Trudna miłość - JOLA S.
Proza » Długie Opowiadania » Trudna miłość
A A A

Trudna miłość

 

Początkowo wszystkie myśli skupiają się na miłości. Później miłość skupia się na myślach.

                                                                                                                    Albert Einstein       

****

Rzym, siódma rano. Słyszę dźwięk komórki. Najpierw nieśmiały, jakby z przesłyszenia. Ale narasta. To Natalie. Odbieram z uśmiechem.

Może to dla ciebie nie najlepszy czas na oglądanie kaplicy Sykstyńskiej?

Nie najlepszy, dlaczego? Za kwadrans będę gotowa, taka okazja może się więcej nie powtórzyć.

Po godzinie jesteśmy na miejscu. Jak okiem sięgnąć po ścianach, sufitach i plafonach wiją się freski Michała Anioła. Nie istnieje czas. Przeszło trzysta postaci przyprawia perfekcją rysunku o zawrót głowy. Z zaciskającymi się z wrażenia dłońmi pożeram wzrokiem scenę z Księgi Rodzaju. To, co w mojej pamięci, dotąd wydawało się wielkie, w jednej sekundzie okazuje się ogromne. Piękno bajecznie kolorowych malowideł oszałamia. Czuję się, jakby ktoś nagle wyciągnął mnie na słońce, ogarnia fala gorąca, zaparowują szkła okularów.

— Kto, nie widział Kaplicy Sykstyńskiej, ten nie może mieć pojęcia, do czego zdolny jest tylko jeden człowiek 1, Czy do tych słów Wolfganga von Goethego można dodać coś więcej?

Ciepły głos Natalie przerywa zadumę.

Najlepsze danie, jakie mogłaś mi dziś zafundować. Doskonale, że to tu jestem — mówię głośno, szperając nerwowo w torbie w poszukiwaniu ściereczki do okularów.

Cieszmy się jego smakiem uspakaja, podchodząc bliżej.

Po minucie zaczynam normalnie oddychać, znów cieszę oczy arcydziełem. Wchodząc w kontakt z duszą, staram się myśleć tylko o postaciach na freskach. Z ich ciał, oczu, rąk emanuje jakaś niezwykła energia. To wielka sztuka, tak doskonale uchwycić ruch i mimikę twarzy! Oto wielki cel życia, rzadki talent i pasja... Coś świta w skołowanej głowie; próbuję odgrzebać w pamięci obrazy słynnych rzeźb Michała Anioła, jest ich tak wiele. Staje przed oczami Pieta Watykańska, jedyny wykończony przez genialnego rzeźbiarza pomnik. Historycy sztuki mówią o nim elegancki, prawdopodobnie właśnie z tego powodu.

Zwiedzających kaplicę z każdą minutą przybywa, atmosfera robi się nerwowa, nie pomaga nastrojowa muzyka sącząca się z niewidzialnych głośników. Ten i ów jest wyraźnie zniecierpliwiony. Obok podziwu dla kunsztu mistrza do uszu dochodzi więcej głosów, przeważa oburzenie i dezaprobata, powód wielość nagich ciał widniejących na freskach

Rozluźnijcie mięśnie ud i pośladków, spójrzcie na to inaczej, mam na końcu języka.

Papież Paweł IV polecił dwóm innym artystom, Daniele da Volterra, zwanemu później majtkarzem, oraz Girolamie da Fano, na miesiąc przed śmiercią Michała Anioła, zakrycie gorszącej nagości.

Nie poddaje się moja śliczna przewodniczka, zresztą historyk sztuki, z wykształcenia i powołania. Wypowiadając te słowa, smutnieje. Wydaje się, że wiem, co ma na myśli. 

Zwiedzający stają się coraz trudniejsi we współżyciu, zaczynam się ślinić ze złości. Pępkiem świata nazywają kaplicę jak również jakąś wyspę na Pacyfiku i jeszcze jedno miejsce, którego nazwę natychmiast zapominam, bo nigdy nie kojarzyłam jednego z drugim, nawet, bym nie wpadła na taki pomysł. Oto życie. Czasem wyobraźnia przerasta świat, który nas otacza i w tym tkwi problem. Myśli nie przestają kłębić się w głowie. Zirytowana gwałtownym ruchem odsuwam okulary na czoło. Natalie lustruje mnie wzrokiem, działa jak balsam. Napięcie mija. Niestety, na krótko.

Tego arcydzieła za jednym razem nie da się obejrzeć, nawet po łebkach. Co za dużo, to nie zdrowo, dociera do mnie po paru godzinach. Przysiadam na krześle, tuż przy wyjściu, wiążąc sznurówkę, którą niechcący ktoś przydeptał. Nagle Natalie, kładąc rękę na moim ramieniu, mówi ściszonym głosem:

 Michał Anioł uwiecznił ją na fresku, o tam, widzisz? To ona, Vittoria Colonna. I pokazuje ręką. Było to niezwykłe wyróżnienie dla kobiety, z uwagi na czasy i miejsce. Wierz lub nie, ale dwaj badacze renesansu, Benjamin Blech i Roy Doliener, postawili tezę, że postać kobieca, na którą patrzy Madonna z fresku Sąd Ostateczny, ta ukryta nieco za rusztem św. Wawrzyńca, to właśnie ona. Z Michałem Aniołem łączył ją namiętny romans.

