Czytadło 1/14 - Gaston Bachelard
Proza » Historie z dreszczykiem » Czytadło 1/14
A A A
Od autora: Drzwi do lasu

 

 „Na stopniach świetlistego domu wariatów

Słyszę, jak brodaty dzwon wstrząsa trawnikiem lasu...”

 Gregory Corso
 
 

ROZDZIAŁ PIERWSZY


1


Pierwszą noc w więzieniu Poky Quicksand przesiedziałem, gapiąc się tępo w ścianę. Zastanawiałem się, czy uda mi się kiedykolwiek jeszcze stąd wyjść. W szarym tynku poprzedni lokator celi wydrapał napis: „Nie wiem, kim jestem, ale czuję, że nie jestem Przeciągiem”. Czasem wystarczy tylko coś zobaczyć, by zwariować. Kupa złych myśli, które nie dadzą ci spokoju i nie pozwolą szybko usnąć... Przez miesiąc ten napis będzie działał mi na nerwy. Potem zastąpię go własnym: „Wychodząc, nie zapomnę zamknąć za sobą wszystkich drzwi”. Pierwszy ze strażników, który zobaczy te litery, skwituje to zmęczonym, wymownym spojrzeniem, oznajmiającym: „Wcześniej, czy później, od takiego czegoś trafi cię szlag, koleś. Masz to jak w banku”. Nazywamy to tutaj moralnym wsparciem systemu. A nieliczni złym gadaniem, takim pocałujcie mnie wszyscy w dupę, albo gdzie tam sobie chcecie… Ech.
Tak więc wyryłem końcem łyżki w tynku osobiste: „Wychodząc, nie zapomnę zamknąć za sobą wszystkich drzwi”. Strażnik, który jako pierwszy zobaczył moje więzienne motto nazywał się Andy Potvin i za parę lat będzie mnie błagał, abym zabrał go stąd ze sobą. Jestem pewien, że gdybym zażądał, zrobiłby to nawet na klęczkach!...
Człowiek w potrzebie zdolny jest do wszystkiego. Nie tylko do oddania swoich największych skarbów. Poza tym wdzięczność, to w końcu wdzięczność. Tak? Tak. Już można się śmiać.
Był wtedy rok 2006. Równo cztery lata temu. Ale ten czas pędzi!
Trafiłem tutaj za podwójne morderstwo i miałem przebywać w Poky Quicksand aż do śmierci. Nie przysługiwało mi prawo do przedterminowego zwolnienia. Wyrok dożywocia w moim przypadku był ze wszech miar sprawiedliwy. Niesprawiedliwe za to było coś zupełnie innego – na peryferiach Cedarville zostawiłem psa, który bez właściciela stał się bezpańskim kundlem i którego już zapewne dawno temu chwycił hycel lub pożarły pchły. Choć mogło zdarzyć się
i tak, że podczas przeszukania w mojej przyczepie, komuś tam z mundurowych zapomniało się domknąć przerdzewiałe drzwi wejściowe i Fortynbras odzyskał wolność, umykając w okoliczne krzaki
i lasy, gryząc przedtem komuś solidnie łydki i drąc starannie doprasowane w kant spodnie. Oby! Ale tego nie wiem niestety. W moim świecie Fortynbras  jest już tylko kupą kości i kłaków, martwy
i bezużyteczny na podobieństwo swojego pana – czyli mnie. Jeżeli ja potrafię straszyć zwyrodniałym sobą tę lepszą część naszego ułożonego poprawnie  społeczeństwa, to pozostawienie zwierzęcia samemu sobie, straszy mnie równie mocno. A nawet mocniej. Nie ma nic gorszego niż porzucenie w potrzebie przyjaciela.
W 2010 zaakceptowałem już w sporej części swoje położenie. Tęskniłem za wolnością i za Fortynbrasem, ale pobyt
w Poky Quicksand stępił te odczucia do tego stopnia, że pozwalałem sobie na sen
w upalne, więzienne noce. Zdarzało mi się nawet śnić, ale sporadycznie i tylko wtedy, gdy bardzo o to prosiłem swoje przepracowane myśli.
Czasami sprowokowany do bójki na spacerniaku śniłem aż do samego porannego liczenia. Czasami było i tak. Wtedy jednak zawsze byłem o wiele bardziej zmęczony i zły niż normalnie. Te sny zupełnie wyprowadzały mnie
z równowagi.
Szczególnie te o Ruby Chase i Treyu Keeganie. Po takim śnie mogłem zabić kolejną parę zabawiających się ze mną ludzików. A kiedy zbierało się na burzę, mogłem zabijać już hurtem.
Bach, trach, bum!
Dobrze… Pora na konkrety. Zacznę od rzeczy oczywistych, bez których ta opowieść będzie jedynie blablaniem, jakiegoś szukającego ratunku w literach faceta.
Zacznę więc od burz.
W lipcu tego samego, niezapomnianego 2010 roku, w Poky Quicksand zagościł okres gwałtownych anomalii pogodowych. Niebo nagle traciło jasność. Z zachodu, od strony wzgórz, zbliżały się ciężkie chmury, które jak mocny oddech gasiły słońce nad spacerniakiem. Temperatura potrafiła spaść o kilkanaście stopni w ciągu paru minut. Potem grzmiało, straszyło wiatrem
i zalewało świat setkami litrów wody.
W trakcie owych burz ludzie w więzieniu głupieli jeszcze bardziej niż normalnie. Napięcie udzielało się nawet strażnikom. Ogólnie rzecz biorąc, w trakcie burzy więzienie Poky Quicksand przekształcało się w istny dom wariatów. Rozlega się pierwszy grzmot i dokładnie w tym samym momencie w duszy każdego z tysiąca czterystu zamkniętych tutaj mężczyzn zapala się jaskrawa lampka szaleństwa. Dobre, prawda?


