Opowieść o odkupieniu - Miladora
Proza » Miniatura » Opowieść o odkupieniu
A A A
Od autora: z cyklu Opowieści wierutne - Tryptyk współczesny.

Nawet Bóg nie potrafi
kochać i być mądrym.
Giacomo Casanova
 
Opowieść o odkupieniu
 
     – Nazwisko! powiedział surowo prokurator.
Badany zawahał się przez chwilę.
     – Godson – szepnął niepewnie.
     – Imię?
     – J.C.
     – Dżej-si? – spytał protokolant. – To skrót. A całe?
     – Jesus Christ.
    – O Dżizus! Ale cię nazwali! – nie wytrzymał piszący, lecz szybko pod karcącym wzrokiem prokuratora pochylił się ponownie nad formularzem.
     – A więc, J.C. – powiedział prokurator. – Zawód?
    – Właściwie to mesjasz, chociaż nauczono mnie stolarki… – zaczął mówić przesłuchiwany i zdziwił się na widok uśmiechu, który jak cień przemknął po wargach protokolanta.
     – To nawet logiczne – stwierdził prokurator i też jakby się uśmiechnął. – Miejsce urodzenia, oczywiście, Bethlehem? – pozwolił sobie na sarkazm.
     – Zgadza się – potwierdził zapytany, a wyraz zdziwienia na jego twarzy pogłębił się i utrwalił.
     – Miejsce zamieszkania?
     – Nazaret – powiedział cicho J.C. i nikogo to już nie zdziwiło.
   – Co robiłeś pod Kapitolem? – zapytał prokurator. – Czemu brałeś udział w zamieszkach przeciwrządowych?
J.C. pokręcił gwałtownie głową.
    – Nie brałem udziału w żadnych zamieszkach! – oświadczył z mocą. – Przechodziłem tylko tamtędy. Akurat, gdy trwały. Próbowałem pomóc…
     – Włączając się do bójki? – przerwał ironicznie prokurator.
Stojący obok policjant pochylił się nagle do jego ucha i coś tam szeptał przez chwilę.
Prokurator zastanowił się i pokiwał głową.
     – Nienotowany… niekarany… Tym razem ostrzeżenie. Wziąć odciski palców, wprowadzić dane do kartoteki i wypuścić. Ale następnym razem, panie Godson – zwrócił się do J.C. – już żadnej taryfy ulgowej nie będzie. Proszę pamiętać.
 
     – Gdyby nie to, że dosłownie uratowałeś mi skórę, palcem bym nie ruszył – powiedział cicho gliniarz, wyprowadzając go na korytarz. – Jakim cudem udało ci się złapać ten kamień?
J.C. westchnął. Wcale go nie złapał. Po prostu w ostatniej chwili zasłonił faceta samym sobą i kamień odbił się od jego głowy. Dotknął ostrożnie guza na skroni. Bolało jak wszyscy diabli.
     – Zaczekaj tu – polecił glina i J.C. posłusznie opadł na ławkę stojącą pod ścianą, na której, skulony, siedział jakiś zarośnięty człowiek w kolorowych szatach. Popatrzyli na siebie.
     – Też z tej draki pod Kapitolem? – zapytał kolorowy i obrzucił szybkim spojrzeniem długie włosy i brodę Godsona. – Z daleka jesteś?
     – Z daleka… – powiedział cicho J.C.
     – A masz gdzie mieszkać? – zainteresował się rozmówca i dodał, nie czekając na odpowiedź: – Jestem Peter. Jak chcesz, możesz zatrzymać się u nas. A tak właściwie, co tu robisz?
J.C. westchnął powtórnie. Właśnie, co on tutaj robił… Wcale nie był zachwycony pomysłem Starego, by wrócić na Ziemię. Szczególnie wobec ostatnich doniesień. Ale cóż, Stary się uparł. Dwadzieścia wieków, powiedział, trzeba sprawdzić, co się dzieje, pouczyć, ponaprawiać trochę.
I bęc! Jest tutaj i nawet nie bardzo wie, od czego ma zacząć. Próbował pomóc i z miejsca został zwinięty przez gliniarzy. W dodatku bolała go głowa.
     Niezły początek – pomyślał.
 
