Cygan - Radeks
Proza » Inne » Cygan
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

 

Cygan

 

- Ja nie jestem żaden Cygan! Jestem, normalny Polakiem, tyle tylko, że mam ciemną karnację. Zresztą tobie nie chodzi o to, że wyglądam inaczej. Ty mi po prostu zazdrościsz. Zazdrościsz mi mojego wielkiego kutasa. Myślisz, że nie widziałem pod prysznicami albo na basenie jak na niego patrzysz? Widziałem, wszyscy tak patrzycie. Chciałbyś mieć takiego choć przez chwilę, co? Na plaże byś pewnie poszedł. Zobaczyłbyś zaciekawiony wzrok kobiet, ich uśmieszki, zobaczyłbyś wściekłe, zazdrosne spojrzenia ich facetów. To o to chodzi, o zazdrość chodzi.
- O kutasa? A na chuj mi twój kutas, palancie. Przecież to kalectwo jest. Pomińmy nawet to, gdzie ty znajdziesz kobietę, która byłaby gotowa „przyjąć” coś takiego? Ten twój organ zabiera ci przecież tyle krwi z organizmu podczas podniecenia, że z miejsca mdlejesz. Co? Zdziwiony? Myślałeś, że uwierzyliśmy w narkolepsję? Otóż nie, nie uwierzyliśmy. Także faktycznie, mam ci czego zazdrościć. Masz skarb chłopie, wielki skarb, którym nawet pobawić się nie możesz. Masz, Cygan skarb, tyle, że w gablotce, he he. Już lepsze są nasze, zwykłe słowiańskie kutasy, bo i pobzykać możemy i krzywdy nikomu nie zrobimy. A poza tym, na co komu wielka pała w naszej obecnej sytuacji? Płyniemy w jakiejś gównianej zabawce, w pontoniku, który jest naszą jedyną ochroną przed potęgą przyrody. Powiedz mi proszę, do czego twój przeogromny interes jest nam obecnie niezbędny? Co nim będziesz robił? Ryby wabił? A może jak jakaś mewa przysiądzie na burcie to ty ją tym walniesz, co? Jak maczugą walniesz, bo to chyba jedyne racjonalne zastosowanie tego twojego „daru”. Zobacz, dookoła nie ma niczego, dosłownie niczego. Woda, horyzont i bezkresne niebo. Nic więcej. Nie wiemy gdzie jest ląd, nie wiemy czy ktoś nas odnajdzie. Nie mamy pojęcia jak długo jeszcze przyjdzie nam tak dryfować. A ty mi tu z kutasem wyjeżdżasz?
- Dobra, już dobra, mikrusie. Masz rację. Musimy się jakoś zorganizować, zdobyć pitną wodę i coś do jedzenia. Kiedyś czytałem o takim meksykańskim rybaku którego sztorm w łódce wywalił na środek oceanu. Dwa albo i trzy miesiące tak pływał. Wiesz jak sobie poradził? Łapał żółwie morskie, pił ich krew i jadł mięso. To go uratowało.
- Żółwie morskie powiadasz? Świetnie. Tyle tylko, że my płyniemy po Bałtyku, tutaj nie ma żółwi morskich, nie wysilaj się, lądowych też nie ma. Tutaj nie ma niczego. Praktycznie nie ma żadnego życia. Przez ostatnie sto lat zrobiono z tego morza śmietnik, zlewisko wszelkiego syfu z otaczających je krajów. Potopiono tysiące ton broni chemicznej, codziennie spływają do niego miliony litrów zanieczyszczeń, a ty mi o żółwiach mówisz? Wymyśl proszę coś innego, albo przypomnij sobie artykuł o jakimś bałtyckim rozbitku, ok.?
Kto chciał na ponton? No kto? Daj Krzysiu, wujek z tatusiem zaraz wrócą, trochę tylko popływamy. Nie mogliśmy jak normalni ludzie popływać przy brzegu? Po jaką cholerę brałeś ten silnik elektryczny.
- Chciałem Ci pokazać jak zajebiście widać ląd z morza.
- No to mi pokazałeś. Dziękuję.
