Klątwa kruka - SanaiStark
A A A
Od autora: Mroczna baśń fantasy, którą napisałam do tej oto cudownej piosenki: https://www.youtube.com/watch?v=USIao3W2W1E

(Carach Angren górą! ^^)

1

 

Skóra dziewczyny była wręcz nienaturalnie blada i zimna jak marmur. Długie włosy leżały chaotycznie splątane na wyschniętej trawie, tworząc nad jej głową coś na kształt korony utkanej z jedwabistej ciemności. Niegdyś zapewne ciepłe, bursztynowe oczy, skierowane ku górze, zasnuła mgła. Piękna twarz zastygła w wyrazie czystego przerażenia. Takiego samego, jakie odczuwali trzej wieśniacy kontemplujący ów widok, dodatkowo potęgowanego szmerem płynącej obok rzeki.

 – Dobrzy bogowie… – Strachliwy i pobożny Traylin szybkimi ruchami palców wykonał serię odpowiednich znaków. – Jak myślicie, co się biedaczce przytrafiło?

 – I kim ona w ogóle jest? – dodał zawsze sceptyczny i racjonalnie myślący Mogart. – Nigdy żem jej nie widział w tych stronach.

 – Ani ja – zgodził się z nim najstarszy z całej trójki Kavarion, który jako jedyny odważył się dokładnie przyjrzeć trupowi z bliska. – Patrzcie na tę ranę na brzuchu. Nie wygląda na robotę człowieka. Może dziewuszka zabłądziła w Fjol i dopadła ją tam jakaś bestyja?

 – Może ten potwór ją tu przyniósł i teraz grasuje we wsi albo w Durze... – Traylin, drżąc jak osika, wciąż czynił znaki i gesty odpędzające zło. Stojący obok Mogart zwykle prychał pogardliwie, słysząc podobne gadanie kolegi, ale tym razem milczał. Nie było mu do śmiechu, ponieważ sam żywił identyczną obawę.

 – Co z nią zrobimy? – zapytał tylko.

Kavarion zamyślił się, pocierając swój siwiejący zarost.

 – Zwykli medycy chyba nic na to nie poradzą…

 – Co? Chyba nie rozważasz…

 – Tak.

Z ust Traylina wyrwał się jęk. Obaj z Mogartem gwałtownie utracili kolory na twarzach i przypominali leżące nad brzegiem rzeki zwłoki. Nie bez powodu.

Z wahaniem spojrzeli na rozciągającą się na drugim brzegu linię niebotycznie wysokich, ciemnych, groteskowo poskręcanych drzew, w którą wpatrywał się ich towarzysz. Owiany złą sławą las Fjol, w którym mieszkał potężny czarownik Nehremius Thaar, szanowany przez wszystkich głównie ze strachu, który nieustannie wzbudzał za sprawą hodowanych przez siebie, pokracznych stworów. A te były śmiertelnie groźne i czaiły się dosłownie w każdym zakątku lasu.

Mężczyźni nie chcieli ryzykować życiem, ale nie mogli też tak zostawić makabrycznego znaleziska. Co prawda, w Durze znajdowała się siedziba strażników miejskich, aczkolwiek oni pewnie i tak niewiele by pomogli.

Wspólnymi siłami chłopi podnieśli bezwładne ciało i przekroczyli z nim płyciutką rzekę.

 – No, panowie, miło było żyć z wami po sąsiedzku tyle lat – mruknął Mogart tuż przed wejściem w leśny półmrok.

Pokryte mchem drzewa rosły tak gęsto i wysoko, że niemal całkowicie odcinały dostęp do światła oraz powietrza. Wokół panowała grobowa cisza – każdy wędrowiec mógł wręcz usłyszeć własne myśli i łatwo ulec panice. Po krainie Durzum krążyły pogłoski o setkach śmiałków, którzy próbowali eksplorować Fjol, lecz nigdy nie wrócili. Mężczyźni z podduryjskiej wsi usiłowali sobie owych plotek nie przypominać, przynajmniej nie teraz.

 – Słyszycie? – odezwał się cicho i znienacka Traylin.

Raptownie się zatrzymali, omal nie upuszczając martwej dziewczyny, która zaczynała im ciążyć. Rzeczywiście, pomiędzy kolosalnymi konarami prześlizgiwał się dziwny dźwięk, przywodzący na myśl szepty w pradawnym języku, od których aż cierpła skóra i włosy stawały dęba.

I wtem z ciemności przed nimi wyskoczył demon o wydłużonej głowie i łapach uzbrojonych w szpony wielokrotnie ostrzejsze od mieczy duryjskich rycerzy. Kavarion, Mogart i Traylin, nie dbając już o ostrożność, wrzasnęli unisono.

Jednak, ku ich zaskoczeniu, monstrum nie zaatakowało. Wpatrywało się tylko wielkimi, lśniącymi, czarnymi ślepiami w nieboszczkę, a jego śmiercionośne żuwaczki lekko się poruszały – jak gdyby oceniało, myślało… a może nawet rozpoznawało ją.

Nagle czubek jego głowy zaczął delikatnie pulsować i świecić na czerwono. Przyjaciele nadal tkwili w miejscu jak sparaliżowani, niepewni dalszego rozwoju wydarzeń.

W pobliżu rozbrzmiało końskie rżenie, ziemia dudniła coraz mocniej od tętentu kopyt. Tajemniczy jeździec najwyraźniej zbliżał się sam. Ujrzeli go po chwili.

Najpierw ich uwagę przykuł wierzchowiec przybysza – ogromny, czarny jak smoła jednorożec, z równie czarną, choć bardziej eteryczną i falującą niczym ogień, grzywą; tylko oczy zwierzęcia błyszczały szkarłatem i patrzyły nieufnie na trzech kmiotków.

