Cunqui. Rozdział 19 - Alen Dagam
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Cunqui. Rozdział 19
A A A
Od autora: Historia o trzech wędrowcach jest bezwstydnie zapożyczona z internetu. Nie znam niestety jej autora, ale słyszałam z pewnych źródeł, że jej powstanie zawdzięczamy plemieniu Tych Cudownych z Cii. Oni także mają mnóstwo opowiastek i anegdot, których autorów nikt już nie pamięta. I będe w to wierzyć, dopóki nikt mi nie udowodni, że jest inaczej ;)
Klasyfikacja wiekowa: +18

Cii

Zawód i zdrada. Kolejne znane - nie wiadomo skąd - słowa, które odnalazły swoje znaczenie dopiero przy bliższym kontakcie z ludźmi. Szkoda tylko, że nie były to przyjemne słowa. Ludzie potrafili najwidoczniej nie tylko uzdrawiać, jak twierdził Kola, gdy opowiadał jej o magach, nie tylko fascynować, jak przekonała się rozmawiając z nim - lecz także głęboko ranić. Nie tego oczekiwała po nich. Nie byli wcale podobni do chłopca. Nie dla nich chciała się uwolnić i nie w ich świecie chciała przebywać.
 
Żal zdawał się zduszać Cunqui od środka. Znów była uwięziona i bezsilna. Nie uratuje Koli, nie miała na to szans. Jej ostatnia nadzieja odeszła w mrok nocy wraz z Okalą, która wyjaśniła jej, dlaczego starsi chcieli pozbyć się Koli. Cunqui buntowała się całą sobą przeciwko takiemu egoistycznemu rozumowaniu, choć musiała przyznać, że było ono dosyć logiczne. Czuła potrzebę wyrzucenia z siebie całego smutku i bezradności, które ściskały ją w środku, niczym ból - inny rodzaj bólu niż ten, który przeżyła na polanie. I znacznie gorszy. Poczuła coś na twarzy. Mokre strużki, podobne do ściekających łączących się ze sobą kropli ulewnego deszczu. Były gorące i szczypały w oczy. Spływały na jej szyję, piersi, a nawet na na dno klatki, w której ją zamknięto. Czyniły to tak szybko i w takiej obfitości, że aż cała zrobiła się od nich mokra. Co dziwne, wypływając z niej, zdawały się zabierać ze sobą po trochu z tego smutku, a nawet przynosiły jej odrobinę ulgi. Za to była im wdzięczna. Czyli smutek był po prostu gorącą wodą? Cunqui nie miała siły zastanawiać się nad tym. Kola - gdyby tu był - na pewno umiałby jej to wyjaśnić.
 
Myśl o tym wyjątkowym chłopcu sprawiła, że kropli zrobiło się jeszcze więcej, a strużki zmieniły się w strugi. Oczy Cunqui wypełniły się wodą i przestała wyraźnie widzieć. Uświadomiła sobie teraz, że już wcześniej, gdy przebudziła się  z omdlenia, jej wzrok - choć znacznie wyostrzony - zdawał się być jakoś… ograniczony. Nie była w stanie rozglądać się na wszystkie strony bez poruszania głową - a przecież umiała to będąc jeszcze posągiem! Wtedy jej oczy były pełniejsze… a może wypełnione czymś? A teraz? Może ograniczały ją powieki? Poruszały się często i zdawały się czynić to samodzielnie, bez jej udziału. Czy mogła nimi kierować? Skoncentrowała się na nich i po kilkudziesięciu próbach udało jej się. Zamrugała szybko kilka razy i stwierdziła, że od razu zaczęła widzieć znacznie wyraźniej. Poruszające się powieki wypychały wypływającą z oczu oślepiającą ją wodę… kolejne dziwne zjawisko.
 
A jak było z jej słuchem? Podobnie, jak ze wzrokiem? Chyba tak. Docierało do niej coraz mniej głosów i były one coraz cichsze, ale to akurat jej nie zdziwiło. Mieszkańcy osady musieli udać się już na nocny odpoczynek. Może tylko poza starszyzną. Te człowiecze potwory na pewno zaznajomiły już chłopca z wydanym na niego straszliwym wyrokiem i właśnie czyniły przygotowania do jego wykonania.
 
Spływających po policzkach kropli powoli stawało się coraz mniej. Cunqui wysilała się przez jakiś czas, ale nie zdołała poruszyć płatkami uszu. Widocznie nie działały tak, jak powieki. I nie płynęła z nich gorąca woda. Spojrzała w dół na swoje bose stopy. Wyglądały identycznie jak stopy posągu, który jeszcze do niedawna był jej domem i więzieniem. Próbowała poruszyć choć jednym ze swoich malutkich palców. Wydawało jej się w pewnej chwili, że jej stopa zadrżała, ale kolejne wysiłki były bezowocne. Zrezygnowała z dalszych eksperymentów.
 
Jej myśli powróciły do Koli. Jak on się teraz czuł? Nie umiała sobie wyobrazić, ale tak bardzo chciała choć w ten sposób znaleźć się obok niego, że próbowała z całych sił. Każda chwila, w której usiłowała postawić się na jego miejscu, uświadamiała ją w beznadziejności całego tego położenia. Nie… to było jeszcze bardziej bolesne niż wszelkie próby poruszenia się.
 
