Krzyk Brzasku, cz.6 - Yumira
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Krzyk Brzasku, cz.6
A A A

 – Ludzie to jednak zabawne, choć głupie istoty, nie sądzisz? – zagadnął Ramajasz.

 – Powiedział skończony egoista, który nigdy nie wyrósł ponad coś więcej niż znęcanie się nad przygłupami – odpowiedziała Kamira lodowatym tonem. Szybko nauczyła się, że próbując ignorować Ramajasza, będzie skazana na jego nieskończenie długie monologi.

Mężczyzna gwizdnął i spojrzał zaskoczony na kobietę.

 – Właśnie nazwałaś samą siebie przygłupią.

 – I nigdy temu nie zaprzeczę.

Przez kilka chwil szli w milczeniu w kierunku Senolu, miasta, w którym mieli zatrzymać się na kilka dni. Kamira nie wiedziała po co, jednak nie zamierzała pytać. Zawiesiła głowę, idąc głównym dziedzińcem, gdy nagle znowu usłyszała irytujący głos.

 – Pamiętasz, jak przy naszym pierwszym spotkaniu wzięłaś mnie za boga?

 – Pamiętam, jak jako dziecko wierzyłam, że smarując kukłę mojego wroga kocią kupą, to rzucę na niego klątwę. Ten sam poziom.

Ramajasz zaśmiał się szczerze.

– Nigdy nie przestaniesz mnie zadziwiać. – Odwrócił głowę w stronę podniesionych głosów i rytmicznego stukania za ich plecami. Dostrzegł karetę, zmierzającą w stronę miasta.

 Zaprzęgnięta w dwa, dorodne, kare konie, których grzywy i ogony zapleciono w drobne warkocze. Dookoła niej dumnie jechało czterech jeźdźców. Choć Ramajasz nie mógł dostrzec szczegółów ich uzbrojenia, z daleka widoczne były uniesione kopie do których przymocowano czarno–niebieskie proporce.

Dwóch konnych, wyprzedzając karetę, usiłowało zepchnąć z drogi wóz, po brzegi wypełniony workami ze zbożem.

 Ramajasz znowu gwizdnął, tym razem o wiele głośniej.

 – No, no. Szlachetka jedzie i to koniecznie środkiem drogi. Przydałaby się nam podwózka, prawda? – zapytał Kamiry, która tylko pogardliwie pokręciła głową.

Nie zwracając na kobietę uwagi, zatrzymał się, czekając, aż powóz się zbliży. Ta także przystanęła, zerkając z ukosa na Ramajasza. Spokojnie czekała na przedstawienie, które zaraz się zacznie. A kareta zbliżała się nieubłagalnie, wprost ku swojemu przeznaczeniu.

Gdy była już na tyle blisko, że Ramajasz mógł dostrzec wizerunki dzika na proporcach, uśmiechnął się kpiąco. Przymknął na chwilę oczy, rozchylił wargi i wziął głęboki wdech. I dokładnie w tej samej chwili z przydrożnych zarośli wybiegł potężny, czarny odyniec. Dotychczas spychany z drogi handlarz wrzasnął, niepewny, co powinien uczynić i gdzie się schować. Konie zarżały przeraźliwie, stając dęba. Jeźdźcy próbowali uspokajać zwierzęta, popuszczając wodze i niemalże wtulając się w ich szyje. Dzik pędził wprost na karetę.  Jeden z żołnierzy, odzyskując kontrolę nad wierzchowcem, spróbował zaszarżować na stworzenie. Ramajasz mruknął coś kącikiem ust, a koń mężczyzny zatrzymał się, aby zaraz przewrócić na grzbiet. Przygnieciony jęczał i wydawał z siebie chrapliwe dźwięki. Odyniec zawrócił, biegnąc wprost na rannego. Pozostali mężczyźni dobyli mieczy, jeden z nich krzyknął, aby odwrócić uwagę zwierzęcia. I choć ich ataki były celne, bestia, jakby nic sobie z tego nie robiąc, rewanżowała się śmiało ciosami. Niemalże wypatroszyła jednego z koni i ponownie ruszyła na karetę. Kamira przyglądała się temu, nieco znużona i zażenowana, a Ramajasz wydawał się zachwycony. Dobył miecza; zgodnie z obecną modą jednoręcznego, z ostrzem przystosowanym zarówno do ran kłutych jak i ciętych. Głownia, wzmocniona runami, które przybrały purpurowy odcień i lśniły lekko. Mężczyzna śmiało ruszył na stworzenie, gwiżdżąc głośno. Pełen jakiejś dziwnej, złudnej godności i majestatu. Zwierzę zwróciło swój wielki łeb na niego, a przekrwione, puste oczy starały się skupić na postaci. Zaatakowało, tym razem o wiele wolniej, z mniejszą furią. A Ramajasz bez wahania ciął od dołu w pysk zwierzęcia, uchylił się od szabli dzika, atakując biegi. Odyniec zakwiczał i zwalił się ciężko. Niezdarnie próbował wstać, jednak Ramajasz był szybszy. Wbił klingę w oko zwierzęcia, przekręcając kilkukrotnie. Po kilku konwulsyjnych ruchach, odyniec wydał z siebie ostatnie tchnienie.

Mężczyzna z nieskrywaną dumą otarł miecz o grzbiet martwego stworzenia i spojrzał na zgromadzonych ludzi, wpatrujących się w niego z zaskoczeniem. A po chwili, gdy otrząsnęli się i zdali sobie sprawę, że już po wszystkim, a cała akcja nie trwała więcej niż kilkanaście sekund, kiwali z podziwem głową. Czy też chwalili – mniej lub bardziej subtelnie. Ramajasz czuł podniecenie, przymknął z zachwytem oczy, by po chwili ponownie je otworzyć i napawać się widokiem.

 - Bogi! Bogi mają nas w łopiece! – wykrzyknął handlarz, gramoląc się obok swego wozu.

 – Nawet nie wiesz, jak blisko jesteś prawdy, poczciwy człowieku – odparł mu Ramajasz. Powoli podszedł do rozprutego konia.

