Ze zwichniętym skrzydłem - cz. 19. Berlin. Jakub - JOLA S.
Proza » Długie Opowiadania » Ze zwichniętym skrzydłem - cz. 19. Berlin. Jakub
A A A
Od autora: To nie jest dobry odcinek, usuwam. Czasem można mieć jakąś ogólną koncepcję, ale w trakcie pisania pojawia się mnóstwo dygresji i stworzone postacie zaczynają żyć własnym życiem.
Mea culpa. Nie umiem nic ponad te słowa powiedzieć

Przepraszam Drogich Czytelników.

Tekst po poprawkach

 

 

 

Wierzyłem, że w ramionach zmieszczę cały świat.
Codzienne rozmowy z Bogiem nie przybliżają do prawdy.
Sprzeczamy się o rzeczy nieistotne 1.
                                                           hopelles
 
 
 
****

Ledwo wystawiłam stopę z samolotu Berlin wziął mnie w posiadanie. Szybko pojęłam, że mam do czynienia z wyjątkowym miastem. Kreuzberg, kultowa dzielnica niemieckich artystów od rana tętniła życiem, na zatłoczonych, kolorowych ulicach wyczuwałam odświętną atmosferę przygotowań do zbliżającego się wielkimi krokami Biennale Sztuki. Podróż jawiła się obietnicą wspólnych uniesień i wzruszeń, ale niestety, od pierwszego dnia, mijaliśmy się w drzwiach. Paul opuszczał hotel po ósmej, a wracał późnym wieczorem. Nie wiedziałam, co myśleć, niebo runęło na głowę. Chciałam pomóc, wysłuchać, ale tym razem nie musiałam odwoływać się do kobiecej intuicji, żeby wyczuć, że mój książę jest zdenerwowany. Wczoraj leżeliśmy już w łóżkach, gdy usłyszałam: nareszcie kończymy, wkrótce okaże się, czy mój wernisaż odniesie sukces. Ostrożnie zapytałam o szczegóły, ale urwał rozmowę, odwracając się do ściany. To była nowość, porażka, zdziwienie. Pozostało tylko czekać, żeby zrozumieć. Zasypiałam, wpatrując się w sufit. Miłość kurczowo trzymała myśli, ale serce się łamało, stuliłam płatki.


Dzisiaj, chyba była dziewiąta, gdy zarzuciłam na ramiona płaszcz i zbiegłam po schodach. Piękne przedpołudnie namawiało na spacer w ciszy pobliskiego parku. Jesień zdążyła pomalować drzewa odcieniami złota. W słońcu wróciłam do rzeczywistości, dylematy rozwiały się niczym poranna mgła. Mijając słup ogłoszeniowy zawiesiłam oko na kolorowym plakacie, krzyczał: Camera Work, słynna, obrosła swoistym klimatem galeria zaprasza na wystawą legend fotografiki artystycznej: Roberta Polidori i Esther Haase. Idealna okazja, może się nie powtórzyć. Nabyłam koszmarnie drogi bilet i rzuciłam się w wir zwiedzania. Wystawa składała się z niewielkiej liczby dzieł, wyselekcjonowanych z bogatej spuścizny twórców, nie wahałam się nazwać ją retrospektywną. Co za precyzyjnie przemyślany wybór, szeptałam zachwycona.Wielkoformatowe kolorowe fotografie przenosiły z miejskiej przestrzeni Berlina do magicznego i barwnego świata Hawany. Uwagę przykuwały kapitalne fotografie apteki „Sarra” oraz sali widowiskowej Alejo Carpantiera Teatru Wielkiego. Utrwalone na zdjęciach spojrzenia przez obiektyw było czymś więcej niż obcowanie fotografa z architekturą wnętrz. Nasycało magią, było opisywaniem piękna detali, świadczyło o niezwykłych umiejętnościach autorów. Prawdziwa, poruszająca wyobraźnię uczta duchowa.