Czy mogła umrzeć? Wątpiła w to. Ale jaki sens miało jej dalsze istnienie na świecie, gdzie działy się tak potworne rzeczy? Nawet tutaj, gdzie zabicie niewinnego groziło obłąkaniem, znajdowano sposoby pozbywania się innych. Tylko jedna kobieta spośród starszych, Katla, wydawała się mieć skrupuły co do tego szokującego przedsięwzięcia, ale i ona w końcu podporządkowała się decyzji reszty. Cunqui na nieszczęście nie mogła się z nią porozumieć i przekonać jej, by pomogła Koli.
 
Co jeszcze mogła zrobić? Krzyknęła raz… a potem krzyczała długo. Bez słów, ale za to tak głośno, że aż zaszumiało jej w głowie. Potem rozpacz zamieniła się we wściekłość… aż wreszcie pozostał już tylko słaby, zmęczony jęk.
 
Jakby w odpowiedzi na to wszystko drzwi do Izby Cudów otworzyły się z ostrożnym stukiem, kotara w wejściu poruszyła i ktoś wszedł do pomieszczenia. Cunqui pomyślała z nadzieją, że może to Okala usłyszała ją i zmieniła zdanie. Podniosła wzrok na przybysza i natychmiast uderzyła w nią nowa fala przytłumionej od czasu spotkania starszych, ale wciąż jeszcze pulsującej w niej nienawiści.
 
Nie! Tylko nie on!
 
- Kolejny przybytek w kolekcji Fruya - powiedział cicho Toi Avafarn zamykając za sobą drzwi. Kotara opadła z powrotem. - Panna z Mgły, pani bez serca, źródło niezwykłej i tajemniczej mocy, której nie sposób wyczuć pod opuszkami palców, ale która drzemie ukryta i objawia się w najmniej oczekiwany sposób. Istota, która zdecydowała się pomóc młodemu chłopcu bez oglądania się na konsekwencje. A teraz opuszczona i zamknięta jak lalka odebrana niegrzecznej dziewczynce...
 
Jego słowa zdawały się jeszcze bardziej rozjątrzać jej rany. Cunqui syknęła i skuliła się w środku. Gdyby mogła, odsunęłaby się od niego jak najdalej.
 
- Och, ależ nie ma się co płoszyć. Widzę, że jesteś bardzo zdenerwowana… No cóż. Jesteś w tym względzie podobna do nas - do ludzi. Ale nie przejmuj się, to nic złego. Emocje, nawet te krótkotrwałe, są niezwykle ważne - ciągnął stary mag - gdyż najczęściej to właśnie one kształtują nasze przekonania. Zwłaszcza u istot prostych i nieprzyzwyczajonych do refleksji. Nie, nie mówię o tobie. Ty jesteś bezsprzecznie myślącym stworzeniem. Nie zapytam o twoje uczucia w stosunku do mnie, gdyż dałaś już im wyraz. Ale o twoje zdanie o mnie nie zapytam z innego powodu. Nie chcę cię obrazić. Tylko głupcy wydają osąd o innych jedynie na podstawie emocji.
 
Cunqui wzdrygnęła się. Była obnażona - i nie chodziło o jej nagie ciało. Więc i on ją słyszał! Wiedział, co myśli, a co gorsza - co czuje. I tak, jak Okala, nie przyznał się do tego przed innymi. Ukrywał to tak dobrze, że nawet ona tego nie zauważyła.
 
Po słowach Toia zaczęło jej się ogromnie nie podobać, że ludzie mogli czytać w jej myślach, a ona nie była w stanie niczego przed nimi ukryć. Przy Koli nie czuła żadnych oporów, przy Okali miała nadzieję na pomoc... Ale teraz?
 
- Obdarzono cię zdolnością analizy - ciągnął Toi, zbliżając się i przypatrując Cunqui przez otwory w siatce jej więzienia - ale również pozwolono ci czuć. Pozwól, że powtórzę: ta kombinacja jest właściwa ludziom, choć niewielu z nich potrafi nad nią zapanować. Gdy ktoś twierdzi, że odnalazł w życiu szczęście - prawdziwe szczęście - oznacza to, że taki człowiek odnalazł doskonałą równowagę między odczuciem a refleksją. Dlatego pewnie nie spotyka się wielu naprawdę szczęśliwych ludzi... Jedno nie istnieje bez drugiego, ale zbyt duży nadmiar któregokolwiek z nich prowadzi albo do zgryzot, albo do ogłupienia.
 
Stary mag odwrócił od niej wzrok i przesunął go po półkach zastawionych talizmanami i innymi przedmiotami.
 
- Ciemno tu - stwierdził. - Nie przeszkadza ci to?
 
Cunqui nie odpowiedziała na to pytanie. Była zdumiona. Czyżby się przesłyszała? Może jej słuch rzeczywiście był wybrakowany... Czy ten przebrzydły człowiek właśnie wyjaśniał jej, jak osiągnąć szczęście?
 
- Równowaga między uczuciami i refleksją, moja panno, to również droga do opanowania magii. Najlepsza, o ile nie jedyna droga. Dlatego, najważniejsze pytanie, które być może powinnaś sobie postawić, to jak zbalansować te dwie rzeczy - ciągnął Toi ze spokojem. - Proponowałbym w tym celu odpuszczenie choć trochę z tej odrazy, która aż z ciebie promieniuje. Wiem, że twoja nienawiść do mnie jest bardzo silna. Ale… teraz czas na refleksję, Panno z Mgły. Czy wydaje ci się, że potrafiłabyś to uczynić? Zastanowić się… na spokojnie? - Toi wyciągnął rękę i przy pomocy kilku pewnych swojego celu, jasnych iskier, które wystrzeliły z jego dłoni, zapalił jedną ze znajdujących się w pomieszczeniu świec. - Albo chociaż spróbować? Jeśli nie, to odejdę. Pozostawię cię niezakłóconemu delektowaniu się twoją urazą.
 
