Wobler Boy - Gaston Bachelard
A A A

Każda część jest całością.

William Shakespeare

„HENRYKA IV, DRUGA CZĘŚĆ DZIEJÓW”

 

 

 

 

Mówią, że szczęściu należy pomóc.
Jest w tym sens. Nie próbujesz, to nie masz. Takie coś. Każdą rzecz można podzielić na dowolnie wiele części – tak też mówią. I mają rację. Wszystko składa się z lepszych i gorszych fragmentów.
Ja, ty, my. A nawet ta opowieść. Wszystko.
 
            -------
 
Tratwa dryfowała z prądem.
Wypatrzyliśmy ją dokładnie na wyznaczonej pozycji. Na środku leżał chłopak w bordowym T-shircie. Tak mi się przynajmniej początkowo wydawało; potem zrozumiałem, że to kolor zaschniętej krwi nadaje koszulce tę barwę.
Coś jeszcze było z chłopakiem nie tak.
Zanim pojąłem, w czym rzecz, Doherty powiedział:
– Uważaj Mailloux! Podpłyniesz za szybko, to go wywrócimy...
Zwolniłem obroty śruby, wziąłem niewielką poprawkę na ster burtę i laminatowy kadłub „Éminence Grise” oparł się z lekkim „bam” o gumę wypornościowych komór.
Tratwa zadrżała, ale chłopak nawet nie otworzył oczu. Był nieprzytomny albo po prostu spał.
Ronson z Clennellem przenieśli go na pokład i ostrożnie położyli na środku łodzi.
Chłopak omotany był srebrną taśmą klejącą i właśnie zaczynał płakać.
Kiedy stanęliśmy nad nim całą czwórką, powiedział:
– Proszę, nie róbcie mi już tego! Więcej nie wytrzymam!
– Mogli mu, chociaż zakleić usta – zauważył nerwowo Clennell.
– Sam to zrób, jakżeś taki cwaniak – skwitowałem tę gadkę.
– Cisza! – wrzasnął na nas Doherty. – Mamy najwyżej pół godziny. Bierzemy, co nasze i znikamy, zanim pojawią się następni. Przenieście go do środka.
– Proszę! – powtórzył chłopak. – Wycięli ze mnie już wszystko. Jezuuu, jak boli! Aaała!...
Leżał na cuchnącym rybami pokładzie i patrzył mi prosto w oczy, a ja bardzo chciałem, żeby w końcu przestał się na mnie gapić.
Do dziś doskonale pamiętam ten wzrok. Próbuję zapomnieć, ale się nie daje. Uważam, że zamiast krępować chłopakowi ręce i nogi, zdecydowanie powinni mu byli zakleić oczy.
Tak. Jego wzrok był sto razy gorszy od jęków, które wydawał.
I jeszcze ta obroża na szyi!...
Zabrali mu kilka kilogramów ciała, a wciąż traktowali jak psa.
Bez większych problemów zanieśliśmy go na folię rozłożoną na podłodze kokpitu. Doherty dotknął przegubu chłopaka, skinął głową i dał znak mnie i Ronsonowi, abyśmy wyszli.
Zrobiłem, co należy i starałem się więcej o tym nie myśleć.
 
Chcą go kroić, to niech kroją. To ich sprawa i kwestia ich sumienia.
Mam to gdzieś!
Przez kwadrans stałem oparty o nadbudówkę, wystawiając twarz do słońca.
Chłopak wrzeszczał, ale szybko przestał.
Po kwadransie blady jak ściana Clennell wyszedł z kokpitu i zwymiotował za burtę.
– Chyba wykitował – powiedział, ocierając usta.
Ronson pił piwo i szykował wędki.
– Bywa – ocenił bez emocji.
– I co teraz? – spytałem.
– Jajco! – skomentował moje pytanie Doherty.
Wyszedł z kokpitu zakrwawiony po łokcie, z twarzą kogoś, komu właśnie postawiono darmowego drinka.
Milczał przez chwilę, ale dokończył równie pewnym siebie głosem:
– Ruszcie się. Sam nie popłynie z powrotem na tratwę. Czas to pieniądz. I nie zapomnijcie przypadkiem przypiąć go do uprzęży. Ma być, jak było. Do roboty.
Potem już nie rozmawialiśmy.
Patrzyliśmy w milczeniu, jak prąd unosi tratwę coraz dalej od nas. Nikt niczego nie komentował.
Wreszcie na sygnał Doherty’ego uruchomiłem silnik „Szarej Eminencji” i zabrałem nas na wielkie tuńczyki do Akwenu Tęczowej Płetwy.
Pięć godzin monotonnej pracy silnika, coraz większe fale i wiatr prosto w twarz.
Jak zwykle wszystko przeciwko nam. Normalka.
 