- Skąd mogłem wiedzieć, że silnik padnie, a nas prąd wywali na środek morza?
- Z głowy, debilu. Z wyobraźni. Zresztą nieważne, kłótnia w tej chwili niczego nie zmieni. Zaczyna robić się ciemno i dzisiaj już raczej nic sensownego nie wymyślimy. Siadaj lepiej i zobacz lepiej jaki zajebisty zachód słońca, no petarda po prostu.
- Faktycznie zajebisty.
Musicie wiedzieć, że był to zachód słońca z gatunku tych mistycznych, tych które widzi się maksymalnie kilka razy w życiu, i to jedynie pod warunkiem, że jest się marynarzem. Zwykły śmiertelnik jeśli ma szczęście to zobaczy coś takiego raz w życiu. Ten obraz wgryza się w korę mózgową, zostaje w człowieku do końca życia. Jest nieusuwalny. To z pewnością jedna z tych scen, które przelatują przed oczami w chwili śmierci. Siedzieliśmy tak nic nie mówiąc, szczęki opadły nam aż na dno pontonu. Morze kołysało, na niebie nie było ani jednej chmurki, i dzięki Bogu, żadnej mewy. Byliśmy daleko od brzegu i te okropne ptaszyska nie były wstanie zakłócić swoim okropnym skrzekiem tak wspaniałego przeżycia. Było to niczym niezmącone piękno, piękno w najczystszej postaci.
Ten sielski obraz przerwał nagły hałas, głośny dźwięk bulgoczącej wody. Natychmiast obróciliśmy głowy w tamtą stronę i ujrzeliśmy kipiel, coś jakby wielkolud puszczał bąki w przeogromnej wannie. Wieloryb? Tutaj? Słyszałem kiedyś o wielorybach w Bałtyku, ale myślałem, że to bardzo rzadkie i odosobnione przypadki. Zatopi nas, jak nic nas zatopi, nawet nie zauważy takiej łupinki. Co robić? Co, kurwa, robić? Woda bulgotała coraz bardziej, wyglądało to jakby wrzała. Bąbli było coraz więcej i więcej. To były w zasadzie sekundy, nawet nie zdążyłem zastanowić się co dalej, a z kipieli wynurzyła się antena, powstały duże fale, nami zatrzęsło, zakołysało i obaj upadliśmy na podłogę. Wstawanie z miękkiego dna pontonu, wstawanie we dwóch to nie jest łatwa czynność. Ledwie jeden złapie trochę równowagi, to ciężar drugiego i bujanie fal powodują kolejny upadek. Nie ma szans, obaj nie wstaniemy w ten sposób, trzeba na kolanach dopełznąć do burty i przy jej pomocy próbować wstać. Doczołgaliśmy się wreszcie, musiało to trwać pewnie dłuższą chwilę, unieśliśmy wreszcie głowy i zobaczyliśmy to. Przeogromną łódź podwodną, gigantyczne cygaro długości boiska do nogi.
- O kurwa, jakie to jest wielkie! - powiedział Cygan i spojrzał na mnie.
- Fakt, zajebiście wielkie, Jak ogromny, pływający fiut – Nie wiem czemu mi się to skojarzyło, może dlatego, że według jednej z teorii nam facetom wszystko kojarzy się z jednym? A może dlatego, że w tej właśnie chwili stojący obok Cygan drapał się po jajkach?
- Albo wielki kloc - dodał.
- No – odpowiedziałem, po czym obaj wybuchliśmy głośnym śmiechem.
Radość przerwało otwarcie włazu, z którego wyłonił się golusieńki facet. Za nim wyszła reszta załogi. Golas biegał tam i z powrotem po pokładzie, a pozostali wrzeszcząc i krzycząc walili go klapkami po dupie. Nas zauważyli dopiero po chwili. Zamilkli, znieruchomieli, a koleś przestał biegać. Nami wstrząsnął dziwny dreszcz. Patrzyło bowiem na nas kilkadziesiąt totalnie zaskoczonych par oczu . Patrzyło tak jak dzieci przyłapane na niedozwolonej zabawie. Cały czas bacznie nas obserwując zaczęli ze sobą rozmawiać. Po chwili, która dla nas wydała się wiecznością, na pokład wyszedł jakiś facet, wziął megafon i powiedział:
- Här Svenska marinen, vem är du och vad gör du här?