2
 
Kolejne wyładowanie uderzyło w pustkowie tak blisko, że stary Hammer prawie upuścił tacę z obiadem. Stojący za nim Brough posłał mu spojrzenie, które miało oznaczać: „Wkurzasz mnie, dziadu!”. Wiatr targał okiennicami w jadalni, zapadł zmrok, aż musiano zapalić górne światła. W ich zimnym blasku ludzie wyglądali jak odarci żywcem ze skóry.
Hammer milczał chwilę, najwyraźniej szukał w głowie, jaką powinien dać odpowiedź Brough’owi. Wybrał tę najgorszą.
– Wypałuj się ciulu – powiedział.
Twarz Brough’a momentalnie nabrała ostrości i wrogości. Widać było, że zaraz zrobi to, co lubił najbardziej – że uderzy starego z byka.
Kilka osób w kolejce za nimi kiwnęło głowami i przezornie zrobiło im więcej miejsca. Po pierwszym ruchu ciała Brough’a ktoś roześmiał się nerwowo. Ktoś inny sapnął. Jeszcze inny udawał, że wiszący w powietrzu konflikt zupełnie go nie dotyczy.
Po szybach bębniły już wielkie krople deszczu. Kolejna kula ognia uderzyła o pustkowie.
Uważaj – przestrzegłem się w myślach. – Nie zrób niczego głupiego. To nie twoja sprawa.
– Rany Julek! – woła ktoś z końca kolejki.
Jak na ironię losu prawie słyszę w głowie swoje słowa:
– Powstrzyma ich w końcu ktoś, do licha? – pytam, ale jest już za późno.
Nienawiść tych dwóch mężczyzn wciąż wzbiera i pęcznieje.
Wreszcie ruszają się strażnicy ustawieni rzędem przy zewnętrznej ścianie. Najwyższy z nich, nazywany powszechnie „Blondynkiem-Czypurkiem”, uderza wymownie końcem swej gumowej pałki w dłoń i pokazuje Darvinowi na migi, że jego plan jest do kitu. Bark Brough’a trafia jednak niby przypadkiem w chude ramię starego. Towarzyszy temu lekkie zamieszanie, ale mina Blondynka–Czypurka jest na tyle znacząca, że stary rezygnuje z odpowiedzi na to szturchnięcie. Trzyma tylko mocno tacę z obiadem w obu zsiniałych dłoniach i mruczy coś niewyraźnie pod nosem.
Deszcz uderzający o szyby głuszy zupełnie jego słowa. Kolejna błyskawica skrzy się na brudnym szkle. Grzmot jest jeszcze potężniejszy. Prawie daje się wyczuć w powietrzu zatłoczonej jadalni kwaśny zapach ozonu.
– Nieźle daje – mówi Albert Reed i pakuje sobie w usta następną porcję rozgotowanego groszku. – No nie?
Reed zwykle nie sprawia kłopotu. Jest zauroczony życiem, jest wylewny ponad przeciętność i życzliwy ponad przyzwoitość. Będzie trzecią ofiarą tego burzowego szaleństwa. Moją pierwszą i jedyną. Zabiję go bez żadnego planu. Chciałbym móc to jakoś sensownie wytłumaczyć, ale zupełnie nie wiem jak. Ustalmy, że winę za to ponosi wyłącznie burza i lejący się z nieba deszcz. Tak będzie bezpieczniej dla każdego.
W tej chwili patrzy na mnie wielkimi, szklistymi oczami i uparcie przeżuwa groszek. Sekundę, czy dwie, zastanawiam się nad sensem jego słów. Wreszcie pojmuję i kiwam głową. W moje lepsze dni nawet go lubiłem. Kiedy przychodziło to gorsze, był mi obojętny na równi z innymi. Raz umyśliłem sobie nawet, że właśnie on jeden mógłby być moim więziennym kumplem. Trwało to jednak bardzo krótko, umknęło, zanim zdołałem zapamiętać szczegóły takich swoich dumań. Głosy w mojej głowie nie wyrażały zgody na zawieranie żadnych przyjaźni. Widocznie w stosunku do mnie miały zupełnie inne plany. A najgorsze, że nie wykazywały przy tym najmniejszych objawów dobrego humoru.
– Przyjemnie by było wyjść w ten deszcz – gada Reed. – Wyjść i pochodzić w kroplach. Bez celu. Noga za nogą. Po prostu iść przed siebie. Ależ mi się tego chce! Deszczówka dobrze wpływa na porost włosów.  Ponoć.
Ulewa wciąż siekła szyby okien, z taką siłą, że zmyła z nich nawet kurz sprzed kilkunastu ostatnich lat. A może nawet kilkudziesięciu, kto to wie?
Ktoś złapał mnie za ramię. Odwróciłem się i ujrzałem czerwoną, pełną dziwnego  przejęcia twarz Johnego Stuarta. Za Stuartem siedział Damian Hart. Obaj patrzyli na mnie jak na kogoś, komu trzeba ofiarować szybko jakiś prezent, zanim do reszty mu odbije. Chyba widzieli i czuli więcej niż ja.
– W porządku, Ethan?
– O co wam chodzi, do nędzy kurwy? – spytałem oschle.
Głosy w mojej głowie zamilkły w oczekiwaniu, na to, co będzie dalej.
– Trzym się, mistrzu, chmur – rzekł Hart, a Stuart skwitował to natychmiastowym skinieniem głowy. – I wtrząchaj lepiej żarcie zamiast pierożyć. Na głodniaka, bracie, źle się myśli i żyje. Stary jest już truposzem. Wiadomo?
– Banialuki! – prychnąłem.
– Może tak, może nie – filozofował żywiołowo Hart. – Brough to świr. Wejdziesz mu w trasę i już cię nie ma.
– Banialuki! – powtórzyłem.
– Pożeraj obiadek i ruszaj na lulki – zarechotał Stuart. – W taką pogodę dożywotnim lubią się śnić smukłe babki w bikini. Poważnie. Legaj na pryczy i nie waż się wychylić nosa z celi. To dobra rada, Ethan. Najlepsza. Nikt nie rzeknie ci tutaj nic lepszego.
– Co sugerujesz? – nacisnąłem. – Wiesz coś, czego nie wiem ja?
– Zjedz, połóż się na pryczy, zamknij grzecznie oczęta w oczekiwaniu na senne babki, a jak trzeba, to nawet zrób sobie dobrze. Byleś siedział w swoich kątach i nie wyścibiał nochala na korytarz. Dzisiaj jest przerwa w spacerach tuptaków. Kumasz?
– Gadaj, o co ci chodzi! – warknąłem najgroźniej, jak potrafiłem.
– Wyluzuj – jęknął Stuart. – Wiesz już, co trzeba. Zrobisz inaczej, to twoja sprawa. Ode mnie to już wszystko. Kropka.
Czknął ostentacyjnie i wrócił do pałaszowania obiadu. Upstrzona krostami broda poruszała mu się przy tym w sposób, który w zupełnie innych okolicznościach uznałbym za zabawny. Lub przynajmniej odrobinę śmieszny.
– Coś się święci – stwierdził Reed, spoglądając na mnie z troską.
„Uważaj! Uważaj! Uważaj!” – odezwały się nagle głosy w mojej głowie.
Włożyłem ostatni kęs zimnego już żarcia w usta, połknąłem go bez przeżuwania i wstałem gotów na walkę z całym wszechświatem.
Za szybami deszcz wciąż zalewał mury Poky Quicksand litrami zimnej wody, dzięki czemu nasze psie życie stało się jeszcze gorsze. A na dodatek zaczynała mnie boleć żyła na szyi. Coraz bardziej.
 