Ów jednorożec był również na wpół martwy – lewa połowa jego ciała składała się z kości oblepionych strzępkami zgniłego, cuchnącego, toczonego przez robactwo mięsa.

Dosiadający go mężczyzna, także cały w czerni, na pierwszy rzut oka wcale nie wyglądał na niebezpiecznego, ale Kavarion i jego kompani od razu wiedzieli, kto to.

Nehremius Thaar, we własnej osobie.

 – Kim jesteście i dlaczego zakłócacie mój spokój? – spytał władczym tonem, okraszonym nutą pogardy.

Wieśniacy ułożyli dziewczynę u stóp wierzchowca, po czym padli na kolana i pokłonili się.

 – My zwyczajne kmiecie, o, Wasza Najmroczniejsza Mroczność – rzekł Kavarion. – Przepraszamy, że przeszkadzamy, my tylko… znaleźliśmy tę panienkę i… może mógłbyś jakoś pomóc, panie, wszak nawet w naszej wsi każdy słyszał o twoich magicznych zdolnościach…

Czarownik zmrużył błękitne oczy, kolorystycznie niepasujące do reszty jego postaci, a potem uniósł dłoń i przemówił w wymarłym języku. Jednorożec z zadziwiającą gracją pochylił łeb, a z rogu wystrzeliła wiązka cienia, która otuliła i uniosła zmarłą nad ziemię. Nehremius Thaar uważnie przyjrzał się dziewczynie i uśmiechnął nieco diabolicznie.

 – Tak… Istotnie, mógłbym coś z tym zrobić. Dziękuję, że przybyliście do mnie. Lecz… Czy jesteście świadomi ceny, jaką trzeba zapłacić?

Kavarion skłonił się usłużnie. Klęczący z tyłu Mogart i Traylin nie śmieli nawet drgnąć.

 – Podaj swoją cenę, najwspanialszy.

 – Cóż... Nie od dziś wiadomo, iż czyjakolwiek ingerencja w naturalny porządek rzeczy wymaga sporej ilości krwi…

Mężczyźni nie zdążyli krzyknąć ani zareagować, gdy cały czas obecny demon zaatakował potężnymi żuwaczkami. Rozległo się głośne chrupnięcie, trysnęła fontanna krwi wymieszanej z pokawałkowanymi wnętrznościami oraz odłamkami kości.

Czarownik zawrócił wierzchowca i odjechał przy akompaniamencie pomruków i mlaskania. Tuż przed nim, na magicznej, cienistej chmurze, unosiła się bledsza od zjawy dziewczyna.

 

 

2

 

Z prywatnych komnat Nehremiusa przez cały dzień dochodziły jęki kojarzące się tylko z jednym. Niepokojące podejrzenia stojącej pod drzwiami służącej zmieniły się w pewność, gdy przypomniała sobie, że jej pan zamknął się tam z ulegającym powolnemu rozkładowi ciałem młodej dziewczyny. „To chore i zboczone” – myślała, zaciskając powieki. – „Gdybym mogła coś zrobić, powiedzieć o tym komukolwiek…”

Ale nie mogła, ponieważ kilka lat temu, zaraz po przyjęciu do pracy, czarownik zapobiegawczo usunął jej język i struny głosowe. Żeby nikt nigdy nie dowiedział się o jego specyficznych rozrywkach.

Wzdrygnęła się, słysząc ostatni, ekstatyczny krzyk Thaara. Dopiero po kilku uderzeniach serca otworzył drzwi sypialni, zupełnie nagi. Jego skóra lśniła od potu. Nie przejmował się obecnością niemej służącej, która, poczuwszy zapach seksu zmieszany z charakterystyczną wonią rozkładu, zgięła się wpół i usilnie walczyła z odruchem wymiotnym.

 – Posprzątaj i przygotuj wszystko do rytuału wskrzeszania – rzucił beznamiętnie i ruszył w stronę biblioteki.

Kobieta już zamierzała zabrać się do pracy, lecz na widok wykręconego pod niemożliwym kątem, ociekającego spermą trupa w wymiętej pościeli puściły jej hamulce – wymiotowała pod siebie długo i obficie. A kiedy już nie miała czym, podeszła do łóżka i stojącej obok balii, drżąc z obrzydzenia. Wyciągnęła z kieszeni fartucha grube rękawiczki ochronne.

„Obyś zdechł, popaprańcu. I to rychło” – złorzeczyła, ubierając je.

 

*

 

Podziemną kryptę wypełniał intensywny, kwiatowo-ziołowy zapach. Dotąd niczym niezmąconą ciszę zakłócał miarowy odgłos kapania.

Nehremius Thaar wpatrywał się jak urzeczony w leżącą na kamiennej płycie dziewczynę w czarnej sukni, a jego krew powoli gromadziła się w srebrnym, wysadzanym rubinami kielichu. Nie przejmował się tym, że słabnie – zdolność regeneracji czyniła go niemalże nieśmiertelnym. Mógł do upadłego bawić się w kotka i myszkę z wszelkimi istniejącymi bogami i boginkami śmierci.

W tej chwili liczyło się tylko ciało, które niebawem miało na nowo ożyć i mu służyć.

Kiedy uznał, iż w naczyniu znalazła się odpowiednia ilość ciemnoczerwonej posoki, polizał ranę na nadgarstku; ta natychmiast się zasklepiła i pozostała po niej zaledwie cienka, różowa blizna.

  – Krew potężnego czarownika, by wszystko się udało…

Następnie sięgnął po fiolkę z jeszcze ciemniejszym płynem, który dodał do kielicha. Zamieszał.

 – …oraz krew kruka, zwiastuna złego, aby to cudowne stworzenie dar przemiany otrzymało i na wieki do mnie należało!

