Tchnienie umierającego cz.1 - Krzysztof Konrad
Proza » Długie Opowiadania » Tchnienie umierającego cz.1
A A A
Od autora: To cykl ćwiczebny, w którym trenuję głównie siłę woli. Tzn. uczę się doprowadzać sprawy do końca, gdyż mam problem z dokańczaniem tego, co już zacząłem. Nie bez kozery o tym wspominam - nie obiecuję przez wzgląd na to, że będzie to doprowadzone do końca. Jest to także mój pierwszy tekst, w którym wykorzystuję dokładny plan dramaturgiczny i fabularny.
Klasyfikacja wiekowa: +18

Długie sznury samochodów kierujących się do centrum to codzienność we wszystkich miastach świata.

 

W El Paso nie było inaczej. Mieszkańcy wiosek i mniejszych aglomeracji nie mieli czasu na drobne zakupy. Wybierali się na nie po wyczerpaniu domowych zapasów. Szukając okazji, odwiedzali wiele sklepów i wracali dopiero po południu. Wtedy zablokowana była droga wyjazdowa. Kiedyś większość ludzi twierdziła, że nieświadomie doprowadzało się do wszechobecnej ciasnoty. Gdyby żyła choć część z tych ludzi, widzieliby w tym wiele dobrego.

 

– Hyundai, honda, chevrolet… – wyliczał Kevin – zwolnij, tato! Nie zauważyłem czwartego.

 

– Czwarty był biały jaguar na blachach z Luizjany – tłumaczył Edwin, próbując jednocześnie przedrzeć się między pojazdami blokującymi szosę – teraz będzie niebieski Jeep, potem dwa suv-y i jeszcze sportowy mitsubishi eclipse – ojciec recytował znudzonym głosem wszystkie modele, które zapisały mu się w pamięci.

 

Syn Everricha spuścił głowę. Oddychając pośpiesznie, liczył kolejne auta. Nie potrafił darować sobie tego, co stało się przed wyjazdem i objął zagłówek taty, jakby chciał go przeprosić.

 

– Nadal jesteś zły? Bolą mnie plecy od tej butli – dodawał kolejne zdania, nie dając szansy odpowiedzi – a od oddychania poci mi się nos. Tato, czemu tym kierowcom widać wszystkie kości?

 

Edwin zatrzymał starego cadillaca przy jedynym SEARS-ie w El Paso. Choć dobrze wiedział, że mógłby jeździć każdym z trzydziestu zaparkowanych pojazdów, nigdy nie wziąłby cudzej rzeczy. Nawet, jeśli na miejscu kierowcy spoczywa jego szkielet.

 

– Nie zły, a zatroskany, rozumiesz? Nigdy więcej nie zdejmuj maski. – Kucnął przy nim i poprawił butlę z powietrzem, nie spuszczając wzroku z orzechowych tęczówek syna. – Nigdy – dodał oschle i chwycił jego dłoń, kierując go w stronę uszkodzonych drzwi marketu. Otwierały się i zamykały bez żadnej przyczyny.

 

Choć minął rok, ubyło niewiele towaru. Edwin przeszedł się między alejkami. Wrócił następnie do pierwszej z nich i spakował kilka pięciolitrowych baniaków wody mineralnej. Zauważył przy tym puste miejsca po butlach, które zabrali poprzednim razem. – Weź sobie mleko, jest na końcu sklepu. Tylko pamiętaj, nie bierz nic, czego data produkcji wykracza poza kwiecień.

 

– Nie sądzisz, tato, że to trochę kradnięcie?

 

Echo głosu Kevina rozeszło się po sklepie.

 

– Mówi się kradzież – krzyknął w stronę syna – już ci tłumaczyłem, że gdyby był tu choć jeden kasjer, zapłaciłbym mu nawet potrójną cenę.

 

Położyli na ladzie kilka dolarów, choć nikt nie wziął jeszcze tych pozostawionych przez nich poprzednie zakupy.

 

Pojechali w stronę Thorn Avenue – jednej z ulic dzielnicy Remcon. Edwin zdał sobie sprawę, że kolejny raz pomylił drogi. Zawrócił na niedziałających światłach i zrugał się za uleganie przyzwyczajeniu, przez które często dążył tam, gdzie nie ma już czego szukać.

 

Nie ma jej, kretynie. Szukałeś wszędzie. Nie ma Emmy, nie ma… pouczał się w myślach, mieląc kołami wysuszone kawałki zwłok, leżące nieopodal przejścia dla pieszych, na którym już nikt z żyjących nie musiał zwalniać.

 

Hala produkcyjna sprzętu do nurkowania znajduje się na zachód od parku miejskiego Franklin Mountains.

 

Everrich wyciskał siódme poty z trzydziestoletniego rzęcha, żeby dotrzeć na czas. Pozostawała mu jeszcze godzina, a przedtem musiał pouczyć Kevina z fizyki. Przez kilkaset metrów wpatrywał się w ślady opon, których nie odznaczyły koła jego cadillaca. Były szerokie, a bieżnik wskazywał na cięższy pojazd. Im bliżej hali prowadziły ślady, tym bardziej przyspieszali, aż ujrzeli zniszczoną bramę wjazdową. Zataczając pojazd na wyłączonym silniku ominęli roztrzaskane fragmenty kłódki, którą Everrich założył przed wyjazdem. Drzwi frontowe hali opierały się o mury budynku, jakby ktoś odciął zawiasy.

 

– Połóż się najniżej jak możesz i nie wychylaj się, zrozumiano? – rozkazał Kevinowi, by nie zauważył, jak on przed sekundą, człowieka nabitego na pułapkę skonstruowaną z bron rolniczych.

 

Wysiadł z samochodu, otworzył bagażnik i wyjął z niego stalowy klucz do kół. Plama krwi powiększała się. Everrich wdepnął w nią, gdy podbiegał do ofiary pordzewiałych kolców pułapki. Okazało się, że przyczyna rozległego krwotoku leżała w jednym z ostrych elementów mechanizmu. Wbił się w tętnicę udową. Kolejne tryśnięcie z tętnicy chlupnęło wąskim strumieniem na głęboką zmarszczkę między brwiami Everricha. Zrezygnował z pomocy ofierze, gdy rozległ się dźwięk silnika. Ryk dochodził z wnętrza hangaru. Edwin rozpoznał stukot tłoków Dodge’a campera. Zaciskając dłoń na rękojeści klucza, wbiegł do środka, zamachnął się bez większego namysłu i chlasnął nogę łupieżcy domykającego drzwi w pośpiechu. Jak skoczek basenowy, wypadł w bezruchu z miejsca pasażera. Rozbił przy tym czaszkę i swoją butlę z powietrzem o betonową posadzkę.

