Przeprowadzka - wioskowy52
Proza » Obyczajowe » Przeprowadzka
A A A

Pierwszy raz na Mazury przyjechałem jako bardzo młody człowiek. Owszem, wcześniej, już od małego dziecka, bywałem na Warmii, na Pojezierzu Augustowskim, ale na Mazurach nie. Mieszkaliśmy w Warszawie. Był to taki zwariowany rok, w którym kończył się lipiec, mieliśmy wyjechać na wakacje od początku sierpnia, a tu raptem całe plany urlopowe moich rodziców licho wzięło.
Pierwszą deską ratunku była moja starsza siostra cioteczna. Poleciła nam pewne miejsce na obrzeżach Borów Tucholskich. Pojechaliśmy z ojcem na rekonesans. Po całonocnej podróży najeżonej licznymi przesiadkami, wczesnym rankiem dotarliśmy na miejsce. Powitał nas niemiłosierny jazgot megafonów z okolicznych ośrodków wczasowych. Na jeziorze piekło. Motorówki, żaglówki, kajaki, skrzypiące rowery wodne, co tylko dusza zapragnie. Zaklepany przez siostrę pokój, faktycznie okazał się być kajutą, w której stały dwa niewielkie tapczaniki, zaś w nogach można było postawić walizki. Typowe budownictwo turystyczne tamtych lat. Poszliśmy coś zjeść do jedynej  tam publicznej jadłodajni. Były tylko nóżki i jajecznica. Na tę ostatnią nie mieliśmy ochoty. Skrzeczący głos kobiety, która wraziła głowę w okienko do zwrotu naczyń i nie mniej skrzeczący odzew podzwaniają mi w uszach do dziś:
– Dwie galarety dawać!
– Aż tyle?
Po pokrzepieniu cielesnym, bo duchowo byliśmy pokrzepieni już od pewnego czasu, pora była udać się w drogę powrotną.
W Warszawie, po dwóch przesiadkach mniej, wylądowaliśmy po osiemnastej. W oknie, w które zapukał ojciec, pojawiła się zdumiona twarz mamy.
– Co się stało? – spytała mama.
– Zapomniałem scyzoryka – odparł ojciec.
Tak, czy siak, byliśmy w punkcie wyjścia, a czas naglił.
Dobrym duszkiem okazała się być koleżanka z pracy mojej mamy. Poleciła nam pewną miejscowość na Mazurach, której nachwalić się nie mogła. Na potrzeby mojej opowieści, nazwę tę miejscowość Miasteczkiem.
Miasteczko posiadało stację kolejową, restaurację, kawiarnię, liczne sklepy oraz dom wczasowy. Położone było na jednym z końców długiego kiszkowatego jeziora. Dom wczasowy dysponował adresami licznych kwater prywatnych. Polecono nam dom państwa T.
Dom ten okazał się dużą poniemiecką willą, zaś państwo T. , przemiłą rodziną przesiedleńców z Wileńszczyzny. Nikt z nas czworga, bo oprócz rodziców i mnie była tam jeszcze moja młodsza siostra, nie przypuszczał, że owo spotkanie zaowocuje przez lata łańcuchami różnych znajomości i przyjaźni trwających do dziś.
Gospodarze mieli czwórkę nieco starszych ode mnie dzieci, zaś ich sąsiedzi, również Wilniacy, trójkę nieco młodszych. Chociaż minęło bardzo wiele lat, moja siostra nadal utrzymuje serdeczne kontakty z trojgiem spośród tych osób.
Miasteczko przez całe lato tętniło życiem. Oprócz wspomnianych instytucji, była tam jeszcze piekarnia sprzedająca wyśmienite pieczywo i ciasta, budka z lodami, kioski, a nawet kino. W ciągu dnia, główną ulicą Miasteczka, oprócz miejscowych, paradował barwny tłumek wczasowiczów z okolicznych ośrodków i kwater.  
Stali mieszkańcy  stanowili swoisty konglomerat, jaki utworzył się w trudnych powojennych latach. Lwia część pochodziła z Wileńszczyzny. Sporo było Ukraińców, zapewne "beneficjentów" Akcji Wisła. Było kilku Niemców, którzy zdecydowali się pozostać. Całość uzupełniali przybysze z różnych stron Polski, rzuceni tutaj przez los. Społeczność ta, mimo różnic narodowościowych i wyznaniowych żyła bardzo zgodnie. Miejscowy proboszcz katolicki nawet udostępniał kościół prawosławnym i ewangelikom na odprawienie niedzielnych nabożeństw.
Naszą wspólną pasją, moją i ojca było wędkowanie. Nad jeziorem, Dom Wczasowy  miał wypożyczalnię łódek i kajaków, gdzie po dogadaniu się z przystaniowym, można było wypożyczyć łódkę nawet na cały urlop. Dzięki temu, mogliśmy oddawać się poznawaniu nowych terenów łowieckich, od rana do wieczora.
