Istota - 2 - Gaston Bachelard
A A A

 

 

CZĘŚĆ DRUGA

Polana Stu Ech

 

1

 

 

                Arnspiger zatrzymał quada na granicy ściany lasu. Stanęliśmy tuż za nim. Ślady stóp Lennie i Dennisa prowadziły nas idealnie w sam środek Polany Stu Ech.

                Kiedy pierwszy raz posłyszałem o Polanie, jej nazwa tak bardzo podziałała na moją wyobraźnię, że uprosiłem Joe McClanahana (a raczej przekupiłem go perspektywą wykwintnej kolacji okraszonej butelką dobrego wina), aby przy najbliższej okazji zawiózł tam mnie i moją rodzinę.

                Było to mniej więcej pół roku po naszym przyjeździe do Różowej Latarni Russella i już wtedy między mną, a Catherine nie układało się najlepiej. Sądziłem, że taki wspólny wypad do egzotycznego — i w opinii wielu magicznego — miejsca pomoże nam utrzymać równowagę na tym naszym, rozchwianym małżeńskim fotelu na biegunach.

                Nie pomógł. Ale przynajmniej próbowałem.

                Polana miała wielkość pięciu, a może nawet sześciu boisk piłkarskich. Z trzech stron otaczała ją zbita ściana lasu, od zachodu zaś, prawie idealnie pod kątem prostym, sterczała lita, czarna skała, tak wysoka i gładka, że gdy oparło się o nią plecami i spojrzało w górę, odnosiło się wrażenie, że ta kamienna bryła chwieje się na boki i za chwilę runie wprost na twoją głowę.

                Nazwa Polany brała się stąd, że stojąc dokładnie na jej środku (liczył się tu dosłownie każdy metr) wystarczyło klasnąć w dłonie lub powiedzieć coś głośniej niż szeptem, a natychmiast w odpowiedzi słyszało się setki klaśnięć i głosów, które powtarzane po wielokroć przyprawiały o lekki ból głowy i zmuszały do odruchowego rozglądania się na boki, czy przypadkiem nasze klaśnięcie lub okrzyk nie zbudziły hordy rozwścieczonych, ukrytych wśród szorstkich pni i kamieni, leśnych duchów.

                — Czuję się tak, jakby cały wszechświat krzyczał na mnie. Albo bił mnie po twarzy — zauważyła ponuro moja żona.

                Nie kupiła tego.

                Nigdy więcej nie rozmawialiśmy już o Polanie Stu Ech. Zresztą od tamtej pory rozmawialiśmy ze sobą coraz mniej. Na środku naszej prywatnej polany stała teraz najczęściej zapłakana Vicy, której  zapomnieliśmy wytłumaczyć, którym paluszkiem powinna nam grozić, gdy mijamy się bez patrzenia sobie w oczy.

                A potem się rozstaliśmy. Ale to już wiecie.

                — Jeżeli te chmury nie przyniosą śniegu wezwę do pomocy śmigłowiec — powiedział Arnspiger.

                Z niepokojem spojrzał w niebo nad nami i pomyślałem sobie, że wie równie dobrze, jak ja, że śmigłowiec nie przyleci.

                Mówił to niskim, spokojnym głosem i zastanowiłem się, czy właśnie tak rozmawiał z Catherine, gdy kobieta, którą usiłowałem kochać, obrzucała mnie błotem całego świata. Pewnie tak. Dla kogoś, kto stoi z boku, wiele rzeczy nabiera zupełnie innych kształtów. Czułem, jak stopniowo ogarnia mnie coraz większe rozdrażnienie — oczekiwałem, że w końcu któryś z nas coś wreszcie wyrzuci ze swojego wnętrza i da drugiej stronie okazję do riposty. Jednak wciąż staliśmy tak bez słowa, nie bardzo wiedząc, co by tu jeszcze można było powiedzieć.

                Nisko wiszące, ciężkie chmury zasłaniały już połowę horyzontu. W każdej chwili mogło z nich sypnąć śniegiem. Na mój nos, wielkim śniegiem.

                Dopiero na otwartej przestrzeni czuło się prawdziwą moc wiatru. Drzewa otaczające Polanę pochylały się majestatycznie pod jego naporem. Porywany podmuchami biały pył unosił się niczym zwiewny welon. Prawie czułem w kościach ten chłód. Odruchowo przesunąłem dłonią po zesztywniałym kolanie. Miałem wrażenie, że to, co mi tam przed laty włożono, ściąga do siebie zimno, jak magnes.

                I wtedy spadły pierwsze, grube płatki śniegu.

                Wiatr prawie ucichł. Zmienił też kierunek. Teraz wiał z zachodu, od czarnej skały. Pachniało żywicą i ciosanym krzemieniem.

                Arnspiger ponownie włożył gogle na oczy i pokazał nam dłonią, że ruszamy. Nagle zaczęło mu się spieszyć.

                Kierujący moim quadem policjant obejrzał się przez ramię.

Skinąłem mu głową i skuter wyrwał do przodu.

                Im głębiej wjeżdżaliśmy w otwartą przestrzeń Polany, tym bardziej drzewa cofały się na boki. Może to było tylko złudzenie, ale poczułem się jeszcze bardziej samotny niż przed sekundą.

                Czułem jak to coś, co dotąd nie miało żadnej nazwy, przyciąga mnie do siebie i zanim oba skutery znów stanęły, wiedziałem, że jestem w miejscu, z którego pragnę jak najszybciej odejść.

                Odciśnięte w głębokim śniegu ślady Lennie i Dennisa wiodły idealnie w środek Polany Stu Ech.

                I kończyły się.

                (Dlaczego wiedziałem, że właśnie tak będzie?!...)

                Trop czterech stóp zmienił się w udeptany szeroko plac, z którego promieniście rozchodziły się kolejne ślady. Wyraźne, głębokie, częściowo tylko zniekształcone padającym śniegiem i wiatrem.
Z całą pewnością nie były to jednak ślady chłopaka i dziewczyny. Ich rozmiar, a także charakterystyczny układ sugerowały, że pierwsze dwa mogą być śladami mężczyzny i kobiety. Metodą czystej dedukcji postawiłem na Tylora Keatona i Charlotte Hurley — według relacji pani Paterson właśnie ta dwójka młodych ludzi była drugą parą zakochanych w sobie dzieciaków. Podobnie jak to miało miejsce z Lennie i Dennisem szli obok siebie, przez co ich trop na śniegu był szeroki i wyraźny.

                Ostatni trop był śladem tylko jednego człowieka (Takeshi Asano — super informatyk z Kioto ze stanowym stypendium?).

