Teolteco: Ewolucja - Prolog - Rydyger
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Teolteco: Ewolucja - Prolog
A A A
Od autora: Dawno temu powstał projekt, którego celem było wypracowanie warsztatu rysowniczego. Komiks, który powstał wytworzył dziurę, którą opowiadaniem staram się załatać. Poruszam wątki, na które nie było miejsca w komiksie i problemy, których nie sposób było dotknąć w tej prostej formie.

Teolteco, to opowieść z pogranicza science fiction i fantasy w klimatach postapokaliptycznej przyszłości. Opowiada o nieuchronności, przeczuciu, ale przede wszystkim nastawiona jest na wartką akcję i niejednoznaczność bohaterów.
Opowieść stanowić ma wprowadzenie do gry internetowej - która dopiero powstaje - o tym samym tytule.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam do odwiedzenia strony projektu Teolteco ( https://rydygerart.blogspot.com ), skąd można pobrać zalecany plik .pdf ze wszystkimi przypisami i właściwym formatowaniem, a także zapoznać się pierwowzorem opowiadania.
Klasyfikacja wiekowa: +18

Przemysław Rydyger

Teolteco

 

Ewolucja

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prolog

1

Rodzaj ludzki na całym świecie od zarania dziejów toczył wojny. Rozlew krwi towarzyszył mu już od narodzin. Trzeba przyznać, że to był wyjątkowy gatunek. Jedyny w swym rodzaju. Tylko on potrafił stworzyć jednocześnie tak wiele pięknych rzeczy i tak wiele sposobów na ich zniszczenie. Przez wieki tworzył podwaliny moralnych zasad, by następnie je wszystkie łamać. Po każdej wojnie modyfikował stary system, by zastąpić go nowym, co w gruncie rzeczy i tak prowadziło do sprawowania kontroli nad światem. Rozmnażał się i niszczyli wszystko na swej drodze. Jak rak sączył życie z Ziemi. 

Jednakże wszystko we wszechświecie co ma początek ma też i swój koniec. Niebawem nastał czas, który kolejne pokolenia nazwały anihilacją. Cały gatunek ludzki spowiła gęsta mgła wojny. Ludzie podzielili się na dwa obozy i tak nastał początek końca- kurtyna powoli opuszczała się by zakończyć spektakl jakim byli „ludzie”.

 

***

Dwójka żołnierzy leżała na wzniesieniu obserwując w oddali zniszczone wojną miasto. Było już po zmroku i gdyby nie noktowizyjne lornetki pewnie nic by już nie widzieli. Miasto wydawało się być od dawna opuszczone. Zawalone budynki gdzieniegdzie przegrywały walkę z matką naturą porastając bujną roślinnością, a metalowe drzewa ulicznych latarni przykrywała rdzawa kora. Powybijane szyby w oknach przez czas i szabrowników minionej epoki. Teraz to Badylarze jak ich nazywali, Utopijni- mieszkańcy odrodzonych miast państw.

- Wciąż nie rozumiem czemu nie mogliśmy wziąć ze sobą mechów?

Starszy szeregowy Bussho został wcielony do oddziału całkiem niedawno. Kapral Takashiro nie pałał do niego optymizmem od samego początku. Właściwie, gdyby nie kanclerz Noama nigdy nie wziąłby go w swoje szeregi. Zgodził się na tę misję w nadziei, że może choć raz, wróg się na coś przyda i wróci do domu bez niego. Nie żeby życzył mu śmierci, lecz stracił już tylu dobrych żołnierzy, że skręcało go na myśl jak ta pierdoła miałaby zobaczyć koniec wojny. Niewielkiej postury Bussho idealnie wpasował się we wgłębienie w ziemi. Dwa głazy po bokach dobrze go osłaniały. Wysuszony od radiacji krzak w oddali sprawiał, że od strony przeciwnika był niewidoczny jak za lustrem weneckim.

Bussho nie wyróżniał się niczym szczególnym na tle innych. Ot, zwykły żołdak jakich wielu. Teraz gdy tak kapral mu się przyglądał od krótkiej chwili, to doszedł do wniosku, że właściwie nie potrafi znaleźć nawet jednej wyróżniającej go cechy. No może poza tą, że nie miał żadnej. Strasznie go to denerwowało, nie dawało mu spokoju. Dręczyło jak upierdliwe swędzenie w miejscu w którym nie można się podrapać.

- Masz zbroję płytową, to nie jęcz- odburknął Takashiro i wrócił do swojej Opaski Operacyjnej. Oplatała ona jego lewę przedramię i była istnym centrum dowodzenia. Łączyła się z bazą, satelitami, a nawet miała podgląd na bieżąco z kamer umieszczonych w hełmach podwładnych. Prostymi kliknięciami mógł wydawać rozkazy które niczym nawigacja wyświetlały się na goglach towarzyszy w czasie rzeczywistym. Niektóre opcje pozwalały podglądać widok z kamer zamontowanych na karabinach towarzyszy, a nawet obraz satelitarny z markerami oddziałów. Dzięki temu żołnierze byli w stanie szybko reagować na zmiany jakie działy się na polu bitwy, a generałowie siedząc bezpiecznie z dala koordynowali bitwą nanosząc kolejne poprawki, będąc przy tym w stałym kontakcie radiowym.

