Ze zwichniętym skrzydłem - cz. 17. Rozterki. Pożar - JOLA S.
Proza » Długie Opowiadania » Ze zwichniętym skrzydłem - cz. 17. Rozterki. Pożar
A A A

 

 

Lecz mimo wszystko coś zostaje i nawet, jeśli tylko smutek

Niesiemy go ze sobą dalej

Podobnie jak i własną duszę, dla której ważne,

By przetrwało

Każde wspomnienie – ludzka gałąź2

 

 

 

****

Niecierpliwię się. Zostawiona sama w salonie, skulona tkwię na kanapie i milczę, nie śmiem otworzyć nawet książki, chociaż stojący przede mną stolik dźwiga ich ze trzydzieści. Skórzana kurtka Paula zwisa smętnie z taboretu od pianina, stół zarzucony jest karteluszkami z nagryzmolonymi w pośpiechu notatkami. Dochodzi mnie dźwięk surowych, głośnych gitarowych riffów, ulubionej muzyki Paula. Jeszcze do niej nie przywykłam, drażni uszy. Łazienka i sypialnia noszą kolorowe ślady obecności Paula rzucone byle gdzie podkoszulki i bokserki i żel pod prysznic w ciemnym opakowaniu, który sprawił, że w domu zapachniało mężczyzną. Paul z każdym dniem coraz bardziej zbija mnie z tropu. Wygłasza swoje poglądy w sposób kategoryczny. Nie sądzę, żeby Bóg bez specjalnego powodu poddawał mnie takim próbom. Nagła zmiana wywróciła do góry nogami moje dotychczasowe, poukładane życie. To głupia skarga, muszę przywyknąć, nie dopuszczać, by dziwne myśli chodziły po głowie, muszę wytrwać, mam za swoje, pragnęłam miłości. Koniec. Kropka. Otrząsnę się. Miłość to nie pluszowy miś. Dzisiejsze przedpołudnie postanowiliśmy mieć tylko dla siebie, by złapać trochę oddechu, wszystko dzieje się tak szybko, oszałamia, prawdopodobnie nie tylko mnie. Ustaliliśmy, że śniadanie zjemy po jego powrocie. Jest ósma. Powinien pojawić się przed dziewiątą, oczywiście spóźni się starym zwyczajem, to mnie wkurza. Paul uważa mnie za terrorystkę. Oburzona nazwałam go potworem. Zrewanżował się, nazywając mnie wnuczką potworów. Wytargałabym go za kudły, gdyby nie zadzwonił telefon. Czy tak wyglądają Romeo i Julia, czy tak wyglądają wieczni kochankowie? Podobno Szekspir nie lubił miłości. Osobiście nie jestem lepsza od Julii. Postanawia umrzeć, ale nie postanowiła kochać. Niech pomyślę, co muszę jeszcze zrobić. Aha, napisać list do Marka, długo nie brałam pióra do ręki. Wstaję i wyjmuję z szufladki papier, kopertę, szukam pióra. Jest. Pod stertą papierów. Co mu napiszę? Najlepiej prawdę o sobie, o moim obecnym życiu, o Paulu. Pojawiają się pierwsze litery, papier jest cierpliwy:

Mark, szczerze mówiąc, chcę wszystkiego, dzikich emocji, czułości, pragnę tylko tego mężczyzny i jeszcze jedno, być wolna w życiowych wyborach. Tego samego pragnę dla wszystkich. Jestem tu i teraz niezwykle szczęśliwa, swobodna, pełna uśmiechu, tryskam optymizmem. Jeśli będę miała uwagi do Paula, to nie omieszkam się nimi z nim podzielić. Raz zapomniał o ważnych słowach i nie powiedział, że mu przykro, czegoś ubyło albo zabrakło, ale to nic, nie warto zaprzątać sobie głowy drobiazgami...

Odkładam pióro, zaskoczona swoimi słowami tak, jakbym je znała od zawsze i powtarzała głośno wiele razy. Dwa tygodnie, a wszystko zmieniły w moim życiu, są niczym trzęsienie ziemi. Czy obyło się bez ofiar? To, co teraz przeżywam nie jest łatwe, wymaga bezwarunkowej miłości, która nie lęka się cierpienia, odrzucenia, utraty. Czy to teoria? Ktoś napisał Kto raz napije się wody z tego źródła, już nigdy nie zechce napić się z innego. Tak, jest w tym dużo prawdy, mogę żyć bez sukcesu, ale nie bez miłości. Mówiąc o tym co czuję do Paula, ogarnia mnie podniecenie. Cała wieczność z profesorem, to zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Gdy tak się do niego zwracam złości się i nie tylko o to. W ferworze namiętności nie chce rozmawiać o Paryżu, o powrocie na uczelnię, odsuwa w nieskończoność poważne sprawy. Twierdzi, że naruszają jego i tak nadwątloną równowagę psychiczną. Przyjdzie na to pora powtarza. Może ma rację? Profesor jest na urlopie, a ja mam wakacje. Profesor, tak będę o nim mówić na ucho. Jestem w domu sama, a mój mężczyzna właśnie biega brzegiem morza, wykorzystując piękną pogodę. Trzeba dbać o kondycję mówi. Nie umiem z nim wygrać, zatrzymać. Prawie o świcie zrywa się z łóżka, a na samą myśl o bieganiu, jego zielone oczy miotają iskry, a ja kulę się w sobie, bo jak mam konkurować z odzianym w błękitny dres profesjonalistą. Zwykle zostaję w łóżku i świat mnie nie dosięga. Mam dwadzieścia cztery lata i tak się czuję, ale dalej wyglądam jak osiemnastolatka, szczupła, wiotka, śliczna dziewczyna z za dużym biustem... Moją prawdziwą pasją jest malarstwo, co powinno się chyba liczyć najbardziej, prawda? Interesuję się zabytkami, historią Francji i Włoch, uwielbiam groteskowe bajki Grimmów, dalekie podróże, napełniam świat muzyką, ale obawiam się, że Paulowi na dłuższą metę to nie wystarczy. Czy mam szansę poprawić się?  Kocham Paula, to szczere uczucie, ale nie mam ochoty zmieniać zwyczajów i upodobań. Biegania nie lubię, od wypadku mam dużo słabsze nogi. Czy jest coś bardziej kuszącego od kąpieli: nago, nocą, w morzu, w otoczeniu dobrych duchów Vernazzy. Myślę, że nie ma nic gorszego niż uległa, zakochana kobieta, bezkrytycznie wpatrzona w swojego księcia z bajki. Dzisiejszego ranka chyba ją przypominam. Zaparzyłam kawę, nalałam do dwóch filiżanek i ubrana w kwiecistą sukienkę czekam cierpliwie, a mój Paul nie wraca ranki i wieczory. Co miało błyszczeć zwyczajnie zblakło? Biorę głęboki oddech, ucicha muzyka, ale doskonała cisza.

