Panie weterynarzu, ratuj! - Carvedilol
Proza » Dla dzieci i młodzieży » Panie weterynarzu, ratuj!
A A A
Od autora: Humoreska dla najmłodszych.

 

Panie weterynarzu, ratuj!
 
  Weterynarz w swojej pracy napotyka na przeróżne trudne i dziwne przypadki. Mały Tomek od zawsze chciał leczyć zwierzęta. W maleńkiej Wólce Ogryzkowej, w której mieszkał, nie było niestety żadnego weterynarza, najbliższy mieszkał trzy wioski dalej. Dlatego razem z koleżanką Zosią utworzyli własną klinikę dla zwierząt. Każde stworzenie mogło liczyć na pomoc, pracy więc mieli co niemiara. Tomek był dziesięcioletnim chłopcem, który pełnił funkcję lekarza, zaś jego rówieśniczka Zosia dzielnie mu asystowała. To ona miała pierwszy kontakt z pacjentem, wołając go przez otwarte drzwi gabinetu lekarskiego.
 
* * *
 
– Proszę!
  Do gabinetu wskoczyło coś małego i żółtego.
– Musicie mnie ratować! – wykrzyknęło. Tomek i Zosia pochylili głowy. Na podłodze podskakiwał mały kurczaczek, machając nerwowo skrzydełkami.
– A co się dzieje? – zapytał spokojnie Tomek.
– Jak to co się dzieje? – zaperzył się pacjent. – Nie widzicie? – gdaknął gniewnie.
  Weterynarz z asystentką, jak na zawołanie, pokiwali przecząco głowami.
–„To”, się stało – obwieścił kurczak, rozpościerając skrzydełka niczym orzeł z godła i dumnie wypinając maleńką pierś.
  Pracownicy wybałuszyli oczy.
­– Masz kurzą klatkę piersiową? – niepewnie zapytała Zosia.
– No ludzie, czy wy nic nie widzicie? Do kogo ja przyszedłem – nie dowierzał mały. – Przecież ja jestem cały… – wciągnął powietrze, po czym prawie wypluł kolejne słowo – …żółty!
– Ładny kolor, taki kanarkowy – pochwaliła Zosia.
– Dla mnie bardziej jak cytryna – skwitował Tomek.
– Ech, mężczyźni, nie znacie się na kolorach.
– Halo! – przerwał krzykiem te dywagacje kurczak. – Poczytałem w Internecie i rozpoznałem u siebie żółtaczkę. Mama brązowa, tatko biały, to skąd ja taki? Zainteresowałem się i znalazłem odpowiedź.  Pewnie mam bardzo chorą wątrobę. Cały jestem żółciuteńki. Czy bardzo ze mną źle? – spojrzał błagalnie na weterynarza swoimi małymi ślepiami, przypominającymi dwa guziczki.
– Ech, kurczaku! – załamała ręce Zosia. – Z Internetu trzeba umieć korzystać.
– Nic ci nie dolega – przejął pałeczkę Tomek. Delikatnie uniósł ptaszka, ułożył na kozetce i szybko zbadał, zaglądając do gardła, osłuchując stetoskopem i uciskając brzuch.
– Wątróbka zdrowa jak i cały kurczak – postawił diagnozę. – To zażółcenie, to naturalny proces u drobiu w twojej rodzinie, wszystkie kurczaki tak mają. Na taką „żółtaczkę” jest jedno stuprocentowe lekarstwo – musisz dorosnąć i wtedy twoje piórka przybiorą inny kolor.
– Naprawdę? Nic mi nie jest? – nie dowierzał jeszcze maleńki pacjent.
– Możesz o tym przeczytać w tym swoim Internecie, ale najlepiej zapytaj rodziców. Oni też kiedyś mieli żółte upierzenie, zapewniam cię – ostatecznie rozwiał wątpliwości weterynarz.
– Dziękuję! – zapiszczał radośnie. – To się nazywa fachowa porada. Teraz będę spokojnie mógł grzebać w ziemi i wcinać robaki. Bo już myślałem, że to przez nie. Uff…
  Po czym zeskoczył zgrabnie na podłogę i powoli, kręcąc maleńkim kuperkiem opuścił gabinet.
– O, kurczę! – skwitowała Zosia. – To się nam trafił oryginał.
 
