

Wzruszyłam się. Zaskoczył mnie. W oczach pojawiły się łzy.

- Zżyłem się z panią – zaczął, podchodząc do mnie. – Będzie mi pani brakowało.

Złożył na mych ustach delikatny, wilgotny pocałunek. Był jak muśnięcie wiatru, tak nieśmiały, pełen czaru i uczucia. Tego pierwszego, niepoznanego wcześniej. Pomylił zapewne współczucie z miłością. Litość z czymś głębszym, co obezwładnia, nie pozwala żyć bez drugiej osoby.

Pozwoliłam mu się całować. Sama też tego potrzebowałam. Chwili słodyczy, chwili zapomnienia. Chciałam poczuć młodość, powstać z emocjonalnych martwych, choćby na chwilę.

Zegar wybił piątą, pani sprzątająca przyszła do firmy. Przeszkodziła nam, może to i dobrze, że nie zaszło dalej, to co się zaczęło między nami. Piotr usiadł przy biurku, ja również. Nadal ramię w ramię, teraz jakby inne, gorętsze, spragnione współodczuwania.

          Piotr poprosił o mój telefon, nie dałam mu go. To nie miało sensu. I nie chodziło nawet o samą różnicę wieku, bo przecież znane są pary gdzie ona jest starsza od niego o ponad dwadzieścia lat. I on ją kocha i podziwia i wielbi. Jak choćby przykład obecnego Prezydenta Francji i jego małżonki. Nie mogłam brnąć w znajomość z Piotrem z tego powodu, że chciałam zapomnieć o firmie Prix. Chciałam wymazać z pamięci to miejsce i ludzi, którzy uczynili mi taką niezasłużoną krzywdę. Piotr byłby stałym łącznikiem, ciągle by mi o nich przypominał. Nie chciałam tego. Musiałam zerwać wszelkie kontakty łączące mnie z korporacją Prix. Na zawsze już, nieodwołanie.

Odchodząc, widziałam rozpacz i strach w oczach Piotra. Wiedziałam jednak, że sobie poradzi beze mnie. Że kiedyś znajdzie młodszą, piękniejszą dziewczynę, znacznie bardziej dla siebie odpowiednią kandydatkę. Do której poczuje silną więź, miłość i oddanie, a nie tylko żal i współczucie, które odczuwałby wobec mnie. A na koniec pozostałyby jedynie wyrzuty sumienia, że nie potrafi dać mi więcej niż pragnęłabym ja.

Tak sobie myślałam, na chłodno analizując nasze pożegnanie i moją odmowę, która nie dawała żadnej nadziei, żadnej szansy na wspólną przyszłość łączącemu nas uczuciu. Bo przecież oczywistym jest, że i ja zapałałam uczuciem do Piotra. Był moją jedyną deską ratunku i nadzieją, że gdzieś tam istnieje lepszy świat. Że gdzieś tam czeka niebo bez chmur.

 

 

Rozdział III

 

          Minęło kilka miesięcy. Niedługo minie rok. Zadomowiłam się już w nowym miejscu pracy. Zagnieździłam, jak wesz w czyichś włosach. Nie ufam tutaj nikomu. Nie pragnę, nie szukam nowych kontaktów, nie mówiąc już o przyjaźni. Nie ufam nikomu. Nie szukam bliskości. Tego nauczyła mnie praca w korporacji. Człowiek jest tylko trybikiem w maszynie, którego łatwo i z premedytacją można zastąpić innym elementem. 

Pusta butelka po winie „La Mona” stoi na podłodze w salonie. W kącie. Obok stołu, przy którym piszę. Czasem patrzę na nią, na roześmiane oczy małpy. Moje oczy nie są tak wesołe, radosne jak jej. Butelka jest niebieska, bardzo zakurzona. Czasem po nią sięgam i patrzę, i wspominam.

Czy dobrze zrobiłam? Czy decyzja wtedy podjęta była jedyną i słuszną? Ciekawe, czy gdybym wtedy mu nie odmówiła, bylibyśmy dziś razem? Czy byłby tylko lekiem na całe zło, jak śpiewa Krystyna Prońko? Czy stałby się długotrwałą radością na resztę życia?

Czy jeszcze myśli o mnie? Czy już odnalazł się w nowym świecie beze mnie? I poznał kogoś młodszego, bardziej odpowiedniego? Bez bagażu złych zdarzeń…

Czy...?

 

 

 

(2-3 września 2017) PL

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Niczyja · dnia 16.09.2017 13:13 · Czytań: 215 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 9
Komentarze
Dobra Cobra dnia 16.09.2017 17:10 Ocena: Świetne!
Wyśmienicie napisane, prawdziwe emocje, dramat jak się patrzy.

