Miłość zmienia wszystko - mike17
Proza » Miniatura » Miłość zmienia wszystko
A A A
Od autora: Czy miłość rzeczywiście potrafi odmienić wszystko? Przekonacie się, czytając moją najnowszą miniaturę. Zapraszam do czytania i dzielenia się refleksjami :)

 

                                                 
 
 
 
 
 
Dokąd idę, dokąd zmierzam? Nie wiem. Nie wiem tak samo dziś, jak nie wiedziałem wczoraj.
I choćbym myślał do jutra, które będzie za tysiąc lat, nie wymyślę nic.
Jestem człowiekiem, który przeszedł daleką drogę. Bardzo długą i krętą jak górska serpentyna, i równie niebezpieczną. I tak jak ona, zazwyczaj prowadzącą w dół.
 
Podszedł do okna i wyjrzał. Zaczynało padać. Jak na październik i tak było ciepło i znośnie.
Długo patrzył na pojedyncze kropelki deszczu na jasnym, aluminiowym parapecie. Na setki małych kropelek, które przypominały setki jego dni, jego nocy, które przychodziły jak jesienne padanie i znikały gdzieś, w innym, niewidzialnym wymiarze, do którego odchodzą wszystkie te minione dni i noce, których już nie ma - wyczerpany, prześniony czas.
I przez chwilę liczył mokre punkciki na szarym parapecie, jakby szukając tam jakiejś magicznej cyfry–odpowiedzi. Było ich coraz więcej i więcej. Otworzył barek i sięgnął po butelkę. Koniak złocistą barwą wypełnił kieliszek.
 
Rita stała tam i patrzyła. Rozumiała go. Wiedziała, że jest kobietą jego życia, za którą poszedłby w ogień. Nie powiedziała ani słowa. Nie dziś, nie teraz. Pewne sytuacje wymagają milczenia, wtopienia się w akcję, bez narzucania czegokolwiek.
Bo jedno słowo nieopatrznie rzucone może niebawem wrócić ciężkim kamieniem.
Wystarczyło kilka minut na wieczność, by przed laty zrozumieli, że są sobie pisani.
Że szczęście dzieje się „czasami” i oni te swoje mieli właśnie wtedy.
 
Kiedy tam, za oknem padał rzadki, jesienny deszcz, była z nim, z kieliszkiem koniaku i ze smutnymi, zgaszonymi oczami, osadzonymi w jakby skurczonej, odkształconej twarzy.
Bo kiedy kobieta naprawdę kocha mężczyznę i wie, że ten pije, zaczyna powoli kochać również jego picie, te kolejne butelki koniaku i wszystko, co się z nim wiąże, bo jest jej powietrzem, choć czasem nieco kwaśnym i nieprzyjemnym, jest częścią jej samej, bo zaczyna pewnego dnia rozumieć, że nikt na tym świecie nie pije dla przyjemności.                                                    
 
Mała, szara wieś, gdzieś w środku lasów i jezior.
Dużo błękitnej ciszy, przychylnego, zaprzyjaźnionego wiatru i setki wielkich, rozłożystych drzew, które lubiły podsłuchiwać ludzkie rozmowy. Nie trzeba być geniuszem, by wiedzieć, że słyszały już tak wiele różnych historii, że powinny uciekać na widok człowieka z odrazą i wstrętem, bo posiadły wiedzę, której niejeden człowiek nie chciałby mieć.
Pewnie były i przy tym. Miały przecież grubo ponad sto lat.
I nie o to chodzi, że takie stare, ale o to, że z góry lepiej wszystko widać, zwłaszcza rzeczy, które chciałoby się ukryć i zakopać głęboko w ziemi, gdzieś w leśnej otchłani, gdzie raz na rok zabłądzi jakiś przyjezdny, poszukujący zagubionej ścieżki, a może tylko spacerujący.
 
Nad małym mostem, łączącym dwa jeziora, stał biały dom z czerwoną dachówką, która nie była już taka jak dawniej, ponieważ coraz więcej jej leży na ziemi, dookoła domu, i budynek pewnie nie jest już tym, czym był, kiedy okalające go, gęste sosny i świerki szeptały w dzień i w nocy, że nie ma lepszego i piękniejszego miejsca na świecie.
 
- Chciałam ci powiedzieć, że jestem szczęśliwa – powiedziała ciepło matka.
- Wiem, i cieszę się. Innym nie powiodło się aż tak jak nam – rzekł ojciec.
- Nigdy bym się z nimi nie zamieniła, na nic. I więcej mi nie potrzeba – dodała.
- Mnie też nie – przytaknął.
- I chcę, żeby tak już pozostało. Wszystko to takie czarowne, niepojęte.
- Tak. Żeby nic tego nie zakłóciło. Mamy tak dużo, że czasem sam w to nie wierzę.
- Ja też nie. Myślę niekiedy, że to sen, i że obudzę się któregoś dnia i to wszystko zniknie, i ty, i ten dom, i w ogóle, wiesz…
- Nie zniknie, nie bój się, to jest nasze życie, to się naprawdę dzieje, tu, na naszych oczach.
 
Podeszła do niego i oparła głowę o jego ramię. Było twarde i umięśnione. Nie mówiła nic przez dłuższą chwilę, on również, stali pod domem i patrzyli na jezioro. Daleko, pod trzciną, ktoś płynął łódką, płynnymi ruchami odpychając się od wody.
 
- A gdzie mały? – zapytał ojciec.
- Bawi się na pomoście – odpowiedziała matka. – Pewnie łowi ryby, albo szuka raków.
- Miał mi pomóc przy płocie – rzekł mężczyzna, zapalając papierosa.
- Zaraz go zawołam, jak chcesz – odparła kobieta.
- Nie, teraz nie, może za pół godziny. Chcę jeszcze z tobą porozmawiać.
- Coś się stało? – spytała.
- Nie, nic, tylko muszę wieczorem być w mieście. Mam tam odebrać deski na te nowe schody, co to je będę robić nad jeziorem. Nie będziemy musieli już schodzić tą stromą skarpą i przewracać się po deszczu na śliskiej ziemi – odpowiedział.
 
Pod wesołym uśmiechem chłopca kryła się chęć poznania czegoś, czego jeszcze nie widział, a o czym marzył od jakiegoś czasu. Tym czymś było miasto. Bywał tam nie raz za dnia, ale nigdy wieczorem. Miał już dwanaście lat i jakoś nie nadarzyła się ku temu okazja.
Teraz, kiedy ojciec od jakiegoś czasu jeździł do tego miasta, zawsze jeździł sam, i zawsze było to po zmroku.
I nigdy nie zgodził się, by go wziąć ze sobą.
Mały wiedział, że tej nocy będzie chciał zobaczyć te wszystkie kolorowe światła i palące się bez przerwy neony sklepowe, o których słyszał od innych chłopców, którzy byli wieczorem w mieście. I kiedy postanowił, że po cichu wejdzie do samochodu i położy się na tyle, najpierw chciał ukryć się w bagażniku, nie wiedząc jeszcze, że go nie otworzy od wewnątrz.
Nie przeszkodziło mu to, by tam zajrzeć. W środku leżały świeże deski na schody, po które po zmroku wybierał się jego ojciec. Trochę go to zdziwiło, po co jechać po coś, co leżało w bagażniku? I tym bardziej zapragnął pojechać do tego miasta, by zobaczyć te wszystkie, niesamowite światła, i to, czy ojciec będzie odbierał jeszcze więcej desek, ponad to, co już miał. Chciał leżeć po cichu na tylnej kanapie i spełnić marzenie.
 
Nie chciał mówić matce o swym odkryciu, bo wtedy może w ogóle nie pojechaliby do miasta.
 
Wyruszyli tam wieczorem.
I gdy ojciec zatrzymał samochód pod dużym domem z wielkim ogródkiem i sadem, mały zdążył już zobaczyć światła palących się latarń i kilka neonów, podnosząc ostrożnie głowę, kiedy tak jechali ulicami jasnymi jak za dnia. Kiedy ojca przywitała w drzwiach młoda, piękna kobieta długim pocałunkiem w usta, rzucając mu się na szyję, tak jak to robi zazwyczaj matka, mały natychmiast zapomniał o wszystkich światłach tego miasta. Przez chwilę nie pamiętał nawet, że chciał je tak bardzo zobaczyć od wielu dni. Nie pamiętał już też ich blasku i koloru. Patrzył oniemiały na drzwi, które szybko zamknęły się za jego ojcem i tą młodą, piękną kobietą. Potem tylko dostrzegł jak w jednym z okien, w jakimś jasno oświetlonym pokoju mignęły mu jeszcze te dwie postacie, a potem musiał patrzeć na to jak długo całowali się, jakoś tak inaczej niż całują się rodzice, i ona wtedy nagle zasłoniła zasłony, ciemne, grube zasłony koloru brudno-rudego i jej cień zniknął w głębi domu. Ostrożnie podszedł do furtki i otworzył ją. Do drzwi wejściowych prowadził wąski, betonowy chodnik. Na palcach zbliżył się do nich i powoli zaczął przekręcać klamkę. Niestety były zamknięte.
 
