Kompost - Antabuss
Proza » Obyczajowe » Kompost
A A A

Marek w momencie rozpoczęcia pracy w „Sensgumie” obiecał sobie jedno: że będzie to krótki, nic nie wnoszący epizod jego życia. Epizod, który szybko się skończy nie pozostawiając po sobie nic szczególnego, o czym warto było myśleć, a tym bardziej rozmawiać podczas świątecznych obiadów z dalszą rodziną, przy suto zastawionych stołach. Że będzie to coś przejściowego, jak kac, jego dotychczasowe związki, albo silna biegunka. Po prostu kolejny przystanek na pokrętnej drodze życia, prowadzącej do... Na pewno do czegoś innego.
Marek nie wiedział wtedy, jak bardzo się mylił.
Praca w zakładzie produkcji „Sensgum” trwa już prawie siedem lat. O 5:45 Marek stoi przed lustrem, przygląda się uważnie swojej twarzy, która zdaje się należeć do starszego człowieka. Człowieka, który kiedyś za bardzo się bał i któremu teraz, coraz częściej jest wszystko jedno. Ma przekrwione oczy, kępki sterczących, siwych włosów po bokach przypominają mu o tym, że najwyższa pora udać się do fryzjera i że czas, to nieprzejednany skurwiel, któremu NIGDY nie jest wszystko jedno. Otwiera usta, patrzy na swoje zęby. Nie jest tak źle – myśli, ale ta krusząca się trójka, którą leczył niecałe dwa tygodnie temu i na którą wydał prawię połowę swojej miesięcznej pensji, nieco go dołuje. Dentystka, kobiecina o miłym usposobieniu, całkiem zgrabna, lubiąca gawędzić o swoim „niesfornym yorku” podczas wypełniania mu kanałów, obiecała, iż plomba będzie najwyższej jakości. Jak widać nie była. Marek musi to jakoś załatwić. Jak mawiała jego matka: „zęby to podstawa w życiu dorosłego człowieka” i on się z tym całkowicie zgadza.
Jego twarz pełna jest dziwnych, czerwonych plam, które pojawiają się regularnie po czym znikają, jednak tak jak wszystkim, brak mu czasu, a tym bardziej chęci, by iść do lekarza i pytać go o diagnozę, a potem patrzeć w jego znudzone i zobojętniałe, lekarskie oczy, ze wzrokiem utkwionym gdzieś obok i myślami daleko, daleko stąd. Wyobraża sobie te niekończące się polskie, szpitalne kolejki, ciągnące od świtu do zmierzchu, kolejki babć i dziadków, szczególnie babć, którym świadomość, że ich stare ciała powoli odmawiają posłuszeństwa jest rzeczą niepojętą i odechciewa mu się. Plamy mogą poczekać. I poczekają. Unosi dłonie, zniszczone monotonnym zajęciem z wyraźnymi odciskami po zewnętrznej stronie przegubu, przeczesuje palcami włosy, ciężko wzdycha.
6:10 oznajmia mu zegar wiszący w kuchni. Za dwadzieścia pięć minut będzie stał na skrzyżowaniu, kilka ulic dalej od swojego domu, palił białoruskiego papierosa i czekał na szarego volkswagena, którego widać będzie z daleka, przeważnie za kwadrans siódma. Tymczasem jeszcze posiedzi chwilę na krześle, popatrzy na poplamione tłuszczem kuchenne panele, a jego myśli będą zawieszone w absolutnej pustce.