 –  Czyj to koń? – zapytał, patrząc na uzbrojonych mężczyzn. Odpowiedział mu jeden z nich.

– Chyba wiesz, co powinieneś zrobić. Po co męczyć tą wspaniałą istotę. – Nie spuszczał wzroku z przerażonych oczu zwierzęcia, które puszczało pianę z pyska, rzężąc przy tym.

Powoli zbliżył się żołnierz. Ściągnął przy tym swój hełm, niepewnie trzymając go w dłoniach, padł na kolana tuż przy swoim wierzchowcu.

– Tak mi przykro, kobyłko. – Pogłaskał go czule po chrapach. Dobył puginału i wbił ją w szyję zwierzęcia, rozcinając gardło.

 – No to najgorsze za nami – powiedział entuzjastycznie Ramajasz, zerkając na stającą nieopodal karetę. Niepewnie wychylały się z niej dwie postacie kobiece. Starsza z nich, mająca na sobie szmaragdową, bogato haftowaną suknię, trzymała swoją pulchną dłoń na ramieniu młodszej kobiety, rudowłosej, która zerkała podejrzliwie na Ramajasza.

Skłonił się, pewny siebie, posyłając im jeden ze swoich najcudowniejszych uśmiechów.

 –  Piękne panie, niebezpieczeństwo zostało zażegnane! – wykrzyknął, ponownie się gnąc w ukłonie.

Płowowłosa matrona wydała się zachwycona.

 – Zbliż się, młodzieńcze! – powiedziała, szczebiocąc jak podlotek.

Kamira zerknęła na kobietę i już wiedziała, że ta przepadła w czarnych oczach Ramajasza. Przez chwilę liczyła na to, że rudowłosa młódka okaże się odporniejsza na jego urok, jednak po jej podejrzliwości nie pozostał nawet ślad. Wpatrywała się rozmarzonym wzrokiem w mężczyznę, jakby po raz pierwszy w swoim dojrzewającym ciele zaczynała odkrywać pragnienia, o które dotychczas się nie podejrzewała.

Ramajasz potrafił być czarujący. W swoim czarowaniu sięgał jednak po nieczyste zagrania. Był w stanie przewidzieć, co jest najbardziej pociągające dla danego człowieka i bez skrupułów to wykorzystać. Czasem był to odpowiedni tembr głosu, czasem nietuzinkowy, przyjemny zapach, wciskający się w nozdrza i przypominający wszystko, co najprzyjemniejsze. A niekiedy wystarczała sama postać urodziwego mężczyzny. Zawsze nawiązywał do skrywanych w odmętach ludzkich dusz pragnień, aby w ich życiu pojawił się ktoś, kto sprawi, że wszystko zmieni się na lepsze, zbudzi ze śpiączki monotonni, w której pogrążeni są przez cały czas. I jeszcze będzie w nich wpatrzony, niczym w obrazek.

Tak i teraz, zawadiacko podchodząc do kobiet, wiedział, że starsza z nich jest wdową od kilku lat. Dla majątku i lepszego życia zdecydowała się otruć męża, który wyżywał się na niej i córce – rudowłosej towarzyszce. Wiedział też, że kobieta wciąż snuje romantyczne wizje o wielkiej, spełnionej, wręcz dworskiej, miłości, polegającej na nieustannym wielbieniu obiektu westchnień. I że zaczęła go pożądać, tak do bólu fizycznie, jak to tylko jest możliwe, choć w życiu nie ośmieliłaby tego przyznać.

Zerknął przelotnie na Kamirę, która obojętnie odwróciła głowę. Następnie śmiało podszedł do matrony. Ucałował jej dłoń, na co spłonęła rumieńcem. Tak samo zareagowała dziewczyna.

– Czy ta bestia nic ci nie zrobiła, panie? – zapytała kobieta, z uwielbieniem wpatrując się w Ramajasza.

– To stworzenie nie było w stanie uczynić mi krzywdy. Jednak, niechybnie, czuję, że zostałem trafiony przez o wiele potężniejszą siłę… Czy uczyniłyby mi panie zaszczyt i zdradziły swe imiona?

 Starsza kobieta zachichotała, a Kamira przewróciła oczami z zażenowania.

–  Valentia z rodu Yannate – odparła, siląc się na wyjątkowo kuszące brzmienie. – A to moja córka, Una.

–  Córka? Byłem przekonany, że to siostra. Bogowie, tak wdzięczne postacie stanęły mi na drodze, że nie sposób z niej teraz zboczyć.

– W takim razie towarzysz nam tak długo, jak zechcesz. Jestem zobowiązana ugościć jak najlepiej swego wybawcę, który nadal jest dla mnie nieodgadnioną tajemnicą.

– Jam jest Winion Zilandi – przedstawił się, bez zmrużenia okiem. – Niech me skromne miano rozwieje choć niewielką część tajemnicy. Nie jestem za to pewien, czy taki nędzarz jak ja, może narzucać się tak pięknej pani.

– Nonsens. Winionie, odrzucenie mego zaproszenia potraktuję jako osobistą zniewagę. Niech ty i twoja… żona? – zapytała, zerkając nieprzychylnie na Kamirę, która stała nieopodal. – Zechcą nam towarzyszyć choćby tylko w podróży do miasta, i na kolacji. – Ramajasz odwrócił się za spojrzeniem Valentii. Kamira hardo wpatrywała się w niego.

– Żona? Valentio, gdybym miał żonę, jej piękno i mądrość musiałyby równać się i twoim wdziękom. To nieszczęsne stworzenie, to służka zaledwie. Przygarnięta przed laty sierota, niema w dodatku. – Gestem wskazał, aby zbliżyła się.  Gdy ta podeszła i otworzyła usta, aby obnażyć jedno z kłamstw Ramajasza, ten pstryknął palcami. A Kamira poczuła, jakby przez chwilę jej gardło płonęło. Wyglądała jak ryba wyrzucona na brzeg. Otwierała i zamykała usta, nie mogąc wydać z siebie żadnego dźwięku, dotykając i drapiąc szyję.

Coś ty mi zrobił?! – Pchnęła myśl w jego stronę.