Młody wpatrywał się jeszcze przez chwilę w kaprala jak ten szuka czegoś stukając w OOm’ie. Wyczuwał niechęć kaprala do swojej osoby. W wojsku trudno nie zauważyć takich sygnałów, a w misji takiej jak ta niosło to ze sobą pewne ryzyko- powinni sobie ufać i polegać na sobie nawzajem. Na szczęście Bussho nie należał do tych co zadręczają się takimi myślami. Sam z ochotą powiedziałby mu co o nim myśli, zamiast tego jednak wypuścił głośno powietrze i przyłożył raz jeszcze lornetkę do oczu.

- Żywej duszy- stwierdził po chwili. 

Kapral uniósł się lekko i przykucnął. Zbroja płytowa potrafiła uratować przed bezpośrednim ostrzałem, a nawet przed wybuchem, lecz ostatnimi czasy coraz częściej wróg wykorzystywał snajperów z bronią laserową. W połączeniu z czujnikami ruchu, noktowizorami i kamerami na podczerwień nie było szans na przeżycie. Dzięki długotrwałej wojnie, która wydoiła obie strony z wyposażenia rzadko trafiali się aż tak uzbrojeni snajperzy. 

Klepnął młodego w bark chcąc zwrócić na siebie uwagę.

- Dobra młody, zbieramy się.

- Nareszcie. Zaczynałem przymarzać do ziemi.

Pustkowia w dzień nagrzewały się do wysokich temperatur, lecz w nocy bardzo szybko je wytracały. W ciągu dwóch godzin z pustynnego po nuklearnego klimatu zrobił się klimat podbiegunowy.

Kapral wyciągnął lewe ramię przed siebie kierując smugę światła na suchy wyjałowiony skrawek ziemi pomiędzy nimi. Na piasku wyświetliła się holograficzna mapa terenu ze zdjęciami satelitarnymi.

- Jesteśmy tutaj- zaczął kapral.- Musimy dostać się tu- powiedział wskazując na migoczącą jasno czerwoną ikonę. Takimi markerami oznaczano konieczne zadania misji. 

- Z całym szacunkiem, ale czy nie mieliśmy już wracać do bazy? To miał być tylko zwiad- powiedział Bussho dostrzegając jednocześnie pod markerem kształt starego stadionu.

- Brawo młody- roześmiał się Takashiro- Właśnie zostałeś wytypowany do tajnej misji. Mamy się tam spotkać z naszym informatorem.

Bussho wyraźnie zatkało. 

- “Tajna misja? Aż tak tajna, że nawet na odprawie nic nie powiedzieli?”- Przeszło mu przez myśl.

- No. Zbieraj klamoty i spadamy. Już pora.

Młody nawet nie chciał dyskutować. Przyczepił lornetkę do zbroi i podniósł swój karabin. 

 

***

Dzięki zbrojom wyposażonym w specjalny mechanizm wspomagający, do obrzeży miasta dotarli naprawdę szybko. Mechanizm umożliwiał im przenoszenie większych ciężarów, wyżej skakać, no i oczywiście szybciej biegać. Do pełni szczęścia brakowało tylko funkcji latania, lecz niewiele takich zostało po anihilacji. Było ich tak niewiele na wyposażeniu wojska, że trzeba było przejść długotrwałe szkolenia, by dopiero móc się o nią starać. Kadet taki dostawał miano pilota i rzadko zdarzało się, by brał udział w misjach niewymagających jej użycia.

W mieście zwolnili przedzierając się kolejnymi uliczkami zaglądając za róg każdej z nich, działając nad wyraz skoordynowanie. To zasługa dobrego szkolenia, lecz Bussho bardziej od niepokoju jakim napawało go miasto, wciąż nie dawało mu spokoju podejście kaprala do jego osoby. Im bliżej byli celu, tym bardziej Takashiro sprawiał wrażenie jakby był sam na misji.

Do punktu starego stadionu było już niedaleko. Jedyna droga jaka do niego prowadziła to szeroka ulica. Oczami wyobraźni obaj widzieli, jak tętniła niegdyś życiem. Na chodnikach ogródki piwne, witryny sklepowe wypełnione towarami z całego świata, a nad głowami przewieszone migocące światełka. Gdzieniegdzie połamane i wyblakłe szyldy wracały na swoje miejsce, a środkiem ulicy sunął tramwaj wioząc ludzi do pracy. 

Nagle Bussho usłyszał jakiś szelest za sobą. Odwrócił się szybko i kątem oka zobaczył cień, który zaraz znikł w bocznej uliczce. 

- Chyba ktoś nas obserwuje- wtrącił nie za głośno.

- Gdybyś miał rację nie doszlibyśmy aż tutaj- odparł Takashiro. Wymówka o „jakimś zwierzu” którą wymyślił sobie naprędce Bussho była wystarczająco dobra, by mógł niewzruszenie iść dalej. Wiedział, że to „coś” było zbyt duże na pustynne zwierzę, lecz mimo to chciał wierzyć. Biegli jeszcze przez chwilę, gdy dalej wśród cieni zniszczonych budynków, i roztańczonych gałęzi drzew, tam, gdzie na ruinach wyrosło drzewo znów dostrzegł cień. Sylwetka opierała się jedną ręką o pień drzewa wpatrując się w nich. Przysiągłby nawet, że widział jasny refleks na jej oczach. Lodowaty wiatr przeszedł mu po plecach jeżąc włoski na karku. Natychmiast przyśpieszył kroku, by zbliżyć się do Takashiro.