-------
 
Są łowiska bezpieczne i sprawdzone; są i takie, które omija się z daleka.
Akwen Tęczowej Płetwy należał do tych ostatnich.
Rybacy z Sálls nazywali go Pieprzonym Akwenem Rudego. Rudy nazywał się Darcus Boorman i lubił ryzyko.
Trzy razy mu się udało.
Przygoda Darcusa zakończyła się na wyprawie numer cztery.
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...
Naturalnie nikt nic nie widział i nikt niczego nie wiedział.
Rutynowe poszukiwania łodzi Rudego rozpoczęły się już pierwszego dnia po zerwaniu łączności radiowej z „Lucky Chap”. Nie natrafiono jednak ani na fragmenty łodzi, ani nie odnaleziono nawet niewielkiej plamy oleju na wzburzonym oceanie.
„Szczęściarz” Darcusa Boormana przepadł jak przysłowiowy kamień w wodzie.
Plum. I tyle po nim pozostało.
Od tamtej pory Akwen Tęczowej Płetwy zyskał przydomek Pieprzonego Akwenu Rudego i sławę miejsca zakazanego.
Ale to właśnie tam były największe okazy tuńczyków. Nikt nie mógł nas powstrzymać przed odwiedzeniem tego łowiska.
Mieliśmy doskonałą przynętę i przemożne pragnienie pobicia ostatniego wyczynu „Twillight Zone” Matta Steinera.
Pieprzyć zabobony. Liczy się efekt, panie i panowie!
Kasa! Kasa! Kaaasa!
Im bardziej zbliżaliśmy się do akwenu, tym mocniej gasło słońce. Potem przesłoniły je ciemne chmury i wiatr przybrał na sile.
Znałem już zapach i moc różnych wiatrów.
Ten był wyjątkowy. Cuchnął tak silnie oceanem, że aż od tego smrodu kręciło się w głowie.
Nawet GPS wariował.
Fale miotały nami, aż trudno było utrzymać równowagę. Prąd pływowy wciągał „Éminence Grise” coraz głębiej w otchłań Tęczowej Płetwy.
Zgasiłem silnik dokładnie osiemnaście minut po szesnastej.
Sonar wskazywał głębokość czterdziestu trzech metrów.
– Głęboko – powiedział Doherty. – Sądziłem jednak, że będzie głębiej. Idealne miejsce na wielkie okazy. Zaczynamy!
I się zaczęło.
Clennell ciął sardynki na zanętę, a Ronson ustawił wędki w uchwytach burtowych.
Wszystkie cztery, którymi dysponowaliśmy.
Były to solidne dwumetrowe, jednoczęściowe kije uzbrojone w wielkie multiplikatory Shimano i Penn z nawojem ponad pięćset metrów, o wytrzymałości zdolnej unieść słonia; zakończone pojedynczym hakiem mogącym bez problemu przebić na wylot udo szesnastolatka.
– Zostaw tylko po jednym zestawie z każdej strony – nakazał Ronsonowi Doherty. – Mamy za mało przynęty na wszystkie. Znasz reguły.
Ronson niechętnie wyciągnął z uchwytów dwa wędziska.
Słyszałem, jak klnie pod nosem.
Każdy z nas miał swoje problemy i każdy chciał zarobić. Ronson jednak czuł na karku coraz wyraźniejszy oddech niespłaconego kredytu za dom i widmo zamieszkania pod wiaduktem razem z żoną i dwójką bachorów. Jego determinacja biła na głowę nasze pragnienia zostania bogaczami.
Klął więc coraz głośniej.
Wyzywał Doherty’ego i Clennella od frajerów i cykorów.
Częściowo przyznawałem mu rację.
Dzieciak i tak wykorkował, więc mogliśmy zabrać z niego więcej, niż to, za co zapłaciliśmy tej kanalii Banerjee.
Z drugiej strony pamiętałem jednak, co przytrafiło się tym, którzy złamali zasady kontraktu.
Żadne pięćset gramów ludzkiego mięsa nie jest warte utraty życia.
Ani największy nawet tuńczyk.
Kiedy ktoś wlewa w ciebie wiadro płynnego cementu, nie masz czasu na tłumaczenia.
Cement wiąże się szybciej niż słowa.
– Zamknij się Ronson – upomniałem go bez uśmiechu.
W odpowiedzi pokazał mi fucka, a ja odwzajemniłem się mu dokładnie tym samym.
Od początku nie pałaliśmy do siebie sympatią.
Sądzę, że zazdrościł mi włosów i wieku. I tego, że jego kobieta robiła do mnie maślane oczy.
Zresztą nie!... Meggi Ronson patrzyła tak na każdego chłopa.
Niechęć Ronsona do mnie musiała mieć inne źródło.
Na pewno chodziło o wiek i o włosy. Jasność i oczywistość! Gdy masz łysą jak kolano czachę, zazdrościsz innym nawet jednego kłaka nad brwiami.
 