Szwedzi. Dzięki Bogu, Szwedzi. A może nie? Może nie dzięki. U nich przecież taka rozwiązłość. Może im wszystko jedno czy facet czy babka? Może są w morzu od bardzo dawna i mają ochotę na świeże mięsko? O matko.
To dokąd myśmy dopłynęli? Do Szwecji? Jakim cudem? Te prądy morskie to faktycznie gruba sprawa, nie wiedziałem, że to aż taka moc.
- Sorry, we don't speak swedish! – krzyknął Cygan. Brawo pomyślałem, taka noga był z anglika w szkole, a tu proszę, „we don’t speak”.
Od słowa do słowa, bo na szczęście prawie wszyscy Szwedzi znają angielski i z komunikacją nie było problemu, okazało się, że oni przeganiali kucharza po pokładzie. Był podobno tak leniwy i gotował tak paskudnie, że od czasu do czasu trzeba było go upokorzyć żeby wrócił do „pionu”. Ponoć zimą efekt był natychmiastowy. My opowiedzieliśmy im naszą historię, ale odniosłem wrażenie, że nie bardzo w nią uwierzyli. Powiedzieli, że nie mogą nas zabrać, bo jakieś manewry mają, ale powiadomili kogo trzeba, i że pomoc już do nas płynie. Dali nam kapoki, jedzenie, trochę pitnej wody i pożegnaliśmy się. Marynarze weszli do łodzi, właz się zamknął i po chwili okręt zniknął w odmęcie.
- Szkoda, że to nie była łódź pełna Szwedek w bikini, co? Albo nudystek nawet. Oni w tej Szwecji ponoć nie mają obiekcji do takich spraw – powiedziałem i obróciwszy się spojrzałem na Cygana. Ten momentalnie zrobił się blady, wzrok mu uciekł do góry i zemdlał.
Podniecił się bidula, na samą myśl o tych dziewczynach się podniecił. Krew mu odpłynęła z głowy i padł. Mimochodem spojrzałem na jego kąpielówki, o matko, kolos, po prostu gigant. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem go w „akcji” i mam nadzieję, że po raz ostatni. Nie chcę już więcej tego oglądać. Powiem tylko tyle, że nie jestem pewien czy nawet bermudy pomieściłyby to wszystko co on tam miał.
- Cygan wstawaj, no już, wstawaj. Szwedki odpłynęły, już ich nie ma. Obudź się.
- Co, co się stało? – spytał, półprzytomnie.
- Ano się zemdlało panu. Muszę uważać co do ciebie mówię, bo napędziłeś mi stracha chłopie.
- Przepraszam, nie miałem na to wpływu. O, zobacz. Widzisz światła? Coś płynie w naszą stronę.
- To straż przybrzeżna – powiedziałem.
God kväll– krzyknął wielki gość z pokładu. Podpłynęli do nas, rzucili linę, a my po chwili byliśmy już na pokładzie. Gdy szliśmy nikt nie patrzył na nasze twarze. Wszyscy gapili się tylko na gacie Cygana, musiał im chyba zaimponować tym swoim rozmiarem. Gdybyście mogli zobaczyć wtedy jego twarz, ten uśmiech tryumfu, to poczucie dumy. To była defilada zwycięzcy, pokaz siły. Szwecja legła u jego stóp, a właściwie u jego …
Kapitan okazał się być zwykłym facecikiem, małym człowieczkiem o kaprawych oczkach i aparycji urzędasa. Przeciwieństwo naszego wyobrażenia typowego Nordyka. Spytał tylko czy jesteśmy głodni, czy nie jest nam zimno i zakomenderował coś podwładnym. Silniki ruszyły i zaczęliśmy płynąć. Dziwne, o nic nas nie pytał, niczego nie chciał wiedzieć. Może ci goście z łodzi podwodnej powiedzieli mu już wszystko przez radio? My nie mieliśmy już sił na pytania o cokolwiek. Ledwie przyłożyliśmy głowy do poduszek, z miejsca zasnęliśmy.