                W przeciwieństwie do pozostałych ten ktoś, kto kierował się dokładnie na północ, sprawiał wrażenie bardzo zmęczonego, a może bardzo zagubionego człowieka. Utrwalony w głębokim śniegu układ jego stóp sugerował, że osoba, która pozostawiła po sobie ten ślad, miała wyraźne problemy z utrzymaniem równowagi lub
brakowało jej zdecydowania, dokąd idzie.

                A może jedno i drugie.

                Co się wydarzyło panie Asano, że pana precyzyjny, dobrze sformatowany mózg zaczął fiksować?...

                Nagle dotarło do mnie, że słyszę szum w uszach i że drżą mi łydki. Czułem, jak napięcie ostatnich godzin potęguje się we mnie i nabrałem złych przeczuć, że to dopiero początek.

                Arnspiger zdążył zsiąść ze swego skutera, stał zapatrzony w śnieg i nie odwrócił się nawet wtedy, gdy stanąłem tuż obok niego. Chyba powiedział cicho, przez zęby, jakieś przekleństwo.

                Gdy spojrzałem dokładnie w tym samym kierunku co on, dostrzegłem, o co mu tak naprawdę chodzi.

                Łagodnym gestem powstrzymał mnie przed powiedzeniem czegoś głupiego i skinął na jednego ze swoich zastępców.

                — Przynieś aparat, Mike. Musimy zrobić parę fotek, zanim tam wejdziemy. Gary, powiadom chłopaków, gdzie jesteśmy. Niech nie tracą czasu na kluczenie po lesie i jadą bezpośrednio tutaj.       

                — Pozostaje jeszcze problem Hanka i Teda — przypomniałem.

                — Są dorośli. Poradzą sobie. Najwyżej później wyślę po nich kogoś.

                Pokręciłem głową w zdumieniu, a jednocześnie stojąc metr od niego, wiedziałem, że postąpiłbym dokładnie tak samo. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że to niełatwe, a także trochę niekoleżeńskie, ale wiedziałem również, że w tej chwili ważniejsze było zupełnie coś innego.

                Musieliśmy ich odnaleźć, zanim wiatr i śnieg zrobią swoje.

                — Mógłbym znaleźć przynajmniej kilka powodów, by nakłonić cię do zmiany stanowiska w tej kwestii, ale na wszelki wypadek nie uczynię tego — powiedziałem oschle, nieświadomie powtarzając prawie słowo w słowo zdanie, którym jakiś czas temu pożegnałem Catherine.

                — O co ci konkretnie chodzi? — spytał, śmiesznie unosząc w górę lewą brew.

                Zacisnął usta tak mocno, jakby próbował powstrzymać się przed powiedzeniem czegoś więcej.

                Nie odpowiedziałem. W tym miejscu właściwie należało zakończyć naszą rozmowę, ale Arnspiger miał na ten temat własne zdanie.

                — Śmiało. Wyartykułuj to do końca — nacisnął.

                „Wyartykułuj!... Ale masz gadane, chłopie! Czy właśnie na coś takiego lecą kobiety?... Tym się je kupuje i zaurocza?”.

                Chciałem wyrzucić z siebie parę mocnych, prostych słów, ale uznałem, że mogę z tym jeszcze trochę poczekać.

                — Nie było tematu — uciąłem to najdelikatniej, jak umiałem.

                Ale temat był. Obiecałem sobie, że wrócę do niego przy pierwszej nadarzającej się okazji.

                Stojąc twarzą w twarz z Arnspigerem — ni to przyjacielem, ni to konkurentem w drodze do serca Catherine — znów czułem nieprzyjemne mrowienie w kolanie, któremu towarzyszyło równie nieprzyjemne drżenie łydek. Ta rozmowa mogła nas doprowadzić dosłownie wszędzie. Uznałem, że dosyć tych męskich pogaduszek na środku otwartej, targanej przez wiatr Polany.

                Ledwo to pomyślałem, a jeden z zastępców Arnspigera stanął tuż obok mnie i gwizdnął przeciągle.

                — No, no!... Komuś pomyliła się plaża w Rio z arktycznym konkursem lepienia bałwanów.

                Sekundę później uniósł wyżej aparat fotograficzny i zrobił dwa szybkie zdjęcia, jedno w półprzysiadzie, drugie w pozycji stojącej. Następnie przeszedł kilka kroków w bok i powtórzył tę czynność jeszcze parokrotnie, bawiąc się obiektywem i fachowo zmieniając ujęcia.

                Śnieżny, ścięty nierówno przy wierzchołku stożek miał wysokość czterdziestu centymetrów.

                Na pierwszy rzut oka przypominał starożytny sumeryjski ziggurat, tyle tylko, że ktoś, kto go uformował ze śnieżnej zmarzliny, zrobił to bez zagłębiania się w szczegóły. Sądzę, że po prostu ten ktoś zgarnął tyle śniegu, ile mógł, uklepał go dłonią i zostawił na tej otwartej przestrzeni.

                Dlaczego to zrobił?... Co próbował ukryć lub, na co chciał zwrócić naszą uwagę?... — Pytanie goniło pytanie.

                Im dłużej trwał ten dziwny dzień, zagadek przybywało w tempie, które mogłem porównać jedynie z francuskimi Train á Grande Vitesse, elektrycznymi, osiągającymi zawrotną prędkość 300 kilometrów na godzinę błyskawicami TGV, o których czytałem kiedyś w jakimś kolorowym prospekcie reklamującym dolinę górnej
Loary i Allier.

                Płaski szczyt śnieżnego zigguratu zwieńczony był drewnianą, na oko dziesięciocentymetrową obręczą, którą najprawdopodobniej w celu uchronienia przed zwianiem przez silny podmuch wiatru, zabezpieczono dodatkowo trzema, symetrycznie umiejscowionymi śnieżnymi kulami, na których można było jeszcze dostrzec
odciśnięte kształty palców osoby, która je z takim pietyzmem formowała.

                Drewniana obręcz stercząca na szczycie kupy uklepanego śniegu imitowała do złudzenia koronę, choć przeczucie podpowiadało mi, że jest to zupełnie coś innego.

                Zimny podmuch wiatru poderwał z ziemi trochę śniegu i cisnął mi go w twarz.

                Moim ciałem wstrząsnął jeden gwałtowny dreszcz i przypomniałem sobie słowa starego Iana Whittleseya:

                — Nie mam pojęcia, jak to działa synu, ale uwierz, że działa.

                I faktycznie działało. Przed laty, zawieszony na kawałku bandaża, pół metra nad moją głową, Łapacz Snów zrobił swoje. To właśnie dzięki niemu ciemność pod moimi powiekami przestały rozświetlać jaskrawo płomienie setek świec i żądny krwi rottweiler nie wyskoczył z czerni, by dokończyć to, co rozpoczął tamtej deszczowej nocy na schodach starej leśniczówki.