* * *
 
– Następny, proszę!
  Tym razem z szelestem skrzydeł wleciał średnich rozmiarów nietoperz.
– Czy można zasłonić rolety i zgasić światło? – zapytał zamiast powitania, mrużąc oczy.
  Zosi nie trzeba było dwa razy powtarzać, szybko zaciemniła pomieszczenie, zostawiając włączoną tylko małą lampkę na biurku.
– Co panu dolega? – przeszedł od razu do sedna Tomek.
– Mam nietypowy problem, a wynika on z mojego zamiłowania do muzyki.
– Doktor opanował również laryngologię zwierzęcą, proszę się nie martwić problemami ze słuchem – uspokajała asystentka.
– Najbardziej lubię Bacha – kontynuował pacjent, ze zdziwieniem patrząc na dziewczynkę – niedawno więc kupiłem odtwarzacz cyfrowy z zestawem słuchawkowym i całą kolekcję dzieł kompozytora.
– Do rzeczy – ponaglił weterynarz.
– Problem pojawił się, kiedy słuchając muzyki, ruszyłem na nocne łowy. Nagle nie potrafiłem znaleźć właściwej drogi i co rusz wpadałem na jakieś drzewo czy inną przeszkodę. A najdziwniejsze jest to… – tu zawiesił głos – że kiedy zdejmuję słuchawki, problem znika.
– Panie nietoperzu, sprawa jest banalna, ale na wszelki wypadek zaglądnę do pańskich uszu.
 Tomek założył na głowę opaskę z silną żarówką i dokładnie przestudiował uszy gacka.
– Trochę woskowiny się zebrało, zaraz to wyczyścimy, ale problem leży w naturze nietoperzy.
– Nie czujesz jak rymujesz – zaśmiała się pod nosem Zosia.
– Pani Zosiu, proszę przygotować zestaw irygacyjny i nie dogadywać.
  Zosia szybko przygotowała wielką strzykawkę, miskę ciepłej wody i Tomek kilkakrotnie wstrzykiwał do każdego ucha dużą ilość płynu, aż ten wypłynął z zielonobrązową treścią, zalegającą w przewodach słuchowych.
– No, sprawa załatwiona – rzekł, zdejmując rękawiczki.
– A co ze słuchaniem muzyki? – dociekał nietoperz, wzlatując pod sufit i czepiając się pazurami karnisza, w pozycji głową w dół.
– To trudniejsza sprawa – zasępił się Tomek. – Niestety, nie mogę pomóc. Nietoperze mają zdolność do echolokacji…
– Echo… od … kolacji?... – zdumiał się wiszący pacjent.
– E–cho–lo–ka–cji – przesylabizowała pomocna Zosia.
– Polega to na tym – wyjaśniał dalej Tomek – że poruszacie się, odbierając dźwięki z otoczenia, dzięki temu orientujecie się w położeniu w przestrzeni i możecie latać w ciemności. Pod warunkiem, że macie prawidłowy słuch. Jeśli zatkasz uszy, to tak, jakbyś mi zasłonił oczy. Będziesz poruszał się po omacku.
– Czyli… w czasie lotu nie mogę słuchać muzyki? – dopytywał meloman spod sufitu.
– Niestety nie. Ale w czasie jazdy czy lotu i tak nie powinno się używać słuchawek, żeby nie spowodować wypadku, przez brak koncentracji. Na pocieszenie dodam, że słuch masz absolutny. Chętnie pożyczę ci płyty z mojej prywatnej kolekcji.
– Dziękuję – rozpromienił się nietoperz, rozciągając skrzydła.
  Zosia, korzystając z okazji pstryknęła fotkę smartfonem.
  Kiedy pacjent opuścił gabinet, pokazała telefon przełożonemu. Na ekranie ukazał się dziwnie znajomy kształt.
– Całkiem jak… – zaczął Tomek, ale przerwała mu asystentka.
– Batman, wypisz, wymaluj, znak Batmana.
– Nie wiedziałem, że Batman uwielbia Bacha – zaśmiał się chłopiec, a Zosia dołączyła do niego szczerząc białe ząbki i odsłaniając dziurę po brakującym mleczaku–siekaczu.
 
