Władca mojego czasu - AntoniGrycuk
Proza » Obyczajowe » Władca mojego czasu
A A A
Od autora: Aby się spodobało, to trzeba lubić taką tematykę, bo jest psychologiczna.

 

 

ROZDZIAŁ I

 

 

Nazywam się Antoni Grycuk. Był rok dwa tysiące pierwszy i miałem trzydzieści lat. To był dziwny czas. Nie tylko z powodu mojej osobowości. Na początku było normalne życie. Jak wiele innych. Nic niezwykłego. Praca, którą uwielbiałem, dom, do którego chętnie wracałem i coś pomiędzy. Zwykłe stosunki międzyludzkie, sporo rutyny, mnóstwo pasji, ale i oderwania od prawdziwego siebie. Pojawiło się zdarzenie. Przyczyna. Niby niepozorne, mało znaczące. Może przyczyn było więcej? Albo jedna, ale zupełnie inna? To, co się wydarzy, było tego konsekwencją. Szeregiem następstw jak w przypadku bilarda, gdzie bile chaotycznie rozbiegają się po stole po rozbiciu, by w końcu znaleźć się w łuzach. Był początek, ale i stał się koniec. A w zasadzie początek. Wszystkiego, co nowe, inne. Zarówno w życiu wewnętrznym, jak i zewnętrznym. Osobistym i zawodowym.

Nie wiedziałem, kim jestem, kim są ludzie. Choć ani jedno, ani drugie mnie nie interesowało. Liczył się dzień, noc i kolejny dzień. Ważne było, aby iść do przodu. Wypełnić swoje zadania, czasem coś więcej. A nawet dużo więcej. Żyłem zbyt szybko, wykonywałem swoje obowiązki należycie i sumiennie. Zastanawiałem się nad sensem tego wszystkiego, ale wolałem działanie. Zdarzało się, iż byłem roztargniony, lecz nie dopadała mnie nuda, a tym samym zgorzknienie. Miałem kilkoro przyjaciół, ale będąc głęboko zatopiony w samym sobie, praktycznie ich nie zauważałem. Dodatkowo praca, którą wykonywałem, angażowała mnie bez reszty, więc na nic nie miałem czasu. Pracując jako programista w jednej z radomskich firm, często wyjeżdżałem w delegacje do Krakowa i Warszawy.

Mieszkałem właśnie w Radomiu przy ulicy Kardynała Stefana Wyszyńskiego w jednym z bloków i było to dwupokojowe mieszkanie na trzecim piętrze. W mniejszym pokoju urządziłem sobie pracownię, gdzie ślęczałem nad przeróżnymi projektami na ogół związanymi z pracą, a w większym sypialnię i salon gościnny zarazem. Nie rozdzielałem sypialni od salonu, gdyż, tak naprawdę, prawie nikt mnie nie odwiedzał. Jedynie czasami ktoś wpadał, zazwyczaj na urodziny czy imieniny. Ten pokój, w którym stało łóżko, był większy i miał około szesnastu metrów kwadratowych. Przy jednej ścianie stało właśnie ono i było to klasyczne łóżko na czterech nogach, bez pojemnika na pościel. Przy nim stała szafka, a na nie lampka. Przy przeciwległej ścianie stół z czterema krzesłami, a po obu stronach dwa wygodne fotele. Poza tym od strony okna kolejna szafka, na niej sprzęt audio, natomiast dwie kolumny rozmieszczone były w rogach. Przy przeciwległej ścianie, tuż obok znajdujących się tam drzwi stał telewizor na kolejnej szafce. Nie używałem górnego światła, takiego z żyrandola, a włączałem głównie lampkę, więc panował tam prawie zawsze półmrok, sprawiając wrażenie oderwania od reszty świata. I prawdę mówiąc, to oderwanie było ze mną nierozłączne, od kiedy tylko pamiętam. Zwykły dotyk zawsze mnie paraliżował, sprawiał, że niemal traciłem zmysły. A na pierwsze dotknięcie ręki przez kobietę reagowałem skurczem mięśni. W ogóle impulsy były chwilami nie do zniesienia. Najchętniej odciąłbym się od wszystkiego z zewnątrz i zamknął w czterech ścianach, tyle że zauważałem tę kuszącą moc świata innych ludzi. I próbowałem. I próbowałem. I próbowałem...

 

Była połowa października i wracałem z Krakowa pociągiem. Posiadałem samochód, ale przemierzanie takich odległości koleją wydawało się wygodniejsze. Usiadłem w jednym z przedziałów, obok było już kilka osób: młoda matka z dzieckiem, które, co dziwne, zachowywało się nadzwyczaj spokojnie i starsza kobieta w wieku mniej więcej sześćdziesięciu lat. Razem ze mną wsiadły dwie dziewczyny ciut młodsze niż ja. Od razu zwróciłem uwagę na jedną z nich, gdyż była idealnie w moim typie. Trochę niższa ode mnie, z długimi włosami w kolorze niemalże kasztanowym, dość szczupła, twarz pociągła, usta nie za duże, ale kobiece, nos nieco zadarty, wysokie czoło, lekko wystające kości policzkowe, lecz to, co najbardziej mnie urzekło, to jej jasno-piwne oczy; powieki, sprawiając wrażenie delikatności, nostalgii, a może i pewnego rodzaju smutku, opadały po zewnętrznej części. Była ładną dziewczyną, ale nie klasyczną pięknością i jej oczy kontrastowały z delikatnym uśmiechem skrzącym się na licu prawie przez cały czas. Później nazwałem ją sobie Śledzona. Ta druga była blondynką, dość tęga, z okrągłą twarzą i nieco podwójnym podbródkiem.

W szkole podstawowej podkochiwałem się w jednej dziewczynie z klasy i przez jakiś czas marzyłem o niej jak o swojej przyszłej żonie. Chętnie jej pomagałem w przedmiotach ścisłych, bo z innymi miałem problemy, kilkakrotnie zdarzyło się porozmawiać w cztery oczy i wszystko szło w dobrą stronę. W rozmowie z kolegą powiedziałem, co do niej czuję, a on zaproponował, abym to wyznał. Następnego dnia ubrałem się wyjątkowo ładnie, przyszedłem do szkoły przed czasem i zająłem ławkę bezpośrednio za nią. Później było sporo przepychanek z dziewczynami, które zwykle tam siedziały, ale udało się je przekonać. Czekałem tylko na koniec lekcji i na to, że odprowadzając ją do domu, wyznam swoje uczucia. Jednak na trzeciej przerwie odwróciła się i z uśmiechem stwierdziła, że chyba coś planuję, skoro siedzę tak blisko. Na początku nie chciałem mówić, ale po jej słowach, żebym się nie wstydził, postawiłem wszystko na jedną kartę. Drżącym głosem się oświadczyłem. Przy wszystkich. A ona zaczęła się śmiać. A razem z nią cała klasa. Uciekłem czym prędzej z lekcji i udając zapalenie wyrostka robaczkowego, nie pojawiłem się w szkole przez pięć dni.

Będąc w pociągu, siedziałem, obserwowałem i przysłuchiwałem się, o czym Śledzona rozmawia z koleżanką. Po kilkunastu minutach zrozumiałem, że obie mieszkają także w Radomiu, więc serce mi mocniej zabiło. Za pewien czas usłyszałem, jak ma na imię. Wcześniej znałem jedną dziewczynę o tym imieniu, okazała się nieuczciwa, ale zawsze uśmiechnięta i kobieca. W tym czasie posługiwałem się w życiu schematami, więc skojarzenia rodziły się same. Skrzywiłem się, aż koleżanka obecnej zwróciła na to uwagę. Natychmiast zrobiłem poważną minę, ostentacyjnie rzuciłem okiem za okno, a po chwili spuściłem głowę. Jednak było w Śledzonej coś, co sprawiało, że miałbym ochotę sprawdzić, czy jest taka sama. Jakaś mała część mnie mówiła mi, że to ktoś zupełnie inny, a wyczytałem to, jak się wydaje, z jej oczu.

Jechałem z rodzicami do rodziny pociągiem, będąc dzieckiem. Była zima i gdy wsiedliśmy do przedziału, było strasznie zimno, więc oznajmiłem to, a oni rozkręcili ogrzewanie na maksimum. Jednak gdy pociąg stał na stacji, ono nie działało. Opóźnienie było spore, toteż się trząsłem z zimna. Potem gdy pociąg ruszył, prawie natychmiast zaczęło się robić potwornie gorąco, a ja trochę zawstydzony tym, że wcześniej narzekałem, nie ośmieliłem się poprosić o zmniejszenie ogrzewania. Powtarzałem sobie, że przecież chciałem cieplej i teraz mam za swoje. Moje nastawienie było konsekwencją wcześniejszych wyborów.

Po następnych kilku minutach zrozumiałem, że Śledzona mieszka gdzieś blisko centrum, ale dokładny adres oczywiście nie padł. W pewnym momencie zwróciła uwagę, że się na nią gapię, kilkakrotnie zmieniła pozycję, potem przeczesała włosy, aż ściszyła głos do tego stopnia, że koleżanka musiała prosić o powtarzanie słów. Sięgnąłem do torby, wyciągnąłem książkę i zacząłem udawać, że czytam. Przelatywałem wyraz po wyrazie, jednak do świadomości nie trafiała żadna treść. Nasłuchiwałem ważnych informacji, a myśli miałem rozbiegane. Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. A nawet abstrakcja. Ale związana z nią. Łąka, niewielkie wzniesienie, a na nim my oboje. Słoneczna pogoda, brak wiatru i śpiew skowronka gdzieś wysoko. Nieco niżej, na pobliskiej drodze stoi moje auto, do którego wcale nam nie spieszno, a my trzymamy się za ręce...

W ciągu następnej godziny dowiedziałem się o niej całkiem sporo, między innymi, że nie ma faceta. Próbując ułożyć sobie plan poznania jej, przewracałem kartki. W pewnym momencie wpadło mi do głowy, aby pójść za nią w Radomiu i gdy będzie już sama, nawiązać znajomość. Zamknąłem książkę, wzrok skierowałem za okno i wyobraźnia kolejny raz popłynęła. To co, że nigdy nie zaczepiłem żadnej kobiety na ulicy. Tym razem miało być inaczej.

Dojechaliśmy do Radomia, nieco zwlekałem i wysiadłem z pociągu dopiero w ostatniej chwili, gdy Śledzona była już przy wyjściu z peronu. Ruszyłem jej śladem. Na początku szła razem z koleżanką w stronę centrum, ale po kilkuset metrach ta druga odbiła w bok, a ja poszedłem śladem wybranki. Jak do tej pory nie zwróciła na mnie uwagi. A co by było, gdyby zobaczyła śledzącego ją chłopaka? Jak by się poczuła? A jak ja?... Idąc na północ, mijaliśmy kolejne ulice, było ciemno i podążałem za nią w odległości mniej więcej dwustu metrów. Przeszliśmy niedaleko mojego domu, potem Parku Kościuszki i po kilkuset metrach skręciła w ulicę Partyzantów. Wtedy przyspieszyłem kroku, aby nie zgubić jej z oczu i za chwilę weszła do jednego z domów. Stanąwszy kilkadziesiąt metrów od niego, czekałem, czy weszła tam na dobre, czy tylko na chwilę i czy zaraz nie wyjdzie. Zapaliłem papierosa i nerwowo dreptałem w miejscu. Nie pojawiła się przez następne pół godziny, więc uznałem, że tam mieszka. Nie dogoniłem jej. Nie zacząłem rozmowy... Ale z drugiej strony, znając adres, mogłem w przyszłości poczekać i ją zaczepić. Wróciłem do domu, cały czas o niej myśląc, położyłem się spać i wkrótce zasnąłem.

Już kiedyś w przeszłości śledziłem jedną dziewczynę. Miałem wtedy dziewiętnaście lat, była nieco wyższa ode mnie i wyjątkowo piękna. Sam nie wiem czemu, ale nazwałem ją sobie Wiosna. Chadzałem za nią przez prawie dwa tygodnie. Liczyło się to, co miałem w głowie. I tylko to. Potem odpuściłem sobie śledzenie i już sprawę uznałem za przegraną, ale któregoś razu zaprosił mnie kolega na imprezę. Gdy tylko tam wszedłem, zobaczyłem, że Wiosna siedzi na kanapie i rozmawia z moim najlepszym kolegą. Mając nadzieję, że zwróci na mnie uwagę, podszedłem, przedstawiłem się i usiadłem obok niej. Stało się inaczej. Nawet na chwilę na mnie nie spojrzała, a gdy próbowałem ją zagadywać, ignorowała, jakbym nie istniał. Wziąłem go na stronę i oznajmiłem, że ją śledziłem i jest moim ideałem. Ironicznie się uśmiechnął, pokiwał głową, poklepał mnie po ramieniu i wróciliśmy. Kilka minut później, kiedy jeszcze miałem odrobinę nadziei, opowiedział jej, co robiłem i stwierdził, że jestem w niej po uszy zakochany. Jak się ze mnie śmiała. Wręcz pokładała się. Zrobiło mi się bardzo gorąco, poczułem pulsowanie w głowie i natychmiast wyszedłem. Przestałem się do niego odzywać. Od tamtego czasu wolałem pozostać sam, a przyjaciół traktować z rezerwą.

Następnego dnia poszedłem normalnie do pracy, siedziałem tyle, co zwykle i wróciłem do domu. Tam zająłem się zaległym projektem z pracy i ślęczałem przed komputerem w swojej pracowni do około jedenastej w nocy. Potem przeszedłem do pokoju, gdzie stało łóżko, usiadłem na fotelu i aby nieco się wyluzować, na chwilę włączyłem telewizor. Wkrótce zjadłem kolację. To prawda, że posiłek przed snem nie jest najzdrowszy, ale byłem głodny, a jak wiadomo, Polak głodny – Polak zły, więc po co się złościć na noc? Chyba to bardziej szkodzi niż drobny posiłek... Jakieś pół godziny później wziąłem prysznic i położyłem się spać.

Postanowiłem się dobrze ułożyć do snu, więc przewróciłem się na brzuch. Zamknąłem oczy i zaraz zaczęły się pojawiać obrazy z minionego dnia. A to praca, a to sytuacja zza kierownicy, aż wreszcie Śledzona z dnia poprzedniego. Niby wiedziałem, gdzie mieszka, ale wspomnienie, że nic nie zrobiłem, sprawiło, że przewróciłem się na bok. Myśli rozbiegane, gwałtowniejsze wciąganie powietrza i szybkie machanie stopą. Powtarzałem sobie, że miło będzie usnąć, odpocząć, aby nazajutrz być w pełni sił, lecz cały czas ten mętlik w głowie, więc musiałem zmienić pozycję. Znów na brzuch, podkurczyłem rękę, położyłem dłoń pod klatkę piersiową, a głowę bezpośrednio na jaśku. Kilkanaście minut i nadal nici ze snu, toteż odwróciłem się na plecy. Ręce pod głowę, nogi skrzyżowane, a całe ciało proste. Zacząłem liczyć barany i oddychać miarowo, głęboko. Kiedyś wyczytałem o specjalnym sposobie nabierania i wypuszczania powietrza, który podobno bardzo odpręża i pozwala szybciej zasnąć. Wciągałem powietrze najpierw przeponą aż do pełna, potem dociągałem klatką piersiową; następnie wydech – wpierw wypuszczałem z brzucha, a potem z klatki. Po kilkunastu razach poczułem ciepło niemal w każdym zakamarku ciała i kilka minut później zaczęła drętwieć twarz, potem okolice szyi, mostka, następnie ręce, brzuch, aż wreszcie nogi. Nie przerażało mnie to, bo czytałem, że to normalne objawy. Niestety, nadal nie mogłem zasnąć.

Poleżałem tak jeszcze jakieś dwadzieścia minut, czyli w sumie ponad godzinę. Bardziej rozbudzony, niż przed pójściem do łóżka, wyszedłem na spacer. Nie za ciepło się ubrałem, ponieważ nie chciałem się spocić, bo wiedziałem, że będę chodził szybko, aby w ten sposób poczuć zmęczenie i potem łatwo móc zasnąć. Skierowałem się w stronę Parku Kościuszki. Tuż przed nim zdecydowałem się pójść w ulicę obok, jeszcze trochę się pokręcić, aby później wrócić i wolno pospacerować. Czemu jej nie zaczepiłem?... Całe dzieciństwo chodziłem po lesie. Jeździłem z bratem do dziadków na wakacje, od pierwszego dnia chodziliśmy na grzyby i zbieraliśmy całe koszyki. Potem, aby zarobić na skromne kieszonkowe, jechało się do miasta i sprzedawało je. W czasach dzisiejszych grzyby pojawiają się dopiero w zasadzie we wrześniu, a wtedy przecież były już w czerwcu, co świadczy o zmianach klimatu. Dodatkowo było kilka jeziorek leśnych głębokich nawet na metr, a obecnie te miejsca są zupełnie suche. Na jednym z takich mokradeł, bawiąc się w rozbitków, zrobiliśmy sobie z bratem tratwę i pływaliśmy. Do dziś jak jestem w okolicy, chętnie odwiedzam to miejsce, z nadzieją zobaczenia choćby niewielkiej ilości wody. Na próżno. Poziom wód gruntowych spadł na tyle, że znikła ona nawet z kanałku melioracyjnego, a ojciec opowiadał, iż łowił tam szczupaki.