                Podszedłem bliżej do śnieżnej budowli i przyklęknąłem ostrożnie na zdrowym kolanie.

                Obraz mi lekko falował, gdy sterczałem tak zaledwie kilkadziesiąt centymetrów od kupy ubitego śniegu, pod którą mogło ukrywać się dosłownie wszystko.

                Komu lub czemu pomagasz, Łapaczu?

                Dotykając dłonią zmrożonego śniegu, pomyślałem sobie, że cokolwiek śpi pod tą stertą śniegu, śni same dobre sny.

                Taką miałem nadzieję.

 

                Okazało się, że nie do końca była to prawda.

               

 

 

 

2

 

 

 

 

 

            O drugim z zastępców Arnspigera ludzie z Cedarville mówili, że „facet ma jaja i olej we łbie, w ilości wystarczającej do napełnienia aż po samą cembrowinę wyschniętej studni Skarsgaarda”.

                Jeżeli spytacie, co to w istocie miało oznaczać, to zgodnie z prawdą odpowiem, że nie wiem, choć gość faktycznie sprawiał wrażenie sumiennego, dokładnego i co ważniejsze bardzo kompetentnego w tym, co robi.

                Nazywał się Gary Wilder. Miał dwadzieścia sześć lat i lekką wadę postawy, która w opinii tych samych mieszkańców miasteczka była powodem, że Laura Chow od kilkunastu miesięcy skutecznie odrzucała jego adoracje.

                Krawędzią plastykowej karty kredytowej Gary najpierw oczyścił ze śniegu miejsca, gdzie śnieżne kule przytrzymywały drewnianą obręcz i uważając, by nie uszkodzić wypełniającej koło pajęczyny, ostrożnie uniósł konstrukcję Łapacza.

                — Tak jak powinno być — powiedział, z uznaniem kiwając głową. Uważnie przyglądał się temu, co trzymał w dłoniach. — Obręcz z miękkiego, wierzbowego drewna. A nici?...  Zaraz, no tak! Jakże by inaczej!... — Zbliżył twarz do obręczy i sugestywnie poruszył nozdrzami wyraźnie zadowolony. — Urtica gracilis,
łodygi pokrzywy. Misterna i dokładna robota. Ten, kto to wykonał, znał się na rzeczy i nie próbował iść na łatwiznę. Majstersztyk! Chce pan zobaczyć?

                Chciałem.

                Z największą ostrożnością odebrałem od niego obręcz i zrobiłem dokładnie to samo, co i on — obejrzałem ją od góry do dołu.

                A potem obwąchałem.

                Wilder nie pomylił się nawet o jotę. Zresztą nigdy bym go nawet o to nie posądził. Facet faktycznie był typem gliny, którego lepiej unikać, gdy ma się coś na sumieniu. Tacy gliniarze zawsze mają pod górkę i właśnie takich gliniarzy najbardziej nam brakuje, choć akurat ta ostatnia kwestia może być traktowana bardzo
indywidualnie.

                Pomimo chłodu i wszechobecnego zapachu zimy wyraźnie czułem gorzkawą woń pokrzywy. Na to zupełnie nie byłem przygotowany, podobnie jak nie byłem przygotowany na użycie przez
Gary’ego łacińskiej terminologii w odniesieniu do pospolitej rośliny, a także jak zareagowałem na widok zielonych odrostów na wierzbowej gałązce.

                To wszystko musiało zrobić na mnie odpowiednie wrażenie.

                I zrobiło.

                Widząc zaskoczenie malujące się na mojej twarzy, policjant z domysłem pokiwał głową.

                — Też pana to zastanowiło?

                Oddałem mu niechętnie obręcz i znów spojrzałem na kopiec śniegu.

                Na dłoniach pozostała mi delikatna woń wierzbowego soku, w miejscu, gdzie ciepło moich palców stopiło oblepiającą drewno zmarzlinę.

                — Powinniśmy potraktować to jako żart? — odpowiedziałem pytaniem na pytanie.

                — Nie sądzę — Gary ponownie zbliżył twarz do Łapacza i wyprostował się nerwowo. — Nie sądzę, panie Sweeney.

                Czy właśnie w tamtej chwili zaświtała mi w głowie ta myśl?  Przyznam, że nie wiem, ale chyba nie do końca jest to wykluczone. Czasami przeczucie ostrzega nas przed nazwaniem pewnych rzeczy po imieniu.

                Przez kilka sekund stałem nieruchomo z bezradnie opuszczonymi dłońmi.

            — Nie mam pojęcia synu, jak to działa, ale uwierz, że działa.

            Ponownie odezwał się gardłowo stary Ian Whittlesey z kliniki Teda Hamiltona, któremu w momencie, gdy to mówił, pozostało zaledwie parę dni życia.

                Gary uśmiechnął się do mnie blado, a ja zrozumiałem, że jeżeli powiem to, co ciśnie mi się w tej chwili na usta, znów stanie się jakieś nieszczęście.

 

 

 

3

 

 

 

 

            Śnieg rozpadał się na dobre.

                Powrócił też wiatr. Stojąc na otwartej przestrzeni, trudno było dokładnie określić jego kierunek, ale miałem wrażenie, że jakbym nie stanął, to zawsze wiał mi prosto w twarz.

                Gary Wilder ukląkł przed śnieżnym stożkiem i metodycznie zaczął usuwać śnieg. 

                Rozpoczął od góry.

                Ściągał go ostrożnie warstwa za warstwą.

                Kiedy jego wskazujący palec trafił na stwardniałą od chłodu złotą płaszczyznę, drgnął, odsunął się nieco w bok, dając miejsce swojemu koledze na zrobienie kolejnego zdjęcia.

                —  Coś tu jest! — powiedział.

                Odwrócił się w naszym kierunku, tak jakby oczekiwał, że któremuś z nas zależy na uchwyceniu zaskoczenia malującego się w jego zaczerwienionych z zimna oczach.

                A może po prostu zrobił to odruchowo.

                Sekundę później uniósł dłonie do ust i chuchnął w nie kilkakrotnie. Paznokcie miał sine jak umazane w piochtaninie.

                — Odsuń się odrobinę — poprosił Mike.

                — Spoko — Gary sprawnie okręcił się na pięcie i zastygł w dziwnej pozie, która nierozerwalnie kojarzyła mi się z jakąś baletową figurą.

                Aparat w dłoni Mike’a wydał z siebie dwa suche trzaski i Gary ponownie wykonał ten sam ruch na pięcie.