W zakładzie witają go wciąż te same twarze. Niektóre z nich tkwią w tym miejscu od czasu obalenia komuny. Nie narzekają. Narzekają jedynie nowicjusze. Żółtodzioby, którzy śmieszą cały zakład lepiej niż Latający Cyrk Monty Pythona i Louis De Funes razem wzięci. Żółtodzioby też się śmieją, lecz potem... potem ogarnia ich przerażenie, a potem, jeśli nie uciekają, już nie ma w nich ani strachu, ani śmiechu.
„Przyzwyczaisz się” – powiedział kiedyś Krzysiek, gdy Marek po raz pierwszy zdejmował podziurawione rękawice i patrzył z niedowierzaniem na swoje dłonie, na których niczym pąki czereśni, kwitły w pełni ukształtowane bąble. Pęcherze, pękające później od nakłuwania igłą, niczym urodzinowe balony. Krzysiek miał rację. Marek się przyzwyczaił. Po trzech miesiącach jego dłonie podczas odbierania rozgrzanej wprost z pieca gumy, poruszają się z gracją doświadczonego chirurga. Tylko od czasu do czasu, zdarza mu się poparzyć ręce, ale tak jak mówił Krzysiek, szło się przyzwyczaić.
W zakładzie pracują również kobiety. Czyszczą gumę, układają ją do forem, odcinają niepotrzebne resztki. Witają się z Markiem skinieniem głowy i namiastką uśmiechu, po czym wracają do skubania gumy. Ich oczy, niczym Bałtyk: szare i zimne, jednak jakby skrywające w sobie jakieś niepojęte tajemnice. Coś co jeszcze się tli, jednak strasznie ciężko jest TO określić. Popękane usta, sucha blado-ziemista cera i zniszczone dłonie, które dawno zrezygnowały z utrudniających pracę rękawic. O tych kobietach nie czyta się w gazetach. Nie spotyka się ich w salonach urody z pełnym pakietem usług upiększających. Nikt nie robi im zdjęć na słonecznej plaży w Grecji, na leżaku, z drinkiem w jednej i wachlarzem w drugiej ręce. Albumy ze zdjęciami już od dawna spoczywają w piwnicach, wśród niepotrzebnych gratów i zapomniane kurzą się na najniższych półkach szafek. Kobiety po zakładzie poruszają się niczym zjawy, bezszelestne fantomy przemykające niemal niedostrzegalnie. Pracują szybko i w milczeniu, nigdy nie odzywają się pierwsze.
Monitorujące pracowników kamery, rejestrują każdy ruch. Ostatnio zwolniony został pracownik, gdyż wyszedł dziesięć minut przed końcem zmiany, co nie umknęło uwadze kamerom. Na drugi dzień, na biurku kierownika, czekały na niego dokumenty i koperta z pieniędzmi za przepracowane dwa i pół tygodnia. Nie pomogły żadne tłumaczenia.
Przez kolejne tygodnie pracownicy zakładu wychodzili dwadzieścia minut po skończeniu własnej zmiany.
Ostatnio też, jednemu z nich urodziło się dziecko. Dostał on telefon ze szpitala: jego żona właśnie wydała mu na świat syna. Pracownik przyjął tę informację jak prognozę pogody, podziękował za powiadomienie, schował telefon do kieszeni, po czym powrócił do odcinania gumy.
Nikt nie chce się narażać szefowi. W miasteczku jest on „szanowanym człowiekiem sukcesu”. Jest jeszcze kilku takich. Trzymają się z reguły razem, zapraszają na bankiety, targi, pyta się ich o opinie, przydziela stażystów z Urzędu Pracy. „Zakład „Sensgum” zaangażowany do akcji w walce z bezrobociem” czytamy w lokalnej gazecie. Dyrektorem „Sensgumu” jest zięć prezesa, młody, dwudziestoczteroletni chłopaczek, z modną fryzurą na bok, w obcisłej polówce od Ralpha Laurena i kowbojskimi butami Lacoste, które jako jedyne wydają donośny stukot spod obcasów w całym zakładzie. Nieporadnie wychodzi mu udawanie zaangażowanego i zainteresowanego sprawami zakładu. W rzeczywistości, nie ma on bladego pojęcia co się wokół niego dzieje. Czasami można go spotkać podczas cząstkowych rozmów z pracownikami, udającego zatroskanego, kiwającego głową w geście zrozumienia. Swojego terenowego Nissana zostawia przed parkingiem o 9, (nie chce by jego samochód tak bardzo kontrastował ze starymi oplami, audi, volkswagenami czy fiatami), zaś o 13 po Nissanie zostają jedynie, głęboko odciśnięte na ziemi ślady opon. Kadrowymi „Sensgumu” są córki (przerażająco straszne po ojcu). To one decydują kogo przyjąć do pracy, a kogo odesłać z kwitkiem. Inne prace biurowe pełnią dalsi członkowie rodziny. Tak więc, jak głosi napis na szyldzie jest to: „Firma z długoletnią tradycją”.
Marek siada przy swoim stanowisku. Jest obolały i wycieńczony. Ostatnie miesiące dotkliwie dały mu w kość. Nie pije od kilku tygodni, przez co nie udaje mu się zasnąć przed północą. Pięciogodzinny sen niezbyt mu służy, zwłaszcza, że przez następne osiem godzin, będzie wykonywał monotonną pracę.
Monotonna praca przez pewien czas, miała jednak jedną zaletę. Marek mógł myśleć o czymś innym i robił tak, do czasu, aż jego myśli nie napotkały pewnej przeszkody, granitowej bariery, którą jest świadomość zmarnowanego życia.
W połowie pracy Marek wstaje i idzie do toalety. Kobiety widząc go podnoszą lekko głowę, jednak tym razem Marek ich nie pozdrawia, zapatrzony w swoje stopy idzie przed siebie i ignoruje każdego. Po wszystkim, uważnie myje ręce, wyciera papierowym ręcznikiem i w momencie gdy naciska klamkę coś przykuwa jego uwagę. Zawraca, wchodzi do kabiny, staje na kiblu i zbliża nos do kratki wentylacyjnej. Po chwili ma pewność. Gaz. Najprawdopodobniej musiało dojść do jakiejś awarii. Marek zeskakuje i niemal biegnie by powiadomić kierownika produkcji. Trzeba jak najszybciej ewakuować wszystkich pracowników. Tego typu sytuacje mogą skończyć się niewyobrażalną tragedią. Zakład w przeszłości miał już problemy. Związane głównie z bezpieczeństwem. Większość awarii naprawiana była przez samych pracowników, którzy w pośpiechu, niejednokrotnie improwizując, brali się za czynności zarezerwowane specjalistom. Marek stoi przed gabinetem kierownika i przez szybę w drzwiach widzi jak tamten gestykuluje, tłumacząc coś zawzięcie przez telefon. Wchodzi do środka, ignorując wielki, obrzydliwie protekcjonalny napis: „PRZED WEJŚCIEM PUKAĆ!!” i w tym momencie kierownik zakrywa słuchawkę dłonią:
- Człowieku, nie teraz na litość boską, czy wy nie umiecie nigdy samodzielnie myśleć? - po czym ponownie podnosi słuchawkę mówiąc kompletnie zmienionym tonem: - Chwileczkę panie Mieczysławie, proszę wybaczyć, momencik – znów zakrywa słuchawkę – Ileż trzeba wam powtarzać, że gdy się robi, to się robi, a nie wałęsa się po zakładzie. Wiesz ile mamy zamówień? Tylko do piątku musimy wyrobić trzy razy ponad normę! Pomyśl trochę…
I wtedy Marek robi to, na co czekał przez ten cały czas. Pozwala by trawiąca go przez lata monstrualna gula, boleśniejsza od wszystkich znanych mu dolegliwości, wydostała się na zewnątrz. Już nie oponuje. Już nie walczy.
Patrzy głęboko w oczy kierownika i powoli mówi:
- Odchodzę – po czym odwraca się, wypuszcza z ulgą powietrze i  pozostawia kompletnie osłupiałego kierownika zakładu.
Idąc przez zakład zatrzymuje się i krzyczy:
- Z toalety wydobywa się gaz, róbcie co chcecie, ale ja się stąd zmywam – po jego słowach kilkoro pracowników postanawia wyjść z budynku, większość spogląda na niego ze zdziwieniem, uśmiecha się pod nosem i pozostaje przy swoich zajęciach.