Wróciłem do parku z lekko podwyższonym tętnem. Teraz była pora na odpoczynek wśród drzew i papierosa. Dość jasna noc, na niebie tylko trochę chmur, księżyc niemal w pełni, a w oddali prześwitujące między pniami światła miasta. Cisza przerywana szumem konarów i liści strącanych przez podmuchy wiatru. Wiało raczej mocno z jeszcze większymi porywami, unosząc od czasu do czasu setki liści z ziemi. Za kilka minut niebo przykryła wielka, czarna chmura i zrobiło się ciemniej, mimo iż wokół było trochę latarni. Nagle potężny podmuch wiatru uniósł w powietrze cały ocean tego, co na ziemi. Osłoniłem twarz i słyszałem coś jakby zawodzenie nagich koron drzew, a dźwięki te przyprawiły mnie o delikatne zapadnięcie się w głąb siebie – zupełnie jak podczas jakiegoś letargu. Wtedy stało się coś niezwykłego. Nogi zrobiły się jak z waty, a serce zaczęło łopotać niczym napędzone wiatrem. Nic dziwnego nie słyszałem, a zarazem miałem wrażenie, że ktoś wołał wraz z podmuchami. Dokładnie się rozejrzałem i popatrzyłem, czy nikogo nie ma. Było po północy, ulice puste i tylko rozdygotany ja. Po paru sekundach wiatr przycichł, a z nieba zaczął siąpić drobny deszcz. Szybkim krokiem, choć na nieco zwiotczałych nogach, ruszając w stronę domu, nie umiałem zracjonalizować siebie obecnego. Zdawałem sobie sprawę, że nie zasnę, toteż wiedząc, iż to dobry środek nasenny, poszedłem do domu, wziąłem kluczyki od samochodu i pojechałem po kilka piw. Pomaga się wyluzować, tworzy poczucie znużenia i błogości. Wypiłem trzy i położyłem się spać. Wreszcie mogłem usnąć.

Mając około ośmiu lat, byłem z bratem u rodziny na wsi i bawiąc się w chowanego, wszedłem do małej stajni. Ciemnej i ciasnej. Skrywszy się w rogu, byłem pewien, że tam mnie nie znajdzie. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie źrebak. Dostał istnego amoku. Zaczął skakać, wierzgać, rzucać się, a ja coraz bardziej tuliłem się w kącie. W pewnym momencie tak machnął nogami, że mnie uderzył w udo. Przestał istnieć cały świat, wokół mrok, a przed oczyma tylko szalejące zwierzę. Miałem wrażenie, że za chwilę zginę.

 

 

ROZDZIAŁ II

 

 

Nie wiem, czy mi się coś śniło, czy nie, ale obudziłem się około czwartej nad ranem. Co się ze mną dzieje? Gwałtownie wstałem z łóżka. Bardzo szybko zacząłem chodzić w te i nazad. Panicznie przyspieszałem kroku. Jakbym chciał przed czymś uciec. Każdy mój ruch był obcy. Odbijałem się a to od jednej, a to od drugiej ściany. Tylko ruch będzie wybawieniem. Coś jakby mnie goniło. Więc czym prędzej. Jak najdalej. Najszybciej. Dokładnie się rozejrzałem. Raz. Następny. Kolejny. Dookoła. Wszędzie. Nic. Tylko ja i ciemny pokój. Brak myślenia. Absolutna pustka w głowie. Zarazem natłok impulsów. Kakofonia doznań. Amok. Noc. Oddech płytki. I szybki. Raptowny. Bicie serca. W piersi. W głowie. Zaciskanie pięści. Prostowanie palców. Aż do bólu. Spinanie mięśni. Dreszcze. Włączyć muzykę. Może telewizor. Doznawać normalnie. Tylko jak? Niemożliwe. Brak percepcji. Trzeba wyjść na dwór. Ubrać się. Odgonić. Dotyk ubrań. Zacisk butów. Klucze. Są. Schody. Jak na nie trafić? Nogi. Najpierw światło na klatce. Włącznik. Kroki w dół. Skąd to echo? Drzwi zamknięte. Klamka. Chłód. Cisza. Stąpanie. Uciekać. Biegiem. Naprzód. Gdziekolwiek. Chodnik. Trawnik. I ulica. Zapalić papierosa. Dym. Przez usta. Do płuc. Zaciągać się najgłębiej. W ruchu. Zbyt szybkim. Machać rękoma. Zaraz odpadną. Dyszenie. Oczyma dookoła. Zaparkowane samochody. Drzewa. Bloki. Domki. Zbyt blisko. Tupanie. Światło latarni. Obce. Zimne. Coraz szybciej. Daleko. Nie czuć. Nie widzieć. Nie istnieć...

Wreszcie powoli ustępowało, ja coraz to zwalniałem kroku, zaczynałem oddychać głębiej i spokojniej. Po mniej więcej dwudziestu minutach bardzo szybkiego marszu mogłem wracać do domu i próbując w pamięci przywołać ten stan, zacząłem się zastanawiać, co to było, ale bez efektu. Istniały tylko niesprecyzowane wspomnienia, których nie byłem w stanie ubrać ani w słowa, ani w obrazy. Przez pewien czas miałem wrażenie, że to, co czułem, to nie byłem ja. Coś mną zawładnęło, a ego zrzuciło na dalszy plan osobowości. Jakbym stał się zniewolony, a może i opętany... Wróciłem spokojnym krokiem do domu i położyłem się spać. Przyszło to bez najmniejszego kłopotu.

Obudziłem się. Był kwadrans po dziewiątej. Piętnaście minut wcześniej miałem być w pracy. Chwyciłem za telefon i usprawiedliwiłem spóźnienie. Wziąłem błyskawiczny prysznic, pojechałem. Na całe szczęście nic ważnego się nie wydarzyło, więc nie miałem nieprzyjemności. Dzień powoli mijał i prawie bez przerwy myślałem o tym, co mi się stało w nocy. Zabierałem się do czegokolwiek, a przed oczyma stawała jakże zmieniona psychika. Pisząc na komputerze, widziałem swoje ręce, które jakimś dziwnym sposobem wydawały się być nie moje. Coś utknęło w głowie i w każdym momencie dawało o sobie znać. Obserwacja zwykłych przedmiotów była odmienna niż dnia poprzedniego. Ekspres do kawy szumiał inaczej. Cukier rozpuszczał się z dziwnym namaszczeniem – nie był już słodzikiem, ale czymś, co ma duszę i mieszając cząsteczki z wodą, nabierał innego wymiaru swojej istoty. Najdrobniejsza rzecz, którą wykonywałem, wciągała w siebie. Przez to, wytężając umysł, całą uwagę skupiałem na niepotrzebnych szczegółach. Pod koniec dnia byłem tak bardzo wyczerpany, że mało nie usnąłem za kierownicą w drodze powrotnej do domu. Jechałem i tuż przed zakrętem oczy zaczęły się same zamykać, więc wydałem z siebie nieartykułowany krzyk. Gdy stanąłem na światłach, znów opadły powieki i powrót na jawę zawdzięczam trąbieniu samochodu stojącego za mną. Jak tylko znalazłem się w domu, padłem na łóżko i usnąłem.

Ocknąłem się około dwudziestej, leżąc na wznak i zastanawiałem się, co mi się przydarzyło w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin. Zjawisko było tak nietypowe, iż przyprawiało mnie o zmienioną świadomość zarówno w nocy, jak i za dnia. Tkwiłem na łóżku, aż do głowy przyszła mi Śledzona. Adres znałem, ale na tym się na razie kończyło. Co mógłbym zrobić, aby ją poznać? Przecież nie zapukam do drzwi i nie powiem, że mi się podoba i że ją śledziłem. To by ją zapewne wystraszyło. Więc co dalej?

 

Po dwugodzinnej drzemce wiedziałem, że szybko nie zasnę, toteż miałem kilka godzin, żeby zrobić coś miłego. Wpadło mi do głowy, aby stanąć obok jej domu i zobaczyć, czy gdzieś nie wychodzi. Było to mało prawdopodobne, gdyż było za późno, ale postanowiłem spróbować. Poszedłem. Było ciemno, tylko kilka latarni, nie wiało, a nad głową gwiaździste niebo. Stanąwszy jakieś sto metrów dalej, zapaliłem papierosa i czekałem. Przechodzili od czasu do czasu różni ludzie: jedni młodzi, drudzy nieco starsi, a każdemu z nich dobrze się przyglądałem, czy wśród nich nie ma kogoś znajomego, bo nie wiem, jak bym się wytłumaczył z powodów czekania w takim miejscu. Na szczęście przez najbliższą godzinę nikogo nie spotkałem. Widziałem tylko zapalające się i gasnące światła w jej domu. Na koniec jeszcze rozejrzałem się i ruszyłem do siebie. Nie za bardzo wiedząc, czy powrót do domu to dobry pomysł, bo ciągle zastanawiałem się nad moim nocnym stanem, zwiesiłem głowę, minę zrobiłem ponurą i człapałem. Gdy przechodziłem obok parku, pojawiła się jakieś dwieście metrów przede mną. Rozpoznałem ją natychmiast. Sam do końca nie wiem, co sprawiło, że potrafiłem tego dokonać z takiej odległości, ale byłem pewien, iż to ona. Zasłaniając twarz, błyskawicznie skręciłem przez trawnik do parku, usiadłem tyłem na najbliższej ławce, a w głowie miałem istny obłęd myśli. Próby zastygnięcia w bezruchu lub zapadnięcia się pod ziemię. Wokół park, noc i tylko ona za plecami. Spuściłem głowę, skuliłem się, jak tylko mogłem i słyszałem jej kroki za sobą. Najpierw dość ciche, z lewej strony, ale z każdą sekundą głośniejsze. Im była bliżej, tym bardziej starałem się zniknąć. Gdy była gdzieś za mną, nagle szurnęła podeszwą o chodnik. Wstrzymałem oddech. Chciałem się obejrzeć, aby zobaczyć, czy nie idzie w moją stronę, ale przecież mogłaby mnie poznać. Wytężyłem słuch. Ale kroki, stopniowo się ściszając, przemieściły się w prawo i z każdą sekundą podążały dalej. Wziąłem głęboki oddech. Gdy była już kilkadziesiąt metrów dalej, powoli wstałem i tak samo wolno ruszyłem za nią. Szła tam, gdzie można by się spodziewać – do domu. Śledziłem ją, aż weszła do bramy, stanąłem w odległości około stu metrów i jeszcze chwilę poczekałem. Szybko jednak do mnie dotarło, że jest już po dwudziestej pierwszej i o tej porze na pewno nigdzie nie wyjdzie, więc po kilku minutach wróciłem do domu.

Zasiadłem przed komputerem i zastanawiałem się, czy co tydzień wraca o tej samej porze, czy tym razem było to jednorazowe. Wtedy jeszcze nie miałem żadnego planu, jak ją zaczepić, ale wiedziałem, że jeśli jest to cykliczne, to może być przydatne w przyszłości. A gdyby tak następnym razem na nią zaczekać i spróbować się z nią poznać?... Poszedłem do kuchni coś zjeść, ale tak jak w pracy postrzeganie było całkowicie zmienione. Chwilami wydawało się, że mogę zrozumieć istotę materii. Pojąć, jak to się dzieje, że te same pierwiastki zmieszane ze sobą w innych proporcjach, są tak odmienne. Widziałem masło wtapiające się w chleb, wędlinę rozszczepiającą swą całość na moje życzenie pod naciskiem noża. Wrzucona torebka herbaty do szklanki gorącej wody wydawała z siebie swą duszę i wypełniała nią zawartość naczynia. Zrobiłem kilka kanapek i zasiadłem przed telewizorem. Dokładnie słyszałem delikatne mlaskanie, zgrzytający szelest rozgryzanego posiłku, a każda z tych czynności była ożywiona i dająca się idealnie sprecyzować. Mogłem niemal oznaczyć ich miejsce we wszechświecie. Obrazy z telewizora tworzyły taką samą realność jak to, co dookoła. Nie było żadnej różnicy. Chwilami łapałem się na tym, że przestaje mnie interesować świat codzienny i na przykład zapominam o gryzieniu pożywienia: trzymam go w ustach, nie ruszam żuchwą i nie przełykam. Trochę jakbym był w jakimś rodzaju snu – to, co powinno normalnie docierać, było odległe, a to, co nieistotne, stawało się najważniejsze. Hierarchia bodźców była pomieszana, zakłócona i wywrócona do góry nogami... Jak tylko skończyłem posiłek, ogarnęła mnie kolejna fala senności. Zmyłem naczynia, wziąłem prysznic i znów się położyłem. Sen przyszedł w okamgnieniu.

Po raz drugi obudził mnie ten sam nieprawdopodobny stan. Znowu zacząłem nerwowo chodzić po pokoju. Wszystko obce. Przecież nic się nie dzieje. Tylko dom, cisza, spokój i ja. Nie da rady. Spojrzeć na łóżko. Przybliża się. Rośnie. Jest za blisko. Może stół? Tak daleko. Nie dosięgnę. To z dziesięć metrów. Nawet dalej. Oddala się. Brak konturów. Rozmazuje się. Mrugać oczyma. Wyostrzyć wzrok. Niemożliwe. Wszystko faluje. Drży. Ręce. Czyje ona są? Nie moje. Dotknąć policzka. Zdrętwiałe. Chropowate. Nie czuję. Opuszki palców. Igły. Włączam telewizor. Głosy dudnią. Nie rozumiem. Zza światów. Pogłos. Zostają w głowie. Słowo projekt. Co znaczy? Jaki projekt? To o mnie. Ktoś to zaplanował? Jestem w pułapce. Nie uwolnię się. Wiedzą o mnie. Kto? Ten facet patrzy na mnie. Widzi mnie. Uciekać. Na dwór. Biegiem. Papierosa. Już ich nie ma. Może za blokiem? Chwila. Już. Pusto. Jak najwięcej ruchów. Rękoma. Nogami. Tułowiem. Nadal to moje ciało. Dyszenie. Szum tętna w głowie. Mówić do siebie. Głośniej. Upewnić się, że jestem w stanie. To mój głos. Krawężnik. Kurtka. Koniec papierosa. Pet. Zdeptać. Ręce wiszą. Nogi giętkie. Jeszcze dalej. Stopy kleją się. Najdalej...

Po około dwudziestu minutach zacząłem się uspokajać. Wtedy zwolniłem, przestałem machać nerwowo rękoma i oddech stał się płynniejszy. Kolejny raz próbowałem przywołać wspomnienia, może sprecyzować odczucia. Nic. To samo, co poprzednio. Był tym samym nieogarnialnym stanem umysłu. Gdy próbowałem skupić się i okiełznać to, stawały mi w myślach niejasne obrazy tego, co czułem. Ciężko to wyrazić słowami, ale miałem wrażenie, że to był sen, którego nie da się w żaden sposób zmierzyć. A może nie sen, ale inna rzeczywistość? Powoli wróciłem do domu i niedługo zasnąłem.

 

 

ROZDZIAŁ III

 

 

Obudziłem się tym razem o właściwej porze. Może czas iść do lekarza? Koniec końców zjawisko to było niewytłumaczalne, a zarazem tak poważne. Jeśli będzie się powtarzało, muszę coś z tym zrobić. Przecież zacząłem zaniedbywać obowiązki w pracy, a przede wszystkim byłem oderwany od samego siebie, co jeszcze bardziej mnie nakręcało. Postrzeganie rzeczywistości zakłócone, a wykonywanie większości czynności zajmowało dwa razy więcej czasu. A to próbowałem dostrzec formę egzystencji w działaniu mikroprocesora komputerowego, a to nadawałem w myślach szczególnego znaczenia sposobowi, w jaki się przeciągam czy ziewam. Na przykład kasłanie było niemal namacalne. To znaczy nie bezpośrednie odczucia z tym związane, ale sama czynność. Nabierało swoistej nuty życia i mimo że było wytworzone przez zmuszony do tego organizm, wydawało się być samodzielną istotą przychodzącą człowiekowi z pomocą. I w podobny sposób mijał cały dzień, a życie powoli oddalało się, odchodziło w zapomnienie. Rzeczywistość, jaką postrzegałem kilka dni wcześniej, stawała się obrazem w pamięci. Odpływała gdzieś w niebyt... Pracę skończyłem później niż zwykle, ponieważ nie zdążyłem wszystkiego zrobić na czas. Znowu po powrocie do mieszkania ledwo żyłem, jednak tym razem postanowiłem wytrzymać zmęczenie i nie kłaść się spać. Po chwili namysłu ubrałem się i poszedłem w pobliże domu Śledzonej.

Gdy już tam stanąłem, znowu zaczęło się mieszać w głowie. Jednak, mimo wszystko, czekałem. Próbując odgonić niepotrzebne myśli, paliłem papierosa za papierosem. Po około czterdziestu minutach zobaczyłem ją wychodzącą, więc nieco się cofnąłem, przytuliłem do ogrodzenia, lecz ruszyła w moją stronę. Przez chwilę nie wiedziałem, co robić, ale odruchowo zacząłem iść w tę samą stronę. Doszedłem do skrzyżowania, skręciłem w lewo i gdy znalazłem się już za rogiem, podbiegłem pod wejście do jakiegoś budynku, tam się schowałem. Wtuliłem się plecami w mur, wstrzymałem oddech, głowę odchyliłem do tyłu i przymknąłem oczy. Wytężyłem słuch i po pewnym czasie usłyszałem kroki. Coraz głośniejsze. Natychmiast odwróciłem się twarzą do ściany i spuściłem głowę. Stąpanie jeszcze przez moment nabierało głośności, ale chwilę potem zaczęło słabnąć. Odczekałem może pół minuty i wyszedłem. Nagle wyłoniła się zza rogu. Błyskawicznie schyliłem się, aby zawiązać but, mimo że wcale tego nie wymagał. Jej kroki nie zwolniły i skierowały się w lewo, z każdą sekundą zaczęły się ściszać. Powoli się wyprostowałem, ale głowę cały czas miałem opuszczoną. Chwilę później ruszyłem w stronę skrzyżowania i zobaczyłem, że idzie niecałe sto metrów dalej. Spokojnie odczekałem jeszcze moment i poszedłem za nią. Szła teraz małą ścieżką w stronę ulicy Pileckiego, tam skręciła w prawo, za chwilę przeszła przez Struga i wreszcie skierowała się do budynku, gdzie mieści się klub fitness. Weszła. Od razu dotarło do mnie, że jest to czynność, którą prawdopodobnie wykonuje cyklicznie, więc pojawił się w głowie pomysł, aby spróbować to jakoś wykorzystać. Stanąłem w znacznej odległości i czekałem, a percepcję nadal miałem zmienioną. Półtorej godziny później wyszła, więc znów się odwróciłem plecami i za chwilę za nią poszedłem. Udała się prosto do domu tą samą trasą. Było ciemno. Tym razem, gdy tylko schowała się w bramie, wróciłem do siebie. Zjadłem co nieco, wziąłem prysznic i padłem do łóżka. Kolejny raz zmysły wyłączyły się w momencie, gdy ciało dotknęło pościeli.