Cunqui zawahała się. O co mu chodziło? I jak się to działo, że jego słowa były tak przyjemne - i tak pobudzające? Pytania zdawały się ją hipnotyzować, zmuszać wręcz do szukania odpowiedzi. Jej myśli rozbłysły jak miliony zapalonych jednocześnie świec.
 
- Już teraz tak bardzo mnie nienawidzisz, a przecież jeszcze nawet nie wiesz, do czego naprawdę jestem zdolny - uśmiechał się, a Cunqui bardzo nie podobał się ten uśmiech. - Poznałaś tylko jedną z moich wielu twarzy, panno. Ale nie przejmuj się tym za bardzo. Wielu ludzi popełnia ten błąd. Tylko nieliczni znają mnie naprawdę. Na całym świecie są… niech pomyślę… trzy takie osoby. Dlatego też, jak również z innych powodów, zmuszony jestem nosić maskę przez cały czas. Zmieniam tylko czasami jej natężenie… kolor, jeśli wolisz.
 
Maska? Tego słowa nie znała w ogóle.
 
- Hmm. Twoja selektywna wiedza o języku ludzi jest zadziwiająca. Operujesz skomplikowanymi pojęciami, które całkowicie obce są pozbawionym elokwencji prostakom, ale nie znasz pewnych podstawowych słów, którymi są w stanie posługiwać się dzieci, dopiero uczące się mówić.
 
Zbliżył się do półek, na których ułożone były nieduże, plecione koszyczki. Po chwili zastanowienia sięgnął po jeden z nich. Wyciągnął z niego płaski, owalny przedmiot, trochę większy od jego dłoni.
 
- To jest zwykła maska, panno - powiedział, pokazując go Cunqui. - Wykonana przez Okalę, która, mimo posiadania nieznośnie paranoicznego usposobienia i innych licznych przywar - uśmiechnął się znów i tym razem Cunqui doskonale rozpoznała w jego grymasie drwinę  - przepięknie rzeźbi w drewnie i w glinie.
 
Przyłożył maskę do swojej twarzy. W miejscach, gdzie znajdowały się jego oczy, usta i nos, na przedmiocie wydrążone lub wycięte były ich odpowiedniki. Ale jakże przerażający był to widok! Wykrzywione, poharatane linie warg, zapadnięte policzki, gęste brwi… wszystko to robiło upiorne wrażenie. Cunqui nigdy jeszcze nie widziała czegoś tak ohydnego. Gdy Toi odsunął maskę, jego twarz wydała się po tym widoku prawie przyjemna.
 
- Ciekawa historia z tym jakże wdzięcznym obliczem - Toi wyciągnął rękę i przyglądał się artefaktowi z lekko przekrzywioną głową. - Miało ono w zamierzeniu pokazywać prawdziwą naturę człowieka, który je przykładał do swojej twarzy. Okala pracowała nad nim dniami i nocami, zaklinając Moc, medytując, układając i recytując rytualne formułki. Ale wyszło inaczej… Maska rzeczywiście zdaje się działać… bardzo rzadko, ale działa. Chcesz wiedzieć, jak?
 
Cunqui uważała, że maska - jeżeli rzeczywiście miała pokazywać prawdziwą naturę człowieka - działała wyśmienicie na Toiu. Starszy mówił dalej.
 
- Maska czasem uśmiecha się, gdy dotknie twarzy człowieka, który dotknięty jest chorobą. Taka to z niej przewrotna i złośliwa jędza… Zdarzyło się nawet raz, że wyszczerzyła radośnie zęby przy spotkaniu z pewnym uzdrowicielem, który tego samego dnia umarł. Co było w tym przypadku dziwne, nie zginął on śmiercią naturalną… A jak to się stało? Chętnie ci opowiem. Mag ten miał wyjątkowy sentyment do zwierząt. Pewnego dnia znalazł ranne sępidło i, wbrew naszej zasadzie stosowania magii tylko wobec ludzi, postanowił mu pomóc. Zabrał je nawet do domu, w tajemnicy przed starszyzną, rzecz jasna. Ogromny ptak ledwo zmieścił się w jego chacie. Mag siedział nad zwierzęciem dzień i noc, zabliźniając jego rany, wypełniając jego ciało magiczną energią, wygładzając pióra… Sępidło przywiązało się bardzo do swojego opiekuna. To są mądre ptaki, musisz wiedzieć. Potrafią rozpoznawać poszczególnych ludzi oraz ich intencje - nie po węchu, jak psy i jaszczury - ani przy pomocy pięciu pozostałych zmysłów. Nazywamy to “siódmym zmysłem” - czyli czymś, czego ludzie nie posiadają i pewnie nigdy nie zrozumieją. Kolejna ważna rzecz, panno z Mgły: magia nie zawsze idzie w parze z mądrością. Mag postanowił całkowicie oswoić zwierzę, marząc o tym, by nauczyć się na nim latać. To nie był dobry pomysł.
 
Nie udało mu się?
 