                —  Co to jest? — spytał Arnspiger.

                Cała nasza trójka stała już tuż za plecami Gary’ego.

                Aby lepiej widzieć, zdecydowałem się przykucnąć. Moje chore kolano zaprotestowało natychmiast, ale postanowiłem, że nie pozwolę by jakieś cholerne metalowe druty, śruby i sztabki decydowały, co mi wolno, a czego nie.

                — Jakiś złoty prostokąt — powiedział Gary. Szybko, bezwiednie oblizał wargi — Złota sztabka?

                — Nie „jakiś złoty prostokąt” i nie żadna „złota sztabka” tylko złote pudełko Dolce & Gabbana the one. Z tego, co widzę najprawdopodobniej trzydzieści mililitrów — doprecyzowałem, wolno dobierając słowa.

                Aby być tego zupełnie pewnym, wyciągnąłem rękę tuż obok ramienia Gary’ego i wskazującym palcem starłem śnieg z górnej krawędzi pudełka, tuż obok zaokrąglonej lekko w dół rysy zakładki.

                Teraz napis stał się wyraźny w całości.

                — No i proszę, tak jak przypuszczałem: Dolce & Gabbana w pełnej okazałości. Voila jak zwykli mawiać najwięksi eksperci w dziedzinie babskich dupereli, czyli nasi zamorscy kuzyni, żabojady.

                Starałem się mówić to bez żadnych emocji, ale z każdym wypowiedzianym słowem stawało się to coraz trudniejsze. Kiedy do człowieka wracają wspomnienia, bardzo trudno jest opanować drżenie rąk i głosu, szczególnie wtedy, gdy są to wspomnienia, do których wraca się z trudem, żalem lub z niechęcią.

                W moim przypadku wszystkie te trzy pojęcia były jak najbardziej adekwatne.

                — Czy może pan dokładniej sprecyzować, o czym pan mówi? — poprosił Gary.

                Był zbyt młody na tego typu doświadczenia, a z drugiej strony, nawet człowiek, który ma opanowaną do perfekcji łacińską terminologię pospolitych zielsk nie musi znać się na nazewnictwie babskich eau de parfum.

                Na wszystko kiedyś przyjdzie pora.

            — Perfumy — wyręczył mnie Arnspiger. — W opinii wielu kobiet Dolce & Gabbana  to prawdziwa pierwsza liga zapachów. Zapamiętaj, może przyda ci się w przyszłości i na wszelki wypadek już teraz zacznij na nie oszczędzać.

                — Drogie? — zainteresował się Gary.

                — Nawet nie próbuj tego analizować — Arnspiger obdarzył Gary’ego dziwnym uśmiechem, który mógł oznaczać dosłownie wszystko.

                Opad śniegu przybrał na intensywności.

                Niebo zaczynało pokazywać swoje prawdziwe oblicze. To, co przed chwilą było jedynie śnieżną zadymką, przeistaczało się już w śnieżną zamieć.

                Jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak zziębnięty i nigdy nie miałem okazji poznać reakcji swojego organizmu na prawdziwe zimno. Owszem, nieraz zdarzało mi się porządnie zmarznąć, ale nigdy nie dotarłem jeszcze aż do takiego stadium.

                Zamarzałem prawie na śmierć. Czułem się tak, jak na początku jakiejś nie do końca zdiagnozowanej choroby. Nie wiesz dokładnie, co ci jest, ale bez wątpienia coś z tobą jest nie tak. Powoli traciłem czucie w dłoniach i stopach. O twarzy już nie wspomnę.

                Zaczęła mi drżeć szczęka. Zęby uderzyły o siebie z siłą pneumatycznego młota. Bez dwóch słów zamieniałem się w sopel lodu. Przez chwilę nie byłem w stanie nawet myśleć.

                Uniosłem się z klęczek i pospiesznie zatarłem dłonie. Wykonałem też parę nieporadnych podskoków.

                Widząc moje wysiłki w pokonaniu chłodu Arnspiger postanowił przyjść mi z pomocą.

                — Mike, przynieś termos — mrugnął do swojego zastępcy znacząco.

                Widziałem już setki równie wieloznacznych mrugnięć, ale akurat to wyzwoliło we mnie taką porcję agresji, że mógłbym zdzielić Arnspigera pięścią między te jego wścibskie oczka.   

                — Nie trzeba — wydyszałem, usiłując zapanować nad ruchem swojej szczęki i dłoni.

                — Trzeba — spojrzał mi głęboko w oczy i teraz dostrzegłem w jego wzroku prawdziwą troskę.

                Nieomal w tej samej chwili Gary wyciągnął ze śniegu złote pudełko po perfumach Dolce & Gabbana i delikatnie podważył sztywne wieczko.

                Gdy przechylił je w naszym kierunku, pokazując zawartość, poczułem wyraźnie podmuch ciepłego powietrza, zupełnie taki sam, jak po uchyleniu szklanych drzwiczek mikrofalówki, w której spalił się stek.

                Kochanie, czujesz ten dziwny zapach?

                Czasami człowiek ma w życiu takie chwile, o których stara się mówić same dobre rzeczy, lub o których stara się jak najszybciej zapomnieć.

                Chodzi mi głównie o to, że zdarza nam się czasami coś dostrzec lub odczuć, i później latami staramy się odpowiedzieć sobie na pytanie, co się faktycznie w tamtej chwili wydarzyło, do czego się zbliżyliśmy, lub co zdołało nam umknąć, zanim zdołaliśmy wyciągnąć do tego dłoń.

                Sądzę, że była to właśnie jedna z takich chwil.

                To coś, co wypełniało przestrzeń między złotymi ściankami pudełka po markowych Dolce & Gabbana, nie poruszyło się jednak nawet o milimetr. Martwy koliber miał białe oczy. Zupełnie jak śnieg, zasypujący coraz bardziej nas i ślady stóp trójki młodych ludzi, których coś tu sprowadziło.

                A potem kazało im się zgubić.