3
 
Ruby Chase spotkałem przy dystrybutorze na stacji Harry’ego Swana. Była pachnąca i uśmiechnięta. Jej srebrne sportowe BMW błyszczało w słońcu, a jej długie, pomalowane na niebiesko paznokcie błyszczały jeszcze jaśniej. Wierzę w przypadki, więc i wy lepiej uwierzcie, że było to zupełnie przypadkowe spotkanie. Nie zagęszczam świata. Było dokładnie tak, jak piszę.
No to dodam tutaj jeszcze, że zupełnie oszalałem na jej punkcie. Wtedy, na tej stacji i przy tym dystrybutorze. Byłem i nagle przestałem być. Trach! I już się dzieje. Nie ma gościa!
Później twierdziła, że też to dostrzegła. Moje spustoszenie.  Mogła czarować, ale po co? Wiara w miłość od pierwszego wejrzenia jest taka krępująca. Tylko że czasami trzeba wierzyć i w takie cosiki. Ja uwierzyłem, zanim o tym pomyślałem.
Ponieważ pachniała cholernie dobrymi perfumami i miała cholernie długie, wymazane niebieskim lakierem, paznokcie, napełniłem usłużnie bak jej srebrnego BMW kilkudziesięcioma litrami oktanówki. W zamian za to dostałem kwadrans miłej rozmowy, przy szklaneczce sprite, pod jednym z ustawionych na zewnątrz parasoli, na pachnącym smażonymi frytkami zapleczu stacji Harry’ego Swana.
Nie wiem, czym jest niebo, Święty Piotr i jego Aniołkowie, ale chyba doświadczyłem wtedy właśnie tego. Nigdy nie było mi lepiej. Nigdy nie czułem się taki ważny. Doceniony i szczęśliwy. Przenigdy.
Potem ten cudowny kwadrans się zakończył i rozpoczęły się moje problemy. Prawie natychmiast, bez chwili zwłoki, czy chociażby jakiegoś ostrzeżenia. No wiecie… Jesteś ćwierkający i szczęśliwy, opływasz w lukrze swoich mało przyzwoitych myśli, a sekundę później ktoś ci wbija nóż w sam środek tego twojego oszalałego serducha.
Żywoty, kurdesz! Żywoty!
Któż to potrafi ogarnąć do końców samych?
 
