A A A

                         Jeśli rzeczywiście żyjemy w czymś w rodzaju zoo,

to trzeba by spróbować dotrzeć aż do krat, by zobaczyć, kto jest naszym dozorcą.

                               Być może ukrywa się on w pasie asteroidów lub też na którejś z planet zewnętrznych.

 

                  NIKOLAUS VOGT

 

 

 

COŚ W RODZAJU ZOO

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

Tabliczka czekolady

 

 

 

 

                Było to lato upałów, gwałtownych burz i komarów. Ale przede wszystkim było to lato Tych, Co Zaginęli.

                Aby uciec od lejącego się z nieba żaru, ludzie brali w garść płócienne plecaki, uśmiechali się do bliskich i z butelką coraz cieplejszej coli wchodzili w kojący cień szlaków, między gęste pnie wielkich, dwustuletnich drzew.

                Wchodzili na szlak i znikali.

                Po prostu. Bez przyczyny.

                Przepadali jak przysłowiowe kamienie rzucone w głęboką wodę.

                Znikali, a my — wspólnie z policją, miejscowymi, a nawet po ostatnich zaginięciach z gwardią narodową — szukaliśmy ich tygodniami.

                Nie muszę dodawać, że zawsze z tym samym skutkiem.

                W czerwcu, w ten sposób zaginęło pięć osób, na początku lipca dwie, a w sierpniu kolejne trzy.

                W sumie dawało to okrągłą liczbę „dziesięć”.  

                Dokładnie tyle palców mamy w obu dłoniach, prawda tato?

                Lokalne gazety zaczęły nawet dopatrywać się w tych wydarzeniach jakichś prawidłowości, ale po kilku tygodniach bezowocnych spekulacji temat umarł śmiercią naturalną, zastąpiony nieoczekiwaną podwyżką cen benzyny, skutkami suszy i notowaniami coraz bardziej niestabilnej giełdy.

                Sądzę, że przestano pisać o zaginionych, ponieważ ktoś doszedł do wniosku, że nie można bez końca stawiać pytań, na które nie udziela się jakiejś sensownej odpowiedzi.

                To była droga donikąd.

                Moja żona, która sporo czytała i która lubiła wprowadzać
w nasze nudne, prowincjonalne życie trochę filozoficznej egzotyki, sprzedała mi na pożegnanie naszego związku myśl pewnego, ponoć bardzo mądrego, Greka.

                Szło to mniej więcej tak: „Ludzie giną dlatego, że nie potrafią połączyć początku z końcem...”. Nie wiem, dlaczego uznała, że spośród setek równie zawiłych sentencji ta najbardziej pasuje do tej naszej nieszczerej scenerii pożegnania.

                Bardzo trudno jest zrozumieć kobiety.

                A jeszcze trudniej kochać.

                Po czymś takim wielu ludzi ma problemy, by podnieść się z kolan, ale akurat mnie to ominęło. Pożegnalna sentencja kobiety, która przez sześć lat była moją żoną, kazała mi jednak spojrzeć na świat z nieco innej perspektywy. Może zabrzmi to nieco protekcjonalnie, ale czasami człowiek musi opowiedzieć samemu sobie, co faktycznie leży mu na sercu. Moje serce trochę krwawiło, więc gadałem z nim i gadałem, aż pewnego pięknego wieczora zabrakło mi słów.

                Zostałem uleczony.

                Od wtedy zawsze staram się nazywać rzeczy po imieniu. Każdy początek jest dla mnie początkiem, a każdy koniec końcem.

                I zawsze staram się łączyć je jakoś ze sobą.

                Spytacie: dlaczego?

                Pewnie tak jak Alkmaiōn z Krotonu i każdy z was, boję się zginąć bez śladu.

 

2

 

                Nazwaliśmy ich Piękną Parą Z Nieba.

                On w momencie zaginięcia miał dwadzieścia trzy lata, ona była prawie dokładnie o rok młodsza. Oboje byli opaleni, szczupli i zakochani w sobie po uszy. Idealny materiał dla jakiegoś dobrego pisarza na stworzenie superromansu, z superbohaterami i superscenerią. Uwierzcie — takie historie nie zdarzają się zbyt często.

                Tak było do chwili, gdy zaczęły im garściami wychodzić włosy.

                Następnego dnia mój zastępca, Billy powiedział, że Piękna Para Z Nieba przestała być tym, czym dotychczas była.

                — W naszej izolatce siedzi dwójka, łysych jak kolano, gówniarzy, szefie. I niech mnie cholera, jeżeli to rozumiem.

                Gdy to mówił, miał zaciśnięte pięści i resztki śliny zebrane w kącikach sinych, przegryzionych w paru miejscach warg. Nie wiem, czy ma to jakiekolwiek znaczenie, ale chyba właśnie wtedy widziałem go, po raz pierwszy w życiu, ze łzami w oczach.

                Według relacji jego żony ­— co uznaję za pewnik, ponieważ Wera należała do kobiet skrupulatnych, dokładnych i co najważniejsze, kobiet, które twardo stąpały po ziemi — nocą, dziesięć lub dwadzieścia (Nie, Chris... Poczekaj sekundę, niech pomyślę... Tak, chyba raczej dwadzieścia.) minut przed dwudziestą, Billy wsiadł bez słowa do swojego Jeepa, włączył rozrusznik i po prostu gdzieś odjechał.

                Był trzeźwy. Nie wypił nawet grama alkoholu.

                Odnaleźliśmy go jedenaście godzin później, siedzącego pod pniem skarłowaciałego cisu, jakieś sto metrów od miejsca, gdzie z rudej ziemi sterczała czarna Skała Myśliciela.

                Zanim zbliżyliśmy się do niego, zdążył już sobie wyrwać dwie garście siwych włosów, jedną ze skroni i drugą z potylicy.

                Przez łzy wyznał nam też, że gdybyśmy przyjechali kwadrans później, strzeliłby sobie, jak nic, w łeb. Faktycznie, jego służbowy pistolet leżał w zasięgu ręki, pod tym samym drzewem. Billy załadował go ostrą amunicją. Sprawdziłem to osobiście wieczorem na strzelnicy, gdy po omacku usiłowałem znaleźć jakieś słabe punkty tych dziwnych wydarzeń. Układanka pasowała. Każdy z pocisków, którymi Billy załadował magazynek swojej beretty, mógł mu rozwalić czaszkę na setki, niedających się ponownie złożyć w jedną całość, fragmentów.

                Wystarczyło jedynie pociągnąć za spust.

                — Kwadrans, szefie. Zrobiłbym to, choć Bóg mi świadkiem, zupełnie nie wiem dlaczego.

                Potem zemdlał.

                A może po prostu obraził się na nas i na świat, bo nie powiedział już ani słowa więcej. Zamknął się jak przeczytana od początku do końca książka. Miał nas serdecznie i głęboko.

                Aż do tego feralnego piątku, gdy Tropiciel Dwa wygryzł mi kilkanaście gramów mięsa i ścięgien z szyi, a Joe McClanahan zatłukł go kawałkiem polana.

                — Cholera, szefie. Mało brakowało...

 

                Również tego dnia — z różnych powodów najdziwniejszego dnia w moim życiu — po raz pierwszy uderzyłem bez przyczyny swoją córkę i po prawie trzech latach tytoniowej abstynencji, aby odreagować, zapaliłem w garażu papierosa.

                Przyznacie, że sporo tego, jak na jeden dzień.

                A najgorsze, niestety, dopiero miało nadejść.

 

 

3

 

 

                Strażnicę zbudowano w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym dziewiątym roku na kawałku kamienistego wzgórza, z pięknym widokiem na północne rozlewisko Zakola. Wzniesiono ją z szarego piaskowca, przeplatanego spoinami masywnych,
dębowych bali i dla zachowania charakteru budowli przykryto gustownym, drewnianym gontem.

                Tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty dziewiąty był również rokiem wytyczania i znakowania szlaków turystycznych, opracowywania przewodników i pierwszych ofert, nakłaniających potencjalnych turystów do odwiedzenia Cedarville. Burmistrz i jego przydupasy  odwalili kawał naprawdę dobrej roboty. W ciągu niespełna dziesięciu miesięcy powstało przysłowiowe Coś z Niczego. Prawie dwieście pięćdziesiąt kilometrów, uzbrojonych w najbardziej niebezpiecznych miejscach kamieniami i drewnem, szlaków robiło wrażenie.

                A na pewno wrażenie robiła sama strażnica.

                Gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy, jak wyłania się nagle zza zasłony zbitej, męczącej zieleni setek wielkich świerków i jodeł, z wrażenia aż wcisnąłem hamulec Austina, zjeżdżając gwałtownie na żwirowe pobocze. Przez długą chwilę nie mogłam oddychać.

                Szare, skalne urwisko o wysokości dobrych kilkuset stóp opadało wprost w przeźroczystą wodę Zakola. A na szczycie stała surowa, ale jakże piękna, bryła strażnicy.

                To było to!

                Nasza nienarodzona jeszcze córka, którą we wczesnej fazie prenatalnej nazwaliśmy Vicy, podzieliła mój zachwyt pierwszym, ponoć bardzo bolesnym kopnięciem.

                Sądzę, że właśnie wtedy staliśmy się prawdziwą częścią  strażnicy, mrocznych, leśnych duktów, zimnych prądów Zakola i pośrednio, oddalonego o niespełna dziesięć mil Cedarville.

                Jedynie moja żona nie poddała się urokowi tego miejsca.

                —  Chris, jeszcze chwila, a zacznę rodzić na tym zadupiu. Zlituj się więc kochanie i zawieź mnie czym prędzej do miejsca, gdzie będę mogła położyć się wygodnie w jakimś miękkim i niezwykle szerokim łóżku. Kochanie, mówię do kogoś!

                Tak, Catherine nie dała się kupić byle czym. Coś, co dla mnie było po prostu „piękne”, dla mojej żony musiało być jeszcze „praktyczne”.

                I tak już miało zostać. Uciekła stąd przy pierwszej nadarzającej się okazji.

               

                Bryłę strażnicy oparto na regularnym planie maltańskiego krzyża.

