Proza » Inne » Karate
A A A
Od autora: Tekst zawiera pewną ilość błędów interpunkcyjnych, które są w zamierzeniu celowym zabiegiem stylistycznym.

Nikt mnie nie kocha, choć jestem tego całkowicie godny. Nikt nie podziwia mojej przystojnej, lekko garbatej postaci, ani nie zachwyca się moją świętością. Dostaję miast tego nienawiśc i przekleństwa. Rodzina i inni osobnicy odkąd się urodziłem twierdzi, że trzeba mnie zamknąc do psychiatryka, albo jakoś cichaczem zabić, a gdy muszę wyjść z mieszkania to słyszę teksty typu - głupi poeta, albo pojebaniec. Zostałem zniszczony bez powodu i na wiele sposobów, lecz nie o tym ma być ten tekst. To dziełko ma za zadanie opisać moje drugie morderstwo, a celem tego ma być to, aby wszyscy mnie pokochali i podziwiali mój spryt.
Czas akcji ma miejsce jesienią, pamiętam nawet dokładną datę - święto edukacji narodowej, podczas którego byłem absolwentem gimnazjum, więc było to kilkanaście lat temu. Miejsce akcji to działka ogrodowa znajomego, kilka lat starszego ode mnie i od dwojga innych osób z mojej klasy. Na działce więc było łącznie cztery osoby. Zebraliśmy się tam po to by chlać wódkę, którą za swoje pieniądze załatwił właściciel działki. Wódka była z promu na którym była prowadzona sprzedarz wolnocłowa - ale mniejsza z tym. Zostałem zaproszony na ten pijacki happening. Poszedłem, bo nie miałem lepszej alternatywy. Tak naprawdę zaproszony tam zostałem po to, by po upiciu mnie nabijać się z mojej świętości. Miałem tego świadomość i pilnowałem się, aby nie być zbyt mocno wstawionym. Właściciel działki był dla mnie po prostu znajomym z podwórka, czasem się z nim grało w piłkę, czasem się strzelało petardami i tyle. Jego ojciec z kolei pracował z moim ojcem w tym samym zakładzie pracy. Zaś pozostała dwójka osób to Szymon i Dawid.
Szymon to był i jest do dzisiaj dwulicową gnidą, nie wiem, może i w stosunku do innych był w porządku, lecz względem mnie udawał przyjaźń, która była tak fałszywa, że aż mnie od niego odrzucało. Czas pokazał, że moja opinia o nim jest słuszna, gdyż jest moim głównym i największym wrogiem, prowodyrem całego kurestwa które mnie spotkało i winnym jest moich dwóch nieudanych prób samobójczych. Oświadczam niniejszym, źe zabiję go gdy tylko mi się nadarzy ku temu okazja, a że mam przez niego żółte papiery, więc jak to dobrze rozegram, to posiedzę sobie jakiś czas w psychiatryku i nafajdają mi w te papiery jeszcze bardziej i puszczą na wolność.
Dawid zaś jest w porządku, właściwie to nawet nie ma za bardzo co o nim pisać. Nie był fałszywy, ale nie był też święty, jako ja jestem. Kilka razy paliłem z nim za młodu marihuanę, raz nawet kupił sobie grama, a że nie lubiał sam palić, to przyszedł po mnie do domu, no i poszedłem z nim i paliliśmy i rozmawialiśmy ze sobą. Miała też wtedy miejsce taka sytuacja, że zostało mu palenia na parę luf i to co zostało dał mi w prezencie. I to będzie na tyle o nim.
Gdy przekroczyliśmy progi działki i weszliśmy do altany, to Boromeusz (właściciel tejże), powiedział żeby nie nabrudzić, zachować ład i porządek, bo jego ojciec jutro ma wolne i będzie się wybierał na nią, bo coś tam ma zrobić, niestety, już nie pamiętam co. Jednocześnie zobaczyłem kątem oka pewien z pozoru mało znaczący szczegół - buteleczka z trutką na mszyce, stojącą sobie na półce. Spojrzałem na parapet, a tam stał sobie czajnik elektryczny, dodam że działka miała dostęp do prądu. Zaraz obok czajnika było napoczęte opakowanie kawy mielonej i herbata w saszetkach, były też kubki i łyżeczki. Jasne więc było, że boromueszowy ojciec sobie tam pije kawę, do tego jeszcze wykoncypowałem, że działka jest w innej części miasta niż jego mieszkanie, co biorąc pod uwagę