4
 
Zanim dojechałem pod swoją przyczepę, czułem, że coś jest już nie tak, jak trzeba. Mam oczy, więc widok czarnego volvo, które jechało za mną od samego wyjazdu ze stacji, wzbudził we mnie oczywiste rozdrażnienie i troszeczkę mniej oczywistą, ale za to wcale przez to nie mniejszą, ciekawość.
– Co do licha?
Było ich dwóch. Wysocy, barczyści, ubrani lepiej, niż przyzwoicie.
Ganciki, cholera!
Wysiedli bez pośpiechu z czarnego Volvo i ruszyli w moją stronę, pochyleni jak podczas wielkiej wichury.
Ujrzałem ich bystre spojrzenia i lekką nerwowość, która mogła być też czymś zupełnie innym.
– Co jest? – spytałem.
– Jeszcze nikt nie dostał po gębie, a już pęka? – rzekł starszy, tonem mędrca prosto z antycznego świata.
– Tylko patrzeć, jak ten ktoś posika nam się w spodnie – stwierdził drugi tym samym monotonnym tonem.
– Nie sądzę – stwierdził ten pierwszy, a ja momentalnie poczułem do niego odrobinę więcej sympatii.
Nie wiedziałem dlaczego, ale poczułem.
– Nie macie prawa tutaj być – powiedziałem to, co od dłuższej chwili cisnęło mi się już na usta. – To prywatny teren. Lepiej zwijajcie manatki i spypciajcie stąd, zanim mnie wkurzycie. Panowie – dorzuciłem najgroźniejszym z moich groźnych tonów.
Uśmiechnęli się do siebie.
A tuż potem stało się coś jeszcze – ten, do którego poczułem odrobinę sympatii, sięga do kieszeni marynarki i wyciąga paczkę fajek. Powoli wyłuskuje z paczki jednego papierosa i zapala go, zaciągając się z wyraźną przyjemnością niebieskawym dymem.
– Więc to jest ten twój „prywatny teren”, brachu? – zaciąga się drugi raz i przygląda się przyczepie, okolicznym krzakom otaczającym brudny piach podjazdu i naturalnie moim zakurzonym trzewikom. Widać, że nie podoba mu się żaden z tych szczegółów. – Całkiem nieźle. Chyba.
Potem strzepuje popiół z końca fajki i wpycha dłoń pod marynarkę. Wszystko to robi z coraz większym zdumieniem. Zupełnie jakby trafił na kładkę, prowadzącą go do jakiegoś strasznego, źle ułożonego świata, do którego jeszcze parę chwil przedtem nigdy nie zamierzał wejść. Taka współczesna Alicja spoglądająca na koniec zajęczej norki lub na drugą stronę czarodziejskiego lustra.
– Pięknie znaczy się – mówi tonem człowieka, któremu coś nagle otworzyło oczy i przypomniało o istnieniu innych bytów.
I wyciąga wreszcie tę cholerną dłoń spod marynarki.
Na szczęście nie ma tam wielkiego gnata, tylko garść brzęczących monet. Przerzuca je z uwagą. Najzwyczajniej w świecie szuka czegoś i liczy z zaciśniętymi wargami.
Monety w jego dłoni brzęczą jak głodne muszki octówki.
– Powiedzcie mi jedną rzecz – mówię, nie patrząc im jeszcze w oczy. To zrobię za chwilkę – obiecuję sobie. – Jeszcze parę sekund i przejdę do ataku. – Powiedzcie mi, o co właściwie wam chodzi. Bo o coś musi wam chodzić, mam rację?
Zamykam szybko oczy. Próbuję sobie wmówić, że to sen, nic więcej.
Goście są, ale zaraz znikną. Wystarczy, gdy pomyślę o tym wystarczająco mocno. 
– Masz dwudziestaka Dave? – pyta ten od monet.
– Co?
– Brakuje mi dwudziestki. Szukaj po kieszonkach. Im szybciej załatwimy sprawę, tym lepiej i dla nas, i dla niego. Dwadzieścia centów i już nas tu nie ma.
– A czy ja do cholery przypominam jakiegoś sponsora?
– To tylko głupie dwadzieścia centów. Co z tobą?
– Jak mówię, że nie mam, to nie mam. A poza tym nie sądzę, żeby facio robił jakiś problem z braku głupiej dwudziestki… Prawda, że może być i bez dwudziestaka?
– Co może być bez dwudziestu centów? – pytam, czując, jak skronie pulsują mi od myślenia.
– No dobrze – mówi w końcu ten od fajki i brzęczących monet. – Nie ma, to nie ma. Musimy dać radę i na takie sposoby.
Nie podnosi przy tym głosu, choć w tonie jego słów jest coś takiego, że od razu robi mi się na przemian zimno i gorąco. Właśnie w taki sposób człowiekowi czasami przytrafia się nagła refleksja, która zmienia go w kogoś zupełnie innego.
Mężczyzna podchodzi do mnie, uśmiecha się i wciska mi w garść trochę bilonu. Nawet nie rzucam okiem na monety.
– Równe siedem dolców. Niestety bez dwudziestu centów, ale uznaj to za taki  kaprys losu.
– Daj spokój Will – wtrąca się drugi. – Jemu to prawie bez różnicy. Zgadza się?
– No sam nie wiem… – mówi starszy, znów rozglądając się po okolicy mojej przyczepy. Wciąż nie bardzo chyba podoba mu się to, co widzi. – Dave, strzel parę fotek dla szefuńcia i zmykamy stąd, zanim zacznie mnie boleć głowa.
– A łapka? – pyta Dave.
– Rety! Łapka! Prawie zapomniałem… Nie jesteś przypadkiem mańkutem, prawda?
To pytanie wisi między nami przez sekundę, najwyżej przez dwie.
W tym czasie Dave naciska jeden raz przycisk niewielkiego aparatu. Wciąż milczę, a w tym czasie migawka strzela jeszcze równe sześć razy. Pyk, pyk, pyk. I jeszcze jeden raz. Pyk. I ostatni.
– Powinno wystarczyć – mówi wreszcie wyraźnie zadowolony z siebie Dave.
– Pytałem o coś – przypomina Will.
– Spieprzajcie mi stąd! – warczę wkurzony nie na żarty. – Już was tu nie ma!
Ciskam monetami w zaskoczonego Willa, który robi całkiem zgrabny unik i kasiora fruwa mu tuż obok nosa, lądując parę metrów dalej w głębokim piachu nieutwardzonego podjazdu.