                Oprócz trzech pomieszczeń służbowych (informacja turystyczna, komisariat straży leśnej i pokój komendanta) strażnica posiadała gabinet zabiegowy, w którym urzędował w razie konieczności Mike Paterson, lekarz z pobliskiego sierocińca, parę (dokładnie sześć) dwuosobowych izolatek, które w każdej chwili zamienialiśmy w tymczasowe pokoje gościnne, a także dwa spore, również kryte mahoniowym gontem, garaże i schowaną dyskretnie z tyłu przybudówkę, z kojcami dla psów tropiących.          

                Piętro, czyli w sumie szeroki hol, trzy pokoje, sypialnię, kuchnię, dwie łazienki i wielki, jak lotnisko helikopterów, oszklony od północy taras, przeznaczono na pomieszczenia mieszkalne.

                Miejscowi nazywali to miejsce Różową Latarnią Russella.

                Przymiotnika „różowa” nie rozszyfrowałem nigdy; „latarnią” pewnie dlatego, że światła posterunku widać było z odległości kilkunastu kilometrów i w razie potrzeby można się było nimi posiłkować przy obieraniu kierunku powrotnego marszu (niejednemu zagubionemu wędrowcowi oszczędziło to średniej przyjemności nocowania wśród leśnych chaszczy i dzikich zwierząt); „Russell” zgodnie z logiką nazewnictwa był pomysłodawcą i pierwszym
komendantem miejscowej straży leśnej.

                Ja zostałem szefem „numer osiem”.

                Żaden powód do chwały, ale zawsze lepsze to, niż szef numer sto osiem, lub dwieście osiem.

                Do Cedarville przyjechałem latem tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku, skuszony perspektywą interesującej (czytaj: spokojnej) pracy, za całkiem przyzwoitą pensję. Miałem za sobą ośmioletnią służbę w policji stanowej i prawie roczną rekonwalescencję po zajściu na lotnisku w Charlotte, o którym jak najszybciej pragnąłem zapomnieć.

                Pracy w Różowej Latarni Russella nie załatwił mi żaden znajomy, nie bazowałem na koneksjach ani układach, chyba że koneksją i układem można nazwać umiejętność surfowania w Internecie. Wystarczyło postukać trochę w klawiaturę, wypełnić parę rubryk, kliknąć tam, gdzie trzeba i cierpliwie czekać na odpowiedź.

                Uważam, że zrobiłem wszystko tak, jak należy, bo czekałem tylko trzy dni. Odpowiedź nadeszła dokładnie dwudziestego siódmego maja. „Burmistrz i mieszkańcy Cedarville mają przyjemność powiadomić Pana, że... etc..., etc...”. Do wiadomości dołączono nawet kolorową mapę stanu, z zaznaczoną trasą dojazdu.

                I niech ktoś mi powie, że Wielki Brat Internet nie jest ósmym cudem świata. W końcu to właśnie On wykreował ósmego szefa Różowej Latarni Russella.

                Podlegało mi bezpośrednio czterech ludzi, z których trzech: Billy Milligan, Hank Delaney i Joe McClanahan posiadało nadany im przez miasto stały etat pracownika straży leśnej, natomiast Tom Carrey był krótko etatowcem, zatrudnianym w sytuacjach awaryjnych lub trudnych. Tak jak już wcześniej wspominałem, w razie omdlenia, złamania, zwichnięcia, przegrzania lub przedawkowania, do pomocy mieliśmy jeszcze doktora Mike’a Patersona z oddalonego o cztery mile sierocińca, trzy bloodhoundy o imionach Tropiciel Jeden, Tropiciel Dwa i Tropiciel Trzy (Nie rozumiem, jak można nadać psom, tak kretyńskie imiona?), trochę specjalistycznego sprzętu i kilkaset kilometrów dobrych chęci.

                Wszystko.

                Zawsze twierdziłem, że o wiele za mało.

 

 

4

 

                A wszystko zaczęło się tak.

                Ted Howard przywiózł ich po prostu na cuchnącej końskim nawozem pace swojej rozklekotanej półciężarówki. Posiniałych z zimna, przestraszonych i przytulonych ciasno do siebie, jak dwie połówki rozciętego przez nieuwagę jabłka.

                Elektroniczny zegar zawieszony nad drzwiami wejściowymi strażnicy wskazywał dokładnie godzinę 09.06. Nawet do głowy mi nie przyszło, że może mieć to jakiekolwiek znaczenie. Okazało się jednak, że miało.

                Półciężarówka Howarda z nieprzyjemnym piskiem zatrzymała się na środku podjazdu, tuż przy drewnianej skrzyni, w której trzymaliśmy łopaty, piach i sól do odśnieżania, dokładnie naprzeciwko dwumetrowej pryzmy zmrożonego śniegu, której usypywanie zajęło mnie i Hankowi Delaneyowi bite trzy godziny i okupione zostało bólem pleców, i kilkunastoma pęcherzami.               

                A potem Howard włączył wsteczny bieg i podtoczył ostrożnie tył półciężarówki pod same schody.

                Teraz zobaczyłem ich w całej okazałości.

                Za moimi plecami zatrzeszczało krzesło, z którego wstał Milligan.

                — Patrzcie! — powiedział.

                — Rany boskie — odpowiedziałem niskim, ochrypłym głosem. — Rany boskie. Uznam to za cud, jeżeli obędzie się bez odmrożeń. Na wszelki wypadek jednak już teraz proponuję dzwonić po Mike’a. Sądzę, że czeka go pracowite popołudnie,
a może nawet bezsenna noc.

                Przez chwilę wszyscy milczeli, skonsternowani lekko moim odkryciem.

                — W porządku, panowie — powiedział bardzo cicho Hank. (Później twierdził, że specjalnie tak ściszył głos, żeby przypadkiem nie przyprawić nas o palpitację serca) — O co tu może chodzić? Jest ktoś, kto to rozumie? — Dla podkreślenia swojego zdziwienia pociągnął jeszcze głośno nosem.

                Właśnie po tym poznałem, jak bardzo jest zdenerwowany.

                Milligan wciąż siedział przy komputerze. Raz za razem zaciskał i prostował palce. Kłykcie strzelały mu jak pistony na festynie.

                W tym samym momencie Ted Howard otworzył z impetem drzwi swojej półciężarówki i wystawił na podjazd lewą nogę, obutą w solidny, wyścielony szarym filcem, trzewik. Dał krok w przód i rozłożył się jak długi, machając bezradnie ramionami i klnąc jak szewc. Jak na swój wiek zebrał się w miarę szybko, choć po jego ruchach poznaliśmy, że upadek traktuje jak osobistą porażkę. Wciąż klnąc, splunął pod nogi i teraz już stąpał ostrożniej, badając najpierw podłoże podeszwą.

                Siedzieliśmy jeszcze zapatrzeni w tę dziwną scenę, rozgrywającą się tuż za oszronionymi szybami strażnicy, gdy Ted doczłapał do schodów, odbezpieczył tył paki i z wyraźną irytacją pokazał nam na migi, że oczekuje pomocy.

                A potem krzyknął:

                — Ruszcie się, do cholery! Macie zamiar tak stać do wieczora?

                Półnaga dziewczyna na pace przekręciła lekko szyję, wychylając się nad ramieniem obejmującego ją chłopaka i przesłała nam  uśmiech, który mógł przyprawić o zawrót głowy każdego mężczyznę. Nie jestem pewien, co do intencji tego uśmiechu, ale sądzę, że zrobiła to celowo. Uśmiechała się do nas, żebyśmy podobnie jak ona, poczuli ten chłód, strach i ból. Rozejrzała się potem na wszystkie strony i wzdrygnęła lekko — nie ze strachu, chociaż tak do końca nie byłem tego pewien — gdy wstałem wreszcie z krzesła i ruszyłem w stronę drzwi.  

                McClanahan wyprzedził mnie o krok. Otarliśmy się o siebie, wybiegając na zewnątrz. Mroźne powietrze pozbawiło mnie prawie oddechu.

                — Nareszcie — skwitował nasze wyjście Ted. — Myślałem, że dojadę do was znacznie szybciej, ale podjazd jest tak zawiany, że zagrzebałem się kilka razy. To i tak cud, że udało mi się to bez łańcuchów. Widocznie jest ktoś, kto czuwa nad tą dwójką. Taaa... Bez dwóch zdań. Nie byłoby mnie tu bez pomocy kogoś z stamtąd — dla podkreślenia swoich słów wycelował paluchem w czyste, błękitne, zimowe niebo i z wyraźnym trudem powstrzymał się przed nakreśleniem znaku krzyża.

                Tajemnicą poliszynela była jego całkowita ignorancja dla wszystkiego, co miało jakikolwiek związek z religią. Pewnie uznał, że coś takiego byłoby zupełnie nie na miejscu, a może po prostu nie chciał swoją nieudolnością zepsuć wrażenia, które wywołał.

                Kto go tam wie?

                W pierwszym odruchu chciałem natychmiast wdrapać się na pakę, by jak najszybciej znaleźć się przy zmarzniętych dzieciakach, ale coś mnie przed tym powstrzymało. Zresztą nie tylko mnie.  

                Milligan, Delaney i McClanahan stali tuż za moimi plecami.
Widziałem nawet unoszące się z ich ust obłoczki pary, które natychmiast rozpływały się w mroźnym powietrzu.

                Chłopak i dziewczyna siedzieli w rogu paki, tuż przy tylnej szybie kabiny, wciąż ciasno spleceni w tym swoim dziwnym uścisku, półnadzy, posiniali z zimna, przykryci delikatną warstwą strąconej z drzew śnieżnej szadzi, która powodowała, że ich włosy i skóra lśniły w zimowym słońcu jak posypane srebrnym brokatem.  Oboje ubrani byli w cienkie, niebieskie T-shirty bez rękawków, z podobnym nadrukiem biegnącym w poprzek brzucha i pleców:
„Uśmiech cię wyzwoli, więc śmiej się do woli”. Oboje mieli na sobie krótkie spodenki, grube, wełniane skarpety, które wystawały z ciężkich, używanych w długich wędrówkach traperów i dwa niewielkie plecaki, które leżały teraz na brudnej blasze cuchnącej końskim nawozem paki, tuż obok ich stóp.