że ma samochód, więc alkoholu nie będzie tykał. Gdy doszedłem wyżej wymienionym tokiem dedukcji co nastąpi jutro, wiedziałem co zrobić, żeby się zemścić za moją krzywdę. Pijąc z nimi wódkę musiałem się pilnować, żeby nie zauważyli nic podejrzanego w moim zachowaniu, ponieważ wręcz nie mogłem usiedzieć w miejscu, a radość z tego, że jak dobrze wszystko pójdzie, to Pan Grzegorz (czyli ojciec Boromeusza) kopnie w kalendarz była potężna. Mój wróg Szymon dążył do tego, żebym był jak najbardziej pijany, dolewając mi do kieliszka co chwila alkohol. Udawałem, że tego nie dostrzegam, poprzysięgając sobie, że go zabiję jakoś w niedalekiej przyszłości, sprytnie, dyskretnie i boleśnie. Piłem tą wódkę tak, że nie wychylałem całego kieliszka na raz, lecz upijałem jedną trzecią, czy tam połowę, po jakimś czasie byłem już nieco wstawiony, lecz współbiesiadnicy, także wyglądali na podpitych i to chyba nawet bardziej niż ja. Czekałem teraz tylko, żeby zostać chociaż na chwilę sam, by wlać trutkę do elektrycznego czajnika. Zrobiło się duszno w altanie, także za sprawą palonych tam papierosów, więc ktoś zaproponował wyjście na zewnątrz, by trochę ochłonąć. Chwilę później ludzie byli na zewnątrz, ja powiedziałem, że za chwilę też wyjdę, tylko odpalę papierosa. Zerkłem szybko, żeby się upewnić czy mnie widzą, po czym chwyciłem w łapska butelczynę - było to z tego co pamiętam karate, wlałem do czajnika pana Grzegorza sporo tej mikstury, jak to się mówi: od serca, opróżnioną butelkę schowałem do kieszeni, żeby mnie służby specjalne nie namierzyły po odciskach palców (jak wracałem potem do domu to ją wywaliłem do przydrożnego śmietnika), i z radością i satysfakcją dołączyłem do pseudokolegów. Cała operacja, którą przeprowadziłem trwała dosłownie chwilę, jestem pewny, że nikt mnie nie podejrzewał o tego typu rzeczy. Grałem dalej swoją rolę, czyli frajera którego się wzięło na libację po to by się z niego nabijać, ale w głębi duszy przyrzekłem sobie, że Szymon także w niedalekiej przyszłości będzie umierał w mękach, że go zniszczę tak, że nie będzie wiedział co się dzieje i kto za tym stoi, dlatego, że uwielbiam kręcić z ukrycia zbiorowe hece i to najlepiej z trupami.
Generalnie dalej na tej działce nie działo się nic szczególnego co warte byłoby opisania. Towarzystwo się uchlało, a ja nie byłem wyjątkiem. Generalnie spędziliśmy tam praktycznie cały dzień na piciu, paleniu papierosów i gadaniu. Pamiętam taką sytuację, że gdy już wyszliśmy z działki i szliśmy na przystanek autobusowy, to z ogrodu działkowego patrzył się z nienawiścią na mnie jakiś facet. Zataczałem się na swoich krzywych nogach, a z przeciwnej strony szedł w moim kierunku inny facet i ten pierwszy do tego drugiego krzyknął: Wiesiek, weź mu przypierdol w mordę zobacz jak ta menda wygląda. Generalnie jestem przyzwyczajony do podłości i nienawiści skierowanej w moją osobę, lecz to zdarzenie mnie zabolało, bo niby dlaczego znowu na mnie się skupiła nienawiść, skoro reszta osób też była w widoczny sposób pijana.
No i to tyle. Gdy już byłem w domu, to napawałem się swoją zemstą, niewinnym psikusem który miał się za przeszło kilkanaście godzin wydarzyć. Wiem że jakiś drobnomieszczański dostojnik mogłby się podniecić, że popełniłem wykroczenie za które są przewidziane w prawie mandaty karne, a nawet nagany z wpisaniem do akt, ale mnie to nie obchodzi. Bo w życiu trzeba być twardym, a nie miękkim i zamiast płakać i biadolić trzeba się mścić. Tej nocy po raz pierwszy od dłuższego czasu gdy idąc spać zerknąłem w zwierciadło zobaczyłem co prawda minimalny, ale jednak zawsze uśmiech. Sen ogarnął mnie szybko i był spokojny.