Nie chcę, żebyś psuła mi zabawę. Od tej chwili, aż po kres tego wcielenia tylko do mnie będziesz się odzywać. Będę twoim jedynym powiernikiem. Jedyną osobą, która cię usłyszy, cieszysz się? Teraz już nie będziesz mnie ignorować i patrzeć z pogardą. Tylko ciebie nie zachwycił mój pokaz siły… niszczysz przedstawienie.

Ty potworze, odrażająca kupo gów…

Tylko bez takich. Mogę zrobić ci o wiele gorsze rzeczy niż odebranie głosu, wiesz o tym. I nie łudź się, że będziesz mogła w jakikolwiek inny sposób się komunikować. Gdy tylko będziesz spróbowała pisać liściki o swoim kalectwie lub zaczniesz gestykulować, to… zobaczysz. Zobaczysz, co się stanie.

– Och, to dziecko zawsze tak reaguje, gdy jest przerażone. Całe to zajście musiało tragicznie podziałać na jej słabą psychikę – powiedział Ramajasz, próbując objąć Kamirę, która wyrwała się z uścisku. Nigdy, przenigdy nie było żadnej sytuacji, w której Ramajasz trwale ją okaleczył. A to znaczyło, że… chce mnie jeszcze bardziej kontrolować – pomyślała Kamira, wdzięczna, że w jej umyśle są strefy, do których ta istota nie ma dostępu. Najpierw bada granicę moich umiejętności, a teraz… Pokręciła głową. Wiedziała, że nie może uciec. Odsunęła się od mężczyzny, rzucając wściekłe spojrzenia dookoła.

– Dosyć pokraczna z niej istotka – mruknęła Valentia, pobłażliwie przyglądając się Kamirze. Una także zerknęła, jednak po chwili jej spojrzenie to na przemian rzucane było na Ramajasza, to wstydliwie na ziemię.

 – Nawet nie wiesz, jak bardzo – odparł cicho mężczyzna. – Przyjmując twą wspaniałomyślną ofertę, której nie jesteśmy godni… może byśmy już ruszyli, nim nas zmierzch zastanie? – Choć w jego głosie pobrzmiewała  kpina i groźba, nikt, prócz Kamiry nie zwrócił na to uwagi. Żołnierze ze spokojem i szczerym szacunkiem wpatrywali się w istotę wyższą, a handlarz zbożem ruszył swoją drogą, wdzięczny, że nie tylko uszedł z życiem, ile jeszcze zachował niezniszczony cały dobytek.

 – Oczywiście, zapraszam. Miejsca z pewnością wystarczy i dla ciebie, i dla twojej służki. – Valentia skinęła pulchną dłonią w stronę powozu.

– Co poczniemy z tymi truchłami? – zapytał, pozornie obojętnie, Ramajasz.

– Och, z dzika wyprawimy wspaniałą wieczerzę. A koń należy do tego żołnierza, zapewne  zechce zakopać go w pobliżu domostwa. Pewnie wróci tu po zwłoki wraz z wozem z miasta.

– Interesujący obyczaj – mruknął. – Jestem tylko nędznym podróżnikiem, nie do końca znam wszystkie przesądy Yumirczyków – wytłumaczył, widząc jej zdziwione spojrzenie. – Mam nadzieję, że podczas naszej pogawędki, zechcesz mi je nieco przybliżyć – powiedział, intensywnie wpatrując się w kobietę.

 - O-oczywiście.

- A tę bestię… nie tknąłbym jej. Być może pochodzi z obszarów przeklętych, coraz więcej stworzeń stamtąd zmierza. Z miasta pośle się także kogoś, aby zajął się i tym truchłem.

Valentia przez chwilę chciała się sprzeciwić, jednak w starciu z czarnymi tęczówkami nie miała szans.

– Tak… tak zrobimy. Nigdy nie wiadomo, skąd to stworzenie przybyło – dodała ze wstrętem, wpatrując się w truchło zwierzęcia.

– No to w drogę – wykrzyknął. Una i Valentia posłusznie wsiadły do karety. Kamira zawahała się, jednak czując przeraźliwy ból głowy i głos, który rył się w jej umyśle, także ruszyła.

Grzeczna dziewczynka. – Nie odpowiedziała. Nie dała nawet po sobie czegokolwiek poznać.

I gdy odwróciła się, żeby spojrzeć na jeźdźców, którzy wsiadali na swoje wierzchowce, jej wzrok spoczął na mężczyźnie, który niedawno był zmuszony zabić własne zwierzę. Zwiesił głowę, przyglądając się smętnie ciału. Zauważając, że jest obserwowany, parsknął nerwowo i ruszył, aby zająć miejsce koło woźnicy. Ramajasz popchnął niezauważalnie dziewczynę, żeby się pośpieszyła. Tylko Kamira zauważyła, że truchło dzika zaczęło znikać, a brzuch konia zagoił się.

Iluzja. To od samego początku była wyłącznie iluzja tego potwora.

 

* * *

 

            Dopiero w karecie Kamira dokładnie przyjrzała się Valentii i Unie. Ta pierwsza była dojrzała wiekiem, bardzo krągła i miała w swojej twarzy coś bardzo prostackiego. Ostro ciosane rysy dodatkowo nadawały jej surowy charakter. Jasne włosy spięła w wymyślną fryzurę, zupełnie niepasującą do jej krągłej twarzy. Mocno podkreśliła oczy czarnym węgielkiem, a całe lico starannie wybieliła pudrem na wzór mossi’kańskiej mody. Suknia, bogato zdobiona w wymyślne hafty, bufki i koronki była podkreśleniem wyjątkowo istotnego faktu o Valentii.

Kobieta za wszelką cenę chciała odzyskać utraconą młodość. Być może i naprawić całe swoje nieudane życie. Wręcz wszystko krzyczało w niej „spójrzcie na mnie! Nie wszystko straciłam! Wciąż jestem ładna i młoda!”