Nie wygrzebię nigdy tych siedmiu dolców. Przeleżą w tym sypkim piachu aż do kolejnej epoki lodowcowej. Chyba że najpierw komuś zechce zabawić się w archeologa, upadłego wieku zwanego dwudziestym.
– Ożeż ty! – krzyczy Dave.
Chwyta mnie, zanim odzyskam równowagę po swoim wspaniałym rzucie. Wykręca mi ramię tak szybko i sprawnie, że nie mam nawet czasu, aby kopnąć go w kostkę. Lub gdzieś indziej.
Od Willa otrzymuję w tej samej sekundzie mocny cios w splot słoneczny, który definitywnie odbiera mi oddech i chęć do życia. I już mnie nie ma. Odlatuję jak kometa Halleya w niebyty galaktyczne. Przestaję być, zanim na dobre zdam sobie z tego sprawę.
Kiedy fragmentarycznie powraca mi oddech, lewa dłoń tkwi już na chłodnym metalu progu mojej starej toyoty, gotowa na to, co zaraz ma się wydarzyć. Zanim drzwi strzaskają kości, myślę, jak mi wtedy będzie. A potem jest już to głośne trach, którego długo nie zapomnę.
Wyję więc i wyję, aż owo wycie odbiera mi całkowicie oddech.
Gdy przestaję, silne ramię Dave’a puszcza moje włosy, pozwalając mi upaść w gorący piach podjazdu. Teraz skomlę, przyciskając zmiażdżoną dłoń do piersi. I klnę, klnę jak szewc, któremu brakuje fleków na naprawę babskich obcasów. Klnę nawet wtedy, gdy Will chwyta mnie za nos i stawia z powrotem na chwiejne nogi.
Ręka boli jak diabli. Nigdy jeszcze nic mnie aż tak nie bolało.
– Potrzebuję jeszcze dokumentacji z wnętrza tej karocy – decyduje Dave. – Pokażesz mi swoje wyrko, szanowny panie? Lady powinna zobaczyć, co ją ominęło.
Naturalnie jest to pytanie, na które się nie odpowiada. Rozkazy się po prostu wykonuje. A gdy masz już zgruchotaną dłoń, taki rozkaz jest jak cytat z Biblii.
„I rzekł tedy Bóg do syna swojego, Abrahama… Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną…”.
– Idziemy – mówi Dave.
– Prędziochami – dodaje swoje Will.
„Dobra!” – myślę. – „Sami się o to prosicie, dupki!”.
Pan naturalnie pomyka przodem.
Dostaję solidnego kopniaka w kość ogonową. Wstaję jednak na tyle szybko, że drugi kopniak przecina tylko upalne powietrze.
O Boże, o Boże…
Przez kilka metrów nie idę, raczej się zataczam, ryjąc stopami w sypkim piachu. Trzęsę się z bólu i szczekam zębami.
W połowie drogi do przyczepy upadam, ale wstaję, zanim któremuś z nich znów zechce się poczęstować mnie kopniakiem.
Nie mogę napełnić płuc wystarczającą porcją powietrza. Naturalnie próbuję to robić, ale powietrze ucieka mi tuż przed twarzą, milimetry przed zakrwawionym nosem i ustami.
Zaraz zemdleję, czy co?...
Zamiast tego mrugnąłem, zacisnąłem szczęki i nagle wszystko wokół mnie stało się łatwiejsze i prostsze.
Tylko te dzwonki w głowie…
– Chcecie mnie zabić? – spytałem.
Popatrzyli na siebie. Ten mniej ważny wydawał się zupełnie zbity z tropu; ważniejszy zapalił kolejnego papierosa.
– Cholera, nie wiem.
Ja:
– Sądzę, że tak.
On:
– Przecież mówię, że nie wiem. Co o tym sądzisz, Dave?
Drugi On:
– Trudno powiedzieć.
Ja:
– A powiecie mi chociaż dlaczego?
On:
– Raczej nie, stary.
Znowu ja:
– Dlaczego?
Znowu on:
– Dlaczego? No cóż… Dostaniesz wszystko gotowe i zaraz przeinaczysz to po swojemu. Kiedy człowiek sam dociera do prawdy, jest mu łatwiej zaakceptować pewne rzeczy. Takie coś jest bardziej sprawiedliwe. Tak uważam.
Obserwowałem słońce nad koronami drzew na południu.
Było wielkie i żółte.
I samo jedno na ogromnym i bezkresnym niebie. Samiuteńkie. Zupełnie jak ja.
– To głupie – stwierdziłem.
– Hej! Uważaj, co mówisz – ostrzegł mnie Will.
– Przepraszam. Samo mi się powiedziało.
– Więc lepiej tego więcej nie próbuj.
– Nie będę.
Dwa kroki przed drzwiami przyczepy już wszystko wiedziałem.
Z bolącego nosa pociekła mi kolejna strużka glutów wymieszanych z ciepłą krwią. Teraz pozostała tylko kwestia, co zrobię z tą wiedzą.
To też już miałem opracowane w najdrobniejszych szczegółach.
„No cóż. Ktoś chce się tutaj zabawić, czyli się bawimy”.
– Ale parszywe miejsce – warknął Dave.
Rozejrzałem się i musiałem przyznać, choć niechętnie, że gość miał rację.
Była to parszywa okolica, z parszywymi odgłosami. A jesienią i zimą było tutaj jeszcze bardziej parszywie. Parę mil głuszy, która wysysała z człowieka energię, jak zimne torfowisko. Tylko błoto, komary i setki buszujących w konarach ptaków. Bida z nędzą. Ciasny świat Ethana Doussett.
– Sądzę, że inni mają jeszcze gorzej – powiedziałem, aby tylko coś powiedzieć.
– Pieprzysz – skwitował moją uwagę Dave.
– Kurwa mać! – wrzeszczy Will.
Stoję już przy samych drzwiach.
Zdrową ręką trzymam śliski metal wysłużonej klamki i patrzę z satysfakcją, jak wypolerowany na błysk kamaszek pana Willa tańczy dwadzieścia centymetrów nad piachem, w sporej części, aż po samo sznurowadło, wyświniony gęstą i śliską papką, która jeszcze o poranku zalegała zdrowe wnętrzności Fortynbrasa.
Odbił za bardzo w lewo, a spacery tamtymi sektorami są niebezpieczne.
Poirytowana mina Willa wymownie świadczy o tym, że gość załapał już problem. Jego prawa ręka zaczyna wędrować szybko pod połę błękitnej marynarki, za którą pewni ludzie daliby się pokroić na plasterki.
Wiem naturalnie czego poszukuje tam ta dłoń. Każdy na moim miejscu by to wiedział.
Naciskam na klamkę, odciągam skrzypiące drzwi i krzyczę prosto w cień przyczepy:
– Bierz ich! Zjedz skurwysynów! Bieeeerz!
 