- Ależ owszem. Sępidło, wzmocnione Mocą, którą oprócz gryzoni karmił je mag, miało wystarczająco wiele siły, by unieść na sobie człowieka. Nie minęło wiele czasu i mag był pierwszym człowiekiem, który wzbił się w powietrze. Wszyscy inni magowie zazdrościli mu, oczywiście. Muszę przyznać, że ja również… Latanie było od zawsze marzeniem każdego mistrza Mocy. W dawnych czasach próbowano magicznie zmodyfikować jaszczury - wyjątkowe zwierzęta i bez ludzkiej ingerencji - co zaskutkowało w niesamowity sposób… jeśli kiedykolwiek będziesz mogła zobaczyć na własne oczy jaszczura, zrozumiesz, o co mi chodzi. Ale nigdy nie nauczono ich latać.
 
Dlaczego wobec tego od początku nie trenowano sępideł?
 
- Ponieważ żadne z nich się nie dało. To, które przywiązało się do naszego maga, było pierwszym. Jak wspomniałem… to bardzo rozumne ptaki, stroniące zazwyczaj od ludzi.
Mag zapomniał o tym najwidoczniej. Odurzony swoim sukcesem, pozwolił sobie na butę i chełpliwość… uważał się za lepszego od innych. Zwierzęciu nie spodobała się ta zmiana. Pewnego dnia po prostu nie poznało go już… i rozszarpało go na drobne kawałki. To było tego samego dnia, gdy przymierzył dla żartu śmiejącą się maskę, którą wyrzeźbiła Okala.
 
Ci Cudotwórcy rzeczywiście lubowali się w opowieściach. Cunqui znowu - podobnie jak wcześniej w rozmowie z Kolą - złapała się na tym, że słuchała, zafascynowana, nie dość tego - pogrążyła się w rozmowie z Toiem.
 
- Również historia Okali i Fruya jest warta wysłuchania… wbrew temu, co o nich myślisz, nie są oni ucieleśnieniem samego zła. Walczyli i stracili wiele… być może zmieniłabyś o nich zdanie, gdybyś poznała ich lepiej. Powiem ci tylko w tajemnicy, że mag, który zginął, rozszarpany przez sępidło, był ich jedynym synem... Ale, ale... obawiam się, że nie mamy czasu na dalsze opowieści. Jak słusznie zauważyłaś, nieco za bardzo się rozgadałem i odeszliśmy od tematu. Wróćmy do moich masek.
 
Toi odłożył artefakt na swoje miejsce i stanął przed nią. Cunqui przyglądała się jego twarzy, ale nie widziała na niej nic niezwykłego.
 
- Nie chodziło mi o zwykłe maski, lecz o te, które przybieramy na zawołanie, bez pomocy magicznych bądź nie-magicznych przedmiotów. Wszyscy ludzie je noszą, ale nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Pokażę ci.
 
Chwilę później stało się coś zdumiewającego. Z oblicza starca nagle zniknął szyderczy grymas, a w oczach pojawiły się powaga i skupienie. Wygładziło się czoło, rozluźniły policzki. Nawet jego głos stał się głębszy i pełen powagi. Gdy zwrócił się do niej, miała wrażenie, że był to zupełnie inny człowiek.
 
- To jest inna z moich masek. Przybieram ją wtedy, gdy rozmawiam z którymś z moich młodych, często jeszcze postrzelonych uczniów lub gdy próbuję przyswoić mu podstawy magii. Uważany jestem za cierpliwego i wyrozumiałego nauczyciela i uzdrowiciela. Gdy jestem natomiast w gronie starszych, często pozwalam sobie na - nieszczere, muszę przyznać się bez bicia - i nieco ironiczne, prześmiewcze nawet  rozbawienie. Tę maskę miałaś możliwość podziwiać już wcześniej.
 
Czyli maski to po prostu nieprawda?
 
- Doskonały i celny wniosek. Ludzie często przybierają inne twarze po to, by coś osiągnąć lub po to, by nie dać się zranić. Ale jest jeszcze wiele innych tego powodów.
 
Jego głos i wzrok znów zmieniły się, co w kontraście do jego wcześniejszego pokazu uderzyło jej świadomość jeszcze mocniejszą falą niechęci.
 
- Moja droga, ja udzielam ci tutaj ważnych życiowych lekcji, a ty się dąsasz. Za dużo uczuć… gdzie refleksja? Mówiłem ci, że to też jest maska, przygotowana dla tych, którzy mnie nie znają albo otwarcie nienawidzą. Nie ma takich wielu. Zazwyczaj ludzie za bardzo się mnie boją. Nazywają mnie “Katem”, bo to ja najczęściej zabijam skazanych - w ramach prawa, oczywiście.
 
Spojrzał wymownie na swoje zakrwawione ubranie. Maska czy nie maska, Cunqui poczuła, że robi się jej niedobrze. Ten człowiek zabił już nie raz… a za kilka godzin miał zabić i Kolę. Jej Kolę! A w dodatku próbował ją pouczać! Czy po to właśnie tu przyszedł? Żeby napawać się swoją przewagą nad nią?
 
- Fascynujesz mnie - odpowiedział. - Żadna z tych rzeczy tutaj - zatoczył krąg ręką wskazując na talizmany i inne dziwa - nie ma mocy równej twojej. Moc myśli i zrozumienia jest jednym z największych darów, które nie zostały przyznane żadnej innej istocie poza ludźmi. Nie jesteś człowiekiem, więc kim jesteś?
 
