Album zbrodni - Salamandra
Proza » Historie z dreszczykiem » Album zbrodni
A A A

Odziedziczyłam mieszkanie z trupem w szafie. Dosłownie: ciotka Alicja zmarła w nim we śnie. Nie od razu znaleźli ją sąsiedzi, ale nie zdążyła zaśmierdnąć, bo choć zeszła w porze styczniowych mrozów, to wierzyła w leczniczą moc zimna i z kaloryferów korzystała nader oszczędnie. Czy to za sprawą sugestii czy mojej bujnej wyobraźni, całe lokum mało znanej mi krewnej i tak cuchnęło rozkładem. Odwiedzałam je z rzadka, zwykle przypłacając to bólem głowy i katarem: nie potrafiłam wytrwać wewnątrz, nie otworzywszy wpierw na oścież wszystkich okien. Najczęściej ograniczałam wizyty do opróżniania socrealistycznej skrzynki na listy z całkiem współczesnych ofert handlowych. Pozbywałam się ich przy najbliższym śmietniku, drąc kolorowe, cuchnące farbą drukarską papierzyska z zapałem godnym chorego na nerwicę natręctw, wyładowując na nich całą złość. Niesmak, wywołany rozdźwiękiem między starym a nowym, między chropowatym metalem skrzynki a gładkością papieru, ciemnością przyczajoną za ażurowymi drzwiczkami oznaczonymi ledwo widocznym numerem a promieniami słońca, igrającymi na upstrzonej bohomazami lamperii, z każdą wizytą przybierał na sile.

Osiągnął apogeum, gdy spomiędzy barwnych stron wypadła mała, pożółkła koperta. Schyliłam się po nią, podnosząc z chodnika coś, co do tej pory kojarzyłam tylko z ikoną skrzynki smsowej, i z niedowierzaniem obróciłam w palcach ten relikt minionej epoki. Na awersie widniał adres ciotki wykaligrafowany w staranny, wręcz pedantyczny sposób; rewers pozostawał pusty. Wewnątrz znalazłam tylko wycinek z gazety, suchą relację z miejsca jakiejś tragedii. Zmięłam go w palcach, ledwo rzuciwszy okiem na treść, i jako kanciastą kulkę razem z kopertą cisnęłam do kosza.

Szybko zapomniałam o tym zdarzeniu. Nie było dziwniejsze niż ciotka Alicja.

 

***

 

Album znalazłam przy okazji porządków. Muzealny wystrój odstraszy kupców, orzekła przyjaciółka i poradziła mi: Wywal wszystko, zostaw gołe ściany. Podjęłam się tego z zapałem, jakbym samym napełnianiem sześćdziesięciolitrowych worków i kartonowych pudeł mogła zrobić ciotce na złość. Lądowało w nich wszystko: tandetna bielizna z bazaru, bluzki o wyraźnie tureckim rodowodzie, płaszcze i kostiumy pamiętające zapewne towarzysza Gierka, tony kiczowatych pamiątek z wakacji, stosy nieaktualnych od lat dzienników, dyplomy uznania za wzorowe przygotowanie licealistów do matur i olimpiad, obrusy o dawno utraconej bieli i lata temu wyblakłe zasłony. Wszystko, co przez całe długie życie zdołała zebrać Alicja, z dziką radością ciskałam za siebie, opróżniając szafę po szafie i szufladę po szufladzie.

W ostatniej, na dnie, tkwił oprawiony w marną imitację skóry album. Rogi, okute niegdyś złotym, teraz mocno zbrązowiałym metalem, przypomniały mi podobny przedmiot, z którego jako dziecko z uciechą wyrywałam czarne, upstrzone fotografiami karty. Zamiast zdjęć ciotka wklejała do swojego albumu tylko stare koperty i wycinki z gazet. Przerzuciłam kilka stron: wszystkie donosiły o czyjejś śmierci. Cisnęłam album na parapet, przewróciwszy oczami z dezaprobatą nad kolejnym dziwactwem krewnej.

Bezwiednie uratowałam go przed wywózką w ostatniej chwili. Ekipa wyniosła już meble, kartony z rzeczami Alicji znikały jeden po drugim, gdy usłyszałam schrypnięte: „To też?” Odwróciłam się, by ujrzeć potężne dłonie w rękawicach roboczych, zaciśnięte na albumie ciotki.

Nie — palnęłam bez namysłu i przedmiot wrócił na parapet.

Pojęcia nie mam, czemu tak postanowiłam. Zdecydował odruch, może przeczucie albo zwykły przypadek, spięcie w obwodzie neuronów? W każdym razie kolekcja tragedii pozostała w mieszkaniu, szydząc z pustych ścian i ze stoickim spokojem oczekując na zapadnięcie nocy. Była tam, gdy zmęczona zamykałam za sobą drzwi.