Tak jak mogłem się spodziewać. Około pierwszej w nocy obudził mnie ten sam stan. Wszechogarniający, despotyczny. Brak świadomości. Zajrzeć w głąb siebie. Zamknąć oczy. Skupić się. Jak najbardziej. Nic mi nie grozi. Stanąć twarzą w twarz. Co widzę? Pustka. Zewsząd. Ogromne rozmiary. Może bezkresna masa. Ni to kule. Ciemne. Bez kształtu. Bez barwy. Przytłacza. Zaciska się. Dusi. Oddech. Oddychać. Wszystko naciera. To zbyt wielkie. I ciężkie. Czuję. Widzę. Wysysa ze mnie życie. Chce zgnieść. Otworzyć powieki. Ciało. Powłoka. Niepotrzebna. Oblewa. Z każdej strony. Ginę. Inny wymiar. To jakaś gra. Percepcja. Ucieka. Ręka kilkumetrowa. Dotknąć stołu. Nadal mogę. Papierosa. Robię to czyimś ciałem. Dym. Do płuc. Szaro wewnątrz. Wnika. Miesza się. Krew. Pulsuje. Smak. Metaliczny. Ubrać się. Na dwór. Biegać. Uciekać. Palić. Rzucać rękoma. Czuć. Nadal to ja. Ulice. Pusto. Mówić. Na głos. Coś mnie goni. Dookoła bloku. Puls. Ktoś idzie. Ciszej. Schować się. Zobaczy. Do przodu. Byle gdzie. Najdalej...

 

Rano, po przebudzeniu zadzwoniłem do pracy z informacją, że jestem chory i ruszyłem do prywatnego lekarza. Nie próbowałem się dostać do przychodni, ponieważ obudziłem się za późno i nie było na to szans. Nie wiedząc, co się ze mną dzieje, postanowiłem najpierw iść do internisty. Gdy dowiedziała się, co mnie sprowadza, dokładnie zbadała i skierowała do neurologa. Tego samego dnia poszedłem do tegoż specjalisty i opowiedziałem o moich problemach, a on zaczął wypytywać, czy ostatnio nie uderzyłem się w głowę albo w kręgosłup. Potem stukając w kolana, sprawdzał reakcje nerwowe. Zaglądał do oczu. Badał mnie na różne sposoby dobre pół godziny, po czym przypisał leki mające pomóc, wydał skierowanie do psychiatry, na badania EEG, analizę krwi i dostałem piętnaście dni zwolnienia z pracy.

Do domu wróciłem całkowicie pozbawiony szans na rychłe wyzdrowienie. Wiedziałem, że jeżeli dostałem skierowanie do psychiatry, mój stan będzie się ciągnął tygodniami, a może i miesiącami, jeśli kiedykolwiek się zmieni na dobre. Poza tym zrozumiałem, że muszę dobrze zastanowić się nad ewentualnymi tego przyczynami, zanim do niego pójdę. W ten sposób będę mógł więcej powiedzieć o codziennych problemach, a on szybciej postawi diagnozę i szybciej przystąpi do leczenia. Jak tylko wykupiłem leki, to się do siebie uśmiechnąłem i szybciej niż zwykle wracałem do domu. Przyłapałem się na tym, że kilkakrotnie obejrzałem, co to za środki, jak się nazywają, skład. Zacząłem je traktować, jak swoistą świętość i przez kilka najbliższych dni zajmowały w hierarchii ważności jedno z czołowych miejsc. Zgodnie z zaleceniem lekarza zacząłem je zażywać, ale niestety na początku nie odczuwałem żadnej różnicy w samopoczuciu. Nie zaobserwowałem powrotu do dawnego postrzegania zjawisk, mając czasem kłopoty z zaśnięciem.

Po południu położyłem się spać i drzemałem około dwóch godzin. Jak się obudziłem, spojrzałem na zegarek i była prawie osiemnasta. Szybko wstałem, ubrałem się, poszedłem obserwować Śledzoną. Tym razem stanąłem z drugiej strony jej domu i czekałem, a percepcja była nadal zmieniona. Po mniej więcej piętnastu minutach zobaczyłem znajomego idącego tą samą ulicą. Nerwowo spojrzałem mu w oczy, zrobiłem kilka bezsensownych kroków w tę i nazad, i na początku nie miałem pomysłu, jak się wytłumaczyć z tego, że tu stoję. Podszedł, przywitał się, a ja naprędce wymyśliłem historyjkę, że czekam na kolegę z pracy, gdyż mam go zaraz odwieźć samochodem do domu. A co będzie, jak spyta, gdzie auto? Na szczęście zamieniłem z nim tylko kilka słów i poszedł w swoją stronę. Śledzona pojawiła się po piętnastu minutach i szła od drugiej strony, więc mogłem bezpiecznie pozostać w tym samym miejscu, jednak, na wszelki wypadek, odwróciłem się nieco w bok i kątem oka ją obserwowałem. Oddech zamarł. W pewnej chwili chciałem się odwrócić i jak najszybciej oddalić, ale to zapewne dałoby jej do myślenia. Słyszałem kroki, a te zbliżały się i zbliżały. I zbliżały. Wzrok miałem spuszczony, ale kątem oka zauważyłem, że skręciła i znikła u siebie. Postałem jeszcze prawie godzinę, ale ponownie się nie pojawiła. Na początku chciałem stać tam o wiele dłużej, ale byłem niezwykle zmęczony.

Kończył się dzień, a ja pod osłoną leków wiedziałem, że muszę kolejny raz stanąć twarzą w twarz z nocnym problemem. Oglądałem telewizję do późna, a obok, delikatnie rozświetlając mrok pokoju, włączona była tylko lampka. Siedząc tam, chciałem się odprężyć, a potem położyć do łóżka jak najbardziej zrelaksowany. W ten sposób miałem nadzieję, iż usnę bez żadnego problemu i być może stan się nie pojawi. Do wyrka wskoczyłem grubo po drugiej. Niestety, nic nie wskazywało, że szybko zapadnę w sen. W głowie kłębiły się myśli, wspomnienia z dnia i nocy. Jedne kojarzyły się z innymi, tamte z kolejnymi i tak powstawał w głowie potworny wyścig pojęć i przemyśleń powodujących kłopoty z zaśnięciem. Nie pomagało ani liczenie baranów, ani nawet wcześniej wspomniana technika oddychania.

Mając około siedemnastu lat, cierpiałem na bezsenność. Wielokrotnie później próbowałem znaleźć przyczynę, ale bez efektu. Nie było ani żadnego zawodu miłosnego, ani problemów w szkole. Potrafiłem nie zmrużyć oka nawet przez trzy noce. Jak się czułem, idąc ledwo żywy do szkoły? Zostawać w domu nie chciałem, bo jeszcze bardziej musiałbym się męczyć z próbami uśnięcia. Siedziałem w ławce i starałem się skupić na lekcjach, ale nie szło mi to zupełnie. Okres ten był kiepski, jeśli chodzi o oceny. Tak samo niespodziewanie, jak się to pojawiło, minęło jakieś dwa miesiące później. Teraz, przewracając się z boku na bok, leżałem i zasnąłem dopiero około piątej rano.

To cykliczne uczucie obudziło mnie około wpół do dziewiątej. Było zupełnie jasno, ale mimo to ten stan nie był wcale lżejszy. Nie pomogły też leki. Jedynym pozytywem brania ich było skrócenie czasu potrzebnego do powrotu do stanu normalnego. Zresztą mogło to być spowodowane innymi czynnikami, takimi jak przyzwyczajenie się, czy światło słoneczne. Dopiero później zrozumiałem, iż leki trochę pomagają, bo co prawda nie eliminują nocnego stanu ani zmienionej percepcji, ale nieco je łagodzą. Jeśli chodzi o siłę zjawiska, to doszedłem do ciekawych spostrzeżeń: nie byłem w stanie ocenić ich po tym, co czułem i widziałem. Było to na tyle obce, że nie miałem punktu odniesienia. Jedynym kryterium oceny skali były moje reakcje. To jak szybko chodziłem, czy mówiłem do siebie, czy nie i ile wypaliłem papierosów. I te przesłanki stały się wyznacznikiem choroby. Odmianą od standardu był fakt, że nie mogłem wyjść na dwór, bo był dzień i na ulicach byli ludzie, a nie chciałem pokazywać się nikomu w takim stanie. Zachowując się dokładnie tak samo, jak za każdym poprzednim razem, kilkanaście minut chodziłem po mieszkaniu w tę i z powrotem. Każda próba racjonalizacji kończyła się identycznie. Nawet gdy było jasno, czułem się, jak w jakiejś ciemnicy, czyli jakby oderwany od prawdziwych realiów świata zewnętrznego. Zaciśnięty w szczelnym kokonie odizolowującym od prawdziwej percepcji. Zamknięcie oczu po raz kolejny zbliżało do ciemnych kształtów, które nacierały z każdej strony, tłamsząc całe ego do postaci punktu. Zdałem sobie sprawę z jeszcze jednego szczegółu. Gdy pojawiał się ten stan, to w ustach miałem ni to smak, ni odczucie – tego też nie byłem w stanie sprecyzować. Chodziłem tak po domu najszybciej, jak potrafiłem, powoli się uspokajając, aż światło słoneczne znów docierało w normalny sposób.

Stan minął po około piętnastu minutach, ale nie chciałem wracać do łóżka, bo wiedziałem, że jeśli wytrzymam dzień bez zmrużenia oka, wieczorem zasnę i może będę na tyle zmęczony, iż on nie wyrwie mnie ze snu. Poszedłem do kuchni, zrobiłem sobie małe śniadanie i kawę. Stała się rzecz niesamowita. Otóż zdałem sobie sprawę, że bezpośrednio po wyjściu z tego stanu, postrzegam świat normalnie. Nie ma żadnych „dziwnych” przedmiotów. Wszystko jest jak dawniej. Czajnik wyglądał normalnie, chleb był chlebem, masło normalnie się rozsmarowywało, a nuż nie był narzędziem do wiwisekcji. Zacząłem się zastanawiać, jak mogę to wykorzystać na co dzień i czy to zjawisko chwilowe, czy długotrwałe. Jeśli długotrwałe, to może uda się normalnie funkcjonować? Nie kłaść się ponownie do łóżka, a wieczorem iść spać wcześniej? Jednak było zbyt wiele niewiadomych i postanowiłem poczekać na rozwinięcie się sytuacji.

 

 

ROZDZIAŁ IV

 

 

Około jedenastej poszedłem na badania EEG. Przyczepili mi w różnych miejscach głowy elektrody, a aparatura kreśliła krzywe odzwierciedlające stany elektryczne mózgu. Jak się nazajutrz okaże, niczego złego nie stwierdzono. Jeśli chodzi o analizę krwi, było podobnie. Tymczasem leżałem na kozetce z zamkniętymi oczyma i dostrzegłem, że tak jak ponad godzinę wcześniej odczuwam normalnie, więc jeśli tak dalej pójdzie, trzeba będzie podporządkować rytm swojego dnia temu fenomenowi.

Wyszedłem z gabinetu i postanowiłem rozejrzeć się za dobrym psychiatrą, więc udałem się do jednej z klinik, gdzie przyjmował jakiś profesor. Na całe szczęście nie musiałem długo czekać, gdyż jeden z pacjentów odwołał wizytę, zrobiło się wolne okienko, więc wciśnięto mnie właśnie w nie. Gdy opowiedziałem, co mi jest, popatrzył, zmarszczył czoło i zaczął zadawać takie same pytania, jak ja sam sobie po pierwszej ciężkiej nocy. Na przykład czy nie mam stresującej pracy, kłopotów osobistych, czy nie widziałem jakiegoś zdarzenia, które by mnie wytrąciło z równowagi. Przez chwilę zastanowiłem się, czy nie opowiedzieć o zdarzeniu w parku, lecz zrezygnowałem. Mając nadzieję, że może on znajdzie coś, czego ja nie dostrzegam, streściłem za to jak najwięcej drobnych szczegółów z życia. Były to stresujące sytuacje w pracy i życiu osobistym. Trochę dziwnie patrzył, a na koniec spytał, dlaczego o tym wspominam. Odpowiedź była prosta – chciałem wyzdrowieć jak najszybciej. Po półgodzinnej rozmowie nie było żadnych wniosków, dopytał, jakie leki zażywam, a gdy udzieliłem odpowiedzi, wypisał receptę z, jak się okazało, silniejszym środkiem i polecił przyjść za tydzień.

Spotkałem kiedyś chłopaka, który brał psychotropy przez trzy lata bez przerwy, a gdy chciał odstawić, czuł się wręcz fatalnie. Na tyle źle, że zgłosił się do szpitala na izbę przyjęć. Tam mu wyjaśnili, że jest uzależniony i kazali przez następne pół roku przyjmować inne prochy (nieuzależniające) łagodzące stan psychiczny. Całkowicie wyszedł z tego dopiero po roku i kosztowało go to sporo wysiłku i nerwów. A ja nie spytałem, czy te moje uzależniają. W domu nie posiadałem dostępu do internetu ani nie miałem kogo spytać, więc nie wiedziałem na ich temat nic.

Tak się zaczął okres zwolnienia z pracy i domowej samotności, ale także walki z własnym sobą. Bogatszy o nowe spostrzeżenia zacząłem przystosowywać swój zegar biologiczny do zaistniałych realiów. Wiedziałem, że w ten sposób stanę się niewolnikiem, ale będę żył jak kiedyś. W nocy zrywałem się w tym samym stanie i wypalając papierosa za papierosem, chodziłem przed blokiem nerwowym krokiem. Aby móc żyć jak dawniej, nie wracałem do łóżka i kładłem się spać dopiero późnym wieczorem. I to, że się nie kładłem po nocnym koszmarze, okazało się strzałem w dziesiątkę – wtedy postrzegałem normalnie. Niestety było bardzo wiele minusów tym spowodowanych. Zbyt wiele, aby normalnie funkcjonować. Średnio spałem po cztery do pięciu godzin, ponieważ kładąc się około dziewiątej wieczorem, zwykle budziłem się około pierwszej, drugiej, czasem trzeciej. A ta ilość snu generowała całą masę następstw i emocji. Zacząłem prowadzić dziennik „władcy mojego czasu”, zapisując w nim, o której ten stan zerwał mnie z łóżka, ile papierosów wypaliłem, jak długo potrzeba mi było na powrót do normalności i ile godzin pozwolił spać. Kolejną rzeczą skutecznie utrudniającą życie była zbyt duża ilość wolnego czasu. Dzień rozpoczynałem około drugiej nad ranem, a kończyłem około dziewiątej wieczorem, więc miałem do dyspozycji prawie dwadzieścia godzin. Po dwóch dniach zrozumiałem, że muszę ten czas zagospodarować jak najbardziej, aby nie zmorzył mnie sen.

Ułożyłem sobie szczegółowy plan zajęć. W nocy, po oswobodzeniu się ze stanu wypijałem dwie kawy, zasiadałem do komputera i pisałem program na potrzeby firmy, w której pracowałem. Przeznaczałem na to cztery godziny. Następnie zjadałem śniadanie i aby nie zasnąć, wychodziłem na długi spacer. Codziennie tą samą drogą, w tym samym miejscu przechodziłem przez ulice. Wędrowałem tak dwie godziny, po czym wracałem i zajmowałem się mieszkaniem. Rozpocząłem gruntowne sprzątanie. Pierwszego dnia wziąłem się za łazienkę i zajęło to prawie trzy godziny. Nigdy nie było tam tak czysto. Potem zjadałem drugi posiłek, wypijałem kolejne dwie kawy i czytałem książkę. Spędzałem przy tym cztery, pięć godzin. Po tym czasie kawa przestawała działać i musiałem zająć się czymś aktywnie. Zacząłem fizycznie ćwiczyć. Pompki, podciągnięcia, brzuszki i rozciąganie się. Trwało to średnio czterdzieści pięć minut. Następnie chwilę pogapiłem się w telewizor, czy przygotowywałem obiad. Albo wymyślałem jakieś dania, albo sięgałem po książkę kucharską i coś pitrasiłem. W tym dziwnym czasie nauczyłem się dobrze gotować oraz opracowałem siedem własnych przepisów na potrawy.