                Wyglądali jak dwójka zaskoczonych turystów złapanych przez letnią burzę.

                Tyle tylko, że był dokładnie środek zimy i jeżeli tę dwójkę przestraszonych dzieciaków mogło coś zaskoczyć na szlaku, to raczej postawiłbym na śnieżną zamieć.

                — To ci, których szukaliście? — spytał Ted.

                — Lennie Broderick i Dennis Lee — powiedziałem, wciąż stojąc o krok od otwartej paki półciężarówki.

                Na dźwięk swoich imion chłopak i dziewczyna spojrzeli na mnie jednocześnie i uśmiechnęli się (chyba właśnie tego podświadomie oczekiwałem) uśmiechami, od których po raz drugi tego dnia szybciej zabiło mi serce.

                Przypuszczam, że coś z tego jednak zaczynali rozumieć.

                Przez moment, na szczęście bardzo krótki, ich wielkie, zmęczone oczy posmutniały, a ja odniosłem wrażenie, że przesycone siarczystym mrozem, przeźroczyście błękitne niebo nad Różową Latarnią Russella, ma ochotę zwalić mi się na głowę.

                —  Razem z nimi, w pierwszej grupie zaginionych byli jeszcze Charlotte Hurley, Takeshi Asano i Taylor Keaton. Cała piątka zaginęła dziewiątego czerwca na Czerwonym Szlaku. Według naszych ustaleń, gdzieś pomiędzy Zakrętem Trzech Jodeł i Skałą Myśliciela. Przynajmniej tam widziano ich po raz ostatni. Przyjechali tu piętnastoletnim studebakerem z Knoxville w Tennessee. Zakwaterowali się u Petersonów przy lewej odnodze Zakola, gdzie wynajęli trzy pokoje. Dwie dwójki i jedynkę. Tego feralnego dnia zjedli skromne śniadanie, w pobliskim markecie dokonali niewielkich zakupów i poszli na Czerwony Szlak. Kolację zamówili na dwudziestą. Twierdzili, że są zmęczeni po podróży, więc zamierzają dojść jedynie do Skały Myśliciela. Poszli i słuch po nich zaginął. Tak naprawdę, chyba nigdy nie przestaliśmy ich szukać — po wyrecytowaniu tych wszystkich, sądzę, że na zawsze wpisanych w moją pamięć szczegółów, oparłem się wreszcie dłonią o cholernie zimną blachę paki, i starając się nadać swojemu głosowi jak najbardziej normalne brzmienie, powiedziałem:

                — Witaj Lennie. Witaj Dennis.

                A potem dodałem jeszcze dwa zdania, które uznałem, że należy koniecznie powiedzieć, zanim ta dwójka przemarzniętych dzieciaków znów wróci do naszego świata.

                — Dawno was z nami nie było. Sądzę, że znajdziecie kiedyś kogoś, kto wam to wszystko jakoś opowie.

 

5

 

                Kiedy mniej więcej dwadzieścia minut później staliśmy we trzech — ja, Howard i Delaney — na podjeździe strażnicy, błękitne dotąd niebo pociemniało od zachodu i pierwsze płatki śniegu zawirowały w mroźnym powietrzu.

                Niesione coraz silniejszymi podmuchami wiatru wciąż zmieniały kierunek, wznosząc się, to znów opadając.

                Pochłodniało.

                Zasunąłem pod szyję zamek kurtki. Chyba zaczynały mi marznąć uszy i policzki.

                — Idzie śnieg — powiedział zapatrzony w zmieniające się niebo Howard. — Z tego, co gadali w radio, nawet duży śnieg — kiwnął głową, tak jakby sam sobie przytakiwał.

                Wyraźnie coś nie dawało mu spokoju.

                — Chyba będę się zmywał, szefie. Nic tu po mnie — zdecydował się wreszcie. Sądzę, że znałem powód jego zdenerwowania. Dziwiło mnie tylko, że tak długo z tym zwlekał. — I co pan na to? Na mój gust i tak zrobiłem dzisiaj sporo dobrego. Mam rację,
szefie?

                Mówił naturalnie o chłopaku i dziewczynie.

                Udałem, że się faktycznie nad tym zastanawiam.

                — Wiesz co, Ted?... — zacząłem tak, jak według mnie należało zacząć. Spietrany i przyparty do muru Howard stawał się bezużytecznym Howardem, a ja potrzebowałem go takim, jakim był jeszcze dwadzieścia minut temu.

                Potrzebowałem faceta, który ocaliwszy życie dwóch osób, gotów będzie ocalić trzy kolejne, albo — jak sobie wymarzyłem, i o co nawet obiecałem się modlić — osiem kolejnych osób.

                — Większość ludzi widzi w tobie — kontynuowałem — jedynie stetryczałego faceta, któremu wszystko zwisa i powiewa. Żyjesz, jak chcesz, myślisz to, co myślisz i pozornie wszystko jest O.K. Ale tylko pozornie, Ted. Wiem, że nieraz dostałeś od życia po łbie. Wiem o twojej chorej żonie, o chłopaku, który chleje na umór i który chlać już zapewne nie przestanie. Alkohol i narkotyki są plagą naszych czasów. Wiem o więzieniu i wiem też, że nic cię ono nie nauczyło. Wszyscy to wiedzą. Kłusowałeś kiedyś i kłusujesz teraz. Taką już mamy naturę, biją nas po łapach, a my wciąż te łapy wyciągamy, by znowu po nich dostać. Nie lubisz ludzi i ludzie cię nie lubią. A ja, Ted,  mam zamiar prosić cię, żebyś pokazał im, że się mylą. Nie, nie... Poczekaj i daj mi skończyć — uniosłem rękę, by nie dać mu dojść do słowa. Musiałem go nauczyć czytać samego siebie, aby później on, w zamian zechciał nauczyć mnie czegoś innego. W tej grze nie mogło być przegranych. Dlatego musiałem zrobić to jak najszybciej. — Mówię poważnie, Ted. Pozwól, żebyśmy mogli cię zapamiętać jako naprawdę przyzwoitego człowieka. Jeżeli nie chcesz tego zrobić dla siebie, to zrób to, chociaż dla mnie.

                — Co też pan, szefie... — mruknął, odsuwając się o krok. — Co?...

                — To nie jest zabawa, Ted — powiedziałem, patrząc mu w oczy. — Oni tam są i potrzebują naszej pomocy. Sami nie dadzą sobie rady.

                — Chris... — postanowił się wtrącić  Delaney.

                Chyba niewiele rozumiał z naszej rozmowy.

                — Poczekaj! — teraz z kolei jego powstrzymałem podobnym ruchem dłoni, jak wcześniej zrobiłem to z Howardem. — Nie wtrącaj się. Proszę. A najlepiej idź do środka i pomóż chłopakom przy dzieciakach, dopóki nie przyjedzie Mike. Jeżeli nie chcesz, to chociaż zostaw nas samych. Udaj na przykład, że idziesz sprawdzić poziom oleju w Land-Roverze lub zapal sobie gdzieś na boku papierosa. Obojętnie. Bylebyś tylko znikł na parę minut. Bardzo cię
o to proszę — powtórzyłem. — Mamy z Tedem do pogadania i najlepiej, jeżeli zrobimy to w cztery oczy.

                — Spoko — powiedział, choć czułem, że go zraniłem.

                Zraniony człowiek czasami jest równie nieobliczalny, jak zraniony bawół — potrafi biec przed siebie i tratować po drodze nawet własne młode. Właśnie tego chciałem uniknąć. Hank był moim kumplem, a kumpla nie zbywa się byle czym.

                — Po prostu zrób tak — gapiłem mu się w oczy tak długo, aż w końcu kiwnął głową, oblizał końcem języka sine wargi i znów kiwnął głową.

                Chłód wyostrzył mu rysy twarzy, tak bardzo, że nabrałem złych przeczuć.

                Nie odpuści...

                Ale odpuścił.

                — Będę w garażu. Wystarczy, że krzykniesz — powiedział w końcu i w tym samym ułamku sekundy przestał być zranionym bawołem, który biegnie przed siebie i sam nie wie, co tratuje. Nie był zadowolony, ale przynajmniej próbował coś z tym zrobić.
               Wiedziałem, że właśnie takim zapamiętam go na lata.

                Odszedł tym swoim nonszalanckim, chwiejnym krokiem, który kojarzył mi się zawsze z krokiem faceta mającego lekko w czubie.  Poczekałem, aż zamknie z rozmachem bramę garażu.

                Gdy to się stało, odwróciłem się twarzą do Teda.

                — Gdzie go zostawiłeś?

                — Kogo? — Ted najeżył się niczym faworyzowany przez wszystkich wnuk przyłapany na kradzieży chryzantem z ogródka swojej babki. — W co próbuje mnie pan wkręcić, szefie?

                Opuścił obie ręce i przez krótki — bardzo krótki — ułamek sekundy poczułem, jak przestrzeń między nami napełnia się elektrycznością. Gdyby nie zesztywniały od mrozu ortalion kurtki, pewnie miałbym niepowtarzalną okazję zobaczyć, jak od tej elektryczności stają mi włosy na przedramionach.

                Sądzę, że Ted miał ochotę znienacka zdzielić mnie bykiem, wskoczyć za kierownicę swojej ciężarówki i prysnąć stąd najdalej, jak się tylko da. Sadzę też, że w trakcie tej sekundy, gdy unosząca się między nami elektryczność szukała gwałtownie sposobu na wyładowanie, żałował gorąco swojej dobroci; żałował, że załadował tę dwójkę przemarzniętych dzieciaków na pakę i przywiózł ich do mnie.

                Musiało tak być. Musiał żałować, skoro zdobył się na wrogi gest wobec faceta, który wiedziony jedynie przeczuciem, próbował nakłonić go do zrobienia czegoś arcytrudnego: do mówienia prawdy.