Stojąc przez chwilę zastanawiał się nad tym, co ojciec tam robi, i mając swoje dwanaście lat i bystrą inteligencję chyba się domyślał. Chłopcy w jego wieku sporo już wiedzą. Koledzy zdążyli mu powiedzieć, skąd się biorą dzieci i czym kończy się spotkanie, na którym mężczyzna całuje się z kobietą.
 
- Kiedy znów przyjedziesz?
- Za dwa dni – rzekł ojciec. – Powiem jej, że potrzebuję więcej tych desek. Uwierzy.
- Naiwna i głupia – powiedziała kobieta. – Marnujesz się przy niej. Potrzebny ci ktoś taki jak ja. Dopiero wtedy naprawdę poczujesz się mężczyzną. Teraz tracisz tylko cenny czas.
- Masz rację – naiwna i głupia. Zawsze taka była. Nawet w łóżku jest do niczego – zakończył ojciec i pocałował ją, długo i namiętnie, jakby za chwilę miał się skończyć świat.
Potem mały usłyszał jego kroki na betonowym chodniku i dźwięk klucza w drzwiach samochodu. Kiedy już uruchomił silnik i miał odjeżdżać, kobieta stojąc najwyraźniej dalej przed swym domem krzyknęła do niego na odjezdne:
- Będę tęsknić!
- Ja też, kochanie! – rzucił ojciec pod nosem i zaczęli jechać do domu, wśród jasnych, kolorowych świateł miasta, tych które dla małego straciły blask na zawsze tej nocy. Leżał nieruchomo i myślał. Czuł, że ojciec jakoś inaczej pachnie, jakoś tak ostrzej i nie tak, jak kiedy nigdzie nie wyjeżdża. To był jakiś nowy zapach. Trochę dziwny…
Pogwizdywał sobie coś pod nosem, potem śpiewał jakąś piosenkę, jakby spotkało go jakieś wielkie, nieoczekiwane szczęście i teraz rozpiera go ono i każe z radości śpiewać.
 
Gdy wrócili do domu nad jeziorem, matka już spała.
Myślała, że chłopiec też dawno zasnął. Nie domyśliła się nawet, że nie było go przez ten cały czas w pokoju, że po cichu ukrył się w samochodzie i zamiast spełnić swe marzenie, utracił coś na zawsze – coś odeszło, coś, na co się tak bardzo czekało.
,,…znalazłem różę, a różą, którą znalazłem jesteś ty!” – śpiewał sobie dalej pod nosem ojciec, kiedy zamykał samochód i szedł do uśpionego, pogrążonego w letnich ciemnościach domu, mając pewność, że żona dawno już zasnęła, syn także, i że bez kłopotu będzie mógł się teraz wykąpać i położyć spać, a rano powiedzieć, jakie to piękne deski przywiózł w bagażniku.
I tak też pewnie zrobił. I kiedy to już powiedział, a było już dobrze po dziesiątej rano, matka spytała, czemu mały jeszcze nie wstaje, przecież jest lato, szkoda dnia. Ojciec przytaknął, że to rzeczywiście do niego niepodobne, i że pójdzie zobaczyć, dlaczego nie schodzi na śniadanie. Pogwizdując wesoło swoją nocną piosenkę, poszedł do jego pokoju i otworzył drzwi. Stanął jak wryty. Przez chwilę pomyślał, że coś mu się przywidziało.
 
Zrazu tak właśnie pomyślał. Ale niedługo. Spojrzał przypadkiem na szafkę nocną przy łóżku małego i zobaczył na niej kilka opakowań po lekarstwach – wszystkie były rzucone bezładnie i wszystkie były puste. Chłopiec leżał w łóżku jakby spał, mocno i twardo, głębokim, kamiennym snem. Nie dało się go obudzić.
 
Kiedy po tygodniu mały wrócił do domu nad jeziorem przywieziony przez matkę, ojciec nawet na niego nie spojrzał. Nie spojrzał także i później, kiedy przestał się do niego odzywać, myśląc pewnie, jak to bardzo go ten chłopak zawiódł, niewdzięczny mały głupiec. Jego głosu nie usłyszał już nikt. Chodził i żył jakby się nic nie stało, w międzyczasie zdążył skończyć płot i zrobić zejście nad wodę i opróżnić swój pełen desek bagażnik.
 
I gdy czuć było w powietrzu nadchodzącą jesień, pewnego dnia matka wzięła łódkę i wypłynęła na jezioro. Była bardzo spokojna i cicha, kiedy brała wiosła i szła z nimi na pomost. Nie obejrzała się ani razu, a w jej szklistym spojrzeniu nie było już życia.
I zabrakło go w niej również potem, kiedy nie wracała do domu przez kilka dni, i gdy jej martwe ciało wypłynęło gdzieś pod trzciną. Jeszcze później znaleziono łódkę, którą zniosło parę kilometrów dalej, pod daleki, wysoki brzeg, co był zarazem końcem przeklętego jeziora. Każdy wiedział, że nie umiała pływać, każdy wiedział, jak bardzo bała się wody…
 
I nagle zaczął słyszeć głos matki, jakby dochodzący z jeziorowych głębin, szepczący ledwie wyczuwalnie:,,Zabij go, zabij go.”
 
Mówiła do niego stamtąd, z tej mrocznej wodnej nieskończoności, która bez początku ni końca połknęła ją przed laty i wydarła z niej życie. Teraz wróciły słowa, wyraźne, choć ciche, pewne i zdecydowane. I szły jak sygnały wprost do jego uszu, wprost do jego umysłu. Tylko, kiedy siadał na tym pomoście, z którego niegdyś wypłynęła po śmierć…
Zatykał czasami uszy, by ich nie słyszeć, ale na nic się to zdało – były już w jego głowie, odbijając się od czaszki głuchym echem–pogłosem. Wracały, coraz głośniejsze, coraz silniej i mocniej wypowiadane, przechodząc nagle w krzyk, który rozrywał mózg na strzępy:,,Zabij go, zabij go”. Biegł wtedy przed siebie, na oślep i z wściekłością uderzał pięścią w drzewo, kalecząc się i krzycząc wśród leśnej głuszy.
 
I kiedy jakiś czas później ojciec sprowadził tamtą do domu i się z nią ożenił, przenosząc hałaśliwie przez próg, wśród salw jej pustego, piskliwego śmiechu, wybiła właściwa godzina. Choć jeszcze tego nie wiedzieli, nowożeńcy, którzy za patrona mieli przeklętego diabła.
Syn miał jak najszybciej opuścić dom, bo jego czas tu skończył się raz na zawsze.
Jako dorosły był w wieku, kiedy prawdziwy mężczyzna ma wyruszyć w świat w poszukiwaniu szczęścia – powiedział po latach milczenia ojciec. Na tym statku brakowało miejsca dla dwóch kapitanów. Pod tym dachem było za ciasno dla niego i tego chłopaka, który już dawno temu przestał być dla niego kimś bliskim. Nadszedł koniec. Ten czas był czasem niepewnego spojrzenia w przyszłość i pogrzebania tego, co było.
 
I ten chłopak to zrobił.
Kilka dni później.
 
I dobrze, że ten dom stał na uboczu, i że dzień był już krótki i ciemny jak to zwykle bywa pod koniec października. Padał wtedy zimny deszcz, na który i psa ciężko byłoby wygonić, co niechybnie sprawiało, że dojrzewa wtedy to, czego próżno byłoby szukać w letnich promieniach wesołego słońca…
Zamknął swoje drzwi i pożegnał się, jak czyni się to tylko raz w życiu lub nigdy.
Potem, kiedy z dubeltówki ojca zabijał śpiących nowożeńców, czuł spokój i ulgę, i nie miał złudzeń, że teraz będzie mógł stąd odejść i ruszyć ku nowym, nieznanym jeszcze szlakom, gdzie może odnajdzie utracony czas i swoje zmiażdżone, skradzione życie.
Martwe ciała ubrał i zawlókł do samochodu. Ucieszył się, że dziury po postrzale były w klatce piersiowej, i u niego, i u niej, a nie w czaszkach, to ułatwiło wiele, to sprawiło, że odetchnął i poczuł się dobrze. Po chwili usiadł przy biurku i napisał, charakterem pisma ojca, który był prosty i nieskomplikowany, kilka słów na kartce: ,,WYJEŻDŻAMY SIĘ ZABAWIĆ! NIE WIEMY, KIEDY WRÓCIMY.” – i po spakowaniu wszystkich swoich rzeczy i zamknięciu domu, wsadził ją w drzwi.
 