Kręcę głową z niedowierzaniem. Zaskakujące! Będę miała, co opowiadać w domu i od razu zapisuję na kartce. Wolę jej nie stracić.

  

****

Z absolutną pewnością, już wtedy wiedziałam, że wrócę do tematu i coś napiszę. Na drugi dzień, rano, jeszcze w hotelu, wyjęłam kartkę. Piękno. Dobro. Prawda. O, fuck!6. To wszystko, czego mi potrzeba, będzie opowieść o miłości, związku tych dwojga, cała reszta to detale...

Prawie rok temu napisałam pierwsze zdanie, nie porzuciłam pomysłu, motywowała mnie ciekawość. Moja opowieść formowała się mozolnie, upadała regularnie, roztrzaskiwała się w miał, aby odżyć na nowo. Niczym upiorny feniks, niezadowolony ze swojego kształtu i wiecznie gotów do zmartwychwstania z niepoddających się spopieleniu plików5. Ale wcale nie byłam tym sfrustrowana, potrzebowałam czasu, żeby dojrzeć. W głowie dopiero kształtował się zarys opowieści. Wpadałam w ciemną otchłań domysłów. Może wystarczy zaufać słowom, pocieszałam się, ślęcząc nad laptopem. Pojawiły się i znikały pierwsze akapity, ciągle byłam niezadowolona, niespokojna, nic się nie kleiło. Miotałam się  po mieszkaniu. Byłam jak struta, najchętniej to moje pisanie wepchnęłabym na dno śmietnika. I wtedy stało się nieoczekiwane. Mój syn raz w tygodniu przegląda nowo powstałe dokumenty na moim laptopie. Taki nawyk sobie wyrobił, a z tym akurat nie walczę.

Nazajutrz o dziesiątej rano, kiedy weszłam do pokoju, znowu zastałam syna przy moim biurku. Zmierzyłam go wzrokiem, byłam zaskoczona. Popatrzył na mnie uważnie.

— Mogę ci zająć chwilę? — spytał lekkim tonem.

Widziałam po zmarszczonej minie, że chce porozmawiać. O czym? Nie było trudno odgadnąć, znam go na wylot. Przytaknęłam w milczeniu, wskazując kanapę. Zdjął blezer i zakasał rękawy. Usiedliśmy wygodnie i od razu zaczął zasypywać mnie pytaniami. Odstawiłam na bok poczucie, że mam rację, i postanowiłam wczuć się w jego optykę. Po godzinie dyskusja się rozpaliła.

— W twojej opowieści jest postać, której wyraźnie nie lubisz.

— Która?

— Michał Anioł.

— Naprawdę tak to widać? Cóż, Michał Anioł to uosobienie prawdziwego geniusza, ale jako mężczyzna budzi we mnie mieszane uczucia. We wszystkim, co robił widzę jakąś niezdrową zaciętość, chęć nadmiernej dominacji.

— A to takie dziwne?

Nasza dyskusja, przez chwilę, zaczęła przypominać mecz dwóch nienawidzących się drużyn. Kto kibicuje drużynie przeciwnej jest moim wrogiem. Nieważne, co ma do powiedzenia. Zbyszek do Michała Anioła ma stosunek niemal religijny, powinnam o tym pamiętać.

— Odstawmy Michała Anioła na bok. Nie mam pomysłu na tytuł. Coś sugerujesz?


— No, dobrze. Dałbym tytuł, miłość. Jestem tego pewien. O Boże! Nie sądziłem, że to kiedyś powiem.

Kto by pomyślał? On i romanse. Ten zagorzały przeciwnik kobiecej literatury?

Zdziwiona wybałuszyłam oczy, śmiejąc się bezgłośnie. Mój pierwszy czytelnik rozgadał jak nigdy: nie szczędził uwag, wytykał błędy, ale i umiał pocieszyć. Wypiliśmy morze herbaty. Kolana miałam jak z waty, kosmyki włosów z przejęcia opadły na twarz. Na zewnątrz pełna entuzjazmu, wewnątrz byłam maksymalnie skupiona.

— Tak, za późno na odwrót, zaszłaś za daleko. Porzuć wątpliwości. Nie ma nic smutniejszego niż autor, który usiłuje przekonać wszystkich. Pisz, nie bój się trudu, ale nie za dużo, bo możesz zginąć.

Mile zdziwiona, popatrzyłam zza okularów. Podwinęłam nogi, byłam szczęśliwa, frustracja zniknęła bez śladu. Tak, trzeba rozmawiać, obudzić się i od nowa popatrzeć na świat...

— Wiesz, niepokoi mnie tylko, że miłość dojrzała nie jest najlepszym tematem, ponieważ może jej brakować intensywności charakterystycznej dla namiętności młodości — kontynuowałam rozmowę.

— Mamo, nie zrażaj się. To chodzi o właśnie ten rodzaj miłości, czyli więź, która powstaje między partnerami w dojrzałym związku. Opiera się bardziej na kompletności i zaufaniu niż na intensywnych emocjach.

— Jasne, jasne...

Spojrzałam na syna z zainteresowaniem. Do niedawna był jeszcze dzieciakiem, kiedy dorósł nie wiadomo. Takie rzeczy często umykają mojej uwadze.

Właśnie wybieram się po pizzę, weźmiesz śródziemnomorską?