-------
 
Ronson zacisnął usta.
Wargi miał nabrzmiałe i sine, jakby gryzł je przez ostatnie minuty. Łysina błyszczała, w spojrzeniu zimnych oczu wyczuwałem nienawiść.
Frajer, pomyślałem. Nigdy mnie nie złapiesz na swoje sztuczki. Nie ma takiej opcji, przyjacielu.
Na szczęście właśnie wtedy Doherty wyniósł z kokpitu plastykowe pudło wypełnione lodem.
Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, wysypał zawartość pudła na obity blachą blat do porcjowania przynęty na rufie. Kostki lodu rozsypały się z chrzęstem, my zaś zobaczyliśmy ukryty wśród nich ochłap różowego mięsa.
Przez jakiś czas stałem ze zmarszczonym czołem, ale potem równie szybko odwróciłem wzrok i z łomoczącym sercem czekałem na więcej, gapiąc się na oblewający nas zewsząd ocean.
Pewnie byłem blady jak ściana i nie wyglądałem na kogoś, kto się dobrze bawi.
Błysnęło gdzieś na krańcu horyzontu.
Wiejący wciąż wiatr nie przyniósł jednak grzmotu. Widocznie burza była jeszcze bardzo daleko.
– Przetnij to na pół – powiedział Doherty do Clennella.
– Nie ma sprawy.
Clennell wzruszył ramionami, odgarnął dłonią przeszkadzające mu kostki lodu i wykonał jedno precyzyjne cięcie.
Z wykształcenia był bibliotekarzem, ale z nożem radził sobie wyśmienicie. Żaden z nas nie ćwiartował sardynek równie wprawnie i szybko jak on.
Jeśli to, co się ma stać, stać się musi; Niechby przynajmniej stało się niezwłocznie; Gdyby ten straszny cios mógł przeciąć wszelkie dalsze następstwa; Gdyby ten czyn mógł być sam w sobie wszystkim i końcem wszystkiego; Tylko tu, na tej doczesnej mieliźnie; O przyszłe życie bym nie stał... Makbet. Akt Pierwszy, Scena Siódma – wyjaśnił uroczystym tonem. – Rach, ciach, ciaaach!
A potem się roześmiał i stał tak, śmiejąc się, przez dobrą minutę.
Odbiło mu, pomyślałem. Ja pierniczę. Naprawdę mu odwaliło.
Mówi się: życie pełne jest zagadek.
Słyszy się: ludzie nie mają serca ani wyobraźni. Chodzą tylko na skróty, biegają na piętach, kochają na niby.
Czyta się: Niech wróci chaos. Mów do mnie jak do własnych myśli. Strzeż się zazdrości: Jest to zielonooki potwór drwiący ze strawy, którą się żywi.
Milczy się.
A zaraz potem jest już dzień kolejny.
Masz rację Clennell, rach, ciach, ciach! Tylko to.
Bardzo długo zastanawiałem się, co teraz powinienem zrobić lub powiedzieć, ale i tym razem przyszedł mi z pomocą Doherty.
Wymieniliśmy spojrzenia i Doherty powiedział:
– Zakładamy przynętę i rozpoczynamy łowy, panowie. Niech nam się czepi coś wielkiego.
Niech się zraniony jeleń słania: Stado już w bór odbiega; Bo jest czas snu i czas czuwania... Na tym ten świat polega – dodał natychmiast Clennell.
– Idiota! – stwierdził Ronson. – Lecz się fajfusie!
– Na tym ten świat polega – potwierdziłem, sam nie wiedząc po co, kiedy, komu i dlaczego.
Powiedziałem to jednak i od razu zrobiło mi się raźniej.
 