 

***

 

Leżała na miejscu, gdy miesiąc później otwierałam je ponownie. Potencjalny kupiec się spóźniał. Znudzona widokiem obskurnego podwórza za oknem raz po raz zerkałam w stronę albumu. Przyciągał wzrok, znużony błądzeniem wśród esów-floresów na spłowiałych tapetach i meandrach dawno zaschłych kropel na brudnych szybach. Musnęłam opuszkami palców okucia na rogach okładki, by z początku niezdecydowanie, potem z leniwą nonszalancją otworzyć go jak książkę. Kilka pierwszych stron przerzuciłam jakby z obowiązku, bez cienia ciekawości poszukując najmniejszego choćby zdjęcia, które przykułoby wzrok. Na próżno: wycinki, wpasowane pieczołowicie, jakby od linijki, po dwa na stronie, pozornie niczym nie różniły się od siebie. Przy każdym przyklejono kopertę, w której najwidoczniej nadeszły. Stemple pocztowe rzadko się powtarzały, ale na każdej adres napisała ta sama ręka. Na pierwszych, tych pożółkłych — zblakłym już atramentem, na ostatnich — długopisem, lecz wciąż w ten sam staranny, kaligraficzny sposób.

Na podwórze z wyciem silnika wtoczył się właśnie zdezelowany biały dostawczak, zdecydowanie mniej leciwy niż jego kierowca. Oderwałam wzrok od albumu, ale człowiek, który wysiadł z auta, nie wyglądał na spóźnionego kupca. Potężne, choć już mocno zgarbione plecy i burza bujnych, siwych włosów zdradzały, że facet zapewne bez trudu wywierał niegdyś wrażenie na płci przeciwnej. Jakby dla potwierdzenia tego wniosku zatrzymał się przed klatką i szarmancko otworzył drzwi wychodzącej, równie białowłosej dzierlatce. Jej kokieteryjne „dziękuję” wypełniło całe podwórze dźwięcznym świergotem. Niedługo potem pojawiła się w drzwiach starsza para: kobieta o kuli i mężczyzna w niemodnym kapeluszu. Śledziłam ich wzrokiem, póki ci, kłócąc się zawzięcie, nie zniknęli w czeluści bramy.

Dzielnica starych ludzi, pomyślałam i wróciłam do lektury, zaczynając od ostatnich wyklejanek. Każda dotyczyła czyjejś śmierci, żadna nie opisywała zgonów naturalnych. Czułam, że ich zestawienie nie było przypadkowe. Nie dotarłam nawet do połowy, gdy czując narastającą ekscytację, pojęłam, jakiemu hobby oddawała się ciotka. Wyglądało na to, że prowadziła tajemną kronikę morderstw. Na pierwszy rzut oka zupełnie różnych, ale szybko odkryłam między nimi istotne powiązania.

Potencjalny kupiec tego popołudnia nie zaszczycił wizytą lokum Alicji. Nie zmartwiło mnie to. Zamiast perspektywy zarobku wyniosłam z mieszkania ciotki inne trofeum: tandetnie oprawiony album z pieczołowicie rekonstruowaną historią działań geniusza zbrodni.

 

***

 

Przeklinałam własną bezmyślność. Przez nią nieustająca epopeja mordu nigdy nie będzie kompletna, zrozumiałam, wspominając, jak kilka tygodni wcześniej beztrosko wyrzucałam skrawek gazety do śmieci. Postanowiłam naprawić błąd i odnaleźć wydanie, z którego wycięto feralny fragment. Chwilowo nie zastanawiałam się nad tym, kto to zrobił, uznawszy, że ciotka należała zapewne do jakiegoś makabrycznego fanklubu zbrodni. Poszukiwania rozpoczęłam w sieci zamiast w bibliotece, ale ku swemu zaskoczeniu nie znalazłam ani śladu po nieuchwytnym od lat dewiancie oraz o jego niedawnej zbrodni. Szczegółów zdarzenia zresztą nie pamiętałam: zbyt krótko tamten świstek gościł w mojej dłoni.

Od lat szkolnych nie odwiedzałam miejskiej czytelni. Przetrząsając jeden po drugim lokalne i ogólnopolskie dzienniki, ani się spostrzegłam, jak zapadający zmrok wypłoszył niedobitki czytających emerytów. Tym lepiej, uznałam, gdy podniosłam wreszcie głowę. Przetarłam powieki i na moment zamknęłam zmęczone oczy, ale smród papieru i farby drukarskiej nie zniknął.

Może pomóc? — Podejrzanie uprzejmy głos bibliotekarki wyrwał mnie z odrętwienia, ale zanim zdążyłam ulec złudzeniu, że kobieta naprawdę chce pośpieszyć z pomocą, dodała: — Niedługo zamykamy.