W soboty w Vernazzie, na niewielkim ryneczku, odbywają się targi staroci. Do doskonały pomysł, nie będę tu tkwić jak kołek przemyka przez głowę. Zdejmuję fartuch, wieszam na krześle i po chwili wychodzę z domu. Pokusa jest silniejsza niż obowiązki. To niedaleko, zaledwie kilka przecznic, dobrze znam drogę. Dojście do głównej ulicy ze sklepami, wznoszącej się nad portem, zajmuje niecały kwadrans. Schody i  jeszcze sto metrów, jestem na miejscu. Uff! Dawno, tu nie byłam. Ryneczek w Vernazzie jest prawdziwym rajem dla kolekcjonerów staroci, ale nie tylko, to miejsce jest idealne, tu wszystko się zaczyna. Jego wyjątkowość polega na tym, że jest zupełnie niewyjątkowy, przez co odcina się od napuszonego, bogatego centrum. Dziś prezentuje się świetnie, barwny, rozgadany rozbrzmiewa muzyką, zachęcając łowców okazji do zakupów. Towary rozłożone jak zwykle na długich drewnianych stołach, z głośników rozlegają się dźwięki jazzu i jive z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Z oddali dostrzegam Angelę,  prawdziwą gwiazdę głównej sceny, wszędzie jej pełno, na starociach zna się jak mało, kto. Wychowana w duchu buddyzmu, Włoszka pochodzenia koreańskiego, nader szczęśliwa osoba. Angelo, jak definiujesz szczęście? kiedyś zapytałam. Dla mnie to rodzaj spokoju ducha i świadomość, że nie jest się samotnym odpowiedziała. Przypuszczam, że jej pochodzenie wpłynęło na to, co sądzi o świecie, szczęściu i sensie życia. Angela przypomina drzewo, którego nie da się w żaden sposób  narysować, obserwuję wyrastające gałęzie, odkrywam ją ciągle na nowo. Jedyna w swoim rodzaju nie jest to odosobniona opinia. Niezwykłe, migotliwe zjawisko w ruchu. Podkreśla, że żyje w najwspanialszym mieście świata. Rodzina Angeli przeprowadziła się do Vernazzy w XIX wieku. Po upływie dwóch lat od śmierci Franka, poświęca czas i energię na zbieranie funduszy dla hospicjum, które opiekowało się nim do śmierci. Oprócz nowotworu, jej mąż miał AIDS. Zajmując się Frankiem, uświadomiła sobie błahość życia. Każde życie najzwyczajniejsze czy najniezwyklejsze, jest w takim samym stopniu nieistotne, zawsze pozostanie małe to jej słowa. Nasza przyjaźń trwa od wielu lat, jest czymś głęboko prywatnym, dodaje pewności, że przetrwa dobre i złe chwile.

 Cześć, Karoline - wita mnie, chichocząc. Byłam pewna, że rysowanie nagiego modela całkowicie pochłania, załatwia sprawę na długo. Wieki cię nie widziałam.

Twarz Angeli rozpromienia się.

Nie masz pojęcia, co się wydarzyło, muszę ci zdradzić, zakochałam się. Mówię to w tajemnicy, proszę.

Karoline, serio?  Na pewno to grecki heros z pracowni? - wypala, przyglądając się nieco zaskoczona.

No nie… zaczęłam.  Tylko, że…

Angela usiłuje stłumić śmiech, zapewne wyglądam na zmieszaną.

A kto to taki i jak ci jest?

Paul, jest moim profesorem. Czuję się cudownie, to naprawdę pociągający mężczyzna. Straciłam głowę szepczę.

Nieźle, Karoline orzeka, zakładając za ucho niesforny kosmyk włosów.

Wygląda, że nie da mi spokoju i nie mylę się.

 Karoline, poważnie. Przecież wiesz, że nie cierpię niespodzianek. No dobrze, omawiamy nader poważną sprawę. Mam nadzieję, że łatwo nie odpuścisz? pyta, szturchając mnie w żebro. Ktoś wpadł Karoline w oko i przysposobimy tu mały plan działania. Nie martw się nie wypuścimy Paula z rąk zapewnia uroczyście.

Masz rację szepczę w duszy i jeszcze bardziej rumienię się.

Mam nadzieję, że mi go przedstawisz.

Tak, tak. 

Mruga do mnie porozumiewawczo, nie przestając uśmiechać się figlarnie. Pokonuję uczucie zażenowania, skupiając uwagę na niebieskim serwisie do kawy w delikatne bratki, rozstawionym na stole. Cukiernica z małymi srebrnymi szczypczykami - istne cudo! Nie mogę oderwać  wzroku, oczami wyobraźni widzę ją na stoliku, przykrytym starą koronkową serwetą. Obok pachnące ciasto marcepanowe na srebrnej tacce i drobne białe kwiaty w porcelanowym wazoniku. Wyglądałby prześlicznie, tak dystyngowanie! Angela w tym czasie wojuje z jakimś podchmielonym intruzem, o małpim wyrazie twarzy, czuć od niego brudem i potem. Nie znam go. Wymądrza się. Angela wychyla się zza zasłony z koralików i coś mu tłumaczy ze stanowczym wyrazem twarzy, jej biały wachlarz szeleści na wietrze.

Nie rób mi więcej kłopotów, zastanów się. Radzę ze szczerego serca. Mnie też jest ciężko, a ty stajesz się utrapieniem dla innych. Daję ci czas.

Wpadają do ucha strzępy rozmowy. Po drobnej sylwetce i gestach widać jasno, że Angela stara się jak może.

Tak myślisz? pyta chłopak, z wyrazem nieprzejednania na opalonej twarzy.

Na wysokim czole pojawia się cień gniewu.

Właśnie tak, od razu posłałabyś mnie na śmierć, jestem nikim, skalanym śmieciem odpowiada butnie.

