spowiedź schizofrenika - irokez
Publicystyka » Eseje » spowiedź schizofrenika
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

29.10.2017r., tak, tak mam to niesamowite szczęście, że urodziłem się w najpiękniejszym mieście na Świecie, to moje ukochane miasto od urodzenia.

Od 1999 r. choruję na schizofrenię paranoidalną. Zacznę swoje pisanie od czasów dzieciństwa.

Urodziłem się w latach 70. Z tego co pamiętam to do przedszkola prowadzał mnie starszy o 4 lata brat. Pamiętam jak w przedszkolu wymazałem się nowiuśkimi mazakami, cała twarz i ręce były pokolorowane, tatuaż już od najmłodszych lat (hehe).

W domu rodzinnym było w miarę spokojnie, chociaż pamiętam jak tato wracał pod wpływem alkoholu i dochodziło z mamą do kłótni,której skutkiem było kiedyś tłuczenie przez mamę talerzy o podłogę. Jak było trzeba to i tato używał paska lejąc w tyłek a mamuśka sięgała czasem po kabel od prodiża. Nie wiedziałem co to jest bezstresowe wychowywanie takie modne i zalecane dzisiaj.

Całymi dniami latem biegaliśmy z kumplami po podwórku, grając w chowanego,palanta, piłkę no i z dziewczynami w klasy i gumę. Z czasem wkradł się mini hazard, graliśmy w oczko na pieniądze.

Nie można nas było zaciągnąć do domu,jedynie wskakiwaliśmy po kanapkę, bo siku to robiliśmy pod drzewem. Najlepsze rozmowy toczyły się na trzepaku, zwisaliśmy do góry nogami robiąc fikołki, udając szaleńczą gimnastykę. Obok trzepaka rosły krzaki gdzie latały pszczoły, które łapaliśmy do pustych pudełek po zapałkach i mieliśmy osobiste pozytywki.

Oczywiście jak się ktoś skaleczył podczas zabaw podwórkowych, to ranę posypywało się piaskiem, śliną i przykładało się liście babki lancetowatej.

Lubiliśmy soboty bo można było wziąć po tygodniu kąpiel w wannie. Oczywiście jakoś tam myliśmy się w tygodniu ale kąpiel była w sobotę.

Nie zapomnę z dzieciństwa smaku gofrów, które robiliśmy sami w domu. Mama wypożyczyła gofrownicę z pracy i zjadaliśmy tyle gofrów, że po dzień dzisiejszy mam do nich obrzydzenie.

Zimą natomiast spędzając dzień na podwórku budowaliśmy fortecę i toczyliśmy ogólną wojnę na śnieżki(nie lody,tylko kulki ulepione ze śniegu), oczywiście jazda na sankach była również ekscytująca i obowiązkowa. Zmarznięci ale szczęśliwi bawiliśmy się bez żadnej grypy, katarów czy alergii.

13.12.1981 r. rano o godzinie 9.00 nie było teleranka, co mnie bardzo zasmuciło. Wbiegła do nas sąsiadka i usłyszałem, że rozpoczyna się wojna w Polsce. Tego dnia Gen. Jaruzelski w mundurze wojskowym ogłosił stan wojenny. Nie pamiętam ile trwał stan wojenny, ale z biegam lat uważam, że była to dobra decyzja bo jak się później dowiedziałem pod naszą wschodnią granicą stały wojska ZSRR gotowe i zmobilizowane wkroczyć zbrojnie do Polski. Uważam, że uniknęliśmy rozlewu krwi chociaż będąca w konspiracji i podziemiu solidarność odczuła dotkliwie internowania i morderstwa na niewinnych ludziach.

Lubiłem zimę, ponieważ w pobliskim sklepie warzywniczym sprzedawali przed Bożym Narodzeniem zielone pomarańcze z Kuby. Sprzedawali reglamentując 1kg na osobę. Oczywiście stawałem po raz drugi w kolejce, ale zdarzało się, że przed samym nosem kończyły się zapasy. Wtedy to były czasy kolejek po wszystko : mięso, paliwo, alkohol, oczywiście reglamentowane przez ilość tzw. kartek. W 1985 roku kupiłem wieżę stereo hi fi (gra po dzień dzisiejszy) polskiej wytwórni Unitra (dziwi mnie fakt, że nikt do tej pory nie produkuje sprzętu hi fi tej firmy, sprzęt obecnie sprzedawałby się jak przysłowiowe świeże bułeczki). Pierwszy kolorowy telewizor (wychowywałem się na czarno-białym z 3 kanałami,w tym jeden z nich to rosyjski) kupiliśmy po długich nocnych listach oczekujących i kolejkach. Neptun 505! Miał w sobie wysuwaną część, w której programowało się kanały obsługiwane na sensory, czyt. dotykowe. Na telefon stacjonarny(czyli taki,który stał przeważnie w przedpokoju, z krótkim kablem uniemożliwiającym chodzenie po domu) zapisani byliśmy na listę oczekujących, kiedy nam podłączyli, to można było swobodnie dzwonić, wykręcając numer na tarczy telefonu i przestać już korzystać z automatów stojących pod osiedlowym spożywczym.