Rozwarł siniejące wargi nieboszczki i wlał jej do gardła makabryczną miksturę, intonując pradawne zaklęcie wskrzeszenia. Robił to tak długo, aż opadł z powrotem na ławę, wycieńczony jak nigdy wcześniej. Pozostało mu odzyskiwać siły i czekać. Powieki ciążyły mu coraz bardziej…

I nagle to usłyszał – odgłos powietrza gwałtownie wciąganego do płuc. „Udało się!”

Dziewczyna z trudem podniosła się do pozycji siedzącej i rozejrzała na wpół przytomnie, kompletnie zdezorientowana. A potem zatrzymała wzrok na nim. Chociaż jej skóra nadal nie odzyskała prawidłowego koloru, to z bursztynowych oczu biło życie.

Była po prostu przepiękna.

 – K-k-kim jesteś… Kim ja j-jesss…

Czarownik podszedł do niej z przebiegłym uśmiechem. „Straciła pamięć – idealnie…” Mógł zatem stworzyć dla niej nową tożsamość i wykorzystywać ją do woli.

 – Pomyślmy… Od teraz będziesz się nazywać… Esmenya. – Delikatnie ujął ją pod brodę i pocałował. – Witaj w domu.

Dokładnie obejrzał swoją nową służkę z każdej strony i z niemałą satysfakcją zauważył na jej ramionach setki drobnych ranek, z których zaczynały wyrastać czarne, opalizujące pióra.

 

 

3

 

ROK PÓŹNIEJ

 

Zamek królewski w Durze, sercu krainy Durzum

 

 

Stolica płonęła; przypominała istne inferno. Takie samo, jakie zostało kiedyś uwiecznione na płótnie przez nieznanego artystę, a obecnie zdobiło jedną ze ścian miejskiej świątyni. Wszędzie szalały dziko chichoczące demony i monstra rodem z koszmarów. Nawet tuż pod nosem królewskiej rodziny.

Widząc niebo zabarwione pomarańczową łuną i słysząc odgłosy krzątaniny na dziedzińcu przeplatające się z odległymi porykiwaniami, młody książę Milad de Sabelrot cierpiał katusze. Krew w jego żyłach wrzała, a serce wypełniało pragnienie opuszczenia bezpiecznych murów zamkowych i pognania na złamanie karku prosto w mroczne trzewia lasu Fjol, źródła chaosu. Co do tego nie było żadnych wątpliwości – żyjący tam czarownik rozzuchwalał się coraz bardziej, aż w końcu osiągnął status wroga numer jeden krainy Durzum oraz całego świata. Ojciec Milada, Horius de Sabelrot, również dobrze o tym wiedział, lecz mimo to kazał synowi czekać na wezwanie, jak zwykłej służbie. Wściekły następca tronu kręcił się zatem po swojej komnacie, miotając przekleństwami oraz kulami energii. W efekcie pomieszczenie wyglądało tak, jak gdyby przeszło przez nie tornado. Albo stado demonów z zewnątrz.

„Jak on śmiał?! Dlaczego nie kontratakuje? Tchórz!”

W pewnej chwili usłyszał pukanie do drzwi, ale nie odezwał się. O dziwo, do jego pokoju nie zajrzał sługa, a Surhion Gri Andavel, nadworny medyk szlachetnego pochodzenia. Pupilek Horiusa, za którym Milad nigdy specjalnie nie przepadał.

 – Czego? – warknął teraz młody mężczyzna, ale starszy zdawał się być nieporuszony.

 – Wasza książęca mość, twój ojciec wzywa. Chodzi o przyszłość królestwa.

„Żadnej przyszłości nie będzie, jeżeli nikt nie powstrzyma tego szaleńca Thaara” – pomyślał ponuro książę, po czym wyszedł, minął medyka i ruszył do sali tronowej, w której panowało niezwykłe poruszenie. Zgromadzeni dworzanie żywo szeptali między sobą, niemal zupełnie ignorując władcę. Ten zaś spoglądał na to wszystko z poważną miną, ale nie wyglądał wcale na zdenerwowanego sytuacją panującą w Durze.

 – Miladzie, podjąłem decyzję – oznajmił od razu, gdy jego pierworodny stanął z nim twarzą w twarz. – Tym obłąkańcem Nehremiusem zajmie się ktoś inny. Ty musisz pozostać tutaj i zapewnić ciągłość dynastii.

Młodego de Sabelrota aż zatchnęło.

 – Ale jak to? Przecież…

 – Cisza! Nie waż się mi przerywać. – Starzec odchrząknął. – Postanowiłem przyspieszyć twój ślub z panną Soną Gri Andavel. Uroczystość odbędzie się o świcie.

 – O ile dożyjemy do tego czasu – odpowiedział zgryźliwie młodzieniec. – Mów i rób, co chcesz, ale ja nie zamierzam czekać, aż pożrą nas kohorty Thaara.

Zachował dla siebie opinię o rzeczonej pannie, córce Surhiona, którą niedawno mu przyobiecano. Otyłe i pryszczate dziewczęta nie były w jego typie ani trochę, nawet tak uzdolnione i bogate, mające predyspozycje do roli przyszłej królowej Durzum. Obrócił się na pięcie i szybko, bez słowa, opuścił salę. Nikt nie próbował go zatrzymać. Sam król czuł się na to zbyt stary i zmęczony.