* * *
 
– Następny, proszę!
  Na wezwanie do gabinetu wtoczył się wielki, krąglutki indor o niebieskoczarnym upierzeniu, z charakterystycznym czerwonym grzebieniem i koralami.
– Dzień dobry! – zagulgotał.
– Witamy! – odpowiedzieli chórem Tomek i Zosia.
– Przychodzę ze sprawą natury dość… krępującej – zaczął pacjent. – Otóż, wczoraj skusiłem się na groszek. Wiecie, taki młody, który tylko czeka, żeby wyciągnąć mięciutkie, jędrne ziarenka ze strąka. Pyszności. No, ale zostałem ukarany, chyba trochę przesadziłem z ilością.
– Ile pan zjadł? – Tomek jak zwykle zadawał krótkie, konkretne pytania.
– No, będzie tego trochę, a nawet dużo, jakby tak policzyć… – plątał się indor.
– Proszę pana, to nie matematyka, a my mamy jeszcze wielu pacjentów, do rzeczy – szorstko przerwała wyliczankę Zosia.
– Może dwieście, trzysta deko… – wymamrotał ptak, a czerwień z grzebienia spełzła na szyję.
– Głośniej, proszę! – ponaglił Tomek.
– Może czterysta… – jeszcze ciszej doleciało spod grzebienia.
– Ile?! – warknęła zniecierpliwiona asystentka.
– Pół kilo jak nic! – gulgnął teraz już potężnie indor. – Pół kilo, niech mi korale odpadną, jeśli mniej.
– I co się teraz dzieje?
– Teraz mam… – zaczerwienił się indyk – problemy natury jelitowej.
– Biegunka? – nie owijał w bawełnę Tomek.
– Tak, fachowo rzecz ujmując.
– Ile razy?
– Co godzinę muszę biegać.
– Czy towarzyszą temu bóle brzucha?
– Niewielkie, tycie, nawet tyciuteńkie, powiedziałbym.
– W takim razie proszę położyć się na kozetce. Muszę zbadać brzuch.
  Niestety nie obyło się bez pomocy Zosi i doktora, gdyż indyk raczej nie należał do wagi koguciej i sam nie dał rady wdrapać się na łóżko. Kiedy już pacjenta udało się ulokować na świeżo położonym papierowym podkładzie, Tomek przystąpił do badania. Delikatnie obmacał wzdęty brzuch, w paru miejscach popukał, przyłożył słuchawkę.
– Meteorismus – zdiagnozował.
– Co? – zapytała głupio Zosia, a indor tylko zbladł.
– Wzdęcie, spowodowane zbyt dużą ilością gazów. Typowy objaw przejedzenia, zwłaszcza wzdymającymi potrawami, jak wspomniany groszek. To nic poważnego, a na biegunkę zalecam jeść węgiel.
– Węgiel? – przestraszył się pacjent, z zadziwiającą energią podrywając cielsko do góry i stając na nogach. – Taki czarny, którym gospodarz w piecu pali? Chcecie mnie otruć?
– Spokojnie, nie o taki węgiel chodzi, tylko węgiel medyczny. Tabletki, które pomogą przy pańskich dolegliwościach. I do czasu ustąpienia objawów proszę stosować dietę kleikową i pić dużą ilość płynów, żeby się nie odwodnić. Jutro, najpóźniej pojutrze, wszystko wróci do normy.
  Indyk schował za pazuchą otrzymane od Zosi opakowanie tabletek, podziękował i skierował się ku drzwiom. Zanim wyszedł, odwrócił się jeszcze i dodał zamyślony:
– To mój gospodarz musi często mieć biegunki, strasznie dużo tego węgla zużywa.
– Ech – westchnęła Zosia, kiedy za pacjentem zamknęły się drzwi – czasami się człowiek nagada, a pacjent i tak wie swoje lepiej.
– Tak bywa, Zosiu – potaknął Tomek – najważniejsze żeby poczuł się lepiej, a teraz zróbmy pięć minut przerwy, bo i ja wczoraj zjadłem trochę groszku.
 