                — W nic cię nie wkręcam — dla podkreślenia wagi swoich słów zdobyłem się nawet na żałosny element uniesienia obu rąk w górę, w kiczowatym, iście gangsterskim geście oznaczającym mniej więcej: „Spokojnie, frajerze. Nic ci stary nie zrobię. Przynajmniej do chwili, gdy któryś z moich cyngli nie wpakuje ci kulki między te twoje wstrętne ślepia... Ha, ha!...”. — Pytam tylko, gdzie zostawiłeś swojego kumpla, Glassera.

                Pif! Paf! Jesteś trup!

                Szeroka szczęka Teda bezwiednie opadła w dół. Tak bardzo, że miał spory problem ze złapaniem oddechu.

                Gdy w końcu jakoś się z tym uporał, dostrzegłem w jego spojrzeniu coś więcej, niż popłoch.

                Zdefiniowałem to szybciej, niż on zdążył trzy razy mrugnąć okiem — rezygnacja. Bez dwóch zdań.

                I tu cię mam, staruszku!

                Nie sądziłem, że nastąpi to tak szybko. Nastawiłem się raczej na długą walkę. Właśnie dlatego zmusiłem Hanka, żeby wbrew sobie, i chyba jednak troszeczkę wbrew mnie, zamknął się w cuchnącym ropą i olejem garażu.

                — Od kiedy pan wie? — spytał cichym, zmodulowanym na pokorny ton głosem.

                — Prawie od początku.

                Na placu przed strażnicą znów mocniej powiało. Ciemne chmury nadciągały coraz bliżej.

                Ted spojrzał na mnie uważnie. Wydało mi się, że dostrzegam w kącikach jego przekrwionych oczu łzy, ale chyba się pomyliłem. To zupełnie nie pasowało do takiego starego wyjadacza jak on. Może to tylko ten zimny wiatr powodował, że ulegałem takiemu złudzeniu.

                — Katana! —  roześmiał się w końcu i teraz już wyraźnie rozluźniony kilkakrotnie uderzył się dłonią po czole. —  Powinniśmy przewidzieć, że kto, jak kto, ale pan szefie wie, po co stwórca dał człowiekowi mózg i oczy, i potrafi z tego zrobić właściwy użytek. Ludzie nie bez powodu gadają, że łebski z pana gość. Niektórzy nawet uważają, że ma to związek z pana kolanem. Bóg ponoć celowo zrobił pana kuternogą, w dowód rekompensaty ładując pod czaszkę tyle mądrości, że starczyłoby jej na obdarowanie dwóch koszykarskich teamów. Sorry, za tego kuternogę  — pojednawczo uniósł się na czubki palców i chwilę później efektownie opadł na pięty, tak jakby dla pewności sprawdzał stan swoich stawów kolanowych. — Prosty ze mnie chłop, więc gadam głupoty — spojrzał smutno na moją nogę i zaraz o niej zapomniał. — O pożyczeniu swojej kurtki, Glasser początkowo nawet nie chciał słyszeć, ale przekonałem go, że gówniarze zamarzną, jeżeli ich czymś nie okryjemy. Mój bezrękawnik był do niczego, zakrywał im tylko czubki nosów. I wreszcie Glasser zgodził się, choć, przyznaję, z oporami. To, wbrew temu, co gadają, całkiem porządny facet. Znam go od wielu lat i proszę mi wierzyć, szefie, że naprawdę musiało mu zależeć na zdrowiu tych młodych. Nie słyszałem, żeby wcześniej pożyczył komuś nawet złamanego centa, a co dopiero mówić o jakimś swoim ciuchu. Cholera! Bez dwóch słów, katana! Mam rację?

                — Przeceniasz mnie, Ted — powiedziałem, obserwując jak wyrzucona moim oddechem kolejna mgiełka pary, rozmywa się błyskawicznie w mroźnym powietrzu. — Najpierw była krew i trochę sierści na pace. Zasypaliście je śniegiem, ale niedokładnie. Na pierwszy rzut oka młoda łania lub jelonek, mam rację? Pewnie zwierzak szamotał się, szukając ucieczki i drut wnyka zdarł skórę, stąd tych kilka krwawych plam. Pamiętaj Ted, jeżeli robisz coś, z czym później mogą być problemy, staraj się to zrobić tak, jak należy — nieoczekiwanie dla siebie przeszedłem na akademicki, mentorski ton. Za kuternogę mogłem mu tak gadać godzinami. — Lepiej czasami zmarnować kilka minut, gdy w perspektywie ma się stratę kilku lat. Chcieliście pewnie upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, co w sumie, zważywszy na zbliżającą się śnieżycę, wcale nie było pozbawione sensu. O katanie pomyślałem dużo później.

                —  Mówiłem, że wrócimy tam po odwiezieniu ich do pana, ale ten dureń uparł się, żeby załatwić to za jednym zamachem! Ciemniak, zawsze uważał, że wszystko wie najlepiej — irytacja Teda była naturalna i żałośnie szczera, ale mnie wcale nie było do
śmiechu.

                Mijał czas, upływała minuta za minutą, a ja wciąż tkwiłem w tym samym miejscu, co przed odejściem Hanka do garażu.

                Zaczynało mnie to irytować.

                Howard dostrzegł zmianę w moim zachowaniu, odkaszlnął na zgodę i postanowił, że opowie mi wszystko jak na spowiedzi.

                Nie umiał opowiadać, ale jego chropowate, proste słowa pozwoliły mi chyba na w miarę wierne odtworzenie, klatka po klatce, zdarzeń, które miały miejsce tego ranka, w mroźnej, zawianej śniegiem prawie do kolan, leśnej głuszy.

                Sidła zastawili dwa dni wcześniej, szarym świtem, zgodnie z ułożoną przez samych siebie przeklono-regułą, że „ten, kto długo śpi, gówno ma”.

                Jak Boga kocham, panie Sweeney, staraliśmy się to zawsze robić po cichu, na paluszkach, by przypadkiem nikomu niepotrzebnie nie wejść w paradę!

                Jeszcze tego samego dnia wieczorem przyszło ochłodzenie i spadł śnieg, więc ustalili, że sprawdzą wnyki dopiero dzisiaj. Tradycyjnie spotkali się pół mili za miastem, obok sterty zleżałej słomy, którą Eric Shiver, pięć lub sześć lat wcześniej sprasował w wielkie bele, ułożył w idealną pryzmę i o której prawie tego samego dnia zapomniał. Były to złe czasy dla okolicznych farmerów, zresztą, jak się dobrze nad tym zastanowić, to żadne czasy nie były dla nich dobre. Ludzie plajtowali lub szukali sobie bardziej czystego i dającego większy dochód zajęcia.

                Podobnie rzecz się miała z Shiverem. Wyjechał z całą rodziną na północ, aż pod kanadyjską granicę, gdzie znalazł zatrudnienie w jakiejś kampanii przewozowej, albo jak chcieli inni, lepiej zorientowani — na kolei. Nieistotne. Grunt, że po Ericu Shiverze pozostała wielka, poczerniała sterta słomy, za którą Glasser, z daleka od zawistnych spojrzeń, mógł sobie spokojnie czekać na półciężarówkę Teda.

                Gdy Ted nadjechał, Glasser wyszedł z ukrycia, wskoczył do nagrzanej kabiny i zacierając zesztywniałe z chłodu dłonie, kiwnął głową, że mogą jechać. Było jeszcze kompletnie ciemno. Do wschodu słońca brakowało półtorej godziny. Świeży śnieg zmusił ich do pozostawienia półciężarówki na opustoszałym, ogrodzonym drewnianymi żerdziami parkingu przy strumieniu, dobrych kilka mil od miejsca, gdzie zastawili sidła. Nie mieli łańcuchów na oponach, więc bez sensu było pchać się dalej w las. Zgodnie uznali, że resztę drogi pokonają pieszo. Po co bez potrzeby kusić los?

                Zanim jednak wyruszyli na przeszukanie wnyków pod tylną oś półciężarówki, podłożyli podpory (Jak to się mówi, szefie?...
„Przezorny zawsze ubezpieczony...”)
i unieśli na lewarku lewą stronę paki. Następnie poluzowali przerdzewiałe śruby na feldze (Ted schował je tam, gdzie zwykle, to znaczy pod siedzeniem kierowcy) i dla pełnego kamuflażu ściągnęli jeszcze zapasową felgę z paki.

                — Każdy może w końcu złapać kapcia lub zgubić gdzieś w śniegu śrubę od felgi... No nie? — Normalny kit, sprzedawany na kilogramy takim frajerom z błyszczącą odznaką, jak ja.

                Potem ruszyli między drzewa, prosto w twardy, zmrożony, sięgający do połowy łydek śnieg. Właśnie między tymi drzewami zobaczyli, jak mrok powoli ustępuje miejsca chłodnej szarówce świtu.

                Pierwsze trzy wnyki były puste. Dostrzegli, co prawda, sporo świeżych tropów zwierzyny, ale wszystko zdawało się wskazywać na to, że jedynie nachodzą się jak głupi i zamiast paru funtów dziczyzny nabawią się najwyżej solidnego kataru.

                Szli jednak dalej.

                Słuchając opowieści Teda, prawie ich widziałem: Ted idzie pierwszy, Glasser dokładnie dwa metry za nim. Idą z bronią niedbale przerzuconą przez ramiona, ale zawsze gotową do strzału, i z tymi nie do końca zdefiniowanymi półuśmiechami na ustach, które na swój prywatny użytek nazwałem „wilczym zezem tubylców”. Wchodzą między zbite gęsto pnie starych jodeł porastających południowy stok i po pół godziny, no — może po czterdziestu minutach, bo ani Glasser, ani Ted nie należą przecież do młodzieniaszków ­— docierają do pierwszego zwężenia jaru. Tam zamieniają się miejscami. Teraz prowadzi Glasser. Zawsze tak chodzili, najpierw prowadził jeden, potem drugi, zmieniali się regularnie co dwie mile — Rutyna... — tak twierdził Ted, a ja nie miałem żadnych podstaw, by mu nie wierzyć.

                Czwarty wnyk Ted i Glasser założyli na samym końcu południowego stoku wzniesienia sąsiadującego bezpośrednio ze Skałą Myśliciela, w ledwo widocznym, wąskim na kilka metrów prześwicie pomiędzy pniami wielkich jodeł.