Milad natomiast miał własne plany. Najpierw wpadł jak burza do zbrojowni i kazał wykuć dla siebie najwspanialszy, najostrzejszy i najbardziej śmiercionośny miecz, jakiego nikt nigdy dotąd nie widział. Praca kowala bardzo go zadowoliła – klinga wykuta z najtwardszej stali w królestwie, ozdobiona cieniutkimi, czerwonymi jak krew runami, które ponoć posiadały magiczne właściwości i same aktywowały się w czasie walki. Książę nic na to stwierdzenie nie odpowiedział, ponieważ nie chciał, by kowal stracił wiarę w swój kunszt, aczkolwiek szczerze wątpił, dlatego delikatnie przejechał dłonią wzdłuż klingi i samodzielnie nasączył ją swoją mocą, z którą przyszedł na świat. Podziękował mężczyźnie, po czym udał się do kuchni i kazał przygotować sobie solidny prowiant, aż w końcu, ze skórzaną torbą wypchaną po brzegi jedzeniem, zakradł się do stajni, gdzie chłopiec stajenny bez sprzeciwu osiodłał jego karą klacz, Czarną Damę. Tak wyjechał na dziedziniec i zrobił kilka okrążeń, by zwołać do siebie całe rycerstwo Dury.

 – Musimy przebić się przez morze ognia i potworów, udać w sam środek Fjol i pokonać ich stwórcę, czarownika Nehremiusa Thaara! Nie pozwólmy sobie na strach i zwątpienie, nie dajmy wygrać śmierci! Kto jest ze mną, ten niechaj wskoczy w siodło i dołączy!

Przyłączyli się niemal wszyscy wojowie jego ojca, podniesieni na duchu i z radosnym okrzykiem. Armia wyjechała na ulice Dury i noc rozbrzmiała ludzko-demonicznymi wrzaskami agonii….

 

*

 

Nikt nie usłyszał krakania samotnego kruka, krążącego nad jednym wielkim polem bitwy, w które przerodziło się miasto. Ptaszysko obserwowało paciorkowatymi oczami zamęt w dole, a kiedy uznało, że widziało już wystarczająco wiele, zawróciło ku przyzywającej ciemności lasu. Odnalazło dom swojego pana, wleciało do środka przez otwarte okno i zmieniło postać.

Przed Nehremiusem stała teraz ta, którą nazywał Esmenyą.

 – Jakie wieści przynosisz, moja piękna? – spytał rzeczowo.

Skłoniła się lekko, choć odrobinę niechętnie.

 – Opowiem ci w zaciszu twoich komnat.

 – Mmm… Widzę, że moje nauki nie poszły na marne. To mi się podoba.

 

 

Nieco później leżał w skotłowanej pościeli i podziwiał swoje dzieło – nowe pręgi na jej plecach, ramionach, kształtnych pośladkach i grzechu wartych udach.

 – Więc książątko zamierza złożyć nam wizytę w towarzystwie armii zakutych pał? Och, jak słodko – odezwał się, by powstrzymać kolejną falę podniecenia, która zalała jego ciało. – A zawsze myślałem, że to do niego trzeba się fatygować z byle bzdurą. No cóż… Esmenyo, przyprowadź go tutaj. Nie chcemy przecież, by biedak zabłądził lub stała mu się krzywda, prawda?

 – Jeszcze nie – zgodziła się z nim dziewczyna, za co została nagrodzona zimnym pocałunkiem.

Potwierdziła tylko dlatego, iż dobrze wiedziała, że on tego od niej oczekiwał. Tak naprawdę od samego początku marzyła o uwolnieniu się od szalonego czarownika. I właśnie nadarzała się idealna okazja do ucieczki.

 

 

4

 

Świat Milada tonął w różnobarwnej jusze i niemożebnie cuchnął siarką. Skurczył się zaledwie do płytkiej rzeki i widocznej po drugiej stronie linii drzew. Jednak książę nareszcie był w swoim żywiole – runy wykute w mieczu rozbłyskiwały szkarłatem przy każdym uderzeniu, a wrzaski zdychających kreatur pieściły jego uszy niczym cudna melodia.

Mimo licznych obrażeń udało mu się przebić do lasu. I chociaż czuł się coraz gorzej – gwałtownie słabł, wszystko rozmazywało mu się przed oczami – to wciąż ciął bezlitośnie dookoła. Coś jakby furkotało w pobliżu, ale morderczy amok całkowicie go pochłonął.

Nagle, nie wiadomo skąd, w bitewny harmider wdarł się kobiecy krzyk. Młodzieniec zdębiał i zastygł w bezruchu, z bronią wymierzoną w najpiękniejszą niewiastę, jaką kiedykolwiek widział. Serce natychmiast żywiej mu zabiło na widok burzy czarnych loków, oczu jak u spłoszonej sarny, drżących ust, a nawet kropli krwi powoli spływającej po bladej, łabędziej szyi. Uświadomił sobie, że to jego wina – za mocno przyciskał ostrze do jej skóry. Gdyby się nie zatrzymał, niechybnie przebiłby delikatną krtań na wylot.

 – Kim jesteś i skąd się tu wzięłaś, pani? – Nieznacznie opuścił miecz. Tylko na tyle, aby mogła odetchnąć i udzielić odpowiedzi.

Tak też uczyniła.

 – Nie ma czasu na wyjaśnienia, panie. Trzeba się stąd wydostać. Podejdź i opleć ramionami moją talię. Zaufaj mi.

Milad rozejrzał się – rycerze jego ojca polegli. Runo leśne okrywał makabryczny dywan z krwawiących, rozczłonkowanych i wybebeszonych ciał.

„Nic tu po mnie.”

Podszedł do nieznajomej i chwycił ją, nerwowo zerkając na boki; demony, dzięki bogom, były zajęte żerowaniem na trupach i wciąż żywych niedobitkach.

Na jego oczach ramiona dziewczyny uległy przemianie w mieniące się krucze skrzydła i razem odlecieli hen daleko od przeklętego lasu.

 

*

 

Nie potrafiła tego wytłumaczyć, lecz Milad od razu jej się spodobał i postanowiła ocalić mu życie. Wiedziała, że Nehremius właśnie w tym celu kazał jej go zwabić do swej chaty – by położyć kres panującej dynastii poprzez morderstwo jedynego dziedzica.