Już wcześniej Kola zapytał ją dokładnie o to samo.
 
- Gdy przyszła do nas moc - mówił Toi - ludzie przestali wierzyć w bogów. A mieliśmy ich wcześniej tylu, że nie dało się ich nawet policzyć. Moc pokazała nam, że wszystko, co niezrozumiałe, można wyjaśnić. To, czego wcześniej się baliśmy, nagle potrafiliśmy stworzyć sami. Bogów odrzucono w kąt. Ale może oni wcale nie byli mitem? Tak, jak i ludzie, bogowie podobno zdolni byli do uczuć. Poza tym byli wyjątkowi i posiadali zdolności obce zwykłym śmiertelnikom. Może i ty jesteś boginią, boginką… albo jednym z okruchów rozbitych przez ludzi bogów?
 
Jak to się działo, że słuchanie jego słów sprawiało jej przyjemność, podczas gdy w jej duszy szalał gniew, a dźwięk jego głosu sprawiał jej ból?
 
- Pewnie nigdy się tego nie dowiemy. Mówi się u nas, że czasem wiele rzeczy musi pozostać w cieniu, żeby na inne padło światło i widać je było wyraźniej. Widzisz, tutaj również musi być zachowana równowaga. Powróćmy jednak do masek oraz do twoich uczuć, które, przyznam, fascynują mnie najbardziej - jeszcze bardziej niż twoja zdolność myślenia! Arin, wódz Tych Pieczarników, jest jedną z takich nielicznych osób, które nie boją się publicznie okazywać mi swojej niechęci. Dlatego oddał Kolę na naukę do Fruya, a nie do mnie. Nie przyznałby się nikomu, że uważa mnie za lepszego nauczyciela, choć tak jest. Gdyby Kola trafił do mnie, byłby wyszkolony na maga, wierz mi. I to na dobrego. Arin nie zdawał sobie sprawy, jaki popełnia błąd. Ja też nie zauważyłem, muszę przyznać, co planował Fruy. Aż do chwili, gdy było już za późno. Okala opowiedziała ci wszystko, zgadza się? Widziałem, jak wybiega stąd i słyszałem, jak mruczy do siebie o obłąkaniu... Ale powody niechęci Arina do mnie rozumiem. Twoich natomiast nie. Powiedz mi, panno, czy naprawdę aż tak bardzo zależy ci na tym chłopcu?
 
W jego oczach, które znowu wbijał w nią intensywnie, było teraz napięcie. Czekał na jej odpowiedź z niepokojem, jakby obawiał się, że będzie ona niewłaściwa.
 
Tak!, wykrzyczała w myślach Cunqui. A wy chcecie go zabić tylko dlatego, żeby magia nie zostawiła tego plemienia!
 
- Refleksja, panno, więcej refleksji! - upomniał ją z ironicznym uśmiechem. Wydawał się jednak zadowolony z jej odpowiedzi. - Będę z tobą szczery. Nie zdejmę mojej maski, bo na to jest między nami jeszcze za wcześnie. Ale postaram się zrobić coś innego. Mamy jeszcze trochę czasu. Egzekucja nie rozpocznie się przed nastąpieniem dnia. Nigdy nie przeprowadzamy ich w nocy. Zdradzę ci teraz drugi powód, dla którego do ciebie przyszedłem.
 
Pojawiła się w niej słabiutka nadzieja, ale Toi Avafarn zaraz ją zgasił. Przybliżył się do niej tak, że prawie już czuła na sobie jego oddech.
 
- Jestem tutaj po to, żeby cię wyśmiać. Mam zamiar śmiać się z ciebie i twojego uwięzienia tak długo, aż osiągnę to, co chcę.
 
Jak mogła choć przez chwilę łudzić się, że chciał pomóc jej i Koli? Fałszywy, okrutny morderca! Dobrze, pomyślała, na co więc czekasz? Śmiej się. Cunqui również umiała pokazać pogardę.
 
- Och - zaśmiał się Toi. - Szybko się uczysz naszych ludzkich przywar. To dobrze. Przyda się nam to. Słuchaj więc uważnie.
 
Patrzył na nią przez cały czas i mówił bardzo powoli, wyraźnie, jakby delektował się każdym słowem.
 
- Gdybyś tylko mogła stąd wyjść… uwięzili cię ludzie, to musi boleć. Chcesz uratować Kolę, ale zamiast się zastanowić nad tym, jak to zrobić, ty pogrążasz się w nienawiści i gniewie. Śmieję się z ciebie! - i tak też uczynił.
 
Jesteś złym człowiekiem, pomyślała do niego.
 
- Nie ma ludzi całkowicie złych, panno, tak samo jak nie istnieją zupełnie szlachetni. Dalej! Arin i jego Ci Pieczarnicy są już tak blisko… w jednej z gospód w Lavinie, jedynej z zielonym dachem. Szkoda, że wódz nie ma pojęcia o tym, co grozi Koli. Gdyby wiedział, na pewno by do tego nie dopuścił. Kola jest jeszcze dzieckiem i jego wódz ma prawo zainterweniować... nawet wtedy, gdy wydany jest wyrok śmierci. Ale on nie zdaje sobie sprawy z tego, że powinien się spieszyć! Czyż to nie śmieszne?
 