                Zanim do niego doszli, wiedzieli już, że coś mają.

                — Przeczucie, panie Sweeney... I proszę, do licha, nie prosić, abym to panu dokładniej wyjaśnił! Wiedzieliśmy. I tyle.

                Młody, najwyżej roczny jelonek wisiał kilkanaście centymetrów  nad zrytym racicami śniegiem.

                Żył jeszcze, ale twardy drut wnyka tak niefortunnie okręcił mu się wokół szyi, że pozbawione powietrza zwierzę konało w męczarniach.

                — Pierwszy zauważył ich Glasser — Ted wyglądał już na zmęczonego swoją opowieścią. A może nawet na lekko przestraszonego. Przyspieszył tempo wyrzucania z siebie słów. Mówił teraz krótkimi, pełnymi ekspresji zdaniami. — Stali pod drzewem, jakieś pięć metrów od nas i gapili się w milczeniu na zdychającego zwierzaka. Tak jakby uczestniczyli w jakimś pieprzonym pokazie... Albo oglądali retransmisję egzekucji Husajna... Gdy podeszliśmy do nich i zapytaliśmy, co tu robią i kim są, chłopak bez słowa zbliżył się do jelonka i gołymi rękami ukręcił mu łeb. Po prostu. Trach i po sprawie! Niejedno już w życiu widziałem, ale wtedy naprawdę czułem, jak serce ze strachu ucieka mi aż w pięty — przyznał. Przez parę sekund wahał się, czy powiedzieć mi o jeszcze jednym szczególe. Sporo go to chyba kosztowało, ale powiedział. —
A potem posłyszałem jeszcze te cholerne psy.                           

  

6

 

                Było dokładnie tak, jak mówił Ted.

                Glasser siedział w krzakach, tuż za zjazdem z dwupasmówki, ze strzelbą na kolanach i martwym jeleniem u stóp. Niewiele to zresztą miało wspólnego z siedzeniem — już po chwili zaczął chodzić, potem truchtać i podskakiwać. Im dłużej to robił, im wyżej skakał, odczuwał coraz większy chłód. Przemarzł do tego stopnia, że kiedy otworzyłem drzwi Land-Rovera i wpuściłem go do środka, przez parę pierwszych minut nie był w stanie wykrztusić z siebie nawet słowa. Szczękał tylko zębiskami i, aby przywrócić krążenie,
energicznie tarł ramiona.

                Sądzę, że o tej nieszczęsnej godzinie spędzonej w samotności, w szczerym polu, na coraz większym wietrze i mrozie, z czasem by jakoś zapomniał. W końcu nie o takich rzeczach człowiek zapomina. Zirytowała go dopiero moja decyzja o pozostawieniu w rowie przy szosie paru funtów sarniny, a jeszcze bardziej zarekwirowanie jego wysłużonej dwururki.

                — Taaak się nie rooobi, szeeefie!

                Siedział więc na tylnym siedzeniu Land-Rovera brzydki jak mokra wrona, szczękał zębami i milczał.

                Nam też nie kleiła się rozmowa. Każdy zajęty był swoimi
myślami (ja myślałem o Kylie)  i analizowaniem tego, co już się wydarzyło, a także tym, co jeszcze tego dnia może się wydarzyć.

                Minęła dopiero dziesiąta.

                Do nocy pozostawał szmat czasu, a szmat czasu niekiedyoznacza dłużej niż wieczność.

                — Teraz w prawo — Ted wczuł się już w rolę przewodnika, bo udzielał Hankowi krótkich, ale bardzo trafnych wskazówek, którędy mamy jechać. — Stań za tą ułamaną gałęzią. Dobra.... Stop! A teraz, szanowna wycieczko, wysiadka. Resztę drogi musimy niestety przebyć pieszo.

                — Nigdzie nie pójdę — zaprotestował natychmiast Glasser. — Może mi pan przystawić lufę swojego pistolecika do łba, a ja i tak nie ruszę się stąd nawet o krok — ostrzegł i widać było, że mówi poważnie.

                — Nikt tego od ciebie nie oczekuje — uspokoiłem go, unikając na wszelki wypadek uśmiechu, który mógł to wszystko jeszcze bardziej skomplikować. Glasser wyglądał na kogoś, kto przeszedł już swoje i ma dosyć. Całkowicie i bezdyskusyjnie. — Ktoś i tak musi zostać przy samochodzie i radiu. Gliniarze z miasta obiecali, że zjawią się tutaj najpóźniej za godzinę. Jeżeli przyjadą, pokaż im tylko którędy poszliśmy, i możesz tu sobie siedzieć w ciepełku aż do naszego powrotu. Gra?

                — Wolałbym raczej siedzieć przy butelce czegoś mocniejszego lub, w ostateczności, przy mojej starej — machnął zrezygnowany dłonią, choć widziałem, że przyjął moje słowa z wyraźną ulgą, a może nawet z wdzięcznością.

                Nawet ludzie z lasu wiedzą widocznie, co to wdzięczność.

                Wszyscy, z wyjątkiem Warrena Hudsona.

                — Każdy by wolał. Na razie jednak Hank pokaże ci, jak działa nasze radio — spojrzałem pytająco na Hanka, który wymownie zatrzepotał rzęsami, udając, że o niczym innym w tej chwili nie marzył. — W razie czego będziemy w kontakcie. Aha... W termosie masz ciepłą kawę, a w schowku leżą kanapki. Ted­?

                — Tak, szefie?

                — Swoją flintę zostawiłeś pewnie w ciężarówce? — Wahałem się jeszcze przez sekundę, nieświadomie trąc policzek. — Weźmiesz więc strzelbę Glassera. Nie chcę, tylko żebyś machał mi lufą przed nosem — zastrzegłem poważnie. — I na wszelki wypadek schowaj ją gdzieś, jak przyjadą gliniarze. Arnspiger wygląda na bardzo nerwowego faceta.

                Sądząc po złośliwym błysku w oku, doskonale wiedział, o czym mówię. W milczeniu zacisnął usta, rozejrzał się po zasypanym śniegiem lesie i przypomniał sobie, jak w więziennej celi tęskni się za takimi widokami. Potem nabrał głęboko w płuca zimnego powietrza i splunął sobie pod nogi.

                Nie miałem złudzeń.

                Ten człowiek nienawidził gliniarzy.

                — Psy szybko się uczą, panie Sweeney — powiedział bardzo cicho, po czym wymierzył do mnie ze wskazującego palca. Drgnął, imitując wystrzał i elegancko zdmuchnął z końca brudnego
paznokcia niewidoczny dym. — Nie dam im jednak wystarczająco dużo czasu, by zdążyły któremuś z nas dobrać się do dupy. Ma pan na to moje słowo.

                I tak naprawdę dopiero wtedy zrozumiałem, jak bardzo jestem zdenerwowany.

 

7

 

 

                Szczytami jodeł szedł szum.

                Właśnie po tym poznałem, że wzmógł się wiatr. Powietrze było sprężyste i ostre. Aż piekło w krtani i w płucach.     

                Szliśmy gęsiego, starając się stawiać stopę w dziurę w śniegu, pozostawioną przez poprzednika (moje kolano protestowało jak cholera).

                Prowadził Ted.  Jego świszczący, coraz krótszy oddech, podpowiadał, że stary zaczyna odczuwać zmęczenie.

                Stanął przy pniu wielkiej jodły i odbite od czystego śniegu
światło zatańczyło mu na twarzy.

                Stanąłem tuż za nim.

                Hank przełożył pas karabinu na drugie ramię i pozwolił sobie na ciche przekleństwo. Wskazującym palcem zaczął wydłubywać śnieg zza cholew butów. Pewnie żałował, że nie został z resztą chłopaków w strażnicy.

                — Jesteśmy — powiedział szeptem Ted.

                Odwrócił się do mnie profilem. Policzki płonęły mu żywą czerwienią. Nie chciał albo bał się więcej mówić, bo tylko uniósł prawą rękę i pokazał mi kierunek.

                Teraz ja odwróciłem się i dotknąłem ramienia Hanka.

                Spojrzał na mnie zaskoczony. Między jego siwiejącymi brwiami tkwiła idealnie okrągła kropla potu, która nagle znalazła jakąś nierówność w skórze i stoczyła się dokładnie w sam kącik oka. Starł ją nieświadomym ruchem.

                Nabrał w płuca trochę powietrza i prawie w tym samym momencie zrezygnował z wydechu. Stał tak, zapatrzony w śnieg i las przed nami.

                Nie wiem, jak dalece było to zamierzone, ale Ted ustawił nas w miejscu, z którego widzieliśmy wszystko jak na dłoni.

                Wielkie jodły, jakby ktoś specjalnie rozsunął je na boki, głęboko wczepione korzeniami w ziemię, pozostawiły szeroki prześwit. Właśnie w nim dostrzegliśmy wydeptany stopami Teda i Glassera plac ciemniejszego śniegu, z odcinającą się wyraźnie jaskrawą
plamą krwi.

                Tam najprawdopodobniej skonał schwytany w druciany wnyk jeleń.

                Obserwując pozostawione na śniegu tropy, starałem się jednocześnie porównać to, co widziałem, z opowieścią starego Howarda.

                Zgadzało mi się niemalże wszystko.

                Nie potrafiłem jedynie jeszcze dostrzec tropów psów.

                — Stamtąd przyszli? — Postanowiłem, że wrócę do tego później.

                W tej chwili ważniejsi od tajemniczych psów Teda, byli chłopak i dziewczyna, a raczej to, skąd się tutaj wzięli.

                Zdziwiło mnie, że wciąż mówię i myślę o nich bezosobowo. I Lennie i Dennis mieli przecież imiona.

                — Pewnie tak — mruknął Ted.

                Dalej mówił szeptem, co irytowało mnie prawie tak samo mocno, jak milczenie Hanka.

                Hank jako pierwszy doszedł do wniosku, że takie bierne stanie w lesie i gapienie się na ślady na niewiele się zdadzą.

                Brnąc w głębokim śniegu, wyminął mnie i Teda, i wszedł na wydeptany plac przy plamie krwi.