 
-------
 
 
Clennell rzucał zanętę za burtę.
Było wietrznie, ale jeszcze znośnie.  Ocean falował.
Kiedy tak patrzyłem na tę masę oblewającej nas zewsząd wody, przyszła mi do głowy myśl, że zostanę tutaj na zawsze. Przyszła i nie chciała odejść.
A potem znów błysnęło na samym krańcu horyzontu.
W powietrzu wyczuwało się elektryczność. Wiatr pachniał ozonem. Pogoda tylko czekała, aby spłatać nam psikusa.
Tak czy inaczej, późnym popołudniem tego letniego dnia coś próbowało mnie przed czymś ostrzec.
Clennell też to wyczuwał, bo powiedział:
- Nie wierzę, że to robię.
Skończył żale, ale słyszałem jego coraz głośniejszy oddech.
Cisnął kolejną porcję sardynek w fale i dodał jeszcze autentyczniej:
- Niech to szlag!
Zaraz potem w nasze twarze uderzył podmuch wiatru. Zupełnie jakby ktoś wymierzył każdemu z nas soczysty policzek.
I to mnie przestraszyło.
Gdy człowiek pozwala, by dopadł go strach, nie wróży to najlepiej.
Na szczęście właśnie wtedy Doherty wrzasnął z kokpitu:
- Trzy sztuki na dwudziestu trzech metrach! Idą prosto na nas!!!
Pamiętam to dokładnie.
Uderzenie wiatru w twarz i euforyczny wrzask Doherty’ego wpatrzonego w ekran sonaru...
Pięć, może dziesięć sekund później wędzisko osadzone na trzymaku lewej burty wygięło się w kierunku wody, a kołowrotek zaczął terkotać jak oszalały.
Mieliśmy branie!
 
 
-------
 
 
Rekin pierwszy raz wynurzył się dziesięć metrów od łodzi. Dwumetrowy kolos. Walczyliśmy z nim przez godzinę. Strata czasu, marnotrawstwo przynęty i kompletne wariactwo.
Połowa pośladka chłopaka poszła sobie popływać w paszczy żarłacza.
Zamiast kasy los obdarował nas solidnym pstrykiem w nochala.
- Odetnijcie go, zanim zacznę kląć – polecił Doherty.
Widać było, że jest rozczarowany, ale mimo wszystko wciąż jeszcze miał nadzieję na szczęśliwy połów.
Splunął za burtę, a potem odwrócił się do nas i przemówił stanowczym głosem:
- Bywa. Grunt to nie tracić nadziei.
Nasza nadzieja prysła po kolejnym braniu.
Tym razem rekin był jeszcze większy i odcięliśmy go z taką dawką nienawiści, że mogliśmy tym jadem obdarować całą północną półkulę.
- Dupa! Dupa! Dupa! – wrzeszczał Ronson, chodząc po pokładzie jak mechaniczna zabawka, w tę i we w tę.
Clennell palił papierosa za papierosem, a ja siedziałem, starając się wymyślić sposób, aby nie wyrwać sobie wszystkich włosów.
Na daninę dla Banerjee zrzuciliśmy się po równo i teraz wychodziło na to, że straciliśmy po tysiaku. Plus jeszcze koszty paliwa, kupno sprzętu i zaopatrzenia.
Wystarczający powód, aby narzekać, rwać kudły i kląć.
Jedynie Doherty wyglądał na kogoś, komu nawet żarłoczność rekinów nie potrafiła zepsuć dobrego samopoczucia.
Spoglądał na nas przez dobry kwadrans, po czym wszedł do kokpitu, by wyjść stamtąd jak gdyby nigdy nic z nerką chłopaka w dłoni.
- Ja cię! – skwitował to Ronson. – Nie żartuj sobie!... Chyba nie masz zamiaru tego zrobić, Doherty? O nie!!! Na takie rzeczy to ja już się nie piszę!
- Gdy wychodziłem, dzieciak nie żył – powiedział ostrożnie Clennell. – Co ty wyprawiasz, Phil?
- Tym razem nie wrócę bez ryby – odpowiedział posępnie Doherty. – Jasno się tłumaczę?
To prawdziwy cud, że nie podbiegłem do niego i nie przywaliłem mu w to jego nadęte ryło.
Wiedzieliśmy, czym ryzykujemy. Historia chłopaków ze „Srebrnej Łuski” stanowiła doskonałą przestrogę.
Opici cementem przypominali zabawki z mrocznej japońskiej kreskówki. Banerjee nie żartował. Umowa to umowa. Nie tylko cyrograf z diabłem podpisuje się krwią. Każdy młokos w Sálls to wiedział.
W co ty próbujesz nas wciągnąć, Doherty? – pomyślałem.
- Nie wrócę! – powtórzył jeszcze głośniej.
Pamiętam, co zrobiliśmy, gdy kołowrotek znów zaczął terkotać.
Tak właśnie wygląda chcenie.
Bierzesz zawsze to, co ci wpada w ręce.
Zawsze.
 