* * *
 
– Następny, proszę!
  Powoli, kolebiąc się na boki, wkroczyła różowa świnka. Przynajmniej w tych miejscach, gdzie nie była upaćkana błotem.
– Ostrożnie, wszystko nam tu pani zabrudzi, dopiero używałam mopa – zabiadoliła asystentka.
– Przepraszam – zawstydziła się świnka.
– Pani Zosiu – zbeształ pomocnicę Tomek – proszę nie stresować pacjentki. Zapewne w ważniejszej sprawie do nas przychodzi, później tutaj posprzątamy.
  Zosia, nieco zagniewana, stanęła w kącie, dzierżąc w rękach drążek mopa, nie odzywając się jednak.
– Co pani dolega? – tradycyjnie zaczął rozmowę weterynarz.
– Wstydzę się o tym mówić – wyszeptała, chrumkając nerwowo.
– Proszę się niczego nie obawiać – uspokajającym głosem przemawiał Tomek. – Tajemnica lekarska. Nic o czym pani powie, nie wydostanie się poza ten gabinet.
  Świnka niepewnie spojrzała w kąt, gdzie sterczała Zosia.
– Mnie to też dotyczy – uśmiechnęła się niemrawo dziewczynka. Po czym wykonała gest zamykający usta, udając, że przekręca niewidzialny kluczyk, który następnie odrzuciła.
– No, dobrze – uspokoiła się nieco pacjentka. – W końcu przyszłam tu po pomoc.
– Nie przedłużajmy zatem – ciepło rzekł Tomek.
– Panie weterynarzu, kiedy mówię do kogoś z bliska, to mam wrażenie, że wszyscy się odsuwają, albo szybko kończą pogawędkę. Chyba coś jest nie tak z moim oddechem.
 – Proszę otworzyć ryjek.
  Kiedy świnka wykonała polecenie, Tomek odsunął się gwałtownie, a Zosia szybko uchyliła okno, pokasłując i machając ręką wokół nosa.
– To halitoza – rzekł Tomek, kiedy świnka zamknęła buzię i wróciły mu kolory.
– Czy to coś poważnego? Może przez zmianę diety?
– Halitoza to nieprzyjemny zapach z ust. Sam w sobie nie jest straszną chorobą, ale nie jest miły dla innych. Łatwo go zamaskować żując listki mięty lub natkę pietruszki. Niestety, tutaj mamy coś więcej. Próchnica i jeden zepsuty ząb. Trzeba go, niestety, wyrwać. Na szczęście Zosia ma w tym doświadczenie.
  Dziewczynka uśmiechnęła się do świnki, ukazując szczerbę w górnej szczęce – brak jednego siekacza.
– Na sobie próbowała? – wystraszyła się świnka, aż na chwilę wyprostował się jej, zazwyczaj spiralnie zwinięty, ogonek. – No, sama nie wiem.
  Lecz zanim pacjentka zdążyła się porządnie zastanowić, już leżała w fotelu dentystycznym, a Zosia, odpowiednio przebrana, z maseczką na twarzy i w okularach ochronnych, była gotowa do działania.
– Uwierz mi, nie będzie bolało, dam zastrzyk ze znieczuleniem, a potem usunę martwy ząb. Jeśli ja tego nie zrobię, niedługo i tak sam wypadnie.
– To może poczekamy? – próbowała oponować świnka.
– Chcesz się pozbyć przykrego zapachu na dobre? Poza tym zrobi się stan zapalny i choroba przejdzie na inne zęby.
– Dobrze, zgadzam się – potaknęła głową pacjentka. Zanim zdążyła się przygotować na ból, Zosia już podtykała jej w kleszczach wyrwany ząb.
– Bla… bla… bla… – usiłowała coś powiedzieć świnka. Dziewczynka usunęła wszystkie gaziki i gestem kazała ponowić wypowiedź.
– Prawie cały czarny – wydukała, chrumkając z fotela, świnka. – Ale szybko poszło i naprawdę nie czułam bólu. Dziękuję Zosiu, jesteś cudowną dentystką.
  Zosia zarumieniła się na pochwałę i na odchodnym wręczyła zestaw dentystyczny swojej nowej pacjentce.
– To szczoteczka, pasta i nić. Aby dobrze dbać o uzębienie.
– Tylko następnym razem proszę się nieco umyć przed wizytą – dorzucił Tomek, trzymający się na uboczu.
– Ależ panie doktorze, to przecież drobnostka, zmyje się i po krzyku. Najważniejsze jest dobro pacjenta. Po czym złapała za wiadro, mopa i pogwizdując, zaczęła czyścić podłogę.
– I zrozum tu dziewczyny – pomyślał Tomek, drapiąc się po głowie. – Ani w ząb nie pojmuję.
 