Takie dobra jak tv, sprzęt hi fi, artykuły spożywcze, sprzęt agd, markowe ubrania, alkohol, papierosy, czekolady, puszki z napojami lub piwem itp. można było zakupić tylko w sieci sklepów zwanych Pewex. Różnica polegała na tym, że w tej sieci płaciło się dolarami tak trudną wtedy do zdobycia walutą i o tak dużej wartości.

Mimo głębokiej komuny święta były zawsze rodzinne, a stoły były zastawione dobrym i różnorodnym jedzeniem. To czas świetności okolicznych rolników, od których kupowało się ćwiartkę, połówkę lub całego świniaka. Rodzice nauczyli się porcjować mięso, piec, peklować i oddawać do wędzarni. Prezenty też były, może nie takie wypasione jak teraz, ale cieszyliśmy się bardzo. Społeczeństwo było zwarte i radziło sobie jak mogło. Modne zrobiły się handlowe wyjazdy do Węgier , Rumunii czy Bułgarii. Dzięki mamie mając około 15 lat poleciałem do Węgier handlować na bazarze. Cóż za zdziwienie mnie ogarnęło i doznałem szoku jak za zarobione forinty poszedłem do spożywczaka w Sziofoku i zobaczyłem kolorowe produkty na półkach. W Polsce na półkach był jedynie dostępny ocet. Zdziwiłem się widząc coca-colę w 1,5 lit. Butelce, czekoladę z orzechami africanę, gumy kulki, kiełbasę salami, arachidy w czekoladzie, szampon o zapachu zielonego jabłuszka czy tez męski dezodorant derby i fa dla kobiet..

Niektóre z tych produktów przywoziliśmy do Polski i sprzedawaliśmy z dobrym zyskiem. Po latach wyszło na światło dzienne co złego robiliśmy z bratem.

Kiedy mama kupowała papierosy w Pewexie całe kartony , które wykorzystywała aby przekupić celników w Rumunii, czy też sprzedać z dobrym zyskiem. Ja i brat, oddzielnie nie wiedząc , że robimy to samo, rozcinaliśmy żyletką folie na kartonie, delikatnie wyjmowaliśmy nowa paczkę fajek. Delikatnie żyletką otwierało się paczkę, wyjmowało się kilka fajek a w to miejsce wkładaliśmy puste zwinięte kartoniki. He, he, teraz się śmieje, ale mama mogłaby nieźle oberwać jakby to zostało odkryte.

Pamiętam jak na słomianych makatkach zbieraliśmy puste paczki po zagranicznych papierosach i przypinaliśmy szpilkami. Kolekcjonowałem też puszki po napojach i butelki po piwach.

O!!!Przypomniało mi się, że około 11-12 roku mojego życia wśród kolegów z osiedla chodził list pisany w języku angielskim, którzy wszyscy kopiowali ( nie na xero tylko odręcznie) i wysyłaliśmy do firm zagranicznych, aby przysyłali nam nowe nalepki, katalogi czy tez plakaty.

A pro po plakatów. Miałem w swoim pokoju wytapetowane ściany plakatami zespołów polskich i zagranicznych. Nie tak łatwo można było je zdobyć. Pamiętam , że gazeta Razem w sobotnim wydaniu drukowała jeden plakat. Jechałem po gazetę o porannej porze do odległego kiosku Ruchu stając w kolejce. Niestety nie zawsze starczało gazet z powodu małego nakładu. Tak to życie się toczyło.

W roku m1985 trafiłem do szkoły średniej, 5 letnie technikum. Pierwsze dyskoteki, dziewczyny, zabawy w prezentera dyskotekowego, papieroski i alkohol. Najlepsze było wino”la patik” z dużą zawartością siarki. Mając 16-17 lat poznałem grupkę kolegów starszych ode mnie o 2 czy 3 lata, którzy pracowali i mieli swoje pieniądze. Ale to był szpan. Kupowaliśmy bełty, piliśmy z gwinta chowając się po klatkach schodowych. Oczywiście później była i wóda, która piliśmy w parku w czasie Pasterki.

Lata 90 to rozkwit handlu, na stolikach turystycznych, łózkach polowych ( przypinanych łańcuchami aby nikt nie wstawił swojego w głównej alejce handlowej). Po roku awansowałem do wyższego poziomu, kupując tzw. szczęki. Towar przywoziło się z Warszawy bądź Łodzi. Póżniej zaczęły się wyjazdy handlowe do Rosji i Istambułu. Miło wspominam bazar w Mińsku i Wilnie. Towar sprzedawał się jak ciepłe bułeczki a za zarobione pieniądze kupowałem złoto , które z zyskiem sprzedawałem w Polsce. Miałem reklamówki pełne 10 rublówek. Codziennie imprezy z szampanem i kawiorem, taryfami jeździliśmy po całym mieście płacą śmieszne pieniądze. Były tez wyjazdy autokarowe do Istambułu. Teraz bym się nie odważył jechać w tak długą podróż rozpadającym się Jelczem. Wracaliśmy przez Rosję sprzedając część towaru i koczowaliśmy na granicy nawet do 48 godzin. Podczas postoju piliśmy duże ilości gorzały i szampanów, imprezka cało nocna.

