Uśmiech – opowieść renesansowa - Miladora
Proza » Miniatura » Uśmiech – opowieść renesansowa
A A A
Od autora: z cyklu Opowieści wierutne – Uśmiech – Tryptyk renesansowy.

Prawdziwie wielka miłość rodzi się
z dokładnego poznania rzeczy,
którą się miłuje.
Leonardo da Vinci
 
Piękno to sposób odczuwania,
a więc leży ono w tobie i wszystko inne
jest tylko próbą jego wydobycia.


         Uśmiech                 
Opowieść  renesansowa

 
     Podobno malował ją przez cztery lata… Podobno sprowadzał muzyków i trefnisiów, by rozweselali ją podczas pozowania, i by jej wizerunek nie wyrażał owej bezwiednej melancholii, tak częstej u portretowanych osób. Może milczał, a może zabawiał ją rozmową. A może to ona milczała i tylko przelotny uśmiech drgał czasem na ustach, jak drga tafla wody w powiewach wiatru?
Kto wie…
 
     Nie spieszył się. Czasami patrzył długo na jej twarz, a potem dodawał tylko jedno pociągnięcie pędzla i odchodził. Kim była dla niego? Jeszcze jednym portretem na zamówienie? A może kończył ją malować już tylko dla siebie?
 
     Podobno nigdy nie zadowalał się tym, co stworzył, i niewiele dzieł doprowadził do ukończenia, gdyż uważał, że ręka nigdy nie dorówna umysłowi. Czyż jednak nie może być doskonałym dzieło nieskończone? Pozwalające jedynie domniemywać, jak mogłaby wyglądać jego ostateczna forma? Czysty, wysublimowany ekstrakt ludzkiego geniuszu. Nieśmiertelna idea piękna zamknięta w wyobraźni.
 
     Nie kończył dzieł, bo nic nie dorównywało jego wyobrażeniom. Bo badał i eksperymentował przez całe życie i może zbyt wcześnie odkrył prawdę, że nie ma granic poznania, a więc i nie może być nic skończonego. Można tylko dążyć do doskonałości, natomiast osiągnąć się jej nie da. A jednak stworzył ideał doskonałości nieskończonej i pokorą musi napełniać myśl, czego jeszcze mógłby dokonać.
 
     Podobno malował ją przez parę lat… Może popatrzyła na niego w milczeniu, gdy zaraz pierwszego dnia zdjął z jej palców i czoła drogocenne klejnoty. Może rozumiała bez słów, że ideał doskonałości nie polega na złudnym przepychu. A może dla niego najcenniejszym klejnotem była jej twarz i ten uśmiech, który czasem gościł przelotnie na wargach, i który poznawał wciąż na nowo, nie wiedząc, co chciała nim wyrazić, niewiedzę tę przekazując nam w spadku?
Kim była dla ciebie Mona Liza, Leonardo, że jej portret do końca życia woziłeś ze sobą?
 
     A jeżeli tym razem pozaświadoma doskonałość rąk zadała kłam umysłowi? Co takiego stało się wówczas, podczas pozowania, że delikatny uśmiech czający się w oczach spłynął na usta… Może powiedziała coś, na co drgnęła ci ręka, i ten właśnie uśmiech, uśmiech kobiety milczącej, zawisł nagle jak pajęcza nitka w przestrzeni? A może nie powiedziała nic i tylko oczy przekazały jednym spojrzeniem to wszystko, co chciałeś usłyszeć?
     Bo jeżeli ktoś przyjrzy się baczniej, zauważy, że tajemnica uśmiechu Giocondy nie kryje się jedynie w układzie jej warg. Ta niepokojąca dwuznaczność, to dwa oddziałujące na siebie, przeciwstawne uśmiechy – oczu i ust. Gdyż każdy jest inny.
 
     Podobno malował ją przez parę lat, jak zresztą większość swoich obrazów. Jej portret jest niemal skończony… Jeżeli więc dzieło sztuki jest także sposobem poznania, a poznanie rodzi miłość, to czy kochałeś ją, Leonardo, czy tylko własną sztukę?
 