Una za to wyglądała, jakby każdego chciała przeprosić za sam fakt istnienia. W przeciwieństwie do matki, nosiła się bardzo skromnie. Wręcz zbyt niezamożnie, jak na młodą szlachciankę. Miała na sobie prostą, błękitną suknię, z dobrego gatunkowo materiału, z obszytym na biało niewielkim dekoltem. Włosy splotła w gruby warkocz, a na czole widoczna była kolia z niewielkim, białym kryształem. Będąc tak blisko mężczyzny, ciągle miała spuszczony wzrok, bacznie przyglądając się swoim dłoniom na kolanach.

– Opowiedz mi o tym zwyczaju grzebania zwierząt – powiedział Ramajasz, przyglądając się Valentii.

 – Och, to nic szczególnego… Tam, skąd pochodzisz zapewne też są takie… wierzenia – odpowiedziała, jakby rozmowa o religii peszyła ją.

– Chcę jednak dowiedzieć się o waszym obrządku. – Jego głos miał ostrą, nieco nieprzyjemną nutę.

– Cóż… prości ludzie wierzą, że jeżeli pochowają swoje ukochane zwierzęta w pobliżu domów, to opiekuńcze duchy pupili będą ich strzegły.

Ramajasz zmarszczył brwi, a na jego twarzy pojawił się sarkastyczny uśmiech.

– Nie tylko prości ludzie, prawda? Ty także w to wierzysz.

Valentia spłonęła rumieńcem.

–  Zapewne dla takiego światowca odmienne obyczaje wydają się śmieszne i bezsensowne. Choć ja robię to tylko z poszanowania tradycji – tłumaczyła się. Mężczyzna machnął tylko ręką.

– Valentio, nie powinna się pani wstydzić tego, w co pani wierzy. Dla mnie żadne obyczaje nie są śmieszne i bezsensowne. Są po prostu intrygujące. – Kobieta wydała się nieco uspokojona.

– A ty Winionie? Skąd pochodzisz i jakie obyczaje panują w twoich stronach? – Próbowała zagadnąć. Jednak Ramajasz zbył ją.

– Sam nie znam swego pochodzenia, stale podróżuję i przemierzam świat, a wszelka droga jest niewiadomą. Każdy obyczaj jest jednocześnie i moim, i obcym. Rozumiesz, prawda? – Valentia skwapliwie pokiwała głową, aby nie wyjść na niemądrą, choć nie zrozumiała jego zdawkowej odpowiedzi.

– Powiedz mi o tych pochówkach więcej. Czy uznajecie takie miejsca za… miejsca mocy, skąd można jej nieco zaczerpnąć? – Kobieta szczerze się zdziwiła i głośno wciągnęła powietrze.

– Nie, skądże! – odparła nieco zbyt głośno. – To byłoby… odrażające. Każda mogiła wymaga bezwzględnego szacunku. Zresztą, tylko magi mogą potrafią czerpać energię. Choć nie słyszałam, aby czerpano ją z grobów.

– Magowie – poprawił ją z kpiącym uśmiechem. Ta ponownie się spłoniła.

– Jednak, o ile się nie mylę, Yumirczycy wierzyli w potęgę śmierci rytualnej… składaliście ofiary z ludzi, prawda? - zapytał.

– To było bardzo dawno temu – powiedziała, nieco urażona, jakby to jej zarzucano jakieś barbarzyńskie rytuały.

– Proszę, wybacz mi pani, że tak ciągle wypytuję. Ale to mnie naprawdę ciekawi. A z kim innym mógłbym pomówić o tak ważnych rzeczach, jak nie z osobą inteligentną i wyedukowaną? –  Była bardzo łasa na pochlebstwa. Uspokojona ponownie z rozmarzeniem zapatrzyła w czarne tęczówki.

– Jesteś kronikarzem? – zagadnęła.

– O tak, przejrzałaś mnie. Chcę spisać najciekawszą historię, jaka kiedykolwiek się wydarzyła. Do tego jednak potrzebuję informacji. Zatem proszę, odpowiedz na moje pytania.

– Będę zaszczycona.

– Zatem? Jak było z tymi ofiarami z ludzi? –  Valentia zastanowiła się. Ramajasz i Una uważnie przysłuchiwali się w milczeniu. Kamira udawała, że cała pogawędka jej nie interesuje. Tak naprawdę chciała odkryć, co ta istota planuje. Pytanie o czerpanie mocy z pochówków naprowadziło ją, jednak to nadal było za mało.

– W czasach poprzednich dynastii, wierzono, że ofiara z człowieka jest największym darem, jaki można złożyć bogom. Więc składano ją… – Mówiła powoli, usiłując przypomnieć sobie jak najwięcej z tego, co kiedyś czytała.

– Istniały jakieś specjalne ołtarze? Miejsca poświęcone wyłącznie mordom rytualnym? – Pokręciła wolno głową.

– Gdy nadeszła epoka nowych królów, ci zakazali takich obrządków i rozkazali zniszczyć wszelkie miejsca kultu, poświęcone takim rzeczom.

– I nie zostało nic? Nie mogli zniszczyć wszystkiego. – Ramajasz wyglądał na rozeźlonego i rozczarowanego jednocześnie. Valentia wydawała się zaskoczona jego zachowaniem.

– Kiedy zmieniła się dynastia?

– Em… epoka Nowego Króla nadeszła wraz z podbojem z południa, potem…

– Kiedy?  Dokładnie.

– Jakieś… dwieście…? Lat temu. Może nieco więcej. Nie od razu jednak posłuchano rozkazu i nadal składano ofiary… – Wzrok Ramajasza przesunął się z Valentii na Kamirę.

Ty… ty wiesz więcej na ten temat. – Udawała, że nie słyszy.

Odpowiedz. – Gdy nadal panowała cisza, Ramajasz z wściekłością popatrzył na dziewczynę.

Na mocy nadanej mi przez Pakt i twoje zobowiązania jako przewodniczki po tym świecie nakazuję ci odpowiedzieć.

Miała wrażenie, że coś wwierca się w jej głowę. Czuła, jakby grube larwy wbijały się w jej umysł, wchodząc do uszu i oczu. Cały świat zadrżał, a ona nie była w stanie walczyć z tą mocą.