Rok 1989 był przełomowy w moim życiu, choć nie wiedziałem, że za 10 lat zachoruję na schizofrenię. Skończyłem szkołę i dostałem się na studia. W międzyczasie miałem dziewczynę, która oznajmiła mi , że jest ze mną w ciąży. Chorobliwie była o mnie zazdrosna, co doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Postanowiłem, że nie będę się żenił a wspólne dziecko uznam i będę płacił alimenty. Mając 19 lat oznajmiłem tą sytuację rodzicom i oczywiście pod ich namową na drugi dzień kupiłem kwiaty i pojechałem się oświadczyć. W następnym roku w kwietniu urodził się mój ukochany syn. W małżeństwie było rożnie.

W 1991 roku trafiłem do wojska i służyłem około 6 miesięcy na stanowisku gospodarczego i pisarza kompanii. Wódka, wódka i jeszcze raz wódka lała się strumieniami i po pół roku wyszedł przepis o jedynych żywicielach rodziny, zostałem przeniesiony do rezerwy.

Moja zona wtedy nie pracowała a ja pracowałem za dwoje

W 1996 roku skończyłem handlowanie i zapragnąłem zostać przedstawicielem handlowym, był to dość nowy zawód na rynku z poważaniem , renomą i widokami na przyszły rozwój. Jeździłem swoim autem zbierając zamówienia na artykuły spożywcze, od których miałem wypłacana prowizję. Marzeniem moim było wtedy zatrudnić się w firmie gdzie pracodawca dawał niezbędne narzędzia pracy czyt. auto służbowe i telefon komórkowy.

Kwiecień roku 1996 rodzi się moja córka w ten sam dzień i miesiąc co 6 lat wstecz syn!!!Czy to przypadek? Dzieci się rodzą tego samego dnia i miesiąca. Uważam , że dzieci to dar Boga, ale jak dalej opiszę w 2001 roku tracę kontakt z moją córką na długie lata.

Październik 1996 roku po 3 etapowej rekrutacji dostaję wymarzoną pracę przedstawiciela handlowego w światowej korporacji tytoniowej. Rozpoczynam pracę w dziale HORECA ( puby, restauracje, bary, hotele). Praca polegała na sprzedaży wyrobów tytoniowych i fakturowaniu w w/w dziale. Praca przeważnie nocna a do tego raz na dwa tygodnie jeździłem na 2 dniowy wypad do miasta odległego ode mnie około 250 km. Poznaję nocny świat pubów, barów, które w owym czasie rosną jak grzyby po deszczu. Zawieram nowe znajomości, poznaję fajnych ludzi i luzacki klimat nocnego życia. Jedynie żona nie jest zadowolona choć przynoszę do domu spore pieniądze. Z biegiem lat rozumiem swoja byłą żonę. Zacząłem ostro pić, imprezy , kobiety itp. Ciśnienie w pracy było bardzo wysokie, ale godziwe zarobki i imprezki integracyjne rekompensowały włożoną pracę zawodową. Były tez momenty, że jak jechałem na 2 dni, słyszałem wtedy od żony:

-Żebyś pierdolną tym swoim autem w drzewo?

Niestety ciśnienie narastało w mojej głowie z miesiąca na miesiąc. Buzowały ostre emocje, gdzie jedynym relaksem stał się dla mnie alkohol i kobiety. Przyznaję się do zdrady i jestem pewien, że gdy jedno zdradza to i druga strona zacznie, to jest pewne na 100%.

W 1999 roku dostaję dziesięcioletnią wizę do USA i postanawiam polecieć na 3 tygodnie, a tam zaczynam się rozkręcać na dobre! Piję, piję, chodzę w nicy sam po Manhattanie mając wrażenie, że to najpiękniejsze miejsce na Ziemi. Chodzę po rożnych klubach a raz trafiam jadąc za daleko metrem na dzielnicę gdzie tylko ja jestem biały!Jestem w szoku i zamiast wrócić do metra postanawiam sam przejść jedną stację po tej dzielnicy. Oczywiście mam miękko w gaciach gdy raptem jestem sam, ale czarni bracia mnie nie atakują i dochodzę cały i zdrowy.

Pod koniec lata 1999 roku wracam do Polski. Pracuję dalej jako przedstawiciel, jeżdżę autem jak wariat, bardzo szybko i niebezpiecznie. Postanowiłem zrobić porządek z mafią zbierającą haracze z lokali gastronomicznych. Słucham bardzo głośną muzyki i jeżdżę po moim mieście od pubu do pubu. Trafiam do jednego z pubów gdzie rządzą łysole?Co to znaczy?Zasada jest prosta. Gdy przychodzą goście zaczynają się bójki i rozpierduchy demolujące lokal. Wtedy to potencjalni klienci omijają lokal z daleka a łysole oferują wtedy swoją ochronę, wprowadzanie swojego alkoholu i pozwolenie na handel używkami. Uważam, że w tamtych czasach tak jak i teraz browary i firmy tytoniowe miały wpływ ale w inny sposób. Po prostu podpisywało się umowy wyłącznościowe na sprzedaż własnych produktów.

Było bardzo gorące lato a ja jeździłem w aucie ze swoją sunią. Latałem jak perszing. Z domu do pubu i na odwrót aż trafiłem na komisariat policji chcąc rozmawiać z Ministrem Spraw Wewnętrznych. Paranoja wkradła się w mój umysł.

Nagle otoczyło mnie 15 policjantów i dwóch sanitariuszy z kaftanem bezpieczeństwa. Wsadzili do karetki i w lipcu 1999 roku trafiłem na oddział zamknięty szpitala psychiatrycznego.

