Klątwa Bestii - StalowyKruk
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Klątwa Bestii
A A A

Rozdział 1 Lud przeklęty

         Czuł że coś jest nie tak. Zwyczajne wrzaski chorych zostały zastąpione odgłosami walki i wrzaskami, lecz nie ludzi cierpiących długo, ale rozdartych nagłym uderzeniem bólu. Uniósł głowę. Jego cela wyglądała jak zawsze. Niewielka kamienna klitka z wiechciem siana w jednym rogu, a dziurą na nieczystości w drugim.

         Jednak coś się zmieniło. Ból dotąd rozsadzający mu głowę, drążący każdą kość, kłujący każdy kawałeczek skóry, po prostu zniknął. Było to o tyle ciekawe doświadczenie, że postanowił zastanowić się jak ma na imię. Po chwili z wściekłością uznał, że nie pamięta. Nie pamiętał niczego poza bólem i celą. W zasadzie zdolność wściekania się była dobrym znakiem, uznał. W zamyśleniu spojrzał na swoją lewą dłoń i zobaczył to.

         Był to dziwny symbol przedstawiający jakby pysk osobliwego stworzenia widziany z przodu i trochę z góry. Było to coś na kształt blizny lub znamienia i jarzyło się lekko szkarłatem.

Dalsze obserwacje przerwał mu głos z korytarza mówiący-„wyrżnąć wszystkich” oraz dźwięk otwieranej zasuwy jego celi.

– Niech ten miecz zniszczy bluźnierstwo – wymamrotał ktoś do siebie, zbliżając się do niego.

Człowiek z celi wstał i ku własnemu zdziwieniu odkrył, że przewyższa tamtego o dobre kilka centymetrów. Osobnik z mieczem, będący raczej średniego wzrostu i muskulatury był też od niego trochę węższy w barach. Uzbrojony człowiek zawahał się tracąc nieco pewność siebie, lecz natychmiast wyprowadził pchnięcie. Odziany jedynie w płócienne portki cel nie miał szans przeżyć bezpośredniego ciosu. Jednak zadziałały jakieś instynkty i zdołał się uchylić, a następnie złapać napastnika za wyciągniętą do przodu rękę oraz za pas i rzucić nim o ziemię.

Kim ja do cholery jestem, pomyślał podnosząc miecz i przybijając napastnika do posadzki.

– Co do… – wykrzyknął drugi wbiegając do celi. Został uderzony na odlew przez łeb. Trzeciego, stojącego na korytarzu zmiotła tajemnicza siła. Gdy człowiek z celi wychylił się ostrożnie sprawdzając, co spowodowało tą osobliwą anomalię dostrzegł dwu i pół metrowej wysokości człowieka, odzianego w coś pośredniego między szatą a kolczugą.

– Ach…widzę że kolejny pokonał chorobę. – Odezwał się uspokajająco, a na jego pobrużdżonej zmarszczkami twarzy wykwitł uśmiech zasłaniany trochę przez krótką białą brodę. – Chodź, odbierzesz swój depozyt.

***

– Nazywasz się Haknir, a przynajmniej tak się przedstawiłeś.  Przybyłeś tu kilka tygodni temu prosząc o azyl. Wielu chorych to robi. Właśnie po to istnieje ta twierdza.

– Tak… przypominam sobie coś… – Wymamrotał jeszcze niedawno siedzący w celi dla chorych Haknir.

– Zaniki pamięci miną, to całkiem normalny objaw choroby bestii- rzekł wysoki opiekun chorych. – To przejdzie. Są jednak rzeczy, które nie przeminą. Żeby przybliżyć ci czym się stałeś muszę opowiedzieć ci o samej chorobie.

Haknira zadowoliło znalezienie we własnej skrytce normalnych ubrań i skórzanego napierśnika. Ponadto znajdowały się tam dwa sztylety umocowane do długich łańcuchów i paskudnie wyglądający miecz o ząbkowanym ostrzu.

– Nikt do końca nie jest pewny, skąd bierze się ta choroba będąca częściowo klątwą. Nikt też nie wie jak się rozprzestrzenia. Pewnym jest jednak, – ciągnął opiekun zarażonych, – że jest nieuleczalna. Większość zarażonych mutuje w krwiożercze potwory, jednak część wykazuje się na tyle silną wolą, że nie pozwala się zdegenerować. Nie unikają oni, co prawda pewnych (najczęściej nieznacznych) zmian fizycznych, ale zachowują pełnię sił umysłowych. Za wyjątkiem zaników pamięci, ale to przechodzi z czasem.

– Jak się nazywasz? – Zapytał Haknir dopinając sprzączki napierśnika.

– Mówią mi Qenarin. – Oznajmił opiekun.

Haknir pokiwał głową i podszedł do wiszącego na ścianie lustra.

– Masz tu jakąś wodę i wiadro?

– Znajdzie się – odparł Qenarin i wychylił się na korytarz, by coś do kogoś zawołać.

Haknir przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze. Tak jak wywnioskował ze strzępków swej pamięci wyglądał na młodego człowieka. Prawdopodobnie niedawno dopiero osiągnął dorosłość. Niestety było to zbyt ogólnikowe pojęcie, gdyż dorosłość była przecież odmiennie interpretowana w różnych kulturach. Dla odmiany przyjrzał się swoim włosom. Były gęste, sięgały trochę za ramiona i miały bliżej nieokreślony kolor oscylujący między ciemnym blondem a jasnobrązowym. Najbardziej, jednak rzucały się w oczy… właśnie oczy. Jarzące się żółtopomarańczowym poblaskiem żaru punkciki. Odwracały też uwagę od pokrytej kilkoma bliznami twarzy, o raczej twardych rysach.

– Oto woda – Oznajmił Qenarin. – Ogól się, umyj czy co tam chcesz.

– Jakieś sugestie, dokąd powinienem się udać?

– Jeśli szukasz miasta z prawdziwego zdarzenia, na południowy wschód stąd leży Ferhneum. Dawno już nie miałem stamtąd wieści, ale miasto powinno nadal stać.

– Oby – wymamrotał Haknir.

***

         Jeszcze tego samego dnia Haknir wyposażony w zapasy wody i jedzenia wyruszył do Ferhneum.

         – Nie wszyscy Nieugięci są godni zaufania – wcześniej tego dnia zakomunikował mu Qenarin. Nieugięci to nieoficjalne określenie dla tych, którzy oparli się klątwo-chorobie. – W zasadzie istnieją trzy główne organizacje skupiający takich jak my: zajmująca się likwidowaniem potworów Przeklęty legion, usiłujące z różnym powodzeniem panować nad potworami Dominium oraz wyjątkowo paskudna Sekta Bestii, od niej trzymaj się z dala.

         Haknir rozejrzał się jeszcze po skąpanym w promieniach słońca mroźnym Skalistym Pustkowiu i ruszył na zachód.

***

         Lyneth, król Ashmere uderzył w stół przerywając kłótnię. Władcy zebrani w tej sali kłócili się bezwstydnie, tam gdzie potrzebna była najwyższa powaga. Jego irytację pogłębiał fakt, że zaginiony przed kilkoma tygodniami dowódca służb specjalnych wciąż się nie znalazł, a tylko on, chociaż młody i traktowany niepoważnie przez prawie wszystkich liczących się ludzi, potrafił utrzymać pod kontrolą zmutowany twór militarno – społeczny, jakim były służby bezpieczeństwa jego kraju.