Na Jakuba natknęłam się przez przypadek. Mroczny, prowadzący do toalety przedsionek, a w nim roztrzepana, zamyślona dziewczyna, chwila nieuwagi i ... Potrąciłam, bardzo przepraszam, wydukałam speszona. A on uśmiechając się wyrozumiale, cicho przesunął palcem po wardze:
           – Czy dasz się zaprosić na kawę i lampkę wina?  
To się nazywa nawiązywanie relacji. Roześmiałam się i przystałam na propozycję. Wkrótce odkryłam, że zawartość skórzanej kurtki i podartych dżinsów jest atrakcyjniejsza niż opakowanie.Wybraliśmy stolik przy oknie. Bar był prawie pusty, tylko cienie zasłon tańczyły po ścianach, poruszane lekkim wietrzykiem. Z głośników sączyła się nastrojowa muzyka. Klimatem wnętrza sprzyjał swobodnej rozmowie.
           – To twoja pierwsza wizyta na Biennale?  Jak ci się podoba? - zapytał miękkim głosem.
           – Bardzo.
Po pierwszym kieliszku Moments Dornfelder Lieblich rozwiązały się języki. Jakub odkleił się od ściany, o którą nonszalancko się opierał i z anielskim uśmiechem, poinformował, że ma narzeczoną.
           – A więc remis – rzuciłam. – Bo i ja jestem z kimś związana.
Intrygujący, zabawny osobnik, pomyślałam. Chyba też byłam zagadkę, świadczyło o tym uważne spojrzenie spod przydymionych okularów. Po następnym kieliszku już opowiadał swoją historię. Wychował się w Belgi, ukończył malarstwo, obecnie w Paryżu na Montmartre ma własną galerię. Pytałam o szczegóły: wystawia obrazy, rzeźbę, tkaninę artystyczną, z powodzeniem organizuje wernisaże.       
           – Paryż potrafi zaskoczyć. Obecnie czuć w nim nowego ducha, czasem nawet za bardzo. Powinnaś wyjść z cienia, nie bać się.
           – Wiesz, jestem marnym okruchem, na pewno nie karierowiczką.
 Roześmiał się.
           – Karoline, to lepiej zacznij być. To cena sławy.
Pokiwałam głową z powątpiewaniem.     
           – Fantastycznie było poznać dziewczynę z tak wielką pasją. Zostaw swój adres, proszę.
Uścisnął dłoń na pożegnanie. To zapewne jakaś pomyłka, pewnie powtarza to innym tysiące razy... Szybko dogonił mnie w drzwiach. Karoline, nie wypuszczę cię z rąk. Tym żartem rozbawił, uległam, wręczając numer telefonu.
Dzięki boskiej interwencji późnym wieczorem dotarłam do hotelu. Paula jeszcze nie było. Marzeniem było wczołgać się do łóżka i zasnąć. Nazajutrz, nie wspomniałam o Jakubie, kobiety też miewają sekrety.
 
Zabawne przypadki mogą zmienić życie, otwierając okno w przyszłość. Wtedy o tym nie wiedziałam.


****


Gemäldegalerie okazało się jednym z najbardziej niezwykłych muzeów, jakie znałam. Oddalone od centrum, mieściło się w dzielnicy raczej biznesu niż sztuki. Spotkanie sprawiło, że od razu wiedziałam, iż będę wracać. Niewielka kolejka przy kasach wzbudziła podejrzenie, że pewnie nie ma tu za dużo do oglądania, więc i oglądających brak. Czasami lepiej, gdy zbiory są skromne – łatwiej wtedy znaleźć jakąś perełkę. Niezrażona ruszyłam do pierwszej sali. Nigdy nie zapomnę tego uczucia. Cisza, prawie żywej duszy. W oddali nieruchomo siedział na krześle ochroniarz, robił wrażenie postaci z obrazu, a nie żywej istoty. Żadnego rozproszenia. W takiej ciszy spotkanie z Vermerrem czy Rembrandtem wywoływało dreszcz. Trudno było wyjść z muzeum przed zamknięciem.