Kilka dni po wybuchu gazu w zakładzie „Sensgum” Marek siedzi w kuchni, pije kawę i czyta lokalna gazetę. Prezesowi firmy postawiono zarzut nieprzestrzegania przepisów, dotyczących norm bezpieczeństwa. Na jaw wyszło również kilka poważniejszych przekrętów.
Dwudziestu pracowników odniosło poważne obrażenia. Troje, w tym kierownik produkcji, straciło życie.
Marek, odzyskał je na nowo.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Antabuss · dnia 03.11.2017 09:27 · Czytań: 190 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 4
Komentarze
skroplami dnia 03.11.2017 16:12 Ocena: Świetne!
Przygwoździło, rozpłaszczyło, przejechało. Mnie i po mnie. Klimat i sytuacje znany większości, może. Minimum, co najmniej mi. Odchodzę - to piękne słowo :). Też znam :). Powyższego, takiej pracy, dużo w "wolnej" Polsce. Cudzysłów bo? Nie jest, nie była, nie będzie wolna. Nie tylko Polska, inne "państwowości" też. Nie mam na myśli zależności od innego państwa, wolność istnieje przede wszystkim w nas. ... :). Wystarczy, zbyt "dla niewielu" zrozumiałe. Przyjdzie z wiekiem ;). Tak, do mnie już :), ten wiek ;). Bardzo dobrze napisane, bardzo społeczny temat, bardzo prawdziwie i prosto oddany. A bywają gorsze i sytuacje, i prace, i codzienności. Dlatego warto pewne "odchodzę" używać i szukać. Bo już Bóg do człowieka na początku: "szukaj, znajdziesz" (cytat z Biblii). Jako niezwykle społeczne, z nauką dla wielu, zabieram do ulubionych.
Z pozdrowieniami dla autora.
Jaga dnia 05.11.2017 22:06
Dobry tekst. Poruszający. Choć nie znam tego z autopsji, bo kocham swoją pracę, współodczułam frustrację i cierpienie bohatera. Cieszę się, żę powiedział w końcu „Odchodzę”.
Mam nadzieję, że każdy ma taką swoją „cienką czerwoną linię”, której przekroczenie skutkuje nabraniem odwagi do przeciwstawienia się złu i zawalczenia o swoje życie :)

Pozdrawiam ciepło,
Jaga
Szymek dnia 06.11.2017 20:25
Cytat:
jego żona wła­śnie wy­da­ła na świat mu syna.