W człowieku złym jest jeszcze siła i piękno zła. Cokolwiek, bym nie powiedziała i tak nie zmienisz zdania. Więc tamci mają cierpieć za ciebie?

Nie wiem, o co chodzi, czuję się zakłopotana, powstrzymuję uczucie niechęci. Angela jeszcze długo naciska, słychać, że nie brakuje jej argumentów. Chłopak  śmieje się ironicznie, wymądrza, widać, że w najmniejszym stopniu nie obchodzi go los bliźniego. Blask słońca czyni jego twarz aż nazbyt płaską. Wokół, bzykając, krąży wielka mucha. Tępy dźwięk miesza się z szelestem wachlarza, wreszcie ożywiona dysputa urywa się. Odprowadzam chłopaka chłodnym wzrokiem. Sztuczny uśmiech znika, spuszcza głowę, ale ciągle rozdrażniony głośno cmoka z pogardą. Odchodzi. Uśmiecham się blado. Życie w czystej postaci jest zawsze zdumiewające, dziwne, niespodziewane, ale kiedy prawda jest opowiadana, wszyscy nagle wiedzą, że to jest samo życie, a nie coś zmyślonego. Powiew wiatru przynosi pianie koguta i słony zapach morza.

W dobrym nastroju wracam do domu zalaną słońcem dróżką ciągnącą się wzdłuż wyschniętego pola. Rośliny nie rosną bujnie i kwiaty nie kwitną, gdy ich się nie podlewa i nie nawozi. Zamykam oczy, wiatr cudownie owiewa policzki, nie zanosi się na duchotę. Kolorowy ptak siedzi na pobliskim drzewie, rozgląda się. Spłoszony wzbija się w górę. Łopot skrzydeł budzi mnie z zadumy. W wiklinowym koszyku leży małe porcelanowe cacko, cieszy oczy, tym bardziej, że jest prezentem od Angeli.

****

Dochodzi południe. Niebo jest błękitne bez jednej chmurki. Do domu Paul wpuszcza mnie z kwaśną miną, o nic nie pyta, najwyraźniej tak samo jak ja, nie jest gotowy do rozmowy, spogląda niewinnym wzrokiem. To droga do nikąd. Bąkam cześć i kieruję się prosto do pracowni, otwieram na oścież okna. Rosną za nimi młode cyprysy, jedną stroną połyskując jasno w świetle, drugą nurzając się w ciemnozielonym mroku. Nad nimi rozpościera się świetliste niebo, przechodzące od błękitnej tonacji do nasyconego ciepłem szafiru. Cudowny, owiany poezją widok. Nie wolno mi stąd odejść, póki nie uchwycę tajemniczego nastroju tego letniego dnia. Muszę się spieszyć, ołówkiem nie oddam wszystkich tonów, ale nie mam czasu na rozrabianie farb, w tubach są zbyt gęste. Nie liczę ani minut, ani godzin i nagle ciszę pracowni przerywa odgłos otwieranych drzwi. Pomieszczenie zalewa światło niczym struga ciepłej wody. Odwracam się, w blasku widać sylwetkę Paula. Klęczy w progu z czerwoną różą w zębach. Jest to kolejna piękna rzecz, dzisiejszego dnia. Wygląda przekomicznie. Wybucham śmiechem. Podchodzę i cmokam go czule w policzek. Wstając, z uwagą obrzuca wzrokiem stojącą przede mną sztalugę.

 Nie przerywaj szkicować, proszę. Rysunki drzew są naprawdę dobre, musisz jeszcze pochwycić światło. Chcę cię natychmiast zobaczyć przy sztaludze.

To są przeprosiny? Ależ, potrafi mnie rozbawić. Zaciskam palce na ołówku i posłusznie podchodzę do szkicu, serce rozpiera gorące uczucie.

Karoline, uprawiasz sztukę, a nie wandalizm. Czujesz przyrodę całą sobą, wprawiasz w ruch, obdarzasz istnieniem. Nie wiem, gdzie nauczyłaś się tego języka, ale to niezwykły dar. Miejscami zdarzają się jeszcze błędy i potknięcia, ale sens prac jest czytelny. Pewnego dnia rozsadzi mnie duma, że byłaś moją studentką.

Słucham oszołomiona, dotąd mnie tak nie chwalił. Co jest grane, nie jest obojętny, krytyczny? Nagle zachciało mi się śmiać, ale nie daję po sobie poznać, wracam do szkicowania, znowu odpływam rysując, czuję, że potrafię coś wyrazić.

Czas spędzony w Paryżu, na uczelni, miał ogromne znaczenie dla mojej artystycznej drogi. Może nie zostanę wielką malarką, ale to tam powoli odkrywałam sekrety anatomii człowieka, istotę linii, formy, koloru. Tam uległam fascynacji takimi artystami, jak Gauguin, Cézanne czy Van Gogh i pojęłam, do czego żywię największą niechęć – do korekt i ingerencji we własne prace. Mimo ogromnego szacunku do mistrzów, bardzo unikam zapożyczeń czy naśladowania, powoli wyrabiam sobie własne zdanie. Musisz to zrozumieć, Paul, przez miłość do mnie. Daj mi czas, zdaje się, że tak będzie najmądrzej, przyda mi pewności.

 Odwraca się w moją stronę, kuca między stołkami, sądząc po grymasie zadowolenia na twarzy, chce coś ważnego powiedzieć.

 Karoline, mam radosną wiadomość, lecimy do Berlina, mam umówione spotkanie z konsultantem. Przyszła informacja: spodobała się koncepcja wystawy mojego malarstwa. Dostałem darmową reklamę, czy jak kto woli miejsce w katalogu wystawy. Zawiera notę biograficzną wystawiającego artysty, reprodukcje jego dzieł oraz często recenzję twórczości. Mirosław Adam Supruniuk, Polak z ogromnym doświadczeniem, starannie dokonał wyboru kilkunastu płócien z mojego dorobku. Większość obrazów będzie pokazywana po raz pierwszy. W malarstwie tym razem skupiłem się na kolorze, na przeżywaniu i akcentowaniu barw. Zrozumiałem, że w malarstwie wszystkim jest światło, harmonia i kontrasty. W konsekwencji oznacza to w nieskończoność poprawianie bieli na obrazach, aż do zupełnego zatracenia kształtów. Maluję zależnie od moich predyspozycji w danym dniu. Jestem niematerialną kliszą, spoglądam z miejsca, z jakiego oko normalnie nie patrzy. Moja wyobraźnia uległa wpływom sztuki greckiej, romańskiej, może i gotyckiej. Wystawa jest doskonałą okazją, aby zabłysnąć, wyróżnienie, to ogromna satysfakcja. Berlińskie Biennale Sztuki Współczesnej mogło w ostatnich latach rozczarowywało, a jednak wraca z wielkim hukiem. Bierze w nim udział blisko 100 galerii z całego świata. Nie chcę wyciągać przedwczesnych wniosków, ale wydaje mi się, że jeżeli wszystko się uda, to mi ułatwi wiele spraw. Zrobię wszystko, co w mojej mocy. Chcę, żebyś była świadkiem tego ważnego dla mnie wydarzenia recytuje jednym tchem. Tracę cierpliwość, jest skoncentrowany tylko na sobie. Ożywiony przerywa, unosi głowę, wzrok ma niepewny, niezdecydowany, może pojął, że przegina.