Potem wyjechał w deszcz tak, jak już później nigdy nie musiał.
Wioząc na tylnych siedzeniach oba trupy, skierował się ku miejscu, gdzie była wysoka skarpa, a w dole jezioro, otoczone przy brzegu drzewami o szerokich, twardych pniach, i zatrzymał na chwilę samochód, posadził ojca za kierownicą, jego nową żonę obok, otworzył bagażnik, ten sam bagażnik, który tak dobrze pamiętał i wyjął z niego bańkę z benzyną.
Polał nią małżonków, zapalił i zepchnął pojazd w dół, tak, aby przodem uderzył w drzewa. Płonący nowożeńcy, wyglądający w tamtej chwili jak żałosne, groteskowe clowny, wyruszyli w swą podróż poślubną, będąc już od dawna na tamtym, dopiero co odkrytym świecie, i kiedy uderzyli w jeden z grubych pni, nastąpiła głośna eksplozja i samochód zapalił się krwawymi, szalonymi płomieniami.
 
Po wielu latach, które strawił na czym się dało i co akurat było w zasięgu ręki, na przenoszeniu się z miejsca na miejsce, z kraju do kraju, został pisarzem. Odkrył w sobie talent, a może to jego odkryto jako nowe objawienie, nowe spojrzenie na stare, znane sprawy – pewnie i on próbował, i oni, którzy się na nim poznali, i spotkali się gdzieś w pół drogi i wtedy okrzyknięto go kimś, kto pisze jak od dawna nikt nie umiał.
Jak Alex, bo tak się nazwał. I jako Alexa znali go wszyscy.
Po jakimś czasie znany był już w Ameryce, Kanadzie i Japonii, jego ksiązki tłumaczono na kilkadziesiąt języków świata. Był autorem popularnym i rozpoznawalnym w każdym obcym kraju, gdzie czytano i uważnie śledzono, co dzieje się nowego w dziedzinie prozy.
 
W Europie był postacią kultową, nowym buntownikiem, który śmiało obnażał prawdę o człowieczym losie, kreował bohaterów pokłóconych ze światem, którzy idąc bezkompromisową drogą kontestacji podważali stare mity i utarte stereotypy, ukazując brud życia i brud ludzkich namiętności, a jednocześnie oczyszczającą siłę cierpienia i upadania jako elementu wzmacniającego pierwotne człowieczeństwo, moc charakteru i hart ducha.
Lubił tworzyć bohaterów silnych i mężnych, napotykających na swej drodze śmierć, miłość, nienawiść i przemoc, często błądzących, tylko po to, by móc się podnieść jeszcze silniejszymi i by nigdy nie ulec klęsce moralnej – upodleniu, które powstaje, kiedy nie podejmuje się walki o swoje niezbywalne prawa, o swoją godność, czy szczytne ideały.
 
Życie nauczyło go wiele, i jedną z najważniejszych rzeczy było noszenie maski.
Maski uśmiechniętego człowieka sukcesu, który jest twardy i żyje jak pisze i pisze jak żyje. Maski chroniącej jego powykręcany, poplątany wewnętrzny świat, jego nagą, użądloną duszę.
I nikt nigdy nie dowiedział się, że jest bardzo skryty i cierpi na chorobę dwubiegunową.
– To skutek śpiączki, tego trzydniowego bycia jedną nogą na tamtym świecie… – mawiał jego lekarz. – Wtedy wiele może się w głowie poprzestawiać.
I tak też było – wtedy, w tamtym prowincjonalnym szpitalu odbyły się jego powtórne narodziny, coś skończyło się na zawsze, coś innego zaczęło.
Nie było już dawnego Alexa.
Nikt nie wiedział, że od lat walczy sam ze sobą, z tym wszystkim, o czym pisze, tyle że z odwrotnym skutkiem – ta walka nigdy się nie skończy, a każdy nowy jej etap to nowa potrzeba samoobrony.
 
Pewnego dnia usłyszał ten szept.
 
Dochodził spod sufitu, dokładnie z rogu i wpadał do ucha pod kątem czterdziestu pięciu stopni, zawsze od strony prawej, zawsze ilekroć przypominał sobie ten wieczór w mieście kolorowych świateł. To szeptali oni. On i ona, na temat jego matki, jej naiwności i głupoty, na temat jej bezmyślnego, durnego samobójstwa. Szydzili i kpili. Mówili coraz szybciej i szybciej, aż do bełkotu, do aż potężnego, nieznośnego szumu. Zawsze wieczorem. Nigdy za dnia. Zawsze, kiedy czuł, że zalewa go ta znana od lat fala mrocznego smutku, braku wiary w siebie i w przyszłość, i kiedy poznawał smak samotności.
 
Wtedy pił na umór.
Całymi dniami, by poczuć znów ciszę w sobie.
Wychodził na bosaka, z przyklejonym do dolnej wargi niedopałkiem, jedynie w piżamie do pobliskiego sklepu monopolowego po kolejną butelkę koniaku i parę piw na popitkę.
Prosił Go o spokój duszy, ale On milczał.
 
Szepty wracały.
Były złe i szydercze, i tak jak zwykle zamieniały się w hałas. Nie znikały następnego dnia, gdy zapadała noc. Nie znikały przez wiele nocy. Stworzyły bezsenność. Wypluły potwora, który zjadł jego sny. Narodzony z szeptu dręczyciel-wróg snu utrwalił swoją obecność i wysysał życiodajne soki, nie bacząc na nic, jakby wyczuwając wrodzoną niemoc.
I pożerał je co noc, nienasycony i głodny.
 
Kiedy poznał Ritę, uświadomił sobie, że może ją kiedyś zostawić, bo czuł, że krąży w nim zatruta krew, i im bardziej będzie z tym walczyć, tym natrętniej będzie to wracać. Lecz on nie chciał w to wierzyć. W tę jedną rzecz. Nie chciał być taki jak ten stary kłamca i skurwysyn, wiedział, że to byłby dla niego koniec, spodlenie się do poziomu deski klozetowej.
Nigdy też nie znał takiej kobiety jak ta, wymarzonej, wyśnionej, ukochanej, akceptującej go takim, jakim był, i o nic niepytającej, jakby naprawdę uważała go za ideał.
 
I powiedział kiedyś Ricie, sącząc niespiesznie koniak, patrząc w piękne, piwne oczy, gładząc ją czule po twarzy, jakby chciał jej wyszeptać całą swoją miłość:
 
- Dziś coś ci dam.
- Co takiego? – spytała.                                                                               
- Klucz do skrytki.
- To jakiś żart? Co ty knujesz?
- Jest tam, w dolnej szufladzie, w kopercie.
- Nic nie rozumiem. W kopercie?
- Tak. Może być ci potrzebny, ale nie musi.
- Nie bądź taki zagadkowy. O co chodzi z tym kluczem i tą skrytką?
- Wiesz, że cię kocham, prawda?
- Wiem.
- Wiesz, że mogę cię kiedyś zostawić?
- Choć to przykre, ale wiem…
- Chcę mieć coś na zawsze i nie stracić tego.
- Masz mnie.
- Chcę czegoś więcej – chcę pewności, że cię nie stracę.
- To zależy od ciebie. No, i ode mnie też.
- Wiesz, że czasami niewiele zależy ode mnie. Są chwile, kiedy nie jestem panem samego siebie. Zalewa mnie fala. I nie potrafię się spod niej wydostać. Muszę mieć tę pewność, Rita, muszę. Bez tego moja miłość nie ma sensu. Żadna miłość nie ma sensu bez tego typu pewności.
- Co sugerujesz?
- Mówię, że nie zostanę z tobą bez tej pewności, że cię nigdy nie stracę. Chociaż to chcę mieć do końca.
- Przecież wiesz, że tak będzie – ja to czuję, moją kobiecą intuicją, czuję, że mieliśmy być razem.
- Wierzę w twoje słowa, tak jak wierzę w twoje uczucie. Ale pomimo to mogę cię stracić.
- Jak?
- Mogę kiedyś, pewnego dnia poznać inną kobietę, odejść do niej. Mogę któregoś dnia popełnić ten błąd. Są chwile, kiedy zbyt szybko się decyduję.
- Do czego zmierzasz?
- W kopercie jest pistolet. Naładowany, wystarczy pociągnąć za spust.
- A więc co?
- To na wypadek, gdybym był tak podłym człowiekiem jak mój ojciec. Gdybym doznał zaćmienia umysłu i zapomniał o sobie. Jeśli on zwycięży we mnie, stracę szacunek do samego siebie. Nie chcę być samobójcą drugi raz. Może mi się znów nie udać. Wtedy nawet nie będę miał wystarczająco dużo siły, by ze sobą skończyć. Więc wtedy mnie zastrzel. Zrób to ty, jeśli mnie naprawdę kochasz.
- Przerażasz mnie.
- Nie, to ma sens. Głęboki. Dla mnie. Nie chcę być samobójcą – mówią, że wtedy będę musiał całą wieczność przeżywać ten sam ból, od którego chciałem uciec, tu na ziemi.
- Szalony!
- To tak jak uśpić ukochanego psa, bo tak się złożyło. Nie przestajesz go wtedy kochać. Dla mnie będzie to wówczas wybawienie od samego siebie, i kara…
- Nie chcę cię zastrzelić. Nie chcę nawet o tym rozmawiać.
- Jeśli jednak coś by się stało, nie pozwól, by on żył we mnie. Pociągając za spust, zabijesz go na zawsze, a mnie ocalisz.
- Nie jesteś szalony.
- Przechowasz tę kopertę?
- Przechowam.
 