Wędrowali po bezdrożach, co jakiś czas robiąc krótkie przerwy na odpoczynek. Następca tronu w ferworze walki zgubił wierzchowca wraz z prowiantem, ale nie stanowiło to problemu – sam wyczarowywał najznamienitsze potrawy, które jadano wyłącznie w zamku. To również imponowało Esmenyi.

Za każdym razem, gdy podziwiała urodę de Sabelrota, niespodziewanie przypominała sobie fragmenty własnej przeszłości, której wspomnienie wyblakło po zmartwychwstaniu.

Była córką szanowanego duryjskiego handlarza.

Razem sprzedawali wyroby z rogów, skór i innych elementów porzuconych przez magiczne stworzenia w okolicach Fjol.

Zawsze udawali się tam we dwoje, ale któregoś dnia samotnie wkroczyła na zakazany teren… i umarła.

Wciąż jednak nie pamiętała swojego prawdziwego imienia. Pozostała więc Esmenyą.

Opowiedziała o wszystkim Miladowi, a on zrewanżował jej się tym samym. Ona nie ukrywała przed nim kruczej klątwy, a on przed nią swojej mocy, odziedziczonej genetycznie.

 – A czy jesteś na tyle potężny, by przełamać moją klątwę? – spytała cicho pewnego wieczoru przy ognisku.

Naprawdę nie chciał jej przygnębiać bardziej, lecz nie był pewien.

 – Kłamstwo nie przystoi przyszłemu władcy, dlatego ani nie potwierdzę, ani nie zaprzeczę. – Ujął jej dłoń i spróbował skoncentrować się na znalezieniu w jej ciele zarodka klątwy Thaara, lecz bez skutku. – Chyba nie dam rady… Ale znam kogoś, kto mógłby pomóc. To mądry mag, dawny przyjaciel ojca, który każdego z nas uczył panowania nad magią. Tyle że on mieszka na szczycie najwyższej góry na drugim końcu krainy…

 – Nie szkodzi. – Przepełniona nadzieją Esmenya wstała i znów przeszła częściową transformację w kruka. – Prowadź.

 

*

 

Niestety wizyta u Eglerta Ehrenhafta, zwanego także Mędrcem, nie przebiegła po ich myśli. Wprawdzie starzec z łatwością wyleczył obojga, ale odnośnie klątwy…

 – Nie mam dobrych wiadomości – oznajmił ze smutkiem. – Klątwę może zdjąć tylko czarownik, który ją rzucił. Chociaż… Odczyni się sama w przypadku śmierci tegoż. Ale tak się stanie wyłącznie wtedy, kiedy życie odbierze mu przeklęta przezeń osoba.

Esmenya słuchała z uwagą, zawiedziona i przerażona jednocześnie. Milad czule ucałował jej dłoń w geście pocieszenia, każdy smukły palec z osobna.

 – Przynajmniej wiemy już, co należy zrobić. Nie bój się, będę przy tobie. Damy radę.

Z całych sił starała się mu uwierzyć.

 

 

5

 

Dymiące kikuty drzew odsłaniały spaloną ziemię, na której walały się tysiące poczerniałych kości. Kryjówka Nehremiusa stała jednak nietknięta, choć wydawało się, że mężczyzna ją opuścił. Widok nie napawał Milada i Esmenyi optymizmem. Oboje mieli złe przeczucia.

Raptem niemal ogłuszył ich ryk, a po chwili ujrzeli jego źródło i zmiękły im nogi.

Nehremius Thaar dosiadał gigantycznego, smolistoczarnego smoka. I leciał prosto na nich.

 – Pokrzyżował nam plany… – Dziewczyna była bliska omdlenia.

 – Niekoniecznie. Mam inny pomysł. – Książę, który potrafił błyskawicznie myśleć, przysunął się i wyszeptał jej szczegóły na ucho.

Gdy skończył, Esmenya stanęła na palcach i nieśmiało pocałowała go w usta.

 – To na wypadek, gdybym miała cię już więcej nie zobaczyć.

Chciał wyprowadzić ją z błędu, ale nie zdążył – odleciała w kruczej postaci ku rozjuszonej bestii.

Po chwili gadzisko ryknęło i zarzuciło olbrzymim, rogatym łbem. Czyli udało jej się go oślepić ostrym dziobem. Ale tylko połowicznie, jak się wkrótce okazało – Milad mógł to dostrzec, kiedy smok zbliżył się do niego, chuchając śmierdzącym oddechem. Siedzący na najeżonym kolcami grzbiecie Nehremius ściskał w dłoniach Esmenyę-kruka i śmiał się głośno jak dziecko w trakcie zabawy.

 – I co teraz powiesz, księciuniu? Ładnie tak kraść cudzą własność? Przecież pospolity złodziej nie może rządzić w naszej wspaniałej krainie…

Kolejne wydarzenia następowały po sobie zbyt szybko: obydwaj, Thaar i de Sabelrot, równocześnie wykrzyknęli słowa w pradawnym języku; z palców następcy tronu wystrzeliła kula potężnej energii, która pomknęła w otwartą gardziel potwora; smok zdążył zionąć zgniłozielonym ogniem, który dosięgnął Milada; trafiona magicznym pociskiem bestia padła martwa na ziemię, przygniatając swojego pana ciężkim cielskiem; chrupnęły kości, a w powietrzu unosił się swąd palonego ciała i włosów.

Wśród zgliszczy pozostał tylko kruk, któremu udało się wyrwać z rąk oprawcy tuż przed upadkiem. Lecz zadania jeszcze nie można było uznać za wykonane – obłąkany czarownik nadal żył, choć coraz słabiej.