 
-------
 
 
Smuga zanętowa kończyła się trzydzieści metrów za rufą „Éminence Grise”.
Clennell uparcie rzucał w fale ostatnie sardynki, a ja z Ronsonem spinningowaliśmy w niej poppingowymi wędziskami, robiąc wystarczający hałas, aby zwabić żerujące tuńczyki.
Burza była coraz bliżej.
Nawet laik wiedział, że kieruje się dokładnie na nas.
Byłem gotów przysiąc, że chce nas przegonić z tego miejsca.
Robiła co mogła, abyśmy opuścili zakazane wody Akwenu Tęczowej Płetwy.
Ostrzegała, że nikt nie jest wieczny.
Clennell spuentował to po swojemu:
- Tu płynie woda, dajmy na to, a tu stoi człowiek, dajmy na to: jeżeli człowiek pójdzie do wody i utopi się, rad nierad, to jużci nie zaprzeczy temu, że poszedł; ale jeżeli woda przyjdzie do niego i zatopi go, to co innego; wtedy nie można powiedzieć, że on się utopił... Epoka wiktoriańska znała świat lepiej od współczesnych – ocenił. – Oddałbym konia i koronę, aby być teraz w domu i żłopać czteropak piwska. Będzie na ostro pany i panowie. Oj będzie!
- To wiara, czy przeczucie? – dopytał Ronson, robiąc w jego kierunku niedwuznaczny gest.
 
Właśnie wtedy srebrny multiplikator Penn pyknął cicho, plecionka wypięła się z klipsa i rozległ się przejmujący gwizd, gdy łożysko kołowrotu zaczęło się obracać.
Pokład wypełniła kakofonia przejmujących trzasków.
Obserwowałem z niedowierzaniem, jak dwumetrowe wędzisko gnie się w kierunku wody.
Braaanieee!...
Doherty tylko na to czekał.
Wykonał przepisowe zacięcie i patrzył z fascynacją na pierwszy odjazd.
- Trzysta pięćdziesiąt metrów! Czterysta!... Pięćset!!! – relacjonował wyczyn ryby. - Wystarczy! Mailloux, widzę cię przy sterze! Migomatem, ale już!!!
- Ciągle to jutro, jutro i znów jutro; Wije się w ciasnym kółku od dnia do dnia, Aż do ostatniej głoski czasokresu – pisnął w uniesieniu Clennell, patrząc wprost w ocean.
Światło odbijane od fal nadawało jego twarzy dziwny wygląd; przypominał szaleńca oczekującego na solidnego klapsa.
Pierwsze krople deszczu uderzyły go po policzkach.
Teraz przypominał szaleńca, który płacze.
Kiedy uruchomiałem silnik „Szarej Eminencji”, drżały mi dłonie i dygotały kolana.
Dookoła mnie działo się coś niesamowitego.
Byłem pewien, że się dzieje.
 
 
-------
 
 
Plecionka nagle straciła opór i kij wędziska wyprostował się ze świstem.
- Spiął się! O ja cię!... – jęknął Doherty.
Nie przestawał jednak skręcać linkę na kołowrót.
Kręcił tak nerwowo i szybko, że nie nadążałem wzrokiem za ruchem jego dłoni.
Pot wymieszany z deszczem ściekał mu na piersi, przód koszuli Doherty’ego zrobił się ciemny jak T-shirt chłopaka z tratwy.
W tym samym czasie Clennell znów recytował swojego literackiego boga:
- W nicość przepada - powieścią idioty. Głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą...
Ledwo zdążyłem otworzyć usta, aby go uciszyć, gdy ryba dostała nowego speeda.
Tym razem wybierała plecionkę z jeszcze większą pasją i szybkością.
- Jeeest! – zarechotał Doherty. – Największy tuńczyk świata!
Potem obrzucił mnie przelotnym, ale wymownym spojrzeniem.
Zdawał się mówić: „Nie nawal teraz, Mailloux! Rób wszystko to, co ci każę, a będzie nasz!...”.
Huknął na Ronsona.
- Dawaj rękawice, bo stracę skórę i palce! Ruchy Ronson!!!
Błysnęło nad naszymi głowami.
Grzmot na sekundę odebrał nam słuch. Na dobrą sprawę dopiero teraz uświadomiłem sobie, że jest gorzej niż źle.
To nie była zwykła burza.
To coś chciało nas ogłupić i zatopić.
Byliśmy celem tej pieprzonej burzy.
Clennell oczywiście wygrażał niebu pięścią.
 