Następnego dnia nie działo się nic ciekawego, co warto by tu było opisać. Poszedłem jak zwykle do szkoły, po lekcjach zaś wróciłem prosto do domu. Zżerała mnie ciekawość co tam słychać u pana Grzegorza, starej poczciwiny, czy żyje czy może kopnął w kalendarz, jednak nie było możliwości by się tego dowiedzieć w sposób który nie wzbudziłby podejrzeń. Gdy minął ten dzień to tak samo jak w poprzednim poszedłem spać, sen przyszedł szybko i był głęboki.
Gdy się obudziłem była sobota, ojciec był w domu i rozmawiał z kimś przez telefon. Na cyferblacie była mniej więcej godzina dziesiąta. Dochodziły do mnie słowa, że trudno mi w to uwierzyć, jak to możliwe, że szkoda dzieci, które osierocił, że parę dni z nim się widziałem, kto by pomyślał itp, itd.
Już na podstawie tego, co właśnie słyszałem doszło do mnie, że genialny mój plan się udał. Gdy odłożył telefon, poszedł do matki i opowiedział jej czego się przed chwilą dowiedział. Okazało się że żygał krwią nasz denat, bo mu pęknął jakiś tam wrzód w dwunastnicy. Nie dało się bidaka uratować, mimo iż wezwał przez telefon pogotowie, zanim przyjechali i odnaleźli jego działkę nieborak oddał ostatnie tchnienie. Najlepsze z tego jest to, że nikt nie podejrzewał nawet udziału w tej aferze osób trzecich. Radość moja była wielka, ogromna, niebywała. Okazało się, że znowu mi się wszystko udało elegancko, tak jak zaplanowałem. Myślę tak sobie teraz co spowodowało mój tak przemyślny spryt i działanie ponad prawem i chyba wiem co - tym czymś jest ogromna świętość która może wszystko. Moja godność jest tak ogromna, że za całą krzywdę jaka mnie spotkała w życiu mam pełne prawo się mścić i to robię i będę robić. Mam też plan, który notabene stworzyłem podczas moich modlitw w szafie, gdzie się zamykałem żeby mnie nie obserwowali moi wrogowie przez poukrywane w całym mieszkaniu kamerki. Zdradzę tylko, że gdy się dostanę do miodu, czyli obejmę pełną władzę nad krajem, zapanuje taki terror i zamordyzm jakiego jeszcze nigdy nie było i nie będzie potem, jak mniemam. Moim mottem będzie hasło - niech mnie nienawidzą byle mnie kochali. I pokochają mnie wszyscy co przeżyją, po tym jak zdziesiątkuję gadów, nie będą mieli innego wyboru. I dadzą mi przydomek król królów, geniusz, transseks pierwszy, krzywy ryj, grzyb halucynogenny.
A wracając do pana Grzegorza to jego pogrzeb odbył się kilka dni po zgonie, zjechała się jego rodzina pogrążona w bólu i smutku, przyjaciele, niektórzy koledzy z pracy, w tym mój ojciec. Niestety nie mogłem uczestniczyć w ceremoni, bo jeszcze by ktoś coś mógłby podejrzewać, co było dla mnie przykre, gdyż lubię pogrzeby. Chciałem nawet potem, za jakiś czas podjechać rowerem, by zapalić znicz, ale nie chciało mi się bawić w wyszukiwanie grobu naszego bohatera.
Myślę, że tą oto opowiastką osiągnę cel który był zamierzony - aby mnie pokochano i podziwiano. Zwróćcie uwagę, że trochę ryzykowałem, bo mogło by się jakoś to wszystko wydać i wtedy by mnie zamkli do psychiatryka i dawali by mi zamiast leków narkotyki takie jak amfetamina, bym dostał w głowie tremolo, żeby można się było ze mnie nabijać, tak jak to miało miejsce ostatnio, za co jak dojdę do władzy będę się mścić. Dodam jeszcze, że do tej pory myślałem, że w tym karate była nikotyna i że to ona spowodowała zgon. Zajrzałem jednak przed napisaniem tego dzieła w internet i okazało się, że ta mikstura nikotyny nie ma i generalnie nie jest tak trująca jak myślałem do tej pory, co nie neguje tego, że jestem geniuszem - wszakże osiągnąłem cel.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Dominik Wunderbaum · dnia 04.02.2018 15:27 · Czytań: 106 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 2
Komentarze
Decand dnia 04.02.2018 16:27
Jak ja kocham coś takiego:

Cytat:
Tekst zawiera pewną ilość błędów interpunkcyjnych, które są w zamierzeniu celowym zabiegiem stylistycznym.


No i nie można skrytykować, że tekst został przejedzony z przecinków (co nie umniejsza faktu, że autor zdań wielokrotnie złożonych jeszcze nie ogarnia w zakresie gramatycznym), że dywizy są zamiast myślników, że cała ta ekspozycja wątku równym, niezmiennym tempem nie ma sensu. Bo to przecież miał być "zabieg stylistyczny". Ale już jedno wyszukanie słowa "nienawiść" prezentuje zapisanie tego słowa w formie z "ć" i z "c". Taki "zabieg stylistyczny" to błąd i autor co do tego nie może się blokować, że tak "miało być". Albo trzymamy się jednego, albo drugiego, droga pośrednia jest błędem. Inną sprawą jest to, że podmiot rzuca "wykoncypowałem" obok "krzywy ryj" bezsensownie mieszając czytelnikowi postać podmiotu (chociaż dobrze, że nie jest jednowymiarowa).

Są i też takie kwiatki:

Cytat:
Jasne więc było, że boromueszowy ojciec

Ojciec o smaku boromuszeowym?

Cytat:
Zerkłem szybko, żeby się upewnić czy mnie widzą, po czym chwyciłem w łapska butelczynę - było to z tego co pamiętam karate, wlałem do czajnika pana Grzegorza sporo tej mikstury, jak to się mówi: od serca, opróżnioną butelkę schowałem do kieszeni, żeby mnie służby specjalne nie namierzyły po odciskach palców (jak wracałem potem do domu to ją wywaliłem do przydrożnego śmietnika), i z radością i satysfakcją dołączyłem do pseudokolegów.

Więcej makaronu! Szczególnie, gdy takie zdanie nie jest w żaden sposób uwarunkowane innymi (w kwestii długości).

Cytat:
Generalnie dalej na tej działce nie działo się nic szczególnego co warte byłoby opisania. Towarzystwo się uchlało, a ja nie byłem wyjątkiem. Generalnie spędziliśmy tam praktycznie cały dzień na piciu, paleniu papierosów i gadaniu.

"Nic się nie działo wartego opisania, więc o tym napiszę.". Nie jest to przypadek odosobniony.

