Tchnienie umierającego cz.6 - Krzysztof Konrad
Proza » Długie Opowiadania » Tchnienie umierającego cz.6
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

Uwaga! Spojler poprzedniej części poniżej. Ma na celu jedynie przypomnienie czytelnikom, którzy nie pamiętają tego, co stało się wcześniej. Jeśli nie jesteś na bieżąco - nie czytaj.

* Po wstrzyknięciu serum prawdy, Bill zaprowadził Edwina, braci Contenegro i Austina na szczyt klifu, gdzie znajdowali się jego ludzie i butle z powietrzem, które ukradli Edwinowi.

* Okazało się, że serum nie zadziałało na Billa, a wszystko okazało się skrupulatną pułapką, by ich przyciągnąć.

* Wszyscy bohaterowie zostali ogłuszeni, a Kevin i Julio schwytani. Okazało się, że Bill potrzebuje operacji, a ich samochód się zepsuł. Bill podzielił ich na dwie grupy, z których każda ma inne zadanie i musi wykonać je, nim jeden z oprychów wykończy Kevina i Julio.

 

VI

 

Camper stał piętnaście jardów od drewnianego kołka, do którego przywiązano Kevina i Julio, oraz dziesięć jardów od miejsca, w którym wykonywano operację. Nie mogli przeprowadzić zabiegu w samochodzie, ze względu na jego rozbiórkę. Po rozcięciu fragmentu skóry, Berringer zauważył strzaskaną kość, której nie dało się złożyć bez profesjonalnego zabiegu. Piasek szybujący w powietrzu wlatywał do rany. Angelo dezynfekował ją spirytusem. Czterech chudzielców z nożami stało nad nimi z przesadną troską o życie Billa. – Noże zamieńcie na koce i zróbcie z nich parawan, żeby nie doszło do zakażenia – pouczył ich najstarszy Contenegro. W powiekach Austina zebrały się łzy, gdy spojrzał na dziecko Charlesa Repairsa, dogorywające na słońcu z dziurą w głowie.

 

Przed rozpoczęciem naprawy, Edwin i Cezar musieli wykopać pod samochodem dwumetrowy dół, który posłużył za kanał warsztatowy. Zepsuła się część od skrzyni biegów. Można było wyjąć ją z land rovera stojącego u podnóża klifu. Ludzie Billa przyprowadzili go na szczyt, by dokonano demontażu. W pewnym momencie zapiekła się śruba, więc Edwin rytmicznie uderzał w nią młotkiem. I wtedy postanowił wypróbować pamięć swojego syna.

 

Julio i Kevin musieli zjadać surowy ryż i co kilka minut popijać ciepłą wodą. Pieczę nad torturą sprawował chudzielec z uszkodzonym kręgosłupem. Kazał im oddzielać po piętnaście ziaren i połykać je co minutę. Oprych spoglądał na jedzących chłopców z wymowną zazdrością i jednocześnie satysfakcją w oczach. Nie mógł się doczekać, aż wnętrzności któregoś z nich pękną jak balon. Do czasu poznania Everricha, Contenegro karmili się kroplówkami. Dlatego żołądek Julio był bardziej zaciśnięty. To spowodowało ból szybciej, niż się spodziewał. Kevin rozmemłał w buzi ziarna ryżu i splunął w twarz chudzielca, więc młody Contenegro skorzystał z okazji. Zwymiotował pod koszulkę, żeby zwolnić miejsce w żołądku. Oprych niczego nie zauważył.

 

Walnięcie w śrubę wydawało mocny, pusty dźwięk, a w gwint – przytłumiony. Edwin uderzył łącznie dwanaście razy. Kreska-kropka-kreska-pauza-kropka-pauza-trzy kropki-kreska-pauza-dwie kropki-pauza-kreska-kropka. Kevin nie zareagował. Był przejęty groźbami oplutego mężczyzny.

 

– Chcesz zginąć, smarkaczu?! - Everrich nakrzyczał na syna, rąbiąc młotkiem na przemian w śrubę i w gwint. – Słuchaj, co się do ciebie mówi! Słuchaj! - Uderzył jeszcze trzy razy.

 

– Ojciec dobrze gada – odparł nieświadomy chudzielec – jak się nie będziesz słuchał, to zdechniesz szybciej, niż myślisz.

 

Edwin wybałuszył oczy. Stukał młotkiem i patrzył na Kevina. R-O-Z-U-M-I-E-S-Z ? Kevin pokiwał głową.

 

W-I-E-M C-O M-A-S-Z W S-P-O-D-N-I-A-C-H

 

U-Ż-Y-J T-E-G-O

 

Everrich schował do kieszeni nożyk montażowy, który znalazł w skrzynce na narzędzia. Cezarowi wręczył dwa długie pilniki. – Nie dostaniesz cięższego sprzętu – oznajmił niemowie – bo musisz jak najszybciej dobiec do Billa i wykończyć jego ludzi. Oni trzymają koce, a nas nikt nie pilnuje. Jak usłyszysz strzał, to biegnij.

 

Kropla potu spłynęła po czole Kevina.

 

– Jak się pan nazywa? – zapytał stojącego nad nim oprycha.

 

– Bob, bo co?

 

– Możemy się, panie Bobie, zamienić maskami. Wtedy pan też by coś zjadł.

 

Julio wyczuł spisek. Rozejrzał się i zobaczył Edwina, który nerwowo spoglądał na syna. Zauważył też Cezara. Wcale nie naprawiał campera, tylko wlepiał wzrok w ludzi z kocami, stojących przy Billu.

 

Bob przybrał poważną pozę i zdawał się ignorować propozycję Kevina. Stał w bezruchu jak żołnierz królewskiej gwardii. Po chwili jego twarz przybrała tępy wyraz. Miał wrażenie, że głód za chwilę pożre mu koszulę. Chłopiec hipnotyzował go smutnymi, kocimi oczami i wcinał ziarenka ryżu. Mały Everrich miał świadomość, że za moment coś odmieni jego życie. Z zewnątrz twarz niewiniątka, w środku cień przemykający przez jego czystość.

 

Bob odbezpieczył maskę i pochylił się nad Kevinem. Kevin przeczekał kilka sekund i odbezpieczył swoją.