Nie — odburknęłam i zdwoiłam wysiłki.

Znalazłam to, czego szukałam, na minutę przed zamknięciem i skonsternowana, zastygłam nad gazetą, nie tyle czytając, co łypiąc okiem na niemodny półgolf i ogromne okulary bibliotekarki, krążącej wokoło jak sęp. Niby to porządkując stoły, zacieśniała pierścień, by w końcu stanąć nade mną z wściekłą miną. Nie, dzisiaj nie uda mi się udrzeć ani kawałka strony, nie schowam naprędce zmiętego czasopisma do torebki. Mogę co najwyżej obiecać sobie, że wrócę tu jutro, choć nie tak zamierzałam spędzać urodziny.

Nie odpuszczę. Album zasługiwał na to, bym rozgryzła jego tajemnicę.

 

***

 

Nie wróciłam już do biblioteki. Nie musiałam: następnego dnia znalazłam w swej prywatnej skrzynce na listy staromodną, pożółkłą kopertę z odręcznie wypisanym moim adresem. Litery starannie, wręcz pedantycznie układające się w słowa skreśliła nieznana mi dłoń, choć głowę dałabym, że widziałam je już wcześniej.

Ciotka otrzymała podobny list.

Drżącymi palcami rozerwałam kopertę, ostemplowaną na poczcie w nieznanej mi miejscowości. Z wnętrza wypadł równo przycięty skrawek gazety, taki sam jak ten, który tak niefrasobliwie wyrzuciłam do kosza. Natychmiast rzuciłam się, by podnieść go z zabłoconych schodów. Nie ucierpiał: jeden rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że to brakujący fragment morderczej kolekcji.

Radość od razu przyćmił strach. Kto sprawił mi tak makabryczny urodzinowy prezent? Skąd znał mój adres? Obejrzałam się trwożnie za siebie, ale klatka była pusta, chyba że ktoś czaił się na piętrze. Skrzypnięcie otwieranych przez sąsiada drzwi prawie przyprawiło mnie o zawał. Burcząc pod nosem nieszczere „dzień dobry” czym prędzej pobiegłam do windy. Z hukiem zatrzasnęłam za sobą drzwi do mieszkania, tak by wszyscy, znajomi i nieznajomi słyszeli, że je zamykam. Tego dnia staranniej niż zazwyczaj sprawdziłam, czy na pewno przekręciłam klucz.

Ale wklejenia wycinka w czekające na niego miejsce w albumie nie umiałam sobie odmówić.

 

***

 

Detektyw wcale nie był przystojny. Niewiele starszy ode mnie facet ze sterczącym już brzuchem i wodnistymi, świńskimi oczkami bardziej przypominał mi wiecznie nadąsanego właściciela naszej osiedlowej „Ważki” niż stróża prawa. Zupełnie inaczej niż w amerykańskich serialach kryminalnych, w których na spotkanie zalęknionym kobietom wychodzą wymuskane, choć nonszalanckie półbogi, niewiarygodne w swym stylizowanym luzie i trzydniowym zaroście.

Tjaaa — powiedział, wysłuchawszy po raz drugi mojej historii. — Nie bardzo rozumiem. Chce pani złożyć doniesienie na stalkera?

Nie — odparłam cierpliwie. — Chcę pomóc w ujęciu seryjnego mordercy.

Aaaa. — Wydął wargi i ponownie zerknął w album Alicji, przewracając karty jakby od niechcenia. — Znaczy, że te wszystkie zdarzenia łączy osoba jednego sprawcy? Kogo mianowicie?

Nie wiem. — Wzruszyłam ramionami. — Na listach nie ma nadawcy.

Wspomniałam uprzednio, że otrzymałam takie dwa. Jeden na urodziny, drugi na niedawne imieniny. O ile pierwszy powtarzał informację z listu do ciotki, to drugi zawierał opis całkiem nowej zbrodni, dokonanej właśnie w dzień mych imienin. Każdy wysłano z miejsca przestępstwa, jakby nieznany sprawca pozostawał w okolicy, by wyciąć ze świeżego wydania lokalnej gazety odpowiedni fragment i wrzucić go do miejscowej skrzynki na listy. Nazwy obydwu miasteczek pozostawały dla mnie zupełnie obce. Przestałam już się łudzić, że przesyłki nadawał jakiś emerycki fanklub zbrodni.

A kogoś pani podejrzewa? — Padło następne pytanie.

Pokręciłam głową przecząco.

Kogoś, kto znał ciotkę, wiedział o jej, khem, hobby? — spytał znów detektyw.

Nie miałyśmy wspólnych znajomych — prychnęłam.