 

Zanim Edwin podziękował swoim rękom za nieludzką tężyznę, poczuł w gardle metaliczny posmak krwi po błyskawicznym ciosie kastetem. Przez siarczysty podarek, wymierzony prosto w nos, przebiła się ochronna część maski. Rozpoznał, że cios pochodził od kierowcy, obalając się o faceta nadzianego na pułapkę. Nim ogłuszony Everrich postanowił wstać, zatamował na chwilę dziurę w masce, wziął duży haust powietrza, po czym całkowicie ją zdjął. Wytarł zakrwawione oblicze w zgniłozielone spodnie. Sądził, że ma na to czas w pojedynku na cztery ręce, jednak po dwóch sekundach wyłoniło się jeszcze pięć par pięści. Raz przy raz smagali jego żebra, odbierając jednocześnie ostatni oddech. Każdy kolejny wdech bez osłony zabiłby go w mgnieniu oka. Mroczki przed oczami rozmywały obraz i zaburzały zdolność logicznego myślenia. Jednak nie na tyle, by nie skorzystać z maski okaleczonego rabusia. Żłopał powietrze z butli dogorywającego członka grupy dziwiąc się, że nie czuje już gradu pięści na trzewiach. Kątem oka wypatrzył odjeżdżającego campera.

 

Szofer zatrzymał pojazd przy białym cadillacu, gdy zobaczył w środku wystraszonego Kevina. Edwin zdjął butlę z pleców, żeby się odciążyć i błyskawicznie odbił ciało od betonowej posadzki zalanej krwią. Malec naprzemiennie skupiał wzrok na przedniej szybie, zza której coraz wyraźniej rysowała się postać biegnącego na jednym wdechu ojca oraz bocznej – którą kierowca roztrzaskiwał w drobny mak. Mały Everrich wtulił się w najdalszy kraniec siedzenia, dziękując bogu za głupotę włamywacza, który nie pomyślał o odblokowaniu zamka drzwi. – Ręka Billego dosięgnie każdego! – małpi krzyk kolegów dopingujących go z dodge’a docierał zarówno do uszu roztrzęsionego chłopca, jak i pędzącego na omdleniu ojca. Edwin nabrał dodatkowej szybkości i wbił się w oprawcę niczym rozwścieczony byk. Zanim opadł kłąb wzniesionego piasku, czerwony dodge, wraz z Billem na pokładzie, rozpłynął się za widnokręgiem. Choć ból zapadających się płuc pustoszył zmysły Edwina, zdążył przewiesić obolałe ciało przez okiennicę pikowaną resztkami ostrych fragmentów szyby. Drobinki szkła wbiły się w tors ojca, ale ostatecznie zdołał podpiąć rurkę podającą powietrze z butli do ust duszącego się syna. Po wszystkim stracił przytomność i zawisł na drzwiach jak jesienne palto.

 

Pas mocujący przerzucili wcześniej przez trzystu-funtową skrzynię biegów i kopnęli synchronicznie w opierające ją klocki. Ta, jak ciało wisielca, runęła w dół po odkręceniu dwóch ostatnich śrub. Zanim naprężony pas ustabilizował się w dłoni chłopca, zdarł mu z palców pokaźny kawał skóry.

 

– Puść to tylko – groził ojczym, skupiony na konieczności powolnego opuszczania swojej części ciężaru – a ci dupę i wora miejscami pozamieniam.

 

Żar z papierosa Dwayna Arthura docierał do filtra. Nie miał wolnej kończyny, którą mógłby wyjąć go z ust. Wypluł więc kiepa przed siebie, wprost na twarz Edwina. Było to ledwie ukłucie komara, w porównaniu do pasa ześlizgującego się z obdartej dłoni. Ale oparzenie zdołało zaburzyć jego równowagę. Skrzynia biegów spadła z wysokości pięciu stóp i wyżłobiła mały krater w betonowej posadzce kanału. Dodatkowo, w warsztacie rozległ się dźwięk pękającej kości. Ból jeszcze nie dotarł do jego świadomości. Zdążył więc zdzielić małego Everricha w twarz, aż resztki dymu tytoniowego rozproszyły się w powietrzu przez zabójczą prędkość wyprowadzonego ciosu. Jego dłoń – twarda jak imadło i tak samo silna – bolała podwójnie.

 

– Czemu Syzyf wtacza cholerny głaz tak wysoko, skoro wie, że nie da rady?!

 

Nastolatek wzruszył ramionami, rozsmarowując krew po puchnącym policzku.

 

– Bo musi – cedził rozwścieczony – a nie po to, żeby oglądać turlający się kamień, pieprzony durniu.

 

Ojczym w charakterze zmory zrehabilitował Edwina lepiej niż impuls elektryczny z defibrylatora. Przyjrzał się własnemu odbiciu w przybrudzonym lustrze, kiedy tylko wstał z łóżka cały poobijany. Nos i usta przysłaniała maska nie pochodząca z jego hali produkcyjnej, natomiast brzuch miał owinięty kilkoma okrążeniami bandaża elastycznego. Rozejrzawszy się, wdział spodnie o kolorze zgniłej zieleni i zlustrował przestrzeń wokół siebie. Po tym, był pewien, że jest tam, gdzie powinien. Nie potrafił pojąć, jak Kevin zdołał ocucić się tak szybko i na czas podpiąć mu nową butlę z powietrzem. Zszedł na pierwsze piętro hali, służące jako przechowalnia sprzętu. Ale zamiast setek butli wypełnionych powietrzem, trafił na powietrze wypełniające pustkę. Tylko rozmazane krople krwi i wielka, czerwona plama z ciała nabitego na brony złodzieja, dekorowały makabrycznie pustostan. Everrich stanął pośrodku, by polepszyć sobie perspektywę na cadillaca ze zniszczoną szybą boczną. Dopiero wtedy pomyślał o Kevinie, jakby do tego momentu nie obchodziło go jego zdrowie. Nie zastał go na tylnym siedzeniu pojazdu. Zaciągnął głęboki, acz spokojny oddech sprężonego tlenu i zmusił się do logicznego myślenia. Spojrzał na wskazówki zegarka. Gdy najkrótsza wskazała mu siódmą wieczorem, oparł ciało spokojnie o wgniecioną maskę samochodu. Zaśmiał się zadziornie i szepnął do siebie. – Już wiem.

 

– Zawór to urządzenie zamykające do regulowania przepływu płynów i wylotów. – Edwin kierował się dziecięcym dukaniem, lekko stłumionym przez nałożoną maskę. Wprawdzie wiedział, że mały uczy się tuż za rogiem, lecz przystanął na chwilę. Chciał posłuchać tego robotycznego głosu - jakby mały Lord Vader uczył się fizyki stosowanej.

 

– Próżnia natomiast definiuje się inaczej w każdej z dziedzin fizyki. Jednak najbardziej praktyczna jest ta, która to pojęcie tłumaczy jako pustą przestrzeń. Ale jak tata ją stworzył?

 

Ojciec nakierował się na efektowne wyjście zza ściany i zwilżył wargi, jak przed wykładem dla studentów. Nie pokazał się jeszcze, a już przez ułamek sekundy wydał pierwszy dźwięk, który uciął przytknięciem dłoni do warg, gdy rozległ się głos innej osoby. Edwin delikatnie się cofnął i ujrzał dojrzałą rękę, której palec wskazywał na fragment tekstu w podręczniku Kevina.

 

– Zobacz – mówił – najlepszą jakość próżni uzyskasz, gdy komora jest zbudowana z aluminium, więc twój tata całą maskę pokrył jego najlepszym stopem, później wkręcił zawór pneumatyczny, podgrzewał ją długo w dwustu stopniach.