SZOK!!!Ostra trauma! Nie wiem co się dzieje?

Na oddziale spotykam Króla Jagiełłę modlącego się, Jezusa, mafioźników z Pruszkowa i Wołomina, córkę byłego premiera, siostry zakonne, recydywistę i policjanta. Dostaję serię silnych zastrzyków i mój stan zdrowia sprowadza się do totalnego zamulenia. Jestem otępiały, powolny, osłabiony, bezradny, wyciszony i bez jakiejkolwiek chęci do czegokolwiek. Od 4 do 6 kaw dziennie, 3-4 paczki fajek dziennie, przebywanie prawie non stop na palarni.

Było też czasem i wesoło. Stan psychiczny się poprawiał i organizowaliśmy disco na palarni. Nie zapomnę jakie było zdziwienie personelu medycznego jak wariaci (nie mylić z idiotami) bawią się w najlepsze, tańcząc, krzycząc i uśmiechając się wzajemnie. Niestety sielanka nie trwała długo. Zabrano nam radio z cd bo jedna z pielęgniarek słuchała na dyżurze Radio Maryi (to dopiero niezdiagnozowana osoba). A pro po religii i psychiki. To temat rzeka, długa i szeroka ale wrócę do tego w późniejszym momencie.

Leżąc na szpitalnym łóżku a właściwie wegetując na oddziale bez klamek nie miałem możliwości wyjścia na zewnątrz. Chyba , że? Stan się na tyle poprawiał, że dostałem tzw. wolne wyjścia. Oznaczało to, że można było wyjść z oddziału na spacer bądź do sklepu. Najbardziej chciało się piwa! Och jakie życie stało się wspaniałe jak wypiliśmy kiedyś z kumplami po 3 browarki. Niestety szybko wróciliśmy do świata realnego kiedy to pielęgniarka od Radio Maryia wyczuła od nas alkohol. Natychmiast wstrzymano nam wyjścia z klauzulą do odwołania. Były też i fajne pielęgniarki i sanitariusze. Nocne rozmowy, wspólna gra w karty i wyrozumiałość przy dawaniu nam tabletek nasennych po 6 kawach.

Dzień na oddziale zaczynał się o świcie, od wizyty na palarni oczywiście z kawą fusiastą. Były momenty, że z braku fajek, paliłem kipy po innych. Muszę przyznać, że mimo pierwszego pobytu (nie był to jedyny jak opiszę na dalszych stronach) w psychiatryku trafiłem na fachową i profesjonalną opiekę Pani Ordynator. Trafne leczenie, spojrzenie na człowieka chorego okiem specjalisty. Najgorsze były zastrzyki. Dostawałem dawki trzy razy dziennie i z czasem została uszkodzona moja wątroba. Zajadałem wtedy słodycze kilogramami. Doprowadziłem do tego, że leżałem w łóżku całymi dniami, wstawałem jedynie na posiłki, kawę i papierochy. W miedzy czasie odwiedzali mnie rodzice i żona z dziećmi. Bardzo ale to bardzo tęskniłem najmocniej za moimi dziećmi.

Po trzech miesiącach wyszedłem ze szpitala, ale pozostał kompleks niespokojnych nóg. Nie mogłem wysiedzieć w miejscu więcej niż 3 sekundy. Musiałem chodzić i chodzić. Z czasem minęła ta dolegliwość i pod koniec listopada 1999 roku miałem spotkanie ze swoim kierownikiem z pracy.

Zaprosił mnie na kawę i oznajmił, że moja umowa o pracę zostaje wypowiedziana.

SZOK!!!

Wracam do domu i płaczę jak małe dziecko. Świat zapadł mi się pod nogami i dupa blada z moim dalszym życiem. Byłem wtedy jedynym żywicielem swojej rodziny.

Większość obowiązków domowych przejęli moi rodzice i żona. Na początku jedynym moim zajęciem w domu było przyjmowanie leków, kawa, papierochy, posiłki i leżenie w łóżku. Z czasem zacząłem myśleć o powrocie do pracy zawodowej. Podejmowałem próby pracy ale z marnym skutkiem. Po jednym lub dwóch dniach rezygnowałem ponieważ nic mi nie wychodziło i miałem bardzo niskie poczucie wartości.

Ja wielki Pan przedstawiciel handlowy miałem sprzątać? O nie to nie dla mnie, przecież stać mnie na ambitniejsze życie zawodowe. Z biegiem czasu powstał pomysł aby spróbować pracy w USA. Miałem ważną wizę, żona też i dzieci.

Latem 2000 roku razem z żoną polecieliśmy do USA do pracy zostawiając nasze dzieci (4 i 10 1at ) pod opieką moich rodziców. Razem z żoną mieliśmy pracować przez 6 miesięcy i przygotować grunt pod przylot dzieci i żyć i dorabiać się w USA. Zamieszkaliśmy u mojego teścia, gdzie piwo i wódka lały się strumieniami. Oczywiście wziąłem ze sobą leki ale z czasem wraz ze zwiększoną ilością wypijanego alkoholu zacząłem odstawiać leki. Po 2 tygodniach wynajęliśmy samodzielny pokój. Ja pracowałem jako pomocnik glazurnika a zona jako sprzedawca w sklepie spożywczym. Właścicielem domu, w którym wynajmowaliśmy pokój był chłopak z polskiej wioski, zachwycony Ameryką i dolarami. Piłem dalej i coraz więcej, za kumplowałem się z wieśniakiem co doprowadziło do codziennego picia drinków. Oczywiście leki poszły w odstawkę co spowodowało w późniejszym czasie ostrą psychozę.