Obudził nas krzyk mew i zapach portu. Dopłynęliśmy. Tylko dokąd? Ubraliśmy się w ciuchy które dostaliśmy od załogi i chcieliśmy wyjść z kajuty by z pokładu zobaczyć co i jak, ale drzwi były zamknięte na klucz. Na stole stało śniadanie, może śniadanie to za dużo powiedziane. Chleb i otwarta konserwa, nawet nie wiadomo z czego, bo po Szwedzku nie znam ani słowa. Na szczęście była kawa, dzbanek pysznej, gorącej kawy.
Gdy już zjedliśmy i wypiliśmy, podeszliśmy do okna, rozejrzałem się i powiedziałem:
- Karlskrona, nie ma wątpliwości, to Karlskrona.
- Skąd wiesz? Byłeś tu kiedyś?
- Nie, nie byłem. Pierwszy raz tu jestem.
- To niby skąd wiesz, mądralo? – spytał lekko poirytowany Cygan.
- Przeczytałem napis na murze, gamoniu. – powiedziałem i zacząłem się śmiać.
On wykrzywił tylko usta w grymasie. Nie lubił gdy ktoś sobie z niego drwi lub go ośmiesza. Zresztą nikt tego nie lubi, prawda?
Czekając na to co los przyniesie, usiedliśmy w milczeniu. Kto by się spodziewał takiej przygody. Wczoraj plaża, parawaning, słońce i spokój. I ten jego kretyński pomysł z pontonem. Potem okręt podwodny, golas, noc na statku. Nikt nam nie uwierzy jak wrócimy do domu. Sami sobie nie wierzymy, pomyślałem.
Z zadumy wyrwał nas dźwięk przekręcanego zamka. Drzwi się otworzyły, a w nich stanął brodaty Arab w galabiji.
- Sabāḥ al-ẖáyr- powiedział.
- Co?! – spytaliśmy obaj.
- Sabāḥ al-ẖáyr- powtórzył brodacz.
- Nie mam pojęcia co on do nas powiedział, a ty Cygan?
- Ja też nie.
Wstaliśmy, ukłoniliśmy się i po angielsku opowiedzieliśmy kim jesteśmy i co tutaj robimy. Skinął ręką na znak żebyśmy poszli za nim.
Idąc ze statku kierowaliśmy się w stronę budynku z napisem „EMIGRATION KONTOR”.
- Ty to chyba jakiś urząd emigracyjny, albo coś takiego – powiedziałem do Cygana.
- Pewnie tak. Ciekawe co z nami teraz będzie?
- A co ma być, wyjaśnimy wszystko i wrócimy do domu.
- Ta, ciekawe jak?
- Normalnie, promem. Trochę optymizmu człowieku, trochę wiary.
Biuro nie wyglądało jakoś szczególnie, nic ciekawego, parę stołów, krzeseł, lampki na biurkach. Nie były to meble z Ikei, oj nie. Oprócz Araba za stołem usiadło jeszcze dwoje ludzi. Porozkładali swoje rzeczy, papiery, szpargały i się zaczęło.
Początkowo brodacz gadał tylko po arabsku, ale gdy z naszej strony nie powodowało to innej reakcji, niż „ we don’t understand”, zmienił język na angielski. A to co powiedział było dla nas obu jak grom z jasnego nieba.
„Witamy w Szwecji, przyjaciele. Nie jesteśmy nawet w stanie wyobrazić sobie tego ile musieliście wycierpieć próbują się tutaj dostać. Rozumiemy , że wojenna trauma mogła spowodować u w was niechęć do używania języka arabskiego. Nie bójcie się. Jesteście już bezpieczni. Królestwo Szwecji otoczy Was należytą opieką. Jeśli tylko będziecie chcieli możecie tutaj zamieszkać, my zaś postaramy się stworzyć Wam nowy, lepszy dom”
- Kurwa Cygan, oni wzięli nas za uchodźców, ja pierdolę, za uchodźców – powiedziałem oszołomiony.
- Na to wygląda- odpowiedział równie zdumiony Cygan. Ale po chwili dodał – Może to i dobrze?