Wieża Ciszy – wyjęczała z trudem w umysł Ramajasza. – Ona miała szansę pozostać.

Gdzie?

Na jednej z wysp na północy. Nie wiem dokładnie na której.

Jak możesz nie wiedzieć, jeśli żyłaś w czasach, kiedy składałaś tam ofiary?!

Nie składałam. To mnie tam zabili. Przewieźli związaną i oślepioną.

Ramajasz zastanawiał się przez chwilę. Una i Valentia przyglądały mu się ze zdziwieniem, gdy nagle zamilkł, rzucając nieprzyjemne spojrzenia swojej służącej.

– Valentio – zaczął przymilnym tonem. – Czy wiesz coś o Wieży Ciszy?

Kobieta zmarszczyła brwi, intensywnie myśląc.

– To… to chyba legenda. – Widząc spojrzenie Ramajasza, domagającego się szczegółowej odpowiedzi, zaczęła mówić.

– Jak mówiłam, nie od razu zakończono te praktyki. Wieża Ciszy była miejscem, gdzie zabijano ludzi najdłużej, pomimo zakazu. Była niby stworzona przez magów, parających się zakazanymi dziedzinami i ukryta przez nich. Nikt, prócz wybranych osób, nie mógł tam dotrzeć.

– Nie została zniszczona?

– Nic mi o tym nie wiadomo. Nie obchodziły mnie zbytnio te legendy i opowieści nianiek. Bardziej… bardziej zaciekawił mnie symboliczny wymiar opowieści, gdzie monarcha nie może się mierzyć z wierzeniami ludu. Wybacz, że nie mogę ci bardziej pomóc – powiedziała, ze szczerym smutkiem w głosie.

– Nic nie szkodzi…  - Westchnął. – A ile lat ma twoja piękna latorośl, Una? –  Valentia, zaskoczona nagłą zmianą tematu, powoli zdawała się być oburzona, że ktoś zwrócił uwagę na jej córkę.

– Una to dziecko zaledwie, nie ma nawet czternastu lat.

– Och, niektórzy powiedzieliby, że to idealny wiek na małżeństwo.

– Czy ty… czy ty coś insynuujesz?

– Bogowie, nie! – odparł, wiedząc, że powinien przestać droczyć się z kobietą. – Po prostu chciałem pochwalić i docenić, że z tak pięknej jabłoni, spada równie piękne jabłko. I proszę, nie myśl, że do tak młodej dziewczyny mam jakieś niecne plany. Gdybym miał je do kogoś, to byłaby to z pewnością urodziwa kobieta, z którą mógłbym przyjemnie pokonwersować. Jak z tobą, pani. –  Uśmiechnęła się, mile połechcona.

– Chyba zbliżamy się do miasta – powiedziała.

 

* * *

 

               Kamira była zaskoczona wielkością Senolu. Założyła, że będzie to jedno z niewielkich miast, gdzieś w centrum z Yumiru, wypełnione prostackim zgiełkiem, gdzie nie znajduje się nic godnego uwagi. Tymczasem miejscowość, pomimo niedawnego założenia, była prężnym miastem, o całkiem znacznych rozmiarach. Przestało więc dziwić Kamirę, że Valentia, będąca zwykłą szlachcianką, była całkiem nieźle wykształcona.

W Senolu była nawet szkoła piastunek. Wyższa warstwa społeczna wybierała spośród jej absolwentek-mieszczanek opiekunki dla swoich dzieci. Obowiązkiem piastunki była nauka podopiecznego – bądź podopiecznej – aż do osiągnięcia jedenastego roku życia. Kształcenie obejmowało takie dziedziny jak heraldyka, historia, religia i obyczaje, etyka oraz znajomość języka obcego w podstawowym stopniu. O dalszej edukacji, lub jej braku, decydowali rodzice. Choć zwyczaj posiadania wykształconej piastunki powstał niedawno, stawał się coraz bardziej popularny.

Valentia nie mieszkała w centrum miasta, ale także dalekie od prawdy było stwierdzenie, że były to obrzeża. Gdyby nie fakt, że budynek był ozdobione herbem szlacheckim, można by śmiało przypuszczać, że mieszka tu bogatszy mieszczanin.

 Cała służba składała się z jednego strażnika i dwóch służących. Sporadycznie Valentia wynajmowała większą ilość żołnierzy, aby zadbali o bezpieczny przejazd jej karety.

Śmiało zaprosiła swoich gości do środka. Następnie wezwała służących i poleciła im zapewnienie przybyszom wszelkiej wygody oraz zapowiedziała kolację o zmierzchu. A następnie ulotniła się, aby przygotować się do wieczerzy i wyglądać jeszcze bardziej wyszukanie i ponętnie.

Ramajasz śmiało udał się do komnaty dla gości, a Kamira została skierowana do pomieszczeń dla służby. Istota wyższa wyraźnie podkreśliła, że na razie służka w niczym na razie nie będzie jej potrzebna i powinna znaleźć się gdzie indziej.

To nie może dziać się naprawdę – pomyślała dziewczyna. Dwójka służących - sędziwa, chuda, kobieta z upiętymi w ciasny kok włosami oraz krągły młodzieniec, o czerwonych, nabrzmiałych policzkach, który co chwila wyszczerzał zęby - zdawała się uzupełniać nawzajem.

– Przebyłaś długą podróż, może zechcesz się odświeżyć? – zagadnęła staruszka, uśmiechając się delikatnie. Kamira chciała skinąć głową, gdy poczuła, jakby wbijano jej gwóźdź w czaszkę. Skrzywiła się z bólu.

Żadnej komunikacji.

Spojrzała kobiecie błagalnie w oczy, jednak ta nic nie zrozumiała. Przez chwilę przyglądała się jej, a nie otrzymując żadnej odpowiedzi, powtórzyła. Znowu cisza. Służąca zerknęła niepewnie na stojącego obok niej chłopaka.

– Może głucha czy co? – powiedział, wpatrując się w  Kamirę i oblizując delikatnie. – Pokażę jej  wiadro z wodą,  może zrozumie.