Paul, dlaczego mi nie powiedziałeś wcześniej?

Nie wiem jak to wytłumaczyć? Kochasz mnie?

Zagląda mi w oczy. Robi wrażenia mistrza, który musi uczennicy objaśniać świat. Mięśnie sztywnieją na karku. Paul, nie jesteś ideałem, nie dopuszczasz mnie do słowa, a ja tak rozpaczliwie pragnę rozmowy, nie wiem, czemu poprzestaję na słuchaniu. To doskwiera, cierpię. Co prawda, nie posiadam doświadczenia w sprawach, o których mówisz, ale... Och, ta męska chęć dominacji. Kilka razy wzdychałam znacząco, ale nic, dalej rozprawiałeś o Biennale, o sztuce. Myśli kłębiły się w głowie, nie śmiałam zarzucić cię pytaniami, czuję się jak widz w teatrze. Paul, trzeba umieć sprzedawać marzenia. Kocham cię i zrobię dla ciebie absolutnie wszystko, ale chce mi się ci krzyczeć... Stoję nieruchomo, wciąż nie mogę uwierzyć, że to mi się nie śni. Biorę oddech, wraca odwaga:

 Tak, na pewno się uda, Paul. Jestem o tym święcie przekonana, to interesująca propozycja odpowiadam po krótkim namyśle, z gestem księżniczki mającym znaczyć nie ma, za co, drobiazg.

Dziękuję. Cudownie. Tak jak ustaliliśmy, jedziemy razem. Myślę, że będzie to dobrze wykorzystany czas.

Paulowi wyraźnie ulżyło, widać po zachowaniu. Zamyślona masuję sobie łokieć, za dużo pracuję, prawa ręka znowu daje znać o sobie dokuczliwymi skurczami mięśni. W moim sercu z każdym dniem bardziej wzbiera fala miłości, ale nie mam pojęcia czy Paula interesuje, co tak czuję naprawdę? Nie zawsze chcę słuchać jego nauk. Teraz też, robi mi się smutno, czuję się zdominowana.

Pięknie, dokończysz później. Kiszki grają marsza, jestem bez śniadania, zjemy szybki obiad, a potem długi spacer brzegiem morza. Zgoda?

Ależ z niego aktor, jestem pod wrażeniem jego uroczystego tonu przemówił nagle głos z głębi serca.

Czym mnie jeszcze zaskoczysz, czy zawsze będziesz moim profesorem? Już mam odpowiedzieć, ale w porę gryzę się w język. Milczenie jest nieprzyjemne i nic nie daje, zresztą nigdy nie byłam zbyt gadatliwa. A może nie stało się nic, może pragnął zrobić na mnie wrażenie, a ja milcząc, utwierdzam go w przekonaniu, że jestem głupia? Ech, przesadzam i tyle. A może zgrywam skromność? Nauczę się umiaru i chodzenia środkową drogą, bo inaczej ściągnę na siebie nieprzyjazne energie przychodzi mi do głowy i parskam śmiechem, by rozładować atmosferę.

****

Po godzinie wychodzimy z domu, prowadzi nas skalista dróżka wiodąca prosto na skalistą plażę. Obserwuję gaje oliwne zalane popołudniowym słońcem, odcinają się od ozdobionych kwiatami domów. Gawędzimy wesoło. Zza wzgórza, porośniętego lasem cyprysów dobiega nieustanne szczekanie psów. W pogodne, spokojne dni nie jest niczym nadzwyczajnym, nawet sprawia radość. Tym razem, wzbudza w nas wprost fizyczny niepokój. Pełni złych przeczuć biegniemy na wschodni skraj wzgórza, stamtąd widać jak na dłoni prawie całą Vernazzę. Słońce świeci jasno. Nagle wyrasta przed nami kłąb białego kurzu.  Nie dochodzi żaden głos, ani śladów ludzkiego działania, szczekanie psów cichnie. W chwilę potem rozlega się głośne bicie dzwonów na wieży kościoła. Niebo przecina chmara dzikich kaczek, słyszę trwożny trzepot skrzydeł. Atmosfera ulega diametralnej zmianie. Psy znowu ujadają. Niespodziewanie ogromna czerwona łuna rozdziera niebo nad miasteczkiem, pożoga szybko się rozprzestrzenia. Ogień oślepia, szaleje, zamienia okolicę w istne piekło.  Z kurzowej chmury wyłania się nieosiodłany koń, oszalały biegnie w naszym kierunku, skąd się wziął nie wiadomo. Moją skórę przenika dreszcz niepokoju.

 Prawdopodobnie wypłoszył go pożar, jeszcze moment i by nas stratował...

Mówiąc to, Paul podnosi na mnie pełną trwogi twarz. Kulę się, ogarnia mnie lęk, nie wiem, co począć, nerwy napięte do granic.

Tu nie tylko chodzi o nas, nie mów głupstwl!