         – Najznamienitsi ludzie tego świata. Wszyscy, którzy się liczą – zaszydził. – Zebraliśmy się tu aby przedyskutować sprawę plagi potworów, a nie złóż oleju skalnego, rzekomo należącego się Kościołowi Świetlistego Grotu.

         – Kościół ma pełne prawo do złóż z terenów podległych Tervanlii, gdyż jak przypominałem przed prawie pięćdziesięcioma laty jawnie tępili wiernych Kościołowi – niemal wykrzyknął wstając gniewnie spasiony biskup Vil Fegrel. Przeholował.

         – W rzyci mam wasze racje klecho – wycedził przez zęby Lyneth. – Siadaj na dupie, bo wasze kościelne sakiewki nie są tematem na to akurat spotkanie.

         – Właśnie  – poparł go Stylkan król Tisdoru, nazywany za jego plecami rudym, ze względu na bujną czuprynę tegoż koloru. Sam Lyneth, choć mający ledwo czterdzieści lat na karku miał już zaczesane do tyłu siwe włosy i krotką siwą brodę.

         – Tak, temat który mieliśmy poruszyć.- Ciche słowa wyrzeczone przez Nemira, władcy Tervanlii wydźwięczały z siłą grzmotu. – Ale jest nas tylko piątka. Inni są zajęci wojnami domowymi, nie żyją lub po prostu nie chciało im się pofatygować.

         – Ich strata – zawyrokował Lyneth.

         – Wszyscy zgadzają się co do tego, że potwory należy eksterminować,- Rzeczowo oznajmiła Velfena, psychopatyczna imperatorka niewielkiego, lecz podejrzanie ambitnego państewka Ynvirii. Lyneth, pomimo że Velfena była niesamowicie piękna nie lubił jej. Doskonale pamiętał pewną tisdorską anegdotkę, o tym jak źle kończy się myślenie przyrodzeniem. Velfena była nie tylko piękną, cycatą blondynką, ale także okrutną psychopatką i jak mówily plotki, sadystką z wybuchami agresji. Lyneth był królem. Oczywiście nie wierzył plotkom. Wierzył szpiegom, a ich relacje mówiły więcej niż wiele. Tych, którzy wrócili. Chrząknął.

         – Jest jeszcze druga sprawa. – Oznajmił.

         – Mianowicie? – Zapytał ten chuderlawy, czarnowłosy młodzik Nevmir.

         – Mianowicie Nieugięci, Nieprzemienieni, Ludzie Bestii – spokojnie wytłumaczył Lyneth. – Mają wiele nazw.

         Biskup Vil Fegrel zrobił się czerwony ze złości.

         – To bluźniercze stworzenia! – Krzyczał. – Pozbawione dusz plugastwa!

         – Nie wiem czy pozbawione dusz – odrzekł Lyneth, ścierając krople śliny ze stołu przed sobą, sam zaskoczony swoim opanowaniem. – Określanie czy dana istota posiada duszę wykracza niestety poza moje kompetencje. Natomiast z całą pewnością mogę stwierdzić, że przynajmniej część z nich posiada rozum.

         – Skąd ta wiedza? – Zapytała Velfena.

         – Stąd, że raptem półtora tygodnia temu przyjąłem delegację Przeklętego legionu.

         Fegrel prawie dostał apopleksji.

         – Delegacja od tych potworów!? Gdy Święta liga się o tym dowie-

         – To co kurwa?! – wydarł się wstając Lyneth. Biskup Fegrel usiłował zapaść się w sobie, co przy jego tuszy skończyło się jedynie wylaniem bokami krzesła. – Póki co ja rządzę w moim kraju! Jeśli lidze tak wszystko się nie podoba dlaczego nie przysłali tu swojego członka? Bali się że skopię im te ich świętoszkowate tyłki?

         – Spokojnie, Lyneth. Wiem co możemy zrobić. – Uśmiechnął się Nemir.- Skoro posiadają nadludzkie moce, po prostu wcielmy ich do swoich armii.

         Lyneth odetchnął, siląc się na spokój.

         – Nie. Powiem wam co zrobimy – rzekł. – Zostawimy ich samych sobie.

         Wstał. Obrady były zakończone.

***

         Trzeci dzień podróży był w zasadzie identyczny jak dwa poprzednie. To znaczy, że Haknir szedł po nierównym trakcie potykając się o wyrastające gdzieniegdzie krzaki. Dookoła jak okiem sięgnąć rozpościerało się skaliste pustkowie. Mimo zimna nie widać było oznak bytności śniegu w okolicy. Co jakiś czas pojawiało się samotne drzewo, na tyle uparte by wyrosnąć na tym zapomnianym przez bogów pustkowiu.

         Szedł niestrudzenie zatrzymując się jedynie na chwilę snu, lub gdy do któregoś buta dostawał się wyjątkowo irytujący kamyczek. Z jakiegoś powodu dotarcie do miasta wydawało mu się niezwykle ważne. Dręczyły go też powracające urywki wspomnień. Podczas snu widział swoją wędrówkę ku majaczącej w oddali górze, leżących na ziemi ludzi wijących się w agonii. Każdy przyciskał lewą dłoń do ciała. Pojawiały się też skrzydlate pokraki krążące na tle czerwonego nieba. Próbował sobie przypomnieć więcej szczegółów, lecz to okazywało się niemożliwe i niesamowicie irytujące.

         Teraz zza wzniesienia wyłonił się osobliwy obraz człowieka siedzącego na przydrożnym drzewie. Zdziwiłoby to Haknira, ale widoczne było iż nieszczęśnik wdrapał się tam uciekając przed trzema istotami, przypominającymi zasuszonych ludzi.

         – Pomóż – jęknął człowiek siedzący na drzewie. – Dłużej się nie utrzymam.

         Nawet gdyby nie zamierzał mu pomagać to pokraki i tak rzuciły się w jego stronę. Wyćwiczonym ruchem dobył miecza i ciął najszybszego na odlew, oburącz. Siła uderzenia zmiotła go dobre kilka metrów dalej, ale i tak zaczął się podnosić.

         – Więc tak gramy? Proszę bardzo – mruknął.

         Kolejnego trafił z szerokiego zamachu w szyję. Ostrze uwięzło w kręgosłupie. Szarpnął nim i zęby miecza urżnęły stworowi głowę. Trzeci brzydal po prostu wbiegł w miecz uniesiony na wysokość jego czoła. Haknir natychmiast wyszarpnął miecz, podciął pierwszego i uderzył ostrzem w nasadę jego czaszki. Na koniec zakończył cierpienia miotającego się w drgawkach trzeciego.

         – Możesz zejść – krzyknął do dzielnie wiszącego na drzewie pechowca.

         – Dzięki wielkie dobry człowieku – powiedział mężczyzna, nieudolnie zsuwając się z drzewa. Był średniego wzrostu, miał brązowe, związane z tyłu włosy i nijaką twarz. Ubrany był w zwyczajne podróżne ubranie. Solidne i nienadające się na salony.

         – Nazywam się Zagaw. Zagaw Ugolton. Wędrowny handlarz, gawędziarz i twój dłużnik – powiedział.

         – Ja jestem Haknir, a ty nie jesteś mi nic winien.

         – Jak sobie chcesz – stwierdził Zagaw szczerząc się. – To było niesamowite. Oni się na ciebie rzucili, a ty ich tak pięknie pochlastałeś. Skąd jesteś?

         – Nie pamiętam, – odrzekł nieco skonsternowany Haknir.

         – Jesteś jednym z przeklętych? – Zapytał Zagaw w dalszym ciągu radosny jak skowronek.

         Haknir w odpowiedzi pokazał mu lewą dloń.