 

 

4

 

 

 

                — W indiańskim narzeczu koliber nazywa się guanumbi — powiedział Gary, mówiąc to, chronił dłonią zawartość złotego pudełka przed padającym śniegiem. Policzki płonęły mu niezdrową czerwienią i, podobnie jak ja, z trudem hamował dreszcze. — Legenda głosi, że gdy dusza opuszcza ciało, chowa się w jakimś kwiecie i zostaje tam,dopóki jakiś ptak z nieba nie przyleci po nią. Właśnie guanumbi według wierzeń zabiera dusze zmarłych
i przenosi je bezpiecznie na tamten świat. Nasze współczesne encyklopedie, to, co trzymam w dłoni, nazywają Stellula calliope, czyli mówiąc normalnym językiem, jest to najzwyklejszy w świecie koliberek liliobrody, jeden z najmniejszych kolibrów, którego rozmiar waha się od siedmiu do siedmiu i pół centymetra. Ten na oko powinien mieć akurat coś koło tego — Gary przerwał na chwilę, przezornie chowając twarz głębiej pod kaptur. — Koliberek liliobrody charakteryzuje się krótkim dziobem oraz szerokim, nierozwidlonym, krótkim ogonem. Samiec koliberka posiada wyraźnie widoczną kryzę z wydłużonych, różowo purpurowych piór. Tak jak nasz przyjaciel, spójrzcie... Boki ma oliwkowo-płowe, widzicie? Samica nie ma kryzy. Zimuje w Meksyku, nie pytajcie mnie więc, skąd się wziął akurat tutaj, w środku śnieżnej zamieci, bo tego niestety nie wiem. Podobnie jak nie wiem, dlaczego ktoś mu zrobił ten śnieżny grobowiec i zabezpieczył go dodatkowo od góry Łapaczem Snów.

                Umilkł, wypuszczając z płuc wielką ilość ciepłego powietrza, co natychmiast skutkowało zwiększeniem intensywności dreszczy wstrząsających jego ciałem.

                — Przestań gadać szyfrem Gary! — zdenerwował się Arnspiger. — Jaki grobowiec i jaki Łapacz Snów? Czyżby to cholerne zimno odebrało ci resztkę rozumu?

                — Może tak, może nie — rzekł filozoficznie Gary.

                Spojrzał mi w oczy z takim błyskiem, który zdefiniowałem jako twardą deklarację upierania się przy swoim aż do końca.

                — Wiesz, o czym on mówi? — tym razem Arnspiger za cel ataku wybrał sobie mnie.

                — Chyba wiem — powiedziałem, starając się by zabrzmiało to, jak najbardziej naturalnie. — Pajęczyna umieszczona wewnątrz Łapacza ma za zadanie wychwycenie złych snów. Dobre sny naturalnie przenikają przez sznury. Złe są niszczone przez promienie słońca. Gary najprawdopodobniej próbuje nam powiedzieć, że ten ktoś, kto położył tę obręcz na śnieżnym stożku, grobie naszego guanumbi próbował uchronić go od wszystkich złych rzeczy i myśli naszego świata. Może trąca to nieco fantastyką, ale niektórzy uważają, że Łapacz to również swoisty klucz, by połączyć się z Drugą Stroną. Ja zresztą też tak uważam — mówiąc to, skrzywiłem się lekko, jak po zażyciu gorzkiej pigułki.

                Oczy Arnspigera rzucały pioruny, ale milczał.

                Postanowiłem, że dopowiem to do końca.

                — Bardziej jednak od samego Łapacza i grobowca kolibra zastanawia mnie co innego — wierzba i łodygi pokrzywy wyglądają, jakby zostały przed chwilą zerwane, a podziobane i podrapane wnętrze pudełka świadczy o tym, że ptak żył w momencie, gdy został tam włożony. Im dłużej się nad tym wszystkim zastanawiam, tym więcej znajduję tu zagadek i dlatego proszę cię Arnspiger — daj spokój swoim personalnym atakom i skup się raczej na poszukaniu odpowiedzi na te wszystkie pytania. Coś, co tu się dzieje, nie ma prawa się dziać.

                Białe płatki śniegu wirowały między nami. Arnspiger wolno skinął głową, a ja dokończyłem.

                — Dlatego najlepiej zabierzmy się wreszcie za poszukiwania dzieciaków, zanim wiatr i śnieg zatrą nam doszczętnie wszystkie ślady. Po prostu zróbmy to, co trzeba.

                Ze zdziwieniem stwierdziłem, że stać mnie jeszcze na w miarę logiczne myślenie i wysławianie. Być może potrafiłem jeszcze znacznie więcej, ale taka wiedza w tej chwili nie była mi do niczego potrzebna.

                Wyrzuciłem z siebie istny potok słów, ponieważ uznałem, że lepiej będzie, jeżeli uczynię to właśnie teraz.

                Śnieg wciąż padał i wszystko zdawało się wskazywać na to, że prędko padać nie przestanie, a to oznaczało dla nas poważne kłopoty.

                Minęło już południe, do zmroku zatem pozostało naprawdę niewiele czasu.

                Świat wokół nas robił się coraz bielszy i zimniejszy.

                Wiatr smagał bez litości nasze policzki i dłonie, a trójka młodych ludzi, którą zamierzaliśmy odnaleźć, pewnie tak jak Lennie Broderick i Dennis Lee, miała na sobie tylko szorty i letnie koszulki.

                Czekał nas zatem długi marsz, by odnaleźć ich jak najszybciej na tym pustkowiu.

                Czułem, że będzie to trudniejsze niż dotarcie na Polanę i odkopanie ptaka, który posiadł ponoć moc zbierania dusz zmarłych z płatków kwiatów i przenoszenia ich bezpiecznie w zaświaty.

                Czułem też, że się spóźnimy, lecz gdzieś w głębi mojego umysłu pojawiła się dziwna myśl, że być może tak będzie lepiej.

                Pojawiła się i nie chciała odejść.

 

 

 

5

 

 

 

                        Quady z zapowiadanymi przez Arnspigera posiłkami z Worcester i Shirley dotarły na Polanę dokładnie szesnaście minut później. Śnieżyca nabrała już takiej intensywności, że dostrzegliśmy ich dopiero w momencie, gdy byli niespełna dwadzieścia metrów od nas.

                Razem z siedmioma zziębniętymi na kość policjantami na Polanę dojechał również Joe McClanahan. Najmocniejszy z naszych quadów przyciągnął za sobą klatkę z wyraźnie pobudzonymi psami. Tropiciele Dwa i Trzy, w przeciwieństwie do zaskoczonych pogodą i temperaturą ludzi, rwały się wprost do działania. Z postawionymi wysoko uszami i zjeżoną sierścią wietrzyły coś nerwowo, skomląc i drąc pazurami kraty. Terier, przywieziony przez gliniarzy z posterunku w Shirley, zachowywał się podobnie. Widocznie nawet zwierzętom udzielało się napięcie.

                — Sądzisz, że podejmą trop? — spytałem, gdy Joe zgasił motor skutera i, z wyraźną ulgą, zeskoczył na ziemię.

                Policzki McClanahana płonęły ostrą czerwienią, poruszał szybko ustami, chcąc przywrócić krążenie w wyziębionych ścięgnach i mięśniach twarzy. Po plastykowych goglach pozostały mu sine półkola wokół załzawionych oczu, co powodowało, że wyglądał jak nurek wyciągnięty spod tafli lodu zamarzniętego basenu.