Pamiętam jak co weekend zacząłem jeździć do klubu go-go, gdzie świetnie się bawiłem, pijąc i wkładając jednodolarówki za majtki tancerek. Poznałem tam tańczącą Rosjankę, z która jako stały klient lokalu dużo rozmawiałem siedząc przy barze i popijając alkohol. W mojej głowie uroiło się , że jestem Vipem bo nawet potężny czarny ochroniarz bał się mnie jak przychodziłem do klubu. Rządziłem się jakbym był właścicielem klubu. Wracałem zawsze taksą ale raz miałem na prawdę pietra. Kiedy otworzyły się tylne drzwi taksówki zobaczyłem białe lśniące oczy Murzyna, który skierował mnie na przednie siedzenie obok kierowcy również Murzyna. Z deczka się bałem gdzie mnie zawiozą ale po wspólnej gadce i bez awantur zawieźli mnie pod dom a ja im zostawiłem napiwek. Pewnego razu tyle wydałem kasy w klubie, że musiałem wracać w nocy piechotą do domu. Szedłem przez ciemne uliczki, tylko światło w okolicznych domach, troszkę się bałem ale po około półtorej godzinki trafiłem do domu. Następnego dnia postanowiłem prze bukować bilet i po 5 tygodniowym pobycie postanowiłem wracać do Polski. Ubzdurałem sobie, że w tym żydowskim kraju nikt nie chce mi pomóc i chcą mnie na siłę złapać i wsadzić do psychiatryka. Dzwoniłem pod 911, gadałem bzdury po angielsku, że mnie prześladują i nie dopuszczają do wylotu z USA.

Lipiec 2000 rok ląduję w Warszawie a żona zostaje w USA. Będąc w domu wstawałem około 4 rano, budziłem córkę i przeprowadzałem z nią rozmowy o życiu siedząc na balkonie. Wtedy to reagowali moi rodzice i nakłaniali mnie na wizytę do lekarza ale ja miałem misję odbić mojego syna z rąk Żydów, którzy zaopiekowali się nim zabierając go nad jezioro. Mając w reku 80 dolców wsiadam do taksówki i jadę 100 km dalej. Docieram do syna a mój kolega Żyd widząc, że dzieje się ze mną coś nie dobrego odwozi mnie swoim autem do domu.

Sierpień 2000 roku trafiam po raz drugi do psychiatryka. Pobyt burzliwy ale krótki. Po około 5 tygodniach wychodzę i jestem szczęśliwy razem z moimi kochanymi dziećmi. Szukam pracy, podejmuję próbę ale tradycyjnie nic na dłużej nie wychodzi. Na tydzień przed Wigilią po 6 miesiącach wraca moja żona po która pojechałem na lotnisko. Oświadcza mi na lotnisku , że się zakochała!Przyleciała tylko po córkę i po Nowym Roku wraca do USA.

04.01.2001 roku żona zabiera 4 letnią córkę a ja zostaje z 11 letnim synem.

SZOK!!!!!!!!!!

Nie dociera to do mnie po dzień dzisiejszy tak jak i mojego syna. Mam przed oczami swoją 4 letnia córkę, która nie wie o co chodzi? Ma bardzo smutne oczy, które do tej pory śnią mi się po nocach. Mój kochany syn też jest w szoku. Rodzice trochę pomagają, ale staram się też sam z synem zająć życiem domowym. Podejmuję próby pracy i znowu jestem w ciemnej dupie.

Maj 2001 roku trafiam po raz trzeci do psychiatryka. Przed wsadzeniem do szpitala szaleję po całym mieście. Jestem w domu tato woła pogotowie, pogotowie przyjeżdża a mnie nie ma. I tak się ganiamy aż w końcu siedzę w domu przy kuchennym stole. Na stole stoi zdjęcie córki a obok duży kuchenny nóż a ja wpatrzony i nieruchomy patrzę i nie wiem co mam robić? W pewnym momencie wchodzą do domu dwaj młodzi Aniołowie ( policjanci w niebieskich mundurach) i sprytnie jeden z nich zabiera ze stołu nóż. Całej tej sytuacji przypatrują się pracownicy pogotowia. Idę do łazienki, zamykam drzwi i wchodzę w ubraniu do wanny pełnej zimnej wody. Ktoś raptem otwiera drzwi, ja wychodzę do przedpokoju, osuwam się na podłogę i mdleję. Słyszę jakieś odgłosy, raptem zapada głucha cisza a ja unoszę się lekko do góry i mam wrażenie jakby na swoim grzbiecie niosły mnie konie. Jest lekko, miło i przyjemnie. Widzę przez zamknięte oczy piękne i ciepłe światło do którego podążam. W pewnym momencie ogarnia mnie wrażenie jakby to nie był jeszcze ten czas na zejście z tego Świata. Okazuje się, że słowa: 'Bóg jest światłością ' trafiają do mojej świadomości. To piękne i przyjazne światło podpowiada, że jeszcze nie czas? Ale na co? Czy przeżyłem śmierć kliniczną? Do tej pory nie wiem.