         – Wiedziałem – zakrzyknął Zagaw. – Skoro twoje zaniki pamięci to efekt klątwy, na pewno przejdą. Znałem kiedyś jednego przeklętego. Tez miał problemy z pamięcią. Pewnego razu podczas bójki w karczmie wziął czymś przez łeb. Cholera wie czym, ale prawie go zabiło. Bity tydzień nic tylko leżał i rzygał. Ale pewnego dnia po prostu wstał i okazało się, że i rzyganie przeszło, a i pamięć wróciła.

         – Jeżeli sugerujesz, żebym walnął w coś głową, to chyba podziękuję - oświadczył cierpiący na amnezję. – Wiesz coś o tych tutaj? – trącił nogą jedno ze stworzeń.

         – Owszem. Miałem wątpliwą przyjemność o nich słyszeć. Nazywają je ghulami. Ponoć tworzy je potężny czarnoksiężnik z pojmanych ludzi.

         – Brzmi świetnie – ponuro stwierdził Haknir.

 

 

Rozdział 2 Herold zagłady

 

         Później nie potrafił powiedzieć, co go obudziło. Mógł to być ledwo słyszalny dźwięk, jak garść piasku osypująca się po skałach. Mógł to być chłód mgły, która przyszła w nocy. Faktem było jednak, że Haknir się przebudził, a jego podparta bagażem głowa skierowana była tak, że widział pobliskie wzgórze, na którym rosło powykręcane drzewko i stała samotna ludzka postać.

         Wstał i ruszył ku tajemniczej postaci. Przy okazji ze zdziwieniem odkrył, że zadziwiająco dobrze widzi w ciemnościach.

         Gdy dotarł na szczyt wzgórza zobaczył iż to, co wziął za człowieka było trupem. Umarlak wyglądał jak dopiero co wstały z grobu wojownik północy. Zasuszona skóra, wyszczerzone zęby i jarzące się błękitną poświatą oczy.

         - Jesteś- wyrzekł chrapliwie obracając ku niemu głowę odzianą w hełm wyposażony w masywne rogi.- Oczekiwałem cię.

         - Kim jesteś?- Zapytał Haknir, bacznie obserwując istotę.

         - Możesz mnie nazywać Draugrem.

         - Czego ode mnie chcesz?

         - Chcę ci pomóc, i przypomnieć.

         Haknir spojrzał na niego podejrzliwie.

         - Co przypomnieć?

         Draugr spojrzał w dal i gdy wydawało się, że to już koniec rozmowy nagle przemówił.

         - Masz osiemnaście lat Haknirze, a mimo to byłeś kimś ważnym. Postanowiłeś osobiście rozwiązać sprawę Bestii. Udałeś się na samotną misję i odkryłeś straszliwą prawdę, którą musisz sobie przypomnieć.

         - Zostawiłeś mi więcej pytań niż udzieliłeś odpowiedzi, niemniej jestem ci wdzięczny - odpowiedział Haknir po długim zastanowieniu.

         - Za co?

         - Za objawienie mi mojego celu.

         Draugr uśmiechnął się. Niepojęte było, jak zdołał to zrobić nie posiadając warg, lecz ewidentnie się uśmiechnął.

         - Weź to- powiedział podając mu spore zawiniątko. Gdy Haknir je wziął, okazało się zaskakująco lekkie. Rozwinął je. Był to hełm. Lekki, błyszczący,  o raczej szarym kolorze, zadziwiająco gładki, jakby nie wykuty ale wręcz stworzony przez nieznaną siłę. Uniósł go, aby dokładniej mu się przyjrzeć. Przez środek hełmu biegło coś na kształt niskiego grzebienia. Sam hełm zachodził aż za oczy, a dalej grzebień przechodził w nosal. Z przodu wycięte na oczy były dwa otwory w kształcie oczodołów, a po obu stronach hełmu do góry wznosiły się wykonane z tego samego metalu co hełm rogi.

         - Jest wspaniały,- wyszeptał Haknir.

         - Prawda? Oby przyniósł ci szczęście.

         - Nie wiem jak ci się odwdzięczyć.

         - To proste,- oświadczył Draugr.- Powstrzymaj upadek tego świata. Muszę już odejść. Bywaj śmiertelniku.

         - Bywaj Draugrze.- Rzucił Haknir spoglądając na południe.

***

         Haknir wrócił do prowizorycznego obozowiska i zaczął od prób obudzenia Zagawa. W końcu okazało się, że jedyną skuteczną metodą zmuszenia towarzysza podróży, do wstania jest solidny kopniak.

         - Czego chcesz?- Zapytał Zagaw.- Ledwie świta. I skąd masz ten hełm?- Dodał gdy się rozbudził.

         - Od południa zbliża się armia,- odrzekł Haknir.- Nie wiem czyja, ale wiek, że chcę być w mieście przed nią.

         - A jeśli zostaniemy tam uwięzieni przez oblężenie?

         - To nie czas na gbybanie. Jeśli idziesz ze mną, streszczaj się.

         Ruszyli więc w dalszą drogę, lecz tym razem ścigając się z armią. Byli blisko, ale tajemnicze wojsko przybywało z południa i miało łatwiejszą drogę.

***

         Następnego dnia, w samo południe ( „cóż za dramatyzm”- pomyślał Haknir) ujrzeli mury Ferhneum. Wyniosłe, wspaniałe miasto leżące w zaadaptowanej na rzecz rolnictwa i pasterstwa dolinie. Mury z idealnie dopasowanych kamiennych bloków, domy kryte czerwoną dachówką. Wyniosłe wieże, na których mieniły się spiżowe dzwony, na tę chwilę bijące na alarm. Do miasta, niemal idealnie na lewo zbliżała się chmura kurzu, z rodzaju tych które tworzą się w wyniku przemarszu podejrzanie dużych sił wojskowych.

         - O kurwa.- Wyrwało się Haknirowi, lecz po chwili stwierdził, iż to nader trafne określenie sytuacji.

         - To ghule!- wykrzyknął Zagaw, przyłożywszy do oka lunetę.

         Obaj zrozumieli się bez słów i choć chcąc jak najszybciej dostać się do miasta maszerowali całą noc, przyśpieszyli do biegu.

         Biegli na przełaj przez pola, nie chcąc tracić czasu na męczenie się ze skrajnie zygzakowatą drogą. Na ich szczęście większość ghuli stanowiących trzon osobliwej armii nie poruszała się zbyt szybko. W zasadzie głównym problemem były potwory. Haknir wyczuł je jeszcze zanim je dostrzegł. Było to osobliwe uczucie. Po prostu wiedział, że tam są. Byli już niecałe pięćdziesiąt metrów od bramy, gdy poczuł jak jeden potwór wysforowuje się do przodu.

         - Biegnij!- Rzucił do Zagawa i obrócił się ku szarżującemu na niego stworzeniu. Bydle było wyjątkowo brzydkie i niczym nie przypominało człowieka, którym musiało przecież kiedyś być. Chwila, skąd to wiedział? Potrząsnął głową. To było teraz nieistotne. Liczył się tylko potwór, który właśnie wykonał perfekcyjny skok z pozycji czterech łap. Tylne były nieco krótsze i mniej umięśnione od przednich, dodatkowo rozstawionych na boki. Gdy stwór tak leciał na niego, Haknir miał wspaniały widok na pysk, pełen pożółkłych kłów i umieszczone po bokach głowy zapadnięte, bladożółte ślepia. Wszystko pokryte, podobnie jak reszta ciała grubą, szarą skórą. Oczywiście głowa była wielkości ludzkiego tułowia, a samo cielsko długie na prawie trzy metry. Haknir zanurkował pod potworem rozrywając mu mieczem gardło, odtoczył się i pobiegł dalej, zalany potworną posoką. Zerknął przez ramię. Bydle próbowało go ścigać, ale strumień krwi, którego nie powstydziłaby się żadna fontanna skutecznie pozbawiał stwora sił. Haknir potknął się na kamieniu, ale ustał na nogach, choć klnąc jak szewc.