Być wiecznym –
to znaczy kiedyś istnieć.
Max Frisch

Opowieść renesansowa 
   przekorna

 
 
     Tego pamiętnego dnia włożyłam najpiękniejszą suknię i najcenniejsze klejnoty. Rozumiałam, jaki spotkał mnie zaszczyt, i mimo iż mąż twierdził, że nawet największy artysta istnieje, by go wynajmowano, czułam, że jemu też schlebiła zgoda mistrza Leonarda na wykonanie portretu. Widziałam to po sposobie, w jaki obchodził mnie dookoła, wygładzając fałdy sukni, zanim ruszyłam w stronę komnaty, gdzie zasiąść miałam do pozowania.
     Leonardo już stał przy oknie i układał przybory. Gdy weszłam, odwrócił głowę, obrzucając mnie szybkim, uważnym spojrzeniem. Usiadłam, rozłożyłam szeroko spódnicę i czekałam w milczeniu.
     Podszedł i zanim zdążyłam zareagować, zaczął odpinać naszyjnik, a potem sięgnął w stronę palców. Zaskoczona, uniosłam głowę. Leonardo spokojnie odłożył klejnoty na stoliczek, wyciągnął z zanadrza srebrny ołówek i zabrał się do szkicowania.
     – Czy suknię też mam zdjąć? – spytałam uszczypliwie.
     – Zmienić – odparł krótko.
Uśmiechnęłam się w duchu na myśl, jakim to będzie szokiem dla próżności małżonka, bo jeżeli o mnie chodzi, nie miałam nic przeciwko temu. Mnie w zupełności wystarczało, że mogę pozować wielkiemu Leonardo i robiłabym to nawet wtedy, gdyby zechciał, żebym była naga.
 
     W parę dni później pożyczyłam od służącej skromną brunatną szatę i ponownie zasiadłam na podium. Mąż protestował wprawdzie, ale nawet on nie miał odwagi wykłócać się z mistrzem. Może żywił zresztą nadzieję, że Leonardo w trakcie pracy domaluje jednak te wszystkie precjoza, bo nie wyobrażał sobie, prawdę mówiąc, by mógł tego nie zrobić. Nikt tak nie robił. Co do mnie, nie miałam złudzeń. Odgadłam to po spojrzeniu mistrza i z tych paru słów, jakie padły owego dnia podczas pozowania.
     – Czy życzysz sobie coś bardziej jeszcze skromnego, mój panie? Może w szarym kolorze? – spytałam ze spokojem i przewrotnie uśmiechnęłam się w duchu, bo pod stanikiem sukni ukryłam złoty łańcuch z wisiorem.
     – Wystarczy – powiedział.
 
     Miał jednak bystry wzrok, ponieważ podczas następnego seansu odnalazł klejnot, którego zresztą nie starałam się wcale ukryć aż tak dokładnie, i własnoręcznie zdjął go z mojej szyi.
     – Czy dlatego, że blask drogocennych kamieni rozprasza twoją uwagę, panie? – spytałam niewinnie.
     – Nic nie jest w stanie jej rozproszyć – odparł, poważniejąc. – Dobry artysta zawsze panuje nad dziełem, gdyż dyktowane jest przez umysł, nie złudzenia.
Uśmiechnęłam się lekko. Tego dnia miałam jeszcze jeden klejnot przy sobie, czego on nie domyślił się nawet.
 
     – Czy znowu przemyciłaś coś, pani? – zapytał następnym razem i, o dziwo, jakby się uśmiechnął.
     – A więc rozprasza cię myśl o tym? Że malując mnie, malujesz także coś, na co nie masz wpływu i nawet nie wiesz, jak może wyglądać? – spytałam w odpowiedzi.
A potem, wstając, pozwoliłam, by z rękawa wysunął się pierścień i z cichym brzękiem opadł na posadzkę. Schylił się i podnosząc go, obejrzał dokładnie.
 