Bardzo szybko zorientowaliśmy się, że znaczenie bardziej rybny, piękniejszy, a co najważniejsze, cichy i spokojny, jest drugi, bardziej odległy koniec jeziora. Skutkowało to wielokilometrowymi rejsami, a co za tym idzie, często odciskami na odwykłych od takiej przyjemności dłoniach.
Na jeziorze spędzaliśmy całe dnie, niezależnie od pogody. Wiatr, chłód, mżawka, to nie były rzeczy, które mogłyby zakłócić nasze połowowe plany. Najgorsze były burze. Uciekaliśmy wtedy z odkrytej wody, gdzie tylko się dawało. Pamiętam czterogodzinną burzę spędzoną na wyspie. Pioruny tłukły w sąsiednie drzewa, ale co to dla wędkarzy.
Ryb mieliśmy zwykle tyle, że nie byliśmy w stanie ich zjeść. Chętnie więc częstowaliśmy gospodarzy, czy ich sąsiadów. Dzięki temu nierzadkie były wspólne kolacje służące bliższemu poznaniu. Mogliśmy się na nich przekonać z jak serdecznymi i wspaniałymi ludźmi mamy do czynienia.
Po pierwszym roku były następne lata. W sumie około dwudziestu.
Czasem wydawało mi się, że więcej tam nie przyjadę, bo przecież tyle ciekawych miejsc w Polsce, a powtarzanie tego samego rok w rok jest dosyć monotonne, jednak coś sprawiało, że przez większą część roku liczyłem miesiące, tygodnie i dni pozostałe do planowanego wyjazdu. Nocami śniły mi się ryby, szum fal i przepiękne zachody słońca nad jeziorem.
Przez ten czas zżyliśmy się z naszymi gospodarzami i ich sąsiadami jak z rodziną, zaś Miasteczko stopniowo zmieniało swój charakter. Z biegiem lat pustoszało. Z roku na rok wczasowiczów było coraz mniej. Najpierw zniknęły kwatery prywatne, później podupadły stopniowo ośrodki i Dom Wczasowy. Miejscowa młodzież, w miarę dorastania szukała edukacji w miastach, często zostając tam później na stałe. Dorośli starzeli się coraz bardziej, nierzadko nie mając już siły na uprawę roli tak jak kiedyś.
Ryb w jeziorze też ubywało, toteż trzeba było udawać się na nie coraz dalej. Czasem na brzegu spotykałem starszego Ukraińca mówiącego w zabawny, charakterystyczny dla siebie sposób.
– Panie, na reby? Dziś reby ni biorum. Tu reby dwa razy w tygadniu biorum. Dziś ni.
Sąsiad, wielki mój przyjaciel, powiedział mi, że ten człowiek robi drewniane łódki i namówił mnie na zrobienie sobie takiej. Uzgodniłem  z synem gospodarzy, że łódka będzie u nich, będą korzystać z niej kiedy mnie nie będzie, a ja w czasie urlopu.
Pewnego razu zdarzyła mi się historia dość niezwykła. W Miasteczku znajdowała się świetlica zwana Klubem, w której można było pooglądać telewizję, przeczytać gazetę, pograć w szachy, czy napić się kawy. Wybrałem się tam któregoś dnia wieczorkiem w nadziei na kilka partyjek. Okazało się, że jedyną osobą, z którą mogłem pograć był miejscowy pastuch. Ów sympatyczny  chłopak, ciężko doświadczony przez jakąś chorobę, czasem pozdrawiał mnie z brzegu, gdy płynąłem na ryby. Teraz widząc, że szukam partnera, zaproponował mi grę. Graliśmy dwie partie. Obie wygrałem, ale z najwyższym trudem, a przecież byłem wytrawnym szachistą doskonale znającym literaturę i teorię. Ten biedny człowiek, to był samorodek, no bo przecież nikt go szachów nie uczył. Niesłychany talent, który większość amatorów pokonałby bez trudu.
W czasie tych moich wypraw na jezioro poznawałem coraz więcej miejscowych wędkarzy. Po paru latach, gdy tylko pojawiałem się na urlopie, witałem się z nimi jak z najlepszymi znajomymi.
Wielu z nich pochodziło z wioski położonej bliżej drugiego końca jeziora. Na potrzeby tej opowieści będę nazywał ją Wioseczką.
Pewnego dnia w trakcie wiosłowania na miejsce połowów zaskoczyła mnie straszliwa ulewa. Zanim zdołałem się w jakikolwiek sposób ochronić przed deszczem, byłem calusieńki mokry. Rozmokły mi nawet zapałki. Takie półtora nieszczęścia zobaczył wędkujący jeden z mieszkańców Wioseczki, znany mi od lat. Poczęstował mnie papierosem, podarował zapasowe zapałki i namówił na zmianę planów.