Skinęłam głową. Kiedy usłyszałam, że wychodzi, przemyłam oczy zimną wodą. Rozluźniłam się, czując niewymowną ulgę. Od tego momentu prace nabrały tempa. Wzięłam kilkanaście dni urlopu. Nagle stałam się lżejsza i wytrwalsza. Musieli się jakoś spotkać, wcześniej zakochać, po prostu byli z sobą szczęśliwi. Nie będzie to od razu opis splecionych ciał polewających się szampanem, powoli. Muszę się im przyjrzeć, odkryć prywatną legendę, pokopać w przekazach. Koniec końców na fragmencie fresku trudno zbudować fundament miłości. Potrzebuję więcej informacji! Zabrałam się za przeszukiwanie Internetu i archiwów. Szukałam po omacku, przekazy były skąpe, zdawkowe. Czasem brakowało sił, ogarniało zwątpienie, ale pracowałam bez wytchnienia. Skazywałam się na ciągłe próby z intuicją, jak z pilotem. Najtrudniejszą była lekcja cierpliwości i opanowania, bowiem pisanie nie polega jedynie na wyrażaniu myśli, to także głęboka zaduma nad każdym słowem i zdaniem. Z początku postacie Michała Anioła i Vittorii Collona były nieuformowane, całe, jakby z mgły i marzeń, prawie nie docierał do mnie ich głos. Chyba bohaterowie tego chcieli. Aż znalazłam wypowiedziane przez mistrza zdanie, to było tak, jakby dobra wróżka dotknęła ramienia różdżką: Miałem pecha zakochać się w najcudowniejszej kobiecie, jaką kiedykolwiek spotkałem. Ona była czystą poezją i geniuszem5.

Odkrycie dobrze wróżyło, wysiłek się opłacił, nawet bardzo. Przyszła myśl, że na wstępie przedstawię pokrótce moich bohaterów, potem przejdę do sedna.

Kim był, więc Michelangelo Buonarroti?

Niewątpliwie jednym z najwybitniejszych artystów wszech czasów. Nie mając dwudziestu lat, dokładnie wiedział, co jest jego powołaniem11, napisał jeden z biografów mistrza. Był człowiekiem ogromnie zamożnym, ale też niesłychanie pracowitym. Wszędzie, gdzie przebywał tworzył: rzeźbił, malował, pisał. Talentów miał znacznie więcej niż każdy inny człowiek. Tworzył w każdym materiale. Jeden z Medyceuszy w zimie roku 1493 zlecił mu wykonanie bałwana ze śniegu, no i ponoć go ulepił. Bałwan przetrwał całą zimę, z oczywistych powodów nie przetrwał do naszych czasów. Niestety podobny los spotkał wiele wczesnych dzieł Michała Anioła, które wykonał podczas pobytu na dworze Medyceuszów. Z kronik wiedziałam, że stworzył wtedy posąg Herkulesa, o wysokości 2,5 metra. Te arcydzieła, które pozostały, świadczą o absolutnej wielkości mistrza. Jednocześnie ci sami kronikarze bezlitośnie mu wytykali, że był odludkiem, mężczyzną o trudnym charakterze, nie miał daru zjednywania sobie przyjaciół. Brzydki, ze złamanym w młodości nosem, nikłej postury, chorowity, wybuchowy, opętany wyłącznie swoją sztuką, zrażający sobie wszystkich, także możnych mecenasów7. Neurotyczny geniusz renesansu. Swoją legendę tworzył już za życia, a lansowany przez niego przydomek był odzwierciedleniem jego narcyzmu i megalomanii, powiedział w wywiadzie dla Deutsche Welle, profesor Arnold Nesselrath.

Może opinie są tendencyjne, krzywdzące, rzucone mimochodem, czasem niejednoznaczne? Co stanowiło ich postawę? Męczyły pytania i odpowiedzi, zapadały w pamięć, przyprawiając o dreszcze. Nie tak sobie wyobrażałam mistrza. Wizerunek, opisywany przez poważanych historyków sztuki, całkowicie zaskoczył. Ponura zagadka. Być może, Michał Anioł był egoistyczny i próżny, ale niepozostawianie na geniuszu suchej nitki bolało, dostawałam fiksacji. Ale drążyłam dalej, klucząc po grząskim gruncie, wielokrotnie z twarzą czerwoną jak kapłańska stuła. Na szczęście, nikt nie widział łez bezradności. Wiedza nie puka do drzwi sama, trzeba się natrudzić... Liczą się marzenia, jutro ci przejdzie, niebo się jeszcze nie wali. Zrobisz z siebie pośmiewisko, zajmij się czymś innym..., tłukło się po głowie. Postanowiłam ukoić smutki w barze. Pomogło, już po jednym kieliszku wina.

Nie było co wpadać w panikę, taką drogę wybrałam, to mam za swoje. Zapewne, byłoby łatwiej ze znużonym życiem amatorem whisky lub dystyngowaną Angielką o miękkich włosach mruczałam, wracając do domu rozświetloną ulicą.

Za progiem pozostały rozterki, powrócił optymizm. Spojrzałam zza okularów na stertę papierów leżących na biurku, padał na nie snop światła. Uśmiechnęłam się szeroko. Czy krytyczne opinie przesądzają sprawę? Co się dzieje w głowie człowieka, który robi coś takiego? Kierując się logiką: czy wielki człowiek, gbur i co tam jeszcze, nie kocha, nie chce być kochany, nie ma pragnień, jest głuchy na prawa natury, nie cierpi, nie miewa przygód czy wreszcie nie ma odrobiny poczucia humoru?