Esmenya podfrunęła do niego, przymierzyła się do ciosu i rozłupała dziobem jego czaszkę. Kawałki różowiutkiego mózgu spadły z mokrym plaśnięciem prosto w poszerzającą się plamę czarnej, smoczej juchy.

Zaklęta w kruka ucztowała do świtu, dopóki nie ostał się ani jeden strzępek narządu. Pod koniec wróciła do własnej postaci i długo leżała w błogim rozmarzeniu, zlizując krew z twarzy i palców. Potem podpełzła do poczerniałego ciała Milada, wtuliła się w nie i płakała, płakała, płakała…

Aż wreszcie zasnęła ze zmęczenia.

 

*

 

Jeden ze zwiadowców Horiusa znalazł ją rano wtuloną w zwłoki tego, którego w tak krótkim czasie zdążyła obdarzyć uczuciem. Wraz ze spalonymi resztkami księcia została przewieziona do zamku, który również ucierpiał w demonicznej masakrze. Milada pochowano jak należy, a ona spędziła kilka kolejnych dni na długich, emocjonalnych rozmowach z jego ojcem. Opowiedziała wszystko od samego początku, o sobie i o minionych wydarzeniach. Horius wpatrywał się w pochmurne niebo za oknem, a po jego pomarszczonych policzkach nieustannie ciekły łzy. Zrozumiał, że popełnił wielki błąd – gdyby nie zmuszał syna do zawarcia małżeństwa bez miłości, Milad nie pojechałby walczyć z potężniejszym od niego czarownikiem i wciąż by żył. A ta dziewczyna, która przetrwała piekło, naprawdę go kochała.

Dlatego starzec zrobił coś, co w normalnych okolicznościach uchodziłoby za niedozwolone w kręgach arystokracji – przyjął ją do siebie i pokochał jak córkę, której nigdy nie miał. Podarował jej nawet pierścień swojej dawno zmarłej żony, który nosił na łańcuszku. Niedługo potem bogowie śmierci upomnieli się o jego duszę.

W ten oto sposób wolna od klątwy Esmenya została królową krainy Durzum. Lecz żal z powodu utraconej szansy na miłość spowodował, że już nigdy się nie uśmiechała, a w jej sercu na zawsze zagościła mroczna, lodowata pustka.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
SanaiStark · dnia 26.01.2018 15:57 · Czytań: 161 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 12
Komentarze
Darcon dnia 26.01.2018 16:19
Witaj, SanaiStark. Opowiadanie napisane całkiem poprawnie. Dobrze zapisane dialogi, akapity rozsądnej wielkości, nie ma zniechęcających bloków tekstu. Jesteś jednak zbyt dosłowna w swych dopowiedzeniach, przez to ciężko jest zachować poprawną konstrukcję w zdaniach, zbyt dużo informacji na raz. W ogóle opowiadanie brzmi przez to "niewprawnie".
Cytat:
Nie­gdyś za­pew­ne cie­płe, bursz­ty­no­we oczy, skie­ro­wa­ne ku górze, za­snu­ła mgła.

Ma znaczenie, w którą stronę skierowane są martwe oczy? Mają coś wskazywać? Nie. Więc po co upychać w zdaniu kolejną (zbędną) informację?
Cytat:
Ta­kie­go sa­me­go, jakie od­czu­wa­li trzej wie­śnia­cy kon­tem­plu­ją­cy ów widok, do­dat­ko­wo po­tę­go­wa­ne­go szme­rem pły­ną­cej obok rzeki.

Dwie trzecie zdania zupełnie niepotrzebne, próbujesz upiększać tekst, używać metafor tam, gdzie to jest zupełnie zbędne. Naprawdę, ten "kontemplujący widok" i "szmer rzeki"... jakby ten szmer miał jakieś znaczenie.
Cytat:
Obaj z Mo­gar­tem gwał­tow­nie utra­ci­li ko­lo­ry na twa­rzach i przy­po­mi­na­li le­żą­ce nad brze­giem rzeki zwło­ki.

Zbledli, Sano, zbledli.
Cytat:
Z wa­ha­niem spoj­rze­li na roz­cią­ga­ją­cą się na dru­gim brze­gu linię nie­bo­tycz­nie wy­so­kich, ciem­nych, gro­te­sko­wo po­skrę­ca­nych drzew, w którą wpa­try­wał się ich to­wa­rzysz.

Dam Ci przykład na innym zdaniu, jaki popełniłaś błąd konstrukcyjny. "Zjedli bardzo pyszną zupę pomidorową, z makaronem i kawałkami kurczaka, którą podała im mama".
Najpierw mama podaje zupę, a później oni jedzą, tak powinno być. I w Twoim zdaniu także, tu nie ma nic zaskakującego, co trzeba by umieszczać na końcu.
Cytat:
Owia­ny złą sławą las Fjol, w któ­rym miesz­kał po­tęż­ny cza­row­nik Neh­re­mius Thaar, sza­no­wa­ny przez wszyst­kich głów­nie ze stra­chu, który nie­ustan­nie wzbu­dzał za spra­wą ho­do­wa­nych przez sie­bie, po­kracz­nych stwo­rów.

W jednym zdaniu upchałaś informacji na dobrze rozwinięte dwa akapity.
Cytat:
Męż­czyź­ni nie chcie­li ry­zy­ko­wać ży­ciem, ale nie mogli też tak zo­sta­wić ma­ka­brycz­ne­go zna­le­zi­ska.

Kolejne "upiększenie" zupełnie nie na miejscu. Nie mogli zostawić martwej dziewczyny, dziewczyny (z martwą w domyśle), tyle.
Cytat:
Co praw­da, w Durze znaj­do­wa­ła się sie­dzi­ba straż­ni­ków miej­skich, acz­kol­wiek oni pew­nie i tak nie­wie­le by po­mo­gli.