- Dobrze? Posrało cię? Dlaczego dobrze?
- Nie układa mi się z Halinką, jesteśmy już po pierwszej sprawie rozwodowej. Nic nie mówiłem, wiesz, to żaden powód do dumy. Pojechaliśmy z Wami na wakacje bo już dawno były opłacone i nie chcieliśmy wystawiać Was do wiatru. Powiedz, co mnie trzyma w Polsce? Praca? Daj spokój, za tysiąc sześćset, bez perspektyw, bez nadziei na awans. Rodzice nie żyją, dzieci nie mam. Ja nie mam po co wracać.
- Serio mówisz?
- Serio. Powiedzmy im ,że ja jestem uchodźcą, jestem ciemny, włosy czarne, wyglądam przecież jak Cygan, sam zawsze tak mówiłeś. A Cygan z wyglądu to prawie jak Arab, nie?
- Fakt, i jeszcze ta pyta, żaden biały takiej nie ma, a u Arabów to ponoć rzecz powszednia.
- No widzisz, i jeszcze pyta - przytaknął. Poświadczysz?
- Poświadczę przyjacielu – powiedziałem i oczy zaszły mi łzami. Znaliśmy się od dziecka. Podwórko, szkoła, tony przeżyć, wspomnień. Całe życie zawsze byliśmy blisko siebie. On też zaczął płakać.
Musiało to wyglądać bardzo sugestywnie, bo Szwedzi pomyśleli chyba, że my płaczemy ze szczęścia, że opuszczają nas demony przeszłości.
 
Powiedzieliśmy im, że ja to Polak, który z rodziną wypoczywał w Rowach, że Cygan zaszantażował mnie nożem i porwał razem z pontonem. I chodź historia była tak kretyńska i tak grubymi nićmi szyta to oni jednak w nią uwierzyli. Jakimś cudem w nią uwierzyli. Przyjechał Polski konsul i po potwierdzeniu mojej tożsamości, wystawił tymczasowy paszport. Szwedzi zapakowali mnie na prom do Gdańska i wróciłem na łono ojczyzny.
A Cygan? Trzymali go przez jakiś czas w ośrodku dla uchodźców, ale że znał jako tako angielski i bardzo łatwo wszedł w kulturę zachodu, to już po trzech miesiącach dostał stosowne papiery. Znaleźli mu pracę na basenie uniwersyteckim, sprzątał tam czy coś takiego. Niestety za każdym razem widząc dziewczyny idące się kąpać, nasz Cygan padał na ziemię jak rażony piorunem. Dostał rentę na to. Rozumiecie? Dostał rentę za swój ogromny interes. Mieszka teraz na północy i już nic nie musi. Od czasu do czasu odwiedza mnie w Polsce i wspominamy przy wódeczce naszą niewiarygodną, morską przygodę.
 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Radeks · dnia 10.10.2017 20:13 · Czytań: 86 · Średnia ocena: 3 · Komentarzy: 3
Komentarze
Jacek Londyn dnia 10.10.2017 20:56
Tak sobie myślę, że gdybyś wyrzucił tego ch.. i parę kurew za burtę, to byłby z tego śmieszny tekst.
Historii, której fabuła na ch... się zasadza i do renty prowadzi, nie kupuję. :)

Do następnego, pozdrawiam
JL
yontek dnia 10.10.2017 22:04
Dziwne trochę, ni to fantastyka, ni real. Jakby przekombinowane. Chłopaki znaleźli się nagle na pełnym morzu, a takie długie wypowiedzi? W takiej sytuacji człowiek jest raczej zdenerwowany, mówi, szybko, skrótowo, zastanawia się co robić, a ci na luzie dyskutują o kutasie i podziwiają zachód słońca. Nienaturalne i naciągane.
Po pierwszej lekturze nie rozumiałam też ilu ich w ogóle było na tej łodzi.