Nie spodziewał się, że go zgromię, potrząsa głową jak skarcone dziecko, co naprawdę myśli, robi się blady. Wzdycham, szukając słów na usprawiedliwienie, opadam na wielki kamień. Z rękami oplecionymi wokół kolan zamieram z przerażenia, łzy płyną po policzkach. Muszę się pozbierać i to niezwłocznie. Na dole, u stóp wzgórza panuje ogólny zamęt i poruszenie, pożar wypluwa wściekłe języki żaru. Dochodzą przeszywające powietrze krzyki, z oddali brzmią jak płacz. Słychać głuche jęki przerażonych zwierząt, zwiastujące śmierć. Drzewa płoną niczym wielkie pochodnie, zwieszają martwo gałęzie i liście. Natura uderza w bębny. Bóg milczy z założonymi rękoma, słysząc niekończący się lament przyrody. Nad nami ptaki zataczają koła, zahaczając skrzydłami o pędzone przez wiatr czarne obłoki, wywołując popłoch. Czas podobnie jak sen, trwa w zawieszeniu. Czekanie jest udręką. Niebo przytłacza okoliczne pola i wzgórza.W powietrzu wisi coś twardego, mineralnego, aż nareszcie rozlega się śpiew strażackich sikawek. Pojawienie się wozów strażackich uspakaja, jednak, gdy nadal tryskają płomienie, wpadam w panikę. Syreny wyją, ludzie panikują, słyszę niesione wiatrem słowa rozpaczy. Zasycha mi w gardle, zwilżam językiem wargi. Najbardziej porusza widok konia stojącego dęba i plecy starca trzymającego w rękach palące się wodze. Z daleka  postacie przypominają oszalałe mrówki. Po kilku godzinach, walki ludzi i maszyn z żywiołem, pożar zostaje zlokalizowany i opanowany, mieszkańcy Vernazzy wracają do ocalałych pobliskich domów jak cielęta ze zwieszonymi głowami. Z zabudowań usytuowanych na zboczu pozostaje ginąca w białych oparach plama dawnej łąki, sterczą czarne szkielety ścian domów i sterty gruzu, pod nimi tylko nagie, silne skały. W gruzach przestrzenie straciły tożsamość, nie chronią przed wiatrem 6. Przepadły wzory ukochanych matryc… wszystko odeszło i wszystko przed czasem3.

Staram się nie dać nic poznać po sobie, ale chce mi się krzyczeć

Dlaczego, Paul…, dlaczego?

Jesteś wrażliwa, inteligentna…  

Marszczę brwi i już nie płaczę. Ten spokój jest straszny. Patrzę na Paula, dostrzegam smutek pod lekko przymkniętymi powiekami, ociera z czoła krople potu. Milczy, dłonią przygniata włoski na moim karku. Zostaję ze swoimi myślami, głośno pociągam nosem, Paul obejmuje mnie i przyciska do siebie. Gdy staję, zatrzymuje się i on. Mam w sobie pustkę, próbuję zwolnić rytm serca, bije zbyt mocno. Odbudowane po przejściu lawiny błotnej centrum miasteczka i port tym razem ocalały to jakaś pociecha. Wlokę za sobą nogi, potykam się. Męskie ramiona chwytają mnie i podnoszą z ziemi. Wracamy do domu wyschniętą ścieżką ze wzrokiem zatopionym w dali, ocierając się o siebie jak dwa spadające liście. Wybieramy drogę tak, aby nie tracić z oczu morza i wybrzeża.

- Boże, zagraj mi ciszę 5.

Przyczyna tragedii długo pozostanie zagadką, przynajmniej dla nas. To Włochy. Nigdy ich do końca nie zrozumiem. Co jeszcze chciałam powiedzieć, sama już nie wiem. Mój umysł dręczą zapamiętane obrazy, ma dusza umiera z bólu5.

****

Wybija północ. Szykujemy się do snu, za nami wyczerpujący dzień. Leżę naga w łóżku przykryta lekką letnią kołdrą z przymkniętymi oczyma. W domu pachnie nawianą przez wiatr spalenizną, za oknem płyną strzępy wieczornej mgły, prześwituje przez nie szybko ciemniejące niebo, jest gorąco. Emocje, o których wcześniej opowiedziałam są nadal żywe, nie mogę wymazać z pamięci żalu i gniewu, jeszcze słyszę niesione przez wiatr słowa. Czas przesypuje się jak piasek w klepsydrze, złe chwile zatrą się, ale póki co nie dają spokoju. Paul jest w kuchni, męczy go suchość w gardle, nie mógł dłużej wytrzymać, zszedł po wodę mineralną. Mam chwilę czasu, by w ciszy zebrać myśli. Nigdy nie będę silna jak Paul. Dziś patrzę na życie z zupełnie innej perspektywy, czegoś się nauczyłam, ale nadal się boję, w głowie mam zamęt. Księżyc lśni surowo, jakby był rozgniewany. Przewracam się z boku na bok, słychać szorstkie granie cykad.

Od przybycia Paula radosny nastrój mnie nie opuszcza, ale muszę się przyznać raz czy dwa wpadłam w rozpacz, nie mówię o świeżych przeżyciach. Muszę się bardzo kontrolować, nie chcę uwolnić w sobie potwora. Moja wyobraźnia nie zna zakończenia naszej historii, za mało ciągle wiem o Paulu, ludziach i o miłości, a za dużo o mrocznych korytarzach wydrążonych w sercu. Zapytałam wczoraj, czy może wie, jak rozwiązać dylemat baśniowych kochanków. Bałam czy nie weźmie tego do siebie, ale już opowiadałam niestworzone szczere historie, jakby bliskość morza nakładała na mnie czar otwartości.

Ale po kolei: Paul ma żonę, o nastoletniej córce opowiadał wcześniej. Nareszcie otworzył przede mną serce. Od lat są w seperacji. Marta, córka uczy się w Londynie, bardzo jest z nią związany. Kobieta, z którą przeżył prawie dwadzieścia lat, dobra, poświęcająca się rodzinie pewnego dnia z niewyśnionego powodu zapałała do niego nienawiścią i po kolejnej awanturze spakowała się i zniknęła z jego życia i córki. Paul długo wierzył, że wróci skruszona. Zgodnie z jego teorią w każdym człowieku mieszka dobro i zło. Gotów był wybaczyć, chciał powrotu. Przypadkowe spotkanie w Londynie na Oxford Streeet w słynnym w słynnym Primarku, późniejsze rozmowy i wydarzenia obdarły Paula ze złudzeń, wprawiały w osłupienie.

Maria, moja żona, jest chora, nie ma dla niej ratunku. Próbowałem wszystkiego, ale na próżno. Obecnie jest rośliną. Została w Londynie na własne życzenie, pod dobrą opieką. Zbyt późno rozpoznano u niej chorobę Alzhei - mera, do dziś nie są dokładnie znane przyczyny tej postępującej degradacji mózgu. Szacuje się, że na to schorzenie cierpi około 15 milionów ludzi na świecie, przynajmniej drugie tyle sprawuje nad nimi całodzienną, wyczerpującą opiekę. Nie wiadomo jak chorobie zapobiegać, nie chroni ani inteligencja, ani wysokie wykształcenie czy utrzymywanie sprawności intelektualnej poprzez ćwiczenia. Obecnie martwię się tylko o córkę.

