Krzyki w lesie 2 -Stan i Wick powracają - fanthomas
Proza » Historie z dreszczykiem » Krzyki w lesie 2 -Stan i Wick powracają
A A A

Stan i Wick postanowili rozpalić ognisko w środku lasu i upiec kiełbaski. Nie zwracali uwagi na tabliczki ostrzegające przed podobnym procederem.
- Siedzimy sobie tutaj spokojnie, a jakaś dzika bestia atakuje ludzi i ich pożera – powiedział Stan. – Czy to jest okej?
- Mi to nie przeszkadza. Chcesz keczup?
- Nie, czerwony kolor kojarzy mi się z agresją i przemocą.
- Wczoraj wpieprzałeś lody truskawkowe i nic nie gadałeś.
- Powinniśmy poinformować kogoś o tym, co się dzieje w lesie.
- Super, o kłusownikach i pijanych grzybiarzach też? Zajadaj kiełbaskę, a nie piernicz. Ach, cisza i spokój. Nudne popołudnie przewał czyjś krzyk, dochodzący z niedaleka.
- Wydaje mi się, że powinniśmy siedzieć i udawać, że nas tu nie ma – rzekł Wick. – Przynajmniej żaden potwór nie przerobi nas na kotlety.
- Ale to…
- Wiedziałem, że nie warto brać cię na biwak. Szlag!
- Co?
Stan zauważył, że ognisko przybrało nagle formę małego pożaru i rozrastało się coraz bardziej, bo dookoła nich było pełno suchych liści.
- Chyba faktycznie nas tu nie było. Zwiewamy.
- To nie moja wina.
- Jasne, że twoja. Następnym razem zastrzel mnie, gdy zaproponuję wspólny wypad.
Widząc minę Stana, Wick szybko dodał:
- Hej, żartowałem. Z tobą to nigdy nie wiadomo.
Uszli kilka kilometrów, gdy minęły ich rozpędzone wozy straży pożarnej, spieszące na ratunek zielonym płucom Ziemi. Pożar widocznie
rozgorzał na dobre.
- Też masz wrażenie, że ktoś nas obserwuje? – zapytał nagle Wick.
- Nic takiego nie czuję.
Tuż za nimi z krzaków wychynął stary dziad z długą siwą brodą i dubeltówką w rękach.
- Wy dranie, wznieciliście pożar! – zawołał.
- Nie, my tylko zbieramy grzyby.
- Już ja was znam. Zapłacicie za to.
Dzidek wypalił z dubeltówki, trafiając w drzewo.
- Cholera, gdzie moje okulary? – rzucił do siebie.
Stan i Wick zaczęli uciekać. Duch Lasu nie zamierzał ich jednak tak szybko wypuścić.
- Na przełaj, zgubimy go – zakomenderował Wick.
- Mam na nogach kroksy, a to nie są buty do biegania.
- To ty wywołałeś pożar, powinienem cię zostawić na pogadankę z tym miłym staruszkiem.
- Tak? Ciekawe, bo ja nie… Uuuaaaa!
Wick obejrzał się. Stan zniknął w dole, wykopanym w ziemi i przykrytym gałęziami.
- Kto normalny biegnie i nie patrzy pod nogi? – zdenerwował się Wick.
- Stary, pomóż mi!
Wick zajrzał do dołu. Jego kumpel trafił do pułapki na nieostrożnych gamoni.
- Ciekawe, jak cię wyciągnę? Wespnij się.
- To ma ze trzy metry.
- Kto kopie doły w lesie? Jakiś wariat albo wyjątkowy jajcarz.
- Tutaj śmierdzi.
- Trzeba było nie srać ze strachu.
Wick westchnął. Na horyzoncie pojawił się wariat z dubeltówką.
- Ten gość wciąż za nami idzie.
- Zastrzeli mnie tutaj jak tłustego gąsiora.