Do Vernazzy powróciłam na parę dni, Paul prosto z Berlina poleciał do Paryża. Miasteczko zostawiałam przytłoczona wiadomościami. Moje myśli domagają się uwolnienia, więc przekształcam je w babie lato2. Aż trudno było uwierzyć, że tyle się mogło się zmienić i to w tak krótkim czasie. Życie jeszcze wczoraj pachniało miłością2, spokojem i słońcem, a tu nagle zaczęło uciekać, zapisując jedynie surowe streszczenia3. W jednej chwili poczułam się niczym odłamek szkła przy drodze. Mark, w czasie, gdy biegałam po Berlinie, doznał poważnego złamania nogi. Na szczęście, wkroczył do akcji nasz stary przyjaciel i zaproponował leczenie w swoim ośrodku. Wielka ulga, bo chciałam natychmiast lecieć do Florencji. Mark przyjął pomoc, co samo w sobie mówiło o jego stanie.


****


Paryż, co za miły widok. Po wyjściu z terminalu kroki skierowałam prosto na postój taksówek. Bagaż ciążył niemiłosiernie, paski plecaka wrzynały się w ramiona, kostki nóg obtłukiwałam klatką z Kubą. Taksówkarz patrzył na mnie jak na przybysza z obcej planety. Co za pomysł, taszczyć nieporęczne blejtramy i takie ogromne pudło, mamrotał, upychając rzeczy do bagażnika. Jednym słowem nie miałam powodów, by być w dobrym nastroju.

Nieubłaganie zbliżał się początek roku akademickiego, egzaminy były tuż, tuż, na samą myśl robiło się gorąco. Niby materiał znałam tak dobrze, że mogłam go recytować przez sen, ale martwiła ręka, znowu nasilały się skurcze.
Październik upływał przeważnie na nauce, dla Paula zostawało niewiele czasu. Miłość była na ostatnim miejscu. Zagoniona, zmęczona, ledwo wiązałam koniec z końcem, obowiązki zaczęły uwierać jak gorset. Miałam w duszy dziurę, przez którą  wyciekała życiowa energia. Zakochana dziewczyna powinna być szczęśliwa, a tymczasem całkowicie się rozsypałam. Zasypiając, marzyłam o cudzie. Pocieszałam się, że wszystko będzie jak dawniej. W czasie przyjęcia urodzinowego u Paula, nie wpadłam na nic lepszego, jak wyjść na balkon i pocałować go w usta. Paul natychmiast zauważył, że jestem smutna. Miałam wrażenie, że coś podejrzewa. Było mi wstyd, zarumieniłam się od szyi po uszy. Milczenie jest najlepszym tłumaczem...

W czwartek oparta o ścianę korytarza Ecole des Beaux-Arts oczekiwałam na ostateczną decyzję rektora. Co zrobisz i jaką masz alternatywę? Ogarniał niepokój, nie tylko chodziło o stypendium. Paulowi nie śmiałam zawracać głowy, czegoś się domyślał, ale uparcie milczałam, nie dając niczego po sobie poznać. Marka przygniotły wydatki, zmuszony był odkładać na zrealizowanie recept.

Po kwadransie sekretarka wywiesiła w gablotce kartkę. Rozpłakałam się ze szczęścia. Jestem jedyną studentką, która otrzymała dwuletnie stypendium. To niemożliwe, a jednak...
Powinnaś to wiedzieć, usłyszałam głos Paula. Wpatrywał się we mnie z czułością, ale nie podszedł. Spotykając się na uczelni, powtarzaliśmy ten sam rytuał. Sztuką jest rozmawiać o rzeczach nieistotnych, codziennych, błahych. Tak było bezpieczniej, unikaliśmy złych języków. I jak tu być Julią skoro odbierają Romea.


