Mowa o sztuce; czyli o tym, jak zrobić dobre dzieło - Ten_Smiertelny
Proza » Humoreska » Mowa o sztuce; czyli o tym, jak zrobić dobre dzieło
A A A
Od autora: Zainspirowana Bakumanem i rozważaniem o mandze, nawiązująca do malarstwa, mała, symboliczna, humorystyczna kruszyna, starająca się zmierzyć z odwiecznym pytaniem: „czym jest sztuka?”. Zbudowana na wnioskach wyciągniętych z rozważań G.K. Chestertona, zawartych w wciąż aktualnych „Heretykach”.

Jest to bardzo prosta, lecz pouczająca opowieść, pod tytułem:

 

TEN ŚMIERTELNY

 

Mowa o sztuce

czyli o tym, jak zrobić dobre dzieło

 

 

W ojczyźnie Witolda bardzo ceniono sobie umiejętność mówienia. Zdarzyło się raz, gdy lat miał dziesięć, w pewnej gospodzie, stał słynny mówca perorując wielce.

 

Pomieszczenie było obszerne; ludzi w nim zebrało się kupę – słuchać tego mówcy znanego, który już sławę zdobył na świecie, skończył najlepsze szkoły i znał się na rzeczy podobno wielce.

 

Młody Witold też słuchał pilnie. Nastrój dostojny poruszał go. Wlepiały się małe oczęta w twarz mówcy, w gest podniosłe; uszy słuchały melodyjnego łagodnego głosu, z którego, niby pieśń zaklęta, sączył się strumień dźwięku.

 

Nie rozumiał mały Witold, o czym mówi retor. Zimno mu było strasznie, bowiem z otwartej okiennicy wiał wiatr mroźny; przenikający kości, zgryźliwy. Doprowadzający do drżenia biesiadników dużych, a co dopiero małego człowieka.

 

Twarze obecnych były poważne, brwi ściągnięte, oblicza zamyślone. Także i on starał się, naśladując dorosłych, uczynić powierzchowność swą możliwie właściwą. Drżenie jednak przeszkadzało mu. Zimno wdzierało się pod jego kusą skórzaną kurtkę; małe rączki, nieokryte niczym, tarły się bezwiednie próbując rozgrzać.

 

I wtedy Witold, zwyczajnie po dziecięcemu wyrwał się mówiąc: „Zimno jest strasznie, bo okno jest otwarte. Trzeba je zamknąć!”.

 

Nastąpiło poruszenie. Słowa malca zainteresowały zrazu wszystkich, bardziej niż mowa sławnego mówcy. Proszono go by powtórzył swe wyrażenie.

 

Witold wystąpił nieśmiało i równie nieśmiało, drżącym ze strachu głosem powtórzył: „Zimno jest strasznie, bo okno jest otwarte. Trzeba je zamknąć.”.

 

Na twarzach słuchaczy wykwitło zdumienie. Ręce same złożyły się do oklasków: „Klask! Klask! Klask!” – i w ten sposób młody Witold w wieku lat dziesięciu, dostał owację na stojąco. – „Brawo! Brawo!” – roznosiły się głosy publiczności.

 

Mało kto może poszczycić się takim debiutem. Zgodnie stwierdzono: „Taki talent nie może się zmarnować!”. Rodzice zawzięli się, dostali też wsparcie życzliwych i w końcu posłano malca do szkół najlepszych.

 

Tam poznał X i zapoznał się z mowami Y. Przewertował dzieła Z i wysłuchał taśmy z nagraniami tyrady M. Na pamięć nauczył się laudacji wielkiego C. Tam nauczono go oracji, wyszkolono alokucje, wzmacniając perorę.

 

I od tej pory umiał już: powiadać, przemawiać, brechać, gadać, gęgać, kłapać dziobem, mleć ozorem, nawijać, obgadywać, paplać, pleść, pytlować, szwargotać, trajkotać, trajlować – słowem: zabierać głos.

 

Oczekiwania społeczności były duże. Dlatego też swą mowę pisał w wielkim napięciu. Nie spał w nocy i mało jadł – przygotowując się do wygłoszenia swojego pierwszego, dorosłego przemówienia. Wysokie oczekiwania przygniatały go, motywując jednocześnie, napędzając, pobudzając. Dając bodziec do wysiłku; wzmożonej pracy umysłowej.

 

Gdy wychodził na mównicę drżał, jak niegdyś, gdy miał lat dziesięć, teraz jednak pot zraszał mu czoło. Powietrze było gorące, nieruchome. Twarze zebranych już teraz skupione, wyczekujące. Cisza zalegająca, jakby na świadectwo, dobry znak przyszłej burzy oklasków – grzmotów zadowolenia.

 

Witold wyszedł i... mówił. Mówił, mówił, mówił... Przeszło dwie godziny. Wspomniał czarne i białe. Mówił o gruszce i o pietruszce. Jego słowa przypominały perorę sławnego H. Początek był jak w zdaniach X, a środek nieoczekiwanie jak w u G, przy czym koniec przechodził miękko w tradycyjne alokucje C.

 

Głos miał pewny, spokojny. Słowa szły płynnie, akcent melodyjny. Tempo nie zbyt szybkie. Słów używał wyrafinowanych, bogatych w zróżnicowanie, bawiąc się znaczeniem, nie bojąc się wieloznaczności; puszczając jakby oko do bardziej osłuchanych. Nie zapomniał też jednak i o młodych, wplątując w tok wypowiedzi kilka słów nowoczesnych; nawiązując do awangardy.

 

Jakoby polemizując językiem z dwoma światami. Jakby mówiąc: „I w tym i w tamtym, poradzić sobie umiem”. Jakby rzekł: „I was i onych, zadowolić potrafię”.

 

Dźwięk świdrował, wznosił się i opadał; miał swój rytm, swoją wolę. Był jakby instrumentów smyczkowych, przechodząc później płynnie w tępo ciężkiej gitary elektrycznej. Było w nim miejsce i dla jakby dzwonków i dla dnienia trąby, fletu wyrazów, opadających jak kamyki na taflę jeziora słuchaczy.

 

Gdy skończył zapadło najpierw milczenie. Później z wolna podniosły się brawa, nie tak jednak entuzjastyczne, ani gromkie, jak te, które doświadczył w młodości. Gdy schodził z podestu czuł się jakby zniszczony, jakby pokonany, jakby wytarty ze wszystkiego. Jakby w słowa te, włożył całego siebie, całe życie – tak że nic już mu nie zostało – a i tak okazało się to nie wystarczać.

 

Rozeszła się wieść w tym kraju. Zawód odbił się na uczuciach odbiorców. Pomieszany był z jakimś zdziwieniem, z jakimś nieładem i zamyśleniem. Wszyscy oni czuli logicznie, że powinno się im podobać, a jednak nie podobało im się. Czegoś brakowało. Czegoś bardzo istotnego, istotnie brakowało.

 

Tak właśnie wyraził zdanie ogółu, jeden z recenzentów, pisząc w druku: „Mowa Witolda była w swej istocie wspaniała, czegoś jednak w niej brakowało. I to czegoś istotnego, jednak tak ulotnego, że wprost nie sposób stwierdzić co to było. Może zawiodły oczekiwania. Może one nas zmyliły. Może gdyby to samo napisał X, albo Y odzew byłby całkiem inny... Pamiętając debiut Witolda, tak prosty, a jednocześnie genialny w swej prostocie, może nastawiliśmy się na coś innego. Coś, czego zwyczajnie tutaj zabrakło.”

 

Czytając to Witold zgrzytał zębami. Bo i czego mogło brakować w jego wystąpieniu? Przecież użył wszystkich swoich umiejętności. Gdy inni się obijali, on pracował. Pracował jak wół, jak osioł, bez wytchnienia. Starał się z całych swych sił, dał z siebie wszystko, a mimo to, czegoś dalej brakowało!