5
 
Will jest szybki. Pioruńsko szybki, ale gdzie mu tam do szybkości Fortynbrasa.
Pomyślałem: „Jest już za późno, koleżko. Nie masz najmniejszych szans”.
I nie miał.
Ani on, ani jego kompan Dave.
Fortynbras skoczył prosto na dłoń Willa. Wydarł mu rewolwer, zanim ten zdążył wypalić. Gdy kły Fortynbrasa zagłębiły się w miękkie ciało Willa, w powietrzu rozległo się nieprzyjemne wołanie – groźne, a zarazem jakieś nie do końca przekonujące.
– Jezuuuuuuuuuuu!
Will spojrzał błagalnie w kierunku Dave’a. Pies natychmiast podążył za jego wzrokiem.
Warknął głośno, jakby ostrzegając: „Nie rób głupstw, frajerze!”.
Wycie Willa nabrało mocy.  Próbował walczyć z Fortynbrasem, ale była to raczej tylko próba. Rewolwer wylądował w piachu, pod jego podrygującymi w panice nogami. Mężczyzna ścisnął ramieniem łeb psa, ale długowłosy wilczur nie zwracał na to uwagi.
Wgryzał się w przedramię Willa, telepał łbem, drapał długimi pazurami i wszystko wskazywało na to, że sprawia mu to ogromną przyjemność.
– Najwyższa pora wiać, Will! – wrzasnął Dave. – Odgoń tego kundla i zwijamy żagle…
Kiedy to się wszystko działo, nie myślałem właściwie o niczym.
Tkwiłem w jakimś innym czasie;  w gruncie rzeczy chyba byłem jeszcze bardziej przerażony niż oni.
Stałem z jedną nogą wewnątrz przyczepy, patrząc na rozgrywającą się przede mną walkę i zastanawiając się, co właściwie ma się stać za chwilę.
Potem już wiedziałem. Coś we mnie krzyczało, że powinienem się spieszyć; coś innego nie pozwalało mi zrobić kroku przed siebie.
„Zepsuli ci rękę, tak? – pomyślałem. – Możesz już nigdy nie odzyskać w niej pełnej sprawności, tak? Za takie coś powinna kogoś spotkać zasłużona kara. Prawda, że powinna?”.
– Jezuuuuuu, Dave! Długo będziesz jeszcze tak stał?! – wrzeszczał zjadany przez Fortynbrasa Will. – Rusz się, do kurwy nędzy!
„Kara” – pomyślałem. – „Musi być za to kara”.
Pomysł, który w tej samej chwili zagadał mi w głowie, był bardzo przekonujący.
Cholernie przekonujący, rzec można.
Wbiegłem wreszcie do wnętrza przyczepy.
„Gdzie jest ten sztucer?”.
Trwało to chwilkę, ale przypomniałem sobie.
Załadowanie komory sztucera jedną ręką nie jest rzeczą prostą. Jeżeli dodacie do tego jeszcze ból drugiej, połamanej zapewne dłoni, stres, szok i wszystko inne, czego może doświadczyć taki skołowany facet, jak ja, wetknięcie naboju w komorę sztucera powinno być raczej zupełnie niewykonalne.
Raczej.
Mnie jednak jakoś się to udało. Zajęło mi to, co prawda, parę minut, ale w końcu nabój tkwił w komorze, a sztucer czekał tylko na pociągnięcie wrażliwego spustu.
„No dobrze! Teraz możemy sobie pogadać jak prawdziwe chłopy, moi panowie!”.
Gdy wybiegłem wreszcie z przyczepy, Volvo Dave’a i Willa pędziło już w tumanie kurzu w stronę wąskiej drogi dojazdowej. Fortynbras naturalnie nie dawał za wygraną. Gryzł chlapacze i opony auta, ujadając jak oszalały. Czasami jego wielki, kosmaty kształt rzucał się w stronę okien, drąc i drapiąc lśniący lakier. Widać było, że wilczur nie wyszczekał jeszcze ostatniego szczeku.
Stałem w wąskim wejściu do mojej przyczepy z naładowanym sztucerem w garści i patrzyłem, jak znikają między porastającymi drogę drzewami i krzakami. Wreszcie wszystko ucichło.
Moja wściekłość powoli zamieniała się w uczucie mdłości.
„Niech was piekło pochłonie” – powiedziałem i to chyba zakończyło temat.
Mój głos brzmiał jak gadanie kogoś zupełnie innego, więc nie odważyłem się wykrzyczeć nic więcej, żeby przypadkiem nie pęknąć na milion, niedających się złożyć w całość, drobin.
Ethan Doussett nigdy nie pozwala sobie na takie słabości.
A potem nad koroną lasu rozległ się wystrzał.
Tylko jeden.
„Przepraszam cię Fortynbras. Wybacz mi”.
 