     – Nic dzisiaj nie mówisz, pani – powiedział w jakiś czas potem. – Uśmiechasz się tylko… Czy dlatego, że zaprosiłem muzyków i bawi cię ich sztuka?
     Nie odpowiedziałam. Nie mogłam. W ustach czułam małą złotą błyskotkę z diamentem, dawny dziecinny klejnocik, który otrzymać miała moja córka. Nie dożyła tej chwili... Zrobiło mi się smutno. Może wyczuł to, bo nie pytał o nic więcej. A może był zmęczony?
     Widziałam znużenie w ruchach jego rąk i w spojrzeniu, które czasem stawało się dziwnie nieobecne. Odgadywałam, gdzie wtedy może być. Na polu bitwy pod Anghiari... Pojęłam też, że nie mam wiele czasu.
     – Podobno nigdy nie kończysz swoich dzieł, panie – powiedziałam cicho.
     – Kończę. Na tyle, na ile w danym momencie mogą być skończone – odparł spokojnie. – Twój portret, pani, jest prawie gotowy.
Podeszłam do sztalug. Spojrzałam w twarz samej sobie i uśmiechnęłam się lekko.
     – Czy malujesz tylko to, co widzisz, czy też, co czujesz, lub czego się domyślasz? – spytałam poważnie. Tego dnia miałam przy sobie wiele różnych klejnotów, ukrytych między innymi także pod włosami.
Nie odpowiadał przez długą chwilę, jakby zastanawiając się nad tym, a potem niespodziewanie zaczął zbierać pędzle.
     – Chyba wyjaśnię to już innym razem, Mona Lizo – powiedział.
 
     Wiedziałam, że prawdopodobnie będzie to ostatni raz. Ta zabawa trwała od wielu miesięcy, a on był stary i zmęczony, i jak słyszałam, nie wszystko w owym czasie układało się dobrze. Krążyły plotki, że Bitwa pod Anghiari okazała się porażką, artystyczną klęską Leonarda. Nie jeżeli chodzi o karton, lecz o wykonanie. Jak zwykle zaczął eksperymentować i… nie udało, niestety. Ogniska zapalone pod ścianą nie wysuszyły tynku i w górnych partiach farba zaczęła pienić się i spływać. 
     W tej sytuacji nie mogłam wymagać, by grał ze mną w domysły. Zresztą już od dłuższego czasu bawiłam się bez jego udziału, ukrywając na sobie coraz więcej klejnotów i czerpiąc z tego odrobinę przekornej, a może nawet przewrotnej radości.
 
     Tak nadszedł ostatni dzień pozowania.
Włożyłam tę samą starą brunatną suknię i każdy klejnot umieściłam dokładnie tam, gdzie ukryty był podczas poprzednich seansów. Na koniec schowałam w ustach swoją dziecinną błyskotkę i zeszłam do komnaty. Leonardo już czekał. Bez pośpiechu podeszłam do krzesła, usiadłam i uśmiechnęłam się w milczeniu. W ciszy, jaka zapanowała, słychać było tylko daleki śpiew ptaków w ogrodzie i lekki szelest szaty Leonarda poruszającego się przy sztalugach. A potem odłożył pędzel i podszedł do małego stoliczka pod oknem. Odwrócony tyłem, sięgnął po kielich z wodą i podnosząc go do ust, zapatrzył się gdzieś przed siebie… Cicho i niemal niedostrzegalnie zaczęłam wydobywać z ukrycia klejnoty i składać je na kolanach.
     – Mój mąż jest nieco rozczarowany, mistrzu – przerwałam milczenie, gdy odwrócił się w stronę obrazu.
Popatrzył na mnie, na splątane w nieładzie błyskotki, i zapytał spokojnie: – A ty, pani?
     – Ja nie – powiedziałam cicho. – Wszak namalowałeś je wszystkie. Tylko dla mnie.
Rzuciłam mu ostatni przekorny uśmiech i zbierając fałdy spódnicy, wyszłam z komnaty.
 
     Nie odesłał mojego portretu, na każdą interwencję męża odpowiadając krótko, że jeszcze nie skończył. A potem wyjechał. I nie zobaczyłam go już nigdy więcej.
 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Miladora · dnia 23.11.2017 23:11 · Czytań: 176 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 13
Komentarze
JOLA S. dnia 23.11.2017 23:56 Ocena: Świetne!
Słynny uśmiech Mony Lizy należy do najbardziej czarujących w historii sztuki - również dlatego, że w istocie jest tylko złudzeniem. Tajemnica uśmiechu Mony Lizy została odsłonięta. Przynajmniej zdaniem jednego z psychologów.
Dotychczas wielu z nas było przekonanych, że Mona Liza faktycznie się uśmiecha. Psycholog Florian Hutzler obecnie dowodzi, że uśmiech damy Leonarda da Vinci jest sprawą percepcji - sprawą postrzegania
- to tak na marginesie.

Milu,
doskonale oddałaś nastrój spotkania malarza i modelki. Oglądane, jakby przez szybę, pozwalasz na dowolność interpretacji. Narracja jakże wyważona. Przemyślnie dawkujesz napięcie. :)

Nieodparta intensywność uczuć nie niszczy intelektu,
- cisnęło mi się na usta.