Czy nie można byłoby dać mu znać? Wysłać echo… tak się to chyba nazywało?
 
- Echo, panno... Kto miałby to zrobić? Może ja? Żeby narazić się na wyrok śmierci poprzez przeciwstawienie się rozkazom mojego najstarszego? Ha! Teraz mnie dopiero rozbawiłaś!
 
Cunqui zamilkła, zmieszana. Co się działo? Toi kontynuował bezlitośnie.
 
- Nasz Fruy nie ma pojęcia o twojej mocy i całkowicie zignorował opowieść o tym, jak rozbiłaś posąg dla ratowania tego chłopca. Ale to jego głupota, nie twoja. Ty jesteś winna temu, że sama tego nie widzisz. Gdybyś chciała, naprawdę chciała, wyszłabyś z tej prymitywnej magicznej klatki już dawno temu. Dlatego śmieję się z ciebie najgłośniej!
 
Wbijał w nią swoje szare, rozjarzone pogardą oczy. Cunqui poczuła rodzące się w niej tornado wzburzenia, ale jakimś niewytłumaczalnym sposobem nie było ono utkane już tylko z gniewu. Słowa starca miały sens, który uchwyciła dopiero teraz. To, co się w niej obudziło, było niczym innym, tylko realizacją jej własnych, choć niepojętych jeszcze do końca możliwości.
 
-  Czujesz gniew? Już nie nienawiść? Rozumiesz, do czego zmierzam? Dobrze! Nie daj się zaślepić uczuciom. Refleksja! Myśl rozsądnie!
 
Toi nie podnosił głosu, być może nie chciał, by ktoś go usłyszał, ale ponaglał ją prawie syczącym już szeptem.
 
O czym miała myśleć? I jak?
 
- Co wtedy czułaś? Czego chciałaś? Wróć do tej chwili, odtwórz wszystko jeszcze raz. Potrafiłaś to wtedy!
 
Cunqui przypomniała sobie po kolei wszystko to, co przebiegało jej przez głowę na polanie, gdy Nukira z nożem w ręku wspinała się w stronę bezbronnego Koli. Wtedy wiedziała, że gdy chłopiec zginie, ona pozostanie w samotności, której się bała. Teraz czuła dokładnie to samo… nie, nie dokładnie. Była jedna dość znacząca różnica.
 
- Jesteś blisko! Panno… twój diadem promienieje!
 
Teraz wszystko, co czuła, przysłaniało zdenerwowanie. Uczuć było jeszcze zbyt dużo. Żeby zrobić to, co zrobiła wtedy, musiała pozbyć się tych, które nie były jej potrzebne i zabierały jej energię.
 
- To nie jest proste, wiem… ale już to raz zrobiłaś!
 
Tak. Tak właśnie było. Ale jak?
 
W tej właśnie chwili Cunqui zrozumiała, co ma zrobić. Chcę tego - powiedziała do siebie. Jestem na to zdecydowana!
 
I… zdecydowała.
 
Myśli pokierowały jej emocjami, skupiły się na tym, czego chciała najbardziej, a jej energia skoncentrowała się w jednym miejscu. To, co było niepotrzebne, odsunęła na bok. Przejęła kontrolę, nie tracąc nic z głębi swojego przekonania. Ono było niezachwiane.
 
Wydostać się stąd. Powiadomić Arina. Uratować Kolę. Tylko ona mogła to zrobić.
 
Pełna kontrola. Skupiła się na tym słowie. A potem jej myśli nabrały gęstości i powoli skrystalizowały się w rzeczywistość.
 
Chwilę później magiczna klatka rozpadła się na miliony ognistych cząsteczek, które poszybowały na ziemię, gasnąc po drodze, niechętne do podjęcia nierównej walki albo niezdolne do przeciwstawienia się jej woli.
 
Unosiła się teraz w powietrzu, nie dotykając drewnianej półki, na której wcześniej stała jej klatka. Toi uśmiechnął się. Tym razem bez cienia pogardy.
 
- Wiedziałem - powiedział cicho i cofnął się o kilka kroków. - Nie ma wątpliwości… Przez diadem wychodzi Moc, która cię wypełnia! Właśnie udało ci się ją uwolnić!
 
Rozpoznał jej moc… Pokierował nią do miejsca, z którego sama podążyła już dalej. A wszystko to bez użycia magii, bez jednego ruchu ręką. Zrobił to tylko przy pomocy swoich słów! Spojrzała na niego - tym razem z podziwem.
 
- Z diademu wychodzą cieniutkie nitki Mocy. Twojej Mocy… Widzę ją tak wyraźnie, jak moją. Różnią się kolorem, poruszają się w inny sposób… ale to nie może być nic innego. Widzisz je?
 
Cunqui zdała sobie sprawę z tego, że znowu widziała i słyszała więcej. Jakby jej oczy i uszy otworzyły się bardziej na otaczający ją świat.
 
- Przypuszczam - powiedział Toi - że posąg, w którym byłaś, wypełniała ta sącząca się z diademu siła. Dlatego byłaś w stanie użyć jej do uwolnienia się. Wtedy i teraz.
 
Widziała te nitki! W kolorze purpury, błyszczące, silne i pewne.
 
- A teraz użyj Mocy na sobie!
 
Cunqui skupiła się całą sobą na punkcie znajdującym się przed nią. Zapragnęła się tam dostać. Jej myśli znów objęły to uczucie, jakby przytulały się do niego. Nie zajęło jej to dużo czasu. Wiedziała już, jak to zrobić.
 