JOLA S. dnia 11.10.2017 07:34 Ocena: Dobre
Wkładając w usta bohaterów określone słowa /tu mam na myśli wulgaryzmy/, Autorze stwarzasz określoną sytuację odbioru; dajesz opowieści jakiś kontekst. Jeśli świadomie, konsekwentnie i celowo to zrobiłeś, to ok. Ale wydaje mi się to niezmiernie trudne, to trochę tak, jak poruszanie się po cienkim lodzie. Zarówno w realizacji, jak i w odbiorze, łatwo o efekt komiczny. W tym przypadku, najprawdopodobniej niechcący, ale tak wyszło.

Efekt "mocnego, męskiego" tekstu można osiągnąć innymi środkami. Oczywiście to zawsze decyzja autora.



Pozdrawiam :)

JOLA S.
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Silvus
19/10/2017 00:36
Następnym razem. :) <zastanawia się nad tym> A… »
Zola111
19/10/2017 00:27
Procesjo, w powiązaniu z tytułem wiersza tekst brzmi… »
ElaM
19/10/2017 00:17
I moja interpretacja legła w gruzach... a tak mi się… »
kamyczek
19/10/2017 00:00
Allasko, dziękuję za odwiedziny i komentarz, cieszę się,… »
Miladora
18/10/2017 23:41
Gdy dopracujesz, to powiedz. :) Przyjdę i popatrzę. »
Miladora
18/10/2017 23:38
Warto byłoby jeszcze trochę dopracować ten tekst, Procesjo.… »
olsza37
18/10/2017 23:34
Mirador dziękuję bardzo cenne uwagi i od razu ten wiersz… »
Silvus
18/10/2017 23:31
No to nie rozumiem. Jeśli nie na rozstaj dróg, to na… »
ElaM
18/10/2017 23:12
Nienawidzę matematyki, niemniej kocham poezję. Twój wiersz… »
Miladora
18/10/2017 23:00
Bardzo dwuznaczne zakończenie. Powiedziałabym wręcz, że… »
Miladora
18/10/2017 22:51
Zgadzam się z tym. :) Podkreślone to przypadkowy rym… »
ElaM
18/10/2017 22:50
Ja bym napisała, gdzieś na rozstajne i nie mam na myśli… »
Niczyja
18/10/2017 22:25
Jacku Londynie, Niektóre szkolne wypracowania bywają ładne,… »
Silvus
18/10/2017 22:24
Racja. Mogłem również postawić kropki. Wybrałem… »
Esy Floresy
18/10/2017 22:23
ElaM, nic nie poradzę z "niepodobasiem", bo o… »
ShoutBox
  • allaska
  • 18/10/2017 13:08
  • jak miło czasem poczytać coś po polsku ;)
  • mike17
  • 17/10/2017 22:20
  • Mądre, a w jakim sensie? Ja uważam, że są zwyczajne. Dla każdego. I każdy może wejść w tę tematykę i ją całym sobą poczuć. Bo czym jest napisanie utworu? Kontaktem z piosenką i daniem czegoś z siebie.
  • Silvus
  • 17/10/2017 21:54
  • Właśnie @Krzysiowi chodziło raczej o to, że Twoje utwory, @Mike, są mądre, a więc nie sztuka napisać do takich mądry tekst.
  • Esy Floresy
  • 17/10/2017 21:47
  • Nie ma to jak czytanie ze zrozumieniem ;)
  • mike17
  • 17/10/2017 19:30
  • Czas na napisanie utworu masz do 31 października. Czy moje utwory są popową papką. Raczej nie sądzę. Ale fajnie się do nich pisze i w to bezwzględnie nie wątpię, zatem ready, steady, go!
  • Krzysztof Konrad
  • 17/10/2017 19:00
  • A do kiedy jest czas na dodanie tekstu? Mógłbyś czasem dać jakąs popowa papkę. Nie sztuka napisać coś do mądrej piosenki, a prostego chłamu ^^
  • mike17
  • 17/10/2017 17:59
  • Siemanko, Krzysiek :) Fajnie, że się pojawiasz. Wbijaj do mojego konkursu w prozie MUZO WENY 5, gdzie możesz dać czadu jako prozaik i pokazać, na co cię stać, a konkurs jest dość łatwy :)
  • Maru
  • 17/10/2017 17:46
  • "Brat twój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się"... :p
Ostatnio widziani
Gości online:37
Najnowszy:nertysafa3
Wspierają nas