6
 
Fortynbras wrócił kwadrans później. Pysk miał schlapany krwią, a kudły skołtunione, jak po wielkich psich amorach.
Pokrywała go gruba warstwa szarego pyłu, co stwarzało złudzenie, że podczas pościgu stracił swoje rasowe umaszczenie. Stał się po prostu innym psem, niż ten, którym był dotychczas. Na swój sposób było to normalne, ale i niepokojące.
Wierzyłem jednak w jego psi instynkt, który miał mi go oddać takim, jakim był przed atakiem na tych dupków z Volvo, Dave’a i Willa.
Ani na sekundę nie odrywał ode mnie swych mądrych ślepi. Musiał być cholernie dumny z siebie, bo przywarował mi pod nogami i czekał, aż poklepię go po łbie.
„Co to było, do licha?” – zdawał się pytać psi wzrok, a coś innego gadało jednocześnie: „Ale im dałem bobu, no nie? Dostanę za to jakąś kosteczkę, pan?”.
– Ale się cieszę! Nic ci nie zrobili, stary?
Obejrzałem go uważnie od czubka łba, aż po sam koniec ogona. Wyglądało na to, że psiak wyszedł z tego bez szwanku. Wciąż wpatrywał się we mnie błyszczącymi ślepiami i próbował wsadzić mi łeb na kolana.
– Jesteś cały, brachu?
Odpowiedział mi szczeknięciem, od którego aż zabolało mnie serce.
Objąłem mocno tę drżącą kulę sierści i mięśni, a potem klepnąłem go znacząco po zadzie, dając mu tym samym do zrozumienia, że dalszej części czułości już nie będzie.
Kiedy to zrobiłem Fortynbras cofnął się z wahaniem i szczeknął tak głośno, że aż drgnąłem.
– Dobry pies – powiedziałem.
Przypuszczałem, że jeżeli rzeczywiście mnie rozumie, tak jak chciałem, pojmuje także i to, że jestem mu wdzięczny, za to, co dla mnie zrobił.
Parę minut później, gdzieś między piątą a szóstą po południu, pamiętam, że niebo traciło już swoją letnią jasność i przejrzystość,  ból mojej zmiażdżonej dłoni prawie zupełnie mnie pokonał.
W środku mojej głowy cykała wielka bomba z opóźnionym zapłonem.
Trwałem w jakimś dziwnym zawieszeniu, w którym słyszałem coraz głośniejsze gadanie wewnętrznych głosów.
Głosy robiły się coraz bardziej natarczywe. Chyba też dostałem gorączki, bo spływałem zimnym potem, a kolana dygotały mi jak po spożyciu kartonu piwa.
„Ej! Chyba zaraz się porzygasz, kolego”.
„Może tak, może nie”.
„Raczej jednak chyba tak”.
„Raczej jednak może nie”.
„Srata tata, pusta chata”.
„Srały muchy, będzie wiosna. Będzie lepiej trawka rosła”.
„Kretyn”.
„A dziękuję. I nawzajem, szanowne panie i panowie. I nawzajem”.
Fortynbras obserwował mnie uważnie, gdy w pośpiechu opróżniałem naszą lodówkę.
Stał wyraźnie zawiedziony przy swojej pustej misce, kiedy pakowałem trochę ciuchów do plecaka, gdy wciskałem sztucer do brezentowego futerału.
Z tym samym psim zdziwieniem przyglądał mi się, kiedy wyrzucałem za drzwi zawartość cuchnącej kuwety, przekomarzając się jednocześnie z głosami i wzdychając gniewnie, gdy nie potrafiłem ich przegadać.
Stał z wysoko uniesionym pyskiem i węszył otaczającą mnie nerwowość. Wyraźnie wyczuwał to, co do nas nadchodziło.
Jego ogon rytmicznie uderzał o pokrytą wytartym linoleum podłogę przyczepy.
Bam, bam, bam…
Mogłem przysiąc, że jego ślepia płaczą.
– Teraz pojedziemy na małą wycieczkę, stary. Wiem, że nie cierpisz bachorów mojej siostruni, ale mus to mus. Powinienem uderzyć w doktory, przyjacielu – wyjaśniłem, połykając zatykającą mi gardło kulkę czegoś, niechcącego się dać przełknąć.
Było mi coraz bardziej nijako.
Coraz bardziej wirowałem.
Fajt, fajt, fajt…
Fortynbras zaskomlał i jeszcze mocniej zaczął walić swoim kudłatym ogonem w to nasze zniszczone linoleum.
–  Tylko bez fochów poproszę!... – ostrzegłem. – Mignie, śmignie i już. Będzie, jak było. Damy radę Forty. Te dzieciaki wcale nie są takie straszne. Dasz  najwyżej dyla pod łóżko, kłapniesz zębiskami  i mogą ci narobić. Ja i tak mam gorzej. Na samą myśl o doktorach robi mi się gorąco… I jeszcze ten szpitalny smród! Chryste! Wyobrażasz sobie mnie w tym przybytku?
Odpowiedział mi jednym znaczącym „hau”.
– No właśnie – przytaknąłem. – Sam widzisz. Twoje bachory przy moich doktorach to pikulandia.
Tym razem gapił się tylko na mnie, z wywalonym jęzorem i długą nitką śliny, która zamierzała wyraźnie spaść na naszą dawno niemytą podłogę. Powinienem napoić go litrem zimnej, czystej wody po zabawie z panami sadystami, ale brakowało mi czasu na takie dyrdymały.
To, że jeszcze nie zemdlałem, graniczyło z cudem.
Owinąłem zmiażdżoną dłoń w czystą szmatę w błękitne iksy i igreki, wyrzuciłem plecak za drzwi, wystawiłem ostrożnie sztucer i z workiem psiej karmy pod pachą wytoczyłem się z przyczepy.
– Dawaj – ponagliłem Fortynbrasa.
Wybiegł bez ociągania i siedział spokojnie, obserwując, jak zamykam nasz domek.
Odprowadził mnie nawet do pnia starego cisu, gdzie mieliśmy swoją tajną skrytkę, w dziupli jakiegoś dawno odgonionego naszą obecnością, ptaszyska.
Bez protestów towarzyszył mi, gdy pakowałem nasz skromny dobytek do paki Toyoty, a potem wskoczył po prostu na przednie siedzenie i czekał, aż przekręcę kluczyk w stacyjce i nieporadnie wrzucę pierwszy bieg.
– Komu w drogę, temu gaz.
No i pojechaliśmy.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Gaston Bachelard · dnia 09.11.2017 14:26 · Czytań: 135 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 8
Komentarze
Jacek Londyn dnia 09.11.2017 16:09
"– Komu w drogę, temu gaz.
No i pojechaliśmy."

Ciśnij na pedał i nie ustawaj! Ostra jazda. :) Aż się prosi to pisanie o papier.

pzdr
JL
Gaston Bachelard dnia 09.11.2017 18:22
Nacisnąłem. Wrzuciłem drugi bieg i poleciało, Panie JL.
Już się wydarzyło.
Pozdrowionka.
Darcon dnia 10.11.2017 11:26
Solidny tekst! Podobało mi się, choć jakieś tam drobiazgi trochę mi zgrzytnęły. Pierwszy raz spotkałem się z takim dialogiem/slangiem więziennym. Nie do końca mnie tym kupiłeś, na razie ustawię się w pozycji neutralnej. ;)
Całość czytałem płynnie, bez marszczenia brwi i zacinania się. Bardzo dobry warsztat. Sama historia ledwo zaczęta, więc trudno się na razie o niej wypowiadać. Wstępnie mnie kupiła. :)
Nie jestem tylko pewien, czy taki lekko szyderczo-sarkastyczny ton prowadzenia narracji nie zmęczyłby mnie w dłuższej odsłonie.
Ten tekst, jako samodzielny kawałek - pogratulować. Dobry.
Pozdrawiam.
Gaston Bachelard dnia 10.11.2017 18:40
"lekko szyderczo-sarkastyczny ton prowadzenia narracji" - o rety. Zapewniam Pana, że dalej jest jeszcze gorzej. Jest!
Ponieważ jednak przyjąłem, że będę ostrożny z komentarzami (taki unik zdrowotny) napiszę tylko tak: wygadałem to w okienko dyktafonu w ciągu jedenastu dni urlopowania z wędką nad wodą karpińsko wielką i wspaniałą, oczywiście wcześniej posiadałem konspektus tych literek, potem ktoś mi to przestukał, ja starałem się tego nie czytać (również wzgląd zdrowotny), wrzuciłem to w sieci z premedytacją, że KTOŚ pookazuje mi błędy i braki w halo halooo piśmienniczo-narracyjnym i w zasadzie to jest wszystko, co w/w materii moje gęby niegrzeczne mają do powiedzenia.
Na resztach się nie znam i nie mam zamiaru robić z siebie błazna z krainy błaznów.
Wrzucę to jednak do końca samego, aby nie wyjść dodatkowo na idiotę.
Zresztą, obiecałem to pewnemu Panu Innemu.

Tyle. Koniec kropka.
Pokażcie mi błędy Szanowni to pokocham Was na zabój.
Amen.
Darcon dnia 10.11.2017 21:23
Mógłbyś zredagować akapity, rozjechane są gdzieniegdzie i utrudniają czytanie.
Cytat:
– Wy­pa­łuj się ciulu – po­wie­dział.

Cytat:
– Rany Julek! – woła ktoś z końca ko­lej­ki.