 
-------
 
 
Wszystko, co było potem, robiłem jak w transie.
Doherty dawał mi znak, kiedy mam podpłynąć bliżej, aby mógł nawijać plecionkę i jak mam sterować łodzią, gdy ryba zmieniała kierunek ucieczki.
Pompował jak furiat.
Wiedziałem, że jest coraz bardziej zmęczony.
Słaniał się, walcząc z rybą i coraz większymi falami. Wciąż jednak odganiał chcącego go zmienić przy podbieraniu Ronsona. Miałem wrażenie, że ten wielki tuńczyk zupełnie pozbawił go rozumu.
Rozpadało się i rozsztormiło na całego.
I do tego zapadły ciemności, z którymi nie potrafiły sobie poradzić nasze lampy.
Przy końcu trzeciej godziny tej zabawy w kotka i myszkę z rybą i z burzą, Doherty wykrzyknął:
- Widzę kolor!!! Kolor! Łap się za harpun Ronson! Rzuuucaj!
Być może spowodował to nagły przechył łodzi, deszcz, śliski pokład, a może nerwy, ale Ronson spudłował.
Harpun plusnął w głębinę i gdyby nie lina, którą był zabezpieczony z konstrukcją pokładu, stracilibyśmy go na zawsze.
Podrażniona nagłym ruchem ryba odbiła gwałtownie od łodzi i znów zaczął się mega speed szukającego wolności tuńczyka.
Ronson spróbował po raz drugi dopaść umykającą rybę, lecz tym razem tak niefortunnie, że siła rzutu cisnęła go za burtę.
Krzyczał jeszcze, stojąc jedną stopą na pokładzie, ale było za późno. Pociągnął za sobą próbującego nieporadnie przyjść mu z pomocą Clannella.
Chlup.
Było więc oto tak – mieliśmy ogromną rybę na haku i dwóch ludzi za burtą „Éminence Grise”.
Kto mógł wymyślić coś równie absurdalnego?
W nicość przepada - powieścią idioty, Głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą...
Czasokres Shakespeare’a wciągał Clannella i Ronsona coraz głębiej w czeluść oceanu.
Połykał ich ze smakiem.
Mniam. Mniam. Mlask.
 
 
-------
 
           
Chwilę później stałem już przy burcie i patrzyłem jak fale unoszą Clannella i Ronsona coraz dalej od nas.
Krzyczeli, machając do mnie rękami.
Setki mil spienionego oceanu otaczały ich zewsząd.
Złapałem Doherty’ego za ramię.
- Zostaw rybę! Musimy im pomóc!
Uwolnił się zdecydowanym szarpnięciem.
- Wracaj do steru! – wrzasnął.
Spróbowałem raz jeszcze.
Przywalił mi pięścią między oczy, aż klapnąłem tyłkiem na mokre deski.
Cały Doherty.
Dlaczego sądziłem, że będzie inaczej?
- Do steru Mailloux! – powtórzył z nienawiścią w oczach.
Sześć godzin później wbiłem mu harpun między łopatki.
To była najporządniejsza z rzeczy, jaką udało mi się zrobić w moim pokopanym życiu.
Najporządniejsza.
Tak sądzę.
 
 
-------
 
 
Czytałem kiedyś „Starego człowieka i morze” Hemingwaya. Prawie każdy to czytał. Znam więc historię osiemdziesiątego czwartego dnia bez wielkiej ryby na Golfsztromie, znam trzydniową walkę z marlinem, a nawet znam taką myśl o oceanie: umie też być okrutny, a przychodzi to nagle, i takie ptaki, co latają muskając wodę i polując, i mają słabe, smutne głosy, są za delikatne na morze.
Oj Santiago! Santiago!...
Znam wiele słów i dlatego czasami bardzo różnie myślę o sobie.
Mniej więcej godzinę po tym, jak ocean połknął Clannella i Ronsona, Doherty przestał zmagać się z wędziskiem i kołowrotem.
Machnął na mnie dłonią i powiedział:
- Zamiana Mailloux! Powinieneś i ty zapracować na wypłatę.
Tuńczyk ani myślał dać za wygraną.
Znów przypomniałem sobie Santiago i jego walkę z marlinem.
Przyszło mi do głowy, że i mnie czeka ta sama nagroda: sterta kości gigantycznego tuńczyka, zamiast satysfakcji i szeleszczącego pliku banknotów.
Ech.
Zza szarych, potarganych wiatrem chmur wyjrzały pierwsze blaski sinego księżyca.
- Trzymaj go! Trzymaj! – szczuł Doherty.
Nie odpowiedziałem.
Nawet nie patrzyłem w jego stronę.
Byliśmy wrogami.
 