- A jak mnie zastrzeli, to i tak ci nie pomogę. Szkoda, że nie wzięliśmy ze sobą trzeciego, byłby w sam raz do odwrócenia uwagi.
- Widzę was! – zawył dziadek z bronią.
- W takim razie ja spieprzam. Siedź cicho, może cię nie usłyszy.
- Wick, ty draniu! Zapamiętam to sobie!
- Spoko, jak się nie zamkniesz, to zaraz będzie po tobie.
Wick zaczął biec, myśląc jak pozbyć się starego stetryczałego dziadka. Gdyby nie ta dubeltówka.
- O cholera!
Poczuł jak ziemia ucieka mu spod nóg. Wylądował w dole, podobnym do tego, w który wpadł Stan.
- Po prostu świetnie. Trzeba było wziąć tego trzeciego.
W wylocie jamy pojawiła się brodata twarz.
- Mam was – ucieszył się dziadek.
- Może wyciągniesz mnie i pogadamy? Serio, już więcej się tu nie pojawimy.
- A gdzie ten drugi?
- A, tamten. Eee… Poszedł na policję. Zaraz cię zamkną za grożenie bronią i nieudzielenie pomocy.
- Zaraz to przestaniesz mielić ozorem.
- Mam forsę, zapłacę.
- Nienawidzę przekupnych świń.
Dziadek wymierzył z dubeltówki, a Wick miał tylko nadzieję, że naboje się skończyły albo to tylko takie żarty. Po chwili jednak staruszek zniknął z pola widzenia, dały się słyszeć odgłosy szamotania, a potem dziadek znów się pojawił, zachwiał i wpadł do dołu. Z głowy sterczał mu strażacki toporek.
- Co za patologia – jęknął Wick. – Strażacy nie powinni robić takich rzeczy.
Minuty mijały, a nikt się nie pojawiał. Wick krzyknął kilka razy. Raczej nie miał co liczyć na swojego kumpla. Toporek wydawał się jedyną opcją. Wyciągnął go z trudem.
- No nie mogę, ale muszę. Przepraszam. To się robi coraz bardziej makabryczne – rzekł do siebie.
Po dłuższej chwili udało mu się wydostać na zewnątrz. Był cały ubrudzony błotem i śmierdział gorzej niż zwykle. Udał się w kierunku dołu, w którym siedział Stan.
- Już jestem.
Nikt nie odpowiedział. Wick zajrzał do jamy. Nie było tam jego kumpla. Czyżby facet od toporka wyciągnął Stana i zabrał ze sobą? Co tu się dzieje?
- Mnie szukasz? – zapytał Stan, wychodząc z cienia. Wick omal nie krzyknął.
- Przestraszyłeś mnie. Jak opuściłeś dół?
- Taki jeden gość ofiarował mi pomocną dłoń, bo ty się nie spieszyłeś.
- Jakiś miły pan akurat przechodził obok? To pewnie ten wariat z toporkiem.
Stan popatrzył na trzymany przez Wicka toporek.
- Nie mówię o sobie. Zabrałem go, bo… Dobra, nieważne. Nigdy więcej biwaków w lesie.
- A gdzie dziadek ze strzelbą? Odpuścił?
- Eee… Chyba wpadł do jednego z dołów.
- Trzeba mu pomóc.
- Poinformujemy kogoś o wypadku, ale wcześniej wydostańmy się stąd.
- No tak, chyba masz rację. Pełno tu oszołomów.
Przeszli kawałek drogi i natknęli się na kolejną osobę, tym razem młodego faceta w okularach, sprawiającego wrażenie w miarę normalnego osobnika.
- Nie widzieliście mojego ojca? – zapytał. – Zabrał ze sobą dubeltówkę. Nie jest groźny, ale lepiej uważać.
- My? Nie. Tylko zbieramy grzyby.
Nieznajomy popatrzył na utytłane w błocie ubranie Wicka i trzymany przez niego toporek strażacki.
- To do ścinania grzybów – wyjaśnił Wick.