– Co pan będzie tutaj siedział i moknął. Tylko się człowieku przeziębisz. Tam na skraju lasu dwóch facetów pali ognisko, płyń pan do nich, to się pan chociaż ogrzeje.
Zrobiłem tak, jak mi poradził. Jakichś dwóch wędkarzy paliło smolną karpę. Zaprosili mnie do ognia, a sami wkrótce odpłynęli. Dzięki temu miałem spadkowe ognisko, przy którym suszyłem się do wieczora, zarzucając czasem wędki w przecinkę w trzcinach.
Innym razem, gdy na jeziorze spotkałem tego samego człowieka zdobyłem się na śmiałość. Zapytałem go czy w Wioseczce ktoś nie mógłby wynająć mi pokoju na urlop, bo po co mam pływać co dzień na ryby po kilka kilometrów.
Zaprosił mnie do siebie. Popłynęliśmy do brzegu. Pokazał mi gdzie mieszka. Przedstawił mi swoją żonę. Byli to ludzie w wieku moich rodziców, pochodzący zza Buga, których powojenne losy rzuciły aż tutaj.
Uzgodniliśmy sprawy. Wyjeżdżając przeniosłem łódkę do nich. Pozwolili mi też pozostawić na stryszku moje klamoty: wędki, gumowce, pelerynę.
Tak jak moi poprzedni gospodarze, okazali się być ludźmi niezwykle gościnnymi. Przez kilka lat, w trakcie moich urlopów, udawaliśmy się z tym człowiekiem w dwie łódki na wspólne wędkarskie wyprawy.
Z czasem poznawałem mieszkańców Wioseczki. To była zupełnie inna społeczność. Polacy pochodzący przeważnie z Podlasia, z Mazowsza, zaś niektórzy aż zza Bugu.
Powoli Wioseczka stawała się moim drugim domem. Fizycznie mieszkałem w Warszawie, a sercem już tam. I to od dłuższego czasu. Moja fascynacja przyrodą, otwartą przestrzenią, pięknem krajobrazów, powodowała, że tutaj czułem się wolny, zaś w stolicy, jak w jakimś niewidzialnym  gorsecie.
W międzyczasie ożeniłem się i później przyjeżdżaliśmy razem z żoną.
Czasem na jakieś grubsze zakupy jeździliśmy do Miasteczka. Dużym szokiem była pierwsza dla mnie tam wizyta, po tym gdy nastało nowe. Wysiadamy z autobusu i oczom nie wierzymy: w centralnej części głównej ulicy,  niemal w każdej chałupie sklep. Kupujących jak na lekarstwo, bo i skąd mieli by się brać? Turystyka podupadła, zaś prawie każdy miejscowy miał własny sklep. Przynajmniej na zakupy nie mieli daleko. Oczywiście do czasu, bo nieubłagana ręka rynku szybciutko zrobiła z tym handlem porządek.
Niestety, pewnego roku dowiedziałem się, że mój gospodarz wędkuje na zupełnie innych wodach.
Wdowa nie miała nic przeciwko temu żebyśmy nadal przyjeżdżali.  Było jej to nawet na rękę. Parę groszy zarobiła, nałowiłem codziennie ryb, z lasu przynieśliśmy grzybów i malin,zaś wieczorami miała z kim pogawędzić.
Dla nas też był to bardzo dobry układ. Ta pani po śmierci męża mieszkała samotnie w trzypokojowym domku. Dzięki temu mogliśmy przyjechać do niej praktycznie kiedy tylko chcieliśmy. Zawsze czekał na nas niewielki pokoik. Z czasem naszych rupieci przybywało. Leżaki, grill, jakieś stołeczki. Na szczęście  pani gospodyni użyczała nam chętnie kawałek miejsca w szopie.
Każdego roku Wioseczka witała nas jak dobrych znajomych. Pani w sklepie, bliżsi i dalsi sąsiedzi naszej gospodyni.
– O, przyjechaliście Państwo!  A już zastanawialiśmy się, dlaczego was jeszcze nie ma.
Niekiedy przyjeżdżaliśmy tam razem, czasem wpadałem tam sam, na parę zaledwie dni, pomoczyć kije.
Różnych przygód nigdy mi nie brakowało. Jednego razu miałem łódkę zakotwiczoną koło niewielkiego cypla. Patrzę, a tu w moją stronę płynie jakiś krzaczek. Dziwne, bo pogoda była bezwietrzna. Krzaczek przepłynął parę metrów od łódki, a później, gramoląc się na brzeg, okazał się być jeleniem. Kiedy indziej odwiedzały mnie łabędzie. Parokrotnie podzieliłem się z nimi moim suchym prowiantem, dzięki czemu kolację zjadałem z większym apetytem, zaś one straciły jakikolwiek lęk przede mną. Pewnego dnia znacznie mnie ci moi skrzydlaci koledzy wzruszyli. Kotwiczyłem pośrodku zatoczki, a tu zza cypla wypływa orszak następujący: mama  łabędziowa, parę szarych kuleczek, a na końcu tata łabędź. Korowód ten opłynął mnie dwukrotnie, po czym zawrócił. Tak to rodzice pochwalili mi się swoim potomstwem, zaś potomstwu pokazali tego dziwacznego gościa, który częstuje kawałkami bułki i herbatnikami. Na jeziorze miałem jeszcze dwóch innych kumpli. Jednym z nich był borsuk przychodzący regularnie o szóstej rano do przecinki w trzcinach celem dokonania porannej toalety, drugim zaskroniec przepływający w poprzek jeziora, w sobie tylko wiadomym celu.