 
-------
 
 
Tuńczyk odzyskał siły i znów zaczął ciągnąć linkę prosto w ocean.
Zostawiał za sobą pas zmąconej wody i pianę. Teraz szukał ratunku tuż przy powierzchni.
Dwa kwadranse później wypłynął do góry brzuchem.
Walczył już tylko na niby.
Doherty przyciągnął go na odległość piętnastu metrów do rufy łodzi.
- Szykuj się Mailloux! Zaraz będzie nasz! – powiedział z triumfem.
Na jego zmęczonej twarzy ujrzałem ten sam wyraz co wtedy, gdy pozwalał utonąć Ronsonowi i Clannellowi.
Identyczny.
Wciąż kręcił kołowrotem.
Obie dłonie mu drżały. Zaciskał je tak mocno, że przedramiona pokryły fioletowe linie nabrzmiałych żył.
Potem spojrzał na mnie spode łba i powiedział:
 
- Co jest? Nie trafisz za pierwszym razem, to już nie żyjesz. Jasne?
 
Był wielkim, muskularnym facetem z dwudniowym zarostem i całkiem przystojną facjatą.
Mógł mieć wszystko, każdą kobietę i każdą dziewczynę; brakowało mu tylko tego czegoś w spojrzeniu i ciepła w sercu.
To ja przy nim byłem słabym ptakiem o smutnym głosie, za delikatnym na wielkie morze.
Hi. Hi.
Przeszło trzymetrowy tuńczyk poruszył się na fali.
Ogon wielkiej ryby zmącił wodę
Spojrzeliśmy sobie w oczy.
I wtedy wbiłem harpun prosto w plecy Doherty’ego.
 
 
-------
 
 
Przypłynęli po mnie godzinę po wschodzie słońca.
O tej porze zwykle dopijałem drugą kawę i dopalałem trzeciego lub nawet czwartego papierosa.
Teraz tylko siedziałem i patrzyłem, jak płyną.
Kadłub ich łodzi zdarł warstwę farby z laminatu „Éminence Grise”, ale zamiast zareagować złością, zbyłem ich wymownym milczeniem.
Wiedziałem, że nie ma to już najmniejszego znaczenia.
Nad moją głową ktoś powiedział:
- I co? Warto było dupku?
Nie musiałem nawet na niego patrzeć, aby odgadnąć, co trzyma w dłoni.
Zapach skóry obroży czuć było na milę.
Ale spojrzałem w te zimne oczy.
Banerjee miał złoty kolczyk w prawym uchu i modne kamaszki na stopach.
Wyglądał jak kompletny kretyn.
Bez walki dałem się skrępować, przenieść na tratwę i bez protestu pozwoliłem im założyć mi na szyję psią obrożę.
Gdy odpłynęli, słuchałem plusku fal ocierających się o gumę wypornościowych komór, cieszyłem się bezkresem oceanu i czekałem na dźwięk ostatniej głoski czasokresu.
Myślałem też o Ronsonie i Clannellu.
Gdzie jesteście chłopy?
Każdą rzecz można podzielić na dowolnie wiele części... Wiecie?
Miałem nadzieję, że mój smak ściągnie TYLKO największe tuńczyki wszechświata.
Chciałem wiedzieć, jak to będzie, kiedy się stanie.
 
Tak wtedy myślałem.
I tak myślę teraz.

 


 
Poczekaj, jeszcze nie... Co ty?!... Aaała!…
 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Gaston Bachelard · dnia 03.10.2017 10:48 · Czytań: 269 · Średnia ocena: 4,33 · Komentarzy: 4
Komentarze
violka dnia 03.10.2017 23:11 Ocena: Dobre
Troszkę dreszczyku, troszkę nudy, troszkę ciekawych cytatów i całkiem zaskakujące zakończenie. Styl pisania intrygujący na tyle, aby chcieć zajrzeć do innych Twoich tekstów, Autorze.
Pozdrawiam.
Usunięty dnia 16.10.2017 12:05 Ocena: Świetne!
Strrrasznie dobra proza. Narracja konsekwentna od początku do końca, bez potknięć. Bohaterowie świetnie zarysowani. Tytuł rewelacyjny. Fabuła zasysa.
Chcę więcej :)
JOLA S. dnia 16.10.2017 12:24 Ocena: Świetne!
Zaczyna mnie przytłaczać, ale przyjemnie, uczucie... przywiązania do tego co piszesz w każdej kolejnej odsłonie. Tutaj już chyba korci wyróżnienie. Mnie przynajmniej. Piękne zdania, cudna atmosfera ...