Wtedy uświadomiłam sobie, jak bardzo lektury kształtują wyobraźnię.

A kim była, kochanka i muza Michała Anioła, Vittoria Colonna?

Ogromne połacie jej życia to białe plamy. Co czuła? Co myślała? Nurtowały pytania, pojawiały się i znikały obrazy. W głowie miałam istny mętlik. Nie wiedziałam czy pisać prawdę, czy puścić wodze fantazji. Decyzja zawsze należy do pisarza. Fikcja literacka, w tym przypadku, mogła być różnie odczytana. Nie wypada, będzie szum, a tego nikt nie chce. Stracić wiarygodność, to nie przystoi. Ale skoro on już za swojego życia był określany mianem, divino boski, to jego muza nie mogła być córką rzeźnika czy stolarza.

Na pewno była kobietą niezwykłą: mądrą, błyskotliwą, wykształconą, dumną i piękną, mającą poczucie własnej wartości. Czysta i piękna, uczona w łacinie i wysoka na duchu, posiada wszystkie cnoty i zalety, jakimi szczycić się może niewiasta. Należała do rzędu najdostojniejszych i najsławniejszych niewiast w Italii i w Europie. Michała Anioła spotkała między rokiem 1536 a 1538 9. Michał Anioł pracował wówczas nad Sądem Ostatecznym 3, twierdzą badacze. Miała wtedy pięćdziesiąt lat, była w kwiecie wieku. To jeszcze nie czas, by rezygnować z miłości. Bogata wdowa zaskarbiająca z łatwością względy i poparcie, mająca silnych, wpływowych sojuszników. Niewątpliwie musiała budzić pożądanie.

Tyle czasu spędził, czekając na nią? Tył, łysiał, tracił urok? Rok po roku? Musiała mieć również piękną duszę...

I nie myliłam się. Po śmierci męża Vittoria szukała pocieszenia w wierze, była wielce pobożną osobą, uważaną powszechnie za damę bez skazy, o odpowiednim, dobrym rodowodzie i rodzinnych koneksjach. Wspierała zakon Świętego Ignacego Loyoli. Spotykała się także z kilkoma przedstawicielami reformacji między innymi z Hiszpanem, Giovannim Valdesem. Vittoria nigdy nie odeszła od wiary katolickiej, ale uważała zmiany w Kościele za konieczność. Jej poglądy na reformację oraz ewangelickie wartości – prostotę, czystość oraz ubóstwo spowodowały, że Watykan stale ją szpiegował. Vittoria całe dnie spędzała w klasztorach. Zamieszkała nawet z mniszkami w klasztorze św. Katarzyny w Rzymie, przy Via dei Funari. Jej wykształcenie i twórczość poetycka skupiły w końcu wokół niej grono intelektualistów. Spotykali się przy klasztorze św. Sylwestra na Kwirynale, gdzie prowadzili dyskusje teologiczne, artystyczne, a nawet polityczne. Warto pamiętać, że trwała wówczas kontrreformacja, a przemiany w Kościele katolickim interesowały wówczas wielu intelektualistów. Jej wiersze i sonety były kopiowane i studiowane jeszcze za jej życia. Miała oddanych uczniów i wielbicieli swojego talentu4. Przetrwały anegdoty o podkochujących się w niej mnichach, których przed nieczystymi myślami ratowały wzmożone studia nad Pismem Świętym.

Czy Michał Anioł był jednym z nich? Może to był związek oparty tylko na intelektualnych dyskusjach? Musiał być bardziej intymny, bo przetrwał kilkanaście lat. Michelangelo był przy jej łóżku, gdy umierała. Wcześniej podarował w prezencie, dwa swoje cenne rysunki. We wzruszającym sonecie pamięci napisał: Natura, która nigdy nie miała tak pięknej twarzy, pozostała zawstydzona, a łzy były w oczach wszystkich8.

Byłam podekscytowana odkryciem. Ulżyło, wypuściłam powietrze.

 

****  

Minęły dwa miesiące wytężonej pracy. Temu, co dotychczas napisałam przyglądałam się z dezaprobatą. Połowiczny sukces, ciągle jakiś niedosyt, mówiłam sama do siebie. Anemiczny tekst nie brzmiał dobrze, pomysł nie podobał się do końca. Absurd, bzdura, lepiej przejrzyj na oczy, cisnęło się na usta. Krążyłam wokoło laptopa bez celu, niczym błędny rycerz, który ratuje, co rusz komuś skórę. Wszystko poszło nie tak, zapaliło się czerwone światełko. Próbowałam się uśmiechać, ale w ciągu jednej nocy mój świat stanął na głowie.

Opowieść o miłości nie powinna w pierwszym zdaniu zawierać słowa irytacja. Musiałaś upaść na głowę dźwięczało w uszach, ledwo panowałam nad zniecierpliwieniem.

Takie sprawy często się komplikują tłumaczyłam się sama przed sobą.

Morderstwo bohaterów jest łatwe. Lepiej opisałabyś nienawiść do świata. Zrób porządek w głowie skrzeczał dalej wewnętrzny głos.