****


Liście opadły z kasztanów, dni mijały niepostrzeżenie. Zajęcia na uczelni i malowanie wypełniały czas, noc często zastawała mnie w pracowni. Rysunków przybywało, kreska była pewniejsza, ale prześladowało nieskonkretyzowane uczucie, że mogę zrobić coś lepiej, dokładniej, ogarniało zwątpienie, palce nie utrzymywały ołówka. Zapalało się czerwone światełko, wstydziłam się przyznać Paulowi, przeszkadzała duma, czasem trudno wycofać się z wieży z kości słoniowej. Zapomniała o terminie badań kontrolnych. Tylko instynkt podpowiadał, walcz.
Jakub odezwał się w końcu października. Nalegał, żebym pokazała ostatnie malarskie dokonania. Pojawił się na uczelni, w przerwie między zajęciami. Dawno wybierałem się do ciebie... Pochwalił akwarelę, ale wygłosił opinię w sposób kategoryczny. Pracuj pilnie i staraj się stanąć jak najszybciej na własnych nogach. Można było go wziąć za fanatycznego terrorystę na usługach własnych myśli. Moja wiedza o Jakubie stawała się elementami jakieś układanki, których nie potrafiłam połączyć. Rozbrajająca radość, otwartość, po chwili gniew i bezceremonialna ciekawość wprawiały w zakłopotanie. Może sama prowokowałam zamęt w głowie, to nie przychodzi zewnątrz...


W pierwszą niedzielę listopada, przyciśnięta do muru, umówiłam się na spotkanie z Jakubem. Świat należy do odważnych...  Do ostatniej chwili kończyłam Pożar, poprawiałam kolory, wściekałam się, płakałam, zapominałam o jedzeniu, prawie nie spałam. Mam jeszcze szansę zdążyć… Trud zaowocował, uchwyciłam istotę rzeczy; brązy i szarości pojaśniały, poddały się. Z czystym sumieniem odkładałam pędzel. Czasem trzeba stoczyć walkę, by wiernie oddać prawdę…
Zmierzch wkradał się w okna, gdy dotarłam na miejsce. Galeria Jakuba mieściła się w szarej kamienicy, usytuowanej po środku wąskiej uliczki, tuż przy Bazylice Sacré-Cœur. Weszłam i aż mnie zatkało; od progu urzekała atmosferą i niepowtarzalnym, surowym wystrojem wnętrza. Ogromna, otwarta, pięknie odrestaurowana przestrzeń, ciepłe oświetlenie, wyrafinowana elegancja mebli, czyniły ją wymarzoną dla prezentacji sztuki. Jakub nie podniósł wzroku znad rachunków. Wyjeżdżam na pięć dni do Londynu, robię remanent, usprawiedliwił się. Oj, niedobrze. Remanent to brzydkie słowo we Francji. Przywitał się dziesięć minut później, minę miał dziwnie sceptyczną. Bóg jeden wie czemu? Nie wiedziałam czego się spodziewać.
         – Może usiądziesz?
         – Jasne.
Zaniepokojona przycupnęłam na kanapie w milczącym oczekiwaniu. Nareszcie skończył liczyć. Wyjęłam obraz z teczki. Oczy mu rozbłysły, oglądał płótno w zagadkowym skupieniu. Zwykle posiadał wyczucie, dar szybkiej orientacji i reakcji, ale tym razem było inaczej, zachowywał się niczym sfinks. Wypiłam duszkiem trzy szklanki zimnej wody, coraz bardziej tracąc wiarę w siebie. Nigdy nie jestem taka, jaką chciałabym być. No, powiedz już, nie trzymaj w napięciu!
         – Karoline, zazdroszczę talentu. Najwyższy czas pokazać to płótno światu. Będę pierwszy, a to bardzo lubię... Każdy może odnieść sukces dzięki autentyczności i pasji, a do tego mamy dostęp wszyscy.
Położył rękę na moim ramieniu. Wydawał się szczery, zabrzmiało jak słodka obietnica, rozpaliło nadzieję. Ustaliliśmy wstępną datę wernisażu. Serce zaczęło mocniej bić, myśli przysiadały na ramionach niczym oszalałe ptaki...