     — Byłoby głupio zadać sobie tyle trudu na darmo — powiedział po chwili zastanowienia. — Jak do tej pory, rzadko nas zawodziły.

                — Jak do tej pory, nigdy jeszcze nie pracowaliśmy w takich warunkach — wyraziłem swoje wątpliwości.

                — Fakt — przyznał. — Kiedyś jednak musi być ten pierwszy raz, mam rację? Nie odpowiemy sobie na to pytanie, dopóki nie spróbujemy. Osobiście wierzę w możliwości naszych psiaków. A w Drugiego szczególnie. Mów, co chcesz, Drugi jest poza konkurencją.

                Właśnie wtedy zrozumiałem — McClanahan kochał Tropiciela Dwa. Pewnie wiedziałem o tym od chwili, gdy zobaczyłem go po raz pierwszy przy klatce z psami, z tyłu Różowej Latarni Russella, ale nigdy nie próbowałem nadać tej wiedzy rangi rzeczy oczywistej. A miłość Joe do Drugiego właśnie czymś takim była. Pasowali idealnie jeden do drugiego, tak jak moja Vicy idealnie pasowała do Kudłatego.

                Czasami ludzie i zwierzęta nie potrafią funkcjonować bez siebie. I czasami niestety obraca się to przeciwko nim.

                Z McClanahanem i Tropicielem Dwa właśnie tak było. Joe przestał być prawdziwym Joe w momencie, gdy musiał twardym polanem rozwalić łeb Drugiemu.

                Nie wiem, czy to ma sens, ale sądzę, że stając w mojej obronie, zareagował instynktownie i później żałował tego do końca życia.

                Równie dobrze mogę się jednak mylić. 

                Nabrałem bardzo dużo zimnego powietrza, wstrzymałem oddech przez chwilę, potem wyrzuciłem wielki obłok pary i powiedziałem:

                — Tak, Drugi powinien sobie poradzić z tym bez trudu.

                — Też tak myślę — odpowiedział.

                A jednak całkowitej pewności nie miał. Dostrzegłem to w jego oczach. Chciał, żeby tak było, ale nie dysponował żadnym konkretem, który mógłby utwierdzić go w tym przekonaniu. Oprócz nadziei, że będzie właśnie tak, jak sobie wymarzył.

                Nie wiedziałem, czy znaczy to, że nie ufa Drugiemu, czy może raczej sam sobie. Niekiedy patrzymy na coś i nie wiemy, czy nasze pytanie zapisane w spojrzeniu nie przeszkadza drugiej stronie w podjęciu ostatecznej decyzji. Niekiedy ludzie muszą zasmakować samotności, by zrozumieć świat.

                A jeszcze inni nigdy świata nie pojmą, choć tego bardzo pragną.

                — Wypuszczę psiaki, zanim któryś z nich zrobi sobie krzywdę. Nigdy wcześniej nie widziałem ich w takim stanie — poskarżył się McClanahan, a wiatr od czarnej skały uderzył mnie po twarzy z taką siłą, że musiałem zamknąć oczy.

                Gdy ponownie je otworzyłem, McClanahana już nie było. Mocował się z zamarzniętą kłódką przy boku klatki i mówił coś do Tropicieli spokojnym głosem, a świat wokół nas zasypywał coraz większy śnieg.

                Padał i padał. Gęsty i cholernie zimny.

                Od strony czarnej skały coraz intensywniej cuchnęło krzemieniem.

  

 

6

 

 

 

                Tropiciel Dwa wydał z siebie głuche warkniecie, przywarował w głębokim śniegu i, kładąc łeb na przednie łapy, zawył jak ktoś, komu nieoczekiwanie dzieje się wielka krzywda. Drżał każdym centymetrem skóry. Nastroszona sierść lśniła w śniegu jak brokat.

                Trzeci uczynił dokładnie to samo.

                McClanahan przesłał mi odrobinę zdumione spojrzenie.

                — Rozumiesz coś z tego?

                — Drugi!... — Zbliżyłem się do psiaka i, tak jak setki razy przedtem, wyciągnąłem dłoń, by dotknąć jego karku, i chociaż w ten sposób rozładować napięcie.

                Zanim to się stało, nasz najinteligentniejszy bloodhound wyszczerzył w moim kierunku kły i, aby udowodnić, że nie żartuje, kłapnął nimi groźnie.

                Nasze oczy spotkały się ze sobą na sekundę.

                W spojrzeniu Drugiego było tyle nienawiści, że cofnąłem natychmiast dłoń i zrobiłem krok do tyłu.

                — O, kurna! — powiedziałem. — Widzisz to samo, co ja? Mógłbym przysiąc, że miał ochotę capnąć mnie zębiskami!

                Rozejrzałem się wokoło, ciężko oddychając, jak po wyczerpującym biegu. Przez tych kilka sekund zapomniałem zupełnie o chłodzie, śnieżnej zamieci i kilometrach otaczającej nas dzikiej głuszy. Serce biło mi tak szybko, że wyraźnie czułem je w przełyku i w krtani.

                Któryś tam raz tego dnia zdarzyła się rzecz niepojęta, a ja nawet z grubsza nie potrafiłem określić przyczyny, dlaczego tak się dzieje.                

I wtedy przyszła mi do głowy myśl, która być może przeszkadzała w racjonalnym myśleniu mojemu kumplowi McClanahanowi, a po części także i mnie:

                To dopiero początek. Preludium. Kurtyna dopiero zaczyna się unosić, a gdy uniesie się do końca, wtedy ujrzysz to, czego tak naprawdę nigdy nie chciałeś zobaczyć. Zobaczysz to coś i przez resztę swojego życia będziesz próbował o tym czymś zapomnieć. Właśnie tak będzie. Nie inaczej.

                — Jakieś problemy, Chris?

                Byłem tak bardzo pogrążony w swoich myślach, że aż drgnąłem, usłyszawszy głos Arnspigera. Stał nie dalej niż trzy kroki za mną i, z dłońmi głęboko wciśniętymi w kieszenie kurtki, przyglądał nam się z uwagą. Wykrzywiłem usta w jakimś bliżej niesprecyzowanym grymasie i wróciłem do obserwacji psów.

                Oba bloodhoundy wciąż leżały w śniegu. Zdawały się trwać w jakimś dziwnym psim transie, który zmuszał je do obnażania ostrych kłów i szukania osłony w śniegu. Sprawiały wrażenie stworzeń pragnących zniknąć komuś zupełnie z pola widzenia.