Cytat:
– Nie­źle daje – mówi Al­bert Reed

Cytat:
– Przy­jem­nie by było wyjść w ten deszcz – gada Reed.

Tak samo zaczynasz praktycznie każdy dialog, to znaczy od przywołania czynności gębowej. Powiedział, woła, gada i tak dalej. To spowalnia akcję, przecież wiadomo, że powiedział, a nie wymrugał oczkami.
Wszelkie liczby zapisujemy słownie, chyba że to wykład dla matematyków.
Gaston Bachelard dnia 10.11.2017 21:37
Oui. Zgoda z akapitami.
To przez tutejszego wczytywacza redakcyjnego,
U mnie jest na spoko loko.
A zaczynanie z gęby, przyznaję, czynię celowo. Tak już mam.
Łatwiej mi się wtedy gada sam ze sobą. Kuszę słówka słowotokiem. Hi hi.
Nie, powaga, to akurat robię celowo. Bez czarów. Każdy robi jak mu pasi.
Ja tak, i nie zmienię sposobu patrzałki na blablanki.

Liczby też zgoda. Znam tę zasadę. Zwrócę uwagę na takie i owakie. Takim i owakim. Zwrócę.
No i markę samochodu piszemy zawsze literką maciupką!
To też mi się zobaczyło w czasie międzyczasu patrzeniowego na literki.

Bardzo dziękuję Darcon.
Alen Dagam dnia 11.11.2017 11:57 Ocena: Świetne!
"Nie moje klimaty", jak się to ludzie odżegnują często, zanim poznają. Tak sobie myślę, że mógłbyś opowiadać o czymkolwiek, nawet o pożyciu leniwców, atrakcjach ściegów szydełkowych albo o wzlotach i upadkach pracy na taśmie pierwszego-lepszego takiego z przeciętnej fabryki warystorów, ale gdybyś to Ty opowiadał, dalej byłoby ciekawe. To wszystko jest wygadane, poważnie? To gadaj dalej, bo masz gadane. A ja sobie dodam do kolekcji, za pozwoleniem.
Gaston Bachelard dnia 11.11.2017 17:30
A proszę bardzo, Pani A'D'agam. Proszę bardzo.
Poczarowałaś z tymi ściegami szydełkowymi i leniwcami, jedynie może prawdziwe jest owe o taśmie panicza z fabryki warystorów, o nieliniowej rezystancji i znikomym napięciu elektrycznym. To może być prawdość. Ha hi.
I...........poważnie, to wszystko jest wygadane pomiędzy jednym a drugim drganiem szczytówki. Tak mi jakoś się blablało.

Kolekcja zezwolona i łapaj ciumka za dobre słowo, bo zapomnę jeszcze.
Ciuuuuuuuuuuuuuuuuum. Ech.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
JOLA S.
18/11/2017 22:59
Brawo! Wielkie Dzięki. :) :) :) :) :) »
Jacek Londyn
18/11/2017 22:57
Myślę, że abstrakcji tu nie uświadczy. Przyznaję się co… »
Pulsar
18/11/2017 22:48
Nie mam żadnego wpływu na którą półkę mnie położą. »
hopeless
18/11/2017 22:29
Miladora - - dzięki:) »
hopeless
18/11/2017 22:25
Miladora - i tak zrobię:) »
Miladora
18/11/2017 22:14
Niewiele. ;) Za to wiersz jest całkiem, całkiem. :)»
ajw
18/11/2017 22:08
Dziękuję, Mileno :) »
ajw
18/11/2017 22:08
Bardzo lubię Twoją narrację, która jest zawsze jakimś… »
Dobra Cobra
18/11/2017 22:06
Alesz jak najbardziej rozumiem taki stan w pisarnictwie!… »
Milena1
18/11/2017 22:04
Jest klimat, obrazowanie. Pozdr :) »
Miladora
18/11/2017 22:03
I daj Ci, Boże, zdrowie. :) Dorzuć do kompletu. »
Dobra Cobra
18/11/2017 22:02
Jeśli będą następne - to piękna sprawa! DoCo »
Miladora
18/11/2017 22:00
Ja już w to uwierzyłam. ;) Może tak? Lubię rozbijać… »
Lilah
18/11/2017 21:57
Dzięki, ajw. Altanka jest super. Miło Cię gościć. :) »
hopeless
18/11/2017 21:55
Miladora - myślę, że w tym tempie zapełnię koszyczek dużo… »
ShoutBox
  • Esy Floresy
  • 18/11/2017 23:01
  • Kto żyw nie próżnuje, łapie ankietę i głosuje. :)
  • Alen Dagam
  • 18/11/2017 22:17
  • @mike17 - jutro już będziemy ciszej w SB, sorki za wcinanie się ciągle :/
  • Alen Dagam
  • 18/11/2017 22:15
  • Jeszcze niecałe 2 godziny do zamknięcia ankiety. 1. Nazwa: [link] 2. Kategorie: [link] . Głosujcie!
  • Alen Dagam
  • 18/11/2017 22:06
  • [link] Heh, ucięło cyferki w linku. Ten jest właściwy.
  • Jaga
  • 18/11/2017 21:59
  • Otwiera mi się "Mark Twain, czyli magiczny czar Tomka Sawyera :)"
  • Jaga
  • 18/11/2017 21:57
  • Alen, na pewno chodziło Ci o ten link?http://www.portal-pisarski.pl/forum/temat/342
  • mike17
  • 18/11/2017 21:56
  • GŁOSOWANIE w MUZO WENACH 5 wciąż trwa, zapraszam : A tu konkursowe info : [link]
  • mike17
  • 18/11/2017 21:54
  • No i pozostało nam już tylko 4 dni do zakończenia GŁOSOWANIA. MUZO WENY 5 potrzebują nowych głosów, nowej krwi, więc już dziś nie wahaj się, zagłosuj i wyraź swoją opinię o utworach.
  • Alen Dagam
  • 18/11/2017 21:03
  • Mamy 13 oddanych głosów w ankiecie z wyborem nazwy nowej strony. Czy będzie więcej? Pierwsze miejsce ma 5 głosów - zdecydowany faworyt. Czemu głosujemy? [link]
Ostatnio widziani
Gości online:18
Najnowszy:rkpru1282
Wspierają nas