****


Grudniowy wieczór, upragniony moment. Co ja tu robię? Miałam wrażenie, że moja dusza opuszcza powoli ciało i oddala się w nieznanym kierunku. Przeszedł zimny dreszcz, gdy dziennikarka zapytała: Kiedy to się zaczęło? Oszołomiona sukcesem, w pierwszej chwili nie usłyszałam pytania. Podniecony tłum gości niemożliwie hałasował, wymieniając wrażenia. Patrzyli na mnie, uśmiechali się, lustrowali wzrokiem. Kobiety oceniały strój i makijaż. Co jakiś czas rozległy się oklaski, okropnie peszyły. Ciągle postrzegałam siebie, jako nowicjuszkę w fazie obiecującej kariery. Ściskało w dołku, nie opuszczało zdziwienie. Oczywiście, cieszyłam się, ale nie potrafiłam tego właściwie okazać. Niezrażona moją miną, dziennikarka chodziła za mną krok w krok, naciskając w nieustępliwej przenikliwości.
         – W obrazie zawarty jest przejmujący niepokój, a jednocześnie potrafi pani mówić pędzlem o sprawach tragicznych, bez patosu i rozpaczy. Jak udało się zapisać tak wiele uczuć na jednym płótnie?
Wreszcie, jakimś cudem rozluźniłam się. Słowa same zaczęły cisnąć się na usta, twarz rozpromienił uśmiech.
         – Patrząc na płonące wzgórze Vernazzy poznałam Boga. Zrozumiałam, że istnieje wiele rzeczy, które mnie przerastają. Jednocześnie malując, nigdy nie czułam się taka swobodna, wolna jak ptak. Uczuciowość nie niszczy intelektu, świadomie dokonywałam doboru środków wyrazu, ale wcześniej musiałam się przekonać, że jestem kochana...
Chyba ją zaskoczyłam odpowiedzią, zrobiła wielkie oczy i ucichła. Podziękowałam za rozmowę.
         – Karoline, jesteś proszona na podium.
Jakubie wiedziałeś, że nie trawię publicznych wystąpień, a mimo to... Dziękując za miłe słowa, szukałam wzrokiem Paula, niepokojąco spóźniał się. Goście gratulowali wystąpienia, cytowali słowa, których nie powiedziałam, a ja czekałam, wszystko inne przestawało być ważne. Zjawił się zdyszany tuż przed oficjalnym zakończeniem wieczoru z wielkim bukietem czerwonych róż. Długo trzymał mnie w objęciach. Nie potrafiłam ukryć wzruszenia. Miłość nie pamięta złego. Księżyc dawno zaglądał w okna, gdy jako ostatni opuszczaliśmy galerię.
         – Jakubie, jestem niezmiernie wdzięczna za ten niezwykły, odmieniający życie prezent.
         – Karoline, przecież rozmawialiśmy o tym dwie godziny temu! To chyba wystarczy? – spokojnie odpowiedział, żegnając się w głębokim ukłonie.
Na zewnątrz padał, pierwszy tej zimy, śnieg. Szybko przykrywał białym puchem wzgórze Montmartre'u. Z zachwytu rwały się słowa. Byłam szczęśliwa, czułam, że otworzyły się drzwi, których nie mogę zamknąć. Zbudzili miasta białymi szalikami, wracając nad ranem napisanymi ulicami, ze śpiewem na ustach5.
 
 
 

 


 


 
---------------------------------------------------------------------------
 1- hopelles, wiersz" pasja "
 2- kamyczek, wiersz" O dwa kroki stąd. Jagodowa Jagodzianka
3- dodatek 111, wiersz"Przemijanie "
4- Miladora, wiersz ”świeca za szybą”
5- Zola 11, wiersz ”Poeci nie zjawiają się przypadkiem”
 
 
 
 

 

 

 

                                     

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
JOLA S. · dnia 29.11.2017 09:19 · Czytań: 238 · Średnia ocena: 4,5 · Komentarzy: 12
Komentarze
Dobra Cobra dnia 29.11.2017 23:11 Ocena: Bardzo dobre
I mamy ciąg dalszy przepieknej opowieści o znanej nam bohaterce, kilku menszczyznach oraz zmieniajacych się jak w kalejdoskopie miastach :)

Melduję przeczytanie. Piekne rzecz, bo może powstać z tego książka.

Podziwiam upór, kibicuję i się ciesze, że tak potrafisz napisać!


Pozdrawiam, zachecając do dalszych wysiłków.