 

Chłopiec wsadził dłoń w spodnie. Drugą ręką wykonał nieporadny ruch inscenizując, że nie może odbezpieczyć zatrzasku maski. Ohydna twarz Boba wirowała mu przed oczami. Położył nogę na jego ramieniu, a ze spodni wyjął nabitego obrzyna. Zabrał go dzień wcześniej, gdy z ojcem i Austinem odzyskali samochód od braci Contenegro. – Nie zrobisz tego, dziecko – powiedział Bob i ujrzał lufę bujającą tuż przy swoim czole. Wyciągnął rękę, żeby wyrwać broń. I kiedy już prawie jej dotknął, ciepło własnej krwi rozlało się po nim i ochlapało Kevina. Malec się zdziwił, bo nawet nie dotknął spustu. Przed oczami przemknęła mu twarz ojca. Edwin wytarł nożyk montażowy o spodnie, przeciął linę i uwolnił chłopców. Zabrał broń Kevinowi i nakazał im, by schowali się w dziurze pod camperem.

 

W tym samym momencie Cezar wyczołgał się z kanału pod samochodem. Spostrzegł, że zamiast czterech ludzi z kocami, dwóch przytyka lufy do skroni Austina i Angelo. Pozostali dwaj schowali się za wydmą i celowali w Everricha.

 

Rozległ się strzał z obrzyna. Edwin trafił w wydmę, a piasek oślepił jednego z chudzielców. Przeładował, a drugi się wychylił i strzelił. Kula świsnęła Everrichowi koło skroni przebijając mu ucho. Przeturlał się za campera, by poprawić sobie perspektywę. Wcześniej przyczaił się tam człowiek Billa. Ogłuszył go korbą pistoletu i przeciągnął do Austina, Angelo i Cezara. Niemowę schwytano w identyczny sposób. Teraz trzech celowało z rewolwerów w ich głowy. Angelo trzymał kawałek szkła po spirytusie przy gardzieli Billa. Groził, że szarpnie, jeśli nie schowają broni. – Jak mogliśmy pomyśleć, że nie mają nic poza pałkami? – zapytał najstarszy Contenegro.

 

 

 

Z kanału ulotnił się dym papierosowy. Czwarty kompan Billa wsadził tam głowę. Zobaczył Kevina wtulonego w róg kanału i Julio. A za nimi strumień benzyny lejący się z baku do butelki po wodzie. Julio ją ścisnął, a z dziurki w korku wydostała się strużka benzyny i ochlapała oczy mężczyzny. Młody Contenegro rzucił przed siebie odpaloną zapalniczkę. Błagania ofiary Julio przytłumiły negocjacje Angelo z wrogami. Chudzielec potraktowany ogniem wybiegł zza campera. Z twarzy wyrastały mu bąble, a płomień zajął jego włosy. Po kilku sekundach padł w bezruchu na ziemię. Koledzy odeszli od Billa. Chcieli obsypać piaskiem płonącego przyjaciela.

 

Angelo poczuł się swobodnie i docisnął odłamek szkła do szyi Billa. – Chyba mogę cię spokojnie pociąć – ucieszył się.

 

Edwin skorzystał z okazji i rzucił się po obrzyna, którego zgubił, gdy go ogłuszono. Wycelował w największego z oprychów. Trafił w butlę z powietrzem. Przez siłę wybuchu strzępy chudzielca poszybowały w powietrzu. Zostało tylko dwóch.

 

Berringera obchodziło jedynie zmasakrowane dziecko. Wlał mu do ust resztkę morfiny, którą zawsze trzymał przy sobie, a złotowłosy zdjął bransoletkę z nadgarstka i wręczył ją Austinowi. Całą jej powierzchnię dekorował napis: JAK CI JĄ DAWAŁEM, TO PRZY TOBIE BYŁEM… I BĘDĘ, GDY JĄ ODBIORĘ.

 

Julio zauważył eksplozję przez felgę campera. Akurat ukryli się przy niej pozostali ludzie Billa. Przez wymianę ognia z Edwinem zapomnieli o chłopcach. Stali na tyle blisko twarzy młodego Contenegro, że smród ich nóg szczypał go w oczy. – Kevin, słyszałeś kiedyś o pawiującej pochodni? – wyszeptał. – Na ostrej libacji najbardziej zgonującym kumplom przytykasz płomień do stóp. Wtedy się budzą i chcą uciekać, ale są na takiej bani, że po wstaniu z łóżek padają na ziemię i rzygają pod siebie.

 

Julio chlusnął resztą benzyny i zaciągnął się cygarem, zaś peta zgasił o nogawkę jednego z nich. Języki ognia wystrzeliły spod nóg i zajęły ubrania, aż urosły do wysokości głów. Ich cierpienie zwieńczyła synchroniczna eksplozja obu butli z powietrzem, które mieli na plecach. Przez siłę wybuchu rozszedł się fetor palonych włosów i skóry. – Dios Santos. – Angelo Contenegro tak się zdziwił, że odłamek butelki wypadł mu z dłoni. Bill się wydostał i wyrwał dziecko Repairsa z objęć Austina.

 

Młody Contenegro i Kevin wyszli z kanału. Rozejrzeli się, a żółć i czerwień mieszały im w zmysłach. Camper z dziurami po kulach przypominał metalowe cedzidło. Przy drewnianym kołku leżało ciało Boba z ciętą raną na szyi. Bordowy piasek, w który wsiąknęła krew, zmieniał odcień na pomarańczowy w zależności od pozycji słońca. Szczątki porozrywanych ciał ludzi Billa skojarzyły się Kevinowi z klockami rozsypanymi po utytłanym dywanie.

 

Edwin nie mógł wycelować z obrzyna w głowę Billa, bo ten zasłaniał się chłopcem.

 

– Odstrzelę ci łeb – zagroził. – Puść dziecko.

 

Austin nie zaszył rany po operacji i do nogi Billa zaczął wlatywać piasek.

 

– Zdechnę – po czym dodał: – wszyscy zdechniemy. – I odkręcił butlę chłopca, a całe powietrze uleciało z niej w kilka sekund. Dziecko nawet nie spróbowało złapać tchu, tylko nieprzytomnie zawisło na rękach Billa.

 

Edwin zwrócił się do Austina.

 

– Nawet jeśli by przeżył…

 

– Byłby niezdolny do egzystencji. Nie z uszkodzonym mózgiem i nie w tych czasach, praktycznie rzecz biorąc – uciął Austin. Przeżegnał się i przeczytał napis na bransoletce, którą otrzymał.

 

Kevin dopiero otrząsnął się po wybuchu i zobaczył, co robi jego ojciec.