Przeczytałam z ogromną przyjemnością :)

BUZIAKI

* Jedna z teorii głosi, że Mona Liza była młodym mężczyzną. Bezsprzecznym jest fakt, że Leonardo nie rozstawał się z portretem. Dlaczego? Chyba pozostanie zagadką.
Miladora dnia 24.11.2017 00:56
JOLA S. napisała:
Chyba pozostanie zagadką.

Na pewno pozostanie zagadką, Mrówciu. :)
Jej uśmiech także, chociaż wysunięto już tyle teorii na ten temat. Moja opowieść to jedna z nich.
A wiesz, jak powstała? :)
Pewnego dnia moja córka poprosiła mnie o jakąś historyjkę.
- Nie mam pomysłu - stwierdziłam. - Podrzuć mi jakiś.
- Napisz o uśmiechu Mony Lizy - zasugerowała chytrze.
- Zwariowałaś? O nim już chyba wszystko powiedziano!
- To znajdź coś, co nie zostało jeszcze powiedziane - odparła.
No i nie miałam wyboru. :)

Dziękuję ślicznie, że zawitałaś do pracowni Leonarda, Mróweńko. :)
Serdeczności i buziaki.
pociengiel dnia 24.11.2017 10:09
Pierwsza myśl /brzydko z mojej strony/ co ja mam z Maxa Frischa w zbiorach.
To nie jest grzecznościowy wpis pod Twoim tekstem.
Jest wiele otoczek dotyczących Uśmiechu Giocondy.
Twoja opowieść wnosi coś ciekawego, jednocześnie wyzwala myślenie o nieskończoności tego
uśmiechu.
Oprócz klejnotów mogą być tam także inne rodzynki i qrteczka od różnych dostawców.

To nieładnie z mojej strony ale sam kiedyś popełniłem taką próbę

Uśmiech Giocondy

w tym toskańskim mieście Pisa
sława znanej wieży nie zwisa
bo etalonu piona
i ją pozbawiła ona
tajemnicza Mona Lisa
Miladora dnia 24.11.2017 13:10
pociengiel napisała:
Twoja opowieść wnosi coś ciekawego

Bardzo dziękuję, panie F. :)

Miło mi, że zawitałeś pod tekst.

Dobrego dnia. :)
maak dnia 24.11.2017 14:16
Uwielbiam szkice niedokończone. Widzę jak myśl się materializuje... i nagle stop. Czegoś brakuje. I nagle znów się zaczyna. Co chciał? Dokąd dążył? Jak ja bym to zrobił, gdybym umiał? Mój zachwyt, jeżeli chodzi o Mistrza, wywoływały jego plany konstrukcyjne, inżynieryjne. Ten uśmiech nie budził we mnie specjalnych wrażeń, choć obraz mi się podobał. Wiele obrazów mi się podoba, ale do tej pory, jeżeli chodzi o odkrywanie nieuchwytnej kobiecości, nikt dla mnie nie równał się z Modiglianim. Do dzisiaj. Dziś odkryłem, że ten uśmiech jest naprawdę niezwykły, jakby niedokończony… taki kobiecy.

:)
Miladora dnia 24.11.2017 14:25
maak napisał:
Dziś odkryłem, że ten uśmiech jest naprawdę niezwykły,

Bardzo dziękuję, Maaczku, za ciekawy komentarz. :)

Co do Modiglianiego - mam podobne zdanie. Jego kobiety są absolutnie niepowtarzalne.

Serdeczności. :)
dodatek111 dnia 24.11.2017 16:25
Czy tak właśnie było? Tego się nie dowiemy, łatwiej jednak, dzięki namalowanej przez Ciebie scenie zobaczyć jak mogło być, poczuć atmosferę...Nie suchą, ułożoną z bezwzględnych faktów, tylko widzianą przez pryzmat uczuć. Bo przecież wspomnienia, a te obrazy, są zapewne Twoimi wspomnieniami, zawsze trochę zmieniamy przy odtwarzaniu. :)
Miladora dnia 24.11.2017 16:35
dodatek111 napisał:
tylko widzianą przez pryzmat uczuć.