     Oczywiście nie spodziewał się hucznego przyjęcia. Chociaż, kto wie? Przy takim zasięgu chrześcijaństwa? Nawet sądził w głębi ducha, że jak co, to wcale nie byłby zdziwiony. Tym niemniej powitanie, jakie mu zgotowano, zaskoczyło go całkowicie. Nikt niczego nie zauważył!
     Ludzie, zajęci wyłącznie własnymi sprawami, przechodzili obok niego obojętnie, najwyżej lekkim uśmiechem kwitując nieśmiałe próby nawiązania kontaktu. A co dopiero, kiedy usiłował się przedstawiać.
     W swojej naiwności spróbował nawet zacząć od nowa, od samej góry. Dotarł do bram Watykanu, potem w tłumie pielgrzymów patrzył, jak papież pojawia się w oknie, ale kiedy chciał spotkać go osobiście, ze zdumieniem usłyszał, że na audiencję trzeba czekać blisko dwa miesiące.
     Czekał więc, nawet znacznie dłużej, nim zapisano go w końcu jako pielgrzyma gdzieś tam z Pensylwanii. To wtedy po raz pierwszy podał nazwisko Godson. Jakimś cudem wkręcił się do amerykańskiej wycieczki i tak już zostało.
     Wszystko wyjaśnię – myślał – gdy tylko uda mi się dostać przed oblicze papieża.
No i się dostał. Pielgrzymi podchodzili kolejno, by ucałować papieski pierścień, a kiedy podszedł i on, mówiąc, kim jest, papież uśmiechnął się dobrotliwie i kładąc rękę na jego głowie, wymamrotał łacińskie błogosławieństwo. Zaraz potem audiencja się zakończyła i wyprowadzono ich z sali.
     Oczywiście, zostały jeszcze media. Mógł iść do prasy, udzielić wywiadu… Bardzo szybko jednak wywietrzało mu to z głowy. Zaczynał mieć już niejakie pojęcie, co robi się z wariatami. A cuda? Wzięto by go przypuszczalnie za iluzjonistę i taki byłby koniec. Poza tym musiałby mieć agenta, menadżera i jakiś drobny kapitał na początek. A on zjawił się przecież z pustymi rękami.
     Żeby zarobić na życie, przez całe lato pracował jako pomywacz w hotelu. To tam znalazł zgubiony paszport i pomysł wyjazdu do Stanów nabrał konkretnych wymiarów.
No i jest tutaj. A co dalej?
 
     Z zamyślenia wyrwał go znajomy gliniarz, prowadząc do pokoju, gdzie pobrano mu odciski palców, zrobiono zdjęcia, a potem znalazł się na zewnątrz i nie bardzo już wiedział, co ze sobą począć.
     – To Mary M. – powiedział Peter, podchodząc do niego z jakąś dziewczyną ubraną w cudaczną kieckę obwieszoną frędzlami.
     Zabrali go ze sobą i tak już zostało. Owa kolonia dzieci-kwiatów była właściwie jedynym miejscem, gdzie go akceptowano. Oni przynajmniej wierzyli w miłość, chociaż forma, w jakiej dawali temu wyraz, niezupełnie mu odpowiadała. Ale cóż, teraz należał do nich i oczywiście robił to, co inni. Nie miał wyjścia. A Mary M. była w końcu całkiem ładną dziewczyną, gdy się już ściągnęło z niej te wszystkie wymyślne okrycia.
 
     A potem Peter dostał wezwanie do wojska. Stawił się uczciwie przed komisją, chociaż większość spaliła swoje powołania. Poszedł z nim razem. Dla towarzystwa jedynie. Dlatego długo jeszcze nie mógł zrozumieć, jak to się stało, że jego też wzięli.
     No i obaj wylądowali w Wietnamie. Nawet myślał, że może to dobry początek, że uda mu się jakoś przerwać tę bezsensowną walkę. Pomysł ten jednak bardzo szybko partyzanci wybili mu z głowy. Ledwo z życiem uszedł. I jak przedtem, nikt go nie chciał słuchać. Zabijać oczywiście nie mógł, więc dekował się gdzie popadło i przynajmniej próbował pomagać przy rannych i chorych. W rezultacie znalazł się w szpitalu polowym. Przygasł, posmutniał, a już kroplą, która przepełniła czarę, były słowa rannego żołnierza, gdy chcąc natchnąć go otuchą, zaczął mówić o Bogu, boskiej miłości i o miłosierdziu.
     – Fuck off – wyszeptał żołnierz, odwracając głowę.
Przetrwał jakoś i wrócił. Ale dzieci-kwiaty zniknęły i znowu znalazł się w pustce. Mary M. odeszła, może umarła… A jedynym śladem, na jaki natrafił, była wiadomość otrzymana przez kogoś, że synka zamierza oddać do adopcji. Jeden tylko Bóg wiedział, czyje to było dziecko.
 