 

– Dajcie mu butlę! Nie zabijaj go, tato! – krzyknął Kevin, nieporadnie okładając ojca po plecach. Cezar zasłonił oczy synowi Everricha.

 

Edwin przypomniał sobie identyczny żal, gdy ojczym – Dwayne Arthur – zostawił go pośrodku drogi, rzucając pod jego nogi torby z rzeczami. Zanim odjechał, dał mu wybór; mógł wrócić i być posłusznym lub ruszyć w świat.

 

– Przepraszam, synu – wycharczał Everrich.

 

– Zabijesz dziecko, cholerna cioto? Nie widzisz, że się dusi? – skomentował Bill, popuszczając i zaciskając przewód powietrza.

 

– Muszę zabić dziecko, bo nic mu już nie zostało. Przez ciebie. – Wymierzył i dla pewności oddał dwa strzały.

 

 

Angelo wybłagał Everricha, żeby nie zabijał oprawcy. Zanim pochowali chłopca, naprawili campera i ruszyli dalej, najstarszy Contenegro spełnił obietnicę, którą złożył Billowi i zgwałcił go trzy razy. Po bordowej od krwi pustyni rozchodził się morderczy krzyk i słowa Angelo. – Przecież obiecałem, że cię wydymam.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Krzysztof Konrad · dnia 31.01.2018 18:33 · Czytań: 259 · Średnia ocena: 3 · Komentarzy: 17
Komentarze
Darcon dnia 31.01.2018 19:29
Będę szczery, Krzysztofie. Zamiast tak często publikować, usiadłbyś lepiej na... zadku i wziął się porządnie do roboty.
Co to są za zdania?
Cytat:
W po­wie­kach Au­sti­na ze­bra­ły się łzy, gdy spoj­rzał na dziec­ko Char­le­sa Re­pa­ir­sa, do­go­ry­wa­ją­ce na słoń­cu z dziu­rą w gło­wie.
Pod powiekami, z dziurą w głowie to już nikt nie dogorywa.
Cytat:
W pew­nym mo­men­cie za­pie­kła się śruba, więc Edwin ryt­micz­nie ude­rzał w nią młot­kiem.
W którym momencie? Wydaje mi się, że śruba zapieka się po kilku latach, może miesiącach, nie po momencie.
Cytat:
Do czasu po­zna­nia Ever­ri­cha, Con­te­ne­gro kar­mi­li się kro­plów­ka­mi.
? Do czasu poznania?
Cytat:
Z ze­wnątrz twarz nie­wi­niąt­ka, w środ­ku cień prze­my­ka­ją­cy przez jego czy­stość.
Cień przemykający przez czystość? Przyznam się, że nie zrozumiałem metafory.
Cytat:
Z ka­na­łu ulot­nił się dym pa­pie­ro­so­wy.
Tak, jak złodziej? ;)
Cytat:
Ro­zej­rze­li się, a żółć i czer­wień mie­sza­ły im w zmy­słach.
Ech...
Cytat:
Au­stin nie za­szył rany po ope­ra­cji i do nogi Billa za­czął wla­ty­wać pia­sek.
Niezręcznie brzmi ten wlatujący piasek - czyli latający, skoro wleciał.
Cytat:
naj­star­szy Con­te­ne­gro speł­nił obiet­ni­cę, którą zło­żył Bil­lo­wi i zgwał­cił go trzy razy.
Nie, to nie tak konstrukcyjne powinno wyglądać. Pierwsza część zdania oznajmia coś dobrego, przyjemnego, a kończy się, jak kończy. To nie jest zaskoczenie w zdaniu, to jest zdanie złe stylistycznie.