Inną kwestią jest to, że czuję, że podmiot cały czas w tych zdaniach rzuca opisami. Ciągną się przez to te zdania niemiłosiernie, biadolenia z jego strony nie ma końca. Rzuca ekspozycje za ekspozycją, jakby gadał, a nie pisał. Przez to cały tekst, dla mnie, zupełnie nie pasuje do literatury, a do słuchowiska, w którym zrobiłby lepszą robotę jakby jakiegoś gościa z dobrym głosem znaleźć. Historia mi się natomiast podobała, ale wewnętrzny ortograficzny Wermacht i Przecinkowy Hitler nie dawał mi spokoju. Więc uznaję, że tekst jest taki sobie, że autor musi uważać z usuwaniem/tworzeniem intencjonalnych literówek i przecinków jako zabieg stylistyczny, bo to są za wysokie schody na amatora, za wysokie schody, czuję, dla każdej istotki na PP. Lepiej pobawić się w takim klimacie z formą krótszą, bardziej klarowną, wyszlifować "zabieg stylistyczny" i skakać z nim do czegoś większego. Na ten moment, dla mnie, tekst powinien polecieć do poprawek raz-dwa. Bo to się nie godzi by dobrą historię owijać czymś... Takim.
karp dnia 10.02.2018 05:47
Słodkie :)
Forma jak najbardziej uwarunkowana w treści i nie mam uwag.
Chętnie zobaczyłbym rozciągnięty wątek o dochodzeniu do władzy. Jak dla mnie ma potencjał, a nawet, mimo oczywistych przeszkód, prawdopodobieństwo sukcesu.
"niech mnie nienawidzą byle mnie kochali" - obawiam się, że Cyceron był pierwszy.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Maly
19/02/2018 02:27
do podwórza czy na podwórze? To zdanie do… »
Zola111
19/02/2018 00:54
Hej, poproszę o przecinek w zajawce: Jest to baśń o… »
Zola111
19/02/2018 00:49
Jeszcze poproszę o poprawki w zajawce, w polu Od autora:… »
Zola111
19/02/2018 00:41
Tekst po 1. korekcie. Dziękuję za cierpliwość i charakter,… »
Zola111
19/02/2018 00:39
Tekst w korekcie, choć w zasadzie nie widać usterek :)»
pociengiel
19/02/2018 00:14
Chyba mi się przeczytał ten komentarz okołokomentarzowy.… »
kamyczek
18/02/2018 23:38
Treść trafia głęboko do serca, odczuwalna, aż do bólu.… »
zula
18/02/2018 23:35
Witaj Mike Miło gościć i miło czytać takie komentarze.… »
zula
18/02/2018 23:19
Witaj mike17 Smutna historia. Chłopiec nie może pogodzić… »
Opheliac
18/02/2018 22:54
Trzy ostatnie wersy zabieram szczególnie! Niezwykle… »
skroplami
18/02/2018 22:48
Poezja sprzeczności, ona śniegiem twarz a chłopiec patykiem… »
skroplami
18/02/2018 22:27
Te rozważania, oczywiście, też codzienność :). Opowiadanie… »
kamyczek
18/02/2018 22:12
Uwagi - podobnie jak Lilah: zagląda z lustra - wygląda z… »
Jesienny syn
18/02/2018 22:02
Nie widzę w tym tekście źadnych specjalnych wartości… »
Jonasz
18/02/2018 21:48
piszę przez cały czas, ciągle szukam drogi; masz dobrą… »
ShoutBox
  • mike17
  • 17/02/2018 19:07
  • Jeden z najbardziej kultowych duetów wszech czasów. Pamiętam go z wczesnego dzieciństwa, to dopiero był hicior : [link] Oni do dziś go wykonują, co jest zacne :)
  • Darcon
  • 17/02/2018 13:04
  • Zgodnie z regulaminem, nie może poczekać. Każdy użytkownik patrzy ze swojego punktu widzenia. A gdyby każdy z użytkowników wrzucał teksty tak, jak chciał, to co byśmy mieli w poczekalni, Dodatku?
  • dodatek111
  • 16/02/2018 22:09
  • Dlaczego drugi tekst, dodany w tym samym dniu, nie może czekać w poczekalni, tylko zostaje odrzucony. Salon odrzuconych.
  • Silvus
  • 16/02/2018 15:28
  • @Ni, dziękuję za piosenkę. @jskslg, miłego dnia Tobie.
  • jskslg
  • 16/02/2018 12:09
  • ja się uważam za pedała poezji , ale również życzę miłego dnia
  • Ania_Basnik
  • 16/02/2018 09:05
  • Zapraszam wszystkich poetów do wzięcia udziału w Konkursie "Mój list do świata". Ogłoszenie na stronie głównej PP
  • Niczyja
  • 15/02/2018 21:28
  • Bardzo ładne, Michale. Ja również, mam na myśli Islandię.
  • mike17
  • 15/02/2018 21:20
  • Ach, jak ja lubię miłosną muzę, a przy okazji także islandzką : [link]
  • Niczyja
  • 15/02/2018 20:57
  • Silvus, wczoraj nie miałam nic w zanadrzu, dziś mam. Proszę:) [link]
Ostatnio widziani
Gości online:17
Najnowszy:Tiggesaq3o
Wspierają nas