Akurat, nie ma we mnie nienawiści do świata. To świat nienawidzi mnie. Proszę, jeszcze poczekaj, przyjdzie pora uspakajałam, prostując mankiety bluzki. Teraz przed laptopem siedzi już inna osoba, surowa w ocenach, inteligentna dodawałam sobie otuchy. 

No dobrze, może na coś to ci jeszcze przyda.  

Nie chciał odpuścić, zrezygnować. Wcześniej był mi potrzebny.

Przestań na chwilę, bo mnie boli głowa wysapałam, czując, że umieram dla świata. A on nic, powtarzał od nowa.  

Moja twórcza blokada pogłębiała się. Zresztą tak jest zawsze, tylko dotąd nie zwracałam na to uwagi. Pisanie kosztowało mnie wiele wysiłku: siedzenia w jednej pozycji, wyciszania duszy, uświadomienia swoich zamiarów, uszanowania każdej litery w każdym słowie. Nauczyłam się tego wszystkiego, czego mogłam się nauczyć. Wybrałam temat ambitnie, ale i tak wszystko na próżno. No i co mam zrobić dalej z opowieścią, nie umiem się z nią pożegnać? Myśli przyprawiały o ból głowy, zostawiały pustkę, oczy kleiły się ze zmęczenia. Może przyjdzie moment i staną się literą, tuszem papierem, słowem... i znużona usnęłam z rękami na klawiaturze.

****

Nie wiem, co powiedzieć. Brak słów. Na wspomnienie tego snu przechodzi mnie zimny dreszcz. Dałam się wciągnąć w jakieś diabelskie sztuczki, albo w końcu zwariowałam?

Oto, co mi się przyśniło:

Wszystko wokół mnie tętni życiem, znowu jestem w Rzymie, w kaplicy Sykstyńskiej. Widzę Michała Anioła. Maluje sklepienie kaplicy, leżąc na rusztowaniu, farba spływa mu na twarz. Na fresku, w scenie Sądu Ostatecznego przedstawia siebie, jako św. Bartłomieja, świętego cierpiącego, z obdartą skórą. Pojawia się papież. Buonarroti z trudem toleruje jego obecność. Na zniecierpliwione pytanie papieża, kiedy ma zamiar skończyć swe dzieło?

— Kiedy będę mógł — odpowiada.

Papież wychodzi, zapada cisza. Buonarroti wciąż jest zajęty, skupiony, prawie nie schodzi z rusztowania, jest maksymalnie skoncentrowany na pracy, na nic nie zwraca uwagi. Czuję się nieswojo, mięśnie mi sztywnieją. Nie przestaję myśleć, szukać powodu, dla którego się tu znalazłam. Jedno pytanie goni drugie. Moje milczenie jest nieprzyjemne i nic nie daje.

Wreszcie zainteresował się moją osobą. Wytrzymam i nie odwrócę wzroku. Pieprzony gburze, nie udowadniaj, że jesteś kimś lepszym. Patrz sobie, do woli! Czuję, że moja irytacja sięga zenitu, nie mogę się opanować.

Myślę, że wiem. Czekałeś, latami czekałeś na nią, cierpliwie. Nie ponaglałeś, nie śniła ci się po nocach, nie pojawiała w lustrze, nie gładziłeś jej włosów, wystarczał ci tylko twój świat. Nie było, po co się spieszyć, tak? Wiedziałeś, że nie będzie chciała zasnąć z nikim innym. W końcu się doczekałeś! Powiedz, jak to było, kiedy przecięły się wasze ścieżki ? Zrobiło się cieplej? Przecież, tam gdzie była ona, zawsze było ciepło, prawda? Czy ona się nie bała? Ile gotów byłeś dla niej zrobić? Odeszła tak nagle! wybucham.

Gdziekolwiek była ona, tam był raj. Tylko nasz, własny odzywa się, starannie artykułując każde słowo.

Głos zdaje się dochodzić ze wszystkich stron naraz, potem, gdzieś z głębi świadomości. Cichnie stopniowo, matowieje, roztapia się, aż wydaje się podobny do brzmienia własnych myśli.

Nie wierzę! Czemu mi to mówisz? Czy to chciałam usłyszeć? Jesteś smutnym facetem. Wychodząc z kaplicy, wpadam w drzwiach na dziwnie ubraną, nieznajomą kobietę. Na pewno nie zwróciłbym na nią uwagi, gdyby nie jej dłoń zaciśnięta w teatralnym geście, zupełnie, jakby chciała odpędzić wrogie widziadła lub dać odpór czemuś niewidzialnemu.

Masz mnie opłakiwać... zawsze... aż sam umrzesz.

To są jedyne słowa nieznajomej. Brzmią jak komenda... Jakby rozkazywała, żeby Buonarroti podniósł głowę i ją zobaczył. Gałki jej na pół otwartych oczu zamierają w bezruchu, płytki oddech się urywa. Na mnie nawet nie spojrzy. Otrzepuje z kurzu szeleszczącą czarną suknię i rusza w stronę schodów. Nie budzi we mnie przerażenia ani strachu, raczej zachwyt. Z jej głowy spływają fale włosów w kolorze złota, uwagę zwraca blada, lśniąca cera. Postać promienieje niezwykłym światłem, aurą. Czuję, jakbym sięgała do jej wnętrza i trzepoczących się w nim myśli, mam ochotę przylgnąć do jej pleców, pocieszyć. Zupełnie jak Vittoria?, przemyka. Niesamowite! Mimowolnie wstrzymuję oddech, boję się poruszyć, stoję jak wmurowana w posadzkę. I co teraz?