Trochę lepiej rozeznałem się w akcji, ale nadal dużo brakuje do zadowolenia. Praca i praca. Publikowałbym bardziej rozsądnie, ale młodzi i tak mnie nie słuchają...
Pozdrawiam.
Krzysztof Konrad dnia 31.01.2018 19:47
Hej :) polecę skrótem, bo nie mam dostępu do kompa. Jako osoba pracująca na warsztacie przez cztery lata oznajmiam Ci, że śruba może się zapiec w każdej chwili. W następnym, zaznaczonym przez Ciebie zdaniu, rzeczywiście powinno być "do czasu gdy [...]. Moim zdaniem z kanały jednakowo może ulotnic się dym, zupełnie jak gaz z mieszkania. Kolejnej zdanie to synestezja, więc nic do niego nie mam, uważam wręcz, że jest kozackie. Piasek może wlatywać do rany. A co do ostatniego zdania, na litość boską, Darcon, cenię, że zagladasz do mojego tekstu, ale nie mów mi, jak ja mam konstruować swoje opowiadanie. Mam rozpisany plan fabularny i nie znasz go, więc nie powinieneś poruszać takich tematów. A nad tekstem ciężko pracuje, nad jednym rozdzialem potrafię siedzieć kilkanaście dni :) Nie wiesz od kiedy piszę i czy publikuje od razu
Darcon dnia 31.01.2018 20:15
Nie mam nic do koncepcji opowiadania, a jedynie uwagi do poszczególnych zdań. Ostatnie, wymienione przeze mnie zdanie znacznie lepiej by brzmiało, gdyby zaczynało się złowróżbnie.
Gaz z mieszkania "się ulatnia", a nie "ulotnił", to różnica. Jeśli się ulotnił, to znaczy, że poleciał i się skończył. Pewnie, może tak być, ale takie krótkotrwałe zjawiska skupiają uwagę czytelnika, który oczekuje czegoś nadzwyczajnego. Coś mignęło, umknęło itd.
Nie ma znaczenia, Krzysztofie, ile siedzisz nad rozdziałem, skoro nie widać w nim zbytnio postępów.
Jeśli piasek wlatuje, to znaczy do czegoś, do środka. Rana musi być duża, dosłownie można coś do niej włożyć. Czy można z taką funkcjonować? Piasek może się osadzać, przyklejać, dostawać do rany, ale wlatywać? Czasami niewłaściwie używasz słów, choć możesz budować do tego ideologię. To Twoje opowiadanie i masz prawo pisać, jak chcesz.
Krzysztof Konrad dnia 31.01.2018 20:24
Rozumiem, nie ma postępów. Rana po operacji jest głęboka. Szkoda, że nigdy nie dostaję komentarzy odnośnie tekstu, a tylko błędów w nim zawartych. Błędy będą prawie zawsze, a nie wydaje mi się, żeby tu się roiło od jakichś kompletnych durnot, że się tego czytać nie da. Dziwne, że inny redaktor z tego portalu twierdzi, iż postępy robię. Więc czegoś tu nie rozumiem. Ktoś z Was się myli albo kłamie. Albo ktoś nie nadaje się na redaktora.
Darcon dnia 31.01.2018 20:30
Gdyby nie dało się czytać, to bym nie przeczytał. :) Pewnie nie tylko ja. :) Najczęściej wypowiadam się o błędach, bo koncepcja, pomysł, to sprawa czysto subiektywna. Każdemu może podobać się coś innego.
Nie przesadzaj, Krzysztofie, zarzucanie kłamstwa to poważna sprawa. Czytałem, dwa, trzy fragmenty i są dla mnie takie same. Czy ktoś się nadaje, czy nie, nie zależy od jednej opinii do tego samego opowiadania, czy Autora. Nie ma jednej prawdy objawionej.
Krzysztof Konrad dnia 31.01.2018 21:05
Prawdopodobnie się nie nadaję, skoro postępów nie ma. Piszę dla ludzi. Akurat sztuka, jakakolwiek, podlega ocenie ludzi. Skoro 90% czytelników tekstu nie rozumie albo im się nie podoba, to pozostali zapewne chcą być jedynie grzeczni. Szkoda, ale nie wszystkie marzenia się spełniają. Dzięki za komentarze i uwagę.
Darcon dnia 31.01.2018 21:23
Prawdopodobnie tak, jak większości z nas. Komu z portalu uda się osiągnąć sukces? Niewielu. Sukces komercyjny, kasowy, by utrzymać się tylko z pisarstwa? Możliwe, że wręcz nikomu.
Chyba, że... na przekór wszystkiemu będziesz pisał. :) Nieliczne wyjątki osiągnęły sukces po napisaniu miliona znaków czy dwóch. Najczęściej sukces pojawia się znacznie później.
Ale dobrze dedukujesz ze zrozumieniem/niezrozumieniem, zajrzyj na stronę redaktorów i przeczytaj ostatnie zdanie w mojej notce. Wychodzi na to, że gdzieś tam myślimy podobnie. ;)
A, i jeszcze jedno. Dalej do przodu.
Prawdziwy artysta (pisarz) to taki, który się w życiu namęczył. :) Co to za pisarz, któremu wszystko przyszło łatwo i gładko? ;) A fe!
Krzysztof Konrad dnia 31.01.2018 21:40
Sądzę jednak, że jakieś postępy powinny być po dwóch latach pisania prozy, a nie ma ich. Prawdę mówiąc, ciężko coś robić, jeżeli dobrego (i tym samym szczerego słowa) brak. Niby oczekujemy krytyki, zwłaszcza tej konstruktywnej, ale gdzieś tam, na samym końcu czaszki, każdy z nas chce otrzymać słowo otuchy, jakiś dobry znak, choćby mignięcie dobrej energii, że coś idzie w dobrą stronę, że coś zrobiło się dobrze. Można się wypierać i zasłaniać szlachetnymi pobudkami, czy literacką pseudo-skromnością. Jesteśmy aż i tylko ludźmi. Nie chce już tutaj spamować. Do dalszej dyskusji zapraszam ewentualnie w wiadomości prywatnej. Pozdrawiam.
Darcon dnia 01.02.2018 09:53
Uważam, że dyskutujemy na rzeczowy temat. Myślę, że wielu może wyciągnąć z tego wnioski dla siebie i przechodzenie na PW tylko uszczupli ciekawe przemyślenia.
Widzisz, Krzysztofie, wielu autorów chce trafić na podatny grunt, znaleźć czytelnika, który będzie go chwalił, chociażby jednego, sam to zauważyłeś, nie minęło to także mnie. Jednak to nie tędy droga. Widzę na forum osoby, które czytają się "wymiennie" i słodzą sobie pod tekstami. Nic to nie wnosi, oprócz połechtania ego. Inni dają czytać rodzinie, znajomym, którzy z oczywistych względów nie będą krytyczni. Gdzieś, kiedyś trafiają na takiego gościa, jak na przykład ja i następuje zderzenie. O co chodzi? Przecież "wielu" mówi, że jestem dobry? A tu sama krytyka.

Zdradzę Ci sposób na sukces. ;)