Ech, dla mnie świetne.

Pozdrawiam. :)

JOLA S.
Gaston Bachelard dnia 19.10.2017 21:55
Jeszcze tutaj - ram pam pam.
Violka - już był u Niej ja on i napisał, że poczeka na Jej pisanki do kropki.
A o gustach sza.
Lady - wiadomo! Czarodzieja!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Ciumach leci.
Jola S. - Też Czarodzieja. Nie ma co i lekko. Drugi ciumach. Niechaj się dzieje i wyprawia.

Podziękował znaczy w dziękuję trzy!
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
JOLA S.
18/11/2017 22:59
Brawo! Wielkie Dzięki. :) :) :) :) :) »
Jacek Londyn
18/11/2017 22:57
Myślę, że abstrakcji tu nie uświadczy. Przyznaję się co… »
Pulsar
18/11/2017 22:48
Nie mam żadnego wpływu na którą półkę mnie położą. »
hopeless
18/11/2017 22:29
Miladora - - dzięki:) »
hopeless
18/11/2017 22:25
Miladora - i tak zrobię:) »
Miladora
18/11/2017 22:14
Niewiele. ;) Za to wiersz jest całkiem, całkiem. :)»
ajw
18/11/2017 22:08
Dziękuję, Mileno :) »
ajw
18/11/2017 22:08
Bardzo lubię Twoją narrację, która jest zawsze jakimś… »
Dobra Cobra
18/11/2017 22:06
Alesz jak najbardziej rozumiem taki stan w pisarnictwie!… »
Milena1
18/11/2017 22:04
Jest klimat, obrazowanie. Pozdr :) »
Miladora
18/11/2017 22:03
I daj Ci, Boże, zdrowie. :) Dorzuć do kompletu. »
Dobra Cobra
18/11/2017 22:02
Jeśli będą następne - to piękna sprawa! DoCo »
Miladora
18/11/2017 22:00
Ja już w to uwierzyłam. ;) Może tak? Lubię rozbijać… »
Lilah
18/11/2017 21:57
Dzięki, ajw. Altanka jest super. Miło Cię gościć. :) »
hopeless
18/11/2017 21:55
Miladora - myślę, że w tym tempie zapełnię koszyczek dużo… »
ShoutBox
  • Esy Floresy
  • 18/11/2017 23:01
  • Kto żyw nie próżnuje, łapie ankietę i głosuje. :)
  • Alen Dagam
  • 18/11/2017 22:17
  • @mike17 - jutro już będziemy ciszej w SB, sorki za wcinanie się ciągle :/
  • Alen Dagam
  • 18/11/2017 22:15
  • Jeszcze niecałe 2 godziny do zamknięcia ankiety. 1. Nazwa: [link] 2. Kategorie: [link] . Głosujcie!
  • Alen Dagam
  • 18/11/2017 22:06
  • [link] Heh, ucięło cyferki w linku. Ten jest właściwy.
  • Jaga
  • 18/11/2017 21:59
  • Otwiera mi się "Mark Twain, czyli magiczny czar Tomka Sawyera :)"
  • Jaga
  • 18/11/2017 21:57
  • Alen, na pewno chodziło Ci o ten link?http://www.portal-pisarski.pl/forum/temat/342
  • mike17
  • 18/11/2017 21:56
  • GŁOSOWANIE w MUZO WENACH 5 wciąż trwa, zapraszam : A tu konkursowe info : [link]
  • mike17
  • 18/11/2017 21:54
  • No i pozostało nam już tylko 4 dni do zakończenia GŁOSOWANIA. MUZO WENY 5 potrzebują nowych głosów, nowej krwi, więc już dziś nie wahaj się, zagłosuj i wyraź swoją opinię o utworach.
  • Alen Dagam
  • 18/11/2017 21:03
  • Mamy 13 oddanych głosów w ankiecie z wyborem nazwy nowej strony. Czy będzie więcej? Pierwsze miejsce ma 5 głosów - zdecydowany faworyt. Czemu głosujemy? [link]
Ostatnio widziani
Gości online:20
Najnowszy:rkpru1282
Wspierają nas