Zimowe zbiory - Canulas
Proza » Historie z dreszczykiem » Zimowe zbiory
A A A
Od autora: * Tekst zainspirowany wierszem Thomasa Hardy'ego, pt: "Życia nie miałem nigdy za warte zachodu"
Klasyfikacja wiekowa: +18

 

TW – Zimowe zbiory*

 

* Tekst zainspirowany wierszem Thomasa Hardy'ego, pt: "Życia nie miałem nigdy za warte zachodu" oraz tekstem Szudracz, pt: "Mors"

 

W myśl jakiegoś niepojętego prawa dla przeciwstawności, po kontaktach z tobą pozostało mi wręcz oblubienie do gorącej wody i chroniczny strach przed mrużeniem oczu. Owa kombinacja powoduje, że częstokroć nie dosypiam. Niemal zawsze też się witam poparzoną dłonią.

Biorę jednak ten zestaw takim, jaki jest, całość pozostawiając pod arbitralny osąd Bogu. Jeśli jego oględziny przebiegną krytycznie, gotów jestem uiścić opłatę.

 

 

Życia nie miałaś nigdy za warte zachodu.

Nie chciałaś uczestniczyć w jego pląsach, tańcach. Mówiłaś, że nie rozumiesz potrzeby tak długiej tułaczki. Po co to będzie trwało przez wiosny, jesienie, skoro można teraz i zobaczyć prędzej? Że koła rdzewieją, wypadają śruby.

Kiwałem z uznaniem, myśląc o czymś innym.

 

Mam wciąż przed oczami twą kwiecistą suknię. W barwach o wiele żywszych niż jest życia w tobie. Widzę, jak siedzisz zgarbiona, zapatrzona w grę iskier. Apatyczna twarz opływa blaskiem oleistej lampy. Jest tak smutna, zmarniała, że zdaje się, iż nawet cienie nie uczestniczą w jej tańcu. Nasłuchuję łoskotu, kiedy wiatr obnaża niedostatki fachowca, który wybudował chatę.

I wtedy jeszcze nie wchodzę, bo...

Wtedy jeszcze nie umiem.

 

Znajduję cię po śladach, które do chałupy musiał spędzić ziąb. Zbiedniała sceneria jest kwintesencją słów: Surowa – Majestatyczna.

Oblodzoną szosą nikt od dawna nie jeździł, więc mój jednoślad ma szansę zostać pionierskim przez dłuższy czas.

Tafla jeziora powleczona lodem, po którym bez obawy można biec. Karłowate sosny, gdzieniegdzie poprzechylane. Błota śnieżne, występujące z brzegów potworzyły utwardzone bagna i kręte, spiralne leje. Kredowe wzgórza tak jałowe w zwierzynę, że jedyne, co może zaoferować twe domowe muzeum, to chleb oraz herbata. Wychudłe okazy nieurodzajnych ryb umierające w samotności pod lodem.

Dla kogoś "spoza" – obce.

 

Tak otulony ramionami własnego ciepła, obchodzę chatę, widząc, że oszronione liście zostały już jedynie na najstarszych drzewach. Czarno-biały pies w łaty już nie pójdzie za gęsią, gdyż oboje leżą porośnięci lodem. Izba tortur bez narzędzi w środku.

Kolejne kroki przekonują mnie, bym się strzegł zbytniego wychodzenia na powierzchnię. Kiedy więc nie mam już czym odwracać wzroku, wracam i...

W twarde drewno (puk, puk)

Nic. Żadnej reakcji.

Naciskam klamkę, czując, że odnalazłem ogród, w którym wszystko umiera. Miejsce, gdzie samotność dawno wypłoszyła już namiętność.

— Kompasu szyba ci pękła, że tak długo?

Wylękniona z oczu, w zbyt dużym swetrze z zależałą na kolanach książką, nadal potrafisz zabić. Karmisz się bezradnością niemogących dotrzymać ci kroku. Ściągam czapkę. Rozpinam puchową kurtkę. Przy zdejmowaniu rękawiczek, kiwam nieznacznie głową.

— Nie albo tak, to żadna odpowiedź. Jaki był cel tej zwłoki?

Mógłbym odrzec cokolwiek. Kupić czas. Miast tego rozpoczynam tak, jak tego chcesz.

— Znalazłem ją w oddali, sprowadziłem w progi...

— Wołała mnie z pustki, prosząc się o dłoń. — Wchodzisz mi w słowo. Twe lico rozjaśnia chwilowy rozbłysk radości na myśl o tym, że ktoś jeszcze pamięta. Dwanaście lat. Końcowe wersy wygłaszamy już wspólnie. Dwa głosy się nie zgrywają, ale dwa serca tak.

— Pamiętasz, z którego zbioru? — pytasz z nadzieją w głosie. Błysk prawdziwego uśmiechu onieśmiela. Jedyny antybiotyk przeciw zmarszczkom.