Gdy to opowiadał, do oczu nabiegły łzy. Patrzył na mnie niewidzącym wzrokiem, szukał odpowiednich słów, by dokładnie wyjaśnić. Wyglądało, że chce sobie coś jeszcze przypomnieć. To niesprawiedliwe, pomyślałam.

  Chyba cię rozumiem, Paul.

Rzucam pytające spojrzenie. Serce ma kształt naszej niewiedzy 6.

Robi gest oznaczający bezsilność. 

Ależ, skąd. Nigdy nie mówiłam bardziej serio, każda pamięć ma swoje drzewo.

 Oczy mu rozbłysły.

Dziękuję. Mówią, że czas goi rany, ale to nieprawda. Zabiera nam wszystko, co dobre i co złe, to, co chcielibyśmy zachować w pamięci. Za to ciągle przypomina, jaka jest rzeczywistość, szepcze do ucha. Mam w duszy dziurę, twoje pojawienie się w moim życiu pomaga ją załatać. Żyłem w takim stanie od wielu lat, znalazłem się w pułapce zgotowanej przez los. Tylko miłość zmienia niewolnika w człowieka wolnego. Mnie się już wydawało, że nie potrafię kochać...

 

 ****

Paul mówił, a ja prawie się nie odzywałam. Brak miejsca na siebie pośrodku tych zderzeń1. Uważaj na słowa, Karoline! Czy twoje myśli, aby nie są próbą usprawiedliwiania własnej słabości? Zaczynacie wspólne życie, powinnaś się opamiętać. Bywa, że przeżycia, dawne problemy, nierozwiązane do końca sprawy, które zdawały się być „pogrzebane", wracają, na nowo stając się żywe. Zajrzyj w głąb własnej duszy, tam leży przyczyna tego, co  nie pozwala zasnąć. Czasem trzeba rozegrać  partię w życiu jak samotny szachista, nie bój się, nie poddawaj smutkowi, a wygrasz. Zrozumiałam: Muszę myśleć rozsądnie, nie dać się wydumanym teoriom. Może przyjdzie ten czas okryję się liśćmi i będę rosła.

 Pomoże mi twoja łagodność, Paul. Namaluję cię soczystymi barwami. Nie usprawiedliwiam się przed tobą. Zamilkłam i  zaczęłam muskać jego skórę nosem, w chwilę potem zatrzymałam na niej usta.

Odwrócił się i przyciągnął mnie do siebie, wtulając we włosy gorący policzek. Poczułam ulgę. Dobrze się ukryć we śnie, czasem to jedyna ścieżka. Zasypialiśmy spleceni uściskiem, czułam jego ciepło i to było najważniejsze. To jak wytrych do nieba, pomyślałam. Wiatr zawodził w rynnach, stado ptaków uporczywie krążyło nad Vernazzą, aż w końcu ponure, natarczywe głosy ucichły.

wiatr zawodzi

 

 

 

 

-------------------------------------------------------------------------------------------------------

  • 1- wiersz „absynt”, Miladora
  • 2- wiersz „świeca za szybą”, Miladora
  • 3 -wiersz „ panorama”, Miladora.
  • 4- wiersz Tsunami”, hopelles.
  • 5 -wiersz „koncert wydumany”, hopelles

      

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
JOLA S. · dnia 07.11.2017 10:14 · Czytań: 292 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 16
Komentarze
Dobra Cobra dnia 07.11.2017 12:20
Rozterki, oraz jakaś fobia. Czyli dziewczę z napiętymi jak postronki nerwami.

JOLU S,

Tak sobie myślałem, że będzie. Było zespolenie, a teraz dalszy natłok myśli. Jest taki gatunek kobiet, które lepiej omijać z daleka. Takich, co potrafią z życia (mężczyzny) zrobić piekło. Cały czas trzeba je pilnować, niańczyć przez życie. Normalni faceci wymiękają normalnie.

A tu chyba bosski lover w to gra bez problemów. Czasami robi się różne dziwne rzeczy, aby umoczyć. Ale...może tu jednak jest miłość, a nie sport? Chociaż z Włochami to nigdy nie wiadomo.

Są opisy, dialogi, wewnętrzne rozmyślania - wszystko, czego czytelnik może oczekiwać od słodkich opowieści dla pań.

Brawo! Dobra robota.


Pozdrawiam,

DoCo
JOLA S. dnia 07.11.2017 13:04
Życie to nie bajka. Nie zawsze się udaje pokonać, ominąć kamienie na naszej na drodze. Przedwczoraj wspaniałomyślnie "dawałam miejsce" wielkiemu dostawczemu samochodowi. Jego kierowca w wesołkowatym zapamiętaniu o mały włos i by mnie staranował. Strach w oczach.
Wzięłam ostry zakręt, unikając cudem czołowej stłuczki i prawym bokiem nowego auta obtarłam się o wielki sterczący głaz. Prawe drzwi do wymiany. Jakiś "myślaczek" ułożył kamień tak, że górna część wystaje w świetle wewnętrznej drogi. A tak dobrze zapowiadał się dzień, nad Gdańskiem wisiał kula słońca, byłam szczęśliwa.

DoCo,

stąpasz po różach i tego Ci życzę do końca świata. Żyj, śmiej się, kochaj, bądź kochany, uwielbiany i pisz dalej dobrocobrowe opowieści, a ja będę uważnie czytać :)

Uciekłbyś od Karoline tam gdzie pieprz rośnie, uważasz ją za trujące pnącze. ;) Wydajesz się szczery i to wszystko. A co kryje skóra, nie wiem.;)

To nie tak, ale nie będę uchylać rąbka... Wam mężczyznom kobieta ma być opoką, powinna obdarzać uwielbieniem, pieszczotami, a kłopoty wrrrr.
Wiem, wiem, zgoda, ale ...:) Leżeć i pachnieć - to nie w stylu Karoline.



Nie pozwolę, by ci opadły ręce, a jak to się stanie, podtrzymam...

Tak rozumie miłość i przyjaźń.


Dobra Cobra napisał:

Cytat:
od słodkich opowieści dla pań.