To po co o nich pisać? Jak i tak nic w opowiadaniu nie robią? Oczywiście można to umieścić w tekście, ale trzeba zmienić formę, trochę więcej opowiedzieć, by to czytelnik mógł powiedzieć "no tak", na razie mówisz to Ty (narrator).
Cytat:
Rap­tow­nie się za­trzy­ma­li, omal nie upusz­cza­jąc mar­twej dziew­czy­ny, która za­czy­na­ła im cią­żyć.

Dwie różne informacje w jednym zdaniu, przecież "mało co jej nie upuścili" nie z powodu wagi, tylko czegoś innego, prawda? Więc co robi "ciążenie" w tym zdaniu?

Tak można poprawiać co drugie, trzecie zdanie. Przeszkadzał mi w czytaniu taki sposób opisywania sytuacji. Nie znam innych Twoich utworów, ale tutaj wyraźnie należałoby popracować nad opisami sytuacyjnymi.

Pozdrawiam.
SanaiStark dnia 26.01.2018 17:01
Witaj, Darconie. Wow... Dla mnie wszystko w każdym opowiadaniu zawsze brzmi perfekcyjnie na końcu i teraz dziwię się, że wytknąłeś mi tyle błędów. Stąd pewnie ta dolna półka... Zastanowię się nad wszystkim, co napisałeś, i postaram się poprawić w wolnej chwili. Dzięki.
mike17 dnia 26.01.2018 18:19 Ocena: Bardzo dobre
Sanai, a teraz po kolei, bo mam Ci wiele do powiedzenia :)
Dawno mnie tu nie było i widzę, że Twój poziom nie spada, co mnie bardzo cieszy, bo czujesz się w tej konwencji jak ryba w wodzie i naprawdę poraża ogrom Twojej fantazji.
Co więcej, posługujesz się dobrą polszczyzną, co jest gwarantem dobrego czytania.
Sama tematyka, może nie moja, ale też może przykuć uwagę i zaintrygować.
Dla fanów gatunku będzie to z pewnością nie lada kąsek.

Ale...

Nie czyta się tego lekko...
Drażni nadmiar wątków i drobiazgów, co wybija z płynnego śledzenia akcji.
Mam wrażenie, że chcesz za wszelką cenę na małej płaszczyźnie słownej oddać jak najwięcej
To wprowadza element chaosu i tego, że czytacz zbytnio wysila się nad lekturą miast ją lekko chłonąć i się nią delektować - tego mi właśnie zabrakło, tego delektu.

Ja w warstwie słownej nie dopatrzyłem się jakichś potknięć, o jakich warto by pisać.
Masz swój warsztat i dobrze Co to idzie.

Jak dla mnie to nie jest dolna, a górna półka.
Chodzi o poziom pisarstwa, jaki prezentujesz.
Połowa utworów z górnej znika z niej w niesławie z ilością komentarzy ZERO, co też daje mi wiele do myślenia :)

To sum up,

Utwór udany, acz nieco przyciężki i przegadany.
Ode mnie mocna 4 :)
SanaiStark dnia 26.01.2018 18:36
Dzięki wielkie :) Może faktycznie trochę za bardzo się rozpisałam gdzieniegdzie. Spoko, w realu też tak mam, jak się rozgadam. Może po prostu za bardzo usiłowałam opisywać rzeczy, żeby czytelnicy mogli je sobie lepiej wyobrażać, a wyszło nie do końca tak, jak wyjść miało... Już kiedyś wykwitło u mnie takie przekonanie, że im bardziej wszystko rozplanowuję i dopracowywuję, to nie wychodzi tak wspaniale jak wtedy, kiedy piszę byle jak i w ogóle bez pomyślunku. A teraz utwierdziłam się w tym przekonaniu :p
mike17 dnia 26.01.2018 18:41 Ocena: Bardzo dobre
Jakoś próbuj bardziej kondensować myśli, okrajać je z ozdobników.
Większy minimalizm bez pójścia na wątki poboczne i nic nieznaczące opisy rzeczy drugorzędnych.
Tu dopatrywałbym się mankamentów w Twoim pisaniu.
Mniej znaczy więcej :)
SanaiStark dnia 26.01.2018 18:48
Spoko, popracuję nad tym. Będę od teraz po prostu iść na żywioł za każdym razem :p Już mam pomysł na kolejne opowiadanie, również do muzyki moich ukochanych Holendrów - zobaczymy, co z tego wyjdzie ;)
Darcon dnia 26.01.2018 19:11
Jeśli mogę coś doradzić - wydrukuj skończone opowiadanie i podkreśl w nim każdy, dosłownie każdy ozdobnik, opis, który nie jest umotywowany w tekście, taki jak "skierowane ku górze oczy", czy "szmer płynącej rzeki". Zobaczysz, jak dużo tego jest. Nie znaczny, że nie wolno tak pisać, wręcz powinno się. :) Jednak gdy je sobie zaznaczysz, wyłuskasz najlepsze i najładniejsze, a resztę wyrzucisz. Wiesz, żeby zostały rodzynki w cieście. ;)
SanaiStark dnia 26.01.2018 19:39
Spróbuję tak zrobić, ale dopiero po egzaminach w szkole i na prawko :)
Quentin dnia 30.01.2018 18:43 Ocena: Bardzo dobre
Walka dobra ze złem.

Szczerze mówiąc jestem trochę zaskoczony, że tekst umieszczono na dolnej półce. Marny ze mnie literat, dlatego nie będę silił się na podkopywanie autorytetów, ale to chyba zbyt ciężka krytyka. Nie jesteś aż tak winna, Sanai :-)

Prawdą jest, że tekst czyta się trochę ciężko. Teoria Darcona wydaje się tutaj być prawdopodobną. Oznacza to, że faktycznie tekst trzeba dopieścić na etapie redakcji. To cholernie ważne, aby historię nazwać pełnoprawną historią, a nie historyjką naskrobaną na kolanie.