 

– I dzięki temu mogę jeść?

 

– Gdybyś zdjął maskę, otworzył jadaczkę i włożył tam jedzenie, to umarłbyś przez skażone powietrze, synu. Twój ojciec sprawił, że posiłek możesz wkładać nie zdejmując jej, ale nie pomyślał, że wasza krew się przez to nie utlenia. Ten trik nie działa z wodą, dlatego łykacie ją przez słomkę. Powinniście pić gazowaną, wyprodukowaną przed…

 

– Kwietniem dwa tysiące szesnastego – wtrącił się tata Kevina.

 

Troska skrywała się tuż za warstwami oschłej, ale ustabilizowanej powłoki Edwina i gotów był do kolejnej, zaciętej walki. Ten stan utrzymywał się w nim, dopóki na twarzyrozmówcy syna nie spostrzegł głębokich zmarszczek. Jego skóra wydawała się twarda i doświadczona życiem. Opatrunki przykrywały miejsca, w których kolce pułapki penetrowały wcześniej ciało jednego z oprychów. Opanowany dziadek przerzedził grzebieniem bez kilku ząbków bujną, acz posiwiałą czuprynę.

 

– To wielki zaszczyt, panie Edwinie – witał się serdecznie, chowając grzebyk do tylnej kieszeni – jestem naprawdę zaszczycony poznać tak tęgi umysł.

 

Kevin lekko wystraszył się jego surowej miny oraz ignorancji, jaką pokazał nieznajomemu.

 

– Dlaczego? – pytał – po co? – dorzucił raz jeszcze – i z jakiej racji pomogłeś komuś takiemu?

 

Chłopiec odłożył książkę i odważył się spojrzeć w twarz niedoinformowanego Everricha.

 

– Pamiętasz tylko ten moment, gdy podłączyłeś mi rurkę, prawda? – zaczął – pan Austin Berringer przyczołgał się do ciebie z butlą i maską jak prawdziwy twardziel i podłączył w ostatnim momencie! – Gestykulował rękoma, żeby odzwierciedlić niesamowitość tej akcji.

 

– Przecież wszystko ukradli, cholerne larwy – nakręcał się – i taką jedną uratowałeś. – Wskazał starca spojrzeniem spode łba.

 

– Był taki magiel jak wbiłeś Billego w ziemię, że wypadło im kilka sztuk, a chłopak niczemu nie zawinił, Edwinie. – Austin wysunął jedno z krzeseł i wskazał na nie dłonią, jakby pragnął jedynie świętego spokoju. – Ty, jesteś inteligentny, ale ten chłopiec... – Zawiesił się przez chwilę i dodawał: – ten dzieciak, to…

 

Nogi siedziska, na którym spoczywał pokiereszowany gość, uniosły się za sprawą lewej ręki Edwina, a chwilę później cały wzniósł się w powietrze. Poznał tę zatrważającą siłę i nie mógł uwierzyć zarazem, skąd tyle energii w tak wąskich przewodach. Tak bardzo zafascynował się byciem pół metra nad ziemią, że nie dosłyszał protestów Kevina ani pytań jego ojca. – Ile?!

 

– Jakieś siedemdziesiąt kilo, jeśli nie brać pod uwagę, że podniosłeś mnie z krzesłem i pięcioma litrami sprężonego tlenu w stalowej butli.

 

– Ile kompletów im spadło, starcze? – powtarzał, nie robiąc sobie nic z paniki, jaką zdradzały drgające powieki Austina.

 

– Jedenaście – odpowiadał błyskawicznie – jedenaście, jak nie liczyć tych, które mamy już na sobie.

 

– Gdzie znajdziemy twoich sprzymierzeńców?

 

– Nie byli moimi sprzymierzeńcami. Byłem ich więźniem. – Objął pięść opinającą mu kołnierz koszuli na gardle. – Puść mnie, to się nie uduszę i wszystko powiem.

 

Everrich postawił Austina jak najlżejszego pionka na szachownicy.

 

– Jestem bioinżynierem – wyznał – i chyba nie muszę tu nic więcej dodawać.

 

– Lepiej dodawaj jak najwięcej.

 

– Naprawdę mnie nie znasz? To ja nagłośniłem sprawę ze skażeniem. Nikt mnie nie słuchał, ale zrobiłem sobie zapas butli dla nurków na kilka ładnych miesięcy. Ci skurwiele ograbili mnie tak jak was i wykorzystywali do projektowania praktyczniejszych masek. Nie potrafiłem tego zrobić, więc kiedy skończył im się mój zapas powietrza, znaleźli sobie inny.

 

– Moją halę produkcyjną!

 

– I zrobili ze mnie durszlak, wpychając na tę pułapkę, gdy tylko przestałem być potrzebny. – Macał się po całym ciele. – Zdążyłem zasłonić flaki rękami i, praktycznie rzecz biorąc, pizgłem w nią bokiem. Podziurawiło i połamało mi wszystkie kończyny. Jeden kolec wbił się w policzek i wybił po drodze trzy zęby, a kolejny przebił tętnicę, spójrz tylko. – Odpinał guziki flanelowej koszuli, zza której uwidaczniało się coraz więcej świeżo zabliźnionych ran. – To dziecko zajęło się mną lepiej niż lekarz.

 

– Gdzie oni teraz są? – zmienił temat, pozornie nie robiąc sobie nic z dokonań syna.

 

– Jadą tam, gdzie kiedyś była Madera, małe miasteczko za pustynią Chihuahua. Podobno jest tam azyl dla ocalałych. Charles Repairs, światowej sławy fizyk i, kiedyś cudowne dziecko, znalazł sposób na suciedad.

 

– To po hiszpańsku? Skąd o tym wszystkim wiesz? – Edwin miał w związku z tym coraz więcej pytań.

 

– Dosłownie znaczy zabrudzenie, ale tak, chodzi o tlen, który nie zabija na tym świecie nic, prócz ludzkich i zwierzęcych płuc. O to się rozchodzi, że nawet nie wiadomo, czy rzekome miasto istnieje. Ci idioci mają ze sobą syna Reapairsa. Jestem naukowcem i wiem, że Charles rzeczywiście spłodził kaszojada. Zresztą, jaki dzieciak wymyśliłby taką bajkę?

 

– Dzieci lubią opowiadać bzdury – dorzucił Kevin.

 

– Ale nie znają takich nazwisk. Nawet jeśli cały azyl jest stekiem bzdur, to praktycznie rzecz biorąc wiesz, gdzie znajdziesz skradzione butle.

 

Wszyscy naraz zamilkli z nadzieją wypisaną na twarzach. Chłopiec objął dłoń ojca i rozpłakał się. Berringer nie ukrywał dawki zniesmaczenia, jaką przysporzył mu ten widok.

 

– Powiedz tato – błagalnie szeptał – powiedz, że mama poszła do tego miasta.

 

Edwin wypuścił otłuszczone palce Kevina i przełożył nerwowo falowane włosy na drugą stronę głowy.