 

Tego dnia wieczorem poszedłem pod dom Śledzonej. Stanąłem tak, jak zwykle, w jakiejś odległości i czekałem aż się pojawi. Dreptanie w miejscu, papieros za papierosem, w głowie spory rozgardiasz. Ale percepcja wróciła do normy. Tyle było dobrego. (O wiele później zdałem sobie sprawę, że choroba doprowadziła mnie do takiego stanu, że prawie nie rejestrowałem tego, co na zewnątrz – na przykład jaka była pogoda.) Była mniej więcej dziewiętnasta, gdy zobaczyłem ją wychodzącą z domu. Może powinienem się jakoś przebrać albo nawet zmienić wygląd, na przykład malując sobie zarost? Ale gdybym go miał, to spotkawszy kogoś znajomego, byłbym spalony... Miała na ramieniu torbę i szybko zrozumiałem, że najprawdopodobniej idzie na fitness. Poszedłem za nią i szybko się przekonałem, że się nie myliłem. Gdy tylko tam weszła, powędrowałem na prawie godzinny spacer, bo wiedziałem, że szybko stamtąd nie wyjdzie. W stronę starówki na pewien czas i wolnym krokiem wróciłem pod klub. Wyszła po mniej więcej półtorej godzinie, więc znów się nieco ukrywając, ruszyłem za nią. Jak najostrożniej, udając, że jestem tu przypadkiem. Ciemność to mój sprzymierzeniec. W pewnym momencie lekko odwróciła się do tyłu. Jednak szedłem jak gdyby nigdy nic. Głowa do dołu. Przygarbiony.... Idąc jej śladem, niejako odprowadzałem ją do domu. W tym czasie stawała się coraz bliższa i coraz ważniejsza, gdyż śledząc ją, myślałem o niej, a to najlepsza pożywka dla emocjonalnego zaangażowania. Poza tym czułem się coraz gorzej na co dzień pod wpływem nocnych przeżyć, więc uciekałem od nich w coś piękniejszego i milszego. A taka ucieczka była wybawieniem. Gdy już znikła w bramie, zapaliłem papierosa, postałem jeszcze przez chwilę i wróciłem do domu. Do planu dnia dołączyłem także wędrówki za Śledzoną i był to najmilszy jego punkt. Uciekałem wtedy w marzenia i nie wiele więcej mnie interesowało. Wielokrotnie, gdy kładłem się spać, stała mi przed oczyma: widziałem, jak się uśmiecha, jak rozmawia z koleżanką i przypominałem sobie jej sposób poruszania się. Mimo iż byłem z nią twarzą w twarz tylko przez krótki czas, wydawało się, jakbym ją znał od wieków. Siedzimy razem w jakiejś knajpie, patrzymy sobie w oczy, ona jest szczęśliwa, a ja, czując jej bliskość i słysząc głos, dzielę z nią ten stan.

Wróciłem do domu, położyłem się dość późno, a w nocy obudził mnie ten sam koszmar. Było tak jak poprzednio i zacząłem się w jakiś sposób do tego przyzwyczajać. Znów nie położyłem się spać, aby mieć niezmienioną percepcję, i miałem przed sobą bardzo długi dzień.

 

Codziennie wprowadzałem kolejne poprawki zapełniające czas jak najbardziej. I tak, po czterech dniach dodałem godzinne czytanie literatury fachowej, i aby móc tego dokonać, w trakcie porannego spaceru kupowałem odpowiednie czasopisma, a czasem książkę. Wiedziałem, że muszę coś robić, aby nie usnąć i nie zaprzątać głowy chorobą. Czułem się czasem jak w wojsku, gdzie każda czynność jest o swojej, ściśle określonej porze i każda jest przymusowa. Oczywiście ja byłem tego twórcą i nie wymagałem od siebie doskonałych wyników, a jedynie systematyczności. Mogłem się czymś zająć, a nie musiałem denerwować, gdybym nie zdążył na czas – na przykład z napisaniem programu.

I tak mijały kolejne dni, a noc przynosiła ten sam koszmarny stan. Dzień był wybawieniem, a kładąc się, czekałem na mojego mistrza. Codziennie zmagałem się ze sobą, a czas uspokojenia stał się punktem zero, od którego wszystko się zaczynało niemal identycznie. Owszem były różnice, ale prawie nic nieznaczące. Głównie polegały na tym, co jadłem, co czytałem. Każda kolejna doba przynosiła to samo. Po sześciu dniach dodałem kolejne zajęcia. Coraz bardziej przemęczony i niewyspany wypełniałem punkty harmonogramu i ja, jako osoba, schodziłem na drugi plan. Pierwszy raz w życiu najważniejszą rzeczą nie było to, jak przeżyć, ale to, aby w ogóle przeżyć i zdrowo postrzegać świat. Mimo narzuconego scenariusza na życie miałem coraz mniej potrzeb. To, co niegdyś było najistotniejsze, teraz stało się czymś drobnym. Pewne elementy życia niedawno niezbędne dla szczęścia, w teraźniejszości nie znaczyły nic. Inne nieistotne, stały się najważniejsze. Cały system wartości uległ kapitalnej przebudowie. Śmiało mogę powiedzieć, że to nie byłem już ja. Był to człowiek o tym samym ciele, a cała reszta była inna.

Kolega opowiadał kiedyś, że uczestniczył w kursie przetrwania. Mieszkali przez dwa tygodnie w namiotach, spali tylko po trzy czy cztery godziny, a resztę stanowił trening, marsz i próby zorganizowania sobie jedzenia. Mówił, że najbardziej wyczerpujący był rytm, w którym wszystko było o ściśle zaplanowanym czasie, bez możliwości spontanicznego odpoczynku czy choćby wytchnienia. To istny wyścig z samym sobą i z instruktorem. Kiedy ja narzuciłem sobie ten specyficzny rytm dnia i nocy, czułem się chyba podobnie. Praktycznie wszystko pasuje. Zarówno mała ilość snu, jak i systematyczność czynności. Co więcej – ja też to robiłem, aby przetrwać, więc był to dla mnie survival, tyle że w warunkach domowych.

 

 

ROZDZIAŁ V

 

 

Następnego dnia, będąc nieco zmęczonym, siedziałem w domu trochę bezczynnie. Jak by tu zbliżyć się do Śledzonej? Na początku nic mi nie przychodziło do głowy, ale po pewnym czasie przypomniałem sobie starą znajomość z dziewczyną o tym samym imieniu – z tą, która była nieuczciwa. To podsunęło pewien pomysł. A gdyby tak sprawdzić nastawienie obecnej do pieniędzy? Zrobić coś, co zbadałoby ją pod tym kątem? Zacząłem intensywnie myśleć i w końcu mnie olśniło. Był to pomysł zarówno dziwny, jak i szalony. Postanowiłem zabawić się w gubienie portfela na jej drodze. Śledzić z klubu fitness do domu, następnie wyprzedzić, rzucić go na ulicę, którą pokonuje i udać, że zgubiłem. Teraz się tego wstydzę, rozumiejąc, iż było to w jakiś sposób manipulowanie nią, ale wtedy pomysł ten wydał się idealny. Jednakże przecież nie zaryzykuję i nie rzucę na chodnik portfela ze wszystkim, co mam? Z kartami płatniczymi, kredytową, dowodem osobistym, rejestracyjnym, prawem jazdy i wszystkimi pieniędzmi? Ale w szufladzie miałem stary i mocno zniszczony portfel, więc mogłem włożyć do niego tylko rzeczy, z utratą których bym się pogodził. Chcąc sprawić wrażenie, iż jest to prawdziwa zguba, włożyłem kilkadziesiąt złotych, tak, aby wyglądało, że tracę coś cennego, dołożyłem kilka swoich wizytówek i parę cudzych. Zdawałem sobie sprawę, że osoba inteligentna dojrzy tych kilka moich.

Pozostało jeszcze przetestować swój plan pod względem czasowym. W ciągu dnia, kiedy ona była najprawdopodobniej w pracy, poszedłem pod jej dom i używając zegarka z sekundnikiem, sprawdzałem czasy tego, co zamierzam zrobić. Najpierw przeszedłem tempem podobnym jak ona i tą samą drogą – od klubu do domu. Następnie pobiegłem drogą taką, jaką mam ją wyprzedzić. Mimo iż dystans był znacznie dłuższy, na szczęście okazało się, że biegiem jestem o ponad minutę szybszy. To była dobra informacja. Problemem pozostawało, aby mnie nie zauważyła, jednak biorąc pod uwagę, że śledzę ją od dłuższego czasu i do tej pory tego nie odkryła, to mogłem przypuszczać, iż tak będzie i tym razem. Jak na razie wszystko pasowało do założenia. Miałem tylko nadzieję, że biegnąc, nie spotkam po drodze kogoś znajomego, gdyż to zakłóciłoby całe przedsięwzięcie i wszystko musiałbym powtarzać kilka dni później, a czekać już nie chciałem. Wtedy zadałem sobie pytanie: co, jeśli zapyta, co robiłem w okolicach jej domu?... Wróciłem do domu szybciej niż zwykle, krok miałem sprężysty, a i uśmiech nie schodził z twarzy. Pozostało czekać do wieczora.

 

Wtedy wziąłem ten portfel w kieszeń i poszedłem w okolice jej domu. Tym razem stanąłem nieco dalej, bo akcja była zbyt ważna. Było pochmurnie, czasem spadały drobne krople, nie wiało. Spojrzałem na niebo i wydawało się, że chmury zaraz zwalą się na głowę. Wypalałem papierosa za papierosem. Przypuszczałem, że tego dnia pójdzie na fitness. W pewnym momencie wyobraźnia prawie zastąpiła rzeczywistość. Ona odbiera portfel, uśmiecha się, a ja zapraszam ją na randkę. To było tak blisko. Potem spotykam się z nią, miłe rozmowy, kolejne uśmiechy, odprowadzam ją wreszcie do domu i zaprasza do siebie. Seks był dla mnie z jednej strony ważny, ale potrafiłem się obyć bez niego. Najważniejsza była bliskość i to niesprecyzowane uczucie, gdy czuje się jedyną w swoim rodzaju ulgę i wytchnienie od wszystkiego innego. A ja, aby liczyć na to wytchnienie, ostatnio miałem mnóstwo powodów. Budzimy się rano przytuleni do siebie, czując nawzajem bicie serc i słysząc oddech. Mimo że stałem na chodniku, to myślami byłem razem z nią.

Wyszła około dziewiętnastej trzydzieści, poszedłem za nią. Kolejny raz stąpałem bardzo delikatnie, niemal bezgłośnie, nawet starałem się oddychać jak najciszej. Głowa do dołu, ręce przyklejone do tułowia, a klatka piersiowa ściągnięta do przodu, tak, że byłem zgarbiony. Podążałem w odległości mniej więcej stu metrów. A może zwolnić i zostać bardziej z tyłu? Ale mogę ją zgubić. Nogi mi drżały, dłonie się pociły, a uszy rejestrowały każdy najmniejszy szmer. W końcu doszliśmy w okolice klubu i tam weszła. Jakby wielki ciężar spadł, a nogi się prawie ugięły. Tym razem nie oddalałem się stamtąd na krok, gdyż za bardzo zależało mi na wykonaniu zadania. Dreptanie w miejscu, sprawdzanie godziny i kolejny fajki. Oczywiście pojawiły się pewne wątpliwości, ale byłem w takim stanie, że szybko je odrzuciłem.

Mniej więcej o dwudziestej pierwszej wyszła i ruszyła w stronę domu, więc gdy tylko, idąc dalej prosto, minęła ulicę Struga, ja skręciłem w lewo. Pobiegłem do Niedziałkowskiego, skręciłem w prawo i dalej w lewo w Partyzantów, pokonując dość znaczną odległość. Biegłem ile sił w nogach. Serce mało nie wyskoczyło. Z ledwością łapałem oddech. Nie pamiętam niczego poza przymusem działania. Świat nie istniał. Liczył się tylko plan... Wyprzedziłem ją i dotarłem pod jej dom. Rozejrzałem się, czy nie ma nikogo w pobliżu, kto mógłby znaleźć portfel, rzuciłem go na chodnik i obejrzałem się, czy przypadkiem mnie nie zobaczyła. Była oddalona o jakieś dwieście metrów. Szybkim krokiem schowałem się w jednej z bram. Było zupełnie ciemno. Serce wcale nie zwalniało. Ręce się pociły. Patrzyłem tylko, czy złapie przynętę... Zbliżyła się, zwolniła kroku, schyliła i podniosła go. Na chwilę stanęła w miejscu, obejrzała, po czym schowała do kieszeni i spojrzała w moją stronę. Niemal znikłem przytulony plecami do muru, a zarazem miałem wrażenie, że jestem oświetlony światłem reflektora. Przez chwilę stała w bezruchu i ruszyła. W moją stronę?... Zrobiła kilka kroków i znikła w swojej bramie. Czułem się, jakbym wypił kilka piw. W głowie szumiało, przed oczyma kręciło i jedyne, na co miałem ochotę, to usiąść. Chwilę odsapnąłem i znów biegiem ruszyłem do siebie. Wróciłem do domu i pozostało tylko czekać.

Tego dnia nie mogłem zasnąć w ogóle, więc wpatrując się bezmyślnie w nieinteresujące programy, siedziałem przed telewizorem. Nie byłem w stanie robić nic konkretnego, toteż rozmyślając o manipulacji, ślęczałem na fotelu, a światło, jak zwykle, pochodziło tylko z lampki. Jak bardzo jestem nieporadny, skoro uciekam się do takich metod? Przecież gdybym był zaradny i rozsądny, to poznałbym ją już tego dnia, gdy ją zobaczyłem po raz pierwszy. Poznał i wywnioskował, jaka jest, bez uciekania się do takich forteli. Zacząłem tego żałować. Poza tym, nawet gdy zadzwoni, a potem odbierając „zgubę”, się z nią spotkam, to co dalej?... Do około szóstej rano siedziałem w ten sposób na fotelu bez odrobiny snu i czułem się potwornie zmęczony. Jedynym plusem było to, że nie pojawił się koszmar, bo nie miał kiedy, ponieważ nie zmrużyłem oka, a jak dotąd przychodził tylko wtedy. Potem poszedłem na długi spacer i ten dzień był wyjątkiem w ostatnich planach zagospodarowania wolnego czasu. O dziwo nie chciało mi się za bardzo spać, gdyż tak bardzo mnie nakręcała manipulacja. Po prostu albo się włóczyłem po mieście, albo ślęczałem przed telewizorem, czekając na telefon. I tyle.

Ta nieuczciwa znajoma nie była w moim typie, ale zainteresował się nią kolega z ówczesnej pracy. Zaczął zapraszać ją do knajp, restauracji, aż w końcu spędzili u niego noc. Rano, kiedy pojechała, zobaczył, że brakuje mu w portfelu kilkuset złotych. Na początku był pewien, że zginęły w inny sposób, ale po następnej jej wizycie brakowało także karty do bankomatu. Swoją drogą, to trzeba być niespełna rozumu, aby w ten sposób kraść. Zaprosił ją jeszcze raz do restauracji i wtedy otwarcie przy wszystkich stwierdził, że jest złodziejką. Krzycząc, zaczęła go wyzywać od naciągaczy i natychmiast wyszła. I więcej się nie spotkali. Czy Śledzona może okazać się podobna?

Tego dnia się nie odezwała. Każda o tym imieniu jest nieuczciwa! Powiedziałem do siebie: „a nażryj się tym portfelem!”... Położyłem się spać około ósmej wieczorem i błyskawicznie zasnąłem. Około drugiej w nocy obudził mnie ten stan. Było identycznie jak poprzednio. Potem mocno zrezygnowany wróciłem do swojego planu dnia.

Tuż po osiemnastej zadzwonił telefon. Numeru nie znałem. Sięgnąłem po niego. Przed oczyma migotał ekran. Wstrzymałem oddech. Odebrać, czy nie? A jeśli odkryje moje zamiary?... Odebrałem i dość anemicznie powiedziałem „słucham”. To była ona! Przywitała się, po chwili spytała, czy czegoś nie zgubiłem, na co ja, że owszem – portfel. Jej głos wydał się najpiękniejszy na świecie. Miałem co prawda obawy, ale wewnętrznie kipiałem. Powiedziała, że go znalazła i czy chcę odzyskać. Oczywiście, że chciałem. Jak możemy się umówić, spytałem spokojnym głosem. Zaproponowała spotkanie na następny dzień, o dziewiętnastej przy Parku Kościuszki. Zgodziłem się. Pożegnałem się i zostało oczekiwanie. Przez długi czas, wykonując swoje zaplanowane czynności, działałem jak nakręcony. Takiego siebie już zdążyłem zapomnieć. Zasypiając, miałem ją przed oczyma. Trochę odpłynąłem, a fantazja przyniosła liczne obrazy, jak może wyglądać najbliższe spotkanie i dalsza przyszłość... Tej nocy koszmar powrócił i wydaje się, że był ciut słabszy, na co prawdopodobnie miał wpływ fakt oczekiwania na coś bardzo przyjemnego. Druga sprawa, że w jakiś sposób zacząłem się przyzwyczajać do tych stanów, więc, aby się ich jak najszybciej pozbyć, już wiedziałem, co robić.

 

Nadeszła godzina stawienia się po odbiór portfela, więc nieco wcześniej, niż powinienem, wyszedłem z domu i stanąłem w umówionym miejscu. Stąpałem w tę i nazad, nerwowo sprawdzałem godzinę, rozglądałem się we wszystkie strony. W każdej pojawiającej się osobie, choćby była daleko, doszukiwałem się jej. W pewnym momencie nawet zastanawiałem się, czy jestem w stanie ją poznać. W głowie wytworzył się obraz osoby raczej przypominającej fantazję niż rzeczywistość. Poza tym byłem przytłoczony stanem ciągnącym się już od kilku dni, ale aktualna sytuacja niezwykle nakręcała. Jak wytłumaczyć obecność w portfelu tylko niewielkiej sumy pieniędzy i wizytówek? Wymyśliłem historyjkę, że karty i dokumenty trzymam gdzie indziej. I najważniejszą rzeczą było, aby umówić się na randkę, ale na to kompletnie nie miałem pomysłu. Już niejednokrotnie poznawałem dziewczynę, która mi się podobała i nie potrafiłem tego pociągnąć. Zawsze brakło języka w gębie i na zwykłej znajomości poprzestawałem. Może tym razem będzie inaczej? W końcu już się jej trochę naśledziłem, wkładając w to sporo energii i czasu.

Pojawiła się niemal punktualnie. Wyglądała świetnie i od czasu podróży pociągiem mogłem się przyjrzeć z bliska po raz pierwszy. Oczy mi zapłonęły. Chodzący ideał. Tak, mimo że nim nie była, to wtedy postrzegałem ją jako ideał. Zbliżając się, rozejrzała się, jakby sprawdzała, czy nikogo więcej nie ma i czy to oby na pewno ze mną się umówiła. Zamarłem w bezruchu, wstrzymałem oddech, a w głowie słyszałem rytmiczne uderzenia tętna. Po chwili uśmiechnęła się i będąc o jakieś pięć metrów, stwierdziła, że już się chyba z widzenia znamy. Potwierdziłem, udając jednak, że się dobrze przyglądam. A wewnętrznie mnie roznosiło. Po chwili bez słowa wyciągnęła portfel i przekazała mi go. Ja tylko na nią spojrzałem, podziękowałem i...