Przyszedł dzień, w którym wskutek splotu różnych okoliczności życiowych zrozumiałem, że muszę opuścić Warszawę. Pierwsze moje myśli skierowały się w stronę Mazur. Po intensywnych poszukiwaniach w Internecie, znalazłem cztery godne uwagi oferty wynajmu mieszkania. Wszystkie były z Ełku. Jako osoba praktyczna, na wstępny rekonesans wysłałem bardziej praktyczną osobę, czyli moją żonę.
Wybraliśmy zgodnie jedną z ofert, zresztą przypuszczalnie najlepszą, bo właściciel mieszkania okazał się być przemiłym człowiekiem i nigdy nie stwarzał nam najmniejszych problemów.
Mieszkaliśmy u niego nieco ponad dwa lata. Lokal mieścił się przy ulicy Wojska Polskiego, więc mimo posiadania samochodu wszystko załatwialiśmy na piechotę, ku zdziwieniu sąsiadów.
Odbywaliśmy także długie spacery, a to za Szarejki, a to nad jezioro Sunowo. Samochód służył nam do zwiedzania dalszej okolicy, od Rajgrodu i Augustowa, po Puszczę Piską. Oczywiście jedną z pierwszych rzeczy jakie zrobiliśmy, były odwiedziny w Miasteczku i w Wioseczce.
Co w Ełku, i to już od pierwszych dni, nas uderzyło najbardziej? Uprzejmość i grzeczność mieszkańców.
Taki drobiazg. Potrzebowałem kupić garnitur. Znalazłem bardzo ładny, ale wymagający poprawek.  Wykonano je w punkcie sprzedaży, a my zakup odebraliśmy. Po dwóch tygodniach przemiła pani ze sklepu spotkała nas się na ulicy:
– To państwo tu mieszkacie? Ja mieszkam w sąsiednim domu. Gdybym wiedziała, przyniosłabym garnitur.
Bardzo często ktoś kłaniał nam się, a my zastanawialiśmy się później, kto zacz. Nawet teraz, choć Ełk opuściliśmy siedem lat temu, w czasie naszych wizyt, zdarza nam się, że ktoś się uśmiecha.
Jako dla byłych warszawiaków, szczególnie na początku, było to dla nas sytuacją trudno pojmowalną.
Inny świat, inni ludzie. Tacy normalni.
Po wspomnianych dwóch latach, stworzyła się szansa zakupu własnego lokum. W rezultacie wylądowaliśmy na niewielkiej wsi, gdzie do dziś mieszkamy. Było to latem. Jedną z pierwszych rzeczy jaka nas spotkała, była wizyta starszej pani z sąsiedztwa. Kobieta przyniosła pełniutkie wiadro ogórków.
– Proszę, to dla was
– Ale jak to?
– Przecież niczego nie sialiście, to nie macie. A tak, zakwasicie sobie. Ja mam tyle, że już nie wiem, co z nimi robić.
Byliśmy bardzo wzruszeni.
Z resztą wsi dość szybko przełamaliśmy lody. Przez samochód na warszawskich numerach, zostaliśmy "warszawiakami". Dość szybko przekonano się, że "nie gryziemy", ani też nie wywyższamy się, jak to niektóre mieszczuchy mają w zwyczaju.
Dzisiaj, w okolicznych wsiach, mamy już sporo znajomych, zaś w okolicznych lasach, znamy już każdy krzaczek. Tutejsze tereny stały się naszym prawdziwym domem, a my czujemy się tak, jakbyśmy mieszkali tu od zawsze.  Moja przeprowadzka na Mazury trwała z górą czterdzieści lat, choć prawdę mówiąc, sercem tu mieszkam od bardzo dawna.
Opowieść ta jest doskonałą ilustracją faktu, jak przypadkowe drobiazgi wpływają na ludzkie losy. Przecież, gdyby "wczasowisko" w Borach Tucholskich nadawało się do użytku, być może nigdy nie zobaczyłbym piękna Mazur, nie poznał wielu wspaniałych ludzi, czy wreszcie, nigdy byśmy się tu nie osiedlili.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
wioskowy52 · dnia 10.10.2017 19:43 · Czytań: 174 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 9
Komentarze
retro dnia 11.10.2017 21:43
Czytałam wczoraj lub przedwczoraj, ale czy to takie ważne kiedy?