 

– Nie powiem tego – odrzekł, stopniując fascynację – ale musimy to sprawdzić i, przede wszystkim, odzyskać powietrze. Wskazał następnie Austina, palcem poczerniałym od długotrwałego kontaktu ze smarem. – A ty, dostaniesz od nas jeszcze jedną butlę i módl się, żebyśmy znaleźli do tego czasu ratunek.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Krzysztof Konrad · dnia 29.09.2017 11:08 · Czytań: 430 · Średnia ocena: 3 · Komentarzy: 19
Komentarze
Alen Dagam dnia 29.09.2017 18:03 Ocena: Dobre
Dzień dobry.

Najpierw technicznie:

Cytat:
nie spusz­cza­jąc wzro­ku z orze­cho­wych źre­nic syna


Źrenica to czarny środek oka, a kolor oczu widoczny jest w tęczówce.

Cytat:
przej­ścia dla pie­szych na któ­rym już nikt z ży­ją­cych nie mu­siał zwal­nia


Moja interpunkcja nawala dość często, więc zazwyczaj nie zaznaczam jej w obcych tekstach, ale tutaj raczej na pewno będzie przecinek przed "który".

Cytat:
wtrą­cił się tata Evana


bez "się"

Cytat:
Uśmiech­nął się za­dzior­nie


Zadziornie - albo zaczepnie - jeśli się nie mylę, uśmiecha się do kogoś. Użycie tego przysłówka w sytuacji, gdy bohater jest sam, jest trochę dziwne.

Cytat:
do­pó­ki w oko­li­cach oczo­do­łów roz­mów­cy syna spo­strzegł głę­bo­kie zmarszcz­ki


dopóki (...) nie spostrzegł
I chyba zmiana przypadku z biernika na dopełniacz.

Na moje oko jeszcze w kilku miejscach interpunkcja, ale, jak wspomniano, nie wgłębiam się w nią. Gdzieś była zjedzona literka, ale nie mogę teraz znaleźć.
___

A teraz troszkę szczerości. Ta część jest bardzo subiektywna, więc proszę o niezrażanie się.

1. W opisach szybkiej akcji przy pierwszym czytaniu, jeszcze gdy nie utrwaliły mi się w pamięci imiona bohaterów, trochę mi się miesza, który z nich jest który. Wiem, że i ojciec, i syn są na "E". Nie wiem, czy to powszechne zjawisko, ale ze mną jest tak, że zapamiętuję najpierw pierwszą literę imienia. Tutaj prawie wszystkie imiona zaczynają się na "E" i dlatego muszę wracać i sprawdzać. Ale przy drugim czytaniu od początku mam już ściągę i jest łatwiej.

2.

Cytat:
od­czu­li roz­rost serc po­więk­sza­ją­cych się przy cie­ple pło­mie­nia na­dziei


Widzę, że bardzo lubisz eksperymentować z językiem. Hmm. Moim zdaniem jest to zabieg dobry do poezji, ale gorszy w prozie - a zwłaszcza dłuższej. Utalentowany Szekspir, zdaje się, robił podobnie i u mnie, drogą inspiracji, też kiedyś w szczenięcych latach pojawiła się taka faza, gdy wydawało mi się, że zrewolucjonizuję w ten sposób język polski. Nie wyszło za dobrze. Może jest to bardziej przyjazne w języku angielskim, ale w polskim odbieganie od językowej normy jest dziwne. Od tej pory unikam takich eksperymentów i piszę jak najprościej. Jeśli silę się na oryginalność, staram się to czynić inaczej. Twój tekst czyta się trudno właśnie z tego powodu. Powyżej zacytowane przez mnie zdanie wręcz budzi rozbawienie.

Kiedyś wpadło mi w oko zdanie, że pisarz powinien pamiętać przede wszystkim o jednej rzeczy: Czytelnik jest przyjacielem. Co oznacza na moje w odniesieniu do tego przykładu: Nie należy go oszałamiać feerią udziwnień, bo co za dużo, to niezdrowo.

3. Mimo to czasami trafiasz w dziesiątkę! Zwłaszcza niektóre porównania są świetne i bardzo obrazowe. Właśnie w taki sposób pokazuje się oryginalność!

4. Historia jest dobra, a kolejność jej oddania przemyślana, a wręcz wyśmienita. Czasem tylko trudno połapać się, kto co mówi. Obrazy szybko przesuwają się przed oczami. Czasami może trochę za szybko, ale to może też być niedobór kawy u zmęczonego całym tygodniem pracy czytelnika.

Dziękuję za możliwość przeczytania i pozdrawiam serdecznie!
Krzysztof Konrad dnia 29.09.2017 18:11
Dzięki za poprawki!:) Rzeczywiście, czasem przesadziłem z upiększaniem, choć w 90% był to celowy zabieg. Po co? A no dlatego, że jest to rozdział otwierający linię fabularną i całe opowiadanie. Trzeba czymś przyciągnąć czytelnika. Ja postawiłem na piękne słowa, bo wiem, że mnie na to stać. Choć trzeba przyznać Ci rację, że mógłbym chwilami odpuścić. Niebawem poprawię błędy. Pozdrawiam.

E: Poprawiłem te najgłupsze :)
JOLA S. dnia 29.09.2017 18:30
Krzysztofie, ciekawie skonstruowana opowieść, pewnie poprowadzona narracja. Jednak zastanowiłabym się nad drobnym ociosaniem tu i ówdzie. Pogubiłam się w imionach, podobnie jak mój przedmówca. Opisy mi osobiście nie przeszkadzają, jestem za "poboczami", gdyż budują klimat opka. :)
Wydaje mi się, że wnioski warto zostawić czytelnikowi, ale nie rezygnuj przedwcześnie z siebie. Poprawki warsztatowe to zupełnie inna sprawa.

To jednak drobne uwagi wynikające z mojego osobistego odczytania, nie z obiektywnych przesłanek. :yes:

Pozdrawiam serdecznie :)

JOLA S.

Udało Ci się unieść trudny temat, zobaczymy jak będzie dalej. ;) Rzadko komentujesz teksty kolegów, to źle :(
Krzysztof Konrad dnia 29.09.2017 18:45
Jolu, nie rezygnuję absolutnie z siebie. Postaram się pokombinować z tymi imionami. Takie pytanie, żeby było jasne - problem odczytu wynika bardziej z podobieństwa tych imion, czy z innych przyczyn? Wiesz, odnosząc się do postaci w takim tasiemcu, po jakimś czasie trudno znaleźć jakieś zamienniki. Szczególnie, gdy wykorzystało się już zwroty typu: ojciec, syn, malec, tata. Człowiek zaczyna sięgać po imiona i wszystko się miesza.

Jeśli chodzi o komentowanie, to nie wydaje mi się. Straciłem pracę i skupiam się na jej odnalezieniu. To, ze widać mnie online nie znaczy, że jestem przy kompie:) Ale uwierz mi, ze jeśli mam wolny czas, to teksty komentuję, udzielam się na forum (ostatnio trochę walczyłem o zmiany i wygląda na to, że zapoczątkowałem coś nowego, bo nawet Sagit się odezwał). Do tego mam jeszcze swoje obowiązki, a jest ich w ostatnim czasie naprawdę sporo. Nie mówię już o pisaniu, na które mam dziennie, dosłownie kilkadziesiąt minut czasu. Pozdrawiam :)
Jacek Londyn dnia 29.09.2017 21:11
Konradzie, potraktowałeś to pisanie zbyt ćwiczebnie :) Wyłapałem te nieprzemyślane zdania, do momentu mielenia po zwłokach:

długi sznur samochodów cisnących się w stronę ścisłego centrum

Wypatrzywszy wszystkie możliwe okazje

tata opierał potylicę w trakcie jazdy.

nie potrafił darować sobie sytuacji sprzed godziny

zwlekał z odpowiedzią na możliwość trzaśnięcia drzwiami przed werbalnym skarceniem syna.