Mając dwadzieścia kilka lat, lubiłem chodzić po lesie. Potrafiłem wyruszyć wczesnym przedpołudniem, włóczyć się bez celu i wrócić dopiero wieczorem. I tak naprawdę nie za bardzo mnie interesowało, co widzę wokół. Jakieś ładne widoki? Ptaki albo drzewa? To nie miało większego znaczenia. Owszem lubiłem na nie popatrzeć, czasem dziwić się niezwykłą naturą, ale w gruncie rzeczy liczyło się to, co miałem w głowie. Potrafiłem całymi dniami snuć marzenia, wyobrażać sobie, co by było, gdyby. Wymyślałem całe, długie i skomplikowane historie, jak mogłoby potoczyć się moje życie. Raz wymyśliłem, że wyjeżdżam za granicę, a zdając sobie sprawę, że jestem przywiązany do miejsc, wizja była tym dziwniejsza. I prawdę powiedziawszy, tłumaczyłem sam przed sobą swoją marzeniową decyzję. Może tak będzie lepiej? Może tam odnajdę to, czego pragnę? Choć w rzeczywistości pragnąłem takiego życia, jakie miałem. Rodziła się pewna rozbieżność między codziennością a imaginacją. I może to ta rozbieżność jest źródłem tego, co robię?

Stojąc naprzeciwko Śledzonej, myślałem, aby na jaw nie wyszła manipulacja! Widzieliśmy się w pociągu i może to być kolejnym klockiem układanki, którą rozwikła i mnie przejrzy! W zasadzie to właśnie ta myśl mnie tak bardzo dotknęła, więc to, co się chwilę potem stało, było tego następstwem. Udając, że odzyskanie go niezwykle cieszy, patrzyłem raz na nią, a raz na portfel. Podziękowałem, spytałem, czy coś się należy za oddanie zguby, a wyrażałem się niezwykle oficjalnie i zdawkowo. Stwierdziła, że miała blisko, zwrot zguby to drobiazg i nie ma o czym mówić. Jeszcze raz wyraziłem swoją rzekomą wdzięczność, po czym odwróciłem się na pięcie i ruszyłem do siebie. Powolnym krokiem odszedłem...

Po powrocie do domu zrobiłem grymas twarzy, który nie mógł być podobny do żadnego innego: oczy przymknąłem, górną wargę podciągnąłem do góry, dolną w dół, ale nie było to zwykłe otwarcie ust, bo kąciki poszły na zewnątrz, zmarszczyłem nos i czoło, a język wciągnąłem jak najgłębiej. Stanąłem nieruchomo pośrodku ciemnego pokoju i za chwilę padłem bezwładnie na łóżko, wtuliłem twarz w poduszkę, przycisnąłem z całych sił i wydałem z siebie chyba najgłośniejszy wrzask w życiu. Wyłem. Długo. Bardzo długo. Kolana podkurczyłem pod siebie, rękoma złapałem się za łóżko i mało go nie porozrywałem na strzępy. Jeśli tym razem się poddałem, to nie ma po co więcej próbować! Cały misterny plan wziął w łeb i wszystkie zabiegi można sobie włożyć gdzieś! I po co mi to było? Zawracałem tylko komuś głowę, samemu jedynie tracąc czas i nerwy!... Temat Śledzonej stał się zamknięty. Zamknięty na amen.

Po tym zdarzeniu w nocy ten stan powrócił silniejszy i więcej czasu trzeba było na uspokojenie się. Więcej wypaliłem też papierosów i byłem jeszcze bardziej oderwany od siebie samego. Jak wreszcie pozbyłem się go, uświadomiłem sobie, że każdy stres doświadczony za dnia odbija się w mocy nocnego stanu. A na to pozwolić sobie nie mogłem, toteż od tego czasu próbowałem za wszelką cenę omijać niemiłe sytuacje. Nazajutrz jeszcze bardziej zaostrzyłem sobie rygor dnia codziennego. Teraz widzę, że niepowodzenie z nią dało sporo energii, potrzebnej do stylu życia, w jaki ostatnio wszedłem. Tak więc, mimo ogromnych negatywów, istniał także pozytyw. Pozytyw, który, jak się okaże, będzie decydujący w dalszych moich kolejach.

W liceum starałem się przez pewien czas o koleżankę, ale w końcu dała mi kosza. Przez następnych kilkanaście dni nie mogłem dojść do siebie, byłem mocno przygaszony, nie byłem w stanie się skoncentrować na nauce, a i w domu głównie leżałem na łóżku pogrążony w apatii. Ale któregoś dnia zobaczyłem ją, jak śmieje się z jednego z kolegów, który był bardzo nieśmiały i zamknięty w sobie. Nie wytrzymałem, podszedłem i na cały głos zacząłem się z niej śmiać. Przyniosło to natychmiastowy skutek zarówno dla niej, jak i dla mnie. Odeszła i już więcej go nie zaczepiała, a ja poczułem w sobie moc i od tego dnia wziąłem się w garść.

 

 

ROZDZIAŁ VI

 

 

Po ośmiu dniach przyszedł czas, aby kolejny raz iść do psychiatry i neurologa. Zanim przedstawiłem psychiatrze dziennik „władcy mojego czasu”, spytałem, czy moje leki uzależniają. Odpowiedź była negatywna. Całe szczęście... Nie mógł wyjść z podziwu, że mi się chciało prowadzić tak szczegółowe notatki. Nic nie wspomniałem o teraźniejszym, dziwnym sposobie na życie, bo wiedziałem, że tego nie zrozumie. Mógł wiedzieć tylko to, co ja mu opowiedziałem, a skoro większości rzeczy sam nie byłem w stanie sobie wyobrazić, to nie było mowy o wyrażeniu ich. Na koniec wypisał nową receptę i wspomniał, że jeśli mój stan się nie zmieni, może być potrzebna hospitalizacja. Potem byłem u neurologa. Ponownie zbadał mnie dogłębnie i wiedząc, że leki mam od psychiatry, własnej recepty nie wypisał, ale za to również zaproponował hospitalizację. Nie chciałem się na nią zgodzić, bo wiedziałem, iż wtedy nie będę w stanie żyć nowym cyklem. Na tyle się tego bałem, że od razu zaprotestowałem i wizyta skończyła się na powierzchownych badaniach.

W sumie mogę powiedzieć, że zarówno psychiatra, jak i neurolog nie wnieśli nic nowego poza receptą na środki uspokajające. Żaden z nich nie podał najmniejszej hipotezy, czym jest mój nocny stan i czym może być spowodowany. Wyglądało to trochę jak wizyta w urzędzie – przejrzenie papierów, stempelek i następny. Oczywiście nie mogę im odmówić, iż rzeczywiście chcieli pomóc, ale obawiam się, że pierwszy raz spotkali się z takimi objawami i byli podobnie bezradni, jak ja.

 

W końcu po piętnastu dniach wróciłem do pracy. Przyzwyczajony już do stabilnego stanu chorobowego pracowałem dłużej niż zwykle. Niestety efekty mojej pracy nie mogły się równać tym, które osiągałem przed zapadnięciem w chorobę. Ponieważ pierwszy raz od dwóch lat byłem na zwolnieniu, a wyniki miałem przedtem zawsze doskonałe, szefostwo traktowało mnie z pewną ulgą. Poza tym przedstawiłem już prawie gotowy program, który będąc na zwolnieniu, pisałem. Jeden z nich zaproponował nawet, że dadzą mi dodatkową premię. Odmówiłem, wiedząc, że do momentu, gdy skończą się moje problemy, będę pracował mniej efektywnie.

Gdy wróciłem do pracy, spałem mniej więcej tyle samo, co w czasie zwolnienia. Powodowała ona, że byłem jeszcze bardziej zmęczony, ponieważ doszedł do tego stres i wymóg efektywności. To wprowadziło kolejne zmiany. Stałem się bardziej nerwowy, czasem opryskliwy i mało sympatyczny. Ludzie z tego samego pokoju próbowali podpytywać, co mi jest, a ja mówiłem zawsze to samo – nic. Po kilkunastu dniach przyzwyczaili się do nowych realiów i większość z nich nawet nie próbowała dyskutować. Traktowali jak chorego i pobłażali mi, jak mogli, mając nadzieję, że to przejdzie i znów kiedyś będę tym samym bezkonfliktowym facetem. Po pewnym czasie bezpośredni zwierzchnik wziął mnie na rozmowę i pytał, co się dzieje, że jestem rozkojarzony i inny. Potem dał do zrozumienia, że może powinienem coś z tym zrobić. Nie powiedział co dosłownie, ale doskonale wiedziałem, że chodzi o wizytę u lekarza. Mało tego, między wierszami czytałem, że o psychiatrę. Zapewniałem, że nic złego się nie dzieje i powrócę do wcześniejszej formy za parę dni.

Przez większość dni spałem po cztery do sześciu godzin. Bywało, że nie wytrzymywałem, zasypiałem tuż po powrocie z pracy i ten stan budził mnie prawie zawsze po dwunastej w nocy. Jeśli zdarzyło się, że sam się budziłem wcześniej, znów były zmiany w postrzeganiu świata. Plan dnia uległ znacznej przebudowie, bo w końcu pracowałem, ale i tym razem był napięty do ostatniej chwili. Zdałem sobie sprawę, że właściwie teraz ja już nie żyję, tylko wegetuję i nic się nie zmieni, dopóki nie pozbędę się tego stanu. W moim życiu nie było czasu na przyjemności, szczęście czy nawet na spokój i swobodę. Żyłem po to, aby przeżyć, a pracowałem i zajmowałem sobie czas, by istnieć w tym ziemskim świecie, a nie poza nim.

Dwa miesiące po powrocie do pracy, główny szef wezwał mnie do siebie i otwarcie powiedział, że jeśli chcę tutaj dłużej pracować, muszę coś ze sobą zrobić, bo oni mają coraz mniej ze mnie pożytku, a i inni pracownicy się męczą. Pytał, co się dzieje, czy może jakoś pomóc i proponował dobrego specjalistę. Ja twardo mówiłem, że dziękuję za troskę, ale wszystko jest w porządku i lada moment wyjdę z dołka. Rozmawiał ze mną naprawdę szczerze i ze zrozumieniem, a ja nadal swoje. Pod koniec dał numer telefonu do jakiegoś bioenergoterapeuty. Z początku przyjąłem to z uśmiechem, bo po prostu w to nie wierzyłem, jednak, przychylając się zasadzie – od przybytku głowa nie boli, wziąłem go.

Po powrocie do domu zacząłem się zastanawiać, czy nie jest to przypadkiem dobry pomysł. W końcu zdarzenie w parku było jakby nie z tego świata, od tego dnia zaczęły się moje problemy, których i specjaliści nie potrafili zdiagnozować. Jeśli nic z sobą nie zrobię, wylecę z pracy. Nie wierząc w bioenergoterapię, nie mogłem też mieć obaw, że zaszkodzi. Tak nakazywała logika, więc może by spróbować? A nuż pomoże?

Znajomy poszedł niegdyś na hipnozę do jakiegoś Rosjanina i zapłacił dość sporo. Udał się tam, aby sobie przypomnieć pewien numer telefonu, który wyleciał mu z pamięci. Ktoś wcześniej mówił mu, że w czasie hipnozy przypomni sobie bez problemu. Rosjanin używał rosyjskiego, twierdząc, że podświadomość rozumie we wszystkich językach. Ciekawe... Trwało to prawie pół godziny, a on leżąc na kozetce, myślał tylko o tym, aby zapaść w tę cholerną hipnozę. Po tym czasie Rosjanin, nawet się nie żegnając, wyszedł. A może faktycznie był zmieszany, bo mu się nie udało?

Zastanawiałem się, czy w ogóle dzwonić pod podany numer, ale kilka dni później to zrobiłem. Odebrała starsza kobieta. Głos miała przyjemny i ciepły. Mówiła dość spokojnie, ale pewnie. Umówiłem się na seans dwa dni później. Gdy przyszedłem do niej, pierwsze, co zobaczyłem to mnóstwo dziwnych przedmiotów. Amulety na ścianach, piramidki ustawione w kilku miejscach, malutkie dzwoneczki wiszące pod sufitem. Była tego cała masa. Zaprosiła mnie do pokoju, gdzie pośrodku leżał cienki materac. Położyłem się na nim. Spytała, co mi dolega, więc zacząłem od zdarzenia w parku, bo w końcu tak dziwnej osobie powinienem opowiedzieć tak dziwną przygodę. Potem opowiedziałem o moim nocnym stanie i zaburzeniach postrzegania. Wysłuchawszy mnie, wstała, podeszła do okna, chwilę popatrzyła na świat i oznajmiła, że najprawdopodobniej wizyta niczego nie zmieni, jednak na pewno nie zaszkodzi i spytała, czy chcę spróbować. Zgodziłem się.

Podeszła do materaca, uklękła i kazała zamknąć oczy. Położyła mi ręce na czole. Z początku nic się nie działo, ale po paru minutach zacząłem czuć nieprawdopodobne ciepło, wręcz gorąco. Zupełnie jakby ktoś przyłożył żelazko, z tą różnicą, że to nie parzyło. Później przeniosła dłonie na klatkę piersiową i było podobnie. Moje ciało leżało bezwładne na materacu i pierwszy raz od dłuższego czasu miałem wrażenie, iż niczego więcej mi nie trzeba. Stanowiło to wytchnienie od dziwnego życia, panaceum na stres i, o dziwo, nie zastanawiałem się nad swoimi problemami. Czułem się jak we śnie, odizolowany od trosk. Po kilkunastu minutach musiałem zacząć walczyć ze sobą, aby nie usnąć, więc leżałem i resztkami woli odpychałem kolejne ataki senności. Cała sesja trwała około pół godziny. Mimo że nie wierzyłem w takie rzeczy, to zastanawiałem się, skąd to ciepło z jej rąk...

Po tym czasie poprosiła, abym wstał i usiadł na fotelu. Dała coś do picia i przyglądając mi się w dziwny sposób, zaczęła opowiadać o różnych stanach ludzkiego ducha, wymieniając przy tym obce słowa określające je. Mówiła, że można wychodzić świadomością poza swoje ciało. Potem na chwilę mnie opuściła i zaraz wróciła z wahadełkiem. Machała nim nad moimi dłońmi i głową. Na koniec podała sposób na pozbycie się tego stanu. To coś absurdalnego. Miało to polegać nie na próbie wyjścia, a wręcz wejścia jeszcze głębiej i nie po to, aby poznać go ze zwykłej ciekawości, ale po to, żeby raz na zawsze przez niego przejść. Twierdziła, że w ten sposób uzyskam nad tym kontrolę i wejdę w inny stan świadomości. Tymi słowy zakończyła rozmowę i poprosiła o, jak mi się wydaję, bardzo drobne honorarium.

Wyszedłem całkowicie skołowany. Pomysł wydawał się niedorzeczny, a zarazem wiedziałem, że jeżeli jest tak, jak mówi, to miało sens. Wróciłem do domu około dziewiętnastej, zjadłem kolację, zażyłem środek uspokajający, posiedziałem przed telewizorem przy włączonej lampce i położyłem się spać około dwudziestej trzeciej.

 

Stan obudził mnie około trzeciej nad ranem. Z początku próbowałem jak najszybciej się go pozbyć, ale przypomniałem sobie o tym, co mówiła ta kobieta. Położyłem się z powrotem do łóżka i siłując się z sobą, wchodziłem w ten dziwny świat. Odczucia były identyczne, jak za każdym poprzednim razem. Gdy zamykałem oczy, wpadałem w czarną dziurę, a otwierając je, czułem, jakbym oglądał świat z innego wymiaru. Moje ciało obce, wszystko inne dalekie i uciekające. Dźwięki z zewnątrz docierały zza światów. Odpływałem w nieznane. Jak dziecko wpuszczone do lasu i pozostawione bez opieki, tak i ja byłem w nowym świecie. Przez chwilę wydawało się, że lada moment nad tym zapanuję i spojrzę spokojnie na to, co się dzieje. Gdy zamknąłem powieki, o mały włos przeszedłbym przez tę czarną dziurę. Byłem tuż, tuż. Te ciemne kształty już nie ogarniały mnie, ale byłem w ich środku, a one we mnie. Czułem, jakby zaczęły wsysać z każdej strony. Tak jakbym znalazł się w próżni... I właśnie to uczucie spowodowało, że wstałem z łóżka, ubrałem się i zacząłem najpierw biegać po ulicach, a potem szybko chodzić. Nawet biegając, wypalałem papierosa za papierosem. Oddychałem bardzo szybko i nerwowo. Tak jak poprzednio szeptałem coś do siebie, machałem rękoma jak najbardziej i uciekałem.

Po pewnym czasie zacząłem powoli dochodzić do siebie. Choć wchodzenie w ten stan traktowałem jako eksperyment, który już minął, chodziłem szybko i nadal nerwowo paliłem papierosa. Będę musiał czekać następne dwadzieścia cztery godziny, aby to powtórzyć! Mimo iż ten stan trwał już prawie trzy miesiące, kolejna doba była całą wiecznością. Coś weszło we mnie, odebrało wielką część życia i chce odebrać następne kęsy? Straciłem spokój ducha, cały system wartości, a będę mógł stracić pracę i wszystko inne! I ja mam się poddawać? Nikomu jeszcze nie udało się tyle! Przecież tak naprawdę nie dzieje się nic! To tylko ułuda! Podszedłem do pobliskiej akacji i z całej siły uderzyłem pięścią. Coś chrupnęło, poczułem ostry, przenikliwy ból, a krew popłynęła po pniu. Na dodatek złamałem sobie dłoń... Przyjrzałem się i wystawała kość. Zdjąłem kurtkę, owinąłem nadgarstek i szybkim krokiem wróciłem do domu.

