Dylogia cmentarna - miniatura 2. - Carvedilol
Proza » Miniatura » Dylogia cmentarna - miniatura 2.
A A A

 

Dylogia cmentarna – miniatura 2
 
- „Poznacie ich po ich owocach”. Jeśli prawda zawarta w tym biblijnym stwierdzeniu, jest wciąż aktualna, to naprawdę nie wiem, jak marną wystawić sobie cenzurkę u schyłku życia. Nazywam się Władysław Ilecki, mam siedemdziesiąt cztery lata, żona już dwadzieścia lat temu utuliła głowę na łonie Abrahama. Wydaliśmy na świat dorodne owoce - dwóch synów, a potem oni i ich dzieci - w sumie będzie tego pięcioro wnuków i siedmioro prawnuków. Jest wśród nich lekarz, prawnik, policjant, rzeźbiarz i dyrektor banku. Ale od dwóch lat, żadne z nich nie znalazło chwili czasu, żeby odwiedzić staruszka, będącego głową rodu, czyli mnie. Wszyscy zapracowani, zawsze coś komuś wypadało w ostatnim momencie i wizyty nie dochodziły do skutku. Podejrzewam, że wyjazdy na urlopy i długie weekendy jednak im się udawały.
  Dwa lata temu pochowałem młodszego syna, a miesiąc temu siostrę. Cała rodzina dała radę przyjechać na każdy z pogrzebów i zebrać się we wspólnym gronie. No cóż, pewnie, żeby ich znowu wszystkich do mnie ściągnąć i ja muszę umrzeć. Zresztą, po co komu samotne, stare drzewo, pozbawione owoców. No, trudno, co robić…
 
 
  Pogrzeby mają to do siebie, że nakładają filtr na życie zmarłego. Tylko białe światło wspomnień, przebija z przeszłości świętej pamięci nieboszczyka. Czarne światło zostaje skutecznie zahamowane. Znajdujemy te dobre chwile, miłe słowa i wesołe opowiastki, i biadolimy, że „jeszcze tyle mógł pożyć”. Nie inaczej było na pogrzebie Władysława Ileckiego.
  W kaplicy cmentarnej zgromadził się spory tłum. Przyjechał z Krakowa syn Mateusz z żoną, któremu o dziwo udało się zamienić z kolegą dyżurami, wszystkie wnuki, nawet zagorzały ateista Arkadiusz, Iwona z „dalekich” Włoch, a i Marta z dziećmi zdołała przylecieć z Irlandii. Nie wspominając o dalszych krewnych i znajomych. W małym pomieszczeniu, w którym miało się odbyć ostatnie nabożeństwo ku pamięci nestora rodu, zrobiło się bardzo ciasno od ludzkiej masy i zgromadzonych wieńców.
  Młody proboszcz wygłosił płomienne kazanie, upamiętniające i żegnające Władysława. Chwalił gorąco jego zalety, ciepłą atmosferę rodzinną, jaką potrafił stworzyć wraz z żoną, szacunek bliskich i znajomych, co zresztą widać, po ilości żałobników. Prawdą jest, że dopiero od niedawna przejął probostwo i ze zmarłym nigdy nie spotkał się osobiście. Ale jego słowa wydusiły niejedną łzę i ścisnęły niejedno serce.
 Po ceremonii w kaplicy, czterech mężczyzn w uniformach, sztywno i dystyngowanie uniosło trumnę. Tylko oni usłyszeli, jak w środku ciało lekko uderzyło o dębową ściankę.
„Ech, jakbym niósł worek kartofli” – pomyślał bluźnierczo jeden z nich, zachowując oczywiście odpowiednio poważne, wręcz obojętne oblicze.
 