****

Obudziłam się zdrętwiała w pozycji, w jakiej siedziałam. Kość ogonowa boleśnie wciskała się w krzesło. Podniosłam się z trudem, w głowie się kręciło, ale byłam dostatecznie przytomna, by zrozumieć sytuację tych nieszczęśników, mimo że minęły dziesiątki lat. Sen wymył z głowy wątpliwości, wszystko przybrało inny kształt. Kochali się! Nawet błysk księżyca w ciemności nocy wydał się bardziej przyjazny. Nieprzewidywalność jest częścią życia, tak wiele w nim zależy od przypadku12.  Miłość zawsze zwycięża, przemykało przez głowę. Wyprostowałam plecy, rozluźniłam mięśnie i zabrałam się do pisania. Nareszcie rzecz całą mogę uczciwie przekazać 2.

Do zobaczenia w drugim życiu, Michale. 

 

****

Ze spokojem przepływałam przez następne dni, jakbym żyła w chmurach. Nieustannie myślałam o moich bohaterach, włączyłam wyobraźnię, szukałam nowych informacji, moje archiwum puchło w oczach.

Jeżeli wierzyć kronikarzom, Michał Anioł zobaczył Vittorię, po raz pierwszy, z bliska, na uczcie u papieża. Była jej główną atrakcją. Gdy odezwała się momentalnie zapadła cisza. Widać było, że równie chętnie opowiadała, jak i z ochotą jej słuchano. Mówiła o nim, o jego ostatnim posągu, o jego rzeźbach. Zauważyła go w tłumie, przyglądała się z zainteresowaniem. Patrzyła, jakby usiłowała rozwikłać jakąś zagadkę, jakby chciała go poznać.

— Podobno nigdy nie kończysz swoich dzieł, panie.

— Kończę, ale do końca nie jestem ich pewien.

— Trzeba to zmienić, postarać się, mistrzu. Świat czeka.

Powiedziała coś, czego nie mógł puścić mimo uszu. Emanował z niej spokój — coś uspakajającego, dziwna mieszanka siły i kruchości. Każde słowo brzmiało w jej ustach inaczej, czuł, że oblewa się rumieńcem. Był oszołomiony. Wydała mu się rozważna, inteligentna i na pewno piękniejsza niż na obrazach, posiadająca wszystkie cnoty i zalety, jakimi szczycić się może niewiasta. Michał Anioł był Vittorią oczarowany. Wszystko wskazywało, że pokochał ją wtedy, od pierwszego wejrzenia, z iście młodzieńczym zapałem.

Ta krótka chwila, niewątpliwie, zaważyła na dalszych losach mistrza, zapewne była też momentem zwrotnym w życiu Vittorii.
Jeżeli to była tylko moja hipoteza, to słuszna, bliska prawdy. Potwierdzeniem było te kilka słów znalezionych w jego sonecie:

„Wszystko co widzę błaga i radzi
Abym cię kochał, i przystał do cię...”

Michał Anioł potrzebował silnego sojusznika, partnera, kogoś kto, by rozumiał jego ból i nieustanne twórcze rozterki. Vittoria potrzebowała Michała Anioła tak samo jak on jej. Mistrz był dla niej przepustką do innego świata, świata sztuki. Obcując z geniuszem w zaciszu komnat, przestała patrzeć na niego z dystansem, a mądrością i taktem potrafiła przekonać do każdego pomysłu. O dziwo, Michał Anioł nie bronił się, słuchał. Stworzyli więź, której nie umieli przerwać. Coś ich połączyło, od czego nie było odwrotu.
W następnych, naznaczonych imieniem Colonny i wprost do niej pisanych, sonetach, przebijała cześć i uszanowanie, złączone z pewnym namiętnym poddaniem się, jak gdyby mistrz wołał: strofuj mię, poprawiaj, zadawaj pokuty, depcz — ale mnie nie odpychaj od siebie.

Na ile dziś można stwierdzić, że związek Michała Anioła z Vittorią był naprawdę udany, szczęśliwy? O ich wzajemnych relacjach nie wspomina żaden dziejopisarz.
Nazwałam go trudną miłością, gdyż niełatwo mi było odnaleźć w poezji Michała Anioła radość zakochanego mężczyzny. To było przykre odkrycie. Nie chciałam go osądzać, pastwić się, ale uważam, że Michał Anioł skupiony przede wszystkim na sobie.Ten przekaz był czytelny. Sam, nasuwał się wniosek, że zgłaszał się do Vittorii głównie po pomoc, w momentach, gdy był nieszczęśliwy, miał powody do niepokoju lub przeżywał głęboki smutek.
Ona nie odmawiała mu uwagi, cierpliwie pocieszała, wskazywała słuszną drogę, pozostając duchem opatrznościowym Michała Anioła przez długie lata. Bo, w końcu, czego nie robi kobieta z miłości...
Znamiennym było, że prawie w każdym sonecie, Buonarroti na coś narzeka. Nawet na Amora, że go zaskoczył w późnej starości, że pastwi się niemiłosiernie nad biednym starcem.
Przy Vittorii mistrz nie musiał niczego udawać, mógł być sobą.