 

Musiało minąć trochę czasu, nim znów wziął się w garść i zmusił do roboty. Entuzjazm przygasł, jednak chęć pokazania – wszystkim – tego, że jednak się nadaje, że jednak potrafi, przywróciła mu siły. Skupił się znów bardzo mocno. Teraz jednak myślał już chłodno, metodycznie.

 

Bez pośpiechu skończył dzieło. Odłożył na półkę i czekał. Po jakimś czasie przeczytał znów, skreślił parę przecinków, zmienił jedno ze słów i znów odłożył; czuł, że dzieło musi dojrzeć, dojrzeć w nim i dojrzeć na półce. Czekać, czekać – dopóki nie będzie gotowe.

 

Gdy więc znów stanął pośród tłumu, rozejrzał się – publiczność była podobnej wielkości co ostatnio – odetchnął; wiedział, że każde z jego słów jest stuprocentowo wykalkulowane. Każdy wyraz, akcent, każdy dźwięk – przećwiczone do granic możliwości. Nie mógł tego zawalić i nie zawali.

 

Mówił więc, a oni go słuchali. Mówił ładnie i bardzo ładnie; płynnie i bardzo płynnie; dźwięcznie i bardzo dźwięcznie. Z taktem, wyczuciem i wedle wszystkich zasad retoryki, elokwencji i krasomówstwa.

 

Nim skończył odczuł już, znużenie publiczności. Zatrzymał się, wstrząśnięty, na moment... Cisza zaległa na krótką chwilę, okamgnienie. Jednak zaraz podjął wątek kontynuując.

 

Nic to jednak nie dało. Wszystko było stracone. Recenzenci ubolewali, że tyrady Witolda są dobre (żeby nie powiedzieć poprawne), jednak nie doskonałe. Niektórzy wielcy mówcy, którzy kiedyś go wspierali, teraz przyznali się, że się mylili mówiąc: „Z Witolda nie będzie jednak wielkiego oratora.”.

 

Zrozpaczony zainteresowany, zaczął rzucać się bezmyślnie w różne strony. Wygłosił kilka oracji wzorowanych na ostatnio popularnych perorach. Naśladował obecne gwiazdy – prelegentów. Cieszył się dzięki temu pewną popularnością, jednak jego sława stopniowo spadała.

 

Już nie wiedział co ma robić – stracił zupełnie rezon. Jego głowę zaprzątała teraz nieustannie myśl: „Jak mówić?”. – Jak mówić by być słuchanym? Jak mówić, by podobało się przemówienie? Jak mówić, by przemowa była dobra? Co jest dobre, a co złe?

 

Wcześniej myślał, że zna odpowiedzi na te wszystkie pytania. Teraz zaś wątpił, widząc, że odpowiedzi nie skutkują. Zachmurzony badał rynek, analizował słowa, intonacje, gramatykę. Czym wyróżniają się te, które są popularne?

 

Nastroje wydawały się zmieniać. Rynek był niestabilny. Jednego razu, używający tych samych słów, byli oklaskiwani, innym razem zaś, spotykali się z buczeniem i wygwizdani ze wstydem schodzili z mównicy. Bywało, że popularność zdobywała pretora świetnie wygłoszona, innym zaś razem, wychwalono tyradę zupełnie amatorską. Jak w takiej sytuacji się połapać, jak trafić w odpowiedni czas – gdy rynek jest chłonny – i dać mu to, co akurat potrzebuje?

 

W tym właśnie czasie spotkał swego naśladowcę. To było dla niego prawdziwym zdziwieniem. Starszy od niego mężczyzna, widocznie wzorował się na jego dziecięcym debiucie. Jego mowa sprzed lat, była widocznie jeszcze na tyle popularna, że znaleźli się tacy, co próbowali ją skopiować.

 

Wnet Witold spostrzegł identyczność tematu, oraz poczynione ulepszenia. Staruszek mówił płynnie, pięknie i bardzo solidnie. Świetnie rozprawiał o tym, że okno jest otwarte, jest zimno i trzeba je zamknąć. Robił to z gracją i dykcją, dużo lepiej niż dziesięcioletni Witold.

 

Zwyczajowe dwie godziny trwała ta mowa. Plagiatowany, jako słuchacz, był z niej zadowolony; gotów, nie tylko wybaczyć zaczerpniecie tematu staruszkowi, lecz także szczerze mu pogratulować. Spostrzegł jednak, że słuchano go ze średnim zainteresowaniem...

 

To tym bardziej zbiło go z tropu. Sposępniał jeszcze mocniej. Jego przemówienie, przed laty, było przecież znacznie prostsze, a jednak naśladowca, mimo znacznie lepszego warsztatu i dopracowania, nie znalazł takiego poparcia jak on onegdaj.

 

Teraz więc, zdało mu się, że miał wtedy wielkie szczęście; że trafił na odpowiedni – jedyny taki możliwy – moment. Utrafił, jako dziecko, we właściwą chwilę, w której tylko dana mowa mogła przynieść mu słuchalność.

 

Jak miał powtórzyć ten cud? – Nie wiedział.

 

Takie rozumowanie jednak nie prowadziło do niczego. Ilekroć próbował naśladować trendy, natrafiał na znużenie nimi. Dawało mu to popularność, ale nie chwałę, której pragnął. Ci prawdziwie wielcy zaczynali trendy, zamiast podążać za nimi. Wytyczali ścieżki. – Ale jak? Jak tego dokonać?

 

Witold bujał się na fotelu i myślał: „Jak mówić? Jak mówić? Jakich słów używać, jaka forma wypowiedzi jest teraz popularna? Ach! Gdy byłem dzieckiem wszystko było takie cudownie proste! Nawet moja wypowiedź była przecież ultra prosta!”

 

Myśląc tak, przestał bujać się na fotelu. „A co jeśli, właśnie trafił w sedno? A co jeśli w tym właśnie jest metoda?” – Zadumał się. – „Naśladowałem tylu różnych autorów, a inni mnie naśladowali. Czemu nigdy nie przyszło mi do głowy naśladować swego debiutu? Czemu nie naśladowałem prostoty tamtej wypowiedzi? Może to ona właśnie ujęła wtedy słuchaczy!”

 

Wystąpił więc następnym razem na mównicę i powiedział krótko: „W piecu się pali, dlatego jest ciepło.” – po czym zeszedł ze sceny, zostawiając zszokowaną publikę samą sobie.

 

O tym występie mówiły tego dnia wszystkie gazety. Odnosili się do niego wszyscy; jedni chwaląc, inni przeciwnie – nazywając Witolda pozerem. W każdym razie, podobnego wrażenia nie zrobiło, żadne z przemówień Witolda, od czasów jego debiutu. Tak, to wydawało się być dobrym posunięciem.

 

Wystąpił więc i drugiego razu i rzekł jeszcze krócej: „Niebo jest zielone.”. Gdy skończył rozległy się gromkie oklaski. W gruncie rzeczy jednak, przemówienie uznano za gorsze od ostatniego. Krytycy dowodzili, że nie po to pielęgnuje się umiejętność mowy, by mówić krótko, tak że mowa nie ma możliwości ukazać całego swojego piękna, przez właściwą artykulację.

 

Zazdrośni przekonywali, że jest to gwiazdka jednego sezonu. Zwykły szwindel, głupstwo palnięte dla efektu; wzbudzające efekt tylko tymczasowy.

 

Witold nie zamierzał jednak rezygnować i na następnej tyradzie wygłosił: „Ziemia jest twarda, dlatego nie jest dobrze się przewracać.” I tu spotkały go wielkie oklaski. Społeczność słuchaczy podzieliła się na dwa skrajne obozy: uwielbiających Witolda i nienawidzących go.

 

Przeciwnicy przekonywali, że jest diabłem wcielonym, że przez propagowanie krótkości wypowiedzi, niszczy całe piękno oracji, cały sens dykcji; pozbawia słuchaczy możliwości doświadczenia cudowności melodycznego przepływu dźwięków.