Zadzwoniłem na pogotowie i przyjechali po godzinie. Spytali, co się stało, a gdy powiedziałem prawdę, dopytali, czy jestem pijany. Zaprzeczyłem. W jaki sposób patrzyli? Jak na wariata? Nawet nie jak na wariata, ale na wariata, gdyż tak się zachowałem i właśnie do takiego stanu doprowadziła mnie choroba. Odwieźli na ostry dyżur do szpitala, tam dowiedziałem się, że poleżę cztery dni, a może i tydzień. Co ja powiem w pracy? Przecież mnie wyrzucą. To już koniec marzeń o powrocie do dawnego, beztroskiego życia. Nie pozostanie po nim nawet cień. A co z moim nocnym stanem? Jak teraz będę mógł dojść do siebie, chodząc? Przecież nie będę tego robił po szpitalnych korytarzach. A co z planem na cały dzień? W szpitalu będę spał dużo dłużej. Pewnie znów będę się męczył zaburzeniami postrzegania. Może opowiedzieć lekarzowi o moim stanie psychicznym? Może oni jakoś pomogą? Może to jest dobry czas na inną – nową terapię? A może przez to, że będę w szpitalu i nie będę chodził, spróbuję zapanować nad tym stanem?...

Tej samej nocy wzięto mnie na zabieg. Miejscowe znieczulenie, prawie godzina i po wszystkim. Zaszyli rękę, usztywnili metalowym stelażem, owinęli bandażem i kazali iść do sali, gdzie miałem swoje, szpitalne łóżko. Z jednej strony byłem potwornie zmęczony i chciało mi się spać, ale nie mogłem do tego dopuścić, aby znów widzieć nienormalnie. Zmagałem się tak ze sobą tylko kilkanaście minut, aż zasnąłem jak kamień.

 

 

ROZDZIAŁ VII

 

 

Obudziłem się o dziewiątej, był obchód. Lekarz zaczął wypytywać, jak się czuję, czy ręka boli. Potem spytał, jak doszło do wypadku. Powiedziałem prawdę. Wspomniałem o wizytach u neurologa, psychiatry i o moim stanie. Chciał wiedzieć, jak często chodzę na wizyty, jakie biorę lekarstwa i czy coś pomagają. Przepisał inny środek uspokajający, podobno miał pomóc. Zadzwoniłem do pracy z informacją, że jestem w szpitalu i pobędę tu przez najbliższych kilka dni. Rozmawiał ze mną kolega i zadeklarował się, że mnie odwiedzi. Poprosiłem o parę książek, dyktafon z kilkoma kasetami i zapasem baterii. Przez cały dzień nie miałem nic do roboty. Próbowałem czytać gazety, czy oglądać telewizję, ale niestety, wszystko było zmienione. Takie samo jak wtedy, dopóki nie zacząłem stosować swojej metody. Na czymkolwiek bym nie próbował się skoncentrować, spełzało na niczym. Zamiast zwracać uwagę na treść filmu, widziałem tylko jakieś postaci, a każda z nich była niemal namacalna obok – w tym samym świecie, co ja. Mówiły tak, że nie słyszałem, co mówią, ale w jaki sposób. Próbując czytać gazetę, widziałem niesamowite znaczki, które ludzie nazywali literami. Pojedynczo rozróżniałem je, ale połączone w wyraz lub zdanie były tylko bełkotem, miksturą zupełnie niezrozumiałą. Aby pojąć sens pojedynczych zdań, musiałem wytężać nieźle umysł i wzrok. Takie czytanie nie miało sensu. Długi czas leżałem w bezruchu w łóżku i zmagałem się ze sobą, aby rozmowy dochodzące zewsząd nie przyprawiały o kolejny zawrót głowy. Po jakimś czasie wstałem i zwiedziłem prawie cały szpital. Chodziłem po korytarzach i widziałem ludzi z różnymi schorzeniami. Te najbardziej widoczne robiły największe wrażenie. Ja tylko z zawiniętą dłonią, a oni – czasem bez nóg, czy ręki. Byłem zdrów jak ryba, a rozczulałem się nad sobą. Miałem siebie dość. Przynajmniej na jakiś czas.

Czasem siadałem gdzieś w odludnym miejscu na parapecie i z zamkniętymi oczyma. Próbowałem opanować ten stan sposobem znajomej bioenergoterapeutki i wiadomo, jak to się skończyło. Jak się skończy następnym? Kto wie? Nie mam nic do stracenia. Taka egzystencja jak dotąd nie ma najmniejszego sensu, więc trzeba spróbować. Zdałem sobie sprawę z jednego – życie to ciąg dni, w którym odnajdujemy własnego siebie, swoje marzenia, potrzeby, swój ból i cierpienie, szczęście i smutek. A co ostatnio ze mną się dzieje? Mnie już nie ma. Są tylko dni płynące w podobnym tempie jak kiedyś. Zostałem zniewolony do tego stopnia, że nie widzę, nie słyszę tego, co się dzieje, każda chwila jest temu podporządkowana, a świadomość samego siebie ograniczyła się do faktu przetrwania. Jeśli nie będę walczył, do końca życia będę wegetował. Tak być nie może.

Większość dnia spędziłem na rozmyślaniach w samotności, aż nadszedł zmrok. Wiedziałem, że tej nocy nie będę gotów na tę walkę. Muszę się lepiej przygotować psychicznie. Całkowicie uspokoić po wydarzeniach poprzedniego dnia i zebrać siły na decydujące starcie. Do tego czasu postanowiłem tylko wegetować, aby naładować akumulatory. Położyłem się do łóżka około dwudziestej pierwszej.

Gdy udawałem zapalenie wyrostka robaczkowego, trafiłem do szpitala. Spędziłem tam cztery dni, gdyż wyrostek szybko wykluczyli, a badali pod kątem innych ewentualnych chorób. Był to szpital dziecięcy, codziennie przychodziła nauczycielka i prowadziła krótkie indywidualne lekcje. W szkole byłem kiepski z historii i miałem spore kłopoty z ocenami. Pani w szpitalu zrobiła wykład na temat typów architektury kościelnej – gotyckiej lub romańskiej. W szkole nie mogłem zapamiętać, co jest co, a tu pojąłem w mig. Wtedy do mnie dotarło, że w indywidualnych jestem w stanie o wiele lepiej się skoncentrować. Nie rozumiałem, czemu tak jest. Może zawsze stroniłem od towarzystwa, bo czułem się nim przytłoczony i stąd w szkole kiepskie wyniki? Może zawsze było ze mną coś nie tak?...

 

Około trzeciej nad ranem obudził mnie ten sam stan. Tego dnia zgodnie z planem nawet nie próbowałem z nim walczyć, lecz nie chciałem budzić innych pacjentów, więc przez pewien czas starałem się nie wstawać z łóżka. Nie dałem rady. Wskoczyłem w kapcie, wziąłem z szafki papierosy i poszedłem szybkim krokiem do palarni. Oddech jak zwykle nerwowy i mówiłem do siebie. Kiedy tam doszedłem, zapaliłem pierwszego. Po chwili pojawiła się młodziutka pielęgniarka. Przyszła za mną, bo słyszała, że mówię do siebie na głos i to ją zaniepokoiło. Kiedy tak chodziłem od ściany do ściany, podeszła i biorąc mnie za rękę, próbowała uspokoić, ale bez skutku. Stała tak dobre piętnaście minut, a ja wypalałem jednego za drugim. Potem, kiedy już w miarę doszedłem do siebie, podziękowałem, że przyszła i chciała pomóc. Powiedziała, że skoro nie mogę spać, to może przyjdę do jej pokoju i pogadamy. Oczywiście się zgodziłem.

Była piękną kobietą. Około stu siedemdziesięciu centymetrów wzrostu, włosy proste i bardzo ciemne, oczy zielone, twarz niemal bez rys czy zmarszczek, nos mały, nie za duże usta, dość szczupła. Ruchy miała powolne, ale nie anemiczne. W sam raz takie, aby nimi oczarować faceta. Mówiła spokojnie i sprawiała wrażenie cały czas uśmiechniętej, a jej oczy przymykały się prawie na koniec każdego zdania. Rękoma delikatnie poruszała, nie za bardzo, ale z wymową. Po kilku minutach rozmowy zapomniałem o własnych problemach, słuchałem jej wyszukanych słów, patrzyłem na kolejne uśmiechy, ogarniał mnie spokój i błogość. Rozmawialiśmy dobre dwie godziny. Najpierw o tym, co się ze mną dzieje, potem jak doszło do złamania ręki, aż wreszcie otworzyłem się przed nią całkowicie i zwierzyłem z problemów w pracy. Słuchała, jak mi się wydawało, ze zrozumieniem. Ona też opowiedziała kilka rzeczy o sobie: o tym, jak to zerwał z nią facet; o tym, że niedawno umarła jej matka. Zauważyłem, że nie tylko ja ją, ale i ona mnie bardzo polubiła. Nasze dyskusje dotyczyły ważnych spraw i były szczere. W końcu zmorzył mnie sen. Powiedziała, kiedy będzie znów na dyżurze i zaprosiła na pogawędkę. Wróciłem do pokoju i padłem na łóżko. Pierwszy raz od trzech miesięcy, ciesząc się miękką poduszką, ciepłem kołdry i błogą ciszą, układałem się na nim z rozkoszą. W moim życiu pojawiła się piękna, nieznajoma kobieta – zjawisko tak inne od tego, co czułem przez ostatnie kilka miesięcy. (O Śledzonej już dawno zdążyłem zapomnieć.) Akceptowała mnie ze wszystkimi przywarami. Po niedługim czasie usnąłem.

Następny dzień był taki jak poprzedni. Poranny obchód, przesiadywanie samotnie z dala od ludzi i rozmyślanie. Nic konkretnego się nie działo, zresztą i ja nie miałem ochoty na nic poza odpoczynkiem. Wieczorem, zgodnie z umową przyszedł kolega z pracy, przyniósł dwie książki, dwa pisma fachowe, trochę owoców, coś do picia i dyktafon. Opowiedział, co się dzieje w pracy i że wszyscy naprawdę się martwią. Jak to się martwią? Przecież na pewno mają pretensje, że nie ma mnie w pracy. A nawet jeśli nie, to zmienią zdanie, jak się dowiedzą, co sobie zrobiłem. Pewnie mówią, jaki jestem biedny, jaki nieszczęśliwy. Aż mi się nie chce o nich myśleć... Dyktafon był potrzebny, aby w nocy go włączyć i na gorąco próbować jak najdokładniej opisać ten stan. Może jest coś, co przeoczyłem? A może spotkam jakiegoś specjalistę, który po wysłuchaniu tego, będzie w stanie pomóc?

Kolejna noc, zresztą, jak i następne, nie przyniosła przełomu. Budził mnie ten sam stan, a ja nie umiałem się z nim w żaden sposób zmierzyć. To on nade mną panował i kazał wstawać z łóżka, chodzić, mówić do siebie i palić papierosa za papierosem. I chyba już tej nocy całkowicie się poddałem i przestałem próbować go okiełznać. Miałem dość własnego koszmaru, chciałem uciekać, a nie się z nim mierzyć. Także pewnej dozy zaniechania dodał fakt akceptacji mojej choroby przez pielęgniarkę, a ona stanęła mi przed oczyma na dobre. Teraz także wiem, że gdy złamałem sobie rękę, panowała nade mną wściekłość – ta sama, w którą wpadłem po odebraniu od Śledzonej portfela. W jednym bioenergoterapeutka miała rację, mówiąc, że zabieg raczej nie pomoże.

 

Nadszedł czas kolejnego nocnego dyżuru przemiłej pielęgniarki, więc poszedłem do niej. Być może zbyt dużo naopowiadałem o moim stanie? W końcu facet łamiący sobie rękę z wściekłości raczej powinien budzić niepokój i uczucie dystansu, niż wywoływać pozytywne emocje w kobiecie. Zapukałem w uchylone drzwi i usłyszałem ciepły głos „proszę”. Wszedłem. Zajęta była wypełnianiem jakichś papierów, lecz na mój widok uśmiechnęła się promiennie i przywitała. Zaproponowała coś do picia. Mimo późnej pory poprosiłem o kawę. Wyglądało na to, że moje opowieści nie zrobiły na niej złego wrażenia, a może wręcz odwrotnie – wywołały zaciekawienie i opiekuńczość. Aktualnie wiem, że niektóre kobiety uwielbiają nieokrzesanych facetów, a takim niewątpliwie byłem, łamiąc sobie dłoń. Rozmawialiśmy dobre trzy godziny z krótkimi przerwami, kiedy to musiała dopełnić obowiązków związanych z dyżurem. Dostrzegłem coś dziwnego. Otóż przy niej mogłem doskonale się skupić na rozmowie. Słowa nie rozpływały się gdzieś w niebycie, gesty pozostawały gestami, a uśmiechy budziły uśmiech. W jej obecności wracałem do stanu sprzed czasu nocnych stanów.

Tym razem rozmawialiśmy o błahych sprawach takich jak filmy, muzyka, ulubione potrawy, a przychodziło mi to niezwykle łatwo. Mógłbym tak bez końca. Nawet przez chwilę nie przyszedł mi na myśl mój ciężki stan. Pierwszy raz od dawna żyłem chwilą. Odpłynąłem w rzeczywistość i czas teraźniejszy. Na koniec, tłumacząc, że od czasu do czasu ma na to ochotę, poszła ze mną do palarni i poprosiła o papierosa. Paląc, wspomniała, iż przeszła ciężkie chwile i było niełatwo, ale trafiła na dobrego psychologa, który pomógł jej stanąć na nogi i zaproponowała, że gdybym chciał, to chętnie da numer. Lekko poruszając szyją i głową, zaciągała się niezwykle seksownie, z delikatnym sykiem i natchnieniem. Zwykle widok kobiet palących budzi we mnie negatywne odczucia, ale nie tym razem. Patrzyłem na nią jak w obrazek. Przestępowała seksownie z nogi na nogę, wypinając biodra a to w jedną, a to w drugą stronę. Zerkała mi w oczy, a po chwili skupiała się na papierosie. Mrugała powiekami i zamykała je na dłuższy czas. Kilkakrotnie wyciągała rękę, jakby chciała mnie dotknąć, ale cofała ją, przykładała sobie do brzucha, po czym znów kierowała w moją stronę. Jej intonacja falowała, od głosu apodyktycznego, przez zalotny, aż po nostalgiczny. Czasem ściszała głos tak, że ledwo ją słyszałem, a czasem mówiła donośnie. Spotkałem ją i to się liczyło... Kilka chwil później, gdy skończyliśmy palenie, pożegnaliśmy się i wróciłem do łóżka, a ona do swoich zajęć.

Czemu ona mi proponuje psychologa? Czy przypadkiem nie jest tak miła, bo wie, że właśnie tego potrzebuję? W końcu widzi faceta, którego życie legło w ruinie, więc stara mu się pomóc. Jednakże moja druga część podpowiadała mi, iż jedno nie wyklucza drugiego i być może zarówno próbuje pomóc, jak i poczuła sporą sympatię. A może to jej empatia ją spowodowała? Dużo, dużo później zdałem sobie sprawę, że to empatia jest siostrą sympatii i głębokiego uczucia. Bez niej nie ma prawdziwej miłości, przyjaźni ani emocjonalnej bliskości. To ona zacieśnia więzy, rodzi emocje zarówno pozytywne, jak i negatywne, a bez pełnego ich wachlarza każdy związek jest niepełny.

Mimo wypitej w środku nocy kawy usnąłem bez problemu, niemalże od razu. Obudził mnie dopiero poranny obchód. Pojawił się na nim ktoś nowy. Może jest tu z mojego powodu? Niechętnie jeszcze raz opowiedziałem o nocnych stanach i zaburzeniach percepcji, on pokiwał głową z namiastką zrozumienia i zanim przeszli do następnego łóżka, stwierdził, że później poprosi mnie na dłuższą rozmowę. Czekając na śniadanie, zdałem sobie sprawę, że tej nocy koszmar nie powrócił. Co prawda spałem bardzo krótko i może nie było na to wystarczająco czasu. A może to przełom?

Jedyny raz w życiu miałem dziewczynę. Była niska, bo miała trochę ponad sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu, ale bardzo ładna. Długie, bo do połowy pleców blond włosy, pociągła twarz, z lekko zarysowanymi kościami policzkowymi, nieduży nos, dość namiętne usta, smukła szyja, była bardzo szczupła, ale biodra miała szerokie i ładnie zaokrąglone. Do tego wszystkiego poruszała się w dziwny sposób: wyglądało, jakby cały czas szła na nieco ugiętych kolanach. Taka była. Najpierw mnie cyklicznie zagadywała, a potem po prostu zaprosiła na długi spacer poza miastem. Pojechaliśmy jej samochodem i włóczyliśmy się bez celu po lesie. Kilka dni później spędziliśmy u niej noc, a gdy się obudziłem, słyszałem grającą płytę. Była to „Pasja” Petera Gabriela. Ten stan, kiedy ledwo obudzony, chłonąłem te dźwięki. Wydawały się wręcz magiczne. Jakbym dostąpił jakiejś nirwany. I widziałem ją krzątającą się po domu w szlafroku, z nieco rozczochranymi włosami. (Pamiętam, że tylko raz czułem się podobnie. Pojechaliśmy z kolegą samochodem w plener, a z odtwarzacza leciały „Cztery poru roku” Vivaldiego. Gdy dojechaliśmy na miejsce, cały czas je słyszałem. Była wiosna, piękna słoneczna pogoda i delikatny wiatr, dający powiew zarówno swoistej świeżości, jak i oderwania od reszty świata. Nie istniało nic poza tą muzyką w pamięci, wiatrem i ówczesną chwilą.) Leżąc i słuchając Gabriela, było podobnie, tyle że tym razem miałem obok swoją kobietę. Czego mi trzeba było więcej? Oczyma wyobraźni widziałem te dźwięki. Podeszła, położyła się obok i powiedziała cztery słowa: „ta muzyka, to ja”. Nic więcej. Tylko to. Przez dłuższy czas tego nie rozumiałem, bo przed oczyma miałem szczęśliwą kobietę, a w głowie obraz męki Chrystusa. Jedno do drugiego nie pasowało. I w zasadzie już wtedy czułem, że jest z nią coś nie tak. Nie wiedziałem co, ale to czułem. I tak na dobrą sprawę, nie zdziwiło mnie to, co później się wydarzyło. Zrobiła śniadanie do łóżka i razem je tam zjedliśmy. Potem znów się kochaliśmy. Powtarzaliśmy te spotkania przez pewien czas, ale niestety, kilkanaście dni później ze mną zerwała. Płakała przy tym bardzo i nie rozumiałem, czemu to robi. Stwierdziła tylko, że nie jest w stanie ze mną być. Potem wielokrotnie do niej dzwoniłem i za każdym razem szlochała w słuchawkę. Aktualnie wiem, że miała problem, który nie pozwalał na stworzenie trwałego związku. Może takie osoby przyciągam, a może, wiedząc o swoich problemach, po prostu próbowała z wieloma chłopakami? Przypominając sobie ją, do dziś w jakiś sposób cierpię psychicznie. I to nie z własnego powodu, ale z jej. Po prostu nie mogę zapomnieć tego jej płaczu. I tej muzyki...