     Tak więc został bezdomnym. Stracił kontakt z ludźmi, rosło nowe pokolenie yuppies i nikt nie próbował go nawet wysłuchać. Aż wreszcie przyłączył się do wędrownego kaznodziei i zaczął objeżdżać z nim małe miasteczka, gdzieś na peryferiach Stanów. Spróbował ostrożnie zrobić parę cudów, wpadło nieco forsy i założyli własny Kościół. Kościół Powtórnego Odkupienia.
     Paul był niezłym kompanem, a jeszcze lepszym show- i biznesmenem. Teraz już, także dzięki niemu, zaczął zdawać sobie sprawę, co ten świat nakręca, i powoli przyzwyczaił się do nowego życia. Nie opuścił Stanów, wychodząc z założenia, że ludzie wszędzie są jednacy. Zresztą, wobec nieustannych pielgrzymek papieża, uznał to za zbyteczne. Wiadomo, nie mógł rywalizować z nim na płaszczyźnie autorytetu.
     Żył więc spokojnie, głosząc słowo Boże, i pewnie długo jeszcze by tak trwało, bo zostawiono mu w końcu wolną rękę, jeżeli chodzi o czas pobytu na Ziemi, a i Stary chciał, żeby doczekał schyłku stulecia – nie spieszył się więc i wszystko mogło wyglądać zupełnie inaczej, gdyby nie czysty przypadek.
     Źle zmontowane rusztowanie namiotu puściło w czasie kazania. Wierni wpadli w panikę i on, niewiele myśląc, rzucił się naprzód, z całej siły podpierając uniesionymi, o ironio, na kształt krzyża rękami, główny wspornik utrzymujący tę całą konstrukcję.
     Wszyscy zdążyli uciec. Na szczęście. Tylko nie on. Co zresztą można było przewidzieć.
A kiedy podniesiono przygniatające go belki i ludzie z żalem zaczęli gromadzić się wokół, miał dosyć.
     – Dla was dobry Bóg, to martwy Bóg – stwierdził z goryczą i odszedł.
Resztę oglądał już z góry.
 
     – Nazwisko! – surowo powiedział prokurator.
Paul zawahał się.
     – Mówił, że Godson – odparł niepewnie.
     – Imię?
     – J.C.
     – To skrót od czego? – spytał protokolant.
     – Od Jesus Christ – wyjaśnił trochę speszony Paul.
     – O Dżizus! Ale go nazwali! – wyrwało się komuś.
     – Miejsce urodzenia, oczywiście, Bethlehem… – pokiwał głową prokurator, zajrzawszy do jakichś papierów. – Notowany, ale niekarany. A zresztą, co to ma do rzeczy. W końcu uratował tylu ludzi. Pochować na koszt miasta – wydał decyzję i zamknął dochodzenie.
_____________________________________________________________________
 
     – A nie mówiłem? – skwitował Judasz, agent do Spraw Ziemskich Specjalnej Służby Wywiadowczej Nieba.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Miladora · dnia 05.12.2017 15:09 · Czytań: 322 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 10
Komentarze
Miroslaw Sliwa dnia 05.12.2017 15:35 Ocena: Świetne!
Tak Milu. Z paruzją prawdopodobnie będzie wielki kłopot. :)
Świetnie się czytało.
Pozdrawiam. :)
Mirek
Lilah dnia 05.12.2017 20:28
Milu,
czegoś takiego było mi potrzeba na dzisiejszy wieczór, cudeńko opowieść.
Podziwiam Twoją wszechstronność.