 

Zwolenników ciągnęła sama oryginalność założenia, ruszająca skostniała formułę jakby do przodu. Zorganizowali oni całą szkołę poparcia Witolda, w skład niej weszło wiele młodych talentów, często zarzekających się, że nie wygłoszą nigdy przemowy, trwającej dłużej niż pięć minut.

 

Nowa forma była prostsza, przystępniejsza zarówno dla słuchaczy jak i twórców. Nie trzeba było wielkich umiejętności, dykcji i gramatyki by włączyć się ten nowy ruch. Zaroiło się więc od nowych krasomówców wygłaszających: „Dwa plus dwa, to cztery.”, „Masło jest niebieskie i dlatego pasuje do rzeczy kwaśnych.”, „Po drogach chodzimy, bo są twarde”, „Słońce świeci.” itd.

 

Mimo protestów konserwatystów, wprowadzono nową formę do nauki na uniwersytetach. Od teraz uczono w szkołach nie tylko dzieł X, Y, C, czy G, lecz także krótkich form Witolda, jako sztuki mowy nowoczesnej; nowej formy treści krótkiej.

 

Po początkowym aplauzie, karierze, jaką zrobiła "krótka forma", nastał zastój. Słuchacze znudzili się setką krótkich tyrad, wygłaszanych ciągle bez przerwy – w końcu każdy mógł to robić. Z wolna więc wracały do łask stare, długie, dwugodzinne przemówienia, spychając krótką formę do roli ciekawostki, uprawianej przez dziwaków artystycznego podziemia.

 

Naśladowcy sztuki Witolda, przyzwyczajeni do sławy, oczekujący ciągłego aplauzu, obrazili się na publiczność twierdząc, że wracając do starego cofa się ona w rozwoju. „Plebs nie potrafi docenić prawdziwej sztuki!” – takie było zdanie, rozczarowanych, obrażonych użytkowników formy krótkiej.

 

Zamknęli się więc – wedle zasady: „Jeśli nie chcecie, to nie, łaski bez!” – w swych domach by nawzajem raczyć się krótką formą i wzajemnie się chwalić, pomstując na ciemnotę ogółu. Witoldowi to jednak nie wystarczało, chciał on ogólnego przylasku – chwały, nie tylko od swoich zwolenników.

 

Bujając się na fotelu myślał więc znowu: „Jak mówić? Jak mówić? Jakich słów używać, jaka forma wypowiedzi jest teraz popularna?” Był już stary i schorowany, jednak dalej bujał się w fotelu i myślał, myślał, myślał. Wtem przestał się bujać. Jego twarz zachmurzyła się, wpadł w głęboką zadumę.

 

Gdy znów wychodził na mównicę, teraz już po raz ostatni, był innym człowiekiem. Nawet powierzchowność jego uległa cudownej przemianie, włosy jego zupełnie osiwiały, twarz wyrażała niemożliwy do wyrażenia spokój. Dłonie pomarszczone zmarszczkami, ten chód powolny, oczy jak tonie, żywe kolorem i dziwne. Wszystko nadawało mu wygląd patriarchy, mówiącego do swoich potomków.

 

Spojrzał po tłumie: czego oczekiwali? krótkiej formy? nieoczekiwanego? rozrywki?

 

Przemówił więc: „Mężowie bracia, wszyscy zbłądziliśmy. Umiłowaliśmy umiejętność mowy, a zaprzeczyliśmy jej sensowi.

 

Wydawało nam się, że wynosimy mowę na piedestały, tymczasem uczyniliśmy z niej pustą gadaninę. Nasze przemówienia są tylko zbiorem bezsensownych słów, pozbawionym treści, ponieważ brakuje im celu. Dziś wygłasza się przemówienia, tylko dla wygłaszania przemówienia; sławy i pieniędzy.

 

Orator nie ma nic do przekazania tym, do których mówi. Jego celem jest jedynie to, by słuchaczom spodobało się to, co mówi; jednak nie ma nic do powiedzenia. Jego tyrady są puste, jego perora niczemu nie służy, poza samym mówieniem.

 

Nasze słowa są jak cymbał brzmiący, jak flet grający, nie ma w nich żadnej nauki – nic nie przekazują. Przez całe swoje życie zastanawiałem się jak mam mówić, tymczasem właściwym pytaniem byłoby: "co mam mówić?".

 

Prawdziwym celem mowy jest przekazywać coś, nawoływać do czegoś, twierdzić coś – to właśnie jest mowa! To w jaki sposób to robimy, ma znaczenie dopiero drugorzędne. Tak bardzo skupiliśmy się na artykulacji, gramatyce, dykcji, a zapomnieliśmy o najważniejszym – o sensie mówienia!

 

Cały czas myślimy "jak?", zamiast pytać "co?". Co chcemy przekazać swoimi słowami? Co chcemy powiedzieć? – To jest naprawdę ważne! Nie to, jakich użyjemy słów. Nie to, jak wyakcentujemy zdania! Nie to, czy będziemy mówić melodyjnie, czy drżącym głosem! To przekaz się liczy!

 

Jeśli ktoś nie ma nic do powiedzenia, powinien milczeć – choćby najlepiej znał się na dykcji, choćby potrafił najpiękniej na świecie formułować zdania! Powinniśmy zabiegać o to, by to, co mówimy, było ważne; było prawdziwe i potrzebne.

 

Jeśli będziemy wiedzieć "co", "jak" przyjdzie samo. A nawet jeśli by nie przyszło – nawet, jeśli powiemy to jąkając się, niegramatycznie, źle artykułując zdania – jeśli to, co chcemy powiedzieć, jest naprawdę ważne i mądre, na pewno zostanie usłyszane; naprawdę warte będzie powiedzenia!

 

A w jaki sposób mamy powiedzieć coś mądrego, kiedy nie mamy nic do przekazania? W jaki sposób orator może powiedzieć coś ciekawego, kiedy jego jedynym celem jest mówić ładnie i płynnie? Jeśli nie ma nic do powiedzenia, może powtarzać tylko stare bzdury i mądrości, albo wygłupiając się zrobić z siebie błazna.

 

Może tylko naśladować innych, którzy chcieli coś przekazać, przedstawiać stereotypy, albo gadać bzdury. Bowiem, wszyscy wielcy mówcy, mieli coś do powiedzenia. Czasami to czego nauczali nie było prawdą, jednak ich wypowiedzi nigdy nie były puste – jak te nasze. Bo celem mówienia jest właśnie przekazywanie czegoś! Przestańmy skupiać się na formie, a zacznijmy wreszcie myśleć o treści!

 

Niby każdy to wie, jednak tak naprawdę wcale tak nie czynimy! Przysłuchajcie się najnowszym tyradom, czy przekazują coś mądrego? Nie! Treścią nie są słowa, nie są chwyty językowe i sztuczki. Treścią może być tylko coś, co chcemy powiedzieć; nauka, którą chcemy dać słuchaczowi, coś, co chcemy mu oznajmić. Tylko to, może być naprawdę nazwane treścią! Tylko cel wypowiedzi może być tak nazwany.

 

A celem tym nie może być tylko to, by ludzie nas słuchali; by podziwiali nasze umiejętności i rzemiosło. Ktoś kto mówi: "Jestem mądry i wspaniały. Słuchajcie jaki jestem świetny!" – nie mówi niczego mądrego. Musimy wreszcie to zrozumieć.

 

Forma nie jest ważna, ważna jest tylko treść. Niech nikt więcej nie zastanawia się jak coś powiedzieć, niech zastanawia się, co chce powiedzieć; co ma do przekazania. Jeśli jest coś takiego i jest to mądre i potrzebne, niechaj wtedy wygłosi przemówienie.