         Gdy dobiegł pod bramę jego towarzysz już tam stał i wykłócał się ze stojącymi na górze strażnikami.

         - Chcecie nas tu zostawić?- Pytał Zagaw.

         - Nie, ale nie będziemy narażać miasta - odwrzasnął z góry sierżant straży, co można było poznać między innymi po obfitym wąsie, wyróżniającym go spośród gładkich towarzyszy.

         - Cholera - wydarł się Haknir. - Po prostu rzućcie nam linę - powiedziawszy to musiał obrócić się by stawić czoła kolejnemu potworowi, dla odmiany wyposażonego w tradycyjny wilkołaczy wygląd z pakietem bonusowych kilku rzędów zębów, rogami na głowie oraz najeżonym kolcami kręgosłupem. Lekce sobie ważąc wbity w mostek zębaty miecz, młócił Haknira szponiastymi łapami, do czasu gdy ubrany w rogaty hełm zabijaka, powoli niemal przepiłował go na pół. Zalany krwią własną i potworną, sam dziwił się że stoi na nogach. Sprawa wyjaśniła się dość szybko, rany wręcz goiły się na jego oczach.

         - Świetnie - mruknął do siebie. - Zawsze marzyłem o czymś takim.

         Rozmyślania przerwały mu wrzaski sierżanta, drącego się na swoich ludzi, by ktoś przyniósł linę.

***

         Rany zadane pazurami potwora okazały się dość płytkie i jako takie zagoiły się w może nawet mniej niż dziesięć minut. Jednak samemu procesowi gojenia towarzyszyło bolesne pieczenie. Haknir udawał, że nic takiego nie ma miejsca. Obejrzał też swój skórzany napierśnik. Oględziny strzępów jednoznacznie wykazały iż niezbędne będzie zakupienie nowego pancerza. Najlepiej trwalszego. Żołdacy puścili ich wolno, ale Haknira z obowiązkiem stawienia się przed sierżantem o zmierzchu. Świeżo upieczony zabójca potworów i Zagaw nie pytając o szczegóły zostawili strażników, w skupieniu przyglądających się armii ghuli, która straciwszy impet natarcia rozlewała się po polach.

         - Dokąd idziemy?- Zapytał Zagaw po niezwykłej dla niego chwili milczenia, która tym bardziej zadziwiła Haknira, że wędrowny handlarz zdążył zapoznać go ze swoim rodowodem.

         - Na razie chcę się rozejrzeć,- odpowiedział.

         - Dobrze, rozglądaj się ile dusza zapragnie. Załatwię miejsce w gospodzie „Pod dumnym gryfem”. Nazwa kiczowata, ale to najlepsza karczma w mieście. Właściciel jest moim znajomym. Gospoda leży przy rynku, na pewno trafisz.

         Gdy Zagaw poszedł do karczmy, Haknir skierował swe kroki w kierunku, gdzie jak powiedzieli mu strażnicy znajdował się płatnerz. Jednak, gdy stanął przed sklepem płatnerza z zakłopotaniem zdał sobie sprawę, że właściwie nie posiada pieniędzy. Nie chcąc skompromitować się przed Zagawem, który niewątpliwie zapytałby go o powód tak szybkiego powrotu, ruszył przez ulice i uliczki Ferhneum.

         Gdyby zapytał któregoś z poruszonych najazdem mieszkańców o to miasto dowiedziałby się zapewne iż miasto jest niezwyciężone, że jest wspaniałe, nigdy nie zostało podbite i że rozmówca musi już iść, ukryć się w piwnicy. Miasto Ferhneum w swojej długiej i bogatej historii zostało podbite dwadzieścia siedem razy, w tym dwa razy przez wtedy już podstarzałego generała Tybrisena. Byłby to spory wyczyn, gdyby za drugim razem nie odbił miasta ze swoich własnych rąk (długa historia). Przeważnie będąc podbijanym, Ferhneum nie było nawet specjalnie rabowane, a prób spalenia było jedynie kilka. Wątpliwe jednak, by spodziewać się można było specjalnego miłosierdzia po armii wysuszonych, niegdyś ludzkich istot, z niewiadomego powodu nazywanych ghulami. Prawdziwe ghule były po prostu gatunkiem wyjątkowo niesympatycznych zarówno z charakteru, jak i wyglądu padlinożerców.

         Haknir zaczynali już nudzić ludzie kryjący się na widok jego oczu, tudzież poszarpanego skórzanego kaftana, pod którym nie widać było ran.

         Nie trzeba było wchodzić w tę uliczkę- pomyślał, gdy zobaczył przed sobą czerech młodych osobników, z rodzaju tych którzy wyłażą na ulice wywrzaskując hasła w rodzaju „Ashmere dla Ashmerczyków”. Nawet teraz trzymali swoje nieodłączne narzędzia pracy w postaci pałek  z twardego drewna i noży w różnym stanie zużycia. Szybkie zerknięcie za siebie przekonało Haknira, że kolejnych dwóch odcięło mu drogę. Zacisnął zęby. Teraz pozostawała mu tylko walka.

         - Myślisz dziwaku, że masz prawo chodzić po naszym mieście?- Zapytał jeden wychodząc przed szereg.

         - Ja dzisiaj zrobiłem dla niego więcej, niż ty przez całe życie,- rzekł filozoficznie Haknir.

         - Co niby?

         - Zabiłem dwa potwory.

         - Sam jesteś potwór,- wrzasnął przywódca i zamierzył się pałką. Haknir przyjął cios na przedramię, owinięte łańcuchem zakończonym sztyletem. Zbił kolejny cios pałką i przyłożył na odlew przywódcy, aż ten oparł się o mur.

 Przez chwilę rozbrzmiewała cisza, po czym wszyscy młodzi nacjonaliści rzucili się na niego z wrzaskiem. Pierwszy od razu stracił kilka zębów. Niestety po kilku celnych ciosach Haknir zaczął obrywać. Przed ciosem w głowę osłonił go jedynie rogaty hełm, pchnięcie sztyletem zablokował łańcuchem na przedramionach, ale w następnej chwili poczuł jak nóż wbija mu się w plecy i masakrują go bezwzględne ciosy pałek. Ogarnęła go wściekłość, którą zaraz przygasił. I rozpoczął się mord. Szybkimi ruchami nadgarstków sprawił, że do jego dłoni zsunęły się sztylety. Nie zauważyli tego. Przynajmniej dopóki pierwszy zwalił się na bruk wrzeszcząc i rozpaczliwie próbując umieścić wnętrzności na powrót w swoim brzuchu. Dalej poszło szybko padali po kolei. Drugiemu i trzeciemu poderżnął gardła. Czwartego zadźgał w szale, ale szybko się opanował. Piąty próbował uciekać. Haknir chwycił za łańcuchy i machnął nimi powoli poluźniając chwyt. Ostrza przecięły obie łydki uciekającego, który z hukiem i nieludzkim wrzaskiem wywrócił się w kałużę.