Potem, gdy zapadła już noc, leżał i nie mógł zasnąć. Za oknem padał deszcz. Czuły, ciepły, inny. Jego monotonna muzyka nastrajała do rozmyślań. Niedługo miała nadejść kolejna zima, a kolorowa jesień odejść do tego niewidzialnego wymiaru, do którego odchodzą rzeczy niebyłe i przeżyte. Wiedział, że wie dużo, ale i bardzo mało. A może to dwie strony tego samego medalu? Patrzył na niekończące się ściany i sufity, na ciemność i czerń, odbywał znaną na pamięć podróż do krainy wymarłych snów i myślał, obserwując jej spokojny sen:,,Dokąd idę, dokąd zmierzam…Nie wiem. Nie wiem tak samo dziś, jak nie wiedziałem wczoraj. I choćbym myślał do jutra, które będzie za tysiąc lat, nie wymyślę nic.”
 
Ale to było dawno.
Bardzo dawno temu – pewnej jesieni.
Kiedy jeszcze nie miał dziewięćdziesięciu ośmiu lat, i kiedy Rita jeszcze żyła.
 
 
 
23 stycznia 2018
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 02.02.2018 15:58 · Czytań: 549 · Średnia ocena: 4,64 · Komentarzy: 43
Komentarze
Darcon dnia 02.02.2018 16:08
Hej, Mike.

Spójrz na te fragmenty:
Cytat:
Ko­niak zło­ci­stą barwą wy­peł­nił kie­li­szek.
Wytłuczony fragment wydaje mi się nie na miejscu. "Złocista barwa" przywołuje na myśl coś przyjemnego, pożytecznego, a koniak występuje tutaj jako "zły" element, tak?
Cytat:
Rita stała tam i pa­trzy­ła.
Gdzie stała?
Cytat:
Nad małym mo­stem, łą­czą­cym dwa je­zio­ra, stał biały dom z czer­wo­ną da­chów­ką, która nie jest już taka jak daw­niej,
Mieszasz czasy w jednym zdaniu.
Cytat:
- Wiem, i cie­szę się. Innym nie po­wio­dło się aż tak jak nam – rzekł oj­ciec.
- Nigdy bym się z nimi nie za­mie­ni­ła, na nic. I wię­cej mi nie po­trze­ba – do­da­ła.
Czy "inni" to w domyśle reszta świata? Nie wynika to jasno z tekstu.
Cytat:
Było twar­de i umię­śnio­ne, jak gruby konar drze­wa.
Było umięśnione i twarde, teraz wynika, że konary są umięśnione.

To na razie tyle, nie wiem, czy jesteś zainteresowany moimi spostrzeżeniami.
Pozdrawiam.
mike17 dnia 02.02.2018 16:19
Wybacz, Darconie ale nie zgadzam się z niektórymi Twoimi sugestiami.
Co do mieszania czasów, ok, poprawię zaraz, i poprawię z tym konarem drzewa.
Reszta pozostaje bez zmian.

Musisz wiedzieć, że to opko pochodzi z mojej debiutanckiej książki (wtedy miało 45 tys. znaków, a teraz zrobiłem z niego miniaturę) i przeszło dwustopniową korektę, także nie przewiduję już żadnych zmian w tekście.
Każdy korektor ocenia subiektywnie - to, co dla Ciebie jest potknięciem, dla kogoś innego było zupełnie poprawne, ale nie upieram się, podoba mi się Twoja sugestia.
Byłbym ciekaw, co sądzisz o samej fabule, to mnie w komentarzach głównie interesuje.

Za dobre chęci oczywiście dziękuję i pozdrawiam wesoło :)
Darcon dnia 02.02.2018 19:22
To są sugestie i jak mówisz, możesz się zgodzić lub nie. Co do korekty, nie wiem na czym polegała, jednak znalazłem jeszcze fragmenty, na które warto zwrócić uwagę.
Cytat:
Miał już dwa­na­ście lat i jakoś nie nada­rzy­ła się ku temu oka­zja.
Teraz, kiedy oj­ciec od ja­kie­goś czasu jeź­dził do tego mia­sta, za­wsze jeź­dził sam, i za­wsze było to po zmro­ku.

Cytat:
tak jak to robi za­zwy­czaj matka, mały na­tych­miast za­po­mniał o wszyst­kich świa­tłach tego mia­sta. Przez chwi­lę nie pa­mię­tał nawet, że chciał je tak bar­dzo zo­ba­czyć od wielu dni. Nie pa­mię­tał już też ich bla­sku i ko­lo­ru.

Cytat:
Czuł, że oj­ciec jakoś ina­czej pach­nie, jakoś tak ostrzej i nie tak, jak kiedy ni­g­dzie nie wy­jeż­dża. To był jakiś nowy za­pach. Tro­chę dziw­ny…
Po­gwiz­dy­wał sobie coś pod nosem, potem śpie­wał jakąś pio­sen­kę, jakby spo­tka­ło go ja­kieś wiel­kie,

Co do fabuły, ciekawa. Ten barwny, klimatyczny język pasuje do stonowanej opowieści. Nieśpiesznie opowiedziane, z wyczuciem, tyle że portret psychologiczny chłopaka mnie nie przekonał. Czy dwunastolatek porwałbym się na własne życie, bo jego ojciec bzykał i kochał inną? Być może, jednak w społeczeństwie to córki są tak silnie związane psychicznie z matką. Warto więc było pokusić się o motyw i powód takiej miłości (bardzo młodego) syna do matki. To jednak rzecz dyskusyjna i subiektywna. Druga rzecz jest dla mnie bardziej niewiarygodna.
Widzisz, Mike, ja wierzę w ludzi, wierzę w ich dobro, to życie tworzy z ludzi bestie. Czy słaby charakter ojca, jego cudzołóstwo to wystarczający powód, żeby z zimną krwią zabić go i kobietę? Tak, z zimną krwią. Ty pisałeś opowiadanie chwilę i mogłeś się na tyle "wzburzyć", sytuacja w opowiadaniu trwała kilka lat. Owszem, w dzień gdy chłopak zobaczył kochankę po raz pierwszy, czy w dzień, gdy dowiedział się o śmierci matki, mógł zabić w afekcie. Ale później? Emocje opadają, dobro w człowieku zwycięża. W dzień wypadku ojciec rozszarpałby pijanego kierowcę, który potrącił i zabił jego żonę czy dziecko. Czy nadal chciały ZABIĆ po latach? Mało prawdopodobne. Oczekiwać wyroku skazującego, może nawet wyroku śmierci, ale zabić własnymi rękoma? Wątpliwe. Z latami rosną w nas wątpliwości, empatia i wiele innych rzeczy, takie wydarzenia zmieniają człowieka i zmieniają jego postrzeganie życia.
Podsumowując, dobre opowiadanie, ale nie przekonujący profil psychologiczny chłopaka. Jako wydawca kazałbym Ci zmienić zakończenie. :)
Pozdrawiam.
mike17 dnia 02.02.2018 19:37
Widzisz, Darconie, pewne rzeczy są nie do końca dopowiedziane.
Otóż, sprawa powtórzeń w tekście przesyłanym do wydawnictwa zdaje się wcale nie istnieć.
Rozumiem, że je wychwyciłeś, masz takie a nie inne spojrzenie, ale korekta ich nie wyłapała.
Czemu?
Bo to taka nowo-moda - powtórzenia, zaimkoza itp, itd.

Kiedyś, broniąc jakiegoś własnego tekstu, zacytowałem fragment powieści Marka Hłaski, gdzie "się" było... 5 razy w jednym zdaniu!
Tak więc chyba nie warto bawić się w tego typu "poszukiwania", bo co autorytet, to opinia.

Ponadto uszanujmy moich korektorów!
Wszak mieli ze mną istne piekło!
Książka ma 443 strony i musieliśmy walczyć nie raz, nie dwa, ale jakoś metodą wzajemnych ustępstw jakoś utwór się ukazał drukiem.

Najbardziej rozbawiła mnie pani, która zasugerowała mi zmianę na "nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody" bo tak wyczytała u pisarki Chmielewskiej (sic!).

Także z tymi korektami to kwestie indywidualne, subiektywne - jeden tekst może być oceniony na 10 sposobów.