We wspomnieniach, już po śmierci ukochanej, nie idealizował ich związku, nic nie demonizował. Otoczył adresatkę i towarzyszkę ostatnich lat dyskrecją. Może, tak być musiało. Ale daleko mi o tego, żebym myślała o nim jako o poczciwym Michale. Z ciężkich, czarnych chmur wcale nie lunął deszcz łez rozpaczy. Niekwestionowaną prawdą był fakt, że gwałtownie odsunął się od aktywnego życia, mniej pracował i tworzył. — Czas i spokój nie leczą moich ran. Nie mogę tego przyjąć.

Dzisiaj nie jesteśmy w stanie pojąć takiej namiętności, oczyszczonej z wszelkiego zmysłowego pociągu. A jednak przetrwała przez wiele lat. Domniemam, że Michał Anioł niczego nie pozostawiał przypadkowi, doskonale wiedział, co robi. Spotkanie prawdziwego przyjaciela i zarazem oddanej kobiety pozwoliło mu lepiej poznać siebie.

Do mojego pisania, dodałam jeszcze kilka podobnych rozważań: o zrządzeniach losu, sensie życia, przemijaniu, zbieraniu krzywd, wreszcie roli pisarza. Opowieść stopniowo nabrała kształtów, stając się długim korytarzem do miłości i spełnienia, kończącym się drzwiami zamkniętymi na klucz.

Co kryje się za tymi drzwiami? Może kiedyś się dowiem, nie odpuszczę...

To, że skończyłam pisać, uznaję za cud. Tym, co zdołałam ustalić o tej miłości, jestem trochę rozczarowana. Pocieszam się, jeśli czytacie, to znaczy, że się coś udało, przynajmniej w części.


 

 

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------

1 - Wolfgang von Goethe

2 - Ibid

3, 4, 9 - Wikipedia

5, 6 - „Miłość”, Ignacy Karpowicz

7 - Z audycji z cyklu "Ludzie, epoki, obyczaje" nadanej 31 grudnia 1976 w Polskim Radio, Dariusz Aleksandrowicz

8 - „Poezye Michała - Anioła Buonarrotego”, przekład i wstęp: Lucjan Siemański

10 -  artykuły i publikacje Fundacji " Niezła Sztuka"

11- You are here: Michał Anioł » Biografia » Michał Anioł

12- "Czarownica z Portobello", Paulo Coelho

 

 

 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
JOLA S. · dnia 09.03.2018 08:17 · Czytań: 445 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 9
Komentarze
Miazga dnia 10.03.2018 12:27
Lubię Cię czytać. Coś takiego jest w Twoich tekstach, że człowiek się zapada i dobrze mu z tym. Mają klimat nie do podrobienia. Czytając, znalazłam kilka usterek, drobiazgów, ale sądzę, że sama je wyłapiesz, bo zapewne wynikają z przeoczenia. Pozdrawiam ciepło
M.
JOLA S. dnia 10.03.2018 14:21
Miazgo,
dzięki, że do mnie zajrzałaś. :)
Twoje krzepiące, mądre opinie są dla mnie bardzo cenne.

To tak jest, gdy łapię dziesięć srok za ogon.

Najważniejsze wyciągać wnioski na przyszłość. Poprawię. :)

Serdeczności. :)

JOLA S.
Dobra Cobra dnia 10.03.2018 17:09
Jaka słodka, ciepła i ujmująca opowieść o miłości (oraz o trudzie pisania).

JOLU S,

pięknie się Ciebie czyta :) . Znajdujesz historię z dawien dawna i ją tłumaczysz na nasze. Brawo! Czy myślisz, że ówcześni mieli tyle cierpliwości do czekania na miłość?. A może to my nie mamy tej cierpliwości i często gęsto bierzemy i sięgamy nie po nasze? Byle szybko, byle mieć.

Oczywiście takie domysly, jak się to wtedy wydarzyło, dobrze Ci wychodzą i stają sie bardzo prawdopodobnym przebiegiem ówczesnej historii sprzed wieków.

Dziękuję za ucztę prozatorską.


pozdrawiam,

DoCo
JOLA S. dnia 10.03.2018 18:29
DoCo,

ciągle czuję niedosyt. Jest jeszcze kilka momentów, które zamierzam poprawić i dopisać.

Bardzo się cieszę z Twojej wizyty i uznania dla moich " twórczych" wysiłków.

Serdeczności. :)

JOLA S.
Dobra Cobra dnia 10.03.2018 22:27
Kiedyś należy jednak powiedzieć: - Dość! I zakończyć edycję. To zawsze najodważniejszy moment z całego pisania.


Pozdrawiam,

DoCo
JOLA S. dnia 10.03.2018 22:36
DoCo, skorzystam z cennej wskazówki. Dzięki.

Pozdrawiam cieplutko,:)

JOLA S.
Darcon dnia 11.03.2018 10:40
Zanim napiszę komentarz, jedna uwaga. Proszę, abyś zrobiła przypisy do wszystkich fragmentów, które nie są Twojego autorstwa i odpowiednio wyróżniła je w tekście. Jak chociażby Ignacego Karpowicza.

Co do samego opowiadania, mam mieszane uczucia. To połączenie trzech różnych utworów. Jest w tym coś ze zwyczajnej beletrystyki. Dziewczyny gdzieś pojechały, coś robią, zwiedzają. W końcu bohaterka, która próbuje pisać.
Jest też strumień świadomości bohaterki, który swobodnie mógłby być oddzielnym tekstem. Mnie osobiście przytłoczyłaś formą i metaforami.
Trzeci "tekst" to fakty historyczne, które choć ciekawe, to podane w zbyt dużej ilości. Gdybym chciał poznać historię Vittorii Colonni, sięgnąłbym po odpowiednią literaturę.