Dopiero teraz zauważył, że kapral coraz częściej się rozgląda, przyśpiesza, a to zwalnia mierząc w jakieś niewidzialne punkty. To nie był dobry znak, wyraźnie pakowali się w kłopoty. Docierając na miejsce obaj mieli na tyle dość omamów, że jedynie o czym marzyli, to wejść już na stadion.

Od środka wydawał się jeszcze większy niż na zewnątrz. Wypełniony lasem korytarzy, który nie miał końca, przenikając co rusz to w kolejny i kolejny tylko potęgował poczucie ogromu budowli. W powietrzu unosił się zapach wilgoci, co potwierdzał wyraźny grzyb na ścianach i odpadająca farba. Suche liście zamiecione przez wiatr do środka szumiały po podłodze tworząc echo dawnych imprez wzmagając przytłaczające uczucie osamotnienia.

Przemierzając kolejne poziomy labiryntu za oknem, wśród cieni Bussho dostrzegł znajomą sylwetkę. Tym razem był pewny co widzi i nie były to omamy. Przykleił się szybko do ściany tuż przy oknie i wyjrzał za róg. 

Na ulicy przed stadionem, kilka pięter pod nimi obcy żołnierze krzątali się w popłochu. Wśród nich uwagę Bussho przykuła jedna postać. Stała w miejscu energicznie wymachując rękoma.

 

2

- Szybko, szybko!- Krzyczał człowiek w arafatce ściśniętą goglami spawalniczymi na oczach- Wszyscy na stanowiska!- Postać niczym dyrygent rozstawiała kolejne jednostki wokół stadionu- Od was zależy powodzenie misji! Pamiętajcie po co tu jesteśmy! 

Wydawać by się mogło, że nikt nie słucha człowieka w goglach, lecz prawdą było, że w tym chaosie każdy doskonale wiedział co ma robić. Gołym okiem można było dostrzec ciężki, wojskowy rygor i lata szkoleń. 

- Snajperzy na miejscach- rozległ się dźwięk w słuchawce- Grupa uderzeniowa „A” gotowa- następni zgłaszali swoją gotowość- Grupy „B” i „C” również.

- Wiecie co robić- powiedział dowódca i odwrócił się w stronę wejścia do jednej z ruin- Do dzieła.

Wszedł energicznie do środka. Teraz wyraźnie było widać, że fasada budynku to tylko naturalna atrapa. Za nią bowiem rozciągało się średniej wielkości polowe centrum dowodzenia. Bez zatrzymywania się tym samym pewnym krokiem podszedł do wielkiego kontenera z małym otworem. Wyraźnie musiało być tam coś, czego wszyscy się bali. Coś co nie mogło uciec. Nawet ten mały kilkunastocentymetrowej szerokości otwór wzmocniono kratami i szybą przeciw pancerną.

- Przygotować Satori- powiedział do człowieka w ochronnym kasku jakie noszą budowlańcy- Nie stać nas na pomyłki.

- Tak jest panie generale- przytaknął budowlaniec i przystąpił do strojenia urządzeń odpowiedzialnych za obsługę klatek. 

 

***

- Kurwa- wymamrotał pod nosem. Obaj czuli, że coś jest nie tak, lecz teraz Bussho zdał sobie sprawę jak bardzo wdepnęli- Kapralu, chyba jednak nie jesteśmy sami.

Takashiro zatrzymał się jak wryty. Przez tę chwilę, gdy oświetlał go wpadający przez okno blask księżyca wyglądał niczym mistyczny posąg.

- Szybciej. Nie ma czasu do stracenia- wymamrotał i ruszył biegiem przed siebie nie sprawdzając nawet o czym mówił młody.

Bussho zatkało. Spojrzał raz jeszcze przez okno, by zliczyć chociaż orientacyjnie ilu jest wrogów, lecz jedynie co zauważył to brak człowieka w arafatce. W miejscu, w którym stał było puste pole, a reszta ludzi krzątała się w bojowym nastroju omijając je jakby było skażone. Kolejne fale żołnierzy wylewały się z ruin budynku po drugiej stronie ulicy jak mrówki na żer omijając to miejsce, w którym stał człowiek w arafatce. Bussho nie miał czasu zastanawiać się kim mógł być ten człowiek, ale z całą pewnością był kimś ważnym w szeregach wroga.

 

***

Korytarz stadionu był długi i schowany w mroku. Światło księżyca które wpadało przez oklejone brudem resztki okien odbijało się refleksami w drobinach potłuczonego szkła żarówek. Gołe kable zwisały z sufitu, a ze ścian odpadał już wiekowy tynk. Na jego końcu, tuż za rozwidleniem, po obu stronach, trójka żołnierzy przygotowywała się do zasadzki, gdy do korytarza weszli Takashiro i Bussho. 