Staruszka wzruszyła ramionami, jakby urażona tym, że jej dobroć spotkała się z obojętnością. Ruszyła w stronę kuchni, a oni zostali sami w niewielkim, dosyć obskurnym pomieszczeniu. Chłopak uśmiechnął się do Kamiry. Ta tylko spuściła głowę.

– Nasza pani powiedziała, że nie gadasz. Nie gadasz, prawda? – Zapytał, jakby chciał się upewnić. – Nic jednak nie wspomniała o tym, że nie słyszysz. A może jesteś zwyczajnie przygłupia, co? – Wpatrywał się w nią, a ona zdała sobie sprawę, że ma cholerne kłopoty, gdy zagrodził jedyne wyjście z pomieszczenia i zaczął rozpinać pas od spodni.

Nie mogę walczyć z nim tak, jak z kanaal’l, na niego to nie zadziała.

– A może sprawię, że zaczniesz krzyczeć, co? Chciałabyś, co? – powiedział, dosyć cicho, aby nikt inny ich nie usłyszał.

Nie mogę wejść do jego umysłu. Ale mogę go zadźgać, gdy się zbliży. Kamira zawsze nosiła przy sobie niewielki nóż, starannie ukryty przy pasie w fałdach sukni. Teraz delikatnie przesunęła dłonią w jego pobliżu, a wyczuwają charakterystyczny kształt, odczuła ulgę.

Nie zamierzała teraz wyciągać broni i machać przeciwnikowi przed nosem. Czekała na dogodny moment, aż się zbliży.

– Mówił ci ktoś, że jesteś całkiem ładna? Choć przygłupia, ale nie szkodzi. To wręcz zaleta. – Zarechotał ze swego dowcipu, podchodząc do niej. Przycisnęła się do ściany i potulnie spuściła lekko głowę, bacznie obserwują nogi służącego. Zakładając, że nie będzie się zbytnio bronić, doskoczył do niej. A Kamira bez chwili wahania chwyciła ukryty dotychczas nóż i zaatakowała, celując w szyję chłopaka. Za szybko. W ostatniej chwili odsunął się. Mimo że nie zdołał całkowicie uniknąć ciosu, a ostrze przecięło jego skórę, Kamira nie zdołała wbić noża, jak planowała. Chłopak zachwiał się i uderzył barkiem o ścianę.

– Ty kurwo! – rzucił, dociskając dłoń do rany, z której spływała strużka krwi.

Zacisnął dłonie w pięści i rzucił, niczym wściekłe zwierzę. Dziewczyna nie miała jak się odsunąć w ciasnej izbie, potknęła się o zbutwiały stolik. Z łatwością wykorzystał okazję i  zacisnął dłoń na jej nadgarstku, uderzając nim o blat, aż zmuszona była puścić broń. Drugą ręką uderzył ją z całą siłą w skroń. Zatoczyła się i upadła na podłogę. Nie miała nawet czasu się podnieść, gdy potężny kopniak złamał jej nos. Brocząc krwią, zasłoniła twarz rękoma, gdy spadł na nią grad ciosów.

– Co tu się wyprawia, co to za hałasy? – Drzwi otworzyły się, a w nich stała chuda staruszka. Zerknęła z przerażeniem na skuloną Kamirę i stojącego nad nią oprawcę.

– Wyjdź – rzucił krótko.

– Nie. Jeśli natychmiast nie zostawisz dziewczyny, zacznę krzyczeć.

Popatrzył na nią z wściekłością i odsunął się minimalnie.

– A teraz popraw spodnie i wynoś się stąd.

Przez chwilę wpatrywali się w siebie, żadne nie chcąc odpuścić. Aż w końcu chłopak pokręcił głową, splunął na Kamirę i przeszedł obok staruszki, trącając barkiem. Fuknęła na niego gniewnie i zamknęła drzwi.

– Cóż… nie zapytam, czy wszystko jest w porządku, bo widzę, że nie jest. Obmyj twarz, dam ci ubranie na zmianę. – Wzięła wiadro napełnione wodą i postawiła je obok Kamiry.

Przez chwilę przyglądała się jej, po czym wyszła bez słowa. Obolała dziewczyna zanurzyła dłoń w chłodnej cieczy. Krew z nosa ciągle nie przestawała cieknąć. Wyciągnęła pływającą w wodzie szmatę i przycisnęła delikatnie do nozdrzy. Kamira czuła się tak osłabiona, że nie była pewna, czy może wstać. Głowa pulsowała jej tępym bólem.

Przymknęła oczy, zanurzyła tkaninę w wodzie i zwilżyła delikatnie czoło. Poczuła chwilową ulgę. Po chwili przemyła całą twarz kilkukrotnie. Przepłukała ścierkę i znowu przycisnęła ją do nosa. Spróbowała się podnieść, jednak czując zawroty głowy, przysiadła ciężko. Zwiesiła głowę, czekając, aż świat przestanie wirować.

– Ja… zostawiam ubrania tutaj. – Usłyszała, jednak nie zareagowała w żaden sposób. – To po mojej córce, powinny być dobre. Sama je czasem wkładam. Przyniosłam też i maść… pomoże ci.

Staruszka zerknęła speszona na Kamirę. Ta uniosła lekko głowę i wpatrywała się w nią zbolałym, lecz hardym wzrokiem.

–  Novil to mój wnuk.. Nie powiem mojej pani, co tu zaszło, ale… on będzie się od ciebie trzymał z daleka, obiecuję. Nic nie będzie ci tu grozić. – Musiała w jakiś sposób się wytłumaczyć. Choć coś mówiło jej, że Kamira nie tylko nie mówi, ale także i nie słyszy, a wszystkie  słowa trafiają w próżnię. Wyszła, starannie zamykając za sobą drzwi.