Świadomość odzyskuję w karetce na terenie psychiatryka. Zdejmują mi aparat tlenowy i wychodzę na zewnątrz. Siadam po turecku na ziemi i mam wrażenie jakbym na nowo się narodził. Mam bardzo wyostrzone zmysły. Śpiew ptaków i szum wiatru docierają do mnie jakbym miał słuch bezwzględny. Moje oczy widzą lepiej i ostrzej dostrzegając rzeczywistość mnie otaczającą. Sanitariusz i lekarz prowadzą mnie na oddział. Przed wejściem lekarz pogotowia mówi mi:

-Przepraszam?

Do tej pory nie wiem za co, ale analizując ówczesne czasy uważam ,że podano mi pawulon i stad ta moja utrata świadomości.

Trzeci pobyt w szpitalu jest, krótki i bez większych emocji i zaburzeń. Wychodzę po jakiś 4 tygodniach. I co dalej?

Jest lipiec 2001 roku. W domu jest syn, rodzice a około 10 000 kilometrów od nas jest córka i siostra. Trzeba się nauczyć z tym żyć. Pomału wychodzę na prostą, czyli znowu szukam pracy odpowiedniej dla siebie. Tak naprawdę z biegiem czasu to praca nie jest moim wyborem tylko spełnieniem oczekiwań moich bliskich wobec mnie. Ja taki wrodzony optymista, człowiek uśmiechnięty, radosny i przyjazny innym ludziom bez problemu będzie pracować. Niestety mając w kartotece stwierdzoną schizofrenię paranoidalną nie jest łatwo znaleźć pracę.

Słyszę:

Weź się w garść!!!!

Kurwa mać!!!Najgorsze co może usłyszeć osoba z problemami psychicznymi. Nie mam zamiaru wszystkim dookoła tłumaczyć co siedzi w mojej głowie, jakie myśli mnie dręczą i oczekiwania zawodowe. Ale staram się i szukam pracy, w której mógłbym zahaczyć się na dłużej. Systematycznie chodzę do psychiatry i nie pije alkoholu. Uświadamiam sobie, że ze schizofrenią da się żyć. Jedyne co złe a może i dobre to nadmierne palenie papierochów, które daje mi poczucie wyluzowania i bezpieczeństwa.

Byłem przedstawicielem handlowym, pracownikiem stacji benzynowej (przez tydzień), obrębiałem dywany (2 tygodnie), pracowałem jako grafik komputerowy (2 tygodnie), sprzątałem (3 tygodnie), pracowałem na produkcji(2 dni).

W styczniu 2005 roku mój brat rodzony wyjechał do Chicago. Powstaje pomysł aby lecieć do niego do pracy latem 2005 roku. Rodzice pożyczają mi na bilet, biorę leki i lecę do Chicago. Córka mieszka w New Yorku, więc duże prawdopodobieństwo, że ja odwiedzę. Wytrzymałem w pracy 5 tygodni. Pracowałem przy sidingu,ale gdy stojąc na drabinie widziałem przelatujący samolot, miałem łzy w oczach i tęsknotę do Polski. Na domiar złego nie miałem jak i nikt mi nie pomógł abym chociaż na dzień poleciał i zobaczył swoją córkę. Wkurwiłem się i oznajmiłem, że wracam do kraju.

No i się zaczęło!!!!

Ojciec dzwonił, że nie przyjedzie po mnie na lotnisko, brat się wściekł i stwierdził, że sam mam dojechać na Ohare( lotnisko w Chicago). Pomyślałem ok, poradzę sobie. Z moim słabym angielskim prze bukowałem bilet i załatwiłem telefonicznie kumpla, który zadeklarował, że będzie na mnie czekał na Okęciu.

Oczywiście na 3-4 dni przed moim powrotem do kraju zmiękła rura bratu i tacie. Brat mnie odwiózł a w Warszawie czekał na mnie tato i syn. Oczywiście krytyki pod moim adresem nie brakowało bo przecież rodzice dali na bilet a ja jego nie odpracowałem, nie mówiąc już o zarobionych dolcach.

Jeszcze przed szpitalem udało mi się w 2009 roku polecieć na 10 dni do New Yorku po pięciu latach zobaczyłem swoją córkę. Zamieszkaliśmy u mojego kolegi w New Yersey. Tak naprawdę przez te 10 dni chciałem przekazać córce jak najwięcej ojcowskiej miłości i mądrości utraconych 8 lat. Nie wiem czy mi się udało bo od około półtora roku mam słaby kontakt z córką. Jest listopad 2017 roku a ja rozmawiałem z nią ostatnio w czerwcu. Trochę mnie to wkurza ale ma obecnie 21 lat, jest szczęśliwie zakochana. Myślę poniekąd, że to kwestia wychowania przez mamę.

Mój syn pozostawiony bez siostry i mamy z chorym ojcem przeżył bardzo, ale to bardzo i jestem pewny, że ma głęboką rysę w swoim sercu. Pamięta jednak o imieninach i urodzinach mamy i siostry, ich relacje wydają się poprawne.