         Jednak za późno zdał sobie sprawę, że o kimś zapomniał. Dostał pałką w łeb, tak że rogaty hełm zleciał mu z głowy. Nie zobaczył dokąd ten poleciał, bo kolejne dwa ciosy rzuciły go na kolana. Przywódca już nieistniejącej grupy złapał go za włosy, odgiął mu głowę do tylu i poderżnął gardło. Nieprofesjonalnie, a jakże- przemknęło Haknirowi przez głowę. Upadł bokiem na bruk. Próbował złapać oddech, chociaż wiedział, że nic z tego nie wyjdzie.

         Spojrzał z gniewem na swojego oprawcę unoszącego jego własny miecz. Cholera, co mnie napadło żeby używać zębatego miecza?- Zastanawiał się wojownik.

         W chwili, gdy napastnik miał uderzyć w polu widzenia Haknira pojawiła się ręka, która uniosła oprycha i rzuciła nim o ścianę. Następnie ujrzał pozostałą część niespodziewanego obrońcy. Był to człowiek ponad dwumetrowego wzrostu i nieprzeciętnej muskulatury. Przybysz schylił się tak, że Haknir mógł ujrzeć jego twarz o kwadratowej szczęce i o w pewien sposób prymitywnych rysach. Włosy siłacz miał jasne i krótko ścięte.

         - Żyjesz chłopie?- Zapytał.

***

         Atlas, bo tak nazywał się osobnik który go uratował, również okazał się być przeklętym. Zaprowadził go do znajomej, która niedawno ukończyła studia na uczelni, której nazwy Haknir i tak nie zapamiętał i poświęciła się badaniom potworów i przeklętych. Teraz siedział na wytartej kanapie i popijał jakiś gorzki napar, który rzekomo miał mu pomóc.

         - Niesamowite - stwierdził Atlas. - Raptem pół godziny temu leżałeś na bruku dławiąc się własną krwią.

         - Miałem szczęście, że tamten gość nie potrafił podrzynać gardeł - wycharczał Haknir.

         - Słyszałeś o Przeklętym Legionie? - zaciekawił się Atlas.

         - Obiło mi się o uszy.

         - Zgłosiłem się na ochotnika, by sprawdzić pogłoski o tych całych ghulach, a teraz sam, bez wsparcia siedzę tu na dupie, otoczony przez armię tego draństwa.

         - Nie możesz wezwać wsparcia?

         - Już to zrobiłem.

         - Może wiadomość nie dotarła…

         - Dotarła, ale odsiecz nie ma szans przybyć - spochmurniał Atlas, po czym ożywił się trochę i zapytał - Wiesz w jaki sposób przeklęci mogą się komunikować?

         - Nie.

         Atlas pokazał znak Bestii na lewej dłoni.

         - Wszyscy jesteśmy tym połączeni. Wchodząc w stan medytacji mogę komunikować się z innym przeklętym w tym samym stanie. Jak zapewne wiesz przeklęci mają silniejszą wolę niż potwory. W ten sposób Dominium poskramia swoje bestyjki.

         - Nie ma żadnych konsekwencji? - zainteresował się Haknir. Nie bardzo wierzył, że to mogłoby być tak proste.

         - Oczywiście że są. Kiedy patrzysz w otchłań, otchłań patrzy na ciebie. Czy jakoś tak.

         Słysząc to Haknir postanowił odłożyć plan poskromienia jakiegoś potwora na czas nieokreślony.

         - Zdajesz sobie sprawę, że nas też nie ominie bitwa o to miasto? - zapytał jeszcze swojego wybawcę.

         - Wiem to i stanę do walki.

         Haknir spojrzał na słońce chylące się ku zachodowi i w jego głowie począł formować się pewien plan.

         - Chodź za mną - rzucił wstając. - przydadzą się cięższe argumenty.

***

         Niespełna godzinę później siedzieli niczym grzeczni petenci w biurze kapitana straży Ponteriusa Drakwo.

         - Nie będę wam kłamał panowie - rzekł Drakwo - Obawiam się, że jako przeklęci możecie okazać się naszą jedyną nadzieją w walce z zagrożeniem, czyhającym u naszych bram. Zagrożeniem, z którym moi strażnicy nie mają szans.

         Kapitan przechadzał się po drugiej stronie biurka, kołysząc brzuchem i siwym wąsem.

         - Mieliście już do czynienia z podobnymi stworami? - zapytał. Obydwaj pokiwali głowami, a Haknir zapytał:

         - Wiadomo coś na temat przewidywanego czasu ataku?

         - Niestety nie. Złapaliśmy jednego z przeklętych, ale nie chce się chociażby odezwać. Niestety miejski mistrz tortur dostał zawału w zeszłym tygodniu, a to zbyt delikatna sprawa by powierzyć to czeladnikowi.

         Haknir przytaknął, ale zaraz zapytał o dyspozycyjność więźnia. Miał już pewien plan.

***

         Zanim wprowadzono więźnia, wtajemniczył kapitana i Atlasa w swoją małą grę. Ograniczył maksymalnie ich role, gdyż nie do końca wierzył w umiejętności aktorskie obydwu*. Zadbał też o odpowiedni wystrój pomieszczenia. Wyniósł kojące roślinki doniczkowe, wbrew protestom kapitana zrzucił wszystkie papiery na jedną kupę, oraz wykonał inne czynności czyniące biurko jak najbardziej psychopatycznie nijakim.

         Gdy wprowadzono więźnia, ten ujrzał pogrążone w mroku biuro, gdzie jedynym źródłem światła była lampa olejna stojąca na biurku.  Miała dołączone lusterko służące skupianiu światła. Postacią wybijającą się na pierwszy plan był Haknir nadal ubrany w postrzępiony i pokrwawiony skórzany napierśnik. Na głowie miał swój rogaty hełm, nadający mu wyjątkowo wredny wygląd, a w otworach hełmu świeciły upiornie jego oczy.

         Haknir przyjrzał się więźniowi. Wyglądał na jakieś dwadzieścia pięć lat i miał twarz o klasycznych rysach, pewnie mogącą uchodzić za przystojną, gdyby nie widniejące na niej akurat sińce. Zlustrował jego jasne, zmierzwione włosy oraz niebieskie oczy. Nie widać było żadnych zmian, które według słów Atlasa w tych elementach występowały najczęściej. Sam Haknir był tego zresztą dobrym przykładem. A jednak według słów strażników więzień miał znamię bestii. Nie było sensu tego sprawdzać, czuł niewyraźnie jego obecność.

- Siadaj,- spokojnie nakazał, gdy obaj strażnicy ustawili się pod ścianą. Zgodnie z jego przypuszczeniami więzień nie posłuchał. Tak jak podejrzewał był to hardy typ, który zawziął się że nie wyda z siebie żadnego dźwięku, by nie zdradzić ważnych informacji. Cóż, takich też szło złamać. Wystarczyło sprawić by w jakiś sposób złamał tą swoistą przysięgę milczenia, a dalej było już tylko z górki.

         Haknir delikatnym skinięciem dał znak Atlasowi. Ten stanął za więźniem i położył mu rękę na ramieniu, a następnie docisnął go do krzesła. Opór był bezcelowy w starciu z miażdżącą siłą Atlasa.

         Przez następne kilka minut Haknir i więzień toczyli pojedynek na spojrzenia. Pierwszy wzrok odwrócił ten drugi, co zdziwiło Przesłuchującego. Nie spodziewał się tak szybkiego zwycięstwa. Oczywiście nie zdawał sobie sprawy, z tego jak bardzo przerażające było jego spojrzenie. Oczy płonące ognistym blaskiem, który wypalał się nie tylko na oczach, lecz także głębiej, poruszając delikatne struny lęku i pierwotnego strachu. Tym drobnym zwycięstwem Haknir rozpoczął przesłuchanie. Ustawił jeszcze lusterko przy lampie tak aby świeciło prosto w oczy przesłuchiwanego.