Zdawać by się mogło, że sytuacja, w której znaleźli się zwiadowcy nie sprawiała na nich wrażenia. Szli lekko przygarbieni pewnym krokiem z uniesionymi karabinami. Co rusz na zmianę „skanując” teren przed nimi i za oknami które mijali nie zdając sobie sprawy z zasadzki w jaką zmierzali. 

 

***

- Teraz!- W końcu korytarza rozległ się okrzyk.

Trzy małe diody na obu ścianach i podłodze zabłysnęły czerwonym światełkiem i adrenalina strzeliła do głów zwiadowców. 

Ładunki kumulacyjne to najgorsze co mogło być. Małe kapsułki montowane na dowolnej powierzchni mogły być detonowane na wiele sposobów- zdalnie, na czujnik, a nawet czasowo. Po ich aktywacji wystrzeliwały w powietrze na zaprogramowaną wysokość i wybuchały. Były w pełni programowalne, a ich łatwa modułowa budowa sprawiała, że były gorsze od min stosowanych na szerszym polu bitwy. Mogły burzyć piętra, wybuchać tysiącami odłamków, a nawet kumulować wiązkę stopionego metalu jak pociski ppanc. Ich celem nie było zranić przeciwnika, tak by kilku następnych się nim zajęło. Celem tych ładunków było rozpirzyć to, co było pozornie nieuchwytne. Te tutaj były ze sobą zsynchronizowane, tak by wystrzelić na wprost siebie i tuż przed zetknięciem eksplodować. Tylko ułamek sekundy wystarczył by zwiadowcy zdali sobie sprawę z czym mają do czynienia. Nie raz zginęli przez coś takiego w symulatorach.

 Błyskawicznie długim susem wskoczyli do pomieszczenia które grubą ścianą oddzielało ich od korytarza. Przez piętro przeszła fala uderzeniowa wypełniona gęstym rojem odłamków pędzących z prędkością dźwięku i wyrywając zewnętrzną ścianę budynku wraz ze sporą częścią podłogi. Na szczęście dla zwiadowców tylko jeden z ładunków był burzący, więc w przeciwieństwie do słuchu ich pomieszczenie prawie nie ucierpiało. Jeszcze przez dłuższą chwilę jedynym co dało się usłyszeć był głośny pisk i własny oddech. Bussho poczuł słodki zapach krwi, który wypełnia jego nozdrza. Był cały, lecz wybuch rzucił nim o ścianę przez co z trudem podszedł do kaprala, który wyraźnie zamroczony próbował odzyskać ostrość widzenia. Wybuch prawdopodobnie uszkodził mechanizm lub baterie, bo wspomaganie kończyn zbroi przestało działać wyraźnie stawiając opór. Zatrzymał się na chwilę nie mogąc dać kroku. Wyjął nóż jak go uczyli i przeciął wąż hydrauliczny. Czuł jak wraz z wyciekającą lepką mazią odzyskuje władze nad nogami. 

- Kapralu! Spadamy! Szybko- krzyczał Bussho usiłując wyciągnąć Takashiro za frak.

 

***

Właśnie rozkładali tarczę i szykowali się do natarcia, gdy z pokoju wypadło dwóch żołnierzy. 

- Jakim, kurwa cudem?- Zdziwił się jeden.

- Za tarczę!- Zdążył krzyknąć dowódca, gdy w ich stronę poleciał zaporowy grad kul.

 

***

- Szybko, w tamtą stronę!- Krzyknął Takashiro pokazując gestem głowy, by się wycofać.

Biegli szybko przemierzając kolejne korytarze. Odział który omal ich nie zabił został odcięty przez zapadniętą podłogę. Wiedzieli jednak, że cały stadion to jedna wielka zasadzka. W każdej chwili kolejni mogli odciąć im drogę. Musieli jednak wykonać misję. Nie mogli od tak zawrócić. Nawet jeśli spotkanie z informatorem to lipa, trzeba było udowodnić to empirycznie. 

Kapral szybko wstukał coś na OO’mie i podał trzy krótkie komendy.

- Tu „Alfa”. Plan „B”. Za pięć minut w punkcie zbornym.

 

3

Generał Yanagawa stał jak zwykle w takich sytuacjach oparty o terminal komunikacyjny. Arafatka i gogle leżały między jego rękami na terminalu dowodzenia. To była jedna z tych niewielu chwil, gdy można było wyczytać z jego twarzy jakiekolwiek emocje. Zwykle opanowany, stanowczy i pewny siebie generał w takich chwilach stawał się zwykłym człowiekiem, który za wszelką cenę chciał wypełnienia misji. 

-Teren zaminowany generale- odgłosy z radia przerwał jeden z żołnierzy siedzących obok.- Ewakuację można zacząć.

Generał jakby natychmiast przeszedł z jednego trybu w drugi. Wciąż wykonywał ten sam plan, a jednak przez chwilę mogło wydawać się jakby ktoś wylał kubeł zimnej wody na jego głowę. Można było nawet odnieść wrażenie, że był przez chwilę zakłopotany tym, jak zachowywał się przed chwilą. Jak dziecko które palnie coś bez namysłu. 

Poprawił marynarkę naciągając ją ku dołowi.

- Dobra zbieramy się- powiedział i z przytupem jak na żołnierza przystało odwrócił się ruszając do wyjścia. 

- A co z resztą? Zarządzić odwrót?- Zapytał żołnierz w słuchawkach siedzący przy jednym z terminali.