Nie wzdrygaj się, uwierz - dobrze jest poznać kobiecą duszę. :) Chyba, że jest tylko słodką przygodą, zabawką. Płacisz, wychodzisz i po krzyku. ;)

Cytat:
Brawo! Dobra robota.


Jest w tym jakaś pociecha i ma wdzięczność bez granic. Jak się pojawisz znowu pod moim tekstem to z bezinteresownej miłości podrapię Cię za uszkiem, obiecuję - maleńka pieszczota na wstępie ...Dobrze jest mieć w Tobie wiernego czytelnika. ;)

Pozdrawiam gorąco i do następnego.:)

JOLA S
Dobra Cobra dnia 07.11.2017 16:50
Gdyż wierny czytelnik wart więcej niż stu niewiernych
JOLA S. dnia 07.11.2017 17:18
DoCo, właśnie, właśnie.

W trosce o Twoje zdrowie psychiczne, moja Karoline poszła po rozum do głowy i nadspodziewanie szybko wróciła z obietnicą poprawy, ale nadal ma zdrowe zęby i zdrowy kolor twarzy ...

Czego zakochana kobieta nie zrobi dla swojego króla. Karoline jest uczciwa w swoim działaniu. ;)

Pozdrawiam :)
al-szamanka dnia 07.11.2017 19:01 Ocena: Świetne!
Cytat:
Mark, szcze­rze mó­wiąc chcę wszyst­kie­go, chcę dzi­ko­ści i czu­ło­ści.

a tak: chcę dzikich emocji i czułości
Cytat:
wy­ma­ga bez­wa­run­ko­wej mi­ło­ści, która się nie lęka się cier­pie­nia, od­rzu­ce­nia, utra­ty.

Cytat:
Do­brze znam część mia­stecz­ka.


Cytat:
Z od­da­li widzę An­ge­lę, to praw­dzi­wa gwiaz­da głów­nej sceny ry­necz­ku, wszę­dzie jej za­wsze jest pełno,

wyczernione zbędne
Cytat:
– No nie…(-)za­czę­łam. – Tylko nie…

Cytat:
Za­sy­p(i)a­li­śmy sple­ce­ni moc­nym uści­skiem


Ja tylko tak trochę poprawiłam i tylko to najbardziej rzucające się w oczy. Gdy Miladora tu dotrze, nie obejdzie się bez wytężonej mrówczanej pracy - już widzę, co Ci podkreśli ;)
Jak zwykle podobało się niezmiernie.
Karoline w małych rozterkach, ale kto powiedział, że każdy profesor, nawet ten najcudowniejszy, jest chodzącym ideałem.
Młoda kobieta i mężczyzna po "przejściach" - mają czas aby się dotrzeć i spotkać w połowie drogi, bo na razie są to schody do nieba.
Oczarowałaś mnie opisem pożaru, jest nieprawdopodobnie dynamiczny. Jak myślisz, czy Karoline uda się go namalować, wydobyć farbami grozę i przekazać ją nie tylko znawcom sztuki?
Cytat:
Zro­zu­mia­łem, że w ma­lar­stwie wszyst­kim jest świa­tło - har­mo­nia i kon­tra­sty.

Bo jest! Zawsze mam w głowie te znamienne biblijne słowa: I stało się światło.
I niech Ci ono dalej przyświeca podczas pisania następnych odcinków :)

Pozdrawiam ciepło :)
JOLA S. dnia 07.11.2017 19:38
Cytat:
ale kto powiedział, że każdy profesor, nawet ten najcudowniejszy, jest chodzącym ideałem.

Droga Al,

święte słowa, ale mimo to kochamy, wybaczamy nie tylko takie drobiazgi. ;)

Cytat:
Jak zwykle podobało się niezmiernie.


Rozczulasz mnie. :)

Mam Twoje błogosławieństwo, to zaszczyt. Kłaniam się nisko. :)
Za nadmiar przecinków należy mi się klaps.
Znowu coś mnie zatrzymało i zapytało o sens moich literek.
To nic, nie zniechęcam się i żegluję dalej po świecie śladami mojej bohaterki:)
Zniechęcanie jest jedyną chorobą, jak powiedział George Bernard Shaw.

Pragnę mieć tyle ciepła i empatii co Ty.

Pozdrawiam gorąco :)
Dobra Cobra dnia 07.11.2017 22:02
Czego zakochana kobieta nie zrobi dla swojego króla?

A na dodatek ten pożar w okolicach Verazzy! Coz to znaczyc może?

DoCo
JOLA S. dnia 09.11.2017 10:33
Nieszczęsny zbieg okoliczności, zresztą jednakowo mało wiemy.;) Pęknięta struna w Tobie płacze. ;) Muzyka to najlepszy lek. :yes:

DoCo,

nie sięgaj tam, gdzie wzrok nie sięga.:) Przeczytaj, nowe zakończenie odcinka, proszę :) .

Pozdrawiam cieplutko

JOLA S.
kamyczek dnia 09.11.2017 23:14 Ocena: Świetne!
Jolu,

dzisiaj wyjątkowo krótko, ale z niezmiennym zainteresowaniem powiem - czyta się!

Serdeczności.
JOLA S. dnia 09.11.2017 23:22
Droga Kamyczku,

serdeczne dzięki za wizytę i komentarz; a także za ocenę - miło mi, że zaskarbiłem sobie Twoją uwagę. :)