         Przesłuchanie ciągnęło się tak długo, że wszyscy biorący udział stracili poczucie czasu. Haknir zadawał pytania. Wciąż i w kółko ten sam zestaw. Różnym tonem, czasem zza pleców więźnia, czasem z twarzą tuż przy jego twarzy, wciąż i nieustająco. A więzień milczał. Ognistooki śledczy uderzył go kilka razy, lecz nie doczekał się żadnej reakcji.

         W końcu ustawił się za biurkiem i spokojnie oznajmił.

         - Przesłuchanie dobiegło końca. Jesteś wolny.

W oczach więźnia po raz pierwszy pojawiło się ożywienie.

         – Proszę tylko zabrać swoje dokumenty –  mówiąc to otworzył szufladę. Więzień zrobił kilka kroków naprzód. Haknir stłumił ekscytację. To może się udać, pomyślał.

         Więzień powoli wyminął biurko, wciąż podejrzliwie zerkając na przesłuchującego, którego twarz nie zdradzała żadnych emocji. Włożył rękę do szuflady, by wyciągnąć fałszywy dokument podłożony tam przez Haknira. Ten nieludzko szybko zatrzasnął szufladę, aż wszyscy podskoczyli, a zalegającą ciszę rozdarł wrzask bólu więźnia, któremu właśnie owa szuflada zmiażdżyła palce.

         Haknir odetchnął z ulgą. Zaczynał obawiać się, że więzień jest niemową. Natychmiast przeszedł do ataku. Szarpnął więźniem, ale ten lewą, nieuszkodzoną ręką strącił mu hełm i złapał za bok głowy. Haknir natychmiast poczuł siłę wdzierającą mu się do umysłu, mentalne wiertło przebijające jego upór.

         Rozejrzał się dookoła. To z pewnością już nie był gabinet kapitana Drakwo. W gabinecie dowódcy straży próżno byłoby szukać płonącego sosnowego lasu, otaczającego wypaloną już, do samej ziemi polanę.

         – Podoba ci się? – zapytał stojący nieopodal więzień. – to w końcu projekcja twojego własnego umysłu. A tak w ogóle nazywam się Ayd i zamierzam wydusić z twojego umysłu wszystkie pożyteczne informacje

***

            Lyneth wparował jak burza do pomieszczenia dowództwa. Był wściekły. Ledwo przed chwilą musiał odbyć podróż za pomocą portalu i choć ufał magowi Canteriusowi, który był nie tyko doradcą ale i przyjacielem króla Ashmere, bardzo nie lubił podróżować w ten sposób. Oczywiście został ściągnięty, by osobiście ogarnąć burdel jaki powstał w ciągu jego stosunkowo krótkiej nieobecności.

         Generał Zakvej zasalutował i szybko streścił sytuację Władcy.

         Brzmiało to dość głupio.

         Zasadniczo chodziło o to, że po Skalistym Pustkowiu, opuszczonym przez wszelkich bogów zadupiu przemieszcza się armia złożona w większości z istot na wyrost nazwanych ghulami, będącymi w rzeczywistości magicznie zdegenerowanymi ludźmi, którzy do tego po jakimś tygodniu niemalże rozsypywały się w proch. Wywiad natrafił na szczątki pierwszych „zwerbowanych” ludzi. Donosił również o magu, będącym jednym z Nieugiętych, który tworzył te „ghule”. Ostatnie doniesienia sugerowały, iż ta osobliwa armia kieruje się w stronę Ferhneum. Może warto wysłać tam oddział ekspedycyjny?

         Tę właśnie chwilę wybrał sobie Canterius by wbiec do pokoju.

         – Mój panie – wydyszał – czarodziej z Ferhneum wysłał sygnał o oblężeniu.

         Lyneth podjął decyzję. Regiment pułkownika Oderta, zwany złośliwie łajdacką hałastrą.

***

         Haknir patrzył przez chwilę na ciemne niebo. Mimo braku słońca, księżyca, czy gwiazd wszystko spowijał krwawy blask.

         – Ale tu paskudnie – stwierdził.

         Ayd wzruszył ramionami.

         – To ty wykreowałeś ten świat – powiedział.

         – Jeśli już to nieświadomie.

         – Ale jednak.

         Ognistooki wzruszył ramionami. Nieszczególnie wierzył że to coś oznacza. Ayd, zdaje się, wręcz przeciwnie.

         – Cóż – powoli zaczął Haknir – nie chciałbym cię rozczarować, ale nie znam żadnych przydatnych informacji. Ba, moje wspomnienia sięgają jakiś tydzień wstecz.

         Ayd zaklął.

         – Amnezja?

Kiwnięcie głową.

– Nie byłeś nikim ważnym? – dopytywał się Ayd.

– Nie przypominam sobie.

– A ci tutaj? Słuchali cię.

Haknir uśmiechnął się.

– To był taki… teatrzyk.

Ayd wyglądał na wściekłego.

– Połamałeś mi palce sukinsynu – wydarł się. – Dobrze ci z tym? Lubisz zadawać ból?

– Gdybym lubił to robić, od razu wziąłbym narzędzia. W sumie powinieneś mi podziękować. To tylko palce, jakoś się je nastawi.

– Wiesz co? Z niekłamaną radością zamknę cię w czeluściach twojego własnego umysłu w agonii wydającej ci się wiecznością. Próbujesz bawić się w cholernego herolda zagłady? Ja to zakończę.

Ayd znalazł się nagle przy Haknirze i przyłożył mu lewą rękę do boku głowy. Jednak pojawiające się uczucie pustki zostało wyparte przez narastającą wściekłość. Ayd zaczął wrzeszczeć z bólu.

Haknir poczuł, że otwiera oczy. Pierwszym co zobaczył, był odskakujący od niego, wydzierający się do zdarcia gardła Ayd. Na jego lewej dłoni pojawiły się ślady oparzeń. Cofnął się pod ścianę i osunął po niej pojękując cicho. Strażnicy i Atlas patrzyli na całą tę scenę z zaskoczeniem.

Haknir, nie mniej zdziwiony całą sytuacją spojrzał na własne dłonie. Po palcach zatańczyły mu płomienie. Nie parzyły go, nie budziły w nim lęku, wydawały się jakby częścią jego samego. Zaczynało mu się to podobać.

Rozpalił płomienie w prawej dłoni i podszedł do kulącego się pod ścianą Ayda.

– Masz ostatnią szansę – uśmiechnął się okrutnie. - Porozmawiajmy teraz o tobie.

***

– Na koniec trochę cię poniosło, – powtórzył Atlas.

Haknir przewrócił oczami tak żeby siłacz tego nie zauważył. Stali na zachwaszczonym podwórzu, na które przytargał ławę i ustawił na niej puste butelki. Teraz strzelał w nie z kuszy.

– Słuchaj – powiedział w końcu wojownik – moglibyśmy go od razu zabrać na tortury. Połamanie mu szufladą palców, no cóż zadziałało, a co do poparzeń drugiej ręki to on najpierw próbował zamienić mnie w warzywo. Z resztą cyrulik go opatrzył.