- To dobrzy żołnierze, lecz ta misja nie obędzie się bez ofiar. Miejmy nadzieję, że będą ostatnimi którzy zobaczą koniec wojny.

Człowiek przy panelu wyraźnie zmarkotniał. Nie było jednak szans dyskutować teraz o sensie i motywach działań generała. Historia go z tego rozliczy- pomyślał. Nawet jeśli sam miał zginąć nie miał wystarczająco charyzmy by stawiać opór najsilniejszemu człowiekowi jakiego znał. Odwrócił się do kokpitu i poprawił słuchawki przełączając się na częstotliwość niedostępną dla grup bojowych.

-Tu baza. Hasło: ewakuacja. Powtarzam...

 

***

Gdy wchodził do SUPL’a pod eskortą dwóch innych żołnierzy dręczyło go poczucie winy. Generał nie chciał tego robić, to była ostateczność, plan „B”, lecz tylko tak mógł doprowadzić do zniszczenia przeciwnika. 

Gdy miesiąc wcześniej dowiedział się, gdzie znajduje się tajna baza Czwartego nawet przez chwilę nie zawahał się by rozpocząć przygotowania do ataku. Wymagało to sporo wysiłku i logistyki. Akcja dezinformacyjna była dobrze przemyślana. Gdy Lądowali w ruinach miasta, pod którymi znajdował się bunkier Czwartego, z wojsk RW prawie nic nie zostało. Niemal wszystkich Czwarty odesłał na front zostawiając garść żołnierzy w mieście i najbardziej zaufanych w bunkrze, przy swym boku. Armia Rady Wielkich tak samo jak armia Nowej Rasy borykała się z deficytem żołnierzy. 

W prawdzie nie udało im się dobrać do Czwartego członka Wielkiej Rady, ale plan „B” zakładał taką ewentualność i właśnie to było istną wisienką na torcie chytrych intryg jakie w swej karierze przygotował Yanagawa.

Armia Nowej Rasy, której był generałem ostatnimi czasy, bardziej niż zwykle, borykała się z brakami w wyposażeniu. Zdobycie, więc ładunku kumulacyjnego o sile zdolnej zmieść całe miasto, a wraz z nim wszystkie bunkry pod nim, wciąż pozostawało w sferze marzeń. W posiadaniu takich narzędzi była jedynie Rada Wielkich. Jako pozostałość po starym systemie prezydentów i ich zwierzchników trzymali władzę nad całym światem. Oni byli od zawsze. Wszystkie traktaty, umowy między narodowe i tak podejmowali przy drinkach w kuluarach utrzymując pozory demokracji. Anihilacja sprawiła, że musieli wyjść z ukrycia by lepiej zarządzać polem bitwy jakim stała się cała planeta. Yanagawa gardził nimi, lecz byli w posiadaniu ładunku, który tak bardzo przydałby się teraz jako plan „B”. Kradzież tak potężnej broni nie wchodziła w rachubę. Nikt czegoś takiego nie zostawia bez opieki, więc jedynym wyjściem było uaktywnienie uśpionych agentów w szeregach wroga. Miał ich całkiem sporo w talii, lecz to Bussho był najlepiej zakonspirowany z nich wszystkich. Już jako dziecko wykazywał się ponadprzeciętną inteligencją. Sprawiał, że nikt nie potrafił go opisać, jak kameleon wtapiał się w tło kompletnie niczym się nie wyróżniając, a jednak zawsze osiągając cel. Yanagawa nigdy nie dowiedział się czy to zasługa wirusa, czy po prostu daru jaki miał, lecz nigdy też nie czuł potrzeby by to drążyć. Nie mógł wymarzyć sobie lepszego szpiega.

Gdy Bussho dostał zaszyfrowany rozkaz od samego generała był już tak „wgryziony” w szeregi przeciwnika, że popierała go sama kanclerz Naoma. Najmocniejsza kandydatka na następnego gubernatora Rady Wielkich. Dowiedziawszy się, że w tym rejonie ukrywają się wojska Nowej Rasy natychmiast postanowiła wysłać tam Bussho. Zawsze, gdy się z nim rozstawała po kolejnych nic nieznaczących ekscesach dręczyło ją czemu tak mało o nim wie. Za każdym razem jednak, gdy znów się spotykali jej serce zaczynało mocniej bić, a wszystkie wątpliwości odchodziły w dal. Tym razem jednak przydzieliła go do najbardziej zaufanego kaprala jakiego znała- Takashiro.

Człowiek jak skała niewzruszony- przynajmniej tak go postrzegała. Jego oddział szczycił się największą liczbą odniesionych sukcesów na polu walki. Sama nie potrafiła kontrolować Bussho, więc liczyła na to, że chociaż on przyjrzy mu się lepiej. 

Zadanie jakie im dała nie było skomplikowane, lecz z całą pewnością bardzo ryzykowne. Nie wierzyła by doniesienia o armii Nowej Rasy były prawdą, lecz gdyby się myliła, to tylko on, Takashiro był w stanie wykonać tę misję. Profilaktycznie, więc nakazała wszystkich możliwych sposobów, by w razie potrzeby zmieść ich z powierzchni ziemi.