Uważam, że postać bohatera jest wiarygodna i nic nie wskazuje na to, że jest gdzieś przerysowana - co więcej - lubię ją, bo pewnie zrobiłbym to samo :)

Pozdrawiam, sącząc wieczorne piwo :)
Ania_Basnik dnia 02.02.2018 19:39 Ocena: Świetne!
Bardzo mnie wciągnęło Twoje opowiadanie. Czyta się bardzo dobrze, jak zawsze u Ciebie. Fabuła fajnie podkręcona, nieschematyczna. Tak lubię.
Sielskość dzieciństwa, pierwszy szok dotyczący dwuznaczności ojca, próba samobójcza, śmierć matki, morderstwo, alkoholizm, pisarstwo, Rita i koperta z "taką" zawartością. Łoł! Dzieje się! Momentami zaciskałam pięści.
Całość łączysz filozoficzną klamrą
Cytat:
Dokąd idę, dokąd zmie­rzam? Nie wiem. Nie wiem tak samo dziś, jak nie wie­dzia­łem wczo­raj. I choć­bym my­ślał do jutra, które bę­dzie za ty­siąc lat, nie wy­my­ślę nic.

Podoba się :)
mike17 dnia 02.02.2018 19:49
Aniu jakże miło czytać TAKIE słowa :)
Starałem się, by było jak w życiu, może trochę jak u Kinga.
Mieszanka uczuć i emocji, instynktu i zła.
I happy end, jak to u mnie zwykle.
Chciałem stworzyć portret człowieka cierpiącego, ale też zakochanego.
Który przeszedł daleką drogę, ale wyhamował.
Bo miłość zmienia wszystko, i nie jest to pustosłowie.

Bardzo dziękuję Ci za wizytę i zapraszam w przyszłości :)

PS.
Bardzo lubię Twoje krótkie, mądre komenty :)
Ania_Basnik dnia 02.02.2018 19:55 Ocena: Świetne!
Końcówka jest super, nie spodziewałam się :)
Cytat:
Ale to było dawno. Bar­dzo dawno temu – pew­nej je­sie­ni. Kiedy jesz­cze nie miał dzie­więć­dzie­się­ciu ośmiu lat, i kiedy Rita jesz­cze żyła.

A Alex? Nie jestem nim zdziwiona. I tak może się w życiu zadziać....
Dzięki za Ps. :)
mike17 dnia 02.02.2018 19:58
Właśnie, czasem warto postawić wszystko na ostrzu noża.
Jak Alex, który mógł zaprzeczyć sam sobie, ale tego nie zrobił, i nie była to kwestia, że Rita go zastrzeli, ale że miłość zmienia naprawdę wszystko :)
Ania_Basnik dnia 02.02.2018 20:01 Ocena: Świetne!
Ale on przeżył Ritę:) i to jest moment, kiedy Autor przechytrzył bohatera :)
Hej!
mike17 dnia 02.02.2018 20:04
He he coś mi się widzi, że masz rację :)
Przeżył ją, bo chyba od zawsze miał jednak dobre intencje.
margaretka dnia 02.02.2018 20:06
Cytat:
Bo kiedy kobieta naprawdę kocha mężczyznę i wie, że ten pije, zaczyna powoli kochać również jego picie
nie byłam w sytuacji takiej kobiety, ale wydaje mi się bardziej prawdopodobne, że będzie raczej nienawidzić to jego picie, niż kochać.

Próba samobójstwa chłopca jest sprzeczna z normalnym zachowaniem, jednak jest wiarygodna, jeśli wziąć pod uwagę, że później zdiagnozowano u niego chorobę dwubiegunową, może już wtedy nie był całkiem zdrowy. Skąd wziął tabletki, które można kupić tylko na receptę? Od matki, która również miała problemy psychiczne?

Fajnie się czyta, a jeszcze fajniej byłoby po uwzględnieniu uwag Darcona, są momenty, gdzie niedociągnięcia rzucają się w oczy. Ale ogólnie - jest ciekawie.
mike17 dnia 02.02.2018 20:16
Nie napisałem tego we wstępie, by nic nie sugerować, ale opowiadanie jest prawie w całości niestety na faktach...
Dziecko, które ma 12 lat, nie jest już tak głupie, by nie wiedzieć, jak się zabić.
A wstrząs jaki przeżył, dowiadując się, że ojciec zdradza matkę, to była kropka nad "i".
I ponadto wiedział, gdzie rodzice trzymają leki - połknął, co tam znalazł.

Matka nie miała problemów psychicznych, tylko nie potrafiła żyć z tak plugawą prawdą.

Cieszę się, że się podobało.
A jeśli gdzieś coś mogło być lepsze niż było, to już wińmy moich korektorów :)
Opowiadanie jest w takim stanie, w jakie otrzymałem w 2009 roku z wydawnictwa, kiedy weszło w skład "Na błoniach zaświatów".
Darcon dnia 02.02.2018 20:38
mike17 napisał:
Bo to taka nowo-moda - powtórzenia, zaimkoza itp, itd.

Nie idź tą drogą, Mike. ;) Na szczęście zaimkozy u Ciebie nie ma.

Co do "jakoś", oprócz powtórzeń, miałem na myśli coś jeszcze. "Jakby, jakoś" to słowa, gdy autor nie ma pomysłu jak zakończyć, pociągnąć, rozwinąć myśl. A jakoś się wątek musi przecież toczyć. ;) To akurat nie tyczy się powyższego przypadku, wierzę, że chciałeś pokazać chłopca, jako młodą osobę nie do końca rozwiniętą intelektualnie, która próbuje sobie wszystko jakoś poukładać. :)
Lilah dnia 02.02.2018 20:48
Bardzo mi się podoba Twoje opowiadanie, Mike. Potrafisz trzymać w napięciu.


Pozdrawiam serdecznie. :)
mike17 dnia 02.02.2018 20:50
Zgadzam się z Tobą, to portal oduczył mnie zaimkozy i powtórzeń, a że opko tak a nie inaczej zostało potraktowane przez korektorów, to już trza pytać, czemu powtórzenia ich nie rażą.

Co do "jakoś" - w tamtych latach miałem jakąś zajawkę na to słowo :)
Wydawało mi się takie cool i w ogóle.
Teraz nie używam go nigdzie w moich tekstach, to zbędny zapychacz.

Co do chłopca, to już o nim pisałem koment wcześniej :)
Tak, on nie był przecież dorosły, by mieć wgląd we własne postępowanie.
skroplami dnia 04.02.2018 00:45 Ocena: Świetne!
Tak, miłość wyleczyła bohatera, z wątpienia w nią :).
Zakończenie tak proste a tak boskie, że możliwe iż Bogu z oczu łza a przed jego łzą nasza, gdy bohater przekonał się, że nie zdradził ani siebie ani jej, że wśród ludzkich serc wiatrowi każdemu się poddających, serca ich wzajemnie jak skała i chociaż trzęsienia "ziemi" w ciele i duszy, one splecione i razem, szczęśliwe, rozumne też, ostrożne i walczące, to prawdopodobieństwo, by nie zabić siebie wzajemnie.
Mocne, piękne, chociaż zamglone.
W opowiadaniu sytuacja opisana wyjątkowa, ale częsta. Kilka miliardów ludzi, każde życie dziesiątki i setki przypadków sytuacyjnych i miłosnych :), sytuacja zdarzyła się nie raz, taka jak bohaterowi w dzieciństwie. Tylko zakończenia, miłości i życia, różne :).
"Zaimki" itp, rażą gdy coś ogólnie lub bardzo nijak napisane. Oczywiście, nie oko "konesera" opisuję :) i wyławiacza "zaimkowych pereł" lecz zwykłego śmiertelnika w tekst zapatrzonego :).
Czyli swoje :). Coś tam dostrzegło lecz pewne powtórzenia, zaimki? też?, powodowały że fragment nabierał swoistego koloru, takiego bardziej dziecinnego, bardziej oddającego okolice czasu dla dojrzewającego bohatera. Tekst bardzo dobry i dlatego, zaraz, "zaimkoza" miejscowa :), podkreśla i smaczy, od smaku dodaje ;).
Sumując, pominięta część zmiany miłości porywczej, pełnej, w pełniejszą ale spokojniejszą, przepełnioną pewnością pomocy, bycia razem, do końca i niezależnie od :). I jak tu nie wierzyć Boga, który tworząc ludzkie serce przekazuje mu jednocześnie co jest dla niego najlepsze. Mówi też nie spiesz się, szukaj, znajdziesz jeśli szukasz. Chociaż w miłości bywa i tak, że ona Cię sama znajduje :). Rodzice bohatera nie słuchali lub nikt im nie mówił, co i gdzie szukać :).
No dużo jest do myślenia, po przeczytaniu :). Bo o łagodnym i drapieżnym czyli zmiennym, nakłuwaniu serc czytelników przez autora treścią tekstu... nie pomilczę tylko już nie powtórzę, bo było i wynika :).
Suma: bardzo prawdziwie o zdradzie, jej efekcie i wpływie, i bardzo prawdziwej miłości i ponownie o jej i wpływie i jej efekcie, efekcie odtrutki :)
mike17 dnia 04.02.2018 11:37
Skroplami, Twój koment jest niesamowity :)
Ty to umiesz człeka dowartościować, a przy tym pisać mądrze, rzeczowo i z sercem.
Rozebrałeś mój utwór na czynniki pierwsze i chwała Ci za to!