Leżałem w łóżku, odganiając sen w obawie przed koszmarem i dopiero gdy zjadłem śniadanie, bezsilnie popadłem w objęcia Morfeusza. Spałem około trzech godzin i nie przeszkadzały mi w tym rozmowy innych pacjentów. Obudził mnie ten nowy z porannego obchodu i zaprosił do innej części szpitala, gdzie miał swój gabinet. Okazał się psychiatrą, który chciał sprawdzić, czy nie zrobię sobie jakiejś krzywdy. Zapewniłem go, że drugi raz tego nie popełnię. On ponotował coś w papierach, powiedział, że zmieni nieco środki uspokajające i kazał wracać do siebie. Poszedłem do sali telewizyjnej, usiadłem na krześle i zacząłem się tępo wpatrywać w ekran. Zdałem sobie sprawę, że ten stan nie powrócił także w ciągu ostatnich kilku godzin snu. Niestety, zmieniona percepcja powróciła. Obrazy z telewizji rozpływały się poza świadomością, głosy zaczęły znów tylko dudnić, zamiast nieść jakąkolwiek treść, moje kończyny wydawały się być obce, oddech miał formę własnej egzystencji, a pacjenci obok żyli jakby w innej rzeczywistości. Nadzieja na szybkie wyzdrowienie spłonęła tak samo szybko, jak się pojawiła.

Dzień powoli się kończył, pielęgniarki nie było w pracy, więc dość wcześnie wieczorem położyłem się spać. Najpierw próbując bezskutecznie czytać czasopisma, które przyniósł kolega, potem wpatrując się w sufit i po prostu błądząc myślami, leżałem dość długo. Może ten stan się nie pojawi, skoro poprzedniej nocy tak było? Poza tym cały czas miałem przed oczyma lekkość, z jaką rozmawiałem z pielęgniarką. Taka czystość umysłu, iż być może część jej pozostanie. Decydujące miało przyjść w nocy. Tkwiłem pogrążony w rozmyślaniach i nawet nie zauważyłem, kiedy zasnąłem.

Ten stan obudził mnie około drugiej w nocy. Tym razem jednak był bliższy, realniejszy i bardziej namacalny. Miałem wrażenie, iż to ja zrobiłem coś strasznego, w wyniku czego zginie cały świat. Pierwszy raz mogłem dostrzec ten ważny niuans. Wcześniej było oderwanie od samego siebie i zmieniona percepcja, które przyćmiewały właściwą ocenę sytuacji, a teraz czułem się winny czegoś nieprawdopodobnie znaczącego, wielkiego i potężnego. Tak jakbym odpalił bombę atomową, która zapoczątkuje nuklearną zagładę. To ja byłem autorem apokalipsy, cały ogrom winy leżał po mojej stronie i nic nie mogło tego zmienić. Przytłaczało i przerażało jeszcze bardziej niż zwykle. Powróciły także te same ciemne kształty i wygoniły z łóżka. Coś mnie otaczało z każdej strony, ściskając do rozmiarów punktu. Ręce znów wydawały się nie moje, nogi miały po kilka metrów długości, w ustach czułem ten sam ni to smak, ni odczucie i coś niewidzialnego oddzielało od tego, co na zewnątrz, tak, że nawet dźwięki dobiegały zza światów. Mimo podobieństw, czy wręcz analogii do poprzednich takich stanów, coś wydawało się być inne. Trudno to sprecyzować, aczkolwiek tym razem czułem, że ten stan jest spowodowany przeze mnie. To ja w przeszłości zrobiłem coś, co skutkuje takimi objawami...

Nie byłem w stanie zapanować nad sobą i zostać w łóżku, więc wskoczyłem w kapcie i poszedłem do palarni. Sam dokładnie nie wiem, ile papierosów wypaliłem, ale sądząc po tym, jak szybko paczka się skończyła, musiało być około dziesięciu. Tym razem nikt nie poszedł za mną, więc chodziłem od ściany do ściany, próbując dojść do siebie. Krok za krokiem ucieczki przed samym sobą powoli przynosił wytchnienie i namiastkę normalności. Wszystko minęło za jakiś czas. Nie wziąłem ze sobą dyktafonu, aby nagrać, co dokładnie się ze mną dzieje. Czemu? Nie myślałem logicznie. Po powrocie do sali zaszyłem się w łóżku i nie mając warunków, aby zająć się czymś innym, wiedziałem, że niedługo usnę, a gdy się obudzę, znów percepcja będzie zmieniona. Nawet nie za bardzo mi zależało na czystym umyśle, bo będąc w szpitalu i tak nie miałbym wiele do roboty. Zasnąłem ponownie w jakieś pół godziny.

 

Podobnie mijały najbliższe dni. W nocy przychodził ten stan, a w dzień żyłem w oddali, oderwany od rzeczywistości i jedynie kolejne spotkanie z pielęgniarką wyrwało mnie z tej maligny. Znów umysł miałem czysty, chętnie opowiadałem o różnych sprawach, słuchałem drugiej strony, a na twarzy kwitł mi delikatny i spokojny uśmiech. Wiedziałem, że to nasze ostatnie wspólne spotkanie w szpitalu, więc poprosiłem o numer telefonu. Tym razem byłem w tak dziwnym stanie, iż nie powtórzyła się sytuacja ze Śledzoną, kiedy zabrakło mi odwagi. Przypuszczalnym powodem tego był fakt, iż pielęgniarka wiedziała o mnie niemal wszystko, więc nie bałem się już przed nią odkryć. Poza tym lekkość mojego stanu psychicznego w jej pobliżu też zrobiła swoje. Podała numer natychmiast, a dodatkowo zanotowałem telefon do psychologa. Spotkania z nią były niesamowitą odskocznią od gnębiących problemów. Na co dzień byłem wyzuty ze spontaniczności i skupiony na próbach ucieczki przed tym stanem, natomiast gdy ją widziałem, byłem żywiołowy i oderwany od problemów. Po wyjściu ze szpitala wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, czy się zakochałem. Często widziałem ją oczyma wyobraźni i powtarzałem po cichu jej imię.

 

 

ROZDZIAŁ VIII

 

 

Zadzwoniłem do niej dzień po powrocie do domu i od razu umówiliśmy się do kawiarni. Tym razem to ona opowiedziała nieco dokładniej o swoich problemach, o tym, jak się z nich wyrwała i spytała, czy rozmawiałem z panią psycholog. Odpowiedziałem przecząco, obiecując, że zrobię to następnego dnia. Potem przez większość czasu gadaliśmy, śmiejąc się głośno, a ja zapominałem o realnym świecie. Odprowadziłem ją do domu, po czym wróciłem do kieratu nocnych stanów i ucieczki od zmienionej percepcji.

Nazajutrz zgodnie z umową zadzwoniłem do psychologa i zapisałem się na wizytę kilka dni później. Pierwsze wrażenie było takie, iż jest to bardzo miła kobieta z dość ciepłym głosem, próbująca od samego początku zaszczepić spokój i pogodę ducha. Niestety, nie wiedziała dokładnie, co mnie sprowadza, gdyż przez telefon nie chciałem się w to za bardzo zagłębiać, toteż niektóre rady były absurdalne w mojej sytuacji. Jednakże po zakończeniu rozmowy zostało wrażenie zrozumienia i łagodności. Chyba to dobry fachowiec i wspaniały człowiek.

Następny raz umówiłem się z pielęgniarką za dwa dni. Spotkaliśmy się w kinie na głupkowatej komedii, po czym poszliśmy na długi spacer. Wędrowaliśmy w stronę jej mieszkania, a ja szykowałem plan, aby zaprosić ją do siebie na jedno z dań, które opracowałem w ostatnim czasie. Teraz nawet nie pamiętam, którędy szliśmy, jaka była pogoda, czy mijali nas ludzie. Wisiałem psychicznie gdzieś między moim stanem a pielęgniarką. Wisiałem i nie dostrzegałem rzeczywistości. Potem wielokrotnie zastanawiałem się, czy pamiętam, gdzie mieszkała. Niestety, uleciało to z pamięci. Wtedy, idąc razem z nią, całkowicie poczułem, że się zadurzyłem. W końcu musiałem uciec bez pamięci w coś, co było jak panaceum. Długo, długo później zrozumiałem, że życie to ciągłe próby poprawiania sobie humoru różnymi środkami i im bardziej mamy je byle jakie, tym bardziej pragniemy być szczęśliwi. Skoro żyłem zdominowany przez ten stan i zmienioną percepcję, to ucieczka w miłość przyszła prawie natychmiast. Oczywiście nie wspomniałem jej o uczuciu, bo wiedziałem, iż na to jest zbyt wcześnie. Na koniec spaceru zaproponowałem kolację u mnie i, ku mojemu zdziwieniu, zgodziła się bez oporów. Umówiliśmy się za kilka dni, na piątkowy wieczór.

 

Po powrocie ze szpitala znów przyjąłem twarde zasady funkcjonowania pod rozkazami pana i władcy. Kładłem się dość wcześnie, w nocy on mnie budził, a potem już nie szedłem spać. Do pracy wróciłem z usztywnioną ręką, mimo iż miałem zwolnienie lekarskie. A zrobiłem to, aby móc się czymś zająć. Postanowiłem tam powiedzieć całą prawdę, w tym fakt, iż jestem na środkach uspokajających i że idę na psychoterapię. Ku mojemu zdziwieniu, szefostwo, wiedząc, że ciągle jestem zmęczony i niewyspany, przyjęło to spokojnie i zaproponowali zmniejszenie wymiaru pracy do trzech czwartych etatu. Niestety, było to nie do przyjęcia, gdyż w ten sposób miałbym jeszcze więcej wolnego czasu, który musiałbym zagospodarować. Chcąc nadrobić zaległości we śnie, folgowałem sobie w weekendy i po nocnym stanie szedłem dalej spać, wiedząc, że w te dni mogę sobie na to pozwolić, nie martwiąc się zmianami percepcji. Sypiałem wtedy w sumie po dziesięć, czy nawet dwanaście godzin na dobę.

 

Był przeddzień piątku, w którym mieliśmy się spotkać u mnie w domu. Dokładnie posprzątałem wszystkie zakamarki, zrobiłem zakupy na wieczorną kolację i obmyślałem, w jaki sposób się do niej zbliżę. Telefon zadzwonił około dwudziestej. To była ona. Wyświetlające się jej imię było chyba najpiękniejszym słowem, jakie znałem. Stojąc przy oknie, mówiłem podniesionym głosem, oddech przyspieszył i przebierałem nogami. Od razu, na początku rozmowy powiedziała, iż uraziłem ją słownie ostatnim razem i co zamierzam z tym zrobić. Nie miałem bladego pojęcia, w czym rzecz. Rozmowa trwała krótko i była przez nią prowadzona w bardzo zasadniczy i oschły sposób. Potem powiedziała, że będzie następnego dnia i będzie jej miło, pożegnała się i szybko rozłączyła. Zaraz po zakończeniu, mimo usztywnionej ręki, wsiadłem w samochód i pojechałem, aby wyjaśnić problem osobiście. Z samochodu zadzwoniłem i poprosiłem o spotkanie, mówiąc, co planuję. Stwierdziła, żebym nie przyjeżdżał, że to koniec naszej znajomości i życzy wszystkiego dobrego. Próbowałem nalegać na spotkanie, ale im bardziej próbowałem, tym bardziej oponowała. W końcu rozłączyła się ze słowami: „żegnaj na zawsze”.

O co chodzi? Miałem ochotę wyć! Nadzieja została zburzona w sposób brutalny i bezpardonowy! Wszystko zaczęło mi się mieszać w głowie i dopadło mnie uczucie bardzo przypominające nocny stan. Musiałem zatrzymać samochód i wyjść, aby to rozchodzić. Paliłem papierosa za papierosem. I ta jeszcze bardziej zmieniona percepcja zarówno wzrokowa, słuchowa, jak i dotykowa. Pierwszy raz byłem w tym koszmarze nie we śnie, ale na jawie. Chodziłem tak w pobliżu samochodu kilkanaście minut i gdy się już uspokoiłem, wsiadłem z powrotem, pojechałem po sześciopak piwa i wróciłem do domu, aby się upić. Nastąpiło to dość szybko, bo już przy czwartej puszce. Zasnąłem na fotelu tylko przy włączonej lampce i spałem aż do rana.

Następnego dnia zwlokłem się, wziąłem prysznic i pojechałem do pracy. Niestety, byłem kompletnie nieefektywny, bo nie dość, że miałem omamy po przespanej nocy, to jeszcze to brutalne zakończenie znajomości przez pielęgniarkę. Tego dnia nie zrobiłem zbyt dużo. Krzątałem się po biurze bez celu lub tępo wpatrywałem w ekran komputera. Co było pozytywne, to ani szefostwo, ani współpracownicy nie próbowali się wtrącać, bo wiedzieli o moich problemach.

W pierwszej pracy rzucono mnie na głęboką wodę i kazano się zająć niedokończonym projektem programistycznym. Nie miałem jeszcze doświadczenia i na początku wydawało się, że sobie nie poradzę. Podpytać też nie miałem kogo, bo byłem jedynym programistą. W pracy zmagałem się z problemem i będąc w domu, robiłem to samo. Informatyka była moim całym światem. Już wtedy wolałem ją niż towarzystwo. Czy zawsze byłem inny? Chyba tak. Nawet będąc dzieckiem, wolałem siedzieć w domu, niż bawić się z rówieśnikami. Aż dziw, że wtedy ktoś nie zaprowadził mnie do psychologa, aby sprawdzić, czy ze mną wszystko w porządku. Może mam coś z autyzmu? Kto to wie. Nigdy tego nie odważyłem się u siebie zdiagnozować.

 

 

ROZDZIAŁ IX

 

 

Nadszedł dzień wizyty u psychologa. Nawał problemów sprawił, że czekałem na to, jak na zbawienie. Oprócz nocnego koszmaru i zmienionych stanów świadomości doszło kompletnie niezrozumiałe zachowanie pielęgniarki i chyba to ostatnie najbardziej bolało, gdyż do reszty zdążyłem się w jakiś sposób przyzwyczaić. Dopiero co się w niej zadurzyłem, a ona ucięła wszystko jedną krótką rozmową. Próbując wyjaśnić, co się stało, później jeszcze zadzwoniłem raz, ale gdy tylko usłyszała mój głos, wściekła się i zasyczała z nienawiścią, żebym więcej nie dzwonił. Wiedziałem, że to była wielka nienawiść, bo takie uczucie można rozpoznać w głosie. Nienawiść tak wielka, iż dotarło do mnie, że to koniec. Koniec, mimo iż ja nic nie rozumiałem. Musiałem zaakceptować ten fakt, nie znając przyczyn, a to zwykle jest najtrudniejsze. Nie wiedziałem także, czemu nagle było w niej tyle agresji. To jak przeskakiwanie ze skrajności w skrajność – od wielkiej sympatii do wrogości.

Przyszedłem do pani psycholog na umówioną godzinę i gdy przekroczyłem próg gabinetu, przedstawiła się, po czym zaprosiła, abym usiadł w wygodnym fotelu. Zaproponowała, żebym chwilę posiedział w ciszy, uspokoił emocje, a następnie spytała, skąd miałem do niej telefon. Usłyszawszy, iż od jej byłej pacjentki, powiedziała, że jeśli łączą mnie z nią jakiekolwiek relacje, to żebym nie zdradzał, kim ona jest. Na początku tego nie rozumiałem, ale wyjaśniła, iż chcąc być obiektywna w tej sprawie, nie może wiedzieć, o kogo chodzi. Następnie poprosiła, abym dokładnie opisał, z jakimi problemami przychodzę. Wiedziałem, że w tym momencie przydałby się dyktafon z nagraniami z nocnych stanów, ale zrobić tego nie mogłem, więc musiałem wyłuszczyć problem tak, jak potrafiłem najlepiej. Opisałem zdarzenie w parku, które wszystko zapoczątkowało, potem opowiedziałem o tym stanie i co pod jego wpływem mi się wydaje, i wreszcie o zaburzeniach percepcji. Mówiłem prawie całą godzinę, ona słuchała i wpatrywała się we mnie z niezwykłą przenikliwością.

Miała mniej więcej czterdzieści lat, krótkie, ciemne włosy, pogodną twarz i nieco tęższą budowę ciała. Wpatrując się i słuchając mojej opowieści, uśmiechała się czasem delikatnie i mówiła, abym się nie bał, po czym znów z miną pełną empatii chłonęła słowa. Na koniec spytała, jakie biorę leki i stwierdziła, że w sumie nie ma pojęcia, czym jest mój stan, ale i tak postara się pomóc. Zupełnie na odchodne zaproponowała, żebym zadzwonił, jak to wróci. Wiedząc, że nie mogę jej obciążać swoim problemem poza umówionymi spotkaniami, odmówiłem. Jednak ta propozycja pozwoliła mi zrozumieć, jak bardzo jest zaangażowana w swoją pracę. Umówiliśmy się na wizytę za trzy dni, pożegnaliśmy i wyszedłem.