Echo głosu Evana obiło się o pustkę i dotarło do ojca.

Rzucili na ladę kilka symbolicznych dolarów

Gdy Edwin zszedł na ziemię, wraz z myślami, w których kochał się z żoną na plaży

naniósł poprawkę na nieścisłość w mózgu, która zawsze każe jechać mu tam, gdzie nie ma już czego szukać.

mieląc kołami po wysuszonych kawałkach zwłok

Jest tych słownych fajerwerków tyle, że trudno śledzić opowiadaną historię.

Do następnego
JL
Krzysztof Konrad dnia 29.09.2017 21:19
Mógłbyś, Jacku, napisać, co nie tak jest w tych zdaniach?
Jacek Londyn dnia 29.09.2017 22:37
Proszę:

"naniósł poprawkę na nieścisłość w mózgu, która zawsze każe jechać mu tam, gdzie nie ma już czego szukać". - nieścisłość to niedoprecyzowanie, synonimów tego słowa jest wiele. Ale nanosić poprawkę na nieścisłość? Na dodatek w mózgu?

tata opierał potylicę w trakcie jazdy - to bardzo sztuczne sformułowanie w tym przypadku, zbyt medyczne, wystarczy wspomnieć o głowie

długi sznur samochodów cisnących się w stronę ścisłego centrum - ciśniesz się w czymś, przeciskasz się w jakimś kierunku

zwlekał z odpowiedzią na możliwość trzaśnięcia drzwiami przed werbalnym skarceniem syna. - konstrukcja tego zdania jest zupełnie nieprzemyślana; wstaw zamiast werbalny słowny i przeczytaj, i czekał na możliwość trzaśnięcia drzwiami?

Reszty nie będę wyjaśniał, myślę, że kiedy sobie przeczytasz pozostałe zdania jeszcze raz, przyznasz mi rację.

Pozdrawiam
JL
faith dnia 22.10.2017 18:39
Pojawiam się na razie tylko pod pierwszą częścią, więc mój komentarz będzie dotyczył głównie spraw technicznych związanych z tekstem. Na ocenę treści przyjdzie czas później.

Krzysztofie, widać gołym okiem, jak wiele pracy włożyłeś w dopracowanie tej części. Dlatego trudno tutaj doszukać się jakichś większych potknięć, czy niedociągnięć. Masz sprawne pióro i to się czuje. Umiesz opowiadać i wciągnąć czytelnika w swoją historię. Podoba mi się klimat tej opowieści. Prowadzisz ją konsekwentnie i z rozmysłem. Dużym plusem jest Twoja umiejętność poprowadzenia akcji, wprawienia jej w ruch i nadania tempa, kiedy trzeba.

Nieco zabrakło mi tutaj jeszcze bardziej szczegółowego nakreślenia sytuacji, w której znajdują się bohaterowie, ale liczę na to, że ta luka zostanie zapełniona w kolejnej części.

Czytając poprzednie komentarze, widzę, że wiele już poprawiłeś, to drobne potknięcia, ale nie bez wpływu na odbiór. :) Mi udało się wyłapać jeszcze kilka raczej przeoczeń, niż błędów:

Cytat:
Położyli na ladzie kilka dolarów, choć nikt nie wziął jeszcze tych pozostawionych przez nich [za] poprzednie zakupy.

- zgubiłeś "za"
Cytat:
Zataczając pojazd na wyłączonym silniku[,] ominęli roztrzaskane fragmenty kłódki, którą Everrich założył przed wyjazdem.

- przecinek
Cytat:
Wytarł zakrwawione oblicze w zgniłozielone spodnie.

- oblicze brzmi tutaj nieco archaicznie, postawiłabym więc po prostu na "twarz"
Cytat:
Raz przy raz smagali jego żebra, odbierając jednocześnie ostatni oddech.

- Raz po raz
Cytat:
Żłopał powietrze z butli dogorywającego członka grupy[,] dziwiąc się, że nie czuje już gradu pięści na trzewiach.

- przecinek do uzupełnienia
- poza tym te trzewia też mi tutaj jakoś nie grają, bezpośredni grad pięści na trzewiach sugeruje, że bohater wszystkie wnętrzności ma na wierzchu.

Cytat:
nie pochodząca

- niepochodząca - łącznie
Cytat:
twarzy[]rozmówcy

- zgubiona spacja ;)

Cytat:
jestem naprawdę zaszczycony poznać tak tęgi umysł.

- brakuje tutaj czasownika, np. jestem naprawdę zaszczycony[,] mogąc poznać tak tęgi umysł.
Cytat:
– Ty, jesteś inteligentny, ale ten chłopiec...
Zawiesił się przez chwilę i dodawał: – ten dzieciak, to…

- jeśli w pierwszej cząstce zdania jest czas dokonany, warto trzymać się go do końca:

Zawiesił się przez chwilę, po czym dodał:

Tak jak wspominałam, to drobnostki, jednak jeśli zależy Ci na rzetelności i doskonaleniu warsztatu, warto zwrócić na nie uwagę.
Ode mnie na dzisiaj tyle. Zaciekawiłeś, więc do zobaczenia pod częścią drugą. ;)
Krzysztof Konrad dnia 22.10.2017 19:32
Dzięki, Kasiu. Na pewno poprawię błędy :)
faith dnia 23.10.2017 09:38
Nie mam na imię Jola, ale spoko, najważniejsze, że na coś się przydałam. ;)

Pozdrowienia!
pociengiel dnia 23.10.2017 10:00
Mieszkancy wiosek i mniejszych aglomeracji ( tutaj wstawiam Ząbek, Końskowoli, Mariewa )

i dalej nie czytam.
Sorki sięganie po pewne zwroty może uzależniać.

Kibicuję, trzymam kciuki.
Pozdrawiam serdecznie.

____________________________________________________
6.4 Komentarz musi jasno wyrażać opinie danego Użytkownika na temat utworu.
6.6 Komentarz powinien być tak rozbudowany, aby autor domyślił się, co przeszkadzało lub podobało się komentującemu.
przyp. red. f.
Krzysztof Konrad dnia 23.10.2017 10:07
Raczej nie kibicujesz, a jesteś chamskim ignorantem. Nawzajem.