* * *
 
– Następny, proszę!
Tym razem do gabinetu leniwie wszedł mały gryzoń.
– Witam, jestem suseł, czy pan weteryniarz? – rzekł powoli, cedząc słowa.
– Weterynarz – poprawiła Zosia.
– Witamy, w czym możemy pomóc? – zainteresował się Tomek.
– Chyba mam problemy z tarczycą. Słyszałem o takiej japońskiej chorobie tarczycy. Ciągle chce się spać, trudno się skoncentrować i nic się nie chce.
– Zapewne ma pan na myśli chorobę Hashimoto, nazwaną od japońskiego uczonego.
– Hashi.. może toto, wszystko mi jedno, tylko mi pomóżcie.
  Tomek wypytał dokładnie o inne objawy, szczegółowo zbadał skórę, głowę, osłuchał serce, popatrzył na cztery kończyny, i obmacał brzuch.
– Ja nie widzę żadnych nieprawidłowości…
– Zaraz, zaraz – przerwał pacjent, wolno wypowiadając każde słowo. – Sława waszej placówki sięga daleko. A ja nie po to przybyłem z gór, żeby bez żadnych badań tak mnie teraz odsyłać. Może jakieś dodatkowe trzeba.
– Nie będą potrzebne – zaczął Tomek.
– Ale ja proszę, przecież na pewno to się da jakoś wyjaśnić.
– Jesteś zdrowy, suśle… – próbował dalej przekonać pacjenta chłopiec.
– A... le… – ponownie przerwał niesforny ssak.
– Szefie, ja to załatwię po swojemu, inaczej do jutra stąd nie wyjdziemy – odezwała się milcząca dotąd Zosia. Przygotowała szybko strzykawkę, zestaw probówek i z olbrzymią wprawą wbiła igłę w żyłę.
– W takim razie proszę pobrać krew na badania hormonów tarczycy.
  Minutę później krew w probówce już wirowała w maszynie.
– Teraz proszę udać się do poczekalni. Poprosimy pana, gdy tylko otrzymamy wyniki.
  Suseł, stąpając coraz wolniej, wyszedł zadowolony. Dwie godziny później Zosia podała przełożonemu kartkę z wynikami badań.
– Tak jak mówiłem, wszystko w normie, poproś pacjenta, Zosiu.
– Pan suseł, proszę! – krzyknęła, otworzywszy drzwi. Odpowiedziała jej cisza.
– Pan suseł! – krzyknęła głośniej. Spróbowała po raz trzeci, ale ponownie bezskutecznie. Wyszła więc do poczekalni, by po chwili wrócić, niosąc pacjenta na rękach.
– Usnął – oceniła – nie da się go obudzić.
– To właśnie chciałem mu przekazać. Po prostu zapadł w sen zimowy, jak to susły mają w zwyczaju. Zupełnie zdrowy i prawidłowy odruch.
– Ale co my teraz z nim zrobimy? – zatroskała się Zosia.
– No cóż, na razie ulokuję go u siebie w domu i poproszę tatę, aby go zawiózł w góry. Znajdziemy mu jakąś ciepłą norę.
– To się zdziwi, kiedy się obudzi – zaśmiała się dziewczynka.
– Taaa… – ziewnął Tomek – zazdroszczę mu takiego długiego snu. Na pewno będzie miał więcej energii, niż ja po takim męczącym dniu.
– No to chyba na dzisiaj koniec… – nie dokończyła Zosia, gdyż dało się słyszeć głośne łomotanie do drzwi.
 
* * *
 
– Proszę!
  Do gabinetu wparował Wacek, znany w okolicy domorosły detektyw. Głowę miał obwiązaną chustą, spod której wyzierały pulchne policzki.
– Ale to klinika weterynaryjna, nie leczymy ludzi – zaoponowała Zosia.
– No to dobrze trafiłem.
– A w czym problem? – zapytał Tomek.
– Byłem już z mamą u pediatry. Powiedział, że mam świnkę. No to bardzo przepraszam, kto najlepiej wyleczy świnkę, jak nie weterynarz, co nie? – uśmiechnął się szelmowsko.
– O matko i córko! – złapała się za głowę Zosia.
  Tomek tylko poklepał kolegę po ramieniu i powiedział:
– Damy radę, będzie dobrze. Przy okazji wyleczymy też z małpiego rozumu.
 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Carvedilol · dnia 03.03.2018 14:05 · Czytań: 397 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 11
Komentarze
Alen Dagam dnia 04.03.2018 17:42
Uwielbiam Twoją wyobraźnię i umiejętność wplatania w opowiastki dla dzieci pojęć ze świata dorosłych. Na przykład to:
Cytat:
To ona miała pierw­szy kon­takt z pa­cjen­tem, wo­ła­jąc go przez otwar­te drzwi ga­bi­ne­tu le­kar­skie­go