W międzyczasie próbowałem sobie ułożyć życie osobiste.W 2008 roku w listopadzie poznałem kobietę, z którą żyłem około 5 lat.

Przesiadując za barem w ulubionym pubie zarzuciłem oko na fajną kobitkę od, której podstępem zdobyłem numer telefonu. Nie tak szybko się ze mną umówiła ale byłem cierpliwy. Pomalutku, powolutku zaczęliśmy się spotykać i żyliśmy razem około 5 lat. Nawet się oświadczyłem ale w 2013 roku zerwaliśmy i po raz 4 trafiłem do psychiatryka. Z biegiem lat uważam, że minusem było brak wspólnego zamieszkania. W razie kłótni czy nie porozumień mieliśmy swoje mieszkania i po prostu nie widzieliśmy się. Pomimo wszystko bardzo miło wspominam nasz związek. Obecnie od 2 lat jest w USA.

Ach ta pierdolona Ameryka!!!!!!!!!

Zabrała mi córkę a teraz i kobietę. Myślę drogi czytelniku,że rozumiesz choć trochę moją złość i wrogie nastawienie do tego kraju, gdzie rdzennych mieszkańców zamknięto w rezerwatach. Już mój dziadek w latach 70 mówił:

-Pamiętajcie dzieci Ameryka to jedna wielka kurwa!!!!( dziadek zmarł w 1975 żyjąc 87 lat)

Wracają jeszcze to pracy zawodowej rodzice tłoczyli, że muszę pracować bo z samej renty nie wyżyję. To prawda, ale może w końcu znajdę zajęcie zawodowe odpowiadające mi i moim aspiracjom.

Jestem sanitariuszem(pół roku), jeżdżę autem rozwożąc części samochodowe po województwie(pół roku), pracuję na kuchni(8 miesięcy!!!), i ochroniarzem w sklepie spożywczym(3 miesiące).Niestety nie mogę na dłużej zagrzać miejsca. Ciągle ktoś mnie w pracy wkurwia, mimo rzetelnie wykonywanych obowiązków, pracuję za dwóch na 200%. Nie wytrzymuję i rzucam pracę.

Rok 2011 jest bardzo ważny i burzliwy. Moja mama ma stwierdzonego raka piersi. Po mastektomii i chemii jest nieźle. Po 2 latach walki następuje przerzut na kości i we wrześniu 2013 roku mama odchodzi z tego Świata.

Cała ta sytuacje doprowadza, że po 12 latach remisji trafiam po raz 4 do psychiatryka.

Tym razem wcielam się w Boga i planuję na nowo stworzyć Świat w 3 dni. Jeżdżę po nocy autem jak szalony i zaczynam śledzić auto mafii jadąc na zderzaku. Oczywiście chcą się oderwać ale ja nie daję za wygraną. Zatrzymują się na czerwonym świetle i wyskakuje do mnie pięciu rosłych typów i mówią:

-Co Ty kurwa tak jeździsz za nami?

Ja paląc spokojnie papieroska nic nie mówię tylko dalej jadę za nimi. W pewnej chwili kończę mój rajd w dzielnicy gdzie od lat jest tam agencja towarzyska.

Wracam do domu włączam BBC i CNN i ustalam światowe ceny walut, złota i srebra. Chodzę w nocy po osiedlu pokazując wszystkim taryfiarzom środkowy palec. Kiedy wstaję rano ku mojemu zdziwieniu wchodzi dwóch rosłych policjantów i lekarz z pogotowia. Kulturalnie i bez kaftana bezpieczeństwa wsiadam do karetki i ląduję w psychiatryku. Oczywiście na izbie przyjęć twierdzę, że zapłacą mi za te krzywdy ponieważ jest Bogiem Wszechmogącym. Pod opieka czterech ochroniarzy trafiam na oddział zamknięty a właściwie do tzw. akwarium.

Po środku jest oddział pielęgniarek a po obu stronach za szybą jest sala obserwacyjna mężczyzn i kobiet. Nie ma gniazdek i palarni ale palimy w kiblu i zaparzamy kawę zimną wodą( da się).Jeden na sali szaleje i sanitariusz przypina go skórzanymi pasami do łóżka. Ale? Na sali jest Bóg i w delikatny i dyskretny sposób rozpinam go i rano staje się cud! Ku zaskoczeniu personelu kolega spokojnie leży bez pasów i czeka na obchód. Ogarnia mnie zdziwienie jak ordynator odpowiada mi, że stworzy Świat w 2 dni. Hm.... to mi daje do myślenia i powoli leki zaczynają dobrze na mnie działać. Po tygodniu z akwarium przenoszą mnie na salę ogólną. I się zaczyna, od 4 do 6 kaw dziennie i po 2 czy nawet 4 paczki fajek dziennie. Oczywiście spotykam mafię, kadrowiczów polskich, pracowników BOR-u, Jezusa i kilka Matek Boskich. Po dwóch tygodniach przenoszą mnie na oddział otwarty i po 4 tygodniach odzyskuję wolność.

Próbuję na nowo szukać pracy, gdzieś tam się zahaczam ale od stycznia 2017 roku mam złą passę. Tracę pracę na początku lutego, ale po 4 tygodniach bezrobocia rozwożę pizzę( 3 tygodnie),później kosze trawniki (4 tygodnie), pracuję w call center( 2 tygodnie), nocna praca na giełdzie rolnej(3 tygodnie), i do września 2017 roku miesiąc pracy jako portier-szatniarz.