DoCo

PS - gdybyś ustawała, daj znać - wpadnę z czekoladą, kawą, lodami i czym tam jeszcze. Aby ratować Wenę!
JOLA S. dnia 29.11.2017 23:33
DoCo,

już wysyłam umyślnego z zaproszeniem. Chyba ustanę w pisaniu z wrodzonej przekory. ;) Rezygnacja z wybornego towarzystwa, to nie w moim stylu.
Na samą myśl rozchylam płatki w uśmiechu.

DobraCobro,

przyjęłam meldunek z radością. Wysyłam należny order za czytelniczą wytrwałość. :)

A tak na marginesie:
pisząc tekst trudno przewidzieć, co tak naprawdę się urodzi, można mieć jakąś ogólną koncepcję, ale często w trakcie pisania pojawia się mnóstwo dygresji i stworzone postacie zaczynają żyć własnym życiem.



Serdeczności i do usłyszenia. :)

JOLA S.
hopeless dnia 01.12.2017 19:02
Wiesz co? Moje słowa jako motto... przegięcie. Ale przyznam – łechce:) Swoją drogą, masz siłę przyciągania, a to raczej rzadkość. Nie będę się już wymądrzał. Pozdrawiam ciepło:)
JOLA S. dnia 01.12.2017 22:07
Hope, cieszę się, że do mnie zajrzałeś. Nie wiem co rozumiesz przez siłę przyciągania. To co piszę o Karoline zawiera wiele prawdy o mnie. Pisząc, odkryłam, że zamiast cichego, miłego życia mam momentami brutalne, niezwykłe, wspaniałe, jakby namalowane przez Goyę.
Piszę to co pokazuje moja wyobraźnia, co czuję. "Cierpisz" na to samo, dlatego Twoje wiersze są takie prawdziwe, aż słowa pulsują pod skórą. :) Niektórzy, kiedy piszą, za bardzo się starają, próbują na siłę.
Każdy ma wyobraźnię tylko nie bardzo w nią wierzy. Przez lata wmawiałam sobie, że używanie wyobraźni jest trudne. Nic bardziej mylnego. Jedyną trudną rzeczą przy używaniu wyobraźni jest obawa, strach przed byciem kiepskim. Tak myśląc, tracimy to co najlepsze. Teraz wystarczy, że pomyślę "napiszę opowiadanie" siadam i zaczynam. Zapomniałam o zniechęceniu i strasznym strachu. Wyobraźnia przychodzi wtedy, gdy się nie staram.

Rozgadałam się, ale sam wywołałeś mnie do tablicy. ;)

Pozdrawiam serdecznie, zaglądaj częściej. :)
skroplami dnia 02.12.2017 18:32
Cytat:
Nowa sy­tu­acja ra­ni­ła, nic dziw­ne­go, po­wo­li za­po­mi­na­łam jak sma­ku­ją piesz­czo­ty i seks. Trud­no, cza­sem trze­ba stu­lić płat­ki.