Uwielbiam przeglądać rodzinne fotografie i podobnie się czułam czytając Twoją opowieść. Opowieść o przeprowadzce. Życiowej, takiej na wielką skalę. Na stałe.

Piękne okolice, o których piszesz:) Bardzo mi bliskie.

Pozdrawiam wieczornie:)
wioskowy52 dnia 12.10.2017 06:44
Najczęściej piszę żartobliwe teksty. Powyższy ma inny charakter. Są to moje wspomnienia.
Czekałem dziesięć dni, żeby dowiedzieć się, że tekst jest słaby - Dolna Półka. Biorąc pod uwagę, że mój najlepszy tekst opublikowany tutaj - "Ratujmy przestrzeń", również tam wylądował, mogę się jedynie uśmiechnąć.
Jak widać, są jednak ludzie, którym powyższy tekst się podoba.

Również pozdrawiam :)
retro dnia 13.10.2017 22:00
Wspomnienia, niczym kwiaty należy pielęgnować - zwłaszcza takie pozytywne, jak u Autora:)

A co do półki to dystans proponuję. W sumie przydałaby się środkowa (dolna i górna, nie dają zbyt dużych możliwości manewru, a tak byłaby ta środkowa, ew. boczna-lewa, boczna-prawa, a tak tylko dwie), ale ponoć portal jest w przebudowie i z pewnością zadzieje się coś dobrego. W cierpliwość należy się uzbroić i pisać. Tworzyć. Rozwijać się.