Znam odpowiedź, lecz wpierw odwieszam porcelanowy kubek i czerpię nim wody z gara. Jest zimna, aż trzeszczą zęby. Tylko dwa małe łyki i odpowiadam:

— Chęć uszła wraz ze złożonym ślubem na ciemnej polanie

— Zbiór?

Biorę jeszcze dwa łyki. Odkaszluję. Pierwszy raz w życiu piję tak zimną wodę, że pali w środku.

— Pamiętasz, z jakiego zbioru?

— Kto dłubał w czaszce grzesznika? Mogę podejść?

Stojące na półce radio jest tak opatulone pajęczyną, jakby nie było używane od lat. Twoja twarz upiornie pogodna. Dosłownie, jakbyś wiedziała, że mroźna noc już cię dzisiaj nie dotknie. Piętrzące się w stosy książki obrasta zielony mech.

— Mogę?

Kiwasz głową. Siwy strączek uwalnia się spod czarnej chusty, którą masz przewiązane włosy. Zestawiam gar i biorąc spod niego taboret, siadam przy tobie. Smród powala. Kocie główki leżą ci na kolanach.

— Boże, co ty wyrabiasz? — pytam wprost.

Pokazujesz mi pomarszczoną dłonią ścianę, mówiąc, żebym popatrzył. Jedna głowa z łoskotem spada, tocząc się po podłogowych nierównościach. Słychać piski nienawykłych do tak nagłego poruszenia zwierząt. Kilka gryzoni pierzcha, jednak nie wszystkie. Dwa najbardziej bezczelne okazy dalej ogryzają ci stopy. Musi to trwać już długo, bo spiłowały ci kikuty do tego stopnia, że mogłabyś je zmieścić w pudełka po papierosach. Sczerniała krew ubarwiła ich niegdyś białe futra. Zrywam się z cholernego taboretu.

— Co do kurwy, że jebanej w łeb?!

— Nic nie czuję — mówisz. — Zamarzły mi dwa dni temu.

— Evelyn, posłuchaj mnie! Szukaliśmy cię odkąd tylko...

— Spójrz na ścianę!

Patrzę. Myśl o tym, że właśnie cię jedzą, wywleka mi żołądek na lewą stronę. Zaczynasz mówić. Głos masz przy tym szalony, nieobliczalny.

— Nasz portret się nigdy nie zedrze. Świece wbrew cieniom wiatru, mają się nad wyraz dobrze. Łby potulnych stworzeń wiszą już po obejściu. Chore liście dawno poumierały. Iglaste dogorywają. Z czego to?

— Posłuchaj, Eve. Natychmiast muszę cię zabrać do szpitala.

(jesteś nieubłagana)

— Z jakiego zbioru to jest?

— Kurwa mać. "W sprawach ludzkiego cierpienia nigdy się nie mylę". Dobrze? Może być?!

Zaraz tu zwymiotuję lub zemdleję. Cofam się, aż do okna. Tam przystaję, karmiąc się ułudnym fragmentaryzmem jasności. W zlewie dostrzegam talerz z zamarzniętymi resztkami niedojedzonego mięsa. Nie chcę się im przyglądać. Mam złe przeczucia.

— Deszcz zmyje nasze imiona wypisane na szybie. Lód wykruszy pamięć maleńkich stóp. Mapa naszej wędrówki jest nietrwała.

Pocieram skronie, czując, że lada moment mogę stracić przytomność. Zataczam się, wymiotując do zlewu. Zamarznięte karakany toną w fali przetrawionej surówki. Twoje: "a to?" ciągle świdruje mi uszy.

— Nikt tu nie umie kłamać — podaję tytuł, sądząc, że to wystarczy. Że będziesz miała już dość. Nie masz.

— Nieee!!! — krzyczysz, miotając się na fotelu. Kolejne odrąbane kocie główki z łoskotem uderzają o posadzkę. Wraz z nimi spada też coś, co robi hałas przynajmniej dwukrotnie większy. — Podaj mi ten pierdolony tytuł!

— To był dom, gdzie nikt nie musiał kłamać. — ponawiam, wysilając umysł. Pamiętam tylko, że książka miała zieloną okładkę i zdobne, złote litery. Czekam na twą reakcję, modląc się, by to, co leży w półmroku, było tylko objedzoną głową pluszowego misia czy plastikowej laleczki. Nie wygląda jednak na pluszową. Z tego całego nagromadzonego szaleństwa zaczyna mi skakać noga. Zęby uderzają o siebie, jakbym chwilę temu był w przeręblu. Jeden ze szczurów przyczajonych na najwyższej z szafek, spogląda w moim kierunku. Ślepia mu błyszczą nienaturalnymi rozbłyskami srebra.