__________________________________________________________
6.2 Komentarze nie mogą obrażać autora utworu oraz osób postronnych.
6.3 Komentarze odwetowe karane będą ostrzeżeniem lub banem.
6.8 Komentarze to nie czat. Od rozmów niezwiązanych z tematem utworu jest shoutbox, prywatna wiadomość lub inna forma kontaktu z autorem.
6.9 Zabronione jest komentowanie innych komentarzy i osób komentujących.
6.11 Użytkownik ma prawo zgłosić komentarz w jego ocenie nieregulaminowy, korzystając z funkcji Zgłoś komentarz w prawym, górnym rogu okna komentarza.
6.10 Zabronione są komentarze ad personam.
przyp. red. f.
pociengiel dnia 23.10.2017 10:10
Szłusznie piccola e fragile.
Na przyszłość lepiej machnąć ręką i nie wychylać się.
Krzysztof Konrad dnia 23.10.2017 10:15
Co Ty pieprzysz, człowieku. Nie czytasz, nie komentuj i tyle w temacie. Żegnam.
pociengiel dnia 23.10.2017 10:19
Taż piszę o tym przez co jednak przeszedłem.
Arrivederci Konrad.
Skuul dnia 13.01.2018 22:48
Do konca nie umiem sobie wyobrazić tego opisu:

Cytat:
Zre­zy­gno­wał z po­mo­cy ofie­rze, gdy roz­legł się dźwięk sil­ni­ka. Ryk do­cho­dził z wnę­trza han­ga­ru. Edwin roz­po­znał stu­kot tło­ków Dodge’a cam­pe­ra. Za­ci­ska­jąc dłoń na rę­ko­je­ści klu­cza, wbiegł do środ­ka,
czyli odbiegł od ofiary pułapki, i wbiegł do środka hangaru, tutaj jest ok...ale to za chwilę
Cytat:
za­mach­nął się bez więk­sze­go na­my­słu i chla­snął nogę łu­pież­cy do­my­ka­ją­ce­go drzwi w po­śpie­chu
domykającego drzwi od czego?

Cytat:
Jak sko­czek ba­se­no­wy, wy­padł w bez­ru­chu z miej­sca pa­sa­że­ra. Roz­bił przy tym czasz­kę i swoją butlę z po­wie­trzem o be­to­no­wą po­sadz­kę.
kto? uderzony czy uderzający? mimo wszystko wydaje mi się, że zgubiłeś tutaj podmiot,

Cytat:
Roz­po­znał, że cios po­cho­dził od kie­row­cy, oba­la­jąc się o fa­ce­ta na­dzia­ne­go na pu­łap­kę.
to poleciał spory kawałek, i to na zewnątrz hangaru, jeśli dobrze zlokalizowałem gdzie leżała ofiara pułapki,
I tutaj też nie umiałem sobie wyobrazić czy ten koleś z pułapki leżał na tych bronach czy jakoś inaczej, czy pułapka uderzyła w niego stojąc, różne pułapki są :)

Sam tekst nawet mnie zaciekawił, zobaczymy co w kolejnych częściach o/
Krzysztof Konrad dnia 13.01.2018 23:29
Cześć. Cyt.1 i 2

Wbiegł do hangaru, a tam złodzieje, huncwoty jedne se butle podkradali, właśnie mieli odjeżdżać, to jednemu zdążył trzasnac w girę, aż wypadł z samochodu.

Cyt. 3

No i wypadł właśnie tu. Wypadł uderzony, a uderzył go Edwin.

Cyt. 4

Nie rozumiem. Choć to zdanie jest rzeczywiście słabe. Powinno tam być "i obalil się o faceta nadzianego na pułapkę". Aż mnie dziw bierze, że takiego Boba strzeliłem. Poprawię się w przyszłości. Pozdrawiam i dzięki.
Decand dnia 03.02.2018 20:16
Zważając na sytuację oraz na prośbę samego autora, postanowiłem przeanalizować to długie opowiadanie i zawrzeć do niego jakąś sugestywną opinię. Otwarcie podjąłem się tego wyzwania, chociaż postawione zostało ono raczej nieudolnie. O ile, podobno, powinno trzymać się swoich nieprzyjaciół blisko siebie to tym bardziej powinno się odrzucać monodramastystów do tekstów długich, zawiłych. Ale los podyktował taki tok, więc i czas na pewne zapoznanie się z tematem, ot, od strony personalnej. A skoro autor sobie rozdziela ten tekst na części to i swoją wypowiedź o tym fragmencie wyrzucę w części. Żyje się tylko raz.

Akt I: Smrody ortograficzne (w głównych rolach Zjadacz Przecinków oraz Odskrótowacz Doskonały)

Cytat:
teraz będzie niebieski Jeep, potem dwa suv-y i jeszcze sportowy mitsubishi eclipse

SUV z dużej litery, bo skrót.

Cytat:
Nawet, jeśli na miejscu kierowcy spoczywa jego szkielet.

Niepotrzebny przecinek.

Cytat:
Zataczając pojazd na wyłączonym silniku ominęli roztrzaskane fragmenty kłódki

Przecinek przed "ominęli".

Cytat:
Połóż się najniżej jak możesz

Przecinek przed "jak".

Cytat:
Żłopał powietrze z butli dogorywającego członka grupy dziwiąc się

Przecinek po "grupy".

Cytat:
małpi krzyk kolegów dopingujących go z dodge’a docierał zarówno do uszu roztrzęsionego chłopca

Makaronizm.

Cytat:
trzystu-funtową

Skoro stukilogramowa to i trzystufuntowa.

Cytat:
Po tym, był pewien, że jest tam, gdzie powinien.

Nie potrzeba przecinka przed "był pewien".

Cytat:
Twój ojciec sprawił, że posiłek możesz wkładać nie zdejmując jej

Przecinek przed "nie zdejmując jej".

Cytat:
Ten stan utrzymywał się w nim, dopóki na twarzyrozmówcy syna nie spostrzegł głębokich zmarszczek.


Pod względem ortografii, gramatyki i stylistyki jest więc całkiem w porządku, chociaż bym jeszcze ten tekst sprawdził chociaż raz przed samym wydaniem, zważywszy na ilość uwag zamieszczonych u góry i kilku rewizjach. Jak to się mówi w branży - testy regresywne.

Akt II: Zanim zacznę rwać włosy z głowy

Jedna z rzeczy, zanim przejdziemy do tekstu per se, jest fakt, że forma zaprezentowania tekstu pozostawia sobie wiele do życzenia. Moim zdaniem takie formatowanie tekstu psuje odbiór i czytanie jego w taki sposób stanowił dla mnie problem. Co nie zmienia faktu, że jestem cholernym estetykiem i takie drobnostki mnie irytują. Autor powinien zdecydowanie zmienić czcionkę, bo Georgia jest zwyczajnie fatalna, ba!, nawet gorsza od Comic Sans'u. Niby czcionka szeryfowa, ale mnie irytuje. Co zrobić - otworzyć Notatnik i jakoś się za to zabrać.

Akt III: Makbet idzie sobie do lasu

Ja nie wiem od czego zacząć w sumie, jeżeli chodzi o samą treść. To nie jest "złe" w takim kontekście, jak złe jest, na przykład, piekło czy tradycyjna ukraińska kuchnia. To nawet nie jest "złe" w kontekście prowadzonej akcji, bo ktoś tam powyżej, słusznie zresztą, napisał, że autor umie opowiadać. A no umie, temu mu nie zaprzeczę. Ale czy wystarczająco bym ochoczo sięgnął po drugą część? Mam obawy, bo ocknąłem się przy części szóstej i takiego clusterfuck'a w życiu nie widziałem. Ale najpierw o tej części. Zatem, gdzie widzę błędy:

Cytat:
Długie sznury samochodów kierujących się do centrum to codzienność we wszystkich miastach świata.