Prawdopodobnie też tekst podoba się nie tylko mnie, ale z racji obowiązków wszelakich (pranie, prasowanie, podlewanie kwiatów - o czym wyżej) nie każdy może sobie pozwolić na komentowanie, co nie jest równoznaczne z brakiem czytania.

Pozdrawiam, życząc miłego weekendu,
R.
wioskowy52 dnia 14.10.2017 06:02
PP ma swoje zalety. Gdybym tak nie uważał, nie byłoby mnie tutaj. Oczekiwanie dziesięć dni na opublikowanie tekstu, który ktoś jedynie musi przeczytać, uważam za chore, a nawet ciężko chore. To nie ta epoka.
Co do półek: mnie to śmieszy. Bez względu na to, jaką kto wyrazi opinię o tekście, nie stanie się on lepszy, ani gorszy.
Tak, jak osoby oceniające moje teksty mają prawo mieć jak najgorsze zdanie o nich, ja mam prawo mieć własne zdanie o opiniach tych osób.
Przykładowo: wiem, że tekst pisany w formie dialogu ( taki jak "Warsztat" ) zawsze trafi tu na dolną półę, bez względu na to co jest w środku. :)
Chętnie przyjmę każdą krytykę, pod warunkiem, że dotyczy ona tekstów. Mam świadomość faktu, że tej mojej pisaninie tu i ówdzie sporo brakuje. Jestem amatorem, a nie żadnym literatem. Pisanie to dla mnie zabawa.

Okazuje się jednak, że taka zabawa może być ryzykowna. Na trzech portalach naubliżano mi, czasem za merytoryczne uwagi o tekście, w paru przypadkach, sam nie wiem za co. Biorąc pod uwagę, że kierownictwa dwóch z tych portali nie reagują na to, co tam się dzieje, przypuszczam, że są to takie same szumowiny, jak ich klientela.
Szczególnie zabawny jest jeden portal. Dwie zwalczające się bandy oszołomów, które nie chciały przyjąć do wiadomości, że nie należę do żadnej z nich. Dodam, że nie znalazłem tam tekstu, w którym widzę jakieś istotne walory literackie.

Na PP ludzie zachowują się kulturalnie, co wysoko sobie cenię. No i jest tu sporo bardzo dobrych tekstów, szczególnie poezji. Nie komentuję jej, bo nie uważam się za znawcę, jednak wiele utworów czytam z przyjemnością.

Pozdrawiam i również życzę miłego weekendu
wioskwy52
Jaga dnia 14.10.2017 12:24
Tekst przeczytałam z zainteresowaniem. To ciekawa historia o szukaniu swojego miejsca na ziemi. Miałam wrażenie, że opowiadasz ją jak ktoś znajomy przy kominku :) Zaprosiłeś mnie do swojego prywatnego życia. Dzięki za zaufanie :)

Pozdrawiam ciepło,
Jaga
P.S. Bardzo dobrze Cię rozumiem, bo ja jestem w trakcie przeprowadzki z dużego miasta na prawdziwą wieś. Nie ma tu sklepu, nie dojeżdża żaden autobus...i jest pięknie!
To mój wybór, choć znajomi wciąż się dziwią;)
Pozdrawiam ciepło,
Jaga
wioskowy52 dnia 14.10.2017 12:41
Jago

Twój sukces będzie zależeć od tego, jak będą układać się Twoje kontakty z miejscowymi. Zwykle jest to początkowa nieufność. Poza tym, sporo ludzi z miasta wywyższa się, a takich przybyszów nikt nie lubi. Nam udało się bardzo szybko przełamać lody.
Dużo zależy też od Twojego charakteru i zdolności przystosowawczych.
Ale po co ja Ci to piszę?
Skoro się zdecydowałaś, to zapewne wiesz, co robisz.
Powodzenia! :)

Miło mi, że tekst Ci się spodobał.
Pozdrawiam Serdecznie
wioskowy52
retro dnia 14.10.2017 15:47
Hm, dla mnie pisanie to nie tylko zabawa, to już pasja. Jakie są tego skutki? Nie mi to oceniać, ale jeśli coś tak raduje i uskrzydla, i nikogo nie krzywdzi to chyba warto to kontynuować? I o to mi w sumie chodziło.