Owszem - bo wejście w jakąś postać zawsze wymaga nie tylko wczucia się w nią, lecz i znajomości emocji potwierdzonych własnym doświadczeniem.
Wymaga także wiedzy o niej i o realiach, wśród których żyła
Zawsze mówię, że pisarze są jak aktorzy, tylko scena inna. :)

Bardzo dziękuję, Dod, że zawitałeś pod tekst z własnymi przemyśleniami. :)
Serdeczności.
hopeless dnia 24.11.2017 19:49
Po tym, co przeczytałem, stałaś się dla mnie zagadką, Miladoro. Świetny pomysł na miniaturę i jeszcze lepsze wykonanie. Przyznam się, że zawsze zazdrościłem piszącym sprecyzowanej wizji... cóż, dobrze, że choć potrafię to zauważyć.

Pozdrawiam:)
Niczyja dnia 24.11.2017 22:27 Ocena: Świetne!
Pięknie to napisałaś, Miladoro:)
Stworzyłaś historię, która mogła, ale nie musiała się wcale wydarzyć. To Twoja historia, Mistrza i Mona Lizy.
To pierwszy Twój utwór, którzy przeczytałam. I zrobiłam to z uśmiechem, zachwytem i przyjemnością:)
Dziękuję za tę historię i urocze źródło jej uśmiechu. Uczucie i tajemnicę.
Muszę ją w końcu zobaczyć na własne oczy...
Niczyja
Miladora dnia 24.11.2017 23:26
hopeless napisał:
zazdrościłem piszącym sprecyzowanej wizji...

Obawiam się, Hope, że nigdy nie mam sprecyzowanej wizji. :)
Idę tam, gdzie prowadzą mnie słowa i intuicja, i często moi bohaterowie biorą sprawy w swoje ręce.
A ja próbuję ich dogonić.

Cieszę się, że przyszedłeś, ponieważ dwoje piszących zna się lepiej, gdy rozumieją wzajemnie słowa, jakimi się posługują.
Dziękuję i dobranoc. :)

Niczyja napisała:
To pierwszy Twój utwór, którzy przeczytałam.

Tym bardziej się cieszę, że przywędrowałaś, Niczyjko. :)
A także z tego, że historia uśmiechu znalazła Twoje uznanie.
Dziękuję za dobre słowo. :)

I serdeczności. :)
Jacek Londyn dnia 26.11.2017 11:18
Troszkę sobie pofantazjowałaś, Miladoro, przemalowałaś obraz, wydobyłaś na światło dzienne skrywaną biżuterię, pozbawiłaś Monę Lisę błogosławionego stanu.
Myślę, że to prawo każdego autora i każdego, kto oglądał obraz. Pracuje wyobraźnia, normalne.
Mnie Twoje spojrzenie na obraz nie jest bliskie. Ono jakoś uprasza, spłyca, kieruje czytelnika na prostą ścieżkę.
Zaczyna się już od spraw prostych, czyli szczegółów.
Mówisz o b r u n a t n e j sukni.
Na temat tego „najbrzydszego koloru świata” toczono kiedyś długie dysputy, na pewno nie był trywialnym brunatnym. Na temat kompatybilności barwy stroju i tła też mówiono niemało.
Sama suknia nie była prostą suknią służącej. O tej lepiej wspomnieć przy opisywaniu Dziewczyny z perłą, ale to inna bajka, inny malarz. Z powodu sukni Mona Lisy – rodzaj materii, krój – niektórzy uważali, że modelką nie była żona kupca, ale arystokratka.
Zamiast usłyszeć o córeczce, która umarła, zanim dostała klejnocik, wolałbym jedno zdanie o tej, która kopała w brzuszku mamy.

Co jeszcze? …
W pierwszej części niepotrzebne wydaje mi się powtarzanie „podobno malował …itd”. Raz cztery lata, potem parę lat...
Malował – wg badań zapisków – niecałe trzy lata. Raz, a dobrze.

Tyle na temat opowiadania. Pisanego na zamówienie (wzorem Leonarda), pod odpowiednią publikę. To naturalnie subiektywna i marginalna opinia. :)
Przy okazji zapraszam na wystawę „Leonardo da Vinci – Energia umysłu” w łódzkim EC-1. Niestety, wstęp (nie tak jak w PP) płatny. :(

Pzdr
JL
Miladora dnia 26.11.2017 12:52
Jacek Londyn napisał:
Troszkę sobie pofantazjowałaś,

Oczywiście, Jacku - to prawo każdego autora, czyż nie? :)
Ale ten tekst nie był pisany pod publikę. Powstał dla mojej córki, o czym powiedziałam w pierwszym komentarzu, a wtedy nawet mi się jeszcze nie śniło, że kiedyś wyjdzie z szuflady.