- No tak, rozumiem. W lesie jest niebezpiecznie, trzeba uważać. Jestem Muck. Może wpadniecie na herbatę? Rzadko miewam gości.
- Dzięki, ale spieszymy się do domu. Mecz wkrótce się zaczyna.
- Jasne, nie zatrzymuję was.
Kumple pokiwali głowami i szybko odeszli, nie oglądając się za siebie. Wick popatrzył niepewnie na trzymany toporek, a następnie odrzucił go daleko przed siebie.
- Skąd to w ogóle wziąłeś? – zapytał Stan. – Mi możesz powiedzieć.
- To już nieważne. Tamten facet pewnie się wkurzy, jak zobaczy, że nie pomogliśmy jego ojcu wyjść z dołu.
Po chwili usłyszeli krzyk pełen rozpaczy i gniewu.
- Chyba mamy przesrane. Biegnij szybko i nie oglądaj się.
- Już ci mówiłem, że mam kroksy.
Wick gnał przed siebie z mocnym postanowieniem, że już nigdy nie wróci w te tereny i nadzieją, iż jego ubrudzona błotem twarz utrudni sporządzenie portretu pamięciowego. Stan ledwo za nim nadążał. Wkrótce natknęli się na chatkę na leśnej polanie. Wick zaklął.
- Chyba zgubiliśmy drogę. To pewnie domek starego i jego syna.
- Możemy wpaść na herbatę. Sam nas zapraszał.
- Dzięki, ale lepiej nie.
- Zobacz, to ten gość, który mi pomógł – rzucił Stan, wskazując na faceta, opuszczającego chatkę.
- Schowajmy się – zdecydował Wick i przykucnął, ale Stan poszedł się przywitać. Zbliżył się do leśnego mieszkańca i zagadnął:
- To znowu ja. Pamiętasz mnie?
- Tak, tak. Wiesz co, mam dużo roboty. Możesz sobie pójść?
Facet wyglądał na wyraźnie zdenerwowanego.
- Chętnie napiję się herbaty – rzekł Stan. – Lubię poznawać nowych ludzi.
Wick miał ochotę odejść, gdy dostrzegł syna dziadka z dubeltówką, Mucka, wychodzącego z gęstwiny. Gdy zobaczył Stana, jego twarz wykrzywił grymas wściekłości.
- Ten gość załatwił nam ojca – powiedział Muck.
- Co takiego?
- No tak, był z nim jeszcze jeden. Rozwalili ojcu czaszkę siekierką. Trzeba go złożyć w ofierze.
- Złapałem niedawno jednego gościa.
- To nic, tego też poświęcimy. Nim Stan zdążył zareagować, został pojmany przez wyższego braci i zaciągnięty do chatki. Ten drugi jeszcze chwilę lustrował okolicę. Wick starał się nie oddychać.
- Jego kumpel zjawi się, by mu pomóc, a wtedy będziemy mieli obydwóch – powiedział Muck i również wszedł do domku.
- Ani mi się śni – szepnął do siebie Wick. Wiedział, że musi coś zrobić i to jak najszybciej.

*****

- Szeryfie, to naprawdę ważna sprawa – mówił Wick, po uzyskaniu połączenia z jedyną osobą będącą w stanie mu pomóc. Streszczona wersja wydarzeń nie brzmiała zbytnio wiarygodnie.
- Tylko ściągacie na mnie kłopoty – powiedział szeryf. - Na pewno znów wpakujecie mnie w jakąś aferę. I co to za naiwna historyjka z dwójką szaleńców, składających ludzi w ofierze?
- Proszę tu kogoś przysłać. Naprawdę, my tylko biwakowaliśmy, a tamci na nas napadli.
- Aha, ten pożar to wasza sprawka?
- Nie… to jacyś inni kempingowcy.
- Gdzie jesteście?
- W lesie Montstormery. Dokładniej ciężko powiedzieć, bo tu nie ma numerów ulic.