Proponuję takie motto, Twoje własne ;).
Oczywiście, można subtelnie i kołysząc, jednak to proza. "Nie szkodzi" że kobieca ;), wcale nie musi być tak naładowana delikatnością bo pozostanie tylko kobieca :(. Taka ma być? Nie powinna, bo masz talent docierania do płci przeciwnej :), słowami też :).
No dobra, wszystko to wina Twojego stylu :). Jest "śpiewny" bo lekki, kolorowy od "farb" i uczuć :). A z drugiej strony w powyższej części o Karolinie, strasznie się wątek rwie. Kocha, nie kocha, nie wie, nowy mężczyzna, czyli nie kocha, czyli przyjaźń, a może miłość nie odeszła? Oczywiście, tak jest codziennie wokoło, aż "naturalnie" :). Czyli to taka codzienna miłość, nie tylko z jego strony :). Wydaje się, że Karolina nie szuka jej, tej prawdziwej, lub nie oczekuje aż tak. I nie przebiera i kolejna jak stary tynk ze ścian, sypie się :(. Pokazujesz też palcem na winnego, Paula :). Czyli obustronne zauroczenie tylko, bardziej z jej strony bo on ma doświadczenie i spodziewa się takiego a nie innego c.d. ;).
No mam wymagania, tak :). Po przeczytaniu mike17 i jego "Johnny Angel" :). Niby proste, niby głupie, a tak niemożliwie i pośród codzienności oddana prawda o prawdziwej miłości. On inaczej pisze, ty podajesz nam i kromkę i okruszki, podpowiadasz co smakować ;). U niego prosto w łeb ;), i prawdziwie. Wiem, u Ciebie też prawdziwie :). Ale pewne prawdy o prawdziwej miłości są niezmienne. Wystarczy, powinnaś c.d. sama wysnuć :).
Ok, podpowiedź. Zbyt lekko traktujesz miłość, w tej części "Zwichniętego skrzydła". Za karę, bez oceny ;).
JOLA S. dnia 02.12.2017 18:55
Skroplami,
nie uciekaj przedwcześnie, póki nie przeczytasz zakończenia. Miłość kobiety wymaga częstych potwierdzeń i tym różnimy się od mężczyzn. Chcemy być kochane, przytulane, nie oczekujemy na rewanż, ale nieutulone wątpimy. Nie na darmo mówi się, że kobiety są z Venus a mężczyźni z Marsa. Prawdziwa, bezinteresowna miłość przetrzyma każdą burzę, zdarzają w najlepszym związku, z czasem jej się uczymy, Karoline jest tego przykładem. :)
Hmm, nie doczytałeś, albo nie napisałam dość wyraźnie, a już zaliczyłam klapsa. Przyjmuję, no cóż. :)
A z nauki wyciągnę wnioski.
Nie umiem nic ponad te słowa powiedzieć.:)

Serdeczności i do następnego, może bardziej...

JOLA S.
al-szamanka dnia 06.12.2017 09:27 Ocena: Świetne!
Wiesz co, Jolu, tego się nie spodziewałam!
Wreszcie znalazłam czas, aby zasiąść do następnego odcinka.
Zalogowałam się, uroczyście i z namaszczeniem zatarłam ręce.
Chrząknęłam w najwyższym oczekiwaniu.
Otworzyłam.
I buch! Dostałam pałką po głowie.
Proszę, nie rób mi tego więcej.
Dodatkowy stres przedswiateczny nie jest konieczny.

Pozdrawiam i najpiękniejszej weny życzę :)
JOLA S. dnia 06.12.2017 10:00
Kochana Al,
bardzo, bardzo przepraszam. Jestem naprawdę skruszona, ale sytuacja, a raczej opowieść wymknęła się spod kontroli, zaczęła żyć własnym życiem, tak bywa. Podłamałam się, stąd nagła decyzja.
Jest już dobrze, poprawiam i bardzo proszę Wierną Czytelniczkę o wyrozumiałość i cierpliwość.

Wybacz, proszę.

Serdeczności. :)
al-szamanka dnia 06.12.2017 10:35 Ocena: Świetne!
No, wybaczam :) :) :)
JOLA S. dnia 08.12.2017 22:29
Al,
cieszę, że mnie rozumiesz. Czasem tak jest, siła wyższa.

Wielkie dzięki, serdeczności. :)
al-szamanka dnia 08.12.2017 23:25 Ocena: Świetne!
Cytat:
Z gło­śni­ków z są­czy­ła się na­stro­jo­wa mu­zy­ka

za dużo o jedno z
A innymi rzeczami zajmie się - hehe, jak Ty ją nazywasz... buldog? Wiem, wiem, naszej zagrypionej dużo zdrowia życzę :)
Bardzo, bardzo się podobało.
I nie sądzę, że pierwotna wersja była taka zła, jak to sugerowałaś.
Ale...
Jestem szalenie dumna, że tak dokładnie przewidziałam sprawę pożaru - jednak jestem jasnowidzem!
Wiedziałam, że talent Karoline zostanie rozpoznany, że błyśnie właśnie tym obrazem na wystawie.
Bo przecież cały czas ukazujesz ją czytelnikowi jako osobę nietuzinkową, szalenie emocjonalną, zakochaną w swojej pasji.
Taka osoba po prostu musi odnieść sukces!