 

I niech mówi dotąd aż starczy mu tematu. Jeśli trzeba długo, jeśli trzeba krótko. Wszystko niech będzie, w tej mowie, podporządkowane jej celowi, bo tylko on się liczy! Wtedy – gwarantuję wam – doczekamy się wspaniałych mów!”

 

Skończywszy, zszedł Witold ze sceny. Tym wystąpieniem zapisał się złotymi zgłoskami obok największych światowych krasomówców. Imię jego wyryto obok C, X, H i G. Cały świat poruszył się na jego słowa.

 

Jeszcze setki lat później pojawiali się jego naśladowcy, perorujący o tym, że ważna jest treść a nie forma – i że trzeba zastanawiać się co mówić, a nie jak mówić – a robili to zawsze ze świetną dykcją i melodyjnym głosem…

 

[KONIEC]

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Ten_Smiertelny · dnia 27.02.2018 21:55 · Czytań: 193 · Średnia ocena: 4,5 · Komentarzy: 9
Komentarze
Darcon dnia 27.02.2018 21:57
Cytat:
Forma nie jest ważna, ważna jest tylko treść. Niech nikt wię­cej nie za­sta­na­wia się jak coś po­wie­dzieć, niech za­sta­na­wia się, co chce po­wie­dzieć; co ma do prze­ka­za­nia.

Brawo!
Świetny tekst, Śmiertelny! Nie ma co się rozwodzić, powinien go przeczytać każdy "cierpiący" młody pisarz.
Pozdrawiam serdecznie.
Dobra Cobra dnia 27.02.2018 22:42 Ocena: Bardzo dobre
Z wielką radością przeczytałem ten słodki kawałek, penetrujący tajniki oratorstwa.

Szkoda, że nasz bohater nie doszedł (ale może wszak dojdzie :) ), że jedną z najważniejszych rzeczy w przemawianiu jest to, że się wie, o czym się mowi. Tak się nasunęło, bo teraz wielkie ilości pozerów wokoło.

Bardzo mi się podobało.


Pozdrawiam,

DoCo
Maly dnia 27.02.2018 22:57
Mam nadzieję, ze "poczatkujacy pisarze" nie wezmą sobie tego tekstu do serca i nie beda próbowali skupiać sie jedynie na treści, nie zważając na styl swojej wypowiedzi. "Bo chodzi o to, aby jezyk giętki powiedzial to, co pomysli glowa!" - innymi slowy: Trzeba znaleźć zloty środek miedzy forma a treścią. Treść podana w niestrawnej formie, nie dbajac o styl, nie zostanie zrozumiana albo zostanie zrozumiana błędnie.

Niestety, przypowieść powyższa nie została przemyślana. Poza tym, w wielu miejscach, o ironio, w tekście przerost formy nad treścią.
JOLA S. dnia 27.02.2018 23:08
Bardzo dobry tekst. Wydrukowałam go sobie i będę nosić w torebce. Czyta się świetnie, a przypomina mi tekst, który w latach 80tych jacyś satyrycy ułożyli. Można było w nim dowolnie mieszać zdania, a zawsze z tego i tak wychodziła płomienna przemowa. ;)
Świetny pomysł.

Pozdrawiam, :)

JOLA S.
Alen Dagam dnia 27.02.2018 23:47
Cytat:
Forma nie jest ważna, ważna jest tylko treść. Niech nikt wię­cej nie za­sta­na­wia się jak coś po­wie­dzieć, niech za­sta­na­wia się, co chce po­wie­dzieć; co ma do prze­ka­za­nia.


Z pieczątką/błogosławieństwem redaktora portalu?... zabrakło mi właśnie słów.
Wobec tego zatem, że brak mi treści, ograniczę formę do minimum. Chociaż nie, nie, moment, chwila! Forma nieważna! Mogę pisać dalej, robić nie tylko literówki, ale nawet i większe błedy. Rozpoczynamy erę anarchii, hurra!

Cytat:
I niech mówi dotąd aż starczy mu tematu. Jeśli trzeba długo, jeśli trzeba krótko.


No to spoko. Czyli moje wzburzenie mogę wyrażać w nieskończoność? Prędko się nie skończy, to pewne.

Dzięki, powstrzymam się już dzisiaj. Ale z niecierpliwością czekać będę na nowe treści na portalu.

Może powinniśmy ten tekst wpisać do oficjalnych poradników?
purpur dnia 28.02.2018 15:31 Ocena: Świetne!
No... bardzo fajny tekst.

Do tego i w formie i w wyrażeniu niezwykle ciekawy.

No i lekki, nie zapominajmy o lekkości - zupełnie nie-nadąsany, zupełnie nie-zapatrzony w siebie.

Do tego słowa, takie ważone, takie właściwe.

Bardzo miło mi się to czytało, bardzo również przypomniało mi mojego Kontrolera... :)

Osobiście odrobinę tylko zabrakło mi tej absurdalnej iskry na samym końcu - przez cały tekst przewijało się "dziwne" - "Niebo jest zielone" - klask, klask, mlask, mlask! że stało się normalne, oczywiste. Zaś na sam koniec otrzymaliśmy normalne wytłumaczenie - ważna jest treść.... Cóż, moja postrzępiona i zszargana czupryna wolałaby zakończenie równe początkowi, ale Twoje też jest bardzo dobre... Twoje jest mądre, moje byłoby tylko radosne :)

Pozdrawiam i podążaj wytyczonym powyżej tropem - to sie samo czyta!
Purpur
Miazga dnia 28.02.2018 18:32
Najpierw zacytuję
Darcon napisał:
Nie ma co się rozwodzić, powinien go przeczytać każdy "cierpiący" młody pisarz.

Podpisuję się pod tym wszystkimi czterema kończynami. :)
Tekst świetny i pouczający.
Jeszcze tylko...
Cytat:
Jego mowa z przed lat,
sprzed lat :)
Pozdrawiam
m.
Ten_Smiertelny dnia 15.05.2018 11:25
Nie spodziewałem się tak wielkiej liczby komentarzy. Bardzo wam wszystkim dziękuję! :)

Jest tyle różnych kwestii… Zastanawiam się czy powinienem tutaj wyjaśniać je jakoś bardziej, czy też może tekst broni się sam i jest zrozumiały. Świerzbi mnie trochę, by go bardziej rozjaśnić, choć może jest to zupełnie zbędne…

Zostawię więc większe objaśnienia na koniec (jeśli chcecie możecie ewentualnie do nich zajrzeć), a wpierw odpowiem wam wszystkim pokrótce:

////////////
/////Darcon
////////////

Darcon bardzo dziękuję za tak miły komentarz i prawdziwe wyróżnienie. :)

Prawdę mówiąc obawiałem się trochę, czy redakcji się ono spodoba. Bardzo łatwo można by przecież błędnie odczytać je jako gderanie półanalfabety, czy zachętę do niechlujstwa. Nie o to mi tutaj chodziło i bałem się takiej typowej interpretacji.

Tym bardziej więc cieszy mnie, że zgadasz się z sensem mojej małej historii, a nawet uważasz, że powinien przeczytać ją „każdy ‘cierpiący’ młody pisarz”. Jestem uszczęśliwiony twoim odbiorem! :)

Bardzo ci zatem dziękuję i pozdrawiam równie serdecznie!

////////////
/////DoCo
////////////

Drogi DoCo,
wzbudzić radość we współczesnych czasach (choćby tylko na chwilkę) jest zaiste radością wielką.

Dobra Cobra napisał:
Szkoda, że nasz bohater nie doszedł (ale może wszak dojdzie :) ), że jedną z najważniejszych rzeczy w przemawianiu jest to, że się wie, o czym się mowi.


Niestety bohater mojego opowiadanka, chyba do tego arcymądrego wniosku raczej nie dojdzie, bo jest już stary i pewnie niedługo umrze. :(

Wiedzieć o czym się mówi to wielka rzecz. Niezwykle jednak trudna. Skąd bowiem mamy mieć pewność, że wiemy o czym mówimy?