Pomimo raportów jakie dostał Takashiro, z których wynikało, że miasto jest opuszczone zdjęcia satelitarne ukazywały pod miastem kompleks bunkrów, co z kolei mogło potwierdzać doniesienia o armii wroga. Postanowił, więc użyć najnowszej wersji bomby atomowej do niszczenia bunkrów jaką opracowała armia. Zezwolenie było tylko formalnością. Naoma dobrze o to zadbała. Jedynym warunkiem był udział Bussho w misji. 

Nie mógł tam wkroczyć z całą armią, bo naraziłby się na otwartą walkę, a to doprowadziłoby do znacznych strat w ludziach. Jedynym sposobem, by wyeliminować wykrycie radarem była cicha infiltracja przy minimalnym użyciu sprzętu. Takashiro od początku pałał niechęcią do szeregowego, więc nie zamierzał wprowadzać go w szczegóły operacji do momentu, gdy nie będzie to konieczne. 

Oczywiście wszystko szło po myśli Bussho. Prawdę mówiąc nie wymyśliłby tego lepiej. Nawet podłożenie ładunku opracował oddział Takashiro. On jedynie musiał zadbać o to, by ten ładunek na pewno wybuchł. 

Yanagawa usiadł na miejscu i przypiął się pasami bezpieczeństwa co automatycznie powtórzyła jego ochrona. 

- Zwijać się i wypuścić Satori- Powiedział do słuchawki i spuścił wzrok wlepiając go tępo w poszycie SUPL’a. Musiał dopilnować, by wszystko się udało. Jeśli Bussho zostałby zdekonspirowany na tym etapie, bombę miały zdetonować grupy uderzeniowe. Jeśli nawet im, by się nie udało bunkier zinfiltrowały i wyczyściłyby spuszczone Satori. Te bestie nie znały litości nawet dla swoich. Niszczyły wszystko na swej drodze, więc tak czy siak Czwarty był już trupem. Użycie każdej z metod różniło się tylko pewnością wykonania zadania.

 

4

Od początku wszystko było przygotowane na tę ewentualność, więc spakowanie ludzi i sprzętu odbyło się błyskawicznie. Yanagawa i człowiek w kasku siedzieli na wprost siebie trzymając w dłoniach transmitery otwierające klatki Satori.

- Na trzy- powiedział żołnierz.- Raz, dwa...- Gdy skończył odliczać, na hasło „trzy” obaj przekręcili kluczyki. Czerwona poświata diod zmieniła kolor na zielony. 

W ciemnym pomieszczeniu dało usłyszeć się syk odpowietrzenia tłoków trzymających wrota klatek. Głuchą ciszę przerwało niskie warczenie spotęgowane przez blachę. Wrota wszystkich klatek odskoczyły uderzając z hukiem o ziemię. Niemiłosierny smród zgnilizny wypełnił przestrzeń. 

Cień w jednej z klatek zaczął tańczyć na bliżej nie opisanej sylwetce, która wielką, chudą, śliską dłonią z nienaturalnie długimi palcami jakby ubrudzoną w oleju chwyciła za brzeg klatki. Śluz kapał z niej małymi kroplami uderzając o podłogę.

 

***

Znajdowali się właśnie w starej kabinie komentatorskiej. Nie było tu zbyt bezpiecznie. Przeszklona niegdyś wielka ściana straszyła zardzewiałą futryną. Poprzewracane fotele i nagie kable wystające z panelu przypominały o czasach które miały już nigdy nie wrócić. Pod jednym z nich leżały jeszcze świeże resztki szczura. 

- “Tylko martwi widzieli koniec wojny”- przypomniał sobie ulubiony cytat generała Yanagawy- Masz jakiś plan „B”?- Zapytał odwracając się do Takashiro.

Kapral nic nie odpowiedział tylko wyjął dziwną kapsułę z torby na boku. Młodemu zaświeciły się oczy. Z całych sił próbował opanować radość jaka przelała się po jego ciele. Najchętniej uściskałby go teraz, lecz z wiadomych powodów nie mógł tego zrobić. 

- Co jest, młody?- Zapytał kapral- Chciałbyś to?

Na jego twarzy Bussho wyczytał dziwny grymas. Nie znał go jeszcze i chyba przez ten fakt radość odeszła wraz z ciarkami jakie przeszły mu po plecach.

- No co jest? Nic nie powiesz? Chyba nie myślałeś, że nie dowiem się kim jesteś?- Powiedział odkładając ładunek na ziemię.

Bussho wpatrywał się w niego jeszcze przez chwilę. Słowa kaprala odbijały mu się w głowie rykoszetem. 

- “Jakim cudem mnie przejrzał? Jest aż tak dobry?”- Zastanawiał się. 

Takashiro uzbroił bombę kilkoma szybkimi kliknięciami na panelu sterowania i wymierzył w Bussho z pistoletu. 

- No dajesz. Rozbrój ją!

- Nie- wykrztusił wreszcie z siebie Bussho.- Ty naprawdę nie wiesz co tu robisz. Coś ci dzwoni ale gówno wiesz!- Podsumował z uśmiechem- Kurwa, prawie zawału dostałem ale ty gówno wiesz- dodał wpadając w histeryczny atak śmiechu. Naprawdę chciał się opanować, ale sytuacja zupełnie go rozbroiła. Wyglądał przez to jakby z uśmiechem na twarzy rozgryzł właśnie zieloną cytrynę.- “Rany muszę naprawdę komicznie wyglądać”- przeszło mu przez myśl i oparł się rękoma o kolana próbując z całych sił wyrównać oddech.