I jeszcze jedno.
Odniosłam wrażenie, że fragmenty opisujące pobyt w Berlinie są nieco chłodne ;)
Oczywiście nie jest to zamierzone, bo przecież taka, a nie inna jest właśnie niemiecka rzeczywistość;) Nie to, co miękka atmosfera Vernazzo.

Pozdrawiam ciepło :)
JOLA S. dnia 09.12.2017 09:42
Droga Al,

tak bardzo się cieszę, że znalazłaś coś dla siebie, chociaż - uprzedzałam...

Teksty nasycamy nastrojem, własnymi emocjami, gdy chłód za oknem one też szarzeją. ;)

Wielkie dzięki za wszystko i do następnego. :)

Pozdrawiam serdecznie. :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Protimus
13/12/2017 02:00
Naprawdę nie ma żadnych błędów językowych, merytorycznych… »
Skuul
13/12/2017 00:45
Wciągające, czyta się super. Czekam na kolejną część ;) »
Zola111
13/12/2017 00:24
Jacku, 1. Wstaw "zajawkę". Dalej: -… »
Leszek Sobeczko
12/12/2017 23:54
no nie! to ja Cię wyciągam z ... a ty brniesz w grafo; no… »
Miladora
12/12/2017 23:03
Tekst po korekcie. Rekomenduję do wirtajek. :) »
JOLA S.
12/12/2017 22:51
Maczku, bardzo, bardzo dziękuję. Mam podobne… »
Silvus
12/12/2017 22:46
:) PS. Zmieniłaś tytuł i chyba więcej rozumiem (tzn.… »
ma_rychna
12/12/2017 22:30
@Silvus dziękuję za podpowiedź, Wróciłam do motyli. Może… »
maak
12/12/2017 22:13
Sny niezwykłe, zapamiętane, są fantastyczne. Z nich można… »
Silvus
12/12/2017 22:04
A to o to chodzi! No widzisz, ja jestem niedomyślny jak… »
Nalka31
12/12/2017 21:50
Gago, bardzo mi miło. :) Dziękuję za bytność i… »
Pmm
12/12/2017 20:34
Leszek Sobeczko Co ma piernik do wiatraka? Trudno… »
Protimus
12/12/2017 19:51
Nie pisałem, że miał ze sobą tarczę (mogę się mylić, jestem… »
Leszek Sobeczko
12/12/2017 18:38
Tak ma_rychno, z tym tylko, że tymi marzeniami zrobiłaś… »
22227
12/12/2017 18:37
Mam mieszane uczucia, na początku jest ok. Opisujesz swoje… »
ShoutBox
  • JOLA S.
  • 12/12/2017 21:26
  • Grzeczna i cierpliwa.CMOK.:)
  • Esy Floresy
  • 12/12/2017 21:20
  • Grzeczna - to pojęcie względne ;)
  • JOLA S.
  • 12/12/2017 15:56
  • Już jestem grzeczna.CMOK:)
  • Miladora
  • 12/12/2017 15:17
  • Dziewczyny - nie rozdwoję się, wszystko po kolei. :)
  • Silvus
  • 12/12/2017 12:23
  • @Carve, zobacz kategorię bezpośrednio w "Bibliotece" -> [link]
  • Carvedilol
  • 12/12/2017 12:17
  • Jak teraz można podglądnąć teksty dodane do wirtajek a jeszcze nie zaklepane - bo teraz automatycznie na stronę wirtajki przerzuca
  • JOLA S.
  • 12/12/2017 11:56
  • "Księga Wspomnień Myszy" czeka na korektę. :)
  • kamyczek
  • 12/12/2017 11:44
  • Miłego dnia wszystkim.
  • Miladora
  • 12/12/2017 11:05
  • napisz bajkę dla dzieci i wróć :) Wirtajki czekają na autorów
Ostatnio widziani
Gości online:24
Najnowszy:Mariond34fj
Wspierają nas