Przy tym zdaniu, jak i w kilku innych fragmentach obawiam się jednak, że najmłodsi, dla których, jak piszesz, jest ta humoreska, mogą nie zrozumieć, o co chodzi. Dorosły ma ubaw czytając, owszem :)
Czasami masz tendencję do stereotypów, np.:
Cytat:
Ech, męż­czyź­ni, nie zna­cie się na ko­lo­rach.

Nie przepadam za tym, ale może to moje skrzywienie.

Lubię natomiast zabawy słowami, których jest tu mnóstwo :)

I jeszcze jedno pytanko, tak już po cichutku: to będzie kiedyś wirtajka? Wiem, że do działu naszych bajek mało kto zagląda, a do tekstów z półek bardziej, więc chyba rozumiem zamysł - chyba, że zrezygnowałeś z pisania wirtajek, ale to by było przykre...
Carvedilol dnia 05.03.2018 10:30
Witaj ALen To miała być wirtajka.

Jednak nie z powodu komentarzy ją tutaj dodałem. Oczywiście jestem łasy na komentarze jak Puchatek na miód, wiadomo, że na półkach łatwiej o takowe (zwłaszcza te krytyczne pomagają ocenić tekst).
Bajkę dodałem tutaj, bo nie byłem pewny czy się nadaje dla dzieci - jak widać po półce nie nadaje się. Nie ma więc sensu obarczać korektorki poprawą, bo proza wymaga zawsze więcej czasu, a tekst raczej i tak do wirtajek nie trafi. Podejrzewam, że nie babole językowe, tylko sama treść jest za słaba, albo po prostu nieodpowiednia dla dzieci. Niestety mam taką tendencję, że jak coś na wesoło piszę dla dzieci, to nie umiem nie dodać czegoś dla starszych, aby i czytający maluchom mógł się uśmiechnąć. Tym razem nie wyszło.
Ale z wirtajek nie zrezygnowałem, jedna czeka w kolejce - najdłuższa jak do tej pory moja.

Pozdrawiam wirtajkowa mamo.

Carvedilol
Alen Dagam dnia 05.03.2018 18:29
Wiesz, ocenienie przez redakcję na dolną półkę nie zawsze oznacza, że treść nie nadaje się dla dzieci. Ja bym tego od razu nie skreślała, lecz zapytała redaktorów prozy, co ich zdaniem należałoby zmienić, by tekst stał się lepszy. Może jednak chodzi o formę, a nie treść?
Napisz do nich, na pewno ktoś Ci odpowie.
A co do kategorii: może nie dla najmłodszych, ale już dla starszych dzieci? Takich w wieku bohaterów - czyli szkolnych?
Darcon dnia 05.03.2018 18:37
Carvedilolu, dobrze zauważyłeś, utwór w obecnej formie nie nadaje się dla dzieci. Ale zgadzam się z Alen, wyobraźnię masz, tylko forma utworów dla dzieci to trudna sprawa.
Carvedilol dnia 05.03.2018 20:23
Alen Darcon dzięki za komentarze

Jak widać na wirtajkę się nie nadaje myślałem że ze względu na treść bo podobną formę zastosowałem w Czy kura ma DNA? I trafiła na górną półkę a teraz jest wirtajką.
Jak widać i forma źle dobrana.

Nie zniechęcam się. Do następnego razu.

Carvedilol
Darcon dnia 05.03.2018 21:28
Carvedilolu, jeśli spojrzysz na zaznaczone fragmenty, możesz uda Ci się je poprawić. Niestety nie mogę rozpisywać się przy każdym zdaniu. Mam nadzieję, że wyłapiesz, dlaczego zgrzytały mi te fragmenty.
Cytat:
–„To”, się stało – ob­wie­ścił kur­czak, roz­po­ście­ra­jąc skrzy­deł­ka ni­czym orzeł z godła i dum­nie wy­pi­na­jąc ma­leń­ką pierś.
Godło niewiele maluchom mówi, to mglisty atrybut w tym wieku.
Cytat:
Pra­cow­ni­cy wy­ba­łu­szy­li oczy.
Dzieci?
Cytat:
– Ech, męż­czyź­ni, nie zna­cie się na ko­lo­rach.
Mężczyźni?
Cytat:
– Halo! – prze­rwał krzy­kiem te dy­wa­ga­cje kur­czak.
Dywagacje? Dzieci znają takie słownictwo?
Cytat:
To za­żół­ce­nie, to na­tu­ral­ny pro­ces u dro­biu w two­jej ro­dzi­nie,
Naturalny proces u drobiu?