Do tego, – myślał Haknir – dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy. Atak nastąpi najwcześniej za cztery dni, kiedy dotrą orkowi najemnicy. Jednak oczekiwanie na atak nie będzie przeciągać się w nieskończoność. Ghule zaczną niedługo wymierać. Co ciekawe okazało się, że tworzy je brat Ayda. Jakby brakowało świrów.

Haknir wycelował i wystrzelił bełt w kierunku pierwszej butelki. Trafił sąsiednią. Spróbował jeszcze raz. Tym razem pocisk poleciał w krzaki. Wściekły wyciągnął rękę, a butelka sama spłynęła z ławy.

– Niestety nasz więzień nie wiedział, jaki konkretnie jest cel ataku na to cholerne miasto, – westchnął.

– Na szczęście mamy trochę czasu by zorganizować obronę. Haknirze, powinieneś pogadać z tymi kapłanami tutejszego boga ognia. Mogliby pomóc ci w organizacji obrony ogniem.

– Nie lubię kapłanów, świątyń ani bogów, ale możesz mieć rację, – niechętnie przyznał Haknir. – Nie ma co tracić czasu. Zaraz do nich pójdę.

Okazało się, że kapłani nie zamierzali przerywać jakiś swoich uroczystości, poszerzonych dodatkowo, ze względu na oblężenie miasta. Nie obyło się też bez zbierania datków. Pod tym względem wszystkie religie były takie same. Chyba, że chodziło o sekty. W każdym razie dopiero gdy ranek zamienił się w południe kapłani wielkiego Ofitrysa* łaskawie zdecydowali się przyjąć przeklętych.

Haknir i Atlas pokornie weszli do gabinetu dla interesantów i petentów i przysiedli na niewygodnych krzesłach stojących przed mahoniowym biureczkiem, którego gabaryty nie pozostawiały wątpliwości co do faktu, że aby wnieść je do pomieszczenia należało rozmontować nie tylko sam mebel, ale również ścianę.

***

Przyjął ich arcykapłan Firnak. Zasiadł za biureczkiem i rzucił krótkie „czym mogę służyć” tonem jednoznacznie dającym do zrozumienia, że jeśli ktoś tutaj będzie służył, to na pewno nie on.

Haknir zachował kamienną twarz, a Atlas chyba nie do końca pojął aluzję.

– Jesteśmy tu aby prosić o pomoc w obronie Ferhneum, – powoli rzekł Haknir, starając się, aby w jego głosie nie było słychać ani wściekłości, ani goryczy.

– Jak moglibyśmy pomóc w obronie miasta? – arcykapłan niemal mistrzowsko udał zdziwienie.

Haknir uniósł rękę na wysokość tworzy i ostentacyjnie przywołał żar.

– Istoty zwane Ghulami są wrażliwe na ogień. Możecie użyć swojej magii by je podpalić.

– To nie magia. Wszelki ogień pochodzi od Ofitrysa. Również twój.

Haknir żałował, że ubrał się w białą koszulę i fikuśną, oficjalną kamizelkę. W jakiejś formie zbroi wygodniej by się negocjowało. Już nie mówiąc o braku groźnego hełmu, do którego zaczynał się przyzwyczajać.

– Nie obchodzi mnie ten wasz Opiates –

– Ofitrys

– Tak, tak. W każdym razie wasz Ofiltes nie gra tu roli. Jestem tylko ja. Albo staniecie po mojej stronie, albo sprawdzimy czy wasz bóg pobłogosławił was ognioodpornością.

– Ośmielasz się nam grozić? – u boków arcykapłana pojawili się dwaj kolejni akolici, o pięściach jak bochny chleba.

Wojownik po prostu wstał i dał Firnakowi w mordę. Następnie przesadził biurko i złamał nos jednemu z akolitów. Drugi przyłożył mu w podbródek, co go zamroczyło, ale zdołał posłać podmuch ognia w kierunku przeciwnika. Przy tym okazało się, że kapłani „słynnego” Ofitrysa nie są niewrażliwi na ogień. Płonący akolita wyskoczył przez okno. Na szczęście gabinet znajdował się na parterze. Na nieszczęście okno było zamknięte, a za oknem rósł naprawdę piękny i wiekowy krzew różany. Po wszystkim zamienił się w dymiącą, najeżoną tłuczonym szkłem kupę kolczastych pnączy. Tak oto kończą rzeczy wielkie.

Atlas machnięciem ręki, od niechcenia posłał pierwszego osiłka na komodę. Haknir spokojnie schylił się i podniósł Arcykapłana z ziemi za kołnierz.

– Mam nadzieję, że podczas bitwy kapłani wspomogą nas swoimi… czarami, – stwierdził pogodnie Haknir.

– Wal się. – Odpowiedział Arcykapłan.

Haknir potrząsnął nim.

– Obudź się idioto, – wycedził – tu nie chodzi o religię, politykę, czy złośliwość. Tu chodzi o to chędożone miasto, to samo w którym żyjesz i w którym wyłudzasz pieniądze od staruszek. Jutro do siedziby straży miejskiej mają zgłosić się twoje własne oddziały bogobojnych piromantów. Mam nadzieję, że wszystko jest jasne.

Haknir postawił Firnaka na nogi, odwrócił się i wyszedł z gabinetu.

Atlas podążył za nim.

To nie był koniec roboty.

***

Do karczmy „Pod dumnym gryfem” wrócił dopiero późnym wieczorem.

Rada miasta wpadła na genialny pomysł mianowania Haknira tymczasowym głównodowodzącym sił obronnych. Czyli po prostu zrzucili na niego obowiązki i odpowiedzialność. Typowe.

Spławił jakoś Zagawa i udał się na piętro, do swojego pokoju, gdzie legł na swoim łóżku, nie zdejmując nawet butów.

Po kilku minutach zdecydował się wstać, aby obejrzeć przysłaną mu zbroję. Podał ogólne wymagania i wywlekli ze zbrojowni coś pasującego.

Tak więc nowy pancerz Haknira składał się z krótkiej kolczugi, napierśnika, stalowych karwaszy oraz ochraniaczy na łydki. Wszystko mocne, w dobrym stanie i pozbawione ozdób. W sam raz na głupią śmierć.

 

 

* Inteligencję również.

* Haknir nigdy o nim nie słyszał. Mimo amnezji mógł być tego całkowicie pewien. Zapamiętałby tak kretyńskie imię.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
StalowyKruk · dnia 16.01.2018 18:12 · Czytań: 159 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 3
Komentarze
Darcon dnia 16.01.2018 18:22
Nie wiem, czy ktoś przeczyta cały tekst. Większość osób dzieli takie utwory na części. Przeczytałem dwa pierwsze fragmenty, swoją drogą przy zmianie akcji i bohaterów mógłbyś tekst rozdzielać gwiazdkami lub podobnie, tekst jest wtedy bardziej czytelny.
Wracając do fragmentów. Postać Haknira budzi ciekawość, tak samo jak jego choroba, przemiana i cała otoczka. Fabuła też ładnie ruszyła z kopyta, więc jestem zadowolony. Drugi fragment, z władcami, trochę gorszy. Wchodzisz od razu w dialog, kulejący trochę pewną nienaturalnością, który pozbawiony opisu postaci, zbyt słabo wprowadza nam bohaterów. Może warto było pokusić się o opis na początku? Przy tak długim utworze można sobie na to pozwolić. Zbyt dużo bohaterów i dialog po chwili gubi czytelnika, który oprócz pełnionej funkcji przez rozmówcę, niewiele o samych bohaterach mówi.