Przejrzyj na portalu jak najwięcej opowiadań, czytaj innych i komentarze, jakie dostają. Wybieraj te najbardziej rzeczowe, nawet kąśliwe, gdzie komentujący nie owija gówna w papierek i paluchem pokazuje gdzie i co jest źle. Poproś te osoby, aby skomentowały Twój tekst, wytknęły błędy, napisały wrażenia. Przełknij gorycz porażki, bo ta na początku jest domeną wszystkich. I pisz z uwzględnieniem uwag.
Nie wierzę w natchnionego pisarza prozy, to bujda. W Polsce uważa się, że pisarz to artysta, który siada i pisze z duszy, od serca, od razu wiekopomne dzieło. W Polsce nie ma szkół dla pisarzy, bo to przecież urodzony talent. Znajdziesz szkoły muzyczne, plastyczne, wokalne, ale pisarz musi pisać z duszy i tyle. Gówno prawda, że się powtórzę. Muzyk nie skomponował od razu pierwszego hitu, wokalista nie zdobył Grammy pierwszą zaśpiewaną w życiu piosenką, malarz nie sprzedał pierwszego obrazu za miliony dolarów i pisarz nie napisze od razu bestsellera.
Pokora, spojrzenie na siebie z dystansem i pisanie, ale nie jak popadnie, tylko coraz lepiej i lepiej. Już teraz wiem, że nie siada się do pisania powieści na początku swej pisarskiej drogi (też popełniłem ten błąd). Napisz autorze szorta, opowiadanie, krótko, a dobrze, a następnie się rozpędzaj. Jeśli oczywiście będą Cię chwalić, jeśli nie, pisz więcej krótkich form, aż osiągniesz lepszy warsztat. To jedna z szybszych dróg do poprawy własnego bazgrania i w końcu, satysfakcji z pisania.
Pozdrawiam.
Krzysztof Konrad dnia 01.02.2018 10:17
Zgodzę się z tym, że wielu tu sobie smaruje. Co jest przykre, bo niekiedy sam w tę pułapkę wpadam, zupełne nieświadomie. A jeszcze gorzej, jak naprawdę trafisz na dobry tekst, komentujesz, a później też dostajesz od tej samej osoby przychylny komentarz. Dlatego właśnie napisałem, że próżno tu szukać pochwały i szczerości zarazem. Trochę żałuję, że usunąłem stąd swoje pierwsze teksty. Były koszmarne, naprawdę wstrętne. Kompletny bełkot. Bo teraz widzisz, Darconie, tylko kilka tekstów, a prawda jest taka, że mausialem nauczyć się sporo teorii i przeczytać wiele książek, żeby pisać tak, jak teraz piszę. Pozostaje mieć nadzieję, że jednak będę lepszy. Choć słabo to widzę, jak biorę pod uwagę to, że źle używam słów. Że czytelnicy nie rozumieją tego, co piszę. Słowo pisane w swoim założeniu ma wpisane wyrażenie siebie, swoich myśli. Wydaje mi się, że to jest bardziej kwestia jakiegoś lekkiego niedorozwoju, pewnej niereformalnosci. Kiedyś trochę programowalem i miałem na zajęciach gościa, któremu tłumaczyłem zupełną podstawę przez kilkanaście dni. Później tłumaczył nauczyciel, a sam kolega uczył się tego godzinami, nie robiąc nic poza tym. Efekt był taki, że nie zrozumiał kompletnego nic. Dochodząc do konkluzji. Wierzę, że są pewni ludzie, którzy niczego się nie nauczą, bo zakorzenili się w swojej krzywiźnie na tyle, iż nie zauważają, że widzą świat znieksztalcony. Im się wydaje, że to ma tak wyglądać, zupełnie jak u astygmatyków; dopiero, gdy dasz im właściwe okulary, zauważą, że to nie wygląda tak, jak myśleli od urodzenia.
Darcon dnia 01.02.2018 12:57
W mojej opinii wziąłeś się za karkołomny pomysł, wprowadzasz zbyt dużo bohaterów w tym samym czasie. Najlepsi tego nie robią, to nie film, że wszystko można objąć wzrokiem.
Co do rozwoju i niedorozwoju - trening czyni mistrza. Co do predyspozycji, jeśli chcesz napisać "dzieło", może Ci się nie udać. Jeśli chcesz kiedyś wydać książkę, to całkiem możliwe.
Krzysztof Konrad dnia 01.02.2018 13:28
Nie patrzę już na to w kategorii wydania czegokolwiek, zważając na stosunek nakładu pracy do czasu, który mi na to zostaje, który już temu poświęciłem i do efektów, których nie ma. Moje teksty wiecznie się rozlaza. Jak nie stylistyka, to imiona postaci, jak nie imiona to durne zwroty. A jak już nic się nie da, to nikt nie czyta. To nie jest tak że ja się obrażam. Po prostu brakuje mi sił. Pewnie jeszcze coś tam napisze, bo podejrzewam u siebie grafomanie, ale będę starał się ze wszystkim pogodzić.
Decand dnia 05.02.2018 18:25
Dzisiaj rozjechałem kota. W sumie ta sentencja nie ma żadnego znaczenia z tą oceną, zresztą, nie warto o tym wspominać. Jak dla mnie osoby, które nie brały udziału w tym rozjechaniu powinni spadać na drzewo, bo niczego nowego tutaj nie doznają, bo jak nie jesteś na bieżąco to nie mów mi co mam robić. Ale w poprzednim odcinku przejechałem kota, powiedziałem pewnej pięknej nastolatce, że jej uśmiech jest szkarłatny i straciłem trzy złote przy automacie z batonikami. Czy niezbyt przesadnie oddzielam potencjalnego słuchacza od mojej historii? Pewnie, że tak. Ale to nie ma znaczenia, bo nie słuchałeś od początku. I to jest Twój błąd przypadkowy czytelniku. Musisz zaznajomić się z poprzednimi częściami, inaczej nie będzie żadnego fun'u. Szkoda, ale uważam, że znajomość poprzednich części pomogła mi się jedynie zorientować w temacie. Ale założenie jest istotne - musisz PAMIĘTAĆ. Bo jak nie pamiętasz to nawet nie ruszaj okiem na mój tekst. I co mi innego pozostaje?

Już abstrahując od różnych wartości startowych - potwierdzam, że część szósta personalnie pokazuje problem, który od początku siedzi w tym koncepcie literackim. Sporo za dużo, odwrócona zasada "show, don't tell", wyzysk. I ja, jako czytelnik poprzednich części, jestem zupełnie zagubiony. Może pomogłaby mi mapa relacji między postaciami, może pomogłoby mi jakieś powiązanie. Ale czuję, że każdy rozdział jest o czymś innym i, równie dobrze, mógłby w ogóle nie znajdować się w jakiejś tam kolekcji. Ale nawet jako osobne kawałki tekstu nie pozostawią zbyt wiele, bo, cholerka jasna, temat na jednym rozdziale się nie kończy. Ktoś swego czasu powiedział mi, że dobra literatura oparta na częściach, rozpoczyna i kończy każdy rozdział konkluzją do poprzednich wątków. Jak się komuś rodzi dziecko to dziecko to rodzi się w tym rozdziale, albo na początku nowego. Przynajmniej zachowywane jest wtedy jakieś forma korelacji tych tekstów. Czasem miałem wrażenie, że pojawia się ktoś nowy i jestem zupełnie pogubiony. Dlatego ja, na ten przykład, piszę monodramy. Bo gdy miałem dwanaście lat pisałem o królestwach i każdemu rycerzykowi nadawałem imię. I jak robiło się rozdział to trzeba było pamiętać który rycerzyk umarł, a który jeszcze żyje i walczy ze smokiem.

Ale do samego tekstu. W sumie nie wiem czy mogę dodać coś więcej, niż Darcon w swoim pierwszym poście pod względem tekstu. Chociaż rzuciło mi się odrobinę coś takiego:

Cytat:
Edwin uderzył łącznie dwanaście razy. Kreska-kropka-kreska-pauza-kropka-pauza-trzy kropki-kreska-pauza-dwie kropki-pauza-kreska-kropka.


Uch, Morse. No to fajnie. Uderzył łącznie dwanaście razy. Czy ma znaczenie ile razy uderzył, skoro potem zostało stwierdzone w jakiej konfiguracji? Dla mnie to zbytnia redundancja.

Cytat:
Julio wyczuł spisek. Rozejrzał się i zobaczył Edwina, który nerwowo spoglądał na syna. Zauważył też Cezara. Wcale nie naprawiał campera, tylko wlepiał wzrok w ludzi z kocami, stojących przy Billu.