Możesz pod tym kątem przejrzeć pozostałe fragmenty? Pewnie bajkę da się jeszcze "uratować". :)
Pozdrawiam.
Carvedilol dnia 06.03.2018 11:09
Darcon

te fragmenty, które zaznaczyłeś to celowo użyte sformułowania lub słówka. Być może nie wszystkie zrozumiałe dla dzieci, ale od czego są dorośli. W animacjach dla dzieci (typu Shrek i wiele innych) padają często trudniejsze słówka, aluzje, które są bardziej dla starszych niż dla maluchów, dzieci ogarniają całość, nawet jeśli nie każde słowo jest jasne. Więc musiałbym napisać wszystko od nowa, ale to już było by coś zupełnie innego niż zamierzałem.
Dzięki jednak za wyłożenie co było nie tak. Wiem już jak nie pisać wirtajek dla ogółu dzieci. Jest dla mnie oczywiste, że np. sformułowanie "masz kurza klatkę piersiową" będzie przez dzieci nie do końca zrozumiałe, ale i nie każdy dorosły wyłapie żarcik, jak wiem z doświadczenia.

Pozdrawiam
Carvedilol
Darcon dnia 06.03.2018 12:25
Obecne animacje kinowe są dosyć wymagające, nie dla najmłodszych dzieci. Mówię o Shreku itp. Do tego dochodzi obraz, który jest dużym wspomagaczem przy rozumieniu scen, plus mimika twarzy i sylwetki... Ale mogę się mylić w osądzie. Poproszę Miladorę, aby tu wpadła. :)
Carvedilol dnia 06.03.2018 12:51
Heh, ja się nie upieram żeby tekst wstawić do wirtajek, sam miałem wątpliwości, dlatego po raz pierwszy dodałem na portal do oceny, a nie bezpośrednio. Sprawa jasna. Ciekawy jestem zdania Miladory, może jak wytnie 3/4 tekstu to będzie jak znalazł.
Niniejszym temat zakończony, dzięki Darcon.

Carvedilol
Miladora dnia 07.03.2018 00:43
Carvedilol napisał:
może jak wytnie 3/4 tekstu

Nie wycięłabym, ale coś niecoś byłoby do przerobienia. :)
Podałeś przykład tekstu "Czy kura ma DNA" - też o nim pomyślałam, bo te dwie opowieści różnią się w jednym, ale zasadniczym punkcie.
Chłopcy, detektywi z "Kury", zachowywali się mimo wszystko jak dzieci, które się bawią.
Tutaj dzieci zachowują się i wyrażają jak dorośli - ta historia nie ma znamion dziecięcej zabawy, tylko normalnej, dorosłej pracy.
Owszem, tekst jest pomysłowy i dodatkowego smaczku dodaje mu pointa każdej części, ale w sumie, dla mnie, jest jakby za "sucho", zbyt medycznie i profesjonalnie.
Kiedy te dzieci, chodząc do szkoły i mając różne obowiązki, zdołały się tego wszystkiego nauczyć? Mogę uwierzyć, że z Internetu, ale musiałyby spędzać w nim całe godziny, na co normalni rodzice jednak by nie pozwolili. Więc ich profesjonalizm jest mało wiarygodny.
Konstrukcja tekstu, podzielonego na odcinki zaczynające od słów "Następny proszę", też jest jakby zbyt sztywna. Brakowało mi swobody w przejściu od jednego do drugiego pacjenta.
No i tego, o czym już mówiłam - dzieci nie robią wrażenia, że się bawią.
Co do słownictwa - nigdy nie uważałam, że należy unikać w literaturze dziecięcej trudniejszych słów, bo dzieci doskonale potrafią wychwycić znaczenie ich z kontekstu, poszerzając w ten sposób słownictwo. Zawsze też można dodać przypis na dole.
Gdybym więc miała cokolwiek sugerować - zasugerowałabym pójście w stronę większej lekkości i przyswajalności tekstu. Niechby on był po prostu zabawnie nieprofesjonalny i dziecinny, skoro w zasadzie jest dla dzieci. :)

Aha:
Cytat:
pracy więc mieli co nie miara.