Kilka chwil później lekko i bez trudu, jakby było to całkowicie naturalne, jej postać przesunęła się w powietrzu w stronę wybranego miejsca.
 
Latała! Tak jak czyniły to ptaki… choć nie miała, tak jak one, skrzydeł. Latała! Euforia, która ją opanowała, przez chwilę wytrąciła ją z równowagi. Gdy poczuła, że spada, pospiesznie przywołała swoje myśli do porządku. Zatrzymała się prawie natychmiast.
 
To było takie proste! Jak mogła nie umieć tego wcześniej?
 
- Brawo - powiedział Toi. - Masz w sobie wielkie pokłady Mocy, ale przede wszystkim masz silną wolę. Gdyby tak nie było, nie zniszczyłabyś kamienia, w którym byłaś uwięziona. A wola to właśnie równowaga między uczuciem i rozsądkiem. I klucz do panowania nad Mocą. Twoja magia… jest inna od tej, którą posługujemy się my, ludzie. Dlatego nikt z nas nie umiał jej u ciebie wyczuć. Ale wystarczyło mi jedno spojrzenie na ciebie i zrozumiałem, że wystarczy cię tylko lekko nakierować. Wiedziałem, że ci się uda. Nie wiedziałem tylko, że stanie się to tak szybko - uśmiechnął się łagodnie.
 
Cunqui rozpoznała na jego twarzy maskę, którą - jak twierdził - przybierał podczas nauczania i uzdrawiania. Dalej nie chciał pokazać jej swojej prawdziwej twarzy.
 
Wzbiła się potem wysoko do góry, aż pod sufit izby. Chwilę później powróciła na dół. Spojrzała ponownie na swoje stopy, pochylając przy tym głowę. Poruszyła nimi... Wyciągnęła przed siebie ręce… zgięła palce, pozostawiając tylko jeden z nich wyprostowany. Powoli przybliżyła go do swoich ust, a potem dotknęła ich.
 
Dotyk… nie tylko odczucie zimna i gorąca… prawdziwy dotyk jej własnych warg - miękkich, uginających się pod naporem palca. Przyjemne mrowienie w punkcie, w którym skóra spotykała się ze skórą.
 
Obróciła się w stronę Toia, który obserwował ją uważnie, przysłuchując się jej myślom. Jeszcze niedawno zrobiłaby mu krzywdę, gdyby tylko mogła… teraz jego obecność w jej świadomości nie przeszkadzała jej ani trochę.
 
Podleciała do niego, wyciągając rękę w jego stronę. Dotknęła jego pomarszczonego policzka. Nie cofnął się.
 
Ale przecież tobie też zależy na śmierci Koli?, zapytała, wciąż jeszcze nie rozumiejąc.
 
- Opowiem ci historię o trzech wędrowcach- uśmiechnął się w odpowiedzi Toi. - Posłuchaj uważnie. Trzech wędrowców idzie przez las - idą gęsiego i w prostej linii. Pierwszy z nich mówi: “Przede mną nie ma nikogo, a za mną jest inny wędrowiec.” Drugi mówi: “Przede mną jest inny wędrowiec i za mną jest inny wędrowiec.” Trzeci mówi: “Przede mną jest inny wędrowiec i za mną jest inny wędrowiec.” A teraz powiedz mi, panno… jak to jest możliwe?
 
Cunqui zmarszczyła brwi. Myślała przez kilka długich chwil. Nie, to nie jest możliwe, stwierdziła w końcu.
 
- Ależ owszem - zapewnił ją Toi. - Musisz się tylko zastanowić...
 
Próbowała znaleźć odpowiedź, ale w końcu poddała się. Toi uśmiechnął się smutno.
 
- To bardzo proste… ostatni wędrowiec kłamie.
 
Zamrugała oczami. Nieszczerość była nową koncepcją. Ale czy tak bardzo nową? Maski… przecież i one nie były niczym innym.
 
- Kolejna lekcja natury ludzkiej. Za darmo - starszy ukłonił się przed nią ze swoim lekko drwiącym grymasem.
 
Zaraz. Czy to oznaczało, że Toi nie chciał zabić Koli? Ale to nie miało żadnego sensu! Sam zaproponował egzekucję z samego rana!
 
Ach…!
 
Gdy zdała sobie sprawę z tego, z czego powinna już dawno, aż udało jej się zachłysnąć...
 
Starsi chcieli zabić Kolę w nocy… ale Toi zaproponował egzekucję, która mogła odbyć się dopiero rano! Starzec nie tylko nauczył ją posługiwać się mocą… nie tylko pokazał jej, jak ma się uwolnić. Dał jej jedyne, co mógł jej dać w tej prawie beznadziejnej, zdawałoby się, sytuacji.
 
Toi Avafarn dał jej czas. Czas na znalezienie gospody - jedynej gospody z zielonym dachem.
 
Mogłeś powiedzieć to wszystko wprost. Po co te pokrętne drogi?
 
Uniósł brwi, jakby dziwiąc się tak prostej idei.
 
- Ale wtedy nasza rozmowa byłaby nudna…
 
Cunqui potrząsnęła głową w niedowierzaniu. Ludzie byli niezwykłymi istotami.
 
- Znajdziesz Lavinę lecąc w tę stronę - mag wskazał jej ręką kierunek. - Masz prawie całą noc... Powodzenia, panno z Mgły.
 