Cóż… pewnie często wydaje nam się, że wiemy o czym mówimy, a potem okazuje się, że gadamy nieszczęsne bzdury. ;)

Dobra Cobra napisał:
Tak się nasunęło, bo teraz wielkie ilości pozerów wokoło.


Pozerstwo jest zdecydowanie naganne!
Ale, opowiadanie z samego założenia miało być o takim właśnie pozerze… Pomysł zrodził się podczas czytania Bakumana, którego bohater, twórca, krzyczał na ulicy: „Chcę być popularny!” i był gotowy zrobić wszystko (w granicach jako takiej „uczciwości” i sztuki) dla tego celu.

Tak więc: Tak to było o takim trochę pozerze. Wszakże ty Doco, jak mówisz, możesz pisać o zboczeńcach, wybacz zatem i mi, pisanie o pozerach. ;)

Wszakże wydaje mi się, że mój bohater zrozumiał trochę, że pozerstwo prowadzi donikąd. Jeśli zaś ktoś tworzy, bo chce coś szczerze przekazać czytelnikowi (a nie dla poklasku), nie zasługuje już chyba na to miano, prawda? A może nieprawda?

Zdrowia, zdrowia, zdrowia…

////////////
/////Maly
////////////

Maly, Maly… który gdzie indziej twierdzisz, że nie mam prawa pisać jeśli nie znam greki i łaciny! Dzięki za komentarz. :)

No można byłoby się spodziewać, że moje opowiadanko nie przypadnie ci do gustu, lecz jednak duch jest ważniejszy niż kreska.

Rozumiem, że według ciebie jestem niekompetentnym durniem…

Wszakże spójrz na to proszę z tej strony; jeśli małe dziecko kalecząc język wyduka: „Maman khhk khoinka sie palli…”, to może, choć języczek niezbyt jeszcze giętki i głowa mała, będzie to najważniejsze i najbardziej potrzebne przesłanie, które może uratuje cały dom przed zajęciem się ogniem i ocali niejedno życie.

Tak też jeśli ktoś ma jednak coś ważnego do przekazania, niech mówi choćby nieskładnie. Ja z pewnością posłucham.

Maly napisał:
Treść podana w niestrawnej formie, nie dbajac o styl, nie zostanie zrozumiana albo zostanie zrozumiana błędnie.


No w tym jest właśnie problem drogi Maly, że często właśnie ci, którzy bardzo starają się swym stylem zachwycić i olśnić miliony, są nieczytelni i trudni w odbiorze. Wszakże rozprawy naukowe trudne są często do przełknięcia, a którzy chcą popisać się swą umiejętnością, ozdabiają, udziwniają i utrudniają odbiór swoich dzieł.

Łatwiej wszak zrozumieć „głupca” który mówi do rzeczy, niźli „mędrca” bredzącego do rzeczy ;)

Prosta mowa prostaczka – „Kali jeść, kali pić” – jest zupełnie zrozumiała, nadęta zaś mowa naukowa – która zdajesz się tak wielbić – pozostaje niemożliwa do odcyfrowania dla większości ludzi.

Tutaj zresztą zarzucasz mi dalej przerost formy nad treścią. Uznajesz zatem, że treść jest niczego sobie, a przecież i tak nie zrozumiałeś mojego opowiadania…

Maly napisał:
Poza tym, w wielu miejscach, o ironio, w tekście przerost formy nad treścią.


Trafiłeś w samo sedno! :)
Bardzo obawiałem się właśnie takich zarzutów. No pozwoliłem sobie trochę pobawić się formą w tym opowiadaniu, wszak jednak tylko o treść mi chodziło.

Przy tym wszystkim, naprawdę nie starałem się o formę podczas pisania tej edukacyjnej humoreski. Chyba jeszcze napisanie żadnego tekstu, nie przyszło mi równie łatwo i przyjemnie.

Jeśli więc nie starając się o formę i myśląc wciąż tylko o treści, słyszę oskarżenia o przerost formy nad treścią, o ileż bardziej godny byłbym nagany, gdybym więcej skupił się na formie, niż treści?

Swoim zarzutem zatem potwierdzasz przesłanie utworu. :)

Maly napisał:
Trzeba znaleźć zloty środek miedzy forma a treścią.


Wybacz to co powiem, ale złoty środek to bardzo głupia filozofia. Rozprawiłem się z tą teorią w Przypisach. Lepiej być gorącym, albo zimnym, niż na złot-środkową modę: letnim.

Jestem pewien, że ktoś mógłby, o dosłownie wszystkim, powiedzieć, że wymaga złotego środka. Nic jednak z takiej nauki nigdy nie wynikało. To, że po raz kolejny usłyszę, że potrzebuję zachować złoty środek, między czymś tam, a czymś, nie uczyni mnie ani odrobinę mądrzejszym.

Wybacz, ale takie są fakty.

Maly napisał:
Niestety, przypowieść powyższa nie została przemyślana.


Ciekawy jestem skąd możesz wiedzieć, czy ja coś przemyślałem, czy nie przemyślałem?
Tak się składa, że przemyślałem tą historię bardzo dobrze, jednak zwyczajnie nie o tym ona była…

Reasumując:

Szanowny Maly, naprawdę bardzo dziękuję ci za twój komentarz i przepraszam za te powyższe drobne zgryźliwości. Dufam, że jesteś człowiekiem inteligentnym i wybaczysz mi te moje autorskie (słuszne, czy też nie) rozgoryczenie. Mimo wszystko cieszę się, że widzę cie pod moimi tekstami, dziękuję ci zatem i pozdrawiam cię serdecznie.

////////////
/////JOLA S.
////////////

Kochana Jolu, dobrze, że wiem, że przesadzasz w swoich komentarzach ku uciesze twórców, inaczej chyba musiałbym zejść na zawał słysząc, że wydrukowałaś sobie mój tekst i nosisz go w torebce. ;)

Cieszy mnie niezmiernie twój komentarz, bo obawiałem się, że już zraziłaś się do mojej twórczości. :)

Płomienne przemowy to zaiste jest to co lubię! Mam jakiś taki nienaturalny ciąg do przemów, lubię bardzo je czytać i pisać, obawiam się tylko czy moi czytelnicy odbiorą je podobnie dobrze. Cieszę się zatem bardzo, że ten utwór ci się spodobał. :)

Pozdrawiam, mrugam, macham i uśmiecham się :)

////////////
/////Alen Dagam
////////////

Wybacz! okaż litości! miej mnie w opiece i pomyślności. Z błogosławieństwem redaktora i przekleństwem czytelnika, niezwykle konstruktywna zbliża się krytyka.

Alen, smutno mi i przykro, że tak odebrałaś moją humoreskę, wszakże pochlebia mi moc sprawcza jaką mi przypisujesz. Mamże ja władzę rozpocząć erę anarchii!?

Doprawdy nie wiedziałem o tym! Jako król i władca Internetu (inna sprawa, że nawet niepodłączony do sieci), rozkazuję zatem anarchii niech nastanie kres! A jednak nic się nie dzieje, bo woja może zostać rozpoczęta na rozkaz króla, jednak nie skończy się z jego rozkazem.

Jestem ja zatem przyczyną nieszczęścia. Póki nie przybyłem, wszyscy w Internecie komentowali i pisali na forum zawsze czystą i poprawną polszczyzną, a portalowe teksty, nigdy nie potrzebowały nawet najdrobniejszej korekty. Niestetyż! napisałem krótką przypowieść i tym samym, zawaliłem cały świat! rozpocząłem erę anarchii! Wybaczcie potomni!

Alen Dagam napisała:
Forma nieważna! Mogę pisać dalej, robić nie tylko literówki, ale nawet i większe błedy.