Z wyjątkiem rodziny — zadrwił.

Do czego pan zmierza?

Do tego, że być może ktoś postanowił zabawić się pani kosztem.

Czyli mi pan nie uwierzył — zauważyłam z kwaśną miną. — Czemu?

Ani trochę — przyznał. — Przede wszystkim tych zdarzeń nic nie łączy. Seryjni mordercy mają ulubiony profil ofiar i sprawdzoną, powtarzalną technikę mordu. A tutaj — przerzucił stronę — proszę, facet zginął pod kołami samochodu na leśnej drodze. Dalej — przerzucił kolejną — ktoś zaszlachtował gościa w ciemnym zaułku. Potem — postukał palcem w następną — zepchnięto dziewczynę z mostu, a może skoczyła sama. Gdzie tu związek? Gdzie logika?

Zatrzasnął album i rzucił go na biurko. Huk sprawił, że prawie podskoczyłam na krześle.

Jest związek — odparłam urażonym tonem, sięgając po własność krewnej. — Niech pan spojrzy na daty. Powtarzają się. Daty mają znaczenie. — Otworzyłam księgę zbrodni na pierwszej stronie. — Wie pan, co jest trzydziestego kwietnia?

Nie — warknął.

Urodziny ciotki — wyjaśniłam. — A dwudziestego pierwszego czerwca?

Tym razem po prostu się skrzywił. Bez słowa.

Imieniny Alicji — odpowiedziałam sama sobie. — Co jest czternastego października, pan chyba pamięta? Nie? Dzień nauczyciela, podpowiem. Ktoś przez całe życie sprawiał ciotce prezenty, rozumie pan?

A gdzie w takim razie zajączek i gwiazdka? — zadrwił detektyw.

Ciotka była niewierząca — odparowałam.

Tjaaa. — Detektyw położył łokieć na blacie i oparł podwójny podbródek na dłoni. — A jedenastego stycznia? Taka data też się tam przewija. Co wtedy wypada? Zapewne nie spóźnionych Trzech Króli, ale może urodziny Breżniewa? Albo pierwszy koncert Karela Gotta?

Zasępiłam się. Ta data do niczego nie pasowała; wiedziałam o tym. Była jedyną luką w mojej teorii. Co prawda Alicja zmarła właśnie w styczniu, ale ponad tydzień później. Zresztą, skąd seryjny morderca miałby znać datę jej śmierci kilkanaście czy kilkadziesiąt lat wcześniej? Musiało wtedy przypadać coś innego, ale co, nie miałam zielonego pojęcia.

Ustalę to jeszcze — obiecałam.

Hmm, wbrew powszechnemu mniemaniu zbrodnie doskonałe zdarzają się częściej, niż myślimy — zauważył filozoficznie detektyw, widząc moją głupią minę. — Archiwa pękają w szwach od niewyjaśnionych zgonów. Na początek trzeba by sprawdzić, czy te sprawy aby nie zostały już rozwiązane.

Zrobiłam to — odparłam dumnie. — Nie dotarłam do wszystkich, ale te, do których zdołałam, pozostają zagadką. W każdym razie naszukałam się dosyć.

Na „Jamniczku” czy na „Botku”? — zadrwił znowu i pokręcił głową. — Jeśli zostawi pani album u nas...

...trafi do archiwum, pękającego w szwach — dokończyłam złośliwie.

Nie chcę pani straszyć, ale idę o zakład, że jeśli te zdarzenia faktycznie są powiązane, to mamy tu do czynienia z zorganizowaną, niebezpieczną grupą przestępczą. Żeby przez lata samodzielnie dokonywać tak bezkarnych mordów, trzeba być prawdziwym geniuszem zbrodni.

Tym razem to ja skrzywiłam się z dezaprobatą. Mógł mi nie wierzyć, ale wiedziałam swoje: przecież listy wysyłała ta sama osoba.

Może właśnie mamy z nim do czynienia — odparowałam z przekonaniem i sięgnęłam po album, by bezpiecznie umieścić go pod pachą.

Śledczy uniósł brwi.

Tjaaa — odpowiedział.

 

***

 

Nadeszły święta. Spędziłam je w domu rodziców na wsi, z dala od korporacji, wciąż niesprzedanego mieszkania Alicji i jej albumu. Po powrocie do miasta czekał na mnie list: w Wigilię, w godzinach wieczornych, w rzece przy ogródkach działkowych znaleziono topielca.

...niezidentyfikowany mężczyzna, lat około pięćdziesięciu, trwa ustalanie tożsamości...

Prezent gwiazdkowy dla mnie.

...nic nie wskazuje na to, by w zdarzeniu brały udział osoby trzecie...

Zbrodnia doskonała.