Chciała mu podziękować… ale on odgonił ją jakby była natrętną muchą.
 
- Leć już!
 
Gdy Cunqui opuściła Izbę Cudów Fruya niewielkim otworem w środku dachu, starszy mruknął do siebie:
 
- Po raz pierwszy chyba nauczyłem kogoś kłamać… No cóż. Cokolwiek by się nie stało… i kogokolwiek przepiękna pani bez serca chciałaby za to całe zamieszanie ukarać... nawet, gdyby przyszło jej do głowy zniszczyć całe Klakon… mnie już teraz na pewno oszczędzi.
 
Opuścił Izbę, rozglądając się ostrożnie i upewniając, że nikogo nie ma w pobliżu. Udał się do swojej siedziby i, po krótkiej drzemce, zaczął przygotowywać się do kolejnej egzekucji.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Alen Dagam · dnia 08.11.2017 15:56 · Czytań: 68 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 2
Komentarze
MarcinD dnia 09.11.2017 14:28 Ocena: Świetne!
Cytat:
panno z Mgły

Przy takim nazewnictwie "panno" powinno być również z dużej literki :-).

Osz... Ty! No jak tak mogłaś?! Ty... Ty...

Ja na prawdę już szczerze znielubiłem Toia, a tymczasem... Pięknie. Fantastycznie. Zwrot akcji po całości, haha. Gratulacje, zaskoczyłaś mnie całkowicie.

I cała rozmowa Toia, który wręcz bawił się, zmuszając Pannę z Mgły do odkrycia, że włada mocą. Do sprowokowania jej, by to odkryła. Świetnie.
Alen Dagam dnia 10.11.2017 15:14
Toi jest, jak wspominałam wcześniej, inteligentny. I, jak sam twierdzi, jest dobrym nauczycielem - wie, że do każdego podchodzi się z nauczaniem inaczej. A jaki jest naprawdę? To wiedzą tylko nieliczni. Może i my się dowiemy ;)

Przy tej części miałam wrażenie, że strasznie dużo się biedak nagadał. Ale, z drugiej strony, jego słowa są dość ważne dla całej historii tego cyklu. Być może niektóre z jego przypuszczeń są trafne.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Leszek Sobeczko
24/11/2017 01:19
fajny manifest; ale nierealny czy tu nie zachodzi pewna… »
Berele
24/11/2017 01:15
"Na rozpaloną duszę utopioną w winie" Trzeba… »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 01:12
kiedyś na PP publikowała autorka o ksywce Shortia /z… »
Berele
24/11/2017 01:10
Uśmiechy dla nowych komentatorów :) Niech jeszcze poleży;… »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 01:08
3 zdanie, wiersza brak pomimo wersyfikacji pozdrawiam »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 01:06
karkołomne porównanie pozdrawiam »
Miladora
24/11/2017 00:56
Na pewno pozostanie zagadką, Mrówciu. :) Jej uśmiech… »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 00:56
czytam Dolną Półkę a tu taka perełka, naprawdę mi się… »
Miladora
24/11/2017 00:40
A może jednak nie przeminął, Apisku? :) W weekendy tłumy… »
Miladora
24/11/2017 00:33
A wiesz, że to bardzo dobry pomysł, Jago? :) Może… »
Miladora
24/11/2017 00:28
Bardzo mi miło - dziękuję pięknie, Uleńko. :) Serdeczności… »
Miladora
24/11/2017 00:26
To najlepsza pochwała dla autora, Uleńko. :) Bardzo… »
JOLA S.
23/11/2017 23:56
Słynny uśmiech Mony Lizy należy do najbardziej czarujących w… »
Zola111
23/11/2017 23:02
Ależ to urokliwe! bardzo! z. »
Miladora
23/11/2017 22:41
Tekst po korekcie. Rekomenduję do wirtajek. :) »
ShoutBox
  • mike17
  • 23/11/2017 23:27
  • WYNIKI w MUZO WENACH 5 są już dostępne, zapraszam serdecznie : [link]
  • mike17
  • 23/11/2017 23:20
  • Bardzo Wam dziękuję za "Kwasiżurka" - powstał w chwilę, ale liczę, że dłużej pozostanie w pamięci :)
  • Niczyja
  • 23/11/2017 22:44
  • Wzajemnie:)
  • maak
  • 23/11/2017 22:43
  • Tak zrobię :). Dobrej nocy.
  • Niczyja
  • 23/11/2017 22:38
  • Dobrze, zgadzam się. Na pewno będzie pięknie:) Może być też tłumaczka wiatru lub deszczu. Albo wysokich traw bujających się na wietrze. Jak zechcesz, tak napisz:)
  • maak
  • 23/11/2017 22:36
  • Dobrze. Napiszę o kobiecie nie kobiecie. O tłumaczce chmur? :)
  • Niczyja
  • 23/11/2017 22:26
  • Coś co nie jest bajką, ale ma w sobie całe jej piękno:) To bym chciała przeczytać...
  • maak
  • 23/11/2017 22:21
  • A co wolisz, bajkę, czy nie bajkę? :)
  • Niczyja
  • 23/11/2017 22:17
  • Maaczku, napisz coś nowego. Ty tak pięknie piszesz...:)
  • Silvus
  • 23/11/2017 22:16
  • Ciao:)
Ostatnio widziani
Gości online:16
Najnowszy:Jaclynndda
Wspierają nas