Jako autorka jesteś mocna. Widać, że czujesz świat, który kreujesz. Oddychasz nim tak samo jak bohaterowie i, co chyba najważniejsze, potrafisz przedstawić go w taki sposób, że czytelnik wsiąka do środka bez problemu. Za to wielkie brawa.

Historia jak zwykle krwawa, wyuzdana gdzie trzeba i momentami ciepła. Warto na pewno po nią sięgnąć ze względu na ten ładunek różnorodności. Wiesz, o czym mówisz/piszesz, a to już nazywamy twórczą świadomością.

O dziwo tym razem nie skojarzyłem twojego opowiadania z żadnym filmem. I to chyba też dobrze, bo nie znam po prostu takiej historii. Teraz pewnie prędzej film skojarzę z twoją twórczością :-)

Jestem ukontentowany.

Pozdrawiam
Quen
SanaiStark dnia 30.01.2018 19:03
Dziękuję :) Tak jak już wspomniałam, na wszelkie dopieszczanie czas będę miała jakoś po egzaminach... właściwie już tylko tych na prawo jazdy, bo te w szkole zdane. A tymczasem odpoczynek i myślenie nad nową historią, hehe. Pozdrówki!
Bernierdh dnia 07.02.2018 16:43
Przepraszam, że dopiero teraz ;)
Lubię w twoim pisaniu to, że potrafisz bardzo łatwo zaprosić czytelnika do swojego świata, szybko stworzyć odpowiedni klimat. Mniej lubię zaś to, że bardzo często tworzysz wiele postaci i wątków, które nie do końca mają czas wybrzmieć, pędząc na złamanie karku ku ostatniej kropce :)
Na pewno już kiedyś pisałem, że chciałbym przeczytać od ciebie coś dłuższego, gdzie miałabyś miejsce by rozwinąć każdą postać, sytuację, element świata.
Inna sprawa, że czytało mi się bardzo przyjemnie. Nie zaskoczyłaś mnie ani na plus, ani na minus, to kolejny kawałek od ciebie, trochę baśniowy, łączący romantyczną kreację świata oraz bogaty język z porządną dawką brutalności i erotyki.
Znajomo, ale przy tym bardzo miło :)
Pozdrawiam cię serdecznie.
SanaiStark dnia 13.02.2018 14:47
Dzięki wielkie :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Jaga
27/05/2018 12:50
Świetny tekst. Choć prowadzisz czytelnika w ten sposób, iż… »
allaska
27/05/2018 12:04
zapada w pamięć puenta :) ciekawie tu w wierszu pozdrawiam »
Kazjuno
27/05/2018 08:52
Darconie, przyznaję Ci rację. Pozwoliłem sobie na… »
Silvus
27/05/2018 01:52
I rzeczywiście, całość wydaje się mało odpowiadać mojej… »
Florian Konrad
27/05/2018 01:00
takie wojaczkowe :) i przez to fajne »
Darcon
26/05/2018 23:42
Myślę, że kategoria +18 jest właściwa. Prawo jest prawem, a… »
Kazjuno
26/05/2018 23:23
Właśnie dzisiaj AntosiuGrycuk spędziłem cały boży dzień… »
Zingara
26/05/2018 23:04
Dziękuję allasko »
introwerka
26/05/2018 21:49
Kamyczku, cieszy bardzo Twoje czytanie i opinia :) Zachęcam… »
kamyczek
26/05/2018 21:36
Bardzo umiejętnie zaprezentowany wybór wierszy, zachęcający… »
introwerka
26/05/2018 19:51
Michale, to ja bardzo serdecznie dziękuję za możliwość… »
Gramofon
26/05/2018 18:50
Wszystko co napiszę, będzie zbyt maluczkie, więc napiszę… »
mozets
26/05/2018 17:18
Dal i krew, może jeszcze "cierpki" wydają mi się… »
mike17
26/05/2018 14:09
Kaz, w tym opku nie wiadomo do końca, o co poszło. Mamy… »
BrunoKadyna
26/05/2018 12:12
Darcon, Dziękuję, bardzo się cieszę :) »
ShoutBox
  • jskslg
  • 27/05/2018 12:56
  • kiedyś jedna dziewczyna mi powiedziała, że facet zaczyna się od 180 cm wzrostu
  • mozets
  • 27/05/2018 10:25
  • Górna półka na tym portalu nie jest dla mnie. Jakoś nie mogę odczuć blasku i wielkości tego działu. Chyba dlatego, że mam tylko 176 cm wzrostu i do górnej półki nie sięgam.
  • mozets
  • 27/05/2018 10:19
  • Tudzież prymitywny, prostacki, pornograficzny seksualny ekshibicjonizm w gimnazjalnym stylu jest paskudny i mdlący.
  • jskslg
  • 26/05/2018 23:28
  • altruizm w poezji jest paskudny
  • Silvus
  • 25/05/2018 23:07
  • @mykinkyego – decyduje o tym redakcja, ale nie wiem, czy we wszystkich przypadkach pojedyncze osoby.
  • mykinkyego
  • 25/05/2018 22:27
  • co to oznacza dolna i górna półka? co o tym decyduje - redakcja, liczba ocen, komentarzy, czy jak?
  • Zola111
  • 25/05/2018 00:10
  • Zapraszam do głosowania w Zaśrodkowaniu. Krzysztofie Konradzie - Ciebie także :)
  • mike17
  • 24/05/2018 18:48
  • Skoro Agniecha zachwala konkurs jako wielokrotna organizatorka, to jak dla mnie więcej nie trzeba.
Ostatnio widziani
Gości online:18
Najnowszy:Arbryaq9o
Wspierają nas