Dopiero w tak merytorycznych komentach mogę się przejrzeć i odnaleźć jako autor.
Są jak lustro, w którym się przeglądam.
To nie czepianie się poszczególnych słówek, co mnie nic kompletnie nie daje, a jeno dziwi.

Wiem, że mocno przeżywasz czytane teksty, to się czuje w komentach, i właśnie tylko taki czytelnik jest na wagę złota, bo da autorowi bezcenną wiedzę o jego utworze.

Bo mnie interesuje, co czytacz poczuł, czytając mój utwór, jakie miał uczucia, podczas lektury, i na koniec, jakie refleksje zrodziły się w jego umyśle.
Chyba każdy pisarz właśnie na to czeka.

Szkoda, że jest tak niewielu takich czytaczy Jak Ty, wówczas autorzy poczuliby się pewniej i mieli wiedzę o swoich pracach, nie zaś jakieś irytujące "korekty".

Dziękuję Ci zatem, wierny czytelniku, za wizytę i mądry, merytoryczny koment.
I za wzmiankę o Bogu :)
ajw dnia 04.02.2018 12:33 Ocena: Świetne!
Nie wierzę, że może płynąć w nas "zła krew". Myślę, że sami sobie to wmawiamy. Mój kolega po swoim rozwodzie skwitował ten fakt "złymi genami", bo rodzice też się rozwiedli i bracia ojca też - tak najłatwiej - przenieść odpowiedzialność na coś niezależnego od nas..
Ciekawa historia, miku, napisana po Twojemu, w tym bardzo charakterystycznym stylu. Miło było zajrzeć, choć treść wcale nie lekka, łatwa i przyjemna. Pozdrawiam serdecznie :)
mike17 dnia 04.02.2018 14:31
Wielkie dzięki, Iwonko, za czytanko i przemyślenia :)
Wiem, że to przykre momentami opko,ale jak to u mnie bywa, kończy się happy endem.
Bo wierzę, że miłość zawsze znajdzie sposób.
I to chciałem przekazać.

Alex nie miał na szczęście "złych genów", choć się tego bał - przeżył całe swoje życie z Ritą, której nie zawiódł, i to jest piękne.

L I L U!

Bardzo dziękuję za odwiedziny i miły komentarz.
Bez Twoich odwiedzin czułbym się niespełniony :)
Jakie to miłe mieć Takiego Czytelnika.
Aż chce się pisać!


Pozdrawiam Was warszawskim uśmiechem :)
Niczyja dnia 04.02.2018 16:35 Ocena: Bardzo dobre
Ładne jest Twoje opowiadanie Michale, przeczytałam je z przyjemnością :)
Choć historia, którą zawarłeś w tekście nie jest ani łatwa, ani lekka, ani przyjemna. Mówię o samej przyjemności z czytania tekstu, z płynności akcji, ciekawych i żywych charakterów postaci.
I jej imię - Rita. To piękne imię.
Takie samo ma moja bohaterka z "Nielota na trzęsawisku".
A miłość? Może i istnieje, kto ją tam wie. Dla mnie to raczej pełna akceptacja partnera i tolerancja dla każdych jego udziwnień/ wyskoków.
Szczerość też jest niezbędna. I wzajemne lubienie się. Tak po prostu. Tym dla mnie jest, oczywiście tutaj, miłość.

No dobrze;) bardzo podobało mi się Twoje opowiadanie. Może nie dotknęło delikatnych strun ukrytych przed światem, które poruszają tylko niektóre teksty lub osoby, ale podobało się. I ważne, że dobrze się kończy. Tak łagodnie, spokojnie i pogodnie.

Pozdrawiam łyżwiarsko,
Niczyja
mike17 dnia 04.02.2018 17:17
Niczyja cieszę się, że się podobało, o to przecież chodzi :)
A akceptacja?
Tak, pełna, nawet dla picia, jeśli nie wykracza ono poza margines.

A miłość?
Ona wie już co z tym wszystkim zrobić :)

Najgorzej to użalać się, że miłości nie ma i żyć w matni.

Jest.

I każdy, kto szuka, ten znajdzie.

Wystarczy ruszyć w świat i mieć baczne oko.
A miłość czeka tuż za rogiem...

Pozdrawiam z piwem w dłoni :)
Quentin dnia 06.02.2018 19:15 Ocena: Świetne!
Miłość i nienawiść

Miło, żeś wrócił do męskiej prozy. Czego byś nie robił, będzie zacne, ale co stary dobry Maestro, to stary dobry Maestro :-)

Mrocznie robi się od samego początku, a potem atmosfera tylko gęstnieje. To nie takie łatwe, zwłaszcza na niewielkim obszarze, bo w końcu to tylko opowiadanie i to niezbyt długie. Od razu odezwały się u mnie skojarzenia z "Pająkiem" ( http://www.filmweb.pl/Pajak ) - polecam, jeśli nie widziałeś. Przędziesz tę nić z intrygi, uczuciowości, no i psychologii, a jakże. Wszystko musi być na swoim miejscu i tutaj w moim odczuciu jest.

Myślę, że wiarygodnie tworzysz postać głównego bohatera. Zrobiłeś z niego trochę Normana Bates'a, ale nie przesadziłeś i nie zerżnąłeś z Blocha. Zaczerpnąłeś natomiast esencję, coś co nazwałbym psychologicznym szkieletem. Główny bohater świetnie oddaje takie emocje jak pogarda. Czytasz i wiesz, że chłopak nienawidzi. Nienawidzi, ale też kocha ( matkę). Nie wiem jak to jest, ale domyślam się, że dla dziecka wyjątkowo gównianą jest sytuacja, w której chciałoby się dobrze, ale nie jest to możliwe. Trudno się pogodzić.

Rozwód/separacja/rozpad więzi ( jak zwał, tak zwał) odbija się na dzieciach najbardziej. Dorosłym trudno to wyjaśnić, a dzieciakom jeszcze trudniej zrozumieć. Wydaje się, że miłość zmienia wszystko, ale czy na pewno? Naszego bohatera miłość pchnęła do nienawiści, gniewu i ostatecznie do zbrodni. Stało się tak, bo chłopak był idealistą. Miłość dlań to świętość, a wzgardzić miłością, to zbrodnia. Jest zbrodnia, musi być też i kara.

Mocna rzecz. Bohater złożony i klimat ciężki, psychodeliczny momentami. Można tylko ściągnąć czapkę z głowy. No to ściągam :-)

Pozdrawiam
Quen
mike17 dnia 07.02.2018 17:57
Stary, witaj znów pod tą próbką męskiej prozy :)
Masz rację - miłość i nienawiść, ale czyż nie są to dwie strony tego samego medalu?
Od miłości do nienawiści jakże blisko...

Zwróciłeś uwagę na pogardę, i słusznie - najpierw ojciec skreślił Alexa, potem Alex zastrzelił ojca i jego babę.

"Pająka" znam na pamięć :)
Mam ten film w mojej kolekcji.
Niezwykły i bardzo mroczny...

Znów jak to u mnie motyw matki - jest on dla mnie odwieczny i istotny.
Nic tej miłości nie zastąpi, nic nie przeskoczy.

Jak musiał czuć się chłopiec, który widział, że matka popełniła przez ojca samobójstwo?
Mógł go tylko zabić, by poczuć ulgę.

Znów chciałem ukazać meandry miłości - czy Alex wytrzyma i nie zrobi jakiejś głupoty.
Dał radę, i dożył prawie setki, wierny i dobry.

Quentinie, wiesz, jak czekam na Twój koment.
Jesteś młodym człowiekiem, ale bardzo mądrym.
Będę to wciąż powtarzać, bo każdy Twój koment to perełka.
Trzeba mieć odpowiednią umysłowość, by tak pisać.
Wielkie dzięki!

Twój stary Maestro :)
Figiel dnia 10.02.2018 20:33 Ocena: Świetne!
Wiesz, co mi się, Mike, pomyślało po ostatnim zdaniu? Że długie życie z takim bagażem z zamierzchłej przeszłości musi być piekłem. To wystarczająca kara, jeśli chcielibyśmy to w kategoriach zbrodni, jaką popełnił i odpowiedzialności za nią rozpatrywać. Ale to tylko jeden wymiar opowiadania, bo przecież, w opozycji do zbrodni mamy sukces i uznanie - warunki życiowego spełnienia, które przecież mogły pomóc przeżyciom odejść
Cytat:
do tego nie­wi­dzial­ne­go wy­mia­ru, do któ­re­go od­cho­dzą rze­czy nie­by­łe i prze­ży­te.