Z początku czułam, że zostałam wybrana, że jestem wyjątkowa, mam misję do spełnienia i te sprawy, ale muszę przyznać, że szybko mi przeszło. Co innego czytać o dawnym czy odległym mordzie, a co innego, gdy wiesz, że ktoś popełni następny dla ciebie. Sprawa staje się zbyt osobista. Odpowiedzialność zaczyna przyginać kręgosłup do ziemi. Może dlatego Alicja nabawiła się wdowiego garbu? Niestety, aby przerwać serię, nie wystarczy wyrzucić albumu do kosza.

Stanę się naprawdę wyjątkowa, gdy zdejmę z tej zbrodni odium doskonałości.

Ostrychów ze stempla pocztowego leżał o godzinę drogi stąd. Decyzję podjęłam w jednej chwili. Dwa dni pozostałe do Sylwestra planowałam co prawda spędzić inaczej, ale trudno. Pędząc wyboistą drogą wojewódzką, raz po raz przypominałam sobie słowa matki: Alka? To dopiero była bezbożna małpa. Przecież Wiesiek raz ją w łóżku z uczniem przyłapał. Ile w tym prawdy, a ile rodzinnej legendy, nie umiałam określić. Między matką a jej cioteczną siostrą nigdy dobrze się nie układało, sprawę pogorszyła jeszcze kłótnia o majątek sprzed lat. Zapisanie mi mieszkania w spadku rodzicielka uznała za próbę zadośćuczynienia za „tamten szwindel”, jak nazywała przejęcie ziemi po dziadku. Szczerze mówiąc, liczyłam, że w domu dowiem się więcej.

Wysiadłam na pustawym rynku Ostrychowa, rozglądając się bezradnie. Brakowało mi anonimowego tłumu, przemierzającego wielkie miasto we wszystkich kierunkach, kontrolowanego chaosu, nieustannego szumu, pulsowania świateł. Większa grupka ludzi koczowała pod miejscową „Ważką”, która po bliższych oględzinach okazała się raczej marnie zaopatrzonym sklepem monopolowym; nienawykła do pustki, złakniona tłumu, bez zastanowienia ruszyłam w tamtym kierunku. Znudzona sprzedawczyni w kusawym fartuchu, wyglądającym na pożyczony od niższej i szczuplejszej koleżanki, ożywiła się dopiero, gdy spytałam o feralne ogródki działkowe.

A, to te, co to się ten utopił — odgadła w mgnieniu oka.

Tak — podchwyciłam. — Znała go pani?

A że pani jest kto, że o to się pyta? — Zmarszczyła brwi podejrzliwie. — I skąd?

Szukając podpowiedzi, przebiegłam wzrokiem po półkach zastawionych tanim alkoholem.

Z „Hiper Expressu” — skłamałam.

Sprzedawczyni rozpromieniła się w uśmiechu. Wyprostowała plecy, poprawiła koczek i wypięła biust oraz wszystkie leżące poniżej fałdki na brzuchu. Nawet tandetna chińska choinka na ladzie jak na komendę rozbłysła wszystkimi lampkami.

Trzeba było tak od razu. Znałam Tośka, wszyscy tu znali. W gazetach piszą, że bezdomny, a to gówno, za przeproszeniem, nie prawda. Trochę popijał, jak każdy tutaj, ale przed świętami przesadził. Cała wypłata poszła w pizdu. Ryśka mu mordę obiła, powiedziała, żeby do domu nie wracał, to nie wrócił. Taka to ludzka tragedia. Możesz pani napisać, że dobry chłopak z niego był, tylko go życie przerosło.

To znaczy, że on... sam? — spytałam, rozczarowana.

Sam. A bo co?

A nic — mruknęłam. — Jak dojechać do tych działek?

Pani spytasz którego z chłopaków, to zaprowadzą.

Chłopaków? — powtórzyłam, nie rozumiejąc.

No, pod sklepem stoją. O!

Wskazała szerokim gestem na brudną witrynę, o którą opierało plecy kilku pijaczków. Czułam szczerą niechęć do pytania „chłopaków” o cokolwiek, ale GPS uparcie odmawiał współpracy przy szukaniu tak mało znaczących miejsc jak działki nad potoczkiem, więc przemogłam odrazę.

No i tu Tośka znaleźli — wybełkotał właściciel najbardziej czerwonego nosa, jaki w życiu widziałam, wskazując na ciemną toń wąskiej rzeczułki. — Ubzdryngolony chodził zwykle aż miło, to i się stoczył. Ale szkoda chłopa. — Zamilkł, po czym dodał melancholijnie: — Nie jego wina, że mu w życiu nie szło.