                Doszedł aż do pnia, skąd najprawdopodobniej Lennie i Dennis z takim zainteresowaniem obserwowali śmierć złapanego we wnyki jelenia.

                Tam stanął.

                Odciśnięte wyraźnie w śniegu ślady czterech stóp prowadziły dalej w las. Ginęły dopiero za kolejnym wzniesieniem.

                — Nie próbowaliście tego nawet sprawdzić? — spytał.

                — A może powiesz pan jeszcze, kiedy mieliśmy to zrobić? — oburzył się Ted. — Po fakcie każdy może zgrywać eksperta. Co innego, jak człowiek stanie z czymś takim twarzą w twarz. Nie to, żebym był strachliwy!... — zastrzegł szybko. — Ale jak człowiek spotka w samym środku zimy, w lesie, dwójkę półnagich, głuchoniemych dzieciaków, z których jedno ukręca jak gdyby nigdy nic gołymi rękami łeb jeleniowi, to odechciewa mu się zabawy w detektywa. Nie, nie próbowaliśmy tego sprawdzić — odważnie spojrzał Hankowi w twarz. — Powiem więcej: nawet nam nie styknęło, żeby to zrobić.

                Nie patrząc na nich, pokiwałem głową.

                W słowach Teda było tyle racji, że nagle zawstydziłem się własnych myśli. Podobnie jak Hank karciłem ich za coś, o czym sam nie miałem zielonego pojęcia. Gdy jeszcze w strażnicy wtajemniczałem resztę chłopaków w zasłyszaną od Teda opowieść, do wielu jego słów odnosiłem się z wielkim dystansem.

                Jeżeli mogę pozwolić sobie na całkowitą szczerość, to sądziłem, że stary koloryzuje i na siłę próbuje uczynić z siebie, i ze swojego kumpla bohaterów.

                Zapomniałem tylko, że aby zostać bohaterem, wcale nie trzeba umieć ładnie mówić. Wystarczy mówić prawdę. A wszystko zdawało się wskazywać na to, że Ted mówi prawdę.

                Łatwo jest łudzić się swoją nieomylnością.

                — Nie zrobili tego wcześniej, więc my zrobimy to teraz — zadecydowałem. — Dosyć tych słownych przepychanek.

                — Próbowałem tylko... — jęknął Hank.

                — Wiem, co próbowałeś — uciąłem.

                W spojrzeniu Hanka wciąż było to coś, ale widziałem, jak stopniowo przycicha i przygasa. Facet, który naprawdę był moim przyjacielem, doszedł widocznie do wniosku, że nie warto poświęcać tego sporego czegoś, co było między nami, na takie słowne byle co. Męska przyjaźń też czasami boli.

                Radioodbiornik, który miałem wetknięty w uprząż na ramieniu, odezwał się piskliwie.

                Drgnąłem.

                — Tak?

                — To pan, panie Sweeney? — rozpoznałem zniekształcony membraną głos Glassera.

                — Ja. Stało się coś?

                — No, bo właśnie... Jest tu szeryf Arnspiger z paroma jeszcze policjantami. Wyładowują właśnie skutery. Pewnie będzie lepiej, jeżeli porozmawiacie ze sobą. To znaczy, tak sobie pomyślałem...

                —  Dobrze, Glasser. Daj mi w takim razie szeryfa.

                —  Pomyślałem też...

                —  Glasser! — Z trudem pohamowałem irytację. — Oddaj po prostu mikrofon szeryfowi i po sprawie. O.K.?

                —  W takim razie oddaję, panie Sweeney.

                Coś trzasnęło i przez chwilę słyszałem jedynie drażniący słuch szum, który potęgował się i opadał, zupełnie jakby ktoś bawił się spłuczką w klozecie.

                — Witam, Chris — powiedział Arnspiger. — Trochę to trwało, ale w końcu dojechaliśmy — westchnął, najwidoczniej starając się coś ukryć lub najzwyczajniej w świecie był zmęczony. —  Twój przyjaciel twierdzi, że mamy jechać po waszych śladach?

                —  Glasser nie jest moim przyjacielem — odpowiedziałem. —  Chociaż faktycznie prosiłem, żeby pokierował was naszym tropem. Na śniegu widać to wyraźnie. Ilu masz ludzi?

                — Niestety tylko dwóch.  Mamy dziś w mieście trochę rozgardiaszu z psiakami, a Couburna wysłałem z doktorem Petersonem do twojej strażnicy. Może w międzyczasie wyciągnie coś od chłopaka i dziewczyny.

                — Wątpię. Odkąd Ted przywiózł ich do nas ani jedno, ani drugie nie powiedziało nawet słowa. Przynajmniej tak było, zanim wyjechaliśmy. Wspomniałeś coś o problemach z psami?

                Nie wiadomo kiedy poczułem, jak sztywnieją mi nieprzyjemnie mięśnie karku. Nie sądziłem, że moje ciało stać jeszcze na takie emocje.

                — Głupota, ale niestety z takich właśnie głupot składa się nasze policyjne życie.

                — Możesz to sprecyzować?

                Sztywność w karku nie miała zamiaru ustąpić. Pokonując ból, wolno przełożyłem radioodbiornik do drugiej ręki.

                — Paru psom znudziła się łańcuchowa egzystencja i postanowiły spróbować, jak smakuje ręka, która je karmi. Dlaczego cię to interesuje?

                — Pogryzły kogoś?

                — To też, ale głównie chodzi o to, że psiakom odbiło. Moi zastępcy twierdzą, że w życiu nie byli świadkami czegoś podobnego. Pół miasta szczeka, skomli, skowyczy i usiłuje przegryźć smycze. Nie pytasz bez powodu, mam rację?

                — Masz — przytaknąłem, starając się, by zabrzmiało to normalnie i lakonicznie.

                Ted i Hank przyglądali mi się z uwagą. Usłyszeli wystarczająco dużo, by patrzeć na mnie tak, jak patrzyli.

                —  Powiesz mi, o co chodzi? — nacisnął Arnspiger.

                W tle usłyszałem motor uruchamianego quada. Widocznie szeryf nakazał swoim ludziom rozgrzanie silników.

                —  Powiem, jak nas dogonicie — obiecałem. — Proszę tylko o jedno, postarajcie się zrobić to w miarę szybko.

                —  Masz to u mnie — powiedział. — Bez odbioru.

                —  Bez odbioru — powtórzyłem.

                A jednak upłynęła co najmniej minuta, zanim wyłączyłem radio, najdłuższa minuta w moim, cholernie ostatnio skomplikowanym, życiu.

                W tym czasie Hank i Ted zdążyli już ściągnąć swoje strzelby z ramion, załadować je na ostro i stanąć w tych dziwnych, kojarzących mi się z bólem brzucha, pozach.

                Tylko oni wiedzieli, co to miało oznaczać.

                —  Mówiłem panu, że tu były — powiedział cicho Ted.

                Przytaknąłem mu głową.

                Stanąłem mocniej na swoim chorym kolanie i czekałem, aż znów się pojawią.    

               

8

 

                Moja była żona wyjaśniła mi kiedyś, że istnieją, tak naprawdę, dwa sposoby na szczęście — trzeba zjeść tabliczkę czekolady lub trzymając za rękę ukochaną osobę, zobaczyć w jej oczach wschód słońca. Poparła to naturalnie naukowym wywodem i wspomniała coś o wyzwalanych przy takich okazjach endorfinach, czyli o — według niej oczywiście, nieobecnych zupełnie w naszym związku — hormonach szczęścia.

                Sądzę, że właśnie wtedy, gdy staliśmy tak we trzech w tym wielkim, zasypanym śniegiem lesie i czekaliśmy na sforę oszalałych psów, zrozumiałem, co Catherine próbowała mi powiedzieć.

                Nasz związek był pusty i pozbawiony emocji. Staliśmy obok siebie i baliśmy się dotknąć. Po prostu. A te cholerne endorfiny, zamiast tabliczki czekolady i odrobiny seksu, chciały, abyśmy naładowali nasze krwiobiegi odpowiednią porcją adrenaliny. Dacie wiarę?...

                Weszliśmy już jakieś trzydzieści metrów w las, idąc dokładnie szlakiem wytyczonym przez widoczne w głębokim śniegu ślady stóp Lennie i Dennisa, gdy Hank zatrzymał się nagle i powiedział:

                — Poczekajcie sekundę.

                Cofnął się biegiem kilkanaście metrów. Chwycił sztucer za lufę i drewnianą kolbę wsadził w śnieg. Narysował wielką strzałę, grotem skierowaną w naszym kierunku.

                Dla pewności poprawił ją jeszcze raz.

                — Przynajmniej nie będą stali i dumali — wyjaśnił.

                Był nienaturalnie blady, ale sprawiał wrażenie faceta, który wie, co robi.

                — Chytrze —  pochwalił Ted. — Też byłem skautem.

                Hank zignorował zaczepkę.

                Patrzył z uwagą, jak ściągam z ramienia sztucer. Ja z kolei patrzyłem na śnieg przy kępie krzaków, sześć lub siedem metrów od nas. Odruchowo załadowałem nabój do komory. W sekundę później to samo zrobili Hank i Ted.

                Nagle wokół nas zrobiło się bardzo cicho.

                Chyba usłyszałem, jak echo niesie dźwięk silników quadów. Wolne od naporu wiatru szczyty jodeł wyprostowały się majestatycznie, a potem wszystko wróciło do normy.

                Gwałtowny podmuch strącił nam na głowy trochę igliwia i śnieżnego pyłu.

                — Lazły tak za nami aż do samego parkingu — powiedział Ted. — Chowały się po krzakach, unikały otwartej przestrzeni, ale wciąż były o krok. Miałem wrażenie, że na coś czekają.

                —  Były agresywne? —  zainteresował się Hank.

                Patrząc na pozostawione w śniegu ślady psich łap, znów czułem, jak coś ściska mi krtań, utrudniając oddychanie. Nie chciałem okazywać zdenerwowania, ale chyba okazywałem, bo Hank przyglądał mi się z uwagą.

                „Czyżbyś zapomniał mi o czymś powiedzieć, stary?...” —  Zdawał się pytać jego wzrok.