Co mam ci powiedzieć? Opowiadanie nie było o tym. Myślę, że zdecydowanie możesz „dalej pisać”, nawet jeśli robisz błędy. Jeśli zaś jakieś literówki i ortografy miałyby cię zrazić… to chyba nie miałoby to większego sensu.

To co jest, można zawsze poprawić. Z tym zaś czego nie ma, nic zrobić nie można.

Alen Dagam napisała:

Cytat:
I niech mówi dotąd aż starczy mu tematu. Jeśli trzeba długo, jeśli trzeba krótko.


No to spoko. Czyli moje wzburzenie mogę wyrażać w nieskończoność? Prędko się nie skończy, to pewne.

Jasne!: pisz ile chcesz. Jeśli rzeczywiście masz tyle do powiedzenia, że ma zamienić się to w kilkustronowy komentarz – tym lepiej!

Ja sam potrafię dawać i uwagi na 8 stron A4, przy czcionce Times New Roman 12 i nie sądzę byś mnie w tym pobiła. Z chęcią zaś zobaczyłbym taki długi komentarz pod jakimś swoim dziełem, bo wiedziałbym przynajmniej, że to co zrobiłem poruszyło czytelnika na tyle, że spędził tydzień na mozolnym pisaniu komentarza – jak mi się przecież zdarza.

Czyli nie zgadzasz się z tym, że formę trzeba dostosować do treści, a długość dzieła zależy od obszerności tematu?

Nie na temat wszystkiego, można wszakże napisać wielotomowy epos, z drugiej strony są przecież rzeczy których nawet nie można wyjaśnić w dwóch zdaniach. Niech zatem każdy tworzy na tyle długie dzieła, na ile pozwala mu i wymaga tego jego temat.

Alen Dagam napisała:
Może powinniśmy ten tekst wpisać do oficjalnych poradników?


Widzę, że jesteś za, a nawet przeciw – jak pewien przeterminowany polski polityk. Ja naturalnie jako autor, będę ze skromności, zdecydowanie przeciw, a nawet za…

Piękny pomysł Dagam! :)
Dziękuję za komentarz i salutuję zdejmując koronę. Miej się dobrze. Pozdrawiam serdecznie. :)

////////////
/////Purpur
////////////

Purpur potworze szczerozłoty, którego kocham i nienawidzę jednocześnie! :)
Sympatią darzę cię niebywałą, kiedy więc już nawrócę cię na chrześcijaństwo, będziemy braćmi i radować będziemy się pospołu. Tymczasem zaś… dzięki za pozytywny komentarz! :)

Kurczę Purpur, szelmo i przyjacielu, ciężko mi, ciężko, mierzyć się z twoim komentarzem. Niby bowiem jest pozytywny, a jakby niby nie… Zresztą zupełnie pochwalny i radością napełnia mnie wielką, lecz zaraz drapię się po głowie i minę mam dziwną… :)

purpur napisał:
No i lekki, nie zapominajmy o lekkości


Nauka z tego taka: bocian dziobał szpaka, potem zaszła zmiana, szpak dziobał bociana. :p

Fakt, fakt, Purpurze! Dziękuje za komentarz i uwagę.

Cieszę się, że tekst lekko i przyjemnie się czytało, wniosek wyciągam z tego taki, że jeśli autorowi lekko się pisze, to później, czytelnikowi lekko się czyta. :)

Nie chciałem starać się o formę w opowiadaniu, które mówiło poniekąd o wadze treści, dlatego też pisałem bezstresowo i lekko, co pewnie przełożyło się na pozytywny odbiór dzieła.

Czasem więc mniej starać się, oznacza lepiej wypaść – oto zaiste ważny morał, który wyciągam z twojego komentarza i zapamiętuję na przyszłość.

purpur napisał:
zupełnie nie-nadąsany, zupełnie nie-zapatrzony w siebie.


Zupełnie jak nie ja… ;)
Zdaje się, że moje wcześniejsze teksty były dla ciebie bardzo nadąsane i zapatrzone w siebie… Cóż, prze… prze… praszam…

purpur napisał:
Bardzo miło mi się to czytało, bardzo również przypomniało mi mojego Kontrolera... :)


Bez żadnego sarkazmu, ani drwiny, wyznaję że wielka to dla mnie radość. :)
Wszakże nie może pisarz bardziej pochwalić pisarza, niż powiedzieć, że jego twórczość przypomina mu jego dzieło. Wszyscy bowiem jesteśmy swoimi zaciętymi zwolennikami i niedościgniętymi mistrzami. ;)

purpur napisał:
Osobiście odrobinę tylko zabrakło mi tej absurdalnej iskry na samym końcu - przez cały tekst przewijało się "dziwne" - "Niebo jest zielone" - klask, klask, mlask, mlask! że stało się normalne, oczywiste. Zaś na sam koniec otrzymaliśmy normalne wytłumaczenie - ważna jest treść.... Cóż, moja postrzępiona i zszargana czupryna wolałaby zakończenie równe początkowi, ale Twoje też jest bardzo dobre... Twoje jest mądre, moje byłoby tylko radosne :)


Kurczę! Kurczę! Do groma!

Ach, w pewnym sensie rozumiem co chcesz powiedzieć, a nawet masz najświętszą rację! Rzeczywiście tak jest!

Gdybym tylko umiał koniec przedstawić, najlepiej w jakiś lekko absurdalny sposób, zamiast opowiadać, byłoby o wiele lepiej. To pewnie powinno być jakoś inaczej zrobione; bardziej symbolicznie, a jednocześnie równie czytelnie…

To przecież „dziwne”, o którym mówisz, to właśnie jakieś odbicie i sparafrazowanie rzeczywistości. Nieraz i nie dwa takie: „Niebo jest zielone.”, kończyło się oklaskami.

Masz rację w tym co piszesz. To właściwie błąd formy, która z początkowo symbolicznej, nagle na końcu, zmieniła się w niemal dosłowną. Gdybym zrobił to bardziej w stylu „Gintama”, tak by do samego końca opowieść była absurdalna i zabawna, a jednocześnie, zawierająca tą samą myśli i przesłanie, pewnie byłoby o wiele lepiej…

Z drugiej strony… Tak właśnie Purpurze, ty przecież chwalisz mi tutaj przede wszystkim formę, nawet sugerujesz, że końcowa myśl (puenta i sens całej przypowieści), nie była aż tak bardzo potrzebna…

Mówisz więc jakby: „Mądry i zabawny tekst, tylko jakbyś wyciął z niego mądrość i dodał więcej nonsensu, byłoby lepiej.” Zdaje się jakbyś twierdził, że gdyby to był tylko lekki i zabawny tekst o niczym, to byłoby dobrze, tym samym jakby przekreślasz właśnie cały przekaz mojego utworu. :)

Tobie przecież tekst spodobał się nie ze względu na treść, a to, że forma była zabawna, lekka i przyjemna. Znaczy więc: forma od treści ważniejsza! Ugodziłeś mnie podstępnie ;)

purpur napisał:
Pozdrawiam i podążaj wytyczonym powyżej tropem - to sie samo czyta!


Ha! Postaram się… Choć zamierzam tworzyć różnorodnie i nie wszystko będzie takie.

Chętnie zadałbym ci Purpurze jedno pytanie: Czy pisarz jest błaznem?
Jeśli zaś ma być już błaznem, niechaj będzie Stańczykiem.

Pozdrawiam bardzo.

////////////
/////Miazga
////////////

Miazgo dziękuję bardzo za komentarz i poprawki! :)

Jak już zdążyłem się przekonać, ty w swej twórczości, formę masz niezwykle wręcz dobrą; należałoby się więc spodziewać, że ktoś z takim jak ty warsztatem i umiejętnościami, będzie z góry patrzył na innych i twierdził, że forma najważniejsza. A jednak nie! jednak spodobało ci się moje opowiadanie!