Co do błogosławionego stanu Mony Lizy, to tylko jedna z wielu teorii na temat jej uśmiechu.
Faktem jednak jest, że namalowanie kobiety z bogatej sfery bez żadnych ozdób było w tym okresie niespotykane. Leonardo wyłamał się z reguły, która kazała malarzom odtwarzać przepych szat i klejnotów. Dlaczego - nikt tego nie wie.
Tak samo nikt nie wie, dlaczego on, który nie miał nigdy związków z kobietami, woził ten portret ze sobą do końca życia.
I na tej kanwie powstała miniatura.
Bo przecież każdy ma prawo posiadania na ten temat własnej opinii. :)

Miłego z podziękowaniem za odwiedziny Giocondy. :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
mike17
15/12/2017 22:22
Bardzo dziękuję, Ulu, za wejście w to opowiadanko i garść… »
Silvus
15/12/2017 21:27
Wróciłem do tego wiersza, jest lepszy niż za pierwszym… »
Silvus
15/12/2017 21:20
Rzeczywiście nie moja... ale się nie poddaję ! Pewnie. :) »
zigfi
15/12/2017 21:18
Dziękuję Abigail za komentarz. W sumie dialogi są tu… »
Silvus
15/12/2017 21:18
Czemu mózg, a nie umysł? Ciekawe spojrzenie. Bliskie… »
sheCat
15/12/2017 20:24
Słabo, słabiutko, gramatycznie. »
Silvus
15/12/2017 20:19
Uprzejmie proszę autora o oznaczenie tekstu 18+ lub… »
GregoryJ
15/12/2017 19:45
skroplami Przy tak życzliwych i entuzjastycznych recenzjach… »
JOLA S.
15/12/2017 19:24
Drogi skroplani, czułam jak znika historia, wiedziałam, że… »
skroplami
15/12/2017 18:56
No normalnie lekkość motyla tak litery słowami machają w… »
Dk721
15/12/2017 18:50
@Protimus serdecznie dziękuję za komentarz. Piszę tyle… »
Dk721
15/12/2017 18:45
@Krzysztof Konrad dziękuję za komentarz. Rozumiem Twoją… »
skroplami
15/12/2017 18:37
Cudo :). Jolu S., gratulacje :). Poprawiłaś a właściwie… »
GregoryJ
15/12/2017 18:22
Witam DoCo na wykopaliskach. Przynajmniej mam okazję i… »
GregoryJ
15/12/2017 18:20
DoCo Gratuluję wytrwałości, bo ja (wstyd się przyznać)… »
ShoutBox
  • mike17
  • 15/12/2017 22:00
  • Brenda Lee w niezapomnianym świątecznym kawałku : [link]
  • Silvus
  • 15/12/2017 19:55
  • @Jolu, dobrego wieczoru Tobie od wszystkich.
  • JOLA S.
  • 15/12/2017 11:46
  • Milu, słyszę, że humorek dopisuje, cieszy to ogromnie:) Dobrego dnia wszystkim:)
  • Miladora
  • 15/12/2017 10:53
  • Dzień doberek wszystkim - wirtajkowicze, nie martwcie się o teksty - wszystkie zostaną zrobione po kolei. :) Jest sporo czasu do następnej edycji.
  • Gramofon
  • 14/12/2017 16:13
  • Pasztet trzeba robic i bigos mieszać
  • Zola111
  • 14/12/2017 16:06
  • Piszmy do Zaśrodkowania#27.
  • mike17
  • 13/12/2017 18:51
  • Świąteczny Elvis wiecznie żywy :) Niektóre kawałki nie podlegają prawom czasu i przestrzeni : [link]
  • Alen Dagam
  • 13/12/2017 17:56
  • Tak sobie czytam te Wasze wirtajki, jak tylko się pojawiają na portalu i coraz częściej mam łzy w oczach że wzruszenia. Autorzy, jesteście wspaniali! Dziękuję za to, że Wam się chce! <3
  • JOLA S.
  • 12/12/2017 21:26
  • Grzeczna i cierpliwa.CMOK.:)
Ostatnio widziani
Gości online:35
Najnowszy:Ekwallaq3d
Wspierają nas