                Wczołgiwały się w śnieg, tak jakby pod tą zmrożoną, białą płaszczyzną było coś, co je ocali. Wyglądało to tak, jakby chciały zapaść się pod ziemię. Całkowicie. Od czubka wilgotnego nosa aż po koniec ogona.

                Patrzyłem ponad ich łbami w biel Polany i nie potrafiłem pojąć, przed czym próbują się ukryć. To, czego się bały, nie dawało się w żaden sposób zdefiniować. Oba bloodhoundy widziały przed sobą coś (a może kogoś?) czego nie było lub czego ja po prostu nie potrafiłem dostrzec.

                A potem już wiedziałem.

                Nie pytajcie skąd. Wiedziałem, i tyle.

                One się nie boją! One oczekują! Oczekują w napięciu, aż ktoś im rzuci patyk i wyda komendę: „Aport!”.

                — Pomóż mu — powiedziałem do Arnspigera. — Trzymajcie mocno smycze i nie puszczajcie pod żadnym pozorem. Słyszysz? Macie je utrzymać za wszelką cenę. Nie wiem, co się może wydarzyć, ale cokolwiek się stanie, nie wolno wam ich puścić. Jasne?

                — Co kombinujesz? — najeżył się Arnspiger.

                Widząc, że nie ustąpię, machnął tylko z rezygnacją ręką i podszedł do McClanahana.

                — Daj — chwycił w dłoń końcówkę smyczy Trzeciego i po chwili wahania okręcił sobie rzemień dodatkowo wokół przedramienia. — Na mój gust czysta głupota, ale co mi tam...

                Spojrzał na koniec smyczy, gdzie Trzeci, skowycząc, darł pazurami zmarzlinę i nagle zmienił zdanie.

                Chyba zaczynał łapać.

                Stanął w rozkroku, mocno zapierając stopy w śniegu.

                Kątem oka dostrzegłem jak młody policjant z Worcester podchodzi do klatki ze swoim psem i zanim zabrał się za otwieranie zamka, krzyknąłem w jego kierunku.

                — Poczekaj! Zostaw go na razie tam, gdzie jest!

                — O co chodzi? — policjant zawahał się i po postawie, którą przyjął, poznałem, że i tak zrobi, co zechce.

                A najzwyczajniej w świecie chciał wypuścić psa z klatki, założyć mu smycz i ruszyć po pozostawionych w śniegu tropach, by odnaleźć jak najszybciej któregoś z dzieciaków.

                Po to tu w końcu przyjechał. Gadka zupełnie mu obcego człowieka nie robiła na nim specjalnego wrażenia. Miał swoich przełożonych. Nie musiał słuchać byle kogo.

                Nawet, jeżeli ten ktoś nosił na sobie ortalion z oznaczeniem komendanta straży leśnej.

                — Zrób to, o co cię proszą — poparł mnie Arnspiger.

                Po sposobie, w jaki wyrzucił z siebie to krótkie zdanie, poznałem, że jest naprawdę wkurzony.

                Nie próbowałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy na mnie, czy na chłopaka. W tej chwili nie miało to najmniejszego znaczenia. Wkurzony Arnspiger zdolny był do wszystkiego.

                Być może fama o tym dotarła aż do Worcester, bo policjant, w geście rezygnacji, uniósł  obie dłonie w górę i dla zaakcentowania swojego stosunku do tego, w co jest wkręcany, pokręcił z dezaprobatą głową.

                — Co mi tam.... — Demonstracyjnie uniósł wyżej kołnierz swojej kurtki i wepchnął głęboko w kieszenie obie dłonie.

                To dopiero początek. Preludium. Kurtyna dopiero zaczyna się unosić, a gdy uniesie się do końca, wtedy ujrzysz to, czego tak naprawdę nigdy nie chciałeś zobaczyć... 

 

  

 

7

 

 

                Zrobiłem dokładnie pięć kroków w kierunku środka Polany i stanąłem.

                Psy umilkły, przywarowały mocniej w śniegu, i wlepiły we mnie swoje błyszczące ślepia.

                Wyraźnie na coś oczekiwały.

                — Teraz to ty aportujesz. Gotowy?...

                Lekko drżącymi dłońmi ściągnąłem rękawice, wepchnąłem je do kieszeni kurtki, a potem przełknąłem głośno ślinę.

                Mogłem przysiąc, że smród ciosanego krzemienia był intensywniejszy niż chwilę przedtem.

                Klasnąłem po raz pierwszy.

                — Plaaask!

                Nic się nie stało.

                — Plaaask!!!

                — Ty i te twoje zabawy w wizjonera-fantastę!... Nawet ze zwykłego echa gotów jesteś zrobić wielkie halo!.... — złośliwie zagadała mi w głowie Catherine. — Wspaniały, nieomylny Chris!... Niech cię cholera!.... Niech cię jasna cholera!

                Zrobiłem kolejnych pięć kroków, znów stanąłem i klasnąłem po raz trzeci.

                Tym razem mocniej, aż zapiekła mnie skóra dłoni.

                Wiatr wiał mi prosto w twarz. Czułem, jak nieprzyjemnie sztywnieją mi policzki i czoło.

                Po lewej ręce, w odległości może pięciu lub sześciu metrów, sterczała z bieli resztka śnieżnego zigguratu, przy której wciąż cierpliwie pracował Gary Wilder.

                Zdumiony tym, co robię, przerwał rozgarnianie najniższej warstwy grobowca liliobrodego kolibra i patrzył na mnie, wyraźnie nie chwytając, o co biega.

                Gestem nakazałem mu, by milczał.

                Zdałem sobie sprawę, że wszystko to, co w tej chwili robię, jest odrobinę komiczne i żałosne.

                Postanowiłem też, że doliczę do dziesięciu i, jeżeli wciąż będzie tak, jak jest, to okręcę się na pięcie, i dam sobie spokój z tymi idiotycznymi podchodami (Masz rację Catherine, to zupełnie nie ma sensu...), ale kilkanaście sekund później zaczęło się dziać tyle rzeczy, że momentalnie zapomniałem o swojej obietnicy.

                Kiedy klasnąłem po raz trzeci (tym razem jeszcze mocniej) z nieba, ze śnieżnej zamieci, i Bóg wie skąd jeszcze, dotarły do mnie kolejne klaśnięcia, które równie dobrze mogły być realne lub istniały tylko w mojej wyobraźni.

                — Plaaask! Plaaask! Plaaask!....

                Wszyscy znieruchomieli, Arnspiger, Wilder, McClanahan, gliniarze, a nawet psy i zaczęli rozglądać się na boki, w górę i pod nogi, jak w oczekiwaniu na spadającą kometę lub na trzęsienie ziemi.

                Poklask narastał i nabierał mocy. Potężniał jak czyjś krzyk wciśnięty w szklaną tubę.