Pozdrawiam i zapraszam gorąco. :)
skroplami dnia 12.11.2017 23:36 Ocena: Świetne!
Autorko. Nie wytykam bo nie widzę, chyba że wielkie, błędów mini.
Co do rymów w potocznej mowie, zdarzają się przecież. To naturalne więc pomijanie lub usuwanie istniejących, nie musi być aż tak wskazane.
Przecinki, tak, muszę mrużyć oczy by omijać gdy zbyt wiele ;).
Czyli co widzę, i czuję, gdy patrzę na to co słowami nam dajesz? Dudnienie serca i zagubienie ze strachu :). No bo znowu miłość?! On starszy a ja... ?
I pięknie rozwijasz dając odpowiedzi.
A wszystko w trakcie życia bohaterki, czyli naszego, współczesnego i pełnego uczuć. Chociaż rzeczywistość nie tak szybko się toczy ;). Ale nic dziwnego :), wręcz normalne, że jedna "miłość" a potem następna ale już miłość, że jedne pytania i drugie, na jej temat i w tak "szybkim czasie". Oczywiście, czas szybki bo zamknięty okładkami książki i można go wziąć w dłonie, chociaż na razie tylko w przenośni :). Przedstawiasz nam życie zwykłej młodej kobiety i stwierdzam, że jest niezwykła. Mam nadzieję, że przedstawisz też jak miłość odbija się w jej malarskiej twórczości. Np. czy pomaga czy przeszkadza :). Na obrazy jej ojca miała wpływ, może w określonym czasie i stopniu ale tak, co już wiemy.
I bardzo, bardzo "najważniejsze". Bohaterka jest niezwykle wrażliwa i czujemy jej wrażliwość, to jest najzwyklej piękne.
Czyli pozostaje czekać by podziwiać c.d. piękna splecionego z życia i uczuć bohaterki :).
JOLA S. dnia 13.11.2017 08:14
Skroplami, czytam Twoje komentarze z przyjemnością, podziwem i nieukrywanym zainteresowaniem, wszystkie, nie tylko do moich tekstów. Czujesz, wnikasz, prowadzisz - nie muszę mrużyć oczu. :) Rzadka umiejętność. :)

Człowiek zakochany zdolny jest do rzeczy wielkich, może przenosić góry, jest nieprzewidywalny. Gdy umiera miłość kolory szarzeją, przestaje świecić słońce. Mam w sobie muzykę i dopóki nie zniknie...

Wierzę, że Cię nie zawiodę. :)

Wielkie dzięki za wszystko, z ulubionym włącznie. :)

Serdeczności. :)
hopeless dnia 13.11.2017 09:16
Rozczytałem się w Twoich opowiadaniach i z miłym zdziwieniem zauważam w nich moją obecność:) Bolesne frazy to chyba moja specjalność...
Pozdrawiam :)
JOLA S. dnia 13.11.2017 15:25
Hope,

bratnie dusze zawsze się odnajdą. :)

Z natury jestem wesoła, ale lubię się wsłuchiwać w dusze innych, tak jest prościej, przez to poznaję ludzi i rzadko błądzę.

hopeless napisał:
Pozdrawiam :)

Serdeczności wszelakiej.:)
hopeless dnia 13.11.2017 15:36
JOLA S. -
JOLA S. napisała:
bratnie dusze zawsze się odnajdą

ha, ha :) pewnie wiesz co mówisz. Pozdrawiam:)
skroplami dnia 15.11.2017 01:16 Ocena: Świetne!
Jola S., rany boskie, Ty mnie znowu nie strasz ;(.
Nie zawiedziesz mnie, to wiem :). Już się stało :).
Ale to pierwsze... , teraz ze "strachu" przed Twoim wzrokiem zesztywnieje mi ręka i głowa, na karku ;).
Pozdrawiam, i też "dziękuję" Ci wysyłam :).
Chyba oprócz komentarzy muszę coś napisać ";(". Ok, kiedyś, pewne c.d. z Twojego powodu. Kiedyś jest "fajne", daty brak :).
P.S. Oczywiście prozą bo swojej "poezji" się boję, prawdziwe "halloween" przy czytaniu ;).
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Leszek Sobeczko
24/11/2017 01:19
fajny manifest; ale nierealny czy tu nie zachodzi pewna… »
Berele
24/11/2017 01:15
"Na rozpaloną duszę utopioną w winie" Trzeba… »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 01:12
kiedyś na PP publikowała autorka o ksywce Shortia /z… »
Berele
24/11/2017 01:10
Uśmiechy dla nowych komentatorów :) Niech jeszcze poleży;… »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 01:08
3 zdanie, wiersza brak pomimo wersyfikacji pozdrawiam »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 01:06
karkołomne porównanie pozdrawiam »
Miladora
24/11/2017 00:56
Na pewno pozostanie zagadką, Mrówciu. :) Jej uśmiech… »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 00:56
czytam Dolną Półkę a tu taka perełka, naprawdę mi się… »
Miladora
24/11/2017 00:40
A może jednak nie przeminął, Apisku? :) W weekendy tłumy… »
Miladora
24/11/2017 00:33
A wiesz, że to bardzo dobry pomysł, Jago? :) Może… »
Miladora
24/11/2017 00:28
Bardzo mi miło - dziękuję pięknie, Uleńko. :) Serdeczności… »
Miladora
24/11/2017 00:26
To najlepsza pochwała dla autora, Uleńko. :) Bardzo… »
JOLA S.
23/11/2017 23:56
Słynny uśmiech Mony Lizy należy do najbardziej czarujących w… »
Zola111
23/11/2017 23:02
Ależ to urokliwe! bardzo! z. »
Miladora
23/11/2017 22:41
Tekst po korekcie. Rekomenduję do wirtajek. :) »
ShoutBox
  • Leszek Sobeczko
  • 24/11/2017 01:22
  • czemu Dolna Półka nie ma komentarzy? czy to jakaś strefa kwarantanny?
  • mike17
  • 23/11/2017 23:27
  • WYNIKI w MUZO WENACH 5 są już dostępne, zapraszam serdecznie : [link]
  • mike17
  • 23/11/2017 23:20
  • Bardzo Wam dziękuję za "Kwasiżurka" - powstał w chwilę, ale liczę, że dłużej pozostanie w pamięci :)
  • Niczyja
  • 23/11/2017 22:44
  • Wzajemnie:)
  • maak
  • 23/11/2017 22:43
  • Tak zrobię :). Dobrej nocy.
  • Niczyja
  • 23/11/2017 22:38
  • Dobrze, zgadzam się. Na pewno będzie pięknie:) Może być też tłumaczka wiatru lub deszczu. Albo wysokich traw bujających się na wietrze. Jak zechcesz, tak napisz:)
  • maak
  • 23/11/2017 22:36
  • Dobrze. Napiszę o kobiecie nie kobiecie. O tłumaczce chmur? :)
  • Niczyja
  • 23/11/2017 22:26
  • Coś co nie jest bajką, ale ma w sobie całe jej piękno:) To bym chciała przeczytać...
  • maak
  • 23/11/2017 22:21
  • A co wolisz, bajkę, czy nie bajkę? :)
  • Niczyja
  • 23/11/2017 22:17
  • Maaczku, napisz coś nowego. Ty tak pięknie piszesz...:)
Ostatnio widziani
Gości online:19
Najnowszy:Jaclynndda
Wspierają nas