- A jakieś punkty orientacyjne?
- Najlepiej spotkajmy się przy głównej drodze. Będę tam czekał.
- Zobaczę, ale zaraz zaczyna się mecz.
Wick się rozłączył. Miał nadzieję, że ci wariaci nie przerobili jeszcze Stana na mielonkę. Tylko gdzie jest główna droga? Chyba powinien iść wzdłuż ścieżki wychodzącej od chatki dziwaków. Na pewno tam.
Wick tak zrobił i zaraz tego pożałował, gdyż tym sposobem natrafił na trzeciego z braci, który się nie patyczkował i użył pięści. Wick zobaczył tylko gwiazdki przed oczami.

*****

- Słuchaj, nie narzekaj, jesteśmy tutaj razem. Jak ginąć, to w towarzystwie – powiedział mu Stan, po tym jak dołączył do kumpla, związany i zamknięty w piwniczce.
- Mega pocieszające.
- Już próbowałem ich przekupić. Nic z tego. Wierzą, że co jakiś czas trzeba składać ofiarę leśnym bóstwom. Rozgniewaliśmy je, podpalając las.
- Skąd oni to wiedzą?
- Widzą i słyszą wszystko, co dzieje się w lesie. Mają jakiś szósty zmysł.
- To powinni wiedzieć, że to nie my załatwiliśmy ich ojca.
- Wiedzą o tym.
- Tak?
- Ten koleś, co go złapali przed nami, przyznał się do winy. To jakiś strażak, w wyniku zaciemnienia umysłu użył siekierki i tak to wyszło. On to dopiero ma przerąbane.
- Czyli nas wypuszczą?
- Na pewno nie. Wszystko zostaje w rodzinie, a my wiemy o ich dziwnym obrządku. No i podpaliliśmy las, a oni mają świra na punkcie zieleni.
- Wezwałem szeryfa.
- Trzeba więc grać na czas.
- Miałem czekać przy głównej drodze, ale mnie dopadli. Nie wiem, czy uda mu się odszukać tę chatkę, a potem, czy pokona tych bydlaków.
- Może przyśle kawalerię.
- Reszta gliniarzy nie darzy go szacunkiem. Zawsze na akcje jeździ sam, żeby pokazać, ile jest wart. Na razie musimy czekać. Gdzie ci frajerzy?
- Pewnie składają w ofierze strażaka.
- No tak, chcę im jeszcze zdążyć napluć w twarz.
- Tak, ja też.
Wkrótce usłyszeli zbliżający się pojazd, a potem szybkie kroki jednego z mieszkańców. Wick się ucieszył. To na pewno szeryf. Po chwili jednak zrzedła mu mina, bo usłyszał fragment rozmowy z nowym przybyszem.
- No, jesteś wreszcie – mówił jeden z braci. – Mamy dwóch gości do obrobienia.
- Chyba rodzinka się powiększa – szepnął Stan.

*****

- Szeryfie, to naprawdę ważna sprawa – mówił Wick, po uzyskaniu połączenia z jedyną osobą będącą w stanie mu pomóc. Streszczona wersja wydarzeń nie brzmiała zbytnio wiarygodnie.
- Tylko ściągacie na mnie kłopoty – powiedział szeryf. - Na pewno znów wpakujecie mnie w jakąś aferę. I co to za naiwna historyjka z dwójką szaleńców, składających ludzi w ofierze?
- Proszę tu kogoś przysłać. Naprawdę, my tylko biwakowaliśmy, a tamci na nas napadli.
- Aha, ten pożar to wasza sprawka?
- Nie… to jacyś inni kempingowcy.
- Gdzie jesteście?
- W lesie Montstormery. Dokładniej ciężko powiedzieć, bo tu nie ma numerów ulic.
- A jakieś punkty orientacyjne?
- Najlepiej spotkajmy się przy głównej drodze. Będę tam czekał.
- Zobaczę, ale zaraz zaczyna się mecz.