Niczyja,

Przepiękną opowieść wysmażyłaś, bez dwóch zdań. Opisy sytuacji bardzo!

Bardzo się podoba ta bohaterka - myszka :)

Jedno zastrzeżenie - teraz jak w takiej korpo wywalają człowieka, to raczej z ochroniarzem, który odprowadza do biurka i pilnuje, aby zabrać tylko swoje rzeczy i spadać czym prędzej. Bo jakby człowiek został na wypowiedzeniu to by gnoju narobił.

Ale rozumiem zabieg narastania dramatu przy wprowadzaniu nowego pracownika. Te piekielne trzy miesiące...


Sumując: jest wspaniale. Brawo! Sama słodycz czytania.

Porada dla pracowników: nie ma co się dołować, gdy zwolnienie nie jest z jego winy. Trzeba siebie cenić, qrde.


Pozdrawiam pięknie,

Dobra Cobra
al-szamanka dnia 17.09.2017 10:30 Ocena: Świetne!
Hej, Niczyja, podobało się.
Znam osobę, która jeszcze przed paroma miesiącami miała takie same problemy jak Twoja bohaterka.
Skończyło się dobrze, gdyż po zwolnieniu osoba ta dostała propozycję szefowania w innej firmie.
Niemniej czas cierpień nieomal doprowadził ją do obłędu.
Strach, upokorzenie, obawy o przyszłość - szczególnie, gdy ma się rodzinę na utrzymaniu.
I to katujące uczucie niesprawiedliwości.
Myślę, że właśnie niesprawiedliwość osłabia człowieka najbardziej, osoba taka musi się wygadać i wygadać, dlatego dobry manewr opisu jej emocji, od których wiadomo, że nie mogła się uwolnić.
I nie może.
Stąd pytające wspomnienia o Piotrze.
Jedyne, co mi nieco załamuje rytm opowiadania, to te dwa samotne czy w końcówce. Bez nich, moim zdaniem, jest bardziej miękko.

Pozdrawiam niedzielnie :)
skroplami dnia 17.09.2017 14:37 Ocena: Świetne!
Niczyja.
Muszę odetchnąć.
Niczyja :), gratulacje :). I chociaż zakończenie, z początku wydawało mi się, powinno być inne dla opowiadania :), za bardzo oddaje rzeczywistość, to w tym momencie cieszę się że jest jak jest :). Suma, piekąca.
Hm, bez doświadczenia nie do napisania. Chociaż, bywają mistrzynie i mistrzowie wczucia się w czyjeś odczucia, dobre "bazyliszki" :). Te złe to suka i szuja. Chociaż są o wiele gorsze sytuacje ze strony suk i szuj. Wiem, znałem kilka suk, szuj jeszcze więcej ;). Chciałbym nazwać inaczej, nie wypada ;).
Niezwykle dokładnie, doskonale oddałaś przeżycia bohaterki.
I chociaż zakończenie realne bardzo, świadczy o ... nie wiem:(. Sile czy słabości?
Strasznie pomieszane to jej życie, takie rozczochranie że tylko czesać, bo stanie się kołtun ;).
mike17 dnia 17.09.2017 14:57
Ja będę mniej entuzjastyczny, jeśli chodzi o tę opowieść.
Bo?
Zabrakło mi tu solidnej fabuły, takiej, co to wbija w fotel, a temat utraty pracy czy przepychanek w niej jest już tak oklepany, że szkoda, że go poruszyłaś.
Poprzez to opowiadanie tak naprawdę nic nowego nie wnosi do przestrzeni literackiej.

Kolejna sprawa to język: wydaje mi się niewysilony, taki w sam raz do relacji prasowej, bo w sumie to opko to taka relacja, brak tu dramaturgii, jest jeno opis sekwencji wydarzeń.

Potem, brak dialogów bardzo szkodzi tekstom w ogóle - tu są chyba trzy, szczątkowe, a przydałoby się więcej - to bardzo podbiłoby dynamikę i tak śladowej akcji.

Szukam w literaturze rzeczy nieprzyziemnych, niezwykłych, magicznych, odlotowych, zakręconych, pełnych dziania się, buzujących emocji i uczuć, napisanych wzorową polszczyzną.
Język jeszcze można zaakceptować jako język suchej relacji, ale pozostałych elementów mi ewidentnie zabrakło.

To sum up,

Jako zwyczajna relacja jestem na tak, jako opowiadanie już niekoniecznie, acz jak rzekłem, na pewno spodoba się ono tym, którzy lubią język relacji.
No i opko jest smutne... a ja jestem wesoły facet :)
Masz tendencję do bardzo drobiazgowych opisów, co w relacji się sprawdzi, w opku już nie zawsze, bo może najzwyczajniej nużyć.