Zaiste, bardzo miło mi to słyszeć. :)

Pozdrawiam i ciebie Miazgo, bardzo serdecznie!

////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
////////////////////////////////////////////////

Odpowiedziawszy już zatem pokrótce wszystkim, mogę rozpisać się na dobre. ;)

Jak wspominałem we wstępie, inspirację do napisania tekstu stanowił „Bakuman”, jest to japoński komiks, którego fabuła mówi o tworzeniu… japońskich komiksów – czyli mangi.

Mimo zdynamizowania i „zakcjonizowania” fabuły, autorzy zdradzają w nim swoje podejście twórcze. W uproszczeniu można powiedzieć, że twierdzą oni, że są dwa podstawowe sposoby: można tworzyć intuicyjnie i liczyć na to, że jakoś to będzie – lub kalkulować.

Przy czym, przez kalkulowanie rozumieją oni podpatrywanie co jest popularne i naśladowanie tego, w taki sposób by się z tym nie zdradzić. Można więc powiedzieć, że jest to zmyślne pisanie pod publikę i dawanie ludziom tego czego chcą, czyli – mówiąc językiem manipulacji – „wychodzenie naprzeciw oczekiwaniom odbiorców”.

Już samo założenie nie brzmi zbyt etycznie, oni jednak nie patrzyli na to od strony moralności, chodziło bowiem jedynie o skuteczność. Problem w tym, że jak pokazują same dzieje mangi współczesnej, skuteczność takiego podejścia jest wysoce wątpliwa… W rzeczywistości zaś, większość z tych dzieł które osiągnęły niesamowitą popularność, nie było w ten sposób wykalkulowane, a próby powtórzenia ich sukcesu przez kalkulujących naśladowców, skończyły się w większości wielkimi porażkami.

Podczas czytania „Bakumana” zadziwiało mnie w jaki sposób wygląda takie analizowanie dzieł popularnych. W rzeczywistości bowiem, badanie ich dotyczyło tylko i wyłącznie formy! Treść dzieła, jego sens i to do czego ono skłania, było zupełnie ignorowane! I to do tego stopnia, że oceniając dzieło z kontrowersyjnym przekazem, autorzy wkładają w usta bohaterów słowa:
– Ale dlaczego miałby tak robić?
– Nie wiem, może dla oryginalności…

W rzeczywistości bowiem, tak bardzo skupili się oni na popularności, że niebyli wstanie zrozumieć, że ktoś może zawrzeć w swym dziele jakąś myśl, dlatego, że w nią wierzy. Nawet na sam przekaz zawarty w tekście, patrzyli z punktu widzenia jego wyglądu, nie zaś jego znaczenia.

Ten sam schemat odczytujemy przyjrzawszy się komiksom, które nie odniosły sukcesu. Rozsądna kalkulacja i porównanie dzieł wybitnych i ich naśladowców, pokazuje, że przede wszystkim różniły się one treścią.

O ile naśladowcy niemal doskonale imitowali formę, o tyle ich dzieła nie zawierały żadnego sensu. Dzieła znaczące zostały napisane po coś i coś mówiły, widać było w nich konsekwentny sens i dążenie ich autora. Próby powtórzenia ich sukcesu, były zaś jedynie pustą skorupą (formą uczynioną jedynie dla popularności) dlatego też – paradoksalnie – niebyły popularne.

Czytając „Bakumana” nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jego bohaterowie cały czas zastanawiają się „jak mówić” zamiast „co mówić”. Rzeczy na których się skupiali, były właściwie rzecz biorąc sprawami drugorzędnymi, wobec treści dzieła, nad którą się nie zastanawiali.

Jeśli takie podejście ma przynieść popularność, może zdarzyć się to w bardzo kłopotliwy sposób.

By to wyjaśnić, wyobraźmy sobie kogoś, kto analizując najpopularniejsze przemowy, wybrał z nich najbardziej popularne słowa i ułożył własną która brzmiała: „jest, bezrobotnych,niebo, zabijanie, sprzątanie, dobre, dzieci,”. Podobna przemowa nie miałaby żadnego sensu, jasne więc, że nie zdobyłaby popularności – i tak mniej więcej ma się sprawa z tymi kalkulującymi naśladowcami.

Możemy jednak pójść dalej i wyobrazić sobie, że ktoś wybrawszy część tych słów ułożył je w tyradę: „Dobre jest zabijanie dzieci bezrobotnych.” Takie zdanie mogłoby mieć już sens i przynieść mu słuchaczy.

Powyższa przypowieść jest uzasadniona, gdyż coś takiego właśnie zdarzyło się autorom „Bakumana”. Zarówno bowiem w nim, jak i w swoim najsławniejszym „Death Note”, zawarte były przekazy, które zostały zamieszczone przypadkowo przez twórców i ich konsekwencje ich samych przeraziły oraz wprawiły w zakłopotanie.

Zwykle bowiem obecność jakiś idei, czy przekazów w dziele, świadczy o tym, że autor w te rzeczy chciał przekazywać, albo chociaż, że wierzy w nie. Tym razem zaś autorzy po prostu mówili to co dobrze brzmiało, bez zastanawiania się czy jest to prawdziwe i do czego mogłoby prowadzić. Efektem było tysiące notatników śmierci w japońskich szkołach i rzeczy których sami twórcy się nie spodziewali. Odbicie tych relacji, zawarli też w „Bakumanie”, który ponownie sprawił im takiego psikusa, powodując kłopoty Jumpowi.

Mimo to ci autorzy, są jednymi z nielicznych którym udaje się zaistnieć na rynku, mimo rzeczonej kalkulacji i skupiania się na formie. Jest tak dlatego, że ich dzieła zawierają zawsze treść, choć jest to treść jedynie pozorna i sztuczna. Z tego samego względu, już sami oni zauważyli, że łatwiej jest tworzyć takie dzieła biorąc za podstawę historię skomplikowaną, w prostej zaś nawet oni zawsze upadali.

Jest tak ponieważ w skomplikowanym bezsensownym dziele, o wiele trudniej dostrzec bezsensowność, niż w dziele prostym.

Jeśli chodzi jednak o mangę, najpopularniejsze są proste bitewne Shouneny, dlatego też kalkulujący odnoszą ciągłe porażki. Orientujący się w tym rynku, wiedzą o czym mówię. Próby powtórzenia sukcesu, są puste i odnoszą porażki. Kalkulujący mają większe szanse wybić się na początku i dominują rynek, nie potrafią jednak tego co dawni tworzący z serca. Dlatego też manga idzie w kierunku skomplikowanej wykalkulowanej fabuły.

Zapewne łatwiej będzie zrozumieć dlaczego takie podejście jest ułomne, na przykładzie: „Zbrodni i kary” Dostojewskiego. „Zbrodnia i kara” to dla wielu powieść niezrównana, w każdym razie jednak okazała się olbrzymim sukcesem i jest klasykiem aż do dzisiaj.

Jasne jednak jest, że Dostojewski napisał ten tekst w konkretnym celu. „Zbrodnia i kara” nie powstała w celu napisania „hitu”, to nie miała być przede wszystkim popularna książka, to miało być po pierwsze, dzieło które coś mówi i coś przekazuje. Widać wyraźnie, że Dostojewski skupiwszy się na tym co chce powiedzieć, wszystko inne przystosował dla tego celu, dlatego też wyszło mu to tak dobrze.

Gdyby teraz ktoś zafascynowany tą twórczością, chciał napisać coś w tym stylu istnieje realne niebezpieczeństwo, że zapomniałby o treści. tak bardzo skupiłby się na klimacie, na podobnym wprowadzaniu bohaterów, na równie długim pokazywaniu myśli, że cały temat i sens umknął mu w tym natłoku. Sam Dostojewski mało zaś poświęcał uwagi tym rzeczom, ważne zaś było dla niego to przesłanie, które zawierał w swym dziele.