Wick się rozłączył. Miał nadzieję, że ci wariaci nie przerobili jeszcze Stana na mielonkę. Tylko gdzie jest główna droga? Chyba powinien iść wzdłuż ścieżki wychodzącej od chatki dziwaków. Na pewno tam.
Wick tak zrobił i zaraz tego pożałował, gdyż tym sposobem natrafił na trzeciego z braci, który się nie patyczkował i użył pięści. Wick zobaczył tylko gwiazdki przed oczami.

*****

- Słuchaj, nie narzekaj, jesteśmy tutaj razem. Jak ginąć, to w towarzystwie – powiedział mu Stan, po tym jak dołączył do kumpla, związany i zamknięty w piwniczce.
- Mega pocieszające.
- Już próbowałem ich przekupić. Nic z tego. Wierzą, że co jakiś czas trzeba składać ofiarę leśnym bóstwom. Rozgniewaliśmy je, podpalając las.
- Skąd oni to wiedzą?
- Widzą i słyszą wszystko, co dzieje się w lesie. Mają jakiś szósty zmysł.
- To powinni wiedzieć, że to nie my załatwiliśmy ich ojca.
- Wiedzą o tym.
- Tak?
- Ten koleś, co go złapali przed nami, przyznał się do winy. To jakiś strażak, w wyniku zaciemnienia umysłu użył siekierki i tak to wyszło. On to dopiero ma przerąbane.
- Czyli nas wypuszczą?
- Na pewno nie. Wszystko zostaje w rodzinie, a my wiemy o ich dziwnym obrządku. No i podpaliliśmy las, a oni mają świra na punkcie zieleni.
- Wezwałem szeryfa.
- Trzeba więc grać na czas.
- Miałem czekać przy głównej drodze, ale mnie dopadli. Nie wiem, czy uda mu się odszukać tę chatkę, a potem, czy pokona tych bydlaków.
- Może przyśle kawalerię.
- Reszta gliniarzy nie darzy go szacunkiem. Zawsze na akcje jeździ sam, żeby pokazać, ile jest wart. Na razie musimy czekać. Gdzie ci frajerzy?
- Pewnie składają w ofierze strażaka.
- No tak, chcę im jeszcze zdążyć napluć w twarz.
- Tak, ja też.
Wkrótce usłyszeli zbliżający się pojazd, a potem szybkie kroki jednego z mieszkańców. Wick się ucieszył. To na pewno szeryf. Po chwili jednak zrzedła mu mina, bo usłyszał fragment rozmowy z nowym przybyszem.
- No, jesteś wreszcie – mówił jeden z braci. – Mamy dwóch gości do obrobienia.
- Chyba rodzinka się powiększa – szepnął Stan.


*****
Na podwyższeniu za chatką stał kamienny stół ofiarny. Podprowadzono pod niego Stana i Wicka. Do wesołej gromadki dołączył kolejny pomyleniec, na którego mówili Tasak.
- Co ich tak dużo dzisiaj? – zapytał ów jegomość.
- Też mówiłem, żeby ich podzielić na kilka dni – wtrącił Muck.
- Trzeba ich złożyć od razu, bo jeszcze uciekną.
- Tego byśmy nie chcieli. Którego najpierw?
- Tego z czerwonymi uszami.
- Wick popatrzył na Stana, którego uszy miały normalny kolor.
- Może jeszcze się dogadamy? – zaczął, ale został zdzielony wielką łapą.
- Czasem wydaje mi się, że składanie ofiar jest nielegalne – powiedział Muck.
- Bredzisz. Duch Lasu się ucieszy. Co mu zrobić najpierw? – zapytał Tasak.
- Zacznij od tego, co zawsze.
- A gdzie macie kadzidełka?
- Zapomniałem. Muck, skocz po nie.
- Gdzie są?
W szafce koło stołu, tam gdzie trzymamy kciuki.
- Okej, znajdę.