Pozdrawiam serdecznie :) :) :)
Alen Dagam dnia 05.12.2017 21:40 Ocena: Świetne!
Okej, to ja się przyznam całkiem szczerze, że nie każda Twoja opowiastka mi "leży". Na przykład, te ostatnie z motywem Mony Lizy sa sentymentalne, a to dla mnie gorsze niż woda święcona. Kontunuacja opowieści klasycznych jest fajna, choć tam też sporo o miłości, tyle, że humor ratuje. A humor jest dla mnie jak żołądkowa gorzka, jak powietrze - dobry humor, ma się rozumieć.
A to tutaj... o matko. Moje. Najlepsza, w moim mniemaniu, opowieść spod Twojego pióra, którą tu czytałam.

"Godson" mnie zniewolił już na samym początku. "Dżej Si" - i już byłam stracona. Ale nie tylko takie punktowe śmiesznostki. Po prostu całośc jest niesamowita. Mój rodzaj humoru, w stu procentach, a to niezmierna rzadkość do odnalezienia. Plus ocean refleksji, które są tak skonstruowane, że nie zostają narzucone przez narratora, ale w pewnym momencie zdają się wychodzić od czytelnika, zanim jeszcze skończy się zdanie.
Boskie. Czyli godowskie.
WOW.

Tak jeszcze podsumowując te trzy ostatnio dodane przez Ciebie opowieści: cokolwiek bym nie myślała o ich treści, jedno mają wspólne. Przez wszystkie się nie czyta, lecz płynie. Bo tak jest w życiu właśnie, że niektórych autorów się czyta, a z innymi się płynie.
No i nie mam teraz wyjścia, choć podkreślam, że przy Giocondzie krzywiłam się i plułam tą słodkością i romantycznością - płynąc rzecz jasna - i będę musiała Cię dodać.
Heh... no to na szerokie wody, oby.

Miłego wieczoru!
Miladora dnia 05.12.2017 22:43
Bardzo dziękuję, Mirku i Lilah. :)

Alen Dagam napisała:
nie każda Twoja opowiastka mi "leży".

To normalne, Alen. :)
Nie można zresztą cały czas pisać tak samo. Każdy temat wymaga nieco innego ujęcia.
Ale bardzo się cieszę, że znalazłaś wreszcie coś dla siebie, chociaż - uprzedzam - dwie następne miniaturki Tryptyku będą inne. Ciekawe, co na nie powiesz. :)
Czasem trzeba jednak odwrócić kota ogonem.
Dziękuję, że wracasz. :)

Serdeczności dla wszystkich komentatorów. :)
Garrry dnia 07.12.2017 12:15
Zupełnemu świeżakowi wypada się przywitać :-)
Dzień dobry zatem ;-)
Fajne, zwięzłe, z pomysłem sprzedane i bardzo sprawnie
napisane opowiadanie. Ode mnie plus za dialogi, poprowadzenie których uważam za stąpanie po kruchym lodzie - to duża sztuka.
Pozdrawiam! :-)
Miladora dnia 07.12.2017 13:29
Witaj, Garrry. :)
Miło zobaczyć nowego czytelnika pod tekstem.
Dziękuję bardzo.

I dobrej zabawy na portalu. :)
purpur dnia 07.12.2017 14:47
Dzilas Krajst!

Ponownie bosko mnie zaskoczyłaś i z całą powagą stwierdzam, że kompletnie marnujesz się w tej "całej poezji" :p

Czytałem z wielką przyjemnością. Przemiło i prze-subtelnie to opisałaś. Uśmiechałem się niemalże cały czas... A zdań:

Cytat:
Dwadzieścia wieków, powiedział, trzeba sprawdzić, co się dzieje, pouczyć, ponaprawiać trochę.

Cytat:
Dlatego długo jeszcze nie mógł zrozumieć, jak to się stało, że jego też wzięli.

Cytat:
– Dla was dobry Bóg, to martwy Bóg


niemalże Tobie zazdroszczę :)

Może trafiasz w moje poczucie humoru, albo bóg jeden wie w co :) Ale bardzo fajny tekst!