Analiza literacka przeprowadzona przez Chestertona w „Heretykach” dowodzi, że Dostojewski nie był bynajmniej w tym jedynym. Większość sławnych i poczytnych pisarzy, za ważniejsze od popularności, uznawało przekaz swoich dzieł.

Wychodzenie od przekazu i treści, jest zresztą o wiele łatwiejsze i upraszcza tworzenie. Treść łatwo ubierzemy w formę. Niezwykle trudno zaś dosztukować formę do treści i zwykle nie wiele dobrego można powiedzieć o jej jakości.

Problem ten pojawia się również w filmach. Pokpienie treści to już rutyna sequeli. O ile pierwsza część wynika często z pomysłu i coś zawiera. O tyle druga, stara się jedynie zachować formę pierwowzoru i być hitem, dlatego często jest bezwartościowa.

W swoim opowiadaniu chciałem przypomnieć czytelnikowi, że sztuka jest nade wszystko środkiem przekazu. I tak jak nie można wygłosić dobrej mowy, gdy nie ma się nic do powiedzenia, tak też nie można zrobić dobrego dzieła, gdy nic nie ma się przekazania jego odbiorcy.

Historia i analiza najlepszych literatów i twórców, prowadzi nas do tylko jednego wniosku: Najlepszą radą jaką można dać początkującym, to to by się nie martwili formą, tylko dobrze zastanowili nad tym co chcą przekazać, co wiedzą i co mogą światu dać. Mając zaś już to co najważniejsze, zwykle łatwo przychodzi ubrać to w odpowiednie szaty. Jeśli zaś nie wiemy o czym mówić, ciężko znaleźć i piękne słowa.

Jak powiedział pewien sławny mówca: Trzymaj się tematu, a słowa same się znajdą.

Na koniec przedstawię obrazujący to wszystko zasłyszany (zaczytany? podebrany?) żart programistyczny:

„Kiedyś na zajęciach z Analizy, projektowania i programowania obiektowego kolega stwierdził, że ma problem z wymyśleniem nazwy dla klasy. Wywiązała się taka mniej więcej rozmowa:

– A co ta klasa robi?
– Noo... w zasadzie to nic.
– To po co ona jest?
– W sumie to nie wiem.

Nic dziwnego, że nie wiadomo było, jak ją nazwać.”

Ciężko nazwać coś, co niczemu nie służy. Niemożna ubrać powietrza. Zaczynajmy więc zawsze od istoty, a to co drugorzędne, zostawmy sobie na koniec. Skupmy się na tym co najważniejsze. :)

Pozdrawiam serdecznie,
Ten Śmiertelny
purpur dnia 15.05.2018 12:32 Ocena: Świetne!
HiHi...

Cytat:
Niby bowiem jest pozytywny, a jakby niby nie…
- no nie jesteś pierwszy, który to dostrzegł, gdyż jesteś drugi :) Fakt, ale... tym razem to była zazdrość drogi Długożyjący, nic więcej! Czysta i niepohamowana zazdrość, iż żeś poczynił coś takiego! Bo to zaiste świetny tekst jest!

Ten_Smiertelny napisał:
Zdaje się jakbyś twierdził, że gdyby to był tylko lekki i zabawny tekst o niczym, to byłoby dobrze,


oraz

Ten_Smiertelny napisał:
Purpurze, ty przecież chwalisz mi tutaj przede wszystkim formę, nawet sugerujesz, że końcowa myśl


Jeśli tak odczytałeś moje słowa, to znaczy, że kiepsko je napisałem. Uważam, że zarówno forma, treść, jak i wykonanie były świetne ( niesamowite, ale zadrżała mi dłoń nad "bardzo dobre" - widzisz jakie emocje - autorskie - wyzwalasz :p ). Podsumowująca puenta byłą również świetna! Bez dwóch zdań, bez niej, to wszystko co przeczytałem byłoby bez sensu - baaa!! jeśli by jej nie było, tylko nie daj boże, uciąłbyś, to bym Tobie zmył głowę, że takie szroty wklejasz na portal :)
To naprawdę jest świetny tekst.
Po prostu wyglądało to tak, że płynąłeś z tekstem, z myślami, z atmosferą... To było delikatne, pasowało do siebie... A na koniec, tak jakbyś pozwolił sobie wrócić, do podłogi i, być może zmęczony, pozwoliłeś na zdanie bez tej całej magii która pojawiła się wcześniej. Tyle...

To jest mój ulubiony Twój tekst! I nawet go oceniłem - a jeśli nie mogę dać najwyższej oceny, to nie daję jej wcale!

Cytat:
Chętnie zadałbym ci Purpurze jedno pytanie: Czy pisarz jest błaznem?

Oczywiście, że tak.
Bo tylko błazen, lub kompletny szaleniec, oddaje na pastwę ludzkich oczu, kawałek z siebie, licząc na to, że oni tego nie rozszarpią, nie zagryzą.

No i któż inny może powiedzieć królowi, że mu nogi capią... ( Myślę, że to zdanie da się przyłożyć i do nie-królów, i do nie-nóg, i do... zresztą... myślę, że zrozumiesz :)

Tymaczasem pozdrawiam,
Purpur
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
MP642
10/12/2018 19:39
Jak to bez przesady, skoro cały "Uwięziony" jest… »
AntoniGrycuk
10/12/2018 19:29
Tak. Ta część brzmi jak początek książki. I teraz powinny… »
Darcon
10/12/2018 18:36
Witaj, Marcinie. Tak, dolna półka jest "moją… »
MarcinD
10/12/2018 18:34
Małe kawałki wynikają z tego, że dzięki takiej długości,… »
StalowyKruk
10/12/2018 16:06
Szybko. Niestety znów krótko i znów dolna półka. No cóż, ja… »
Darcon
10/12/2018 14:57
Bez przesady, aż tak strasznie nie było, MP642. ;) Tekst… »
czarnanna
10/12/2018 14:38
Silvus dzięki, przecinki to jak wiesz - moja zmora :) Dzięki… »
Silvus
10/12/2018 14:13
Brak przecinka przed "by". Zacząłbym z… »
Marek Adam Grabowski
10/12/2018 14:02
Nawet zabawne ;) . To gra sów o odkupieniu win-… »
Silvus
10/12/2018 14:01
Brak przecinka przed "czyli". Czy ja wiem, czy… »
Darcon
10/12/2018 13:23
Ależ metafor tu zmieściłeś, Florianie. :) Nie wiem, czy jest… »
Zola111
09/12/2018 23:32
Niczyjko, na takie rozjechanie partii dialogowych jest… »
Jacek Londyn
09/12/2018 17:50
Poeci to mają klawe życie, nie muszą myśleć o… »
22227
09/12/2018 16:55
Dzięki za komentarz, fajnie, że się podobało. »
mike17
09/12/2018 16:11
Arkady, wielkie bravo za wrażliwość poetycką, którą bardzo… »
ShoutBox
  • Zola111
  • 09/12/2018 23:46
  • A możecie zagłosować na wiersze Zaśrodkownia#29!
  • BlueRiver
  • 09/12/2018 15:33
  • Esy Floresy - jestem ZA ;)
  • Esy Floresy
  • 09/12/2018 15:21
  • Jest niedziela, relaks, Ludziki ;)
  • BlueRiver
  • 09/12/2018 15:15
  • allaska - każdy pisze jak chce i ile chce i nic Ci do tego.
  • StalowyKruk
  • 09/12/2018 14:28
  • Nawet tutaj disco polo? Spadam stąd.
  • mike17
  • 09/12/2018 14:22
  • Zespół Bolter to akurat nie jest disco polo. A utwór zapodałem dlatego, że mam z nim wiele pięknych wspomnień. W tej edycji MUZO WEN jakoś Cię nie widziałem - strach przed konfrontacją z innymi?
Ostatnio widziani
Gości online:12
Najnowszy:qsmer
Wspierają nas