Raczej: jego żona właśnie wydała mu na świat syna.

Cytat:
Za­kład w prze­szło­ści miał już pro­ble­my Głów­nie zwią­za­ne z bez­pie­czeń­stwem.

Zgubiona kropka.

Cytat:
Marek sie­dzi w kuch­ni, piję kawę i czyta lo­kal­na ga­ze­tę.

pije*

Zgadzam się z powyższymi. Temat bardzo mi bliski, znam wielu takich Marków. Może dzięki temu będę trochę inaczej na nich patrzył.
Antabuss dnia 06.11.2017 22:40
Dzięki za czujność :). Poprawione.
skroplami, Jaga - dziękuje i również pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Zola111
19/07/2018 19:09
Jest! Dzięki, Lilu. z. »
Wiolin
19/07/2018 18:47
Witaj Wiktorze. Zacytowałeś niesamowicie piękny… »
liathia
19/07/2018 18:43
Dobrze czytasz, Wiolinie. Dziękuję za obecność, i słowa.… »
Wiolin
19/07/2018 18:32
Witaj Fuksiarz. No nie w tym momencie i nie w tym… »
Wiktor Mazurkiewicz
19/07/2018 18:27
Jedynie tytuł wiersza nie bardzo mi odpowiada, natomiast… »
Wiolin
19/07/2018 18:16
Witaj Golu. To jest niezły wiersz, tyle że trzeba by go… »
Bozena B
19/07/2018 18:05
Czy na pewno wyjedzie, a może raczej wyjdzie? ;) »
Lilah
19/07/2018 17:56
Zolu, jeszcze "i" - i nieproszonych żadnych gości… »
Wiolin
19/07/2018 17:30
Witaj Abi. Kto jak nie Bóg jest sprawcą… »
Wiolin
19/07/2018 17:17
Witaj Intro. Znowu, albo jak zwykle u Ciebie inaczej -… »
Wiolin
19/07/2018 17:10
Witaj Lathio. Nie wiem czy dobrze czytam wiersz, ale… »
Niczyja
19/07/2018 17:10
Dziekuje, Lilah. Ciesze sie, ze sie podobalo :) »
Niczyja
19/07/2018 17:09
Milutka ta bajeczka :) »
Wiolin
19/07/2018 16:54
Witaj 227. Eksperymentuję ze słowem, ze skojarzeniami… »
Zola111
19/07/2018 16:44
Lilu, dzięki. Pewnie, że lepiej. Serdeczności, z. »
ShoutBox
  • Fuksiarz
  • 19/07/2018 07:45
  • Hejka, jak widzicie mój nowy wiersz? Wprowadziłem poprawki, raczej wiedzę, którą nabyłem dzięki podzieleniu się komentatora przy wcześniejszym moim wierszu w komentarzu, dziękuję : )
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 23:26
  • Silvus - dokładnie tak, że przydatne dla czytelnika :)
  • allaska
  • 18/07/2018 22:01
  • dziś poczytałam o niepełnosprawnym dziecku pewnej znanej poetki. straszne myślę sobie... a poetka wysyła mi zdjęcie chorego synka i z uśmiechem pisze: zobacz jaki słodziak, no wzruszające kurka wodna
  • allaska
  • 18/07/2018 21:59
  • pada. i pada. dziś zabawa- dziecka stopa nadepnęła na kretowisko, z kolejnego kretowiska wytrysnęła woda. wzlatywały jeden za drugim w górę wodne wulkany. płonę. dzięki dziecku dotarłam do jądra :)
  • Silvus
  • 18/07/2018 21:53
  • Content-marketingowe? W sensie, przydatne? Będę pisać, jeśli coś mi przyjdzie do głowy. Dziękuję. :) :)
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 20:57
  • Ale fajnie, poradnikowe. Mocno content marketingowe Silvus. Good job. Pisz dalej.
  • Silvus
  • 18/07/2018 19:15
  • Mario, dziękuję. :) Nie nazywałbym tego blogiem, ot, luźne przemyślenia.
  • Silvus
  • 18/07/2018 16:54
  • Chciałbym pochwalić się, że wreszcie udało mi się stworzyć coś jak blog (całość po angielsku): [link] :) Tematyka: głównie programowanie. Zresztą nie wiem, czy jeszcze coś napiszę.
  • Silvus
  • 18/07/2018 02:48
  • @all, no mnie smaku narobiłaś, aczkolwiek nie lubię chyba cukinii, zresztą nie wiem. Co do oszukania, to trudno mi powiedzieć.
Ostatnio widziani
Gości online:20
Najnowszy:Jordahles8
Wspierają nas