Podsumowując tak krótki fragment, mam wrażenie, że opisy wyszły Ci lepiej niż dialogi, ale może to tylko kwestia początku.
Pozdrawiam i witam na forum. :)
Skuul dnia 18.01.2018 01:21
Sam pomysł ok, spodobał mi się, jednak wykonanie zgrzyta i to strasznie, rzucę kilka przykładów, takie co mi wpadły w oko:

Człowiek z celi wstał i ku własnemu zdziwieniu odkrył, że przewyższa tamtego.
Tamtego – takie nijakie określenie, a i tak nie wiemy ile wzrostu miał tamten.

Czasami stosujesz zbędne upiększenia za mocno się rozpisujesz np:
Spojrzał po sobie i kolejnym zaskoczeniem stała się dla niego jego własna muskulatura. Nie miał nie wiadomo jak rozrośniętych mięśni, lecz nie ulegało wątpliwości, że był dobrze zbudowany.
to kojarzy mi się z botoksem ;),

Osobnik z mieczem zmierzył wzrokiem bary przeciwnika, tracąc nieco pewność siebie, lecz natychmiast wyprowadził pchnięcie. Odziany jedynie w płócienne portki[przecinek?] cel nie miał szans przeżyć bezpośredniego ciosu.
Czy tam miał być przecinek? Czy serio chodzi o płócienne portki cel, cela – więzień, i każdy więzień ma płócienne portki.. ;),

Jednak zadziałały jakieś instynkty i zdołał się uchylić, jakie instynkty? ewentualnie zrobił to instynktownie
„Jak tylko ruszyli, młodzieniec instynktownie sięgnął do pasa, by dobyć miecza” Robert E. Howard Conan barbarzyńca – Dom Pełen Łotrów, (polecam)

– Co do… – wykrzyknął drugi wbiegając do celi.
Póki co była mowa o jednym, więc szeregując...wykrzyknął kolejny... albo jakoś tak...
Sporo powtórzeń:
Gdy człowiek z celi wychylił się ostrożnie sprawdzając, co spowodowało tą osobliwą anomalię dostrzegł dwu i pół metrowej wysokości człowieka,
człowiek zobaczył człowieka...

Dalej dialog nie najgorszy jednak zabrakło mi tam dwóch informacji. Pierwsza: niech opiekun powie, że jest opiekunem, narrator wszechwiedzący nie powinien ot tak wrzucać wiedzy niech ją jakoś przekaże.
Druga: ni słowem nie wspomniał o ataku tych biednych trzech kolesi.

Dalej wtrącenia autora co nijak ma się do akcji:
Niestety było to zbyt ogólnikowe pojęcie, gdyż dorosłość była przecież odmiennie interpretowana w różnych kulturach.

I tak dalej, można tak do samego końca, mam nadzieję iż do kolejnej części przyłożysz się bardziej, bo z chęcią przeczytam, powodzenia o/
skroplami dnia 20.01.2018 09:56 Ocena: Bardzo dobre
Będzie na raz po pierwsza i na dwa po drugie ;).
Po pierwsze - zgadzam się ze Skuul, radzę zrobić poprawki. Warto słuchać takich podpowiedzi, pisząc nieraz widzi się dużo ale nie to co na "nosie", własnym ;). Oczywiście, to przenośnia :). A poprawki podniosą poziom.
Po drugie - bardzo dobra odmiana thiller, fantasy, akcji :). No dzieje się aż się chce. Czytać oczywiście :). Nic nie za dużo, dla mnie nawet za mało tekstu :(. Pisz, rozwijaj się (jeśli jesteś poniżej lat 30 ;) ) i dawaj, dawaj, dawaj. Nam do czytania :).
Jeszcze ad apropos. Nigdy nie napiszesz czegoś, co się będzie podobać wszystkim. To "święte" słowa ;).
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Alen Dagam
23/02/2018 02:09
Cześć, Esy :) Widzę, że przeprowadziłaś tutaj ekshumację… »
Maly
23/02/2018 01:03
To bardzo proste, zabijasz wszystkich tych bohaterów,… »
Maly
23/02/2018 00:44
Zapowiada się na jakąś jatkę rodem z Tarantino ;) Dobrze… »
Maly
23/02/2018 00:24
Wprowadzić, nawet nie pytaj :) »
Gatsby
22/02/2018 23:44
Przeczytałem jednym tchem! Jeszcze inna fantastyka niż… »
Gatsby
22/02/2018 23:31
Dziękuję bardzo za czytanie i za komentarz! :) Myślę,… »
introwerka
22/02/2018 23:25
Kamyczku, Zolu, Lilu, dziękuję Wam bardzo serdecznie za… »
Maly
22/02/2018 23:02
Podoba się. Zaskakujesz na sam koniec, jak ci scenarzysci,… »
ClakierCat
22/02/2018 22:53
Czytelnik nie zawsze wie co w trawie piszczy, a ja tak… »
albertyna
22/02/2018 22:42
ClakierCat, niezmiernie dziękuję za komentarz, który… »
Lilah
22/02/2018 22:20
Zainteresował mnie tytuł (raczej nietypowy dla Ciebie,… »
Niczyja
22/02/2018 21:50
Podoba mi się zajawka Twojej powieści, autorze o dziwnym… »
mike17
22/02/2018 21:37
Chorwacki nazizm był okrutniejszy od hitlerowskiego.… »
Darcon
22/02/2018 21:25
Nie podeszło mi, Zulo. Z dwóch powodów. Po pierwsze zadajesz… »
Ania_Basnik
22/02/2018 21:18
Jasenovac - aż musiałam się dokształcić w tej dziedzinie.… »
ShoutBox
  • Alen Dagam
  • 23/02/2018 02:16
  • Czytajcie i komentujcie wirtajki, kochani! Mamy sporo debiutów :) Pokażcie, że to nasz wspólny projekt, napiszcie choć parę słow! [link]
  • dodatek111
  • 22/02/2018 12:46
  • Dzięki Silvus, czekam cierpliwie aż wróci:)
  • Silvus
  • 22/02/2018 12:12
  • Z tego, co ja wiem, @Dod, to zdjęcia dodaje Wiktor, a widać, go nie ma.
  • dodatek111
  • 22/02/2018 12:04
  • Co się dzieje ze zdjęciami? Dodałem ponad tydzień temu, jako ilustracje do wierszy. Wiersze się zestarzały, a zdjęć nie ma:)
  • kamyczek
  • 21/02/2018 16:20
  • Panel użytkownika - utwór, który chcesz przenieść klikasz edytuj. Edycja artykułu, kategoria np. masz kategoria: wiersze - zmieniasz na kategorię Wirtajki.pl. Na koniec klikasz na pasek: Zapisz zmiany
  • Hubert Z
  • 21/02/2018 16:06
  • Jak zgłosić opublikowany już wiersz do Wirtajek?
  • mike17
  • 17/02/2018 19:07
  • Jeden z najbardziej kultowych duetów wszech czasów. Pamiętam go z wczesnego dzieciństwa, to dopiero był hicior : [link] Oni do dziś go wykonują, co jest zacne :)
  • Darcon
  • 17/02/2018 13:04
  • Zgodnie z regulaminem, nie może poczekać. Każdy użytkownik patrzy ze swojego punktu widzenia. A gdyby każdy z użytkowników wrzucał teksty tak, jak chciał, to co byśmy mieli w poczekalni, Dodatku?
  • dodatek111
  • 16/02/2018 22:09
  • Dlaczego drugi tekst, dodany w tym samym dniu, nie może czekać w poczekalni, tylko zostaje odrzucony. Salon odrzuconych.
Ostatnio widziani
Gości online:8
Najnowszy:dertysawero
Wspierają nas