                Nie mylił się. Kiedy na strażnicy przygotowywałem się do wyjazdu i relacjonowałem chłopakom treść swojej rozmowy z Tedem, istotnie parę rzeczy postanowiłem pominąć. I wcale nie dlatego, że uznałem je za mało istotne lub godne przemilczenia. Zrobiłem to z rozmysłem, obawiając się, że poznanie całej prawdy odbierze im poczucie pewności i pozbawi tego, czego najbardziej teraz od nich oczekiwałem — racjonalizmu.

                — Zaatakowały nas dopiero, jak zapakowaliśmy dziewczynę i chłopaka na pakę ciężarówki, i zabraliśmy się za przykręcanie tej nieszczęsnej felgi. — Widać było, że Ted niechętnie wraca do wspomnień, bo mówiąc te słowa, tak mocno ścisnął strzelbę, że aż pobielały mu palce. — Glasser musiał nawet jednego kundla zastrzelić. Inaczej pewnie nigdy nie opędzilibyśmy się od nich. Strzał je przepłoszył, ale wciąż były w pobliżu. Szczerzyły kły i starały się dobrać nam do dupy. Gdy w końcu uporaliśmy się z felgą biegły za ciężarówką i wyły, zupełnie jakby nie chciały oddać nam dzieciaków. Zgubiliśmy je dopiero po mili albo dwóch.

                — Nie zgubiliście ich. — Uznałem, że najwyższa pora by otworzyć im oczy i zmyć mydliny. — Przybiegły za wami aż do strażnicy. Gdy wyjeżdżaliśmy, widziałem je przy szopie z drewnem. I coś mi mówi, że do wieczora będzie ich jeszcze więcej — dokończyłem zły na siebie i na cały świat.

                Nie uwierzycie, ale gdy to powiedziałem, poczułem w ustach mocny smak mlecznej czekolady.

                Przemknął mi po wargach i osadził się na zębach.

 

                Tak, kochanie... Poproszę o jeszcze jedną kostkę.

 

                Starłem go końcem języka i przełknąłem ślinę.

                Hormony szczęścia zlatywały się ze wszystkich stron.

               

 

                Arnspiger i jego dwaj zastępcy dogonili nas, gdy dochodziliśmy do Jaru Burta, wąskiej, wypłukanej przez wodę dziury w glinianym zboczu, półtorej mili za Skałą Myśliciela, której owalny szczyt prześwitywał czasami między koronami targanych przez wiatr jodeł, i który służył nam jako prowizoryczny drogowskaz.

                Śnieg nachodził falami, ale na szczęście opady były niewielkie (wkrótce miało to ulec zmianie) i wbrew moim wcześniejszym obawom, nie zdołały zatrzeć śladów chłopaka i dziewczyny.

                W marszu Dennisa i Lennie nie było logiki. Nie kierował nimi żaden cel, przynajmniej ja nie potrafiłem go jeszcze określić. Kluczyli, często zmieniając kierunek, a czasami zdarzało im się nawet wrócić do miejsc, w których już wcześniej byli. Miałem wrażenie, że po prostu ta dwójka przestraszonych, zdrętwiałych z zimna dzieciaków szła przed siebie tylko po to, by nie stać w miejscu. Szli, szukając w marszu odrobiny ciepła. I chyba przez cały czas obejmowali się czule lub przynajmniej
trzymali za ręce. Jest w tym romantyzm, zgodzicie się chyba ze mną?...

            Quady zatrzymały się z efektownym poślizgiem. Żałowałem, że w przeciwieństwie do szeryfa sam nie zdecydowałem się na ich użycie. W naszym garażu stały przecież bezużytecznie trzy takie bestie, a my biegaliśmy po lesie, nabierając śniegu w buty.  Obiecałem sobie, że przy najbliższej sposobności skontaktuję się z McClanahanem i zdopinguję go, aby załadował je na przyczepę i przywiózł do nas.

                Arnspiger ściągnął rękawice i uścisnęliśmy sobie mocno dłonie.

                — Dobrze wam poszło. Nie sądziłem, że dojdziecie tak daleko.

                — Akurat w tej kwestii mam trochę inne zdanie — zademonstrowałem marionetkowe opadanie ramion.

                — Kolano? — domyślił się.

                — Sądziłem, że utknę po mili, ale wciąż idę. Nie wiem tylko dokąd i nie bardzo mi się to podoba.

                Patrzył mi głęboko w oczy i kiwnął głową.

                — Teraz będzie łatwiej — mówił o quadach.

                — Pewnie tak, ale problem wciąż pozostaje problemem. Jest nas sześciu. Czyli dla dwóch brakuje miejsca. Jak myślisz, może powinienem poprosić McClanahana, by podrzucił tu jeszcze nasz sprzęt?

                — To potrwa, a zresztą ściągnąłem już pomoc. — Rozejrzał się po lesie i strzepnął śnieg z nogawek. — Jadą do nas chłopaki z sąsiednich posterunków. Z tego, co ostatnio meldowali, dojeżdżają pewnie do miasta. Najwyżej niech McClanahan przywiezie psy. Śnieg może zatrzeć ślady. Skąd oni się tutaj wzięli, Chris? —
Chyba świadomie zwlekał z tym pytaniem, bo zadając je, wyglądał na skrępowanego.

                Być może sądził, że spytam go dokładnie o to samo, albo, że po prostu spytam o to pierwszy i postanowił mnie ubiec.

                — Sporo o tym myślałem i nie wiem. Nic tu nie pasuje — przyznałem. — Chyba producent zapomniał wrzucić do tego pudełka puzzli parę elementów. Wada fabryczna. Siedzisz więc przed tą kolorową układanką godzinami, klniesz, a na obrazku i tak brakuje motylka, kwiatka lub innej dupereli. I jak wytłumaczyć to dziecku, które beczy i tupie z wściekłości nogami, że to naprawdę nie jest twoja wina?

                — Przesadzasz — powiedział Arnspiger.

                — Tak myślisz?... To chodź — chwyciłem go za ramię i odciągnąłem na bok, z dala od reszty i na tyle blisko psich tropów, żeby poczuł ich zapach. — Widzisz?... Ted mówi, że było ich sześć. Nieduże, najprawdopodobniej zwykłe podwórkowe kundle, ale lazły za dzieciakami cały czas i próbowały atakować tych, którzy się do nich zbliżyli. Są teraz przy strażnicy. Widziałem je na własne oczy. Cholera wie, czego chcą i cholera wie, dlaczego to robią. To brakujący motylek w naszej układance... A teraz kwiatek — pół roku temu pięcioro dzieciaków wychodzi sobie na pieszą włóczęgę po turystycznym szlaku. Wychodzą i przepadają bez śladu. Szukamy ich tygodniami i nic. Aż tu ni z tego, ni z owego, dwóch gości, którzy postanowili sobie dla zabicia czasu pokłusować, znajduje ich w lesie. Ubranych jak na majówkę, a przypominam — jest środek cholernie mroźnej i śnieżnej zimy. Nie idzie się z nimi dogadać. To cud, że w ogóle przeżyli. Skąd się wzięli? Gdzie byli przez te wszystkie miesiące? Co jedli, gdzie spali, dlaczego stracili nagle ochotę na rozmowę?... Czarna dziura. Kompletne nic. Kwiatka jak nie było, tak nie ma. Z innych dupereli wymienię tylko wariację psów w mieście — sam mówiłeś — i brak pozostałej trójki zaginionych. Może gdzieś są i oni, ale gdzie?... A pozostali, którzy zaginęli? Czy i oni wrócili? Ile naprawdę osób szukamy w tym lesie? Nic, tylko pytania i pytania. A ty mi mówisz, że przesadzam!...

                — Źle się wyraziłem — stwierdził ostrożnie. — Przystopuj. Ja naprawdę nie jestem twoim wrogiem, Chris.

                — A wiesz może, kto nim jest? 

                Musiałem to powiedzieć, a gdy to już się stało i kiedy nie mogłem tego w żaden sposób cofnąć, pożałowałem, że w porę nie ugryzłem się w język.

                — Wiem mniej niż ty. Dlatego proszę o pomoc.

                — Prosisz o pomoc?

                — Zaginięcie dziesięciu osób w ciągu trzech miesięcy to poważna sprawa. Tak jak każdego gliniarza, obowiązuje mnie pewna procedura.

                Od szczytów jodeł zszedł zimny podmuch wiatru, który według prognostyków już niebawem miał napędzić nam na głowy zawieje i śnieżyce. Razem z nim przyszła do mnie pewna myśl i poczułem, jak głowę wypełnia mi szum wielu słów i obrazów.

                — Co się dzieje? — spytałem wprost.

                — Góra zadecydowała, że przyślą nam tu kogoś do pomocy. Roach przyleci jutro. Najdalej pojutrze. Traktują to priorytetowo. Powiedział, że przy okazji będzie mógł zabrać Vicy. Ponoć,
Catherine ustali to z tobą jeszcze dziś wieczorem.

                —  Cholera! Wiedziałeś o tym od dawna, prawda? Może nawet od samego początku? Zwierzała ci się?...

                Chryste panie!!!

                Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy i guzik nam z tego przychodziło.

                Mogliśmy tak stać godzinami.

                — Chyba że nastąpi załamanie pogody i zamkną lotniska — powiedziałem, kiedy znudziło mi się już milczenie.

                — Chyba że nastąpi załamanie pogody i zamkną lotniska — zgodził się Arnspiger. — Ale akurat na to żaden z nas nie ma najmniejszego wpływu. Bierzmy się zatem do roboty. Zgoda?

                —  Pewnie, że ci się zwierzała!

                Nie zważając na ból kolana, odwróciłem się po prostu na pięcie i wróciłem do quadów.

                — Na skuterach zmieści się zaledwie czterech. Ktoś musi zostać i poczekać aż przyjadą następni. Może to potrwać nawet godzinę. Losujemy, czy są chętni?

                — Zostaję z Tedem — zadeklarował Hank, choć po wyrazie jego twarzy widać było, że robi to bez entuzjazmu.

                — Czyli ustalone — stwierdziłem.