Dlaczego w akapicie pojawiają się, okazjonalnie, ale nadal, pojedyncze zdania. Ani to nie buduje dla mnie atmosfery, ani do końca nie przekonuje mnie jako zabieg stylistyczny. Nie wczuję się jednym zdaniem do tematu. Tym bardziej nie rozumiem skąd ten podział, skoro akapit niżej mamy już pełniejszy opis miejsca akcji, który bardziej się prezentuje i prezentuje mi, czytelnikowi, świat przedstawionej treści dogłębniej.

I to nie jest przypadek odosobniony. Nie rozumiem racjonalizacji takiego prezentowania lokacji. Jakby to jeszcze było kursywą pomyślałbym "Aha, jest jakiś pomysł!", a tu nawet tego nie ma. Takie wysepki leniwe, po co to komu, na co to komu? Zważywszy jeszcze, że w późniejszej części tekstu jesteśmy atakowani blokiem tekstu, który jeszcze bardziej rozwala te małe fragmenty na coś zupełnie nieistotnego.

Kolejny kardynalny błąd zauważam w dialogach, a raczej co po nich. "Wyliczał, tłumaczył, dodał, przykucnął". Autor ma mnie albo za ślepca, albo za człowieka z dysfunkcją rozpoznawania tego, co bohater robi w danym czasie. Szczególnie jest to widoczne już w pierwszym dialogu tekstu:

Cytat:

– Hyundai, honda, chevrolet… – wyliczał Kevin – zwolnij, tato! Nie zauważyłem czwartego.
 
– Czwarty był biały jaguar na blachach z Luizjany – tłumaczył Edwin, próbując jednocześnie przedrzeć się między pojazdami blokującymi szosę


Łączenie wątków nie jest faktem trudnym. Skoro nie zauważył, a odpowiedź o jego niezauważeniu przybyła natychmiast to wiem, że ta kwestia została wytłumaczona. Nie potrzebuję ciągnięcia za nos. Pozwoliłbym sobie na dodatek w takiej kwestii, gdyby to "tłumaczył" było po jakimś opisie, szerszym bloku tekstu. Ale, idąc za zasadą "show, don't tell", nie potrzebuje oczywistego wytłumaczenia kwestii w taki banalny sposób.

Cytat:
– Mówi się kradzież – krzyknął w stronę syna


Wykrzyknik by wystarczył, naprawdę. Implikacja stanu postaci zachodzi po dialogu, nie w jego trakcie.

Inna kwestia:

Cytat:
Nie ma jej, kretynie. Szukałeś wszędzie. Nie ma Emmy, nie ma… – pouczał się w myślach


Skoro w myślach, to gdzie myślniki? To wprowadza też szereg innych problemów:
Cytat:
Zaśmiał się zadziornie i szepnął do siebie. – Już wiem.

Ale kto wie? Bohater? Narrator?

Jeszcze inne:

Cytat:
– I zrobili ze mnie durszlak, wpychając na tę pułapkę, gdy tylko przestałem być potrzebny. – Macał się po całym ciele. – Zdążyłem zasłonić flaki rękami i, praktycznie rzecz biorąc, pizgłem w nią bokiem. Podziurawiło i połamało mi wszystkie kończyny. Jeden kolec wbił się w policzek i wybił po drodze trzy zęby, a kolejny przebił tętnicę, spójrz tylko. – Odpinał guziki flanelowej koszuli, zza której uwidaczniało się coraz więcej świeżo zabliźnionych ran. – To dziecko zajęło się mną lepiej niż lekarz.


Tutaj miałem największy oczopląs, bo nawet nie umiałem określić co, gdzie, jak, za ile. A może to formatowanie tak mnie urąbało?

Ale tak sobie czytam i czytam. Nie wiem czy to tylko ja czy moja personalna nerwica, ale zupełnie mnie ten tekst nie chwycił. Przypomniały mi się lata Nowej Fantastyki, gdzie lamentowałem nad czytaniem czegoś nadmiernie przeciętnego, nadwyraz prostego. Nie, żeby to było z jakiegoś powodu rzeczą złą, ale zupełnie długa forma, dla mnie, zabiła potencjalny tok prowadzonych wydarzeń. Wyznaję zasadę, że momenty szokujące, istotne, punktowe dla postaci, powinny odbywać się w rzeczywistości poza dialogiem, w miejscu, w którym, jak na filmie, widz widzi coś, nie słysząc głosów bohaterów. I tutaj, czuję, mamy sytuację odwrotną. Postacie nie mówią co bardziej eksponują rzeczami, plotami, historiami. Nie jest nam pokazane, a jest nam mówione. Czy to dobrze? Ja tam lubię ciche japońskie produkcje, w których dialogi porozrzucane są szeroko wokół trwania produkcji. Wtedy klimat przesiąka najbardziej. I ten fakt, że literatura również może tak działać, styka się z wizją tego tekstu. Bum! I co z tym biedactwem zrobić?

Inną kwestią jest fakt, że forma, sama w sobie, wiele narzuca. I szkoda, bo widać, że autor narzucił sobie, no właśnie, całą formę, od A do Z, bez eksperymentów. Ta forma jest aż tak bezpieczną, że jej drobne przeciążenie wołałoby o gloryfikację. Od tych wszystkich "odpowiedział, westchnął", poprzez bloki tekstu, poprzez samą konstrukcję i formę tekstu, który raz rzuca dużymi kawałkami dialogów by potem wyrzucić dużym fragmentem tekstu. Brakuje tutaj tempa, które zmieniłoby się jakkolwiek. Wiem, że to jedna z części większego tworu, ale w tej części nie czuję, by zostawione było mi cokolwiek. Taki troszku zostałem pozostawiony na szczycie i zamarzam. Czy to dobrze? Nie z mojej perspektywy. Ostatecznie to nie ma znaczenia, póki coś kupuje większość, póki autor ma przekonanie w to, co robi. Gorzej jak nie ma przekonania. To wtedy prosi dziwaka do skomentowania kilku części tekstu, który... O, jak ładnie dotarliśmy do początku. Ostatecznie wychodzi na to, że to okej tekst, ale zupełnie nie dla mnie, przedzielony ortograficznie, poprawiony gramatycznie, przeżarty przez innych forumowiczów. Co ja mogę dodać więcej? Sam nie wiem. Do dodania tutaj jest bardzo, bardzo mało. Personalnie kilka lat temu ogłosiłem wojnę z taką formą prozatorską i trzymam się zasady, że z wrogiem nie kolaboruje. Ale to jest okej. Czy okej w takiej formie wystarcza? Zapytać trzeba kogoś, kto w tym siedzi dłużej, kto się zna bardziej. Dla mnie jest tylko i aż "okej". Chyba jednak przysiądę nad częścią szóstą. O ile jest nad czym przysiąść.