- Zaczynaj – rozkazał najwyższy z braci.
- Zaczekam na kadzidełka – odparł Tasak.
- Jak chcesz.
Wickowi zaschło w ustach, a serce waliło mu nienaturalnie szybko. Poczuł, że wpadł jak robaczywa śliwka w kompot.
Po chwili wrócił Muck z kadzidełkiem w ręku.
- Dobra, możemy zaczynać – ucieszył się Tasak i wyjął tasak. – Powachluj trochę dla aromatu.
- Robi się – powiedział Muck i okadził Wicka, który zaniósł się kaszlem.
- Starczy, nie chcesz go chyba udusić. Teraz ja przejmę pałeczkę.
Duch lasu postanowił trochę odpuścić Stanowi i Wickowi.
- Stać! Policja! – usłyszeli krzyk szeryfa. Niestety ich wybawiciel jak zwykle był sam.

*****
- Do cholery, skąd mogłem wiedzieć, że oni są tacy niebezpieczni? – poskarżył się szeryf, po tym jak związali go razem z kumplami i z powrotem wrzucili wszystkich do piwniczki. Szaleńcy poszli tymczasem podebatować, co zrobić z taką ilością ofiar.
- Jak myślisz, teraz nas wypuszczą? – zapytał Stan.
- Nie, kogoś załatwią, a potem znów podebatują.
- Wick, to ciebie mieli złożyć w ofierze.
- Teraz sytuacja się zmieniła. Pewnie myślą, że Duch Lasu zainterweniował i zesłał mi pomoc. Otrzymują znaki, ale nie wiedzą, jak je odczytać.
- To psychole. Musimy grać według ich reguł.
- Zaraz przyjadą tu moi gliniarze – powiedział szeryf. – Mieli się zebrać, jeśli nie wrócę za godzinę. Zostawiłem wóz przy drodze.
- Teraz jest mecz. Nie przyjadą. W dodatku nawet cię nie lubią.
- Wiele się zmieniło, czasem stawiam im piwo.
- To w pewnym sensie przemawia na naszą korzyść, ale przy wyborze mecz lub szeryf, wybiorą to pierwsze.
- No to przyjadą trochę później. Nie śpieszy nam się, co?
- Pssst. Pssst.
Wick rozejrzał się. W piwniczce było jedno niewielkie okienko, w którym na chwilę pojawiła się czyjaś twarz.
- Przybyła nieśmiała odsiecz albo kolejny z szalonej rodzinki.
- Pssst. Pssst.
Drzwi do piwniczki się uchyliły. Do środka weszło dwóch gliniarzy z pistoletami w rękach.
- Gamonie, czemu obydwaj tu schodzą? Psychole mogą ich zajść od tyłu – szepnął szeryf, a na głos powiedział: Mike i Joe. Moi kumple.
- Liczmy na ich rozwagę.
Mike zaczął rozwiązywać pojmanych, a Joe udał się na przeszukanie domu.
- Ilu ich jest? – zapytał Mike.
- Chyba czterech, ale nigdy nie wiadomo.
- Gdzie są?
- Pewnie w pobliżu. Mogli was zauważyć i szykują zasadzkę.
- Spokojnie, nie takie rzeczy w życiu się robiło.
- Strzelajcie be ostrzeżenia. Mnie już na to nabrali. Ukradli mi broń, są bardzo niebezpieczni.
- Okej, zabierz tych dwóch – powiedział Mike do szeryfa. – My się wszystkim zajmiemy.
Szeryf wraz ze Stanem i Wickiem opuścili chatkę i udali się do radiowozu. Nie mieli ochoty czekać na dalszy rozwój wypadków. Po chwili dołączył do nich Mike.
- No dobra, nie trzymam was w niepewności Znaleźliśmy ich przy czymś w rodzaju ołtarzu. Wygląda na to, że popełnili zbiorowe samobójstwo. Cała trójka.