Nie istnieje zła krew. Istnieje tylko ból, szarpanie duszy i zagubienie człowieka, który pragnąłby, by życie było proste, a wybory moralnie oczywiste. A tak nie ma.
Bardzo dobry tekst, przemawia, napisany świetnym językiem. Masz dar, chłopie:)
Z czystym sumieniem daję notę:)
Ukłony:)
mike17 dnia 11.02.2018 14:12
Bardzo uradował mnie Twój koment, Beatko, to miód na moje artystyczne serce :)
Faktycznie powodzenie w życiu pozwala traumie ucichnąć, lub wręcz zaginąć.
Acz Alex chyba nie uporał się z nią przez większość życia, dopiero na stare lata możemy domyślać się, że mu ulżyło.

Cytat:
. Istnieje tylko ból, szarpanie duszy i zagubienie człowieka,

To właśnie chciałem oddać, ale też i to, że człowiek buntuje się przeciwko zastanej rzeczywistości, jak Alex, mordując ojca i jego babkę.

I niedawanie przyzwolenia na marne życie to jest coś pięknego w człowieku.

Czy ja mam dar?
Na pewno talent, ale by te opowiastki miały jakiś poziom, potrzeba było wiele lat pracy z mojej strony, bo pisze non stop od 2000 roku.

Bardzo Ci dziękuję za koment i miłe słowa :)

Kiss :)
SanaiStark dnia 13.02.2018 12:27
Hej, przepraszam, że zaglądam dopiero teraz, ale masa innych spraw na głowie. Bardzo poruszające opowiadanie, podobało mi się. Nie wiem, czy można tu dodać coś jeszcze, wszystko zostało wypowiedziane wyżej :)
mike17 dnia 13.02.2018 14:06
Dzięki wielkie, Sanai, za czytanko i wizytę :)
Zawsze jesteś mile widzianym gościem.
Cieszę się, że utrafiłem w Twoje gusta :)
Hubert Z dnia 15.02.2018 17:06 Ocena: Bardzo dobre
Hej Mike.
Znalazłem w końcu czas by przeczytać Twoje opowiadanie.(trochę się u mnie działo)
Czyta się całkiem przyjemnie ,brawo. Mój klimat, że tak powiem.
Pozdrowionka. :)
mike17 dnia 15.02.2018 20:19
Wielkie dzięki, Hubercie za to, że zagościłeś i pozostawiłeś ślad :)
No i że się podobało.

Pozdro!
zula dnia 18.02.2018 23:19 Ocena: Bardzo dobre
Witaj mike17
Smutna historia. Chłopiec nie może pogodzić się że zdradą ojca. Próba samobójcza i depresja. Ojciec zamknięty w sobie i matka nie potrafi pogodzić się. Obydwoje rodzice winni, bo nie potrafią rozmawiać z dzieckiem. W końcu matka wybiera najprostszą drogę ucieczki, śmierć.
Chłopiec słyszy głosy i zabija. Przypomina mi się film Piękny umysł.
Jego umysł jet chory. Aby zapomnieć pije. Ma jednak szczęście, bo nie każdy znajduje kogoś kto wyciągnie pomocną dłoń. Miłość cementuje związek. Nie piszesz nic o pomocy specjalistycznej bohatera, bo obok miłości powinna też być obecna. Sam fakt, że obarcza swoją kobietę takim ciężarem.

Świetny tekst i dobrze się czyta. Wiele emocji i życiowych zakrętów. Pozytywnie jestem zaskoczona i zostawiam też pozytywną ocenę. :)
Pozdrawiam serdecznie ;)
mike17 dnia 19.02.2018 17:48
Witaj, zulu, pod tą opowieścią pokrętną :)
Tak to czasem w życiu bywa - marne dzieciństwo, ale potem już z górki.
I tak miał nasz bohater, bo trafił na kobietę swojego życia, która okazała się najlepszym terapeutą.
Dzięki temu dożył prawie setki i nie wiemy, ile jeszcze żył :)
A więc miłość zmieniła wszystko.

Lubię happy endy.
Zawsze są obecne w moim pisaniu.
Nie wyobrażam sobie życia bez nich.

Jak tu, gdzie przecież wszystko mogło potoczyć się inaczej...

Bardzo dziękuję Ci za wizytę i garść mądrych przemyśleń.

Pozdrawiam wesoło :)
Ula dnia 17.03.2018 22:24
Mike,
Dotarłam wreszcie ;) To ciekawe opowiadanie. Można w nim trochę pobłądzić, a ja lubię takie otwarte teksty. Jest dramat głównego bohatera. Jest też wątek choroby dwubiegunowej i tu pojawiła mi się lampka, że może matka również miała problemy podobnej natury, bo to jednak choroba silnie uwarunkowana genetycznie. Może więc ojciec był także po części ofiarą, tym bardziej biorąc pod uwagę dalsze losy. To takie moje "przekomarzanie" z Twoim tekstem. W zasadzie powiedziałabym, że miłość nie zawsze "wszystko zmienia", ale również pozwala powoli dorastać to tzw. normalności, jeśli ona w tym przypadku w ogóle jest możliwa. Tekst dobrze napisany, choć w pewnych miejscach nieco zmieniłabym stylistycznie. Utrzymujesz klimat. Ogólnie bardzo na tak. Pozdrawiam :)
mike17 dnia 18.03.2018 14:29
Dzięki, Ulu za czytelniczy nalot, za garść ciekawych refleksji, zawsze miło mi Cię gościć :)
Niewykluczone, że matka mogła mu przekazać chorobę, ale znany jest mi przypadek cyklofrenii po samobójstwie i 3-dniowej śpiączce u kogoś, u kogo nikt nigdy w rodzinie nie chorował.
I to pojawia się w tekście.
To wydarzyło się u znanej mi osoby.

A czy miłość zmienia wszystko?
Zależy jaka miłość i co rozumiemy pod pojęciem "wszystko".
Ale wierzę, że jednak potrafi odmienić życie człowieka i pchnąć go na zgoła nowe tory.
Bo bez niej nie ma nic...

Pozdrawiam Cię :)
Kazjuno dnia 02.04.2018 19:34
Poprzednicy wylali nie mało atramentu recenzując Twój utwór. Więc nie chciałbym powtórzyć, choćby niechcący, czyichś spostrzeżeń.
Spróbuję o czytelniczych wrażeniach.
Te były zdecydowanie pozytywne. Czytało się wartko, tekst bardzo spójny i dobrze skomponowany.
Dopiero po przeczytaniu komentarza Darcona, zacząłem się zastanawiać nad wiarygodnością głównego bohatera. I myślę, że chyba przesadził. Przedstawiłeś nadwrażliwego chłopca, a dla takiego zderzenie się z niewiernością ojca może wywołać przesadną reakcję. Ową nadwrażliwość mógł przejąć po matce, która posuwając się do samobójstwa, także wykazała się miałką odpornością psychiczną. Resztą życia, realizacją pisarskiej kariery, bohater pokazuje, że jest osobą o bogatym wnętrzu, co bez wątpienia ułatwiło mu literacką samorealizację.
Mimo. że opowieść nie jest moim ulubionym gatunkiem, wciągnąłem się i nie oderwałem, za co Autorowi należy się pochwała.
Bardzo dobry utwór, brawo Majk. Pozdrawia portalowy nowicjusz, Kj
mike17 dnia 03.04.2018 17:59
Witaj, Kazimierzu, pod tą miniaturą skromną :)
Bardzo mnie cieszy pozyskanie nowego Czytelnika.
Mam swoją niszę pisarską, a czy pasuje Wam, czytaczom, to już nie mnie wyrokować.
Ja się staram póki co.

Twój komentarz jakże entuzjastyczny :)
Cóż tu rzec?
Żem spełniony?
Tak, i to bardzo.

Powiem Ci coś: najłatwiej mi się pisze na faktach.
Jak tu.
Gdzie znałem bohatera od podszewki i jego losy.
To całkiem inne pisanie, to już opowiadanie prawdy.
A to insza inszość :)

Dzięki za pochwały, i za to, że się podobało, Kaz, to sprawia, że rosnę :)
Choć i tak jestem wysoki :)

Fajnie, że zawitałeś, będę to miał w pamięci :)

Pozdro, Nowicjuszu!
AntoniGrycuk dnia 23.04.2018 17:48 Ocena: Bardzo dobre
Hej, Mike,

Podobało mi się, ale mam małe zastrzeżenia co do formy. Jest gorzej napisane niż to, co Twojego czytałem poprzednio. Nie mówię, że sam mam to idealne, ale komuś "obcemu" łatwiej zauważyć.
A poza tym fajny pomysł na opowiadanie. Dobrze, że bohater zdawał sobie sprawę ze swojego problemu, bo często tak nie jest. Problem opisałeś łopatologicznie (i nie jest to określenie pejoratywne), to dobrze, bo czasami autorzy silą się na dogłębne analizy i, delikatnie rzecz ujmując, często im to nie wychodzi.
Tekst oceniam jako dobry/bardzo dobry - sam nie wiem - ale "Zanim cię zabiję" był o wiele lepszy.