Nosz kurna... Julio, Edwin, Cezar, Bill, rodzina Kaczyńskich, pies, buda, pies z budą... Ja rozumiem, że to jest kolejny rozdział, ale nawalenia bohaterów nie da się niczym uargumentować.

Cytat:
Drugą ręką wykonał nieporadny ruch inscenizując, że nie może odbezpieczyć zatrzasku maski.


Jak ktoś może zainscenizować brak możliwości odbezpieczenia zatrzasku?

Pojawiają się też dla mnie rzeczy fizycznie niewytłumaczalne. Dlaczego dialogi raz są w osobnych akapitach, a raz nie? To nie buduje napięcia tylko spowalnia czytelnika, zastanawiającego się zapewne czy to przypadkiem jest część poprzedniego zdania czy też zupełnie coś innego? Dlaczego napis na bransoletce jest reprezentowany dużymi literami jakoby było to coś nadmiernie istotnego, chociaż nie ma to, de facto, znaczenia dla dalszych rozstrzygnięć fabularnych? Dlaczego znowu mamy do czynienia z "powiedział, zagroził, pierdnął"? Dlaczego ilość bohaterów jest taka duża i co wnosi każda z tych postaci do fabuły, poza byciem w momencie?! Zupełnie to nie tworzy napięcia, zupełnie mnie to z pustymi manekinami nie łączy. To jest już nawet gorsze od bohatera jednowymiarowego, bo przynajmniej ten jest źródłem akcji. Tutaj usunięcie kilku postaci nie zmieniłoby nic w fabule.

I tak - ten tekst jest zwyczajnie za duży na swoje buty. Zabawy tego typu można przerzucić na inne medium, bo literatura jest, czy tego chcemy czy nie, dosyć restrykcyjna jeżeli chodzi o tworzenie i budowanie narracji. Weź swoją ulubioną książkę. Jeżeli ma ona rozdziały sprawdź ile bohaterów występuje w najdłuższym rozdziale. Teraz porównaj ile bohaterów ma ten rozdział i ile bohaterów stworzonych zostało przez te sześć rozdziałów, pierwszoplanowych, drugoplanowych. To jest, przede wszystkim, metaforyczny strzał w stopę dla Autora - w takim tempie będziemy mieli całą zgraję smerfów, którzy, tak samo jak oni, będą budowani według jednego szablonu. I tak rozdział za rozdziałem. Pytanie kto wymięknie przy tym pierwszy - autor czy czytelnik?

Rada moja z tego obiegu wokół literackiego świata warszawiaka jest to: Nie. Nie próbuj tworzyć coś, do czego nie jesteś przystosowany. Nie próbuj pisać na siłę rzeczy, które wystają jak igła w oku. Nie zmuszaj się do pisania magnum opus, którego sam nie potrafisz zrozumieć. Nie wal postaciami na prawo i lewo jakby zależała od tego Twoja kariera. I nie udawaj, że dywagacje na temat swojego personalnego widzi-mi-się oraz swojego "niedorozwoju" poruszą kogokolwiek innego niż Ty. Jestem zmęczony, może stąd ten cynizm. Ten kot długo nie żył. Istotnym jest jednak fakt, że jojczenie niczego Ci nie da. Trzeba ścisnąć dupsko i wziąć się do pracy, tak porządnie. Ale nie rąbać blok tekstu - zacząć od czegoś mniejszego. Piszesz o czterech (czy pięciu, nie pamiętam) lat pracy nad stylem, pisaniem. Ale z tych czterech lat nie czuję, byś nauczył się fundamentalnej zasady, która karci każdego z nas - zacznij od małych pomysłów. Jeżeli pomysł jest wart rozwoju - rozwijaj go. Jeżeli nie to go napisz i zakończ. Krótszymi tekstami poprawisz styl, wyrobisz sobie manierę, nie będziesz rzucać się na wiatr. Bo to nie jest tak, że powiesz sobie "Napiszę książkę!" i rąbniesz paręnaście rozdziałów, ot tak. Powiem Ci na moim przykładzie - skończyłem pisać 66 short od października poprzedniego roku. Mam już jakieś 120-130 stron A4 tekstu. Na jakim miejscu jest Twoja sześcioczęściowa epopeja? Sęk jest w tym, by się nie zmuszać do pisania czegoś, czego się nie chce. Sęk nie jest w wypracowanej stylistyce tekstu, który rozwala gałki oczne grafomańskim pierdem. Sęk w tym, by to było, przede wszystkim, do strawienia dla człowieka, który nie siedzi w Twojej głowie. Widzę ten tekst i, cóż, nie trawię. Krzyczysz ku efektom, efektom zabijanym przez zbyt wybujałe marzenia. Może akurat Tobie nie jest wskazana wielkość? I co z tego? Każdy z nas tutaj może tej "wielkości" nie osiągnąć. Więc weź się w garść i rób to, co chcesz. A jak czegoś nie chcesz to tego nie rób. Brzmi bardzo prosto, jak dla mnie.

I znów przytoczę coś, co było dla mnie istotne, chociaż nie ma nic wspólnego z pisaniem:
Cytat:
Before you play two notes, learn how to play one note. And that, it’s as simple as that really. And don’t play one note unless you’ve got a reason to play it.


I teraz, wśród tego tekstu, wśród tej maniery znajdź mi SENS. Moim zdaniem nie znajdziesz.

Ale nie rozjechałem tego kotka ostatecznie. Nie mam nawet prawa jazdy.
Krzysztof Konrad dnia 05.02.2018 21:03
Decand, wiele można mi zarzucić, ale ja się absolutnie nie uzalam. Ale skoro jakichs tam wyznań nie powinno się pisać, to nie będę. Mam wrażenie, że nie jesteś tą osobą, która prezentujesz, jako rzekomo cyniczna. Proszę Cię, nie widziałeś chyba cynizmu. To był komplement, choć mogło zabrzmiec inaczej. Wiesz, mam problem ze zrozumieniem, o co dokladnie chodzi ci w "show, dont tell" bo przecież pisząc coś, musisz wskazać kto co robi. Nie rozumiem, dlaczego, pewnie któryś raz, ktoś mi zarzuca, że mógłbym, czy tam nie mógłbym być wielki. No bo ej, czy ja gdziekolwiek w tym tekście napisałem, że chcę coś wydać? Że chcę być jakimś wielkim, wiecznie natchnionym, geniuszem-pisarzem? Miałem takie marzenia lata temu. Ponadto, radzę przeczytacie notatkę z pierwszej części. Choć trzeba przyznać Ci rację, że tworzę wokół swojej osoby coś, czego sam nie umiem nazwać. Może to jakiś fałsz, niedojrzalosc, mix samych złych cech. Jestem Ci wdzięczny, bo sporo mi pokazałeś. A ja jestem jak zaniedbany kot. Trzeba mi rozchylic zaropiale powieki i pokazać palcem, może nawet strzelić w pysk, żebym się naprostowal. I dobrze, będę pisał krótsze teksty. Namowiles mnie. No i gratulacje, że przebrnales przez tekst :)
Decand dnia 05.02.2018 21:34
Krzysztof Konrad napisał:
Wiesz, mam problem ze zrozumieniem, o co dokladnie chodzi ci w "show, dont tell" bo przecież pisząc coś, musisz wskazać kto co robi.