- co niemiara -

Miłego, Carve. :)
Carvedilol dnia 07.03.2018 09:17
Dzięki Milu

Cenię sobie Twoja opinię. żeby nadać lekkości opowiadaniu, tak naprawdę trzeba by napisać je od nowa. Faktycznie, zbyt tu "dorosło", nie testowałem na dzieciach, ale pewnie i one by miały takie odczucia. Czyli jednym słowem, nie w tą stronę.
Pozdrawiam
Carvedilol
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Darcon
22/06/2018 07:19
Skłaniam się ku opinii Antoniego. To charakterystyczny… »
allaska
22/06/2018 07:03
Ty o burdelu, a ja wciąż nie wiem, co to sen wariata :) i… »
AntoniGrycuk
22/06/2018 05:45
Nie każ mi więcej zaglądać do tego tekstu. Więc tylko jeden… »
Decand
22/06/2018 01:11
I tu mnie masz. Chętnie się dowiem, gdzie takie… »
AntoniGrycuk
21/06/2018 23:09
W połowie dałem sobie spokój, bo to dla mnie bełkot. Wiem,… »
AntoniGrycuk
21/06/2018 22:49
Na temat treści się nie wypowiem, bo ta do mnie kompletnie… »
ajw
21/06/2018 21:44
Nie trzeba chodzić do burdelu, żeby wiedzieć jak wygląda… »
al-szamanka
21/06/2018 21:12
Hmm, Michale, żadnych rymów się nie doszukałam. Chodzi o… »
allaska
21/06/2018 20:07
Szymborska pisała o mapie pokazującej świat nie z tego… »
mike17
21/06/2018 19:20
Bo dla mnie miłość to nie słodkawe bzdety z harlekina. To… »
Hubert Z
21/06/2018 17:20
Witaj Dod, bardzo ciekawy wiersz. Wiem specem nie jestem,… »
Florian Konrad
21/06/2018 14:19
on pewnie też to robił :) »
Zingara
21/06/2018 14:19
dla mnie śliczny wiersz :) »
Kazjuno
21/06/2018 14:09
Optymistą jesteś poeto miły, mi się jawi obraz zncznie… »
viktoria12
21/06/2018 12:28
No, a trzecie? Mnie w tym proroctwie, Drogi Iluzjonisto,… »
ShoutBox
  • allaska
  • 21/06/2018 20:02
  • Ajw dopisałam coś w odpowiedzi na Twój zarzut o śnie wariata, pod moim wierszem pod tytułem trochę o śmierci:) pozdrawiam
  • jskslg
  • 21/06/2018 16:22
  • ALE DESZCZ NAWALA
  • mede_a
  • 21/06/2018 06:00
  • Masowy rimming pod wierszem, jeśli jest uzasadniony jego wartością, nie jest niczym nagannym, w przeciwieństwie do jałowego, chamskiego fuckingu, jaki TU niektórzy nieustannie prezentują.
  • jskslg
  • 21/06/2018 01:19
  • lepsze to niż masowy rimming
  • ajw
  • 20/06/2018 21:36
  • Niestety, zgadzam się z Jagą. Mam te same odczucia.
  • Gramofon
  • 20/06/2018 21:28
  • jak śpiewa klasyk "a ja wam mówię wszystko chuj" [link]
  • Gramofon
  • 20/06/2018 21:27
  • Gdy Ci smutno, gdy Ci źle, rzuć ten portal idź się przejść
  • Jaga
  • 20/06/2018 21:09
  • Załamka. Jestem na PP już 10 lat, nie mieszam się w potyczki słowne, ale to, co reprezentuje sobą Allaska , obniża poziom miejsca, w którym lubię przebywać. To nie jest nonszalancja, to brak kultury
  • allaska
  • 20/06/2018 20:48
  • Esy Floresy, bardzo Ci dziękuję kochana za ten wiersz Twój o wolności, bez niego nie byłoby mojej liszki, ślimaka i fartuszka mamy:) bardzo Ci wdziecznam. A.
Ostatnio widziani
Gości online:12
Najnowszy:gaavinsoul126
Wspierają nas