Zerknęłam na drugi brzeg. Wzmianka o „stoczeniu się” pasowała jak ulał. Altanki działkowiczów, widniejące za porozrywaną i pordzewiałą siatką, oddzielała od rzeczki niewysoka, ale stroma, trawiasta skarpa. Wystarczy potknięcie, by znaleźć się w wodzie, płytkiej co prawda, ale lodowatej. Ewidentny wypadek. Brawo ja! Rozwiązałam sprawę, mogę spokojnie wyrzucić album ciotki do kosza.

Tylko tak jakoś go żal. Bez niego znowu będę zwykłą biurwą.

Chociaż... Może ktoś zrzucił pijanego Tośka ze skarpy? A może Tosiek wcale nie spadł, tylko ktoś, upiwszy go wpierw do nieprzytomności, zepchnął z naszego brzegu? Przed Wigilią był przymrozek, stwardniały grunt mógł nie utrwalić śladów stóp. Zrozumiałam, że nigdy się nie dowiem. Że mogę tylko wybrać jedną lub drugą wersję wydarzeń.

Tę, którą zechcę.

Zaczęło siąpić. Jeszcze raz ogarnęłam wzrokiem skarpę, rzeczułkę i gęste chaszcze na brzegu po naszej stronie. Wracając ścieżką wydeptaną przez miejscowych żuli, poślizgnęłam się i wylądowałam w błocie. Zaklęłam siarczyście, jak na dziennikarkę brukowca przystało, spoglądając na wszędobylskie szkła z potłuczonych butelek; jeszcze by mi tylko zastrzyków przeciwtężcowych w tym roku brakowało. Uczynny przewodnik pomógł mi wstać.

To na co ma pan ochotę? — spytałam, ocierając kurtkę z błota. — Na Grocka czy Grenlandię?

He he, u nas tego się nie pija — wyseplenił. — Za droga impreza.

A Grocki leżą po krzakach, miałam odparować, ale ugryzłam się w język. Dobrze, pomyślałam. Będzie mniejszy wydatek.

 

***

 

Impreza naprawdę okazała się droga. Rozumiałam to coraz lepiej, gdy spacerując w tę i we w tę grząskim poboczem, usiłowałam zadzwonić do kogokolwiek ze znajomych, ale w słuchawce słyszałam wciąż ten sam komunikat o braku zasięgu. Mój samochód, zagłębiony przodem w rowie, bezradnie wierzgał tylnymi kołami. Po obu stronach szosy z minuty na minutę ciemniał las. Do tej pory zachodziłam w głowę, jak mogłam pomylić zakręty i wylecieć z drogi, jadąc niemal z prędkością rowerzysty, ale w końcu uznałam, że zawiniło feralne miejsce. Przeklęty punkt, zakłócenia elektromagnetyczne, prasłowiański cmentarz.

A może to na mnie ciążyło jakieś fatum.

Zadrżałam nie tylko z zimna, gdy za mną zatrzymał się van. Przemarznięta i zła nie miałam wielkiego wyboru, choć przez skąpane w deszczu okulary ledwo widziałam twarz uczynnego kierowcy. Jego głos wzbudzał jednak zaufanie, więc niewiele myśląc, wsiadłam do samochodu zamiast poprosić, by facet zawiadomił pomoc drogową w najbliższej mieścinie. Sztandarowy przykład głupiej, korporacyjnej kozy.

Nie, nic złego się nie stało. Nie spotkała mnie z jego strony żadna przykrość, nie wywiózł mnie do lasu, nawet nie próbował napastować. Nie dusił ani nie groził nożem. Nie utopił, nie zrzucił z mostu. Nie stratował uciekającej ani nie zmiażdżył kołami czołgającej się ostatkiem sił po asfalcie. Zachowywał się wzorowo. Na tym świecie są jeszcze normalni ludzie.

Powiedzmy.

Ledwo zajęłam miejsce pasażera, zaparowały mi okulary. Odruchowo wytarłam je o spodnie, zapominając o błocie. Szkła od razu pokryły brązowe smugi; zirytowana, zaczęłam grzebać w torebce, ale znalazłam tam wszystko oprócz chusteczek. Coraz mocniej ciekło mi z nosa; sprawa robiła się poważna.

W schowku mam papierowe ręczniki — podpowiedział uprzejmie facet.

Skorzystałam z zaproszenia. Najpierw siarczyście wysmarkałam nos, potem długo czyściłam okulary. Na koniec grzecznie odłożyłam rolkę na miejsce i już miałam zamknąć drzwiczki, gdy w słabym świetle schowkowej lampki zobaczyłam odręczny napis na wysłużonej okładce mapy samochodowej.

Cholera, znałam to pismo.

Dlaczego mnie pan wybrał? — spytałam, mnąc w dłoniach zużyte ręczniki.

Zapadła cisza, po czym facet odpowiedział nieco zdziwionym tonem:

To nie ja.