- Ale ich było czterech – wtrącił Wick.
- No tak. W takim razie sprawy się komplikują. Zarządzimy przeszukanie okolicy. Nie ma co panikować, z jednym szybko sobie poradzimy. Możecie spokojnie odjechać.
- Na razie jesteście wolni, chłopcy – powiedział szeryf do Stana i Wicka. – Przez telefon wspominaliście coś o jakimś pożarze?
- Nie, nie, zakłócenia na linii.
- Tylko proszę więcej nie rozrabiać.
- Tak jest.
Stan i Wick odetchnęli z ulgą. Nie mieli zamiaru już nigdy wracać w tamte rejony i poznawać mrocznych sekretów lasu. Jedyne czego się obawiali to, by przeszłość nie podążyła za nimi.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
fanthomas · dnia 10.01.2018 10:47 · Czytań: 87 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Inne artykuły tego autora:
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
robert_augustyn
21/04/2018 11:22
Dziękuję bardzo. Joszko cały jest magiczny, a każdy jego… »
faith
21/04/2018 10:38
Darconie, nie ujęłabym tego trafniej i zwięźlej. Dzięki za… »
Greg Malecha
21/04/2018 07:20
introwerko, nie musisz się wstydzić, ja też się nie wstydzę… »
AntoniGrycuk
20/04/2018 23:33
Ciężko mi się wypowiedzieć, bo to w końcu dla dzieci i… »
introwerka
20/04/2018 23:18
Może i widać, w pewnej takiej naiwności/postulatywności… »
Zola111
20/04/2018 22:30
Pięknie jest: Krótko, refleksyjnie, metaforycznie. I bardzo… »
Zola111
20/04/2018 22:25
Juvenilia Introwerki! Brawo, Poetko. Wrażliwość, niezależnie… »
Kazjuno
20/04/2018 22:11
Mam w Łodzi kuzynkę - jest wykładowcą na tamtejszej ASP i… »
Greg Malecha
20/04/2018 22:08
widać w tym wierszu wiek autorki, dobrze że dodałaś ile… »
Darcon
20/04/2018 20:18
Jako poetycki laik, nie znam się, ale się wypowiem. :)»
introwerka
20/04/2018 19:52
ja tu widzę wyraz skromności poety, ale po takich… »
faith
20/04/2018 19:52
Kazjuno, masz oczywiście rację, że przesłanie wiersza jest… »
introwerka
20/04/2018 19:39
Wiolinie, dziękuję serdecznie za zaglądnięcie i ciepłe… »
Bernierdh
20/04/2018 19:39
Pięknie dziękuję :) »
alos
20/04/2018 16:39
A mi się ten wiersz skojarzył z Che Guevarą i… »
ShoutBox
  • Zola111
  • 18/04/2018 00:24
  • jak tam ramy nowego Zaśrodkowania? Podobają się?
  • introwerka
  • 17/04/2018 11:24
  • Mój nick to introwerka ;)
  • Szysza
  • 17/04/2018 11:21
  • introwertka, dziękuję bardzo.
  • introwerka
  • 17/04/2018 11:08
  • Szyszo, wchodzisz w panel "Moje artykuły" pod napisem "Witaj [Twój nick]" po prawej stronie, tam przy każdym artykule masz opcje " Edytuj / Usuń".
  • Szysza
  • 17/04/2018 10:40
  • kochani jak usuwa się zamieszczony tekst?
  • Zola111
  • 16/04/2018 23:33
  • jskslg - nie! Pojedyncze frazy, zazwyczaj pointę, jednak całych własnych wierszy - nie. Innych autorów - owszem, i to wiele.
  • jskslg
  • 16/04/2018 22:32
  • pamiętacie na pamięć wasze teksty?
  • ajw
  • 16/04/2018 14:03
  • Rzeczywiście, brzmi prawie jak Jaromir :)
Ostatnio widziani
Gości online:18
Najnowszy:Ercolanise1j
Wspierają nas