Chodzi mi, przede wszystkim, o fakt pewnej dosłowności. Pewnie, można, na przykład, powiedzieć, że ktoś coś powiedział (odwołując się do dialogów) albo tego, zwyczajnie nie robić. Można wykonać masywny opis, który do niczego nie prowadzi, albo można wykonać opis, który nie będzie w pełni oczywistym i który pozwoli na różnorodność interpretacji. Można wskazać dosłownie akcję każdego bohatera z imienia. I nazwiska. I subnazwiska. I orzeszków. Albo tego nie robić, nie wprowadzać dużej ilości czynników w jedno zdanie tworząc makaron albo, co najgorsze, konstrukcje ciągnące się w nieskończoność poprzez "ale" i "i". Bohater może mówić wszystko dosłownie, ale może też nie używać słów w ogóle pozwalając osobie piszącej na rozpis tego, co chce powiedzieć poprzez ukazanie emocji bohatera. Nie mówię, że to robisz koniecznie, ale jakieś przykłady by się w Twoich tekstach takich scenariuszy znalazły. O to mi chodziło przede wszystkim w tej sentencji.

Krzysztof Konrad napisał:
Nie rozumiem, dlaczego, pewnie któryś raz, ktoś mi zarzuca, że mógłbym, czy tam nie mógłbym być wielki. No bo ej, czy ja gdziekolwiek w tym tekście napisałem, że chcę coś wydać? Że chcę być jakimś wielkim, wiecznie natchnionym, geniuszem-pisarzem?


Oczywiście, że nikt tak nie twierdzi. Ale musisz przyznać, że:

Krzysztof Konrad napisał:
Rozumiem, nie ma postępów. Rana po operacji jest głęboka.

Krzysztof Konrad napisał:
Prawdopodobnie się nie nadaję, skoro postępów nie ma.

Krzysztof Konrad napisał:
Szkoda, ale nie wszystkie marzenia się spełniają.

Krzysztof Konrad napisał:
Choć słabo to widzę, jak biorę pod uwagę to, że źle używam słów.

Krzysztof Konrad napisał:
A ja jestem jak zaniedbany kot. Trzeba mi rozchylic zaropiale powieki i pokazać palcem, może nawet strzelić w pysk, żebym się naprostowal.


to gra na podpuchę. Bądźmy szczerzy - gdybyś nie oczekiwał gratyfikacji i uwielbienia ludzi to byś tego nie pisał. To, bądźmy konkretni, ataki na psychikę, na bardzo bazowym stadium. Bo ludzie, z natury, nie lubią ranić innych ludzi. I jak ktoś tak gada to się go wspiera. I się dziw dlaczego Ci tak ludzie mówią - bo nie chcą być atakującymi, którzy zniszczyli Twoje próby literackie. Nie ma akcji bez przyczyny. I patrz na ten paradoks: z jednej strony mówi się "Nie, ja nie chcę wydawać, nie chcę być wielkim", a z drugiej są teksty podchodzące pod coś, co doprowadza ludzi do zażenowania bo "ups, patrz jaki biedny". Ja się tam tym jednak nie przejmuję. Napisałem swoją opinię na temat Twojego pisania i na temat tego czy możesz czy nie możesz być wielkim, ponieważ uznałem, że to dobre zakończenie do mojej opinii, niezbyt oschłe, niezbyt sztuczne, takie w sam raz. I też nie uważam, że pisanie tego, co się czuje jest jakimś złym. Ale kontradykcją jest zaprzeczanie, że pisze się to "od tak", bez wewnętrznego motywu skupionego na ego. To nic złego, to ludzkie. Gorszym jest zaprzeczanie takiemu faktu.

Ostatecznie i tak konwersacja zacznie się ściskać o to, kto ma rację, a to, zwyczajnie, bezsensowne. Lepiej się wyspać, o. Wstać jutro rano i coś napisać. Ku pokrzepieniu serc. Jeżeli nie czyjegoś, to chociaż własnego.