A niby kto?

Alicja. Mówiła, że się nadasz.

Zatkało mnie. Wybałuszyłam na kierowcę oczy, konstatując, że gdzieś już widziałam tę siwą czuprynę. Gdy dostawczak podskoczył na wyboju, odzyskałam mowę.

Nie pytała mnie o zdanie — wypaliłam ze złością.

Bo pewnie byś się nie zgodziła. A tak weszłaś w to naturalnie.

Trudno było nie przyznać mu racji. Między drzewami zamigały światła jakiejś wioski.

Po co to robiliście? — spytałam.

Widzisz, Alicja upierała się kiedyś, że nie ma zbrodni doskonałej. Dawno temu na zajęciach z logiki wynikła nawet z tego gorąca dyskusja. Po lekcji zaproponowałem, że udowodnię, że jest inaczej. Od czterdziestu lat udowadniam, że jest inaczej.

Wysyłając śmierć w prezencie — zauważyłam z przekąsem, zaszokowana tak jawnym przyznaniem się do winy.

Tak — przyznał, przystając przed znakiem stopu. — Ale pomyśl: nikt inny na świecie nie dostanie takiego podarunku. I, oprócz Alicji, nikt inny takiego nie dostał.

Tak, pomyślałam. Każdy z nas chciałby czuć się kimś wyjątkowym. Choć czasami; a przez całe życie? Idealna sprawa.

Kochał ją pan — odgadłam.

Jak głupi. Od początku do końca. Wiesz, ile razy miałem ochotę włączyć tego jej Wieśka do naszej kolekcji? To byłoby dopiero wyzwanie! Ale jestem pewien, że bym podołał. Zawsze odpowiadała: „Nie”. I tak wszyscy się zestarzeliśmy. Zaraz będzie stacja benzynowa. Jeśli chcesz zadzwonić po pomoc drogową...

Chcę. Pojechał pan za mną, prawda? Nie spotkaliśmy się na tym zadupiu przypadkiem.

Furgon przyhamował. Samochód przed nim w ostatniej chwili zasygnalizował skręt.

Bał się pan, że coś znajdę? — drążyłam dalej. — Albo że czegoś nie znajdę?

Nie, choć zgadłaś: zawsze zostawiam ślad po zdarzeniu. Na tyle jednak nieoczywisty, że nikt nigdy do mnie nie dotarł. — Zatrzymał wóz przy stacji benzynowej. — Nie, raczej po to, żebyś nie narobiła jakichś głupstw. Powodzenia, dziewczyno. Chyba lepiej, żeby nie widywano nas razem, zwłaszcza po tym, jak wzięłaś na spytki pół Ostrychowa.

Spojrzałam przez okno. Mżawka przeszła w marznący deszcz i na samą myśl o wyjściu na zewnątrz poczułam dreszcze.

...zawsze zostawiam ślad po zdarzeniu...

Miałam spytać o wdeptaną w glebę etykietę wódki Grock z rozbitej butelki, ale w końcu uznałam, że to przecież oczywiste. Miejscowi takich nie pijają. Poczęstowanemu taką Tośkowi szybko urwałby się film. Wystarczyłoby, bym poszła z tą historią do detektywa o świńskich oczkach, a okazałoby się, że jednak nie ma zbrodni doskonałej.

Nie, to głupi pomysł. Już słyszę to jego „tjaaa...”

Po zdarzeniu. Jak prawdopodobne jest to, że miejscowi policjanci mogli nie zauważyć niepasującego do reszty elementu?

Nurtuje mnie coś jeszcze. — Mocniej okręciłam szalik wokół szyi. — Co przypada jedenastego stycznia?

Dawny uczeń ciotki zawahał się.

Jej śmierć — wyznał w końcu. — Wiem, że w akcie zgonu wpisali inną datę, ale...

Wyłączone kaloryfery — mruknęłam. — Wszystko jasne, tylko skąd pan wiedział?

Zabębnił palcami w kierownicę.

Nie umiem tego wyjaśnić. Wiedziałem i już.

A ona?

Całe życie myślała, że to rocznica naszej pierwszej nocy.

Tak, to było logiczne; pasowało, aż za bardzo. Czy to aby nie przypadkowa zbieżność dat? Otworzyłam drzwi. Zawahałam się, wysiadając. Miałam zadać jeszcze jedno pytanie, ale po namyśle podziękowałam tylko grzecznie. Przecież mi pomógł; gdyby nie on, zapewne nadal tkwiłabym w lesie. Grzebiąc w kieszeniach w poszukiwaniu rękawiczek, patrzyłam za nim, gdy odjeżdżał. Zdecydowałam, że nie mam prawa burzyć iluzji, którą budował od tylu lat, że w końcu sam w nią uwierzył. Czy ciotka wiedziała o mistyfikacji? Przecież nie należała do pierwszych naiwnych. Czy odgadła prawdę, ale wolała żyć w rzeczywistości, w której była muzą przestępczego geniusza? Każdy chce czuć, że jest wyjątkowy, choć codziennie gdzieś ma miejsce jakiś niewyjaśniony zgon — wystarczy dobrze poszukać w gazetach.