Nie dostałem gotowej odpowiedzi na to, co mi jest i jak temu zaradzić. Miałem nadzieję, że wejdę, opowiem i dostanę gotowy przepis, a tymczasem powiedziała, iż nie wie, z czym ma do czynienia. Z drugiej jednak strony zdawałem sobie sprawę, że takich rzeczy nie leczy się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, bo odwiedzając psychiatrów, tego już się nauczyłem, więc nie nalegałem na szybką diagnozę. Dodatkowo ilość informacji na temat mojego koszmaru sprawiła, że nie zdążyłem spytać o całą sytuację z pielęgniarką. Wiedziałem, że następną wizytę zacznę właśnie od tego.

 

Tymczasem dni mijały identycznie. Po pracy wracałem do domu, zajmowałem się wymuszonymi rzeczami, kładłem się zwykle dość wcześnie, ten stan mnie budził między pierwszą a czwartą i po nim już byłem na nogach. I tak w kółko. Czasem tylko korciło, aby zadzwonić do pielęgniarki, ale w porę mówiłem sobie nie. W moich oczach mało zachowań było gorszych niż naprzykrzanie się kobiecie. Powiedziała nie, to znaczy nie. Szczególnie że już raz próbowałem. Raz i wystarczy.

 

Nastąpiło kolejne spotkanie z panią psycholog i zanim powiedziałem coś od siebie, poprosiła, abym spróbował wyrazić, co czuję w danej sytuacji. Nie za bardzo wiedziałem, o co chodzi, bo nikt nigdy w życiu mnie o to nie pytał. Nawet się tym nieco zdenerwowałem, bo nie chciałem wyjść na ignoranta i powiedzieć, że nic. Jednak czułem... Skupiłem się na temacie pielęgniarki, opisując całą naszą znajomość, miłe spotkania, wspólne, pełne uśmiechów chwile i to jak zarzuciła mi, iż ją uraziłem, potem o próbie wyjaśnienia sytuacji, i wreszcie o metamorfozie w nienawiść. Odpowiedź terapeutki była szokująca i na początku nie zrozumiała:Moim zdaniem to była kobieca gierka, mająca na celu sprawdzenie pańskiej pewności siebie. Ona zarzuciła panu, że powiedział pan coś niestosownego, co ją uraziło, aby sprawdzić, na ile panu na niej zależy i czy jest w stanie pana wpędzić w poczucie winy. Gdy się okazało, że panu bardzo zależy i jest pan pod jej wpływem, wycofała się, bo nie spełnił pan oczekiwań. Takie kobiety oczekują, że mężczyzna będzie jak skała, obejdą go próby wbicia w poczucie winy i nie będzie latał na każde zawołanie. Potem gdy z panem zerwała, dopadły ją wyrzuty sumienia z powodu tego, w jakim stanie pana zostawiła i nie miała ochoty już pana widzieć. I stąd gwałtowna reakcja.”

Wiedziałem, że temat pielęgniarki jest zamknięty. Zastanawiałem się nad tym, że ktoś, kto sam korzystał z usług terapeuty, może używać takich gierek, szczególnie iż jest to pielęgniarka, która pomaga innym na co dzień. Doszedłem także do wniosku, iż się przed pielęgniarką otworzyłem, ponieważ w ogóle się nie znaliśmy i nie obawialiśmy mówić prawdy. Oboje mieliśmy za sobą ciężkie chwile, ona była w pracy, ja chory i pod jej opieką. Toteż dlatego nie miałem problemów, aby poprosić ją o numer telefonu. Potem pani psycholog odpytała o fakty z dzieciństwa i młodości. O to, jak było w rodzinnym domu, jak żyło mi się z rówieśnikami i co z dzieciństwa pamiętam najbardziej. Wszystko analizując i wyciągając odpowiednie wnioski, zmieniała niezrozumiałą jak dotąd przeszłość w coś, co wyjaśniało moje zachowania. Było to niezwykle ciężkie, ale konieczne w procesie psychoterapii. Wysłuchała opowieści o przeszłości, czas nieubłaganie się skończył i rozstaliśmy się. Po raz kolejny nie usłyszałem, co mi jest i jak temu zaradzić, ale obiecała, że powie co nieco na ten temat na następnym spotkaniu.

W połowie studiów poznałem jedną dziewczynę, spotkałem się z nią raz na gruncie prywatnym na spacerze w parku i umówiłem na prawdziwą randkę w knajpie. Czekałem przed wejściem dobre dwadzieścia minut, w końcu pojawiła się spóźniona, ale przyjechała na rowerze i oświadczyła, iż jest teraz umówiona, że się odezwie i następnym razem na pewno spotka. I odjechała. Zaciskając pięści i marszcząc czoło, wróciłem do domu i wypiłem trzy piwa. Chwilę potem wysłała sms'a z pytaniem, co u mnie. Odpisałem prawdę, że jestem bardzo zły. Następnie dostałem wiadomość, że jestem za mało odporny, nie przeszedłem próby i kiepski ze mnie materiał na faceta. Poszedłem po kolejne trzy piwa i się upiłem. I to ja mam być nieodporny? Może i jestem, ale w tym wypadku nie miałem ochoty na znajomość z taką dziewczyną!

 

Kolejnych kilka dni mijało bez zmian. Conocne koszmary wyznaczały już od dawna cykl dnia i nocy. Istniał tylko rytm. Ja i moje potrzeby byliśmy temu podporządkowani. Próbując zachować resztki tego, co pozostało, żyłem gdzieś w półmroku świata. Dodatkowym ciężarem były wspomnienia, które uruchomiła terapeutka. Musiałem je w sobie jeszcze raz przeżywać i mimo iż nie było to lekkie, wiedziałem, że jest konieczne. Czekałem na kolejną godzinę terapii jak na zbawienie. Przelałem całą swoją nadzieję na panią psycholog i jej metody. Jak się później okazało, wierzyłem jej od samego początku. I to właśnie ta wiara okazała się w przyszłości kluczowa dla mojego zdrowia. Mawiają, że ona góry przenosi, a ja stwierdzę, iż jest fundamentem szczęścia i spokoju. Dzieje się tak, ponieważ posiadając ją, uruchamiamy w sobie siłę, na którą nie byłoby nas stać bez niej. Czasem jednak potrafi się obrócić przeciwko nam, kiedy nadzieje w niej pokładane nie zostaną urzeczywistnione. Wtedy, kiedy ginie nadzieja na lepsze jutro. A nadzieja umiera ostatnia...

 

Następna wizyta u pani psycholog zaczęła się w sposób identyczny jak poprzednia. Miałem najpierw wyciszyć emocje, a potem wyrazić, co czuję. Sprawiało to wtedy olbrzymią trudność, gdyż, jak mi się wydawało, czułem tylko spokój, a poza tym miałem się ogólnie źle. Zupełnie nie zdawałem sobie sprawy z pełnego wachlarza emocji, które we mnie buzowały. Jak później zrozumiałem, złemu samopoczuciu towarzyszyły takie uczucia jak lęk, poczucie winy, bezsilność i smutek. Brak kontaktu z emocjami był głównie wynikiem ucieczki przed nimi, lęku i faktu, iż nigdy na ich temat nie rozmawiałem. A właśnie prawidłowe odczuwanie jest kluczem do spokoju ducha i zdrowia psychicznego. Widząc, że nie umiem ich wyrażać, prowadziła mnie przez ten nowy świat, zadając pomocnicze pytania i naprowadzając na odpowiedzi. Chciała, abym to ja sam odnalazł je w sobie. Przeanalizowała ze mną całą sytuację z pielęgniarką pod kątem emocji, potem przeszliśmy do nocnego stanu. Kierowany sugestiami, doszedłem do wniosku, iż to, co mi się najbardziej kojarzy z tym koszmarem, to strach i poczucie winy. Potem pojawiła się niemoc, a ona była wynikiem bezsilności wobec efektów jego wpływu. Zapytałem ją, czym według niej jest ten nocny stan. Odpowiedziała: „Pierwszy raz się z czymś takim spotykam i nie za bardzo wiem, co powiedzieć, ale według mojej wiedzy, są to wychodzące z podświadomości wyparte emocje. Przez długie lata nie zdawał pan sobie z nich sprawy i uciekał przed nimi, więc nazbierało się ich całkiem dużo i teraz kipią. Stąd tak dużo w nich strachu i poczucia winy.”

Dopytałem, czym w takim razie jest zmieniona percepcja zarówno w trakcie koszmaru, jak i za dnia.Moim zdaniem jest to tak zwana depersonalizacja i derealizacja. Trochę się to różni od tego, co czytałam w podręcznikach, ale pewne aspekty są zbieżne. U pana polega to na tym, że bardzo silne emocje tak mocno wpływają na psychikę, iż tworzą barierę w poprawnym odbiorze rzeczywistości. Potrafią zaburzać zmysł wzroku, słuchu, smaku czy dotyku. Powtarzam, że u pana jest to bardzo nietypowe i nie mam pewności.”

Jak zrozumiałem, pozornie banalne zdarzenie w parku było wyzwalaczem całych pokładów tego, co wyparte. Raz uruchomione szalało w głowie bez mojej kontroli, potem znajdując sobie ujście, co noc kipiało, a w dzień ukryte w podświadomości dawało o sobie znać w tak znaczący sposób.

 

Kolejne wizyty u terapeutki zaczynały się w sposób niemal identyczny – uspokojenie emocji i wyrażenie tego, co czuję w danej chwili. Zacząłem uświadamiać sobie coraz więcej nurtujących uczuć. Powoli docierało do mnie prawdziwe życie – bez ucieczki i oszukiwania siebie. Na początku było to męczące, gdyż ciężko jest odnaleźć coś, co było przez całe życie skrywane i nierozpoznane. Każda nowa emocja wymagała wytężenia umysłu i skupienia, jednak z biegiem czasu było coraz lżej. Jednym z ważniejszych okazał się lęk, od którego zaczynało się prawie wszystko. To on napędzał całą masę nieprzyjemnych uczuć i był fundamentem fatalnego stanu umysłu. Po wstępnej fazie przechodziła do kolejnych spraw, czyli analizy tego, co pamiętam z wczesnego dzieciństwa. Pojedyncze obrazy czy zdania były najpierw rozpatrywane subiektywnie, czyli jak się czułem w przeszłości. Wspólnie rozbudowywaliśmy je do pełnych scenek czy nawet ciągu wydarzeń. Dopiero potem pomagała zrozumieć ich znaczenie obiektywne. I to obiektywne światło dawało pełnię zrozumienia i wyzwolenia, ale nie byłoby tego bez wcześniejszego aspektu subiektywnego. Okazuje się, że najpierw należy zrozumieć siebie w danej sytuacji, a dopiero później poznać bezwzględne fakty. Dodatkowo stosowała jeszcze inne metody, które wtedy wydawały się nie do końca zrozumiałe. Dopiero gdy sam skończyłem psychologię, zrozumiałem je.

W tym czasie terapeutka była osobą, której ufałem bezgranicznie. Nie bez znaczenia był fakt, iż trafiłem na tak ciepłą i fachową osobę. Dziś wiem, że gdybym chodził do kogo innego, mogłoby nie być tak dobrze i paradoksalnie zawdzięczam to pielęgniarce, która mnie na koniec znienawidziła. Jak to ktoś powiedział: aby zaufać sobie, należy najpierw zaufać komuś. Co prawda przed wystąpieniem nocnych problemów nie mogłem narzekać na brak ufności w stosunku do siebie, ale było to związane z ucieczką przed emocjami. Wolałem działać, nie zastanawiając się – odciąłem się od problemów i stąd wcześniejszy brak kłopotów emocjonalnych. Ważną, jeśli nie najważniejszą rolę w cyklu zdrowienia odegrała bioenergoterapeutka, bo gdyby nie ona, to nie byłbym w szpitalu, nie poznał pielęgniarki, a tym samym nie trafił na świetną psychoterapię. Także niezwykle istotne było to, co poczułem po odebraniu portfela od Śledzonej – czułem się na siebie wściekły, a złość potrafi czasem przezwyciężyć lęk. Obecnie wolę mieć lekką niedyspozycję prawej ręki, wywołaną złamaniem otwartym i być wolnym od traum, niż żyć jak przedtem. Zrozumiałem też, że czasem musi być gorzej, aby później było lepiej...

Proszki uspokajające przestałem brać w jakiś rok po rozpoczęciu terapii i nie wróciłem do nich do dziś. Wielokrotnie pytałem terapeutkę, co ja widuję w trakcie nocnych koszmarów, bo zawsze w takim momencie wydaje mi się, że widzę zarazem coś konkretnego, jak i nieuchwytnego. Odpowiadała, że tak naprawdę to nieistotne, gdyż jest to tylko skutek, a nie przyczyna, natomiast ważne, aby spróbować wyeliminować to drugie. I po części tak się stało, ponieważ teraz to ja panuję nad koszmarem. Identycznie wyraziła się na temat zmian percepcji w ciągu dnia. To był nietypowy efekt, a przyczyną była schorowana sfera psychiczna. De facto mogła się mylić, czym to wszystko było, ale stosując taką, a nie inną terapię, która postawiła mnie na nogi, nie myliła się,

Również mniej więcej po tym czasie lęki nocne zaczęły powoli ustępować, a dzienna percepcja wracała do normy. Nawet gdy koszmar powracał, byłem w stanie uspokoić się, leżąc cały czas w łóżku, nie musząc wstawać i chodzić w kółko. Z czasem odzyskiwałem panowanie nad sobą. Wielokrotnie zastanawiałem się, czym są te dziwne nocne lęki i za każdym razem nie jestem w stanie powiedzieć praktycznie niczego. Po wyjściu z nich nie mogę sobie wyobrazić tego, co czułem, widziałem i doświadczałem, a nawet w trakcie jest to nie do opisania. Zupełnie jakby brakowało na to określeń w naszym ludzkim, ziemskim języku. A może bioenergoterapeutka miała rację, że jest to niejako brama do innego stanu świadomości? I teraz kiedy już panuję nad lękiem, tak naprawdę tylko z tym się to kojarzy. Z niczym więcej.

Pani psycholog wyjaśniła mi, dlaczego przy pielęgniarce czułem się tak dobrze. Otóż zakochałem się w niej, a miłość niejednokrotnie potrafi „przykryć” wszystko, co negatywne. Jest zbawieniem i swoistym panaceum na złe samopoczucie. Jednak ten aspekt zaprzecza teorii bioenergoterapeutki, gdyż świadczy niezbicie, że ten stan lękowy to coś negatywnego, skoro miłość potrafiła to „wyleczyć”. Kolejnym na to dowodem jest fakt, że psychoterapia pomogła. Tylko jak wyjaśnić „nieogarnialność” tego stanu? Mimo że teraz sam jestem psychologiem i wiem sporo na temat ludzkiej psychiki, to tego się chyba nigdy nie dowiem...

Zrozumiałem jeszcze jedno. Otóż sam najpierw stosowałem manipulacje ze Śledzoną, a potem się dziwiłem, że pielęgniarka zrobiła coś podobnego w stosunku do mnie. Świadczy to dobitnie o tym, jak byłem obłudny i egoistyczny...

Po ponad roku od rozpoczęcia terapii poszedłem na psychologię, skończyłem ją i teraz to ja pomagam ludziom z problemami.

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
AntoniGrycuk · dnia 15.03.2018 17:34 · Czytań: 157 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 3
Komentarze
Kazjuno dnia 07.04.2018 00:58
Najpierw parę bardzo nielicznych jak na tak długi tekst usterek, które rzuciły mi się w oczy

Cytat:
pra­gną­łem ta­kie­go życia, jaki mia­łem
- literówka tworząca błąd gramatyczny
. Prawidłowo: pra­gną­łem ta­kie­go życia, jakie mia­łem

Cytat:
Pod­sze­dłem do po­bli­skiej aka­cji i z całej siły ude­rzy­łem w nie pię­ścią.

Też literówka i wynikający z niej błąd gramatyczna: uderzyłem w nią pięścią. (Ta akacja)

Cytat:
Poza tym cały czas mia­łem przed oczy­ma lek­kość, z jaką roz­ma­wia­łem z pie­lę­gniar­ką.
Tu do końca nie mam pewności. Wydaje mi się jednak, że miałem w pamięci, a nie miałem przed oczyma.

Cytat:
Po wstęp­nej fazie prze­cho­dzi­ła do ko­lej­nych spraw, czyli ana­li­zy tego, co pa­mię­tam ze wcze­sne­go dzie­ciń­stwa.
Tu "co pa­mię­tam "Z" wcze­sne­go dzie­ciń­stwa".

Więc Antosiu napisałeś bardzo ciekawe, długie opowiadanie. Jak się już wciągnąłem to przeczytałem za jednym zamachem.
Przekonany też jestem, że oparte jest na rzeczywistych twoich przeżyciach. I myślę, że jest to ważny dla Ciebie utwór. Bardzo mi się podobał.

PS Kiedyś jako młody chłopak (20 latek) też miałem problemy psychiczne. Byłem bokserem i mimo młodego wieku instruktorem pięściarskim. Jednocześnie studiowałem mechanikę na politechnice i byłem zabujany w wystrzałowej lasce. Kiedy po prowadzeniu sportowego obozu wróciłem po wakacjach na studia nagle zaczęło mi się robić słabo. Było to szokujące, bo byłem w świetnej formie fizycznej. Nagle zacząłem tracić władzę w nogach. Myślałem, że to krwiak na mózgu od boksowania. Po kilku miesiącach leżenia w domu rodziców, na nogi postawiła mnie pani lekarz psychiatra. Dokonała psychoanalizy mojej osobowości i stwierdziła, że nie nadaję się na studia na wydziale mechanicznym politechniki. Nie wróciłem