Pozdrawiam i proszę jeszcze raz o wyróżnienie cytatów.
JOLA S. dnia 11.03.2018 10:56
Drogi Darconie, oczywiście sukcesywnie będę uzupełniać o wszystkie przypisy.
Czy wyróżnienie kursywą/ tak jak jest/ z koniecznie uzupełnionymi wszystkimi przypisami wystarczy? Przemyślenia peelki mieszają się z cytatami, nie zawsze umiałam sobie z tym poradzić. Będę bardzo wdzięczna za pomoc, skorzystam z Twojego doświadczenia. :)

Co do reszty spostrzeżeń to myślę, że kwestia Twojej czytelniczej wrażliwości.

Pozdrawiam serdecznie. :)

JOLA S.
Darcon dnia 11.03.2018 12:02
Kursywa i numer w górnym indeksie jest w porządku. Gdzieś tam jest jeszcze upiorny feniks Kasprowicza.
Co do wrażliwości, całkiem możliwe. Choć rozbicie części informacji, zwłaszcza historycznych, na mniejsze bloki, mogłoby utworowi dodać płynności, czasami czytając, wypadałem z rytmu, ale da się z tym żyć.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
AntoniGrycuk
20/06/2018 04:44
Hej, Przeczytałem i podobało mi się połączenie tego, co… »
Jesienny syn
19/06/2018 21:38
Mistrzem nigdy nie będę, bo i nie chcę nim być. A twoje… »
Jesienny syn
19/06/2018 21:27
Dobrze, zmieniłem. »
allaska
19/06/2018 19:31
no taki portalowy tekst, podobać się może - to w końcu… »
allaska
19/06/2018 19:27
dobry, ale smutny wiersz. każdą cząstkę z zainteresowaniem… »
allaska
19/06/2018 19:20
W pierwszej części za dużo tych piątek jak dla mnie, w… »
allaska
19/06/2018 19:13
to powyższe ładne. - a tu już przedobrzyłeś:) z… »
al-szamanka
19/06/2018 11:30
Jakieś tam przecinki pouciekały, ale tak ogólnie mocno mnie… »
al-szamanka
19/06/2018 10:01
poprawnie, ale ze wzrokiem lepiej brzmi Ha, ha, ha...… »
Darcon
19/06/2018 09:42
Nawet gdybym chciał, Pulsarze, to nie mogę dać na górna… »
Gramofon
19/06/2018 08:19
Ten wiersz był w pocztówkach. :) »
viktoria12
19/06/2018 08:05
Poprawiona wersja jest znacznie lepsza. Ode mnie:… »
viktoria12
19/06/2018 07:32
Bez przecinka przed ,, sami".… »
Jesienny syn
18/06/2018 20:24
viktoria12, pierwotna wersja dodana, a ten niezręczny wers… »
Jesienny syn
18/06/2018 20:09
Czy do faryzeuszy nie mam racji? Nie sądzę, raczej znajdą… »
ShoutBox
  • allaska
  • 20/06/2018 03:35
  • nie lubię nieuzasadnionego krzyku w wierszach pisanych na tzw. vqurwie,a takie Twoja ulubienica pisze ostatnio zaangażowane wiersze są naprawdę ryzykowne. Milczenie jest złotem.
  • allaska
  • 20/06/2018 03:32
  • Już od dawna wiedziałam, że jesteś wiernym pieskiem tej pani, piszesz o sobie, z tym hałasem?:) i kto tu robi ostatnio więcej hałasu, aby dobrze wypadły wiersze zaangażowane trzeba nieźle pisać
  • introwerka
  • 19/06/2018 23:02
  • im mniej człowiek wie, tym z reguły robi więcej hałasu ;)
  • introwerka
  • 19/06/2018 23:01
  • allasko, to, co napisałaś poniżej o wierszu Zoli, to przykład skrajnie nieobiektywnej i niemerytorycznej opinii. Zęby to bolą od obserwowania, jak uprzedzenia dyktują krytykanctwo. Ale tak to jest,
  • allaska
  • 19/06/2018 22:06
  • Lepszy od tego, którym się zainspirowałas, przynajmniej jest na czym oko zawiesić i zęby nie bolą
  • allaska
  • 19/06/2018 22:04
  • Introwerko dobry wiersz napisałaś,
  • Decand
  • 19/06/2018 06:43
  • Za mocno uderzył swoją dziewczynę i mu się ręka urwała? Ja wiem, talentom się zdarza.
  • jskslg
  • 19/06/2018 01:19
  • umarł dzisiaj jeden z większych talentów naszych czasów xxx
  • AntoniGrycuk
  • 18/06/2018 20:10
  • A jak ja widzę kogoś w sandałach i skarpetach, to od razu darzę go małą sympatią. Też mi PROBLEM - jak się ubrać...
  • jskslg
  • 18/06/2018 19:17
  • noszenie koszuli z krótkim rękawkiem, która nie jest hawajska jest gorsze niż skarpety i sandały
Ostatnio widziani
Gości online:18
Najnowszy:Satchellse7r
Wspierają nas