Innym razem spytam siwego, czy wszystkie te „zbrodnie doskonałe” były tylko tragicznymi wydarzeniami, przypadkowo wpasowującymi się w schemat niedokonanych przez niego morderstw.

Czułam jednak, że będę rozczarowana, jeśli nie zaprzeczy.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Salamandra · dnia 09.12.2017 09:11 · Czytań: 127 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
22227
23/07/2018 16:51
Bardzo dobry wiersz, odbieram go tak jakbyś rozmawiała ze… »
ajw
23/07/2018 14:42
Tak, w niektórych jest Anioł, a w innych Diabeł ;) Pięknie… »
jacksg1
23/07/2018 12:22
Cykl asymetryczności, który jest jednocześnie symetryczny.… »
viktoria12
23/07/2018 12:14
Najbardziej zaskakuje mnie rozbity wyświetlacz. Bo powinien… »
dodatek111
23/07/2018 09:43
Dziękuje Wam bardzo za czytanie i uwagi, wszystkie cenne i… »
allaska
23/07/2018 08:57
jest tu jakaś ciekawa historia, ale w ostatniej coś… »
allaska
23/07/2018 08:53
wyemigrowałem - zbędne dopowiedzenie :)skoro dal sie podmiot… »
Kazjuno
23/07/2018 08:36
Wysmagałaś Vanilivi Autora jak sztubaka. Totalne zero… »
Lilah
23/07/2018 08:11
Wiem, ajw, dlatego napisałam, żebyś nie brała zbytnio do… »
Maru
23/07/2018 07:30
Prawdę mówiąc... Pierwotnie ten tekst był ze dwa-trzy razy… »
Vanillivi
23/07/2018 06:43
Tak jak obiecałam, zjawiam się z komentarzem. Czytając… »
Ekszyn Dupacycki
23/07/2018 03:17
Rzuciłaś na pisanie Wiktora inne świetło, to zainteresowało. »
domofon
23/07/2018 01:55
wielkie dzieki, podpisuję się pod Twoim komentarzem obiema… »
Zola111
23/07/2018 01:27
Tak, leśne dziewczęta na poboczu to jest z pewnością temat.… »
Zola111
23/07/2018 01:16
Ileż w tym wierszu witalizmu, erotyzmu! Ale przecież… »
ShoutBox
  • viktoria12
  • 23/07/2018 12:16
  • Właśnie, Fuksiarzu, nie widzę wiersza ;) Ech
  • Fuksiarz
  • 19/07/2018 07:45
  • Hejka, jak widzicie mój nowy wiersz? Wprowadziłem poprawki, raczej wiedzę, którą nabyłem dzięki podzieleniu się komentatora przy wcześniejszym moim wierszu w komentarzu, dziękuję : )
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 23:26
  • Silvus - dokładnie tak, że przydatne dla czytelnika :)
  • allaska
  • 18/07/2018 22:01
  • dziś poczytałam o niepełnosprawnym dziecku pewnej znanej poetki. straszne myślę sobie... a poetka wysyła mi zdjęcie chorego synka i z uśmiechem pisze: zobacz jaki słodziak, no wzruszające kurka wodna
  • allaska
  • 18/07/2018 21:59
  • pada. i pada. dziś zabawa- dziecka stopa nadepnęła na kretowisko, z kolejnego kretowiska wytrysnęła woda. wzlatywały jeden za drugim w górę wodne wulkany. płonę. dzięki dziecku dotarłam do jądra :)
  • Silvus
  • 18/07/2018 21:53
  • Content-marketingowe? W sensie, przydatne? Będę pisać, jeśli coś mi przyjdzie do głowy. Dziękuję. :) :)
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 20:57
  • Ale fajnie, poradnikowe. Mocno content marketingowe Silvus. Good job. Pisz dalej.
  • Silvus
  • 18/07/2018 19:15
  • Mario, dziękuję. :) Nie nazywałbym tego blogiem, ot, luźne przemyślenia.
  • Silvus
  • 18/07/2018 16:54
  • Chciałbym pochwalić się, że wreszcie udało mi się stworzyć coś jak blog (całość po angielsku): [link] :) Tematyka: głównie programowanie. Zresztą nie wiem, czy jeszcze coś napiszę.
Ostatnio widziani
Gości online:11
Najnowszy:qepo
Wspierają nas