Gdyby dziewczyna mogła wydać jakikolwiek dźwięk, zaczęłaby się śmiać. Rechotać niczym szaleńcy, którzy nagle pojmują absurd własnej sytuacji i nie pozostaje im nic innego. Największe szyderstwo życia przybrało formę i stało się codziennością.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Yumira · dnia 06.01.2018 13:25 · Czytań: 73 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 5
Komentarze
Darcon dnia 06.01.2018 14:00
Na początku chciałbym powiedzieć, żebyś nie sugerowała się dolną półką. Tekst jest całkiem dobry, ale brakuje mu solidniejszego warsztatu. Głównym mankamentem jest zbyt szczegółowe opisywanie sytuacji i zdarzeń. Nie lubię poprawiać Autora, sugerując mu, jak to niby można napisać lepiej, ale w tym przypadku to chyba rzeczywiście będzie najlepsze wyjście.
Cytat:
– Lu­dzie to jed­nak za­baw­ne, choć głu­pie isto­ty, nie są­dzisz? – za­gad­nął Ra­ma­jasz poprawił miecz na biodrze.

– Po­wie­dział skoń­czo­ny ego­ista, który nigdy nie wy­rósł ponad coś wię­cej niż znę­ca­nie się nad przy­głu­pa­mi. – od­po­wie­działa Ka­mi­ra syknęła lo­do­wa­to. Szyb­ko na­uczy­ła się, że pró­bu­jąc igno­ro­wać Ra­ma­ja­sza, miała dosyć jego monologów bę­dzie ska­za­na na jego nie­skoń­cze­nie dłu­gie mo­no­lo­gi.

Męż­czy­zna gwizd­nął zaskoczony. i spoj­rzał za­sko­czo­ny na ko­bie­tę.

– Wła­śnie na­zwa­łaś samą sie­bie przy­głu­pią.

– I nigdy temu nie za­prze­czę.

Przez kilka chwil szli w mil­cze­niu w kie­run­ku Se­no­lu, mia­sta, w któ­rym mieli za­trzy­mać się na kilka dni. Ka­mi­ra nie wie­dzia­ła po co, jed­nak nie za­mie­rza­ła pytać. Za­wie­si­ła głowę, idąc głów­nym dzie­dziń­cem, gdy nagle znowu usły­sza­ła iry­tu­ją­cy głos.

– Pa­mię­tasz, jak przy na­szym pierw­szym spo­tka­niu wzię­łaś mnie za (B)oga?

– Pa­mię­tam, jak jako dziec­ko wie­rzy­łam, że sma­ru­jąc kukłę mo­je­go wroga kocią kupą, to rzucę na niego klą­twę. Ten sam po­ziom.

Ra­ma­jasz za­śmiał się szcze­rze.

– Nigdy nie prze­sta­niesz mnie za­dzi­wiać. – Od­wró­cił głowę w stro­nę hałasu za plecami. pod­nie­sio­nych gło­sów i ryt­micz­ne­go stu­ka­nia za ich ple­ca­mi. Do­strzegł ka­re­tę, zmie­rza­ją­cą w stro­nę mia­sta.

Za­przę­gnię­ta w dwa, do­rod­ne, kare konie, któ­rych grzy­wy i ogony za­ple­cio­no w drob­ne war­ko­cze. Do­oko­ła niej dum­nie je­cha­ło czte­rech jeźdź­ców. Choć Ra­ma­jasz nie mógł do­strzec szcze­gó­łów ich uzbro­je­nia, z da­le­ka wi­docz­ne były unie­sio­ne kopie do któ­rych przy­mo­co­wa­no czar­no–nie­bie­skie pro­por­ce.

Dwóch kon­nych, wy­prze­dza­jąc ka­re­tę, usi­ło­wa­ło ze­pchnąć z drogi wóz, po brze­gi wy­peł­nio­ny wor­ka­mi ze zbo­żem.

Ra­ma­jasz znowu gwizd­nął, tym razem o wiele gło­śniej.

– No, no. Szla­chet­ka je­dzie i to ko­niecz­nie środ­kiem drogi. Przy­da­ła­by się nam pod­wóz­ka, praw­da?
Ka­mi­ra tylko po­gar­dli­wie po­krę­ci­ła głową.

Nie zwra­ca­jąc na ko­bie­tę uwagi, za­trzy­mał się, cze­ka­jąc, Zaczekał, aż powóz się zbli­ży. Ta także przy­sta­nę­ła, zer­ka­jąc z ukosa na Ra­ma­ja­sza. Spo­koj­nie cze­ka­ła na przed­sta­wie­nie, które zaraz się za­cznie. A ka­re­ta zbli­ża­ła się nie­ubła­gal­nie, wprost ku swo­je­mu prze­zna­cze­niu.