                Zamierzałem odwrócić się w stronę Gary’ego Wildera i zapytać, czy słyszy to samo, co ja, ale czym prędzej zrezygnowałem z zadania tego pytania.

                Gary runął twarzą w śnieg.

                Z prawej dziurki nosa zaczęła mu się sączyć strużka krwi.

                Zanim dotarła do krawędzi górnej wargi, Tropiciele Dwa i Trzy, jak na komendę poderwały się z ziemi i, unosząc łby, posłały prosto w rozklaskane niebo po dwa gardłowe szczeknięcia. Potem łagodnie uniosły po jednej łapie, zupełnie jakby próbowały się z kimś przywitać lub komuś się przypodobać.

                Nie wiem dlaczego, ale wydało mi się to zupełnie nie na miejscu.

                Klaskanie zaczęło cichnąć, a zasypujący nas wciąż śnieg zrobił się jeszcze gęstszy i zimniejszy.

                Nie poruszyłem się.

                Nie mogłem.

                Stałem z dłońmi gotowymi do wykonania następnego klaśnięcia, a jakiś cholerny skurcz ściskał mi krtań, uniemożliwiając oddychanie.

                Pomyślałem: A więc tak wygląda aportowanie....

                — Niech pan tego więcej nie robi — poprosił Gary. — On już tego nie chce.

                Opuściłem dłonie.

                Między gęstymi sosnami i świerkami porastającymi brzegi Polany zatańczył wielki podmuch wiatru, który do złudzenia mógł dać się porównać do czyjegoś oddechu.

                Gary uniósł się na kolana. Prawą dłonią otarł krew z wargi i skinął głową tak, jakby coś akceptował lub na coś się zgadzał.

                Jego oczy patrzyły gdzieś nad moim ramieniem, nienaturalnie szeroko otwarte i coraz bardziej zdziwione.

                Odwróciłem się odruchowo, by zobaczyć to samo, co on.

                Nic. Pustka.

                A jednak wyczułem czyjąś obecność. Trwało to niesamowicie krótko, ale mogę wam przysiąc, że to coś stało tuż obok mnie. Ocierało się o ortalion mojej zesztywniałej od mrozu kurtki.

                I zanim zdążyłem nadać temu czemuś jakieś imię, schowało się w głębi czasu.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Gaston Bachelard · dnia 11.01.2018 15:26 · Czytań: 71 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 1
Inne artykuły tego autora:
Komentarze
skroplami dnia 20.01.2018 10:58 Ocena: Świetne!
Ma w sobie mroźną tajemnicę, którą odczuwa bohater, i która zaczyna się zmieniać w przerażenie. Wszystko rośnie stopniowo, w I i II części, i zaczyna się udzielać czytelnikom :). Mi na 100% :). Czyli w stylu Kinga mamy coś :). I dobrze napisane, bardzo. Bohater i postacie drugoplanowe, bdb opisane. Drugoplanowe krótko, treściwie, ale czujemy jacy i kim są. Główna postać szerzej i wciąż pozostaje tajemnicza. Chociaż tyle o niej już. I to jest dobre, tak :). Szczegóły mądre, nawet pouczające :). No nie widzę nic na minus :(, pozostaje duży, ok w liczbie mnogiej, duże plusy chociaż taki w opowiadaniu mróz :). Wciąga i człowiek czeka na co dalej, chcąc też więcej przyjemności z czytania, bo styl i treść to przyjemność, napięcie i budzący się strach ;).
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Silvus
20/01/2018 14:16
Czyli chodzi ci "wieki"="przez wieki"?… »
Arrora
20/01/2018 13:59
Tam jest napisane "wieki", wszystko w porządku:… »
Lilah
20/01/2018 13:56
Dziękuję, Milu, zmieniam. Serdeczności :) »
Krzysztof Konrad
20/01/2018 13:05
Dzięki, Darcon. Aktualnie pracuję nad logiką w pisaniu. Nie… »
Darcon
20/01/2018 12:44
Widzę małą zniżkę formy, postaram się wrócić i przytoczyć… »
Darcon
20/01/2018 12:43
Jest lepiej, Konradzie. Jednak nadal w dynamicznych akcjach… »
Silvus
20/01/2018 12:35
Jeszcze wielki kurz został do poprawy. "jest… »
skroplami
20/01/2018 12:13
No tak, odpowiedzi autorki "lepsze" od tekstu ;).… »
Miladora
20/01/2018 11:47
"Dobrem" brzmi dobrze, Lil. :) »
Arrora
20/01/2018 11:44
Witaj Silvus, Bardzo dziękuję za uwagi, narobiłam tutaj… »
skroplami
20/01/2018 10:58
Ma w sobie mroźną tajemnicę, którą odczuwa bohater, i która… »
Felicjanna
20/01/2018 10:05
No nie wiem, ja odniosłam wrażenie, że ironizujesz i… »
skroplami
20/01/2018 09:56
Będzie na raz po pierwsza i na dwa po drugie ;). Po… »
Lilah
20/01/2018 09:43
Zapraszam do posłuchania:… »
dodatek111
20/01/2018 09:32
Zrobione, jeszcze raz dziękuję Milu:) »
ShoutBox
  • trawa1965
  • 20/01/2018 12:47
  • Ale przedtem była krew, pot i łzy...
  • Krzysztof Konrad
  • 20/01/2018 08:04
  • Z tego co widzę, osiagasz więcej niż większość osób z takiego dpsu, radzisz sobie, można wręcz powiedzieć, że jesteś tam ewenementem. Dlaczego mieliby nie pomóc?
  • Silvus
  • 19/01/2018 23:08
  • @Trawo, @Mike to chyba mówił trochę do mnie. :)
  • trawa1965
  • 19/01/2018 22:17
  • Dlaczego ma być inaczej? Przecież czytujesz moje utwory. Do wszystkiego doszedłem ciężką i uczciwą pracą. Oczywiście, posiadam kilka opcji na przepustkę.
  • mike17
  • 19/01/2018 19:51
  • Jeśli masz dobry towar, to go opchniesz bez picu.
  • Silvus
  • 19/01/2018 19:45
  • @Mike, spokojnie. Niektórzy decydenci potrzebują więcej czasu, żeby przemyśleć i się zgodzić.
  • mike17
  • 19/01/2018 19:42
  • Jarek, jak postawisz sprawę na ostrzu noża, to wygrasz :)
  • Silvus
  • 19/01/2018 19:17
  • Na pewno się da. Przy odrobinie dobrej ludzkiej woli!
Ostatnio widziani
Gości online:18
Najnowszy:Alukonisse1r
Wspierają nas