— Prosiłem ją gardłem pełnym modlitw, a jej myśli harcowały zboczem. Mówiła: kulig mnie woła. I: pocałuj mnie w usta. Wabi mnie mróz i to, co jest za nim. Przyjmij cios mego pójścia. Nie waż się iść za mną. A to? Z czego to?

Nie mam już siły. Chcę tylko się stąd wydostać. Zobaczyć światło i odetchnąć tym jakże mroźnym powietrzem. Uciec jak najdalej. By cię jednak trochę uspokoić, rzucam, że to ze zbioru: "Potem nastały chwile ich wzajemnych zapatrzeń".

— Widzisz tę lampę? Co noc wokół niej kłębią się owady. Umierają, zwiedzone jej blaskiem. Bezsenność to dalszy przestrach. Inne, większe, rozbijają się w pędzie o siatkę werandy. Jestem już trochę na schodach domu, w którym zamieszkałam. Z czego to?

Zesztywniały, po ścianie, docieram do drzwi wyjściowych. Zupełnie bez świadomości, że gdybym został, że gdyby nie ten strach i szaleństwo. Że gdybym zszedł do piwnicy, może bym jeszcze zdołał... ich... całą piątkę...

Wychodzę jednak.

Uciekam.

Zwariowałaś.

 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Canulas · dnia 08.03.2018 11:14 · Czytań: 310 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
JOLA S.
21/08/2019 15:51
Sen odpręża, daje energię do życia i do działania. Nie… »
Yaro
21/08/2019 15:05
Dziękuję »
kamyczek
21/08/2019 13:48
Są i takie, których za nic nie można sobie przypomnieć po… »
kamyczek
21/08/2019 13:36
Piękny wiersz, wzruszający. Podoba mi się, bardzo.… »
Florian Konrad
21/08/2019 00:01
wiem chyba, o który leśmianowski tekst, tu wspomniany,… »
Florian Konrad
20/08/2019 23:56
dziękuję serdecznie! »
alos
20/08/2019 16:40
Dzięki Kushi, cieszę się. Pozdrawiam :) Dzięki Wiktorio… »
Dany
20/08/2019 00:16
Zgrabny limeryk, poprawnie napisany, rozbawił mnie.… »
d.urbanska
19/08/2019 23:15
Dobre, do przemyślenia i sprawne. Z jedną uwagą: "Nie… »
liathia
19/08/2019 20:44
Bardzo mi się czyta i, odczuwa Twój wiersz. Wracam do niego,… »
wodniczka
19/08/2019 20:13
Bardzo ciekawa metaforyka. Podoba mi się ten obraz. Jest w… »
wodniczka
19/08/2019 20:10
Bardzo krótkie i bardzo konkretne. Przemawia. Podoba się.… »
amaranta
19/08/2019 19:53
Bardzo lubię takie wiersze. Nieprzegadane, sama istota… »
wodniczka
19/08/2019 19:41
Witaj i ten cytat: i ten cytat: i końcówka.… »
wodniczka
19/08/2019 19:34
Witaj Dla mnie jeden z Twoich najlepszych. A jak bym mogła… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 18/08/2019 11:24
  • [link] Pełna wersja pięknej opowieści Ponad czasem w wydaniu dźwiękowym. Interpretuje głosowo najlepszy z polskich aktorów - Jarosław Boberek, znany z wielu ról.
  • mike17
  • 15/08/2019 20:25
  • Pozdrówki z wakacji :)
  • czarnanna
  • 15/08/2019 10:14
  • To teraz ja. Zaslyszane podczas pobytu w szpitalu: Błogosławieni ci, którzy wierzą w wypis tego samego dnia
  • Decand
  • 13/08/2019 19:20
  • Niektórzy wierzą też, że maksymalny czas tekstu w poczekalni wynosi pięć dni. Trzeba powoli, małymi kroczkami, jak nauka o nieistniejącym Mikołaju
  • Dobra Cobra
  • 13/08/2019 15:03
  • Niektórzy znow wierzą, że jak zostawisz 40 komentarzy różnym osobom to te 40 osób wróci do ciebie i da tobie takze 40 komentów
  • Dobra Cobra
  • 12/08/2019 18:38
  • Najprostsza rzecz to załatwić sobie klakierów ;)
  • Joefrind1
  • 11/08/2019 00:51
  • Nikt nie komentuje mojego wiersza :(
  • Joefrind1
  • 10/08/2019 20:52
  • A to przepraszam, juz nie przeszkadzam
  • Dobra Cobra
  • 10/08/2019 19:20
  • Prozaicy piszą kolejne wersy, poeci kolejne rymy spisują. Nikt nie ma czasu ma oglądanie pogody, gdy Ojczyzna w potrzebie.
  • Joefrind1
  • 10/08/2019 16:25
  • Ale dzisiaj fajna pogoda
Ostatnio widziani
Gości online:15
Najnowszy:Goinaq90
Wspierają nas