Pozdrawiam

ps. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że nie pije się dla przyjemności. ZAWSZE po to się pije. Tym niemniej wiem, co chciałeś powiedzieć.
mike17 dnia 24.04.2018 14:22
Dzięki, Antoni, za komentarz i podzielenie się refleksjami :)
Czy tekst jest lepszy czy gorszy - nie mnie wyrokować, jednemu ten przypasuje bardziej niż "Kiedy cię zabije", innemu ten drugi.
Na marginesie powiem, że "Kiedy cię zabije" to nie jest utwór dla każdego, więc jest bardzo niszowy, a ten może czytać każdy i ma większe pole rażenia.

Nie chodziło mi tu o jakieś niedopowiedzenia, wszystko miało być "kawa na ławę" i myślę, że mi się to udało.
Bo to coś na kształt relacji.

Znam takich, znam takich wielu, którzy piją, bo muszą.
Budzą się piwem, potem wódka, potem znów piwo.
Czasem pije się dla przyjemności, czasem nie.

Fajnie, że wpadłeś :)

Pozdrawiam wesoło!
akacjowa agnes dnia 07.06.2018 19:21 Ocena: Świetne!
Przeczytałam i się zamyśliłam, Michale. Dziś się nie wypowiem, bo muszę przeanalizować moje myśli.
Jak zwykle piszesz z polotem i sercem. Twój styl jest rozpoznawalny, choć wcale nieoczywisty :)

Mam pytanko o jeden przecinek, bo nie wiem, czy uciekł, czy go celowo tam nie ma. Bo to zdecydowanie zmienia sens wypowiedzi. Chodzi mi o ten fragment:

- Jeśli jednak coś by się stało, nie pozwól, by on żył we mnie. Pociągając za spust, zabijesz go na zawsze, a mnie ocalisz.
- Nie jesteś szalony. (Nie, jesteś szalony - ?)
- Przechowasz tę kopertę?
- Przechowam.

Jeszcze tu wrócę ;)

I'll be back, my boy ;)
mike17 dnia 08.06.2018 12:03
Aga powinno być tak, jak dałem - "Nie jesteś szalony", dobrze rozumujesz.
Cieszę się, że po długiej przerwie wpadłaś do mnie :)
Cieszę się też, że Ci się podobało.
To wielka nagroda.

Jeśli będziesz jeszcze chciał coś dopisać, z przyjemnością przeczytam.

I'll wait :)
al-szamanka dnia 21.06.2018 12:16 Ocena: Świetne!
Na poczatek mała nieścisłość, pewnie się zapędziłeś, ale fakt, że zauważyłam świadczy o tym jak bardzo uważnie czytam ;)
Cytat:
Po­de­szła do niego i opar­ła głowę o jego ramię.

Cytat:
stali pod domem i pa­trzy­li na je­zio­ro.

Cytat:
- Zaraz go za­wo­łam, jak chcesz – od­par­ła ko­bie­ta, wsta­jąc z krze­sła.


Co do tekstu.
Jak zwykle Ty.
Jak mało kto potrafisz wprowadzić czytelnika w klimat, dajesz mu poczuć to, o czym piszesz.
I jak zawsze poruszasz najcięższe aspekty miłości.
Cytat:
Po­cią­ga­jąc za spust, za­bi­jesz go na za­wsze, a mnie oca­lisz.

Muszę przyznać, że ciężko mi taką miłość zrozumieć, miłość Rity, która na to przystała.
Myślę, że mnie nie byłoby na to stać.
Czy oznacza to, że kochałabym mniej? Nieprawdziwie?
Nie.
Ale Ty pokazujesz również inne wymiary, pokazujesz, że i one są możliwe.
Dalej tak, bo inaczej jest zawsze ciekawiej.

Pozdrawiam serdecznie :)
mike17 dnia 21.06.2018 19:20
Bo dla mnie miłość to nie słodkawe bzdety z harlekina.
To bardzo poważne sprawy.
Skomplikowane psychologicznie.
I tak patrzę na kochanie jak na misterną układankę, która nie zawsze wychodzi.
Jak na coś, co jest nie z tego świata.
Bo bardzo trudno o tak zwaną "idealną miłość", każda musi przejść swoją drogę przez mękę.

Te rymy poprawię, choć mnie osobiście nie przeszkadzają.

Kłaniam się nisko za miłą wizytę i mądry koment :)
al-szamanka dnia 21.06.2018 21:12 Ocena: Świetne!
Hmm, Michale, żadnych rymów się nie doszukałam.
Chodzi o to, że oni stali, a w pewnym momencie ona podnosi się z krzesła :)

Pozdrawiam :)
mike17 dnia 22.06.2018 13:23
Aldonko, teraz już rozumiem - "wstała z krzesła" usunąłem.
Dzięki, że tak uważnie czytasz i za uwagę :)

Pozdrawiam wesoło!
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
AntoniGrycuk
21/07/2018 23:00
Hej, Wreszcie znalazłem czas, aby przeczytać co nieco.… »
kamyczek
21/07/2018 22:46
Do Altanki zawsze warto było wpadać na pogaduchy, bo… »
kamyczek
21/07/2018 22:29
Zgadzam się z Al-szamanką, piękne porównanie kobiety do… »
Carvedilol
21/07/2018 22:25
Darcon Kazjuno Dzięki za komentarze. Jak widać po nich… »
kamyczek
21/07/2018 22:04
Vanillivi, dziękuję bardzo za komentarz, pozdrawiam również… »
Lilah
21/07/2018 21:46
Pewnie. Dzięki, ajw. Pozdrawiam serdecznie :) »
Silvus
21/07/2018 21:44
Tytuł mi się podoba (być może też dlatego, że go już znam… »
aintone
21/07/2018 21:26
Dziekuje wam as komentarze »
allaska
21/07/2018 21:17
Nie jest to dobry tekst. Za dużo "jak". Myślę że… »
ajw
21/07/2018 21:10
Wszystko co naturalne jest najpiękniejsze, al-szamanko :) »
Silvus
21/07/2018 21:09
Ciekawa koncepcja – takiego snu bez końca, czy też: snu… »
ajw
21/07/2018 21:09
Przepiękny wiersz Abi, można się w nim zanurzyć po… »
ajw
21/07/2018 21:08
Świetne to porównanie do jaszczurki. W ogóle cały wiersz… »
BlueRiver
21/07/2018 21:06
Jestem w środku snu, ten sen zaczyna się… »
ajw
21/07/2018 21:05
Właśnie zajadam ostatnie czereśnie, moje ulubione letnie… »
ShoutBox
  • Fuksiarz
  • 19/07/2018 07:45
  • Hejka, jak widzicie mój nowy wiersz? Wprowadziłem poprawki, raczej wiedzę, którą nabyłem dzięki podzieleniu się komentatora przy wcześniejszym moim wierszu w komentarzu, dziękuję : )
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 23:26
  • Silvus - dokładnie tak, że przydatne dla czytelnika :)
  • allaska
  • 18/07/2018 22:01
  • dziś poczytałam o niepełnosprawnym dziecku pewnej znanej poetki. straszne myślę sobie... a poetka wysyła mi zdjęcie chorego synka i z uśmiechem pisze: zobacz jaki słodziak, no wzruszające kurka wodna
  • allaska
  • 18/07/2018 21:59
  • pada. i pada. dziś zabawa- dziecka stopa nadepnęła na kretowisko, z kolejnego kretowiska wytrysnęła woda. wzlatywały jeden za drugim w górę wodne wulkany. płonę. dzięki dziecku dotarłam do jądra :)
  • Silvus
  • 18/07/2018 21:53
  • Content-marketingowe? W sensie, przydatne? Będę pisać, jeśli coś mi przyjdzie do głowy. Dziękuję. :) :)
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 20:57
  • Ale fajnie, poradnikowe. Mocno content marketingowe Silvus. Good job. Pisz dalej.
  • Silvus
  • 18/07/2018 19:15
  • Mario, dziękuję. :) Nie nazywałbym tego blogiem, ot, luźne przemyślenia.
  • Silvus
  • 18/07/2018 16:54
  • Chciałbym pochwalić się, że wreszcie udało mi się stworzyć coś jak blog (całość po angielsku): [link] :) Tematyka: głównie programowanie. Zresztą nie wiem, czy jeszcze coś napiszę.
  • Silvus
  • 18/07/2018 02:48
  • @all, no mnie smaku narobiłaś, aczkolwiek nie lubię chyba cukinii, zresztą nie wiem. Co do oszukania, to trudno mi powiedzieć.
Ostatnio widziani
Gości online:9
Najnowszy:justinthat179
Wspierają nas