  - …Aaaamen! – zawtórowali zgromadzeni, pod koniec egzekwii. Mateusz, pierworodny Władysława pierwszy chwycił grudkę ziemi.
- Byłeś wspaniałym ojcem, zawsze miałeś czas dla rodziny, trudno nam będzie bez ciebie…
- …nauczyłeś mnie wielu mądrości, choć nieraz, dziadku wpajałeś mi je pasem, to dziękuję ci za każdy klaps, ciężko się pogodzić, że odszedłeś…
- … do dziś pamiętam, jak przyjechałeś, niby przy okazji i wsunąłeś mi plik banknotów, żebym miała za co opłacić akademik…
- … twoje żarty zawsze poprawiały mi humor, miałeś niesamowite wyczucie taktu, wiedziałeś, kiedy pocieszyć, a kiedy pokiwać palcem i zganić, już za tobą tęsknię…
- … żałuję, że w tych ostatnich chwilach nie mogłam być przy tobie, wiele bym dała, aby to zmienić…
  Ziemia upadała raz za razem, na opuszczoną do piwniczki trumnę. Towarzyszyły temu szlochy, łzy i westchnienia.
- Nie płaczcie! – zawołał ktoś z tyłu zgromadzonego tłumu. Wszyscy jak na zawołanie odwrócili się i zobaczyli, jak starszy mężczyzna pozbywa się kapelusza, włosów, czarnych okularów i zarostu.
- Ja żyję! – krzyknął wzruszony Władysław Ilecki.
 
 
 
- Do końca życia zapamiętam widok wielkich majtek mojej kuzynki, która fiknęła koziołka, po moim „zmartwychwstaniu”. Cieszyłem się, że cała moja rodzina przybyła mnie odwiedzić, mój plan się powiódł. Pracując przez wiele lat w Urzędzie Stanu Cywilnego, wiedziałem, jakie dokumenty są potrzebne – wydrukowałem, ściągnięty z internetu formularz, potem wybrałem się po zestaw pieczątek. W czasach mojej młodości trzeba było przedstawiać cały plik dokumentów, aby uzyskać zgodę na odpowiednią pieczątkę. Teraz, nawet gdybym poprosił o sygnaturę „Prezydent RP”, to tylko by mnie zapytali jaki rodzaj czcionki, i na kiedy potrzebuję. Kiedy już przygotowałem akt zgonu („uśmierciłem się na NZK, czyli nagłe zatrzymanie krążenia, chociaż ręka mi drżała, żeby wpisać SPzŻ, czyli serce pękło z żalu”), udałem się w przebraniu do urzędu, chociaż i tak osoba, która mnie obsługiwała, była zbyt młoda, aby mnie pamiętać, okazałem swój dowód, zabrałem odpowiednie kwitki i udałem się do księdza. Miałem szczęście, bo młody proboszcz nie zdążył poznać wszystkich swoich owieczek osobiście, więc wsuwając mu akt zgonu, razem z odpowiednim plikiem banknotów, sprawa została ostatecznie zaklepana. W salonie spoczywała, zamówiona odpowiednio wcześniej, dębowa trumna. Nawet wygodna. Sporo się namęczyłem, żeby upchnąć do niej worki z ziemniakami o wadze 80 kilogramów i poupychać gazetami szczeliny, żeby ustabilizować „nieboszczyka”.
  Potem uzgodniłem w drugim zakładzie pogrzebowym karawan na piątek i przy pomocy sąsiada rozesłałem wiadomość o swojej śmierci. Ten młody człowiek, za butelkę wódki, widząc w tym niezły dowcip, udawał, a to lekarza, a to urzędnika i informował po kolei moich bliskich o tragicznej, nagłej śmierci, podając termin pogrzebu.
  Widząc cały ten żegnający mnie tłum, nie wytrzymałem. Objawiłem się nieco szybciej, niż zaplanowałem. Idąc w ślad za słynnym stwierdzeniem księdza Twardowskiego, dałem im szansę, żeby mogli mnie jeszcze kochać, żal zamienić na radość. Po tym całym pandemonium, które się wtedy rozpętało, mało nie dostałem zawału i naprawdę nie odszedłem. Zresztą, nie narobiłbym wielkiego kłopotu – wystarczyłoby otworzyć wieko trumny i podmienić ziemniaki na moje członki.
  Minął już rok od tego czasu, wszyscy poobrażali się na amen i znowu zostałem sam. Nawet na święta nikt mi życzeń nie wysyła. Chyba nie byli jeszcze gotowi na „zmartwychwstanie”. Nie wykorzystali szansy, którą im dałem. Boję się tylko jednego, kiedy naprawdę Bóg weźmie mnie do siebie, czy ktoś przyjdzie na mój drugi pogrzeb?... Przecież już to odbębnili…