Ogólnie bez oceny tym razem, bo jestem rozdarty.
Podobał mi się tylko rozdział III - było tam coś "po mojemu" i różni się on od reszty tekstu, bo są tam jakieś szczątki uczuć.

Dobrze, że experymentujesz z formą - opowiadanie z motylami w tytule było zupełnie inne, to jest zupełnie inne, grunt to być wszechstronnym :)

Trzymam kciuki za to, byś pisała same dobre rzeczy :)
Niczyja dnia 18.09.2017 23:04
Nie spodziewałam się otrzymania aż tylu komentarzy podczas mojego krótkiego wypadu w góry:)
Zatem z góry dziękuję całej czwórce ogółem, po czym przejdę do szczegółów z każdym osobno:)

DoCo
, byłeś pierwszy, więc zaczynam od Ciebie:)
Pierwsze dziękuję za komentarz, pochwałę i najwyższą ocenę.
Bohaterka myszka...hm, czemuż tak ją nazwałeś? To, że nie jest hieną, drapieżną kocicą, suką lub femme fatale, nie znaczy wcale, że jest myszką.
Cieszę się, że dostarczyłam Ci słodyczy czytania:) Czy to była eklerka z kremem, wz-tka z bitą śmietaną, dużą ilością śmietany, czy może sernik lub makowiec? A może śmietanowiec z galaretką?;) No dobrze, już dobrze.


al-szamanko,
Drugie dziękuję za wnikliwy komentarz, dokładną analizę psychologiczną bohaterki i najwyższą ocenę:) Tak, pisaniem można sobie ulżyć w emocjach, ale nie wymazać ich z pamięci, ani z nich nie wyleczyć. To tylko taki rodzaj terapii.
Pomyślę nad tymi "Czy":)


skroplami
,
Trzecie dziękuję za komentarz, rozmowę z Autorką, dodanie tekstu do ulubionych i najwyższą ocenę:) Piekące - możliwe, parzące - z pewnością. Jest to nauczka dla niej i dla innych utwór czytających... Przestroga, by nie ufać nikomu. NIKOMU.
Może bohaterka potrzebuje Kogoś, kto by ją tak właśnie czesał, regularnie odpędzał złe chwile i myśli, by kołtun nigdy nie powstał... Może? W każdym razie bardzo Ci dziękuję:)


Michale,
Twój komentarz jest najdłuższy, bardzo dociekliwy, pouczający, więc zasługuje na specjalne wyróżnienie:) Czwarte dziękuję zatem za komentarz i tyle nauk z niego płynących, dobrych życzeń i porównań, którym mogę nigdy już nie sprostać. Zobaczymy jak będzie...
Powiem tak. Żaden temat nie jest oklepany, gdy dotyczy Ciebie lub osób Ci bliskich...
Czasem emocje są tak silne, że nie można o nich pisać inaczej niż jak suchą relację. Inaczej mogłoby nic nie powstać, zakończyć się zaraz na początku...
Nie da się ukryć, że opko jest smutne i to, że Ty jesteś optymistą wierzącym w Miłość. To widać, słychać i czuć w Twoich opowiadaniach:) Ja taka nie jestem i pewnie nigdy nie będę. Cóż, każdy jest inny.
Tak, stety lub niestety, lubię opisy. Zagłębiam się w nie czytając i pisząc, tak już mam, ale dziękuję za zwrócenie mi na to uwagi. Samemu wielu rzeczy się nie widzi, nie czuje, potrzebni są do tego inni bystrzy obserwatorzy rzeczywistości:)
Same dobre rzeczy to nie będą, tak nie dzieje się nigdy, wiem to, ale trzymaj kciuki, może ciut to pomoże:) Raz jeszcze dziękuje za wór cennych uwag i Twoich wrażeń:)


Dobranoc Wam wszystkim, śpijcie dobrze i spokojnie pod swoimi puchowymi kołderkami:)
Niczyja
Dobra Cobra dnia 19.09.2017 09:32 Ocena: Świetne!
Śmietankowiec z galaretką. Ale było też coś z sernika ;)

DoCo
Jaga dnia 19.09.2017 21:42
Niczyja, Czyjaś;)
Poraził mnie ogram emocji skrytych za relacją o rozstaniu z firmą.
Dobrze, naprawdę dobrze napisane.

Szczerze żal mi głównej bohaterki. Nie dlatego, żę wypluli ją z pracy jak zużytą gumę do żucia (co nie jest niczym zaskakującym w dzisiejszych czasach). Żal mi jej z innego powodu. Jawi mi się jako niesamowicie samotna. Jak bardzo musiała być samotna, skoro jedynym jej powiernikiem stał się nowy pinek w korporacyjnej machinie? Jak bardzo musiała być samotna skoro po roku zastanawiała się czy dobrze zrobiła nie przyjmując oferty pójścia do łóżka, bo może coś z tego by wyszło... Gdybym była jej przyjaciółką powiedziałabym jej, że mężczyzna, któremu zależy na kobiecie wykopie ją spod ziemi i znajdzie na końcu świata. Brak numeru telefonu lub jednorazowa odmowa nie będą stanowiły dla niego problemu, więc nie ma czego żałować.