Pozdrawiam,
Retro
JOLA S. dnia 14.10.2017 16:24 Ocena: Bardzo dobre
Przeczytałam bezpretensjonalny tekst o życiu, które można zdefiniować jako autobiografię.
Oceniając: z wyczuciem i refleksją poruszyłeś problem mogący się zdarzać każdemu, kto opuszcza wielkie miasto i rusza w nieznane.

Przyznaję tekst napisałeś poprawnie i pomysłowo. Czytało się wartko.


Pozdrawiam cieplutko, :)

JOLA S.
wioskowy52 dnia 26.10.2017 12:40
Dzięki za komentarze
Pozdrawiam Serdecznie
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Protimus
13/12/2017 02:00
Naprawdę nie ma żadnych błędów językowych, merytorycznych… »
Skuul
13/12/2017 00:45
Wciągające, czyta się super. Czekam na kolejną część ;) »
Zola111
13/12/2017 00:24
Jacku, 1. Wstaw "zajawkę". Dalej: -… »
Leszek Sobeczko
12/12/2017 23:54
no nie! to ja Cię wyciągam z ... a ty brniesz w grafo; no… »
Miladora
12/12/2017 23:03
Tekst po korekcie. Rekomenduję do wirtajek. :) »
JOLA S.
12/12/2017 22:51
Maczku, bardzo, bardzo dziękuję. Mam podobne… »
Silvus
12/12/2017 22:46
:) PS. Zmieniłaś tytuł i chyba więcej rozumiem (tzn.… »
ma_rychna
12/12/2017 22:30
@Silvus dziękuję za podpowiedź, Wróciłam do motyli. Może… »
maak
12/12/2017 22:13
Sny niezwykłe, zapamiętane, są fantastyczne. Z nich można… »
Silvus
12/12/2017 22:04
A to o to chodzi! No widzisz, ja jestem niedomyślny jak… »
Nalka31
12/12/2017 21:50
Gago, bardzo mi miło. :) Dziękuję za bytność i… »
Pmm
12/12/2017 20:34
Leszek Sobeczko Co ma piernik do wiatraka? Trudno… »
Protimus
12/12/2017 19:51
Nie pisałem, że miał ze sobą tarczę (mogę się mylić, jestem… »
Leszek Sobeczko
12/12/2017 18:38
Tak ma_rychno, z tym tylko, że tymi marzeniami zrobiłaś… »
22227
12/12/2017 18:37
Mam mieszane uczucia, na początku jest ok. Opisujesz swoje… »
ShoutBox
  • JOLA S.
  • 12/12/2017 21:26
  • Grzeczna i cierpliwa.CMOK.:)
  • Esy Floresy
  • 12/12/2017 21:20
  • Grzeczna - to pojęcie względne ;)
  • JOLA S.
  • 12/12/2017 15:56
  • Już jestem grzeczna.CMOK:)
  • Miladora
  • 12/12/2017 15:17
  • Dziewczyny - nie rozdwoję się, wszystko po kolei. :)
  • Silvus
  • 12/12/2017 12:23
  • @Carve, zobacz kategorię bezpośrednio w "Bibliotece" -> [link]
  • Carvedilol
  • 12/12/2017 12:17
  • Jak teraz można podglądnąć teksty dodane do wirtajek a jeszcze nie zaklepane - bo teraz automatycznie na stronę wirtajki przerzuca
  • JOLA S.
  • 12/12/2017 11:56
  • "Księga Wspomnień Myszy" czeka na korektę. :)
  • kamyczek
  • 12/12/2017 11:44
  • Miłego dnia wszystkim.
  • Miladora
  • 12/12/2017 11:05
  • napisz bajkę dla dzieci i wróć :) Wirtajki czekają na autorów
Ostatnio widziani
Gości online:28
Najnowszy:Hofackeraq6k
Wspierają nas