Takashiro zdawał się nie zwracać uwagi na reakcję młodego. Widział już wiele sposobów na odwrócenie uwagi. Był też świadkiem niejednego załamania psychicznego. Nie miał zamiaru zginąć przez dziecinny błąd. 

- Bomba jest uzbrojona- zaczął.- Tylko baza jest w stanie ją rozbroić. Powiedz, jaki miałeś plan?

Takashiro naprawdę nie miał pojęcia co chciał zrobić młody. Operacja jak na razie szła według planu. Bussho miał wiele okazji, by ją przerwać. Chyba, że wcale nie o to chodziło. To wszystko szło za bardzo po jego myśli.  

- Co? Dotarło?- Zaśmiał się Bussho.- Miałem cię za naprawdę dobrego stratega ale dałeś zrobić się jak dziecko! Fakt, trochę mnie zaskoczyłeś, teraz na koniec, ale ostatecznie to tylko twoja ignorancja.

Twarz Takashiro omal nie wybuchła. Blade do tej pory policzki zaszły czerwienią, a oczy rozwarły się jakby zaraz miały wyskoczyć. 

Tak, właśnie dotarło do niego co zrobił- umoczył. Tak bardzo zdał się na swoją intuicję, że nie zauważył, kiedy ruchome piaski intrygi wciągnęły go po sam nos. Nie było już odwrotu. Ładunek został uzbrojony, a jedyną szansą było zabrać go jak najdalej od miasta. 

Nagle jego ciałem szarpnęły niekontrolowane drgawki i padł jak długi. Gdy wzrok odzyskał ostrość, leżąc na podłodze, przed twarzą zobaczył but Bussho. 

- Spokojnie. To tylko paralizator.- Młody przykucnął nad kapralem, którym potrząsały jeszcze drobne drgawki.- Przyczepiłem ci go jeszcze przed wejściem do miasta. Zarezerwowałem ci miejsce w pierwszym rzędzie. Zobaczysz spektakl jaki sam przygotowałeś. Wiesz jak się on nazywa?- Zapytał Bussho nachylając się do jego twarzy lecz jedynie co usłyszał to pomrukiwanie kaprala dławione mimowolnymi skurczami mięśni. Spojrzał na ślinę, która powoli zaczęła ściekać po rozluźnionej wardze Takashiro. Nie wiedząc czemu wzdrygnął się z obrzydzenia.

- Śmierć Czwartego!- Krzyknął rozkładając ręce przyjmując pozę jakby do wygłoszenia dytyrambu.- Taki tytuł. Wiem, mało chwytliwy ale może zdążysz wymyślić coś lepszego nim bomba wybuchnie. 

Odprawiając taniec histriona Kopnął broń kaprala w kąt pokoju dużo dalej niż trzeba było jakby tańczył na dyskotece. Następnie w podobnym ruchu kopnął nadajnik. 

Za drzwiami dało usłyszeć się krzątających żołnierzy Nowej Rasy. 

- Dobra. Ja spadam- powiedział i udał się do okna, by wyskoczyć na ławy VIPów- A! Jakbyś liczył na to, że cię uratują, to wiedz, że oni mają zadbać o to, by ta petarda jednak wystrzeliła- powiedział puszczając mu “oczko” i jedną nogą zwisając już za oknem- Tak więc, tego. Połamania nóg, czy czego tam się życzy przed premierą.

 

***

Biegł przez boisko co sił w nogach wciąż walcząc z uszkodzonym mechanizmem zbroi. W centrum stadionu był umówiony punkt zborny skąd miała być dokonana ewakuacja. Już zastanawiał się nad bajką, którą wciśnie Naomie przy kolejnym numerku, gdy głośne trzaski zatrzymały go w połowie drogi. Za jego plecami armia kreatur niszczyła wszystko na swojej drodze. Krzesła, bramki i siatki odgradzające sektory latały w powietrzu jakby wyrywane przez potężny tajfun. Fala potworów zdawała się przyśpieszać, gdy wreszcie usłyszał nadlatującą nadzieję. Po przeciwnej stronie stadionu w świetle księżyca dostrzegł czarny punkt na niebie. Zbliżał się dużo za wolno.

 

***

- Co to jest do jasnej cholery!- Krzyknął pilot do drugiego.

- Nie wiem, ale nigdy czegoś podobnego nie widziałem.

Pod śmigłowcem ewakuacyjnym przelewała się fala stworzeń, tak zdeformowanych, że trudno było dostrzec w nich ludzkie rysy. Mimo to każda z nich miała ten sam błysk w oku, tą samą ekscytację z zabijania. 

- Tu koliber. Brak kontaktu z jednostką. Powtarzam brak kontaktu z jednostką. Co robić?- Krzyczał drugi pilot do radia. Zamiast odpowiedzi usłyszał tylko trzaski i alarm przyrządów śmigłowca. Chwilę później do ich kabiny wdarło się oślepiające białe światło. Rzuciło maszyną do tyłu i w kabinie rozległ się przeraźliwy huk wybuchu. 