                Spojrzałem na utrwalony w twardym śniegu szlak stóp chłopaka i dziewczyny. Ciągnął się wyraźnie między drzewami i nie wiadomo dokąd prowadził.

                — Co jest na końcu twoich śladów, Lenni?... — spytałem, a potem zrozumiałem, że nikt mi nie odpowie na tak postawione pytanie; zrozumiałem, że ja i ta piękna dziewczyna jesteśmy jak dwa samotne archipelagi, które oddziela od siebie masa cholernie zimnej wody.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Gaston Bachelard · dnia 07.01.2018 02:13 · Czytań: 150 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 8
Inne artykuły tego autora:
Komentarze
Darcon dnia 07.01.2018 02:40
Na początek o formatowaniu. Szkoda, że nie dopasowałeś go do strony. Czytanie jest trochę utrudnione. Co do samego tekstu, najpierw trochę o faktach (z opowiadania). Z jednej strony piszesz:
Cytat:
Zni­ka­li, a my — wspól­nie z po­li­cją, miej­sco­wy­mi, a nawet po ostat­nich za­gi­nię­ciach z gwar­dią na­ro­do­wą — szu­ka­li­śmy ich ty­go­dnia­mi.
By po chwili dodać:
Cytat:
Lo­kal­ne ga­ze­ty za­czę­ły nawet do­pa­try­wać się w tych wy­da­rze­niach ja­kichś pra­wi­dło­wo­ści, ale po kilku ty­go­dniach bez­owoc­nych spe­ku­la­cji temat umarł śmier­cią na­tu­ral­ną,

Gdy interweniuje Gwardia Narodowa, to temat tak szybko chyba nie umiera śmiercią naturalną. Owszem, może, ale po co w tekście umieszczać ewentualne nieścisłości.

Stosujesz skróty myślowe, jasne na Autora, ale mniej dla czytelnika.
Cytat:
Zni­ka­li, a my — wspól­nie z po­li­cją, miej­sco­wy­mi, a nawet po ostat­nich za­gi­nię­ciach z gwar­dią na­ro­do­wą — szu­ka­li­śmy ich ty­go­dnia­mi.
Jacy my?
Cytat:
Nie muszę do­da­wać, że za­wsze z tym samym skut­kiem.
Właśnie musisz dodawać, dla mnie to nie jest oczywiste.
Cytat:
Po czymś takim wielu ludzi ma pro­ble­my, by pod­nieść się z kolan, ale aku­rat mnie to omi­nę­ło.
Po czym?

Wstawiasz gdzieniegdzie lekko pompatyczne zdania, takie myśli "filozofa" bez odpowiedzi.
Cytat:
Bar­dzo trud­no jest zro­zu­mieć ko­bie­ty.

A jesz­cze trud­niej ko­chać.

Gdyby to było podsumowanie jakiś wydarzeń, to i owszem. Dobre jako wnioski. Ale na początku wywodu brzmią banalnie.
Albo:
Cytat:
Każdy po­czą­tek jest dla mnie po­cząt­kiem, a każdy ko­niec koń­cem.

Uf, jak ma się do tego odnieść czytelnik? Bo przecież nie wiem, o co chodzi Autorowi.

Trafiają się także źle skonstruowane zdania:
Cytat:
Na­stęp­ne­go dnia mój za­stęp­ca, Billy po­wie­dział, że Pięk­na Para Z Nieba prze­sta­ła być tym, czym do­tych­czas była.
Niepotrzebnie gmatwasz, a do tego każdemu mogą przyjść do głowy inne skojarzenia. Znaczy przestali być ludźmi?
Cytat:
Każdy z po­ci­sków, któ­ry­mi Billy za­ła­do­wał ma­ga­zy­nek swo­jej be­ret­ty, mógł mu roz­wa­lić czasz­kę na setki, nie­da­ją­cych się po­now­nie zło­żyć w jedną ca­łość, frag­men­tów.
Czy te obrazowe przedstawienie możliwości pocisku w pistolecie ma jakiekolwiek znaczenie dla fabuły? Jeśli kula przeleci na wylot, nie rozwalając czaszki, to zmieni się dalsza akcja w opowiadaniu? Nie. Więc po co pisać takie slogany?

Podsumowując, tekst wymaga porządnego zredagowania. Najlepiej dodać kilka prostych wyjaśnień, a usunąć zdania, które nic nie wnoszą, albo zaciemniają tekst. Jak pociski czy nie bycie kim się było.
Pozdrawiam.
Gaston Bachelard dnia 07.01.2018 12:23
Oj, Darcon Zielony Zielonością Zieloną...
Nie mam czasu na blably blabloniaste, bo mi łódka na wędkowanie odpłynie.
Ale... ale.
Pozdrowiony bądź i bywaj!
I wszyscy pozostali podobnie.
Niechaj nam się Roki Nowe udać zechcą. Oui.
A o pisankach popiszemy, popiszemy... Kiedyś.
Teraz plumkam na rybki. Papciaki.


Hi hi.
"Właśnie musisz dodawać, dla mnie to nie jest oczywiste".
No nie. Myślenie ponoć nie boli.
A może aczkolwiek, i bynajmniej, i niekoniecznie wcale?
Sam już nie wiem. Kurdesz nad kurdeszki.
Pozdrowieni. Powtarzam!
Darcon dnia 07.01.2018 12:39
Owszem, myślenie nie boli, tylko co ma piernik do wiatraka?
Dlaczego miałbym uważać za oczywiste, że nikt z zaginionych się nie odnalazł?
Czytelnik to nie jasnowidz, masz w głowie całą historię, a ja mam jej tyle, ile mi podasz.
Pozdrawiam.
Gaston Bachelard dnia 07.01.2018 12:50
Jasność.
Nie buchaj żarem, jako smoczysko.
Samo się mi pisze.
A historię wrzucę całą.
Niechaj wyskoczy ze łaba mojego i innym porozjaśnia to i tamto.
Pisanki to zabawa w końcu. Tak?

Sza i nie ma mnie już tutaj.
Felicjanna dnia 08.01.2018 21:17
Darcon Ci doradza. Nie ma się co obrażać.
A z ciekawości? Naprawdę uważasz, że ludzkość zabiera do plecaka colę, gdy idzie w las? Ja wzięłabym wodę albo... piwo. I jedno i drugie gasi pragnienie.
Gaston Bachelard dnia 08.01.2018 21:24
A kto się poobrażał?
Ja po prostu nie kumam Jego kumków.
Zaspokajając ciekawość - tak, tam, gdzie spaceruję sobie spacerkiem, ludziska piją chętniej colę od wody i piwa. To nie Polska. Tak też można. Poważnie.
Felicjanna dnia 09.01.2018 02:21
piszesz o upałach ponad wytrzymałość. Wyprawę, czy raczej ucieczkę do lasu. Ale... to Twoje zabawki.
Gaston Bachelard dnia 09.01.2018 08:55
Wyłącznie.
Niechaj się wyprawia, co chce i musi.
Pozdrowienia Felicjanna.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Silvus
20/01/2018 14:16
Czyli chodzi ci "wieki"="przez wieki"?… »
Arrora
20/01/2018 13:59
Tam jest napisane "wieki", wszystko w porządku:… »
Lilah
20/01/2018 13:56
Dziękuję, Milu, zmieniam. Serdeczności :) »
Krzysztof Konrad
20/01/2018 13:05
Dzięki, Darcon. Aktualnie pracuję nad logiką w pisaniu. Nie… »
Darcon
20/01/2018 12:44
Widzę małą zniżkę formy, postaram się wrócić i przytoczyć… »
Darcon
20/01/2018 12:43
Jest lepiej, Konradzie. Jednak nadal w dynamicznych akcjach… »
Silvus
20/01/2018 12:35
Jeszcze wielki kurz został do poprawy. "jest… »
skroplami
20/01/2018 12:13
No tak, odpowiedzi autorki "lepsze" od tekstu ;).… »
Miladora
20/01/2018 11:47
"Dobrem" brzmi dobrze, Lil. :) »
Arrora
20/01/2018 11:44
Witaj Silvus, Bardzo dziękuję za uwagi, narobiłam tutaj… »
skroplami
20/01/2018 10:58
Ma w sobie mroźną tajemnicę, którą odczuwa bohater, i która… »
Felicjanna
20/01/2018 10:05
No nie wiem, ja odniosłam wrażenie, że ironizujesz i… »
skroplami
20/01/2018 09:56
Będzie na raz po pierwsza i na dwa po drugie ;). Po… »
Lilah
20/01/2018 09:43
Zapraszam do posłuchania:… »
dodatek111
20/01/2018 09:32
Zrobione, jeszcze raz dziękuję Milu:) »
ShoutBox
  • trawa1965
  • 20/01/2018 12:47
  • Ale przedtem była krew, pot i łzy...
  • Krzysztof Konrad
  • 20/01/2018 08:04
  • Z tego co widzę, osiagasz więcej niż większość osób z takiego dpsu, radzisz sobie, można wręcz powiedzieć, że jesteś tam ewenementem. Dlaczego mieliby nie pomóc?
  • Silvus
  • 19/01/2018 23:08
  • @Trawo, @Mike to chyba mówił trochę do mnie. :)
  • trawa1965
  • 19/01/2018 22:17
  • Dlaczego ma być inaczej? Przecież czytujesz moje utwory. Do wszystkiego doszedłem ciężką i uczciwą pracą. Oczywiście, posiadam kilka opcji na przepustkę.
  • mike17
  • 19/01/2018 19:51
  • Jeśli masz dobry towar, to go opchniesz bez picu.
  • Silvus
  • 19/01/2018 19:45
  • @Mike, spokojnie. Niektórzy decydenci potrzebują więcej czasu, żeby przemyśleć i się zgodzić.
  • mike17
  • 19/01/2018 19:42
  • Jarek, jak postawisz sprawę na ostrzu noża, to wygrasz :)
  • Silvus
  • 19/01/2018 19:17
  • Na pewno się da. Przy odrobinie dobrej ludzkiej woli!
Ostatnio widziani
Gości online:15
Najnowszy:Alukonisse1r
Wspierają nas