Kończę już, bo mi się paluchy lukrują od tych wszystkich słodkości. No sam się sobie dziwię i dla odreagowania muszę kogoś zrównać z ziemią... kogo by tu odwiedzić? Oczywiście winna jesteś ty, co oczywiście zaznaczę :p

Pozdrawiam,
Pur
Miladora dnia 07.12.2017 15:34
purpur napisał:
Oczywiście winna jesteś ty, co oczywiście zaznaczę :p

Hahahaha... ależ proszę bardzo, Purpurku. :)
Mnie już nic nie dziwi.

Dziękuje serdecznie za odwiedziny u biednego Godsona. No cóż - chciał, to miał.

Miłego popołudnia. :)
Hubert Z dnia 03.01.2018 15:14 Ocena: Świetne!
Milu,

Pochłonęła mnie ta historia bez reszty.
Zrozumiałem też dlaczego trzeba było przeczytać to opowiadanie jako pierwsze.
Pozdrawiam. :)
Miladora dnia 03.01.2018 16:53
Hubert Z napisał:
Pochłonęła mnie ta historia bez reszty.

Bardzo mi miło, Hubercie - dziękuję pięknie. :)

I wszystkiego dobrego w nowym roku. :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Kushi
24/10/2019 01:19
- jakie to prawdziwe i wyczuwalne... oj potrzebowałam… »
mike17
23/10/2019 23:02
Kaziu starałem się ukazać ingerencję Boga w życie człowieka.… »
Kazjuno
23/10/2019 22:03
Język jakim się posługujesz, Mike17, paluszki lizać: wzór… »
Florian Konrad
23/10/2019 21:01
no wiesz? to spoko muzyka »
bruliben
23/10/2019 18:12
Próbowałem przemycić moje rozumienie tej muzyki, chociaż… »
shinobi
23/10/2019 17:55
Do tekstu przyciągnął mnie tytuł, słowo… »
shinobi
23/10/2019 17:46
al-szamanka, dzięki za komentarz, fakt - dawno nie… »
bruliben
23/10/2019 07:38
Witam back door mana, mortalnego coila, Pasażera Iggiego i… »
marzenna
23/10/2019 05:40
al-szamanka Skrajne emocje i odczucia-zawiść, niemoc (jaka… »
marzenna
23/10/2019 03:32
shinobi Yaro nie powinnam czytać takich wierszy o 03:18,… »
mike17
22/10/2019 22:07
Witaj, Przemku, po latach niewidzenia :) Twój koment jest… »
Lilah
22/10/2019 22:02
Dziękuję, Al. Miło Cię gościć. Pozdrawiam serdecznie… »
Lenix
22/10/2019 21:29
Cały Mike. ;) Nie uświadczysz tutaj fabuły rodem ze… »
Kazjuno
22/10/2019 20:49
Droga Jolu. Hola, hola! Co znowu za mętnego łba? Właśnie… »
mike17
22/10/2019 20:20
Nie mogę się zgodzić z teorią, że w stanie wojennym wygasło… »
ShoutBox
  • Zola111
  • 23/10/2019 19:12
  • Piszcie wiersze na Zaśrodkowanie#31. Czekamy.
  • mike17
  • 23/10/2019 17:12
  • Chcesz przejść do historii? Nic prostszego, jak wziąć udział w MUZO WENACH 8 i napisać krótki tekścik. To w zupełności wystarczy : [link]
  • Dobra Cobra
  • 23/10/2019 07:59
  • No, już wiemy. Dzięki temu anonsowi, bo tak byśmy przecież nie mogli tego nijak wiedzieć. Ceszę z Twojego szczęścia.
  • AntoniGrycuk
  • 22/10/2019 23:29
  • Zakochałem się. To piękna miłość. Mówię Wam. I ważniejsze jest, aby Wam o tym powiedzieć. Byście wiedzieli! To najważniejsze!!!... Wiecie już?
  • mike17
  • 21/10/2019 13:49
  • Czy 5000 słów to dużo? Nie. Dlatego zapraszam Was do MUZO WEN 8, KONKURSU w prozie - wystarczy napisać miniaturę :) [link]
  • mike17
  • 21/10/2019 13:38
  • Koberko, dziękuję za dodanie do ulubionych :)
  • bruliben
  • 20/10/2019 11:11
  • A gdzie to ześrodkowanie? Gubię się w portalu. Może ktoś, coś podpowiedzieć?
Ostatnio widziani
Gości online:13
Najnowszy:Arcizoaq50
Wspierają nas