Wytrzymuję miesiąc i do tej pory a właściwie do końca roku zaplanowałem popracować nad sobą własną psychiką i daje sobie czas aby Nowy 2018 rok rozpocząć z radością, spokojem i pracą

Na szczęście dzięki pomocy terapeutom i psycholożki, z którą znam się od 18 lat nie trafiam do psychiatryka. Uczęszczam na zajęcia psychoedukacji, socjoterapii i biorę udział w grupie wsparcia.

I to już koniec mojej spowiedzi moi drodzy czytelnicy. Na koniec piszę moje skromne spostrzeżenia i rady osobom chorującym na schizofrenię

      1. systematyczne branie leków najlepiej o tej samej porze

      2. kontrolne wizyty u psychiatrycznego

      3. zero alkoholu,nawet piwa bezalkoholowego

      4. samokontrola nastroju i pogodzenie się z faktem, że jestem chory

      5. praca nad samym sobą

      6. odnaleźć pasję i hobby

      7. umiarkowanie podchodzić do wiary i Kościoła

      8. rozważne i przemyślane korzystanie z wiary i Kościoła

 

 

Irokez

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
irokez · dnia 12.01.2018 08:51 · Czytań: 118 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Inne artykuły tego autora:
  • Brak
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
22227
23/07/2018 16:51
Bardzo dobry wiersz, odbieram go tak jakbyś rozmawiała ze… »
ajw
23/07/2018 14:42
Tak, w niektórych jest Anioł, a w innych Diabeł ;) Pięknie… »
jacksg1
23/07/2018 12:22
Cykl asymetryczności, który jest jednocześnie symetryczny.… »
viktoria12
23/07/2018 12:14
Najbardziej zaskakuje mnie rozbity wyświetlacz. Bo powinien… »
dodatek111
23/07/2018 09:43
Dziękuje Wam bardzo za czytanie i uwagi, wszystkie cenne i… »
allaska
23/07/2018 08:57
jest tu jakaś ciekawa historia, ale w ostatniej coś… »
allaska
23/07/2018 08:53
wyemigrowałem - zbędne dopowiedzenie :)skoro dal sie podmiot… »
Kazjuno
23/07/2018 08:36
Wysmagałaś Vanilivi Autora jak sztubaka. Totalne zero… »
Lilah
23/07/2018 08:11
Wiem, ajw, dlatego napisałam, żebyś nie brała zbytnio do… »
Maru
23/07/2018 07:30
Prawdę mówiąc... Pierwotnie ten tekst był ze dwa-trzy razy… »
Vanillivi
23/07/2018 06:43
Tak jak obiecałam, zjawiam się z komentarzem. Czytając… »
Ekszyn Dupacycki
23/07/2018 03:17
Rzuciłaś na pisanie Wiktora inne świetło, to zainteresowało. »
domofon
23/07/2018 01:55
wielkie dzieki, podpisuję się pod Twoim komentarzem obiema… »
Zola111
23/07/2018 01:27
Tak, leśne dziewczęta na poboczu to jest z pewnością temat.… »
Zola111
23/07/2018 01:16
Ileż w tym wierszu witalizmu, erotyzmu! Ale przecież… »
ShoutBox
  • viktoria12
  • 23/07/2018 12:16
  • Właśnie, Fuksiarzu, nie widzę wiersza ;) Ech
  • Fuksiarz
  • 19/07/2018 07:45
  • Hejka, jak widzicie mój nowy wiersz? Wprowadziłem poprawki, raczej wiedzę, którą nabyłem dzięki podzieleniu się komentatora przy wcześniejszym moim wierszu w komentarzu, dziękuję : )
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 23:26
  • Silvus - dokładnie tak, że przydatne dla czytelnika :)
  • allaska
  • 18/07/2018 22:01
  • dziś poczytałam o niepełnosprawnym dziecku pewnej znanej poetki. straszne myślę sobie... a poetka wysyła mi zdjęcie chorego synka i z uśmiechem pisze: zobacz jaki słodziak, no wzruszające kurka wodna
  • allaska
  • 18/07/2018 21:59
  • pada. i pada. dziś zabawa- dziecka stopa nadepnęła na kretowisko, z kolejnego kretowiska wytrysnęła woda. wzlatywały jeden za drugim w górę wodne wulkany. płonę. dzięki dziecku dotarłam do jądra :)
  • Silvus
  • 18/07/2018 21:53
  • Content-marketingowe? W sensie, przydatne? Będę pisać, jeśli coś mi przyjdzie do głowy. Dziękuję. :) :)
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 20:57
  • Ale fajnie, poradnikowe. Mocno content marketingowe Silvus. Good job. Pisz dalej.
  • Silvus
  • 18/07/2018 19:15
  • Mario, dziękuję. :) Nie nazywałbym tego blogiem, ot, luźne przemyślenia.
  • Silvus
  • 18/07/2018 16:54
  • Chciałbym pochwalić się, że wreszcie udało mi się stworzyć coś jak blog (całość po angielsku): [link] :) Tematyka: głównie programowanie. Zresztą nie wiem, czy jeszcze coś napiszę.
Ostatnio widziani
Gości online:11
Najnowszy:qepo
Wspierają nas