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Carvedilol · dnia 17.11.2017 09:31 · Czytań: 201 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 6
Komentarze
Jacek Londyn dnia 17.11.2017 15:03
Cześć.
W pierwszej miniaturce cmentarnej pisałeś zupełnie inaczej. Tekst dało się przeczytać z przyjemnością i bez zatrzymań. W tym opowiadaniu straciłeś lekkość pióra, zdania są zbyt skomplikowane. Wybiło mnie z rytmu przejście z narracji w pierwszej osobie do obserwowania „z boku” pogrzebu Władysława. Wydaje mi się, że lepiej byłoby ciągnąć bez zmian. Czytelnik miałby przez pewien moment wrażenie, że opowiada o swoim pochówku duch.
Końcówka, opowiadająca ze szczegółami o działaniach, które pozwoliły doprowadzić do ceremonii pogrzebowej, była dość męcząca.

Pzdr
JL
Carvedilol dnia 17.11.2017 19:54
Witaj JL

Pierwsza miniatura to lekka opowieść, tutaj chciałem przemycić jakąś myśl głębszą i wyszło przyciężkawo. Cały czas staram się znaleźć jakiś swój styl.
Co do zmiany narracji -bardzo lubię w literaturze i filmie takie zmiany perspektyw retrospekcje - kwestia gustu, ale najwyraźniej nieumiejętnie to wprowadziłem.
Niemniej dzięki za przeczytanie i komentarz.

Pozdrawiam
Carvedilol
Melock dnia 19.11.2017 19:24
Jedno niedopatrzenie. Zaczynasz cytatem z Ewangelii, potem mamy normalny, katolicki pogrzeb, a więc fraza "złożyć głowę na łonie Abrahama" kompletnie nie pasuje, bo to jest z Judaizmu.
Carvedilol dnia 19.11.2017 20:09
Witaj Melock
nie do końca się zgodzę - jest to utarty zwrot frazeologiczny, nie związany z judaizmem, a tak naprawdę "na łono Abrahama" - pochodzi z Nowego Testamentu z jednej z przypowieści (o bogaczu i łazarzu), a więc tym bardziej nie jest żydowskie. Jeśli się mylę, popraw mnie.

A za przeczytanie tekstu i uwagę (choć uważam za nietrafioną - patrz wyżej) dzięki i tak.

Pozdrawiam
Carvedilol
Melock dnia 25.11.2017 23:33
Znalazłem. Ewangelia Według Św. Łukasza:

"I oto umrał żebrak. Wtedy pojawili się aniołowie i zanieśli go na łono Abrahama. Potem umarł także bogacz i również został pochowany".