Ta pusta butelka po winie, jej wspomnienia... pusty dom. Smutne. Bardzo smutne.

Pozdrawiam ciepło,
Jaga
Niczyja dnia 21.09.2017 21:18
Witaj Jago:)

Bardzo dziękuję za Twój komentarz. Idealnie wczułaś się w uczucia bohaterki, jej samotność, odrzucenie i ogromny smutek, który po wszystkim pozostał. Tak to w życiu bywa czasem...
Cytat:
Gdybym była jej przyjaciółką powiedziałabym jej, że mężczyzna, któremu zależy na kobiecie wykopie ją spod ziemi i znajdzie na końcu świata. Brak numeru telefonu lub jednorazowa odmowa nie będą stanowiły dla niego problemu

Co prawda, to prawda. Czasem jednak kobieta nie spotka takiego mężczyzny w całym swoim życiu.

Smutne, bo bardzo prawdziwe, więc tym bardziej smutne.

Pozdrawiam deszczowo,
Niczyja
Jaga dnia 21.09.2017 22:02
Ja odnoszę wrażenie, że tego kwiatu to pół światu. Do wyboru, do koloru... Wato jednak pamiętać, że nikt nie jest idealny, więc książę z bajki może przyjechać na rowerze ;)
Pozdrawiam ciepło, ciepło
Jaga
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Miladora
23/10/2017 15:06
Widzę, że wprowadziłaś zmiany, Tjere. :) Podoba mi się. »
hopeless
23/10/2017 14:23
Miladora - Jeszcze raz dzięki. Jednak namalowałem autorski… »
Miladora
23/10/2017 13:56
Że będzie dobra książka? :) Uwierz, bo przeczytałam ich już… »
Miladora
23/10/2017 13:53
Wiersz czyta się jak po maśle, avatar w porządku, mogę… »
JOLA S.
23/10/2017 13:52
Milu, niestety nie mogę w to uwierzyć z oczywistych powodów… »
hopeless
23/10/2017 13:40
Miladora Poprawiłem, dzięki:) Avatar też już jest. Miło mi,… »
Miladora
23/10/2017 13:33
Chyba wystarczy powiedzieć, że nie rozczarowałaś mnie. :)»
dziewczynka bez imienia
23/10/2017 12:39
Być może był to pospiech, a być może, jako osoba mało… »
braparb
23/10/2017 12:33
Piękny. Prostota i lekkość. Gratuluję. »
pociengiel
23/10/2017 11:38
Chłostany, w pocie czoła swoją stawę będziesz zdobywał Tak… »
Miladora
23/10/2017 11:32
Masz dobrą rękę do tytułów, panie F. :) Ale przyjrzyj się… »
Miladora
23/10/2017 11:13
To nie jest kwestia tego, że podoba mi się bardziej, bo… »
Miladora
23/10/2017 11:01
Tak - braparb dobrze poradził. :) Teraz tytuł zachęca, a… »
dziewczynka bez imienia
23/10/2017 10:55
Miladora, dziękuję za Twój komentarz. Znowu odrobiłaś za… »
Jaga
23/10/2017 10:52
Carvedilol, bardzo dziękuję za komentarz :) Poprawki… »
ShoutBox
  • Miladora
  • 23/10/2017 15:07
  • To taki system, Tjere - ale już się dopisałam do wiersza. :)
  • Tjereszkowa
  • 23/10/2017 14:29
  • Przegapiłam jakąś możliwość, czy to luka w systemie?
  • Tjereszkowa
  • 23/10/2017 14:28
  • Cholerka, chciałam napisać pod swoim wierszem, że wprowadziłam zmiany, ale nie mogę dodać nowego komentarza, bo mój był ostatni, nie mogę też edytować, bo upłynął czas na wprowadzenie zmian...
  • Miladora
  • 23/10/2017 14:14
  • tak - wiem - doszedł. :)
  • Miladora
  • 23/10/2017 13:50
  • Odpisałam, Agnesko! :)
  • JOLA S.
  • 23/10/2017 00:10
  • Droga Milu, skończyłam, tuż po północy. Cóż za, piękny widok.:)
  • Miladora
  • 22/10/2017 22:00
  • AGNESKO! Zbawienie przyszło! :)
  • Miladora
  • 22/10/2017 21:43
  • Agnesko - masz odpowiedź. :)
Ostatnio widziani
Gości online:49
Najnowszy:rybopujhana015
Wspierają nas