I jeżeli ten ostatni akapit nie był cyniczny to ja już nie wiem. Może jestem tak naprawdę neo-centrystą? ;)
skroplami dnia 07.02.2018 00:18 Ocena: Dobre
Witaj autorze. Po części zgodzę się z poprzednikami, po części będę z vetem w "kaburze" ;).
Fakt, pierwszy i drugi odcinek przyciągająco porywające. Trzeci, to są wrażenia z pamięci, ok. Czwarty - ok ale zjazd w dół, piąty i szósty przestałem rozumieć o co chodzi :( i styl jakby w pośpiechu pisane, od niechcenia. Gdzieś zagubił się główny wątek, właściwie boczne wlazły na niego i nie wiem co jest ważne. A tak, oni wciąż poszukują matki chłopca i żony, z którą pierwszy bohater się rozstał czy nr jeden to już... nie ważne :).
Tak, za dużo nazwisk, imion, i czytając tekst każde wydaje się istotne, bo zaczyna się wydawać, że to przecież ktoś kto jest z tymi dobrymi, a okazuje się, bo muszę wrócić by sprawdzić, że to ten od początku zły ale zjawił się dziesięć zdań wcześniej. Zamiast nazwisk, imion, które rodzą sie jak szarańcza, mógłbyś zrobić coś co jeden z autorów: określać w sposób "cyjanka", "gruby", "mały", "smród", "chwiejny", "patykowaty", ... . I łatwiej zapamiętać i łatwiej zobaczyć, itd.
Pisz, nie chodzi o to by napisać za tydzień, dwa, ale "wydaj" to tu czyli nam :), za miesiąc, pół roku, rok. Poprawione po raz setny, odczytane przez samego siebie po tygodniowej, miesięcznej przerwie, aż w końcu zbrzydnie Ci poprawianie i nie będziesz na niego mógł patrzeć a wtedy możliwe, zachwyt wzbudzi wśród tych którzy po raz pierwszy zobaczą co powstało.
Powtórzę, styl w dwóch pierwszych i wątek, bdb. Pomysł, świetny. Trzecia, wciąż "sądzę" z pamięci ;), utrzymuje się w miarę chociaż z lekka w dół, do wybaczenia ze względu na nr 1 i nr 2. Dalej, stopniowo coraz mniej przyjemnie a coraz trudniej się czyta. I nie dlatego że tekst wymaga mądrości, a po prostu to co już wskazano Ci wcześniej i tylko powtórzyłem, bo też we mnie uderza: rozlewasz akcję, rozwadniasz, nawozisz nie istotnymi szczegółami a np. najbardziej się rzuca w oczy i plącze myśli - "tysiącem" nazwisk, po części z imionami.
W sumie wydaje się, że jesteś w ślepej uliczce, nie wiesz co dalej zrobić z tekstem. Odpocznij, faktem poczytaj innych tutaj, dostrzeż jeden, może dwa własne błędy porównując z, i popraw swój tekst :), i ponownie, i znów. Popraw też dwie ostatnie części, ok, trzecią od końca odrobinę też. Zauważ, co Tobie nie podoba się we własnym tekście i unikaj na przyszłość.
I powodzenia życzę.
Za ten "ciężkostrawny odcinek", masz dobry z dwoma plusami, widoczne w ocenia będzie tylko dobry ;). Przyznaję, wpływ na ocenę wciąż mają wcześniejsze fragmenty w Twym opowiadaniu :(.
Nie przejmuj się, tak, wiem, trudno, ale może być tak samo dobrze i o wiele lepiej. Wszystko w Twojej głowie i sercu. Tak, tam też :).
Krzysztof Konrad dnia 07.02.2018 12:57
Dziękuję za komentarz. Zgodzę się ze wszystkim. Choć ciężko zrozumieć miał tylko kwestię imion. Podam kilka przykładów.

Hannibal - bohater, Grutas, Milko, Pani Murosaki, nauczyciel Hannibala, Misza, rzeźnik, nawet garkotluk i koń Cezar. A to tylko połowa "ważniejszych" postaci w 200 stronnicowej powieści.

Dexter - bohater, Deborah Morgan, kapitan La Guerta, Angelo Batista, Masuka, Doakes, lodowy zabójca, ojciec Dextera, 10 różnych ofiar Dextera, 2 chłopaków Debry.

Mógłbym tak długo. Nawet w takiej powiastce, jak "Ta chwila" G. Musso, występuje cała masa postaci, gdzie co chwilę poznajemy kogoś nowego. Więc moim zdaniem chodzi raczej o sposób prezentacji, a nie sam fakt występowania wiele charakterow. Pozdrawiam i dziękuję za czytanie.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
RafalSulikovski
19/08/2019 07:10
:) :) :) »
Kushi
18/08/2019 19:30
Wiolinku Czarodzieju, wiesz, że jesteś jednym z nielicznych… »
Kushi
18/08/2019 19:24
Hej Besko... pierwsza zwrotka jak najbardziej na tak,… »
Decand
17/08/2019 23:53
Nuira - błądzić jest rzeczą ludzką. Przy czym chętnie… »
domofon
17/08/2019 20:13
Jola S. , chyba się dzisiaj upiję. Wielkie dzięki Pulsar,… »
Pulsar
17/08/2019 18:12
Dostosuję się. Nie nadam, na nikogo w życiu nie nadałem.… »
Bartek Otremba
17/08/2019 18:10
Niestety nie mogę zmienić tytułowego pytania :) Dodałem… »
pociengiel
17/08/2019 17:56
Ile razy to robiłeś własnym sumptem? Zwykle pozostaję… »
Pulsar
17/08/2019 17:34
Dla mnie rozpiska , czyli wersyfikacja fatalna. źle się… »
Pulsar
17/08/2019 17:27
" Pola " Muńka . Jeśli o tego samego biega… »
Pulsar
17/08/2019 17:18
Dużo tracimy przesypiając różne sytuacje, c później są nie… »
pociengiel
17/08/2019 17:12
Dla mnie Munkiem. »
Pulsar
17/08/2019 17:05
Znowu Pan Bóg w poezji »
Pulsar
17/08/2019 16:56
kim jest Marcin Sztelak? »
JOLA S.
17/08/2019 12:59
Al, na świecie jest dużo religii, proszę Pani. Gdyby była… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 18/08/2019 11:24
  • [link] Pełna wersja pięknej opowieści Ponad czasem w wydaniu dźwiękowym. Interpretuje głosowo najlepszy z polskich aktorów - Jarosław Boberek, znany z wielu ról.
  • mike17
  • 15/08/2019 20:25
  • Pozdrówki z wakacji :)
  • czarnanna
  • 15/08/2019 10:14
  • To teraz ja. Zaslyszane podczas pobytu w szpitalu: Błogosławieni ci, którzy wierzą w wypis tego samego dnia
  • Decand
  • 13/08/2019 19:20
  • Niektórzy wierzą też, że maksymalny czas tekstu w poczekalni wynosi pięć dni. Trzeba powoli, małymi kroczkami, jak nauka o nieistniejącym Mikołaju
  • Dobra Cobra
  • 13/08/2019 15:03
  • Niektórzy znow wierzą, że jak zostawisz 40 komentarzy różnym osobom to te 40 osób wróci do ciebie i da tobie takze 40 komentów
  • Dobra Cobra
  • 12/08/2019 18:38
  • Najprostsza rzecz to załatwić sobie klakierów ;)
  • Joefrind1
  • 11/08/2019 00:51
  • Nikt nie komentuje mojego wiersza :(
  • Joefrind1
  • 10/08/2019 20:52
  • A to przepraszam, juz nie przeszkadzam
  • Dobra Cobra
  • 10/08/2019 19:20
  • Prozaicy piszą kolejne wersy, poeci kolejne rymy spisują. Nikt nie ma czasu ma oglądanie pogody, gdy Ojczyzna w potrzebie.
  • Joefrind1
  • 10/08/2019 16:25
  • Ale dzisiaj fajna pogoda
Ostatnio widziani
Gości online:17
Najnowszy:8milae641ro2
Wspierają nas