Poszukałem sobie jeszcze w Wikipedii, sformułowanie jest jednak cyt."konceptem Judaistycznym". Nie pasowało mi od początku bo to przecież patriarcha Judaizmu, więc oni musieli ten zwrot stosować jako pierwsi, no i w naszej kulturze potocznie się tego nie używa.
Carvedilol dnia 26.11.2017 09:59
Melock Mimo wszystko nie zgadzam się, jest to często stosowany zwrot w kulturze i to nie tylko chrześcijańskiej. Wg Twojej myśli gdybym użył sformułowania np. "w objęciach Morfeusza" również byłby to zgrzyt, bo to przecież nie kultura chrześcijańska. Pewne zwroty wchodzą do kultury ogólnej jak ten z Abrahamem. Ale dzięki za dygresję.
Carvedilol
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Wiktor Mazurkiewicz
20/07/2018 09:37
Ten wers - wg mnie - odstaje od ciekawej metaforyki tego… »
BlueRiver
20/07/2018 08:07
Dziękuję Ci bardzo za miłe słowa. :) Cieszę się, że wiersz… »
Bajlandia
20/07/2018 07:51
Dziękuję :) »
kamyczek
20/07/2018 07:38
Miałam podobne odczucia przy lekturze jak moi przedmówcy… »
kamyczek
20/07/2018 07:28
Muszę przyznać, że miałam zagwozdkę z treścią,. Była dla… »
kamyczek
20/07/2018 07:10
Mi też się podoba, bo to bardzo fajny wiersz,, napisany z… »
waldek
20/07/2018 04:41
@Lilah Na wstępie dziękuję za pierwszy komentarz. A teraz… »
Zola111
20/07/2018 01:21
Dziękuję, Skroplami. Wdzięcznie się kłaniam, pozdrawiam,… »
Zola111
20/07/2018 01:15
Gago, no i dobrze, że wykroiłaś z tych lodowych deserów… »
skroplami
20/07/2018 01:13
Młoda dorosłość w pełni :). Witaj gagulinko ;). Czy to… »
Zola111
20/07/2018 01:08
Muszę powtórzyć opinię Wiolina. Dodam jeszcze znaczenie… »
skroplami
20/07/2018 01:05
To jest piękne, proste, dobitne :). I poezją o poezji… »
alos
20/07/2018 00:59
Dzięki allasko. Pozdrowienia :) »
Zola111
20/07/2018 00:54
Intro, kiedy przeczytałam: - pomyślałam: Genialne!… »
Zola111
20/07/2018 00:44
Ale piękne to: i całość taka w moim guście. No bo… »
ShoutBox
  • Fuksiarz
  • 19/07/2018 07:45
  • Hejka, jak widzicie mój nowy wiersz? Wprowadziłem poprawki, raczej wiedzę, którą nabyłem dzięki podzieleniu się komentatora przy wcześniejszym moim wierszu w komentarzu, dziękuję : )
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 23:26
  • Silvus - dokładnie tak, że przydatne dla czytelnika :)
  • allaska
  • 18/07/2018 22:01
  • dziś poczytałam o niepełnosprawnym dziecku pewnej znanej poetki. straszne myślę sobie... a poetka wysyła mi zdjęcie chorego synka i z uśmiechem pisze: zobacz jaki słodziak, no wzruszające kurka wodna
  • allaska
  • 18/07/2018 21:59
  • pada. i pada. dziś zabawa- dziecka stopa nadepnęła na kretowisko, z kolejnego kretowiska wytrysnęła woda. wzlatywały jeden za drugim w górę wodne wulkany. płonę. dzięki dziecku dotarłam do jądra :)
  • Silvus
  • 18/07/2018 21:53
  • Content-marketingowe? W sensie, przydatne? Będę pisać, jeśli coś mi przyjdzie do głowy. Dziękuję. :) :)
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 20:57
  • Ale fajnie, poradnikowe. Mocno content marketingowe Silvus. Good job. Pisz dalej.
  • Silvus
  • 18/07/2018 19:15
  • Mario, dziękuję. :) Nie nazywałbym tego blogiem, ot, luźne przemyślenia.
  • Silvus
  • 18/07/2018 16:54
  • Chciałbym pochwalić się, że wreszcie udało mi się stworzyć coś jak blog (całość po angielsku): [link] :) Tematyka: głównie programowanie. Zresztą nie wiem, czy jeszcze coś napiszę.
  • Silvus
  • 18/07/2018 02:48
  • @all, no mnie smaku narobiłaś, aczkolwiek nie lubię chyba cukinii, zresztą nie wiem. Co do oszukania, to trudno mi powiedzieć.
Ostatnio widziani
Gości online:15
Najnowszy:maattalso158
Wspierają nas