Wszystko co wytłuściłem jest zbędne. Te wszystkie "spojrzenia, gwizdnięcia, obroty i zwieszanie głową" niczego nie wnoszą do fabuły, a tylko niepotrzebnie wydłużają i spowalniają akcję. Powinnaś pod tym kątem sprawdzić wszystkie części. Po co pisać o rzeczach oczywistych? Wiadomo, że spojrzał, a nie zjadł, że powiedział, a nie zaśpiewał. Nie musisz budować w głowie czytelnika każdego gestu i ruchu bohaterów. Warto wiele zwyczajnych czynności pozostawić w sferze domysłu.
Tekst jest długi, więc na tą chwilę ciężko jest mi się wypowiedzieć o fabule, ale może jeszcze kiedyś uda mi się tu wrócić.
Pozdrawiam.
Yumira dnia 06.01.2018 17:40
Bardzo dziękuję za pomocne uwagi.
Krzysztof Konrad dnia 06.01.2018 20:46
A ja się z Panem Darconem nie zgodzę. Wystarczy otworzyć choćby "Hannibala - po drugiej stronie maski" by się przekonać, że ubarwienie, na dużo grubszą skalę, ma miejsce i w wybitnych dziełach świetnych pisarzy. Ja się tylko do logiki przyczepię, bo w tym tekście, łącznie z lichą stylistyką, rzeczywiście to razi. A przykładem niech będzie choćby wszystko, co Pan Darcon zacytował. Z tym ubarwieniem to jest tak, że nie powinieneś, autorze, tak się trzymać tych imiesłowów. W literaturze się tak dzieje, że przy pewnych powtórzeniach rzecz staje się widoczna i kłuje. Jest taki zwrot "spode łba" i Jeff Lindsay w Dexterze używał go nachalnie. Albo tłumacz tak robotę wykonał. Efekt był taki, że z powieści wyszła szmira. Po przeczytaniu tego fragmentu też się trochę gubię ze względu na te dialogi - typu ping pong. Bohaterowie powinni mieć różnorakie, wręcz jak dwa bieguny magnesu, interesy. Tutaj widać lipę i to bym poprawił. Pozdrawiam.
Yumira dnia 06.01.2018 22:53
Dziękuję za poświęcony czas na przeczytanie.
Co dokładnie "nielogicznego" odkryłeś w tym tekście, że łącznie z lichą stylistyką Cię razi? Myślę, że takie uwagi powinny mieć dokładne przykłady, zamiast przywoływać mało interesujące anegdotki o, niezwiązanej z tematem, literatury. Bo praktycznie nic z tego nie wynika. Nawet, gdy dodasz, że przykładem jest wszystko, co zacytował ktoś inny.
Rozumiem, zwrócenie uwagi na nadmiar imiesłowów i niepotrzebne opisy i ogólną słabość, ale co więcej? Ping-pongowe dialogi? Możesz rozwinąć? Chodzi Ci o dziwaczny zabieg, że jedna postać odpowiada drugiej? Bohaterowie przedstawieni we fragmencie nie mogą odmiennych interesów, bo zmierzają w tym samym kierunku - pod każdym względem - dodatkowo, jedna z nich kontroluje i szantażuje inną.
skroplami dnia 07.01.2018 12:12 Ocena: Bardzo dobre
Tyle się działo w poprzednich, częściach, a tu taki spacerek :). Ale jestem zawiedziony nie dlatego, ale że lub ale bo :(. Bo ta która walczy z istotami prawie z piekieł, i jak się okazuje sama kiedyś zmarła złożona na ofiarę i lat ma w granicach sto - dwieście, daje się pobić zwykłemu służącemu próbującemu ją zgwałcić, ech. Ok, jej broń w postaci uderzania w psychikę zablokowana przez potężnego mago/"potwora moralnego" <chyba ;) >, wybaczam :). W sumie inny od poprzednich "odcinek", można pooddychać spokojnie patrząc na zwykłych ludzi na drodze i tylko domyślać się o co chodzi magowi, złemu :). I kim jest ta kobieta, którą uratował chyba jednak przed tymi z piekła, a znęca się nad nią? Wiem, odpowiedzi się pojawią, ok, poczekam ;). Jest dobrze, chociaż poprzednio było lepiej. Ale to tylko wrażenie, realizacja celowa autora ;), z dobrze następuje odbicie na bardzo dobrze, czyli tak będzie w następnej części. Nie wiem skąd wiem, a może wiem, ale wiem ;). Hm, dziwnie poskręcane to pojęciozdanie, nie szkodzi, możliwy wpływ magii mago/potwora ;).
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Arrora
20/01/2018 13:59
Tam jest napisane "wieki", wszystko w porządku:… »
Lilah
20/01/2018 13:56
Dziękuję, Milu, zmieniam. Serdeczności :) »
Krzysztof Konrad
20/01/2018 13:05
Dzięki, Darcon. Aktualnie pracuję nad logiką w pisaniu. Nie… »
Darcon
20/01/2018 12:44
Widzę małą zniżkę formy, postaram się wrócić i przytoczyć… »
Darcon
20/01/2018 12:43
Jest lepiej, Konradzie. Jednak nadal w dynamicznych akcjach… »
Silvus
20/01/2018 12:35
Jeszcze wielki kurz został do poprawy. "jest… »
skroplami
20/01/2018 12:13
No tak, odpowiedzi autorki "lepsze" od tekstu ;).… »
Miladora
20/01/2018 11:47
"Dobrem" brzmi dobrze, Lil. :) »
Arrora
20/01/2018 11:44
Witaj Silvus, Bardzo dziękuję za uwagi, narobiłam tutaj… »
skroplami
20/01/2018 10:58
Ma w sobie mroźną tajemnicę, którą odczuwa bohater, i która… »
Felicjanna
20/01/2018 10:05
No nie wiem, ja odniosłam wrażenie, że ironizujesz i… »
skroplami
20/01/2018 09:56
Będzie na raz po pierwsza i na dwa po drugie ;). Po… »
Lilah
20/01/2018 09:43
Zapraszam do posłuchania:… »
dodatek111
20/01/2018 09:32
Zrobione, jeszcze raz dziękuję Milu:) »
JOLA S.
20/01/2018 09:12
Drogi Skroplami, uwielbiam Twoje komentarze. :) Na tej… »
ShoutBox
  • trawa1965
  • 20/01/2018 12:47
  • Ale przedtem była krew, pot i łzy...
  • Krzysztof Konrad
  • 20/01/2018 08:04
  • Z tego co widzę, osiagasz więcej niż większość osób z takiego dpsu, radzisz sobie, można wręcz powiedzieć, że jesteś tam ewenementem. Dlaczego mieliby nie pomóc?
  • Silvus
  • 19/01/2018 23:08
  • @Trawo, @Mike to chyba mówił trochę do mnie. :)
  • trawa1965
  • 19/01/2018 22:17
  • Dlaczego ma być inaczej? Przecież czytujesz moje utwory. Do wszystkiego doszedłem ciężką i uczciwą pracą. Oczywiście, posiadam kilka opcji na przepustkę.
  • mike17
  • 19/01/2018 19:51
  • Jeśli masz dobry towar, to go opchniesz bez picu.
  • Silvus
  • 19/01/2018 19:45
  • @Mike, spokojnie. Niektórzy decydenci potrzebują więcej czasu, żeby przemyśleć i się zgodzić.
  • mike17
  • 19/01/2018 19:42
  • Jarek, jak postawisz sprawę na ostrzu noża, to wygrasz :)
  • Silvus
  • 19/01/2018 19:17
  • Na pewno się da. Przy odrobinie dobrej ludzkiej woli!
Ostatnio widziani
Gości online:20
Najnowszy:Alukonisse1r
Wspierają nas