[EDIT]
Wypada jeszcze wspomnieć o jednej rzeczy, która uderza mnie najbardziej - brak osobowości. Porównując "Ale" z tym tekstem rzucił mi się fakt, że czuję jakby pisały to dwie różne osoby, o zupełnie innym podejściu, o zupełnie innym myśleniu. Czy to źle, czy to dobrze - nie mnie oceniać.
Krzysztof Konrad dnia 03.02.2018 21:02
Cześć, Decandzie. Na początku serdecznie dziękuję Ci za pomoc, o którą Cię poprosiłem. Zauważyłem, że jesteś w tej opinii nieśmiały, spięty. A po co? Skoro tyle mnie nauczyłeś? Opinię dodałeś 30 minut temu, a ja czytam ją linijkę po linijce i ciągle się czegoś dowiaduję. Ze wszystkich decyzji, które podjąłem na tym portalu, prośba o Twoją opinię była najwłaściwsza. Masz absolutną racje, że narzuciłem sobie plan, od którego boję się odejść. Mam z tym problem, bo boję się, że jak wyjmę, wygładzę jeden trybik, to wszystko runie. A może już runęło.

Co do samej budowy tekstu, co do której wyraziłeś się niezwykle precyzyjnie. Tak naprawdę, wszystko robię na czuja. Nie mam żadnej obranej drogi ani pomysłu, jak to zrobić. Wiem, jak ma się toczyć fabuła, ale nie mam pojęcia jak to zbudować. Więc, gdy widzę, że za długo leję tekst, wsadzam dialogi. Wiem, że powinny być gdzieś w tym miejscu, ale nie wiem, czy akurat w tym.

Co do przekonania. Tracę je i to jest najgorsze. Że znów coś zacząłem, ale skoro inni są na nie, skoro piszę dla ludzi, a ludzie tego nie chcą, po co mi to? Dlatego poprosiłem Cię o pomoc. Mam wrażenie, że wielu myśli, iż negatywna opinia do tekstu jest dla mnie równoznaczna z zerwaniem jakiegoś koleżeństwa, jakimś żalem z mojej strony. Otóż nie. Dzięki takim opiniom poznaję rację większości, poznaję ich smak i to, że moja potrawa jest mdła albo, jak Ty to wyraziłeś, najwyżej "okej". Jestem młodym człowiekiem, może nie najinteligentniejszym ani utalentowanym, ale wiem, że to nic złego - obudzić się na czas albo nawet po czasie, ale ocknąć w końcu swój głupi łeb i potwierdzić, że robiło się coś, czego się nie potrafi. To dar, otrzymać rewolwer i trafić w końcu na tę jedną kulę, po użyciu której otwiera się umysł i ukazuje cały wszechświat innym możliwości, zamiast jednej, malutkiej gwiazdki; już dawno wypalonej, smętnej i poturbowanej. Dużo mi dajesz, zaoszczędzasz czas i udowadniasz. Dziekuję.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
RafalSulikovski
23/08/2019 11:34
:-) Dzięki! Ja dopiero jestem stale "zapowiadającym… »
MP642
23/08/2019 11:22
Jeżeli by rok '68 rozumieć wąsko, to faktycznie za… »
JOLA S.
23/08/2019 10:21
Darconie, mów dalej, proszę :) Czytanie książek to… »
Darcon
23/08/2019 07:14
Cóż, bardzo mi się podobało. Piszę cóż, gdyż po dłuższej… »
Darcon
23/08/2019 06:57
Zastanawiałem się, gdzie zabrniesz z pomysłem typowej traumy… »
Darcon
23/08/2019 06:51
Bardzo dobry finał, właśnie on broni to krótkie opowiadanie.… »
Thomas Zevski
23/08/2019 06:39
Dziekuje bardzo za pomoc z bledami. To byl zawsze moj… »
Dobra Cobra
23/08/2019 06:08
Z zainteresowaniem przeczytałam ów szkic o jakże szalenie… »
al-szamanka
22/08/2019 22:45
Tu nieco za bardzo nachodzi, Wodniczko. A poza tym… »
wodniczka
22/08/2019 17:54
Kamyczku Jaki piękny komentarz. Odczytał zaczytałam się.… »
wodniczka
22/08/2019 17:47
Kushi Piękny komentarz napisałaś. Piękniejszy od tej mojej… »
wodniczka
22/08/2019 17:41
Kushi Zawsze bardzo miło Cię gościć. Cała przyjemność jest… »
Kazjuno
22/08/2019 15:24
RafaleSulikovski SF nie jest moim ulubionym gatunkiem, ale… »
JOLA S.
22/08/2019 14:35
Ładne, prawdziwe.:) Istnieją słowa, które żyją podwójnym… »
Kushi
22/08/2019 13:48
Ach moja ukochana Poetko... czasem wydaje mi się, że czytasz… »
ShoutBox
  • JOLA S.
  • 23/08/2019 12:22
  • Powodem waśni był smok. Na początku nikt z jadących portalem nie wierzył. „Bo mało to bajek po świecie pędzi” Poczytajcie, Panowie, zdolnego Skuula i basta, bo życie ucieka na bzdurkach.:)
  • Kazjuno
  • 23/08/2019 07:11
  • Coś cię najwyraźniej uwiera, geniuszu, łaszący się do portalowym władz. Tak trudno ci zakończyć insektowo robaczaną połajankę?
  • Decand
  • 22/08/2019 23:25
  • "Ponoć" słowem klucz. Wszyscy czekamy więc i Ty bądź grzeczym i zaczekaj. Świat naprawdę poczeka na Twoje arcydzieła chrabąszczyku
  • Kazjuno
  • 22/08/2019 21:08
  • Ponoć czas oczekiwania to tydzień, kolego robaku. Czekam już dwa.
  • Decand
  • 22/08/2019 20:41
  • Niektórym robaczkom widać spieszy się za bardzo. A chyba powinno spieszyć się powoli, chyba tak to szło. Na pewno wszyscy wytrzymamy jeszcze na tekst jakiegokolwiek żuczka, ba!, nawet i misia
  • Kazjuno
  • 22/08/2019 18:51
  • Oj, chyba urocza red. Vanilivi z przepracowania - wszak jako jedyna jest przytłoczona nawałą prozy - przeoczyła mnie, skromnego żuczka. Ale przepraszam, może namolnie ponaglam? Pozdrawiam...
  • Dobra Cobra
  • 18/08/2019 11:24
  • [link] Pełna wersja pięknej opowieści Ponad czasem w wydaniu dźwiękowym. Interpretuje głosowo najlepszy z polskich aktorów - Jarosław Boberek, znany z wielu ról.
  • mike17
  • 15/08/2019 20:25
  • Pozdrówki z wakacji :)
  • czarnanna
  • 15/08/2019 10:14
  • To teraz ja. Zaslyszane podczas pobytu w szpitalu: Błogosławieni ci, którzy wierzą w wypis tego samego dnia
  • Decand
  • 13/08/2019 19:20
  • Niektórzy wierzą też, że maksymalny czas tekstu w poczekalni wynosi pięć dni. Trzeba powoli, małymi kroczkami, jak nauka o nieistniejącym Mikołaju
Ostatnio widziani
Gości online:17
Najnowszy:9charlottec9422tp6
Wspierają nas