- Spadamy! Mayday!- słyszał w słuchawce pierwszy pilot próbując opanować maszynę. Z całą pewnością gdyby wiedział, że to będą jego ostatnie słowa jakie przyjdzie mu wypowiedzieć, na pewno lepiej by je przemyślał. Może, pozdrowiłby swoją rodzinę, swoją żonę i córeczkę, może powiedziałby coś mądrego, co wnuki z dumą powtarzałyby na lekcjach historii. Skąd miał wiedzieć, że to cholerny grzyb nuklearny. 

 

 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Rydyger · dnia 13.11.2017 09:56 · Czytań: 64 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 2
Inne artykuły tego autora:
  • Brak
Komentarze
Protimus dnia 19.11.2017 19:55
Mnóstwo błędów gramatycznych i stylistycznych już w pierwszych akapitach. Tego się nie da przeskoczyć, historia może być genialna ale przy tak niezgrabnych zdaniach nie potrafię jej odkryć. Mnie osobiście pomaga czytanie swoich wcześniejszych wypocin za każdym razem przed kontynuowaniem pisania, części błędów nie potrafię uniknąć ale masę w ten sposób wyłapuję. Tobie radzę to samo. Nie chodzi o szybką przebieżkę po zdaniach tylko czytanie po kilka razy, nawet jeśli wydaje się, że wszystko już jest okej. Mam wrażenie, że zabrakło tutaj właśnie takiego zachowania. Przeczytaj parę razy swoje dzieło! Szkoda, by zmarnowało się tyle pracy i czasu!
Rydyger dnia 20.11.2017 22:36
Dziękuję za szczery komentarz.
Nie ukrywam, że brak tu korekty. Problemem jest chyba, to, że tekst czytałem już tyle razy, że większości już zwyczajnie nie widzę. Może za jakiś czas usiądę jeszcze raz do tekstu i mam nadzieję, że efekt będzie zadowalający.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
trawa1965
21/11/2017 16:29
Ekoterrorystą nie jestem. Poza tym uważam, że niektóre… »
Melock
21/11/2017 16:15
Jako ekolog - z wykształcenia, nie jakiś samozwańczy… »
introwerka
21/11/2017 15:59
Dzięki serdeczne, Zolu :) Buziaki :) »
Miladora
21/11/2017 14:57
Na szczęście tytuł okazał się nieprawdziwy. ;) Bo to całkiem… »
Miladora
21/11/2017 14:41
Strona główna, forum dyskusyjne: :)»
dodatek111
21/11/2017 14:36
Gdzie jest ta Altanka? Zauważyłem w komentarzach, że o niej… »
Miladora
21/11/2017 14:32
To nie są jakieś nadzwyczajne wiersze - wtedy dopiero… »
dodatek111
21/11/2017 14:23
Powalczę z tym :) Żeby tak mieć więcej czasu... Bardzo Ci… »
dodatek111
21/11/2017 14:13
Kontynuuję czytanie od końca :) Dodałem do ulubionych, bo… »
Miladora
21/11/2017 14:08
No proszę - nabierasz coraz większej wprawy, Dod. :) Ale… »
Miladora
21/11/2017 13:51
O! Mrówka w Krakowie! :))) Jak miło. Dziękuję… »
JOLA S.
21/11/2017 13:46
Milu, i Ciebie nie mogło zabraknąć. Dzieci lubią smoki.… »
dodatek111
21/11/2017 13:45
Milu, poprawiłem. Bardzo szybko, wiec może nieprecyzyjnie,… »
Miladora
21/11/2017 13:35
Bardzo mnie to cieszy, Dod. :) Daj znać, gdy dopracujesz.… »
Miladora
21/11/2017 13:33
Dziękuję serdecznie, Purpurku. :) Cieszę się, że Cię… »
ShoutBox
  • mike17
  • 20/11/2017 22:35
  • Już odebrałem. Zdanie przez Ciebie zasugerowane, okroiłem. Ale po przejrzeniu tekstu raz jeszcze zmian już raczej nie przewiduję.
  • Zola111
  • 20/11/2017 22:01
  • Miku, masz pw.
  • Zola111
  • 20/11/2017 21:49
  • Ok, to dobrze, bo bez potrzeby wchodziłabym w ten sam tekst wielokrotnie :)
  • mike17
  • 20/11/2017 21:08
  • A co tam - zmiany poczynione, Zolu :)
  • Miladora
  • 20/11/2017 21:05
  • Mrówcia - masz pw. :)
  • Zola111
  • 20/11/2017 20:57
  • Proszę bardzo. Czekam.
  • mike17
  • 20/11/2017 20:53
  • Już przeczytałem :) Dwie zmiany już wprowadziłem, resztę wprowadzę jutro. Dzięki, Zolu, za pochylenie się nad moim debiucikiem :)
  • Zola111
  • 20/11/2017 20:44
  • Mike, masz mail na privie <3
  • Niczyja
  • 20/11/2017 20:05
  • Dostałam ją dzisiaj w prezencie. Piękna, prawda?:) [link]
  • mike17
  • 20/11/2017 18:19
  • Wierzę w to :)
Ostatnio widziani
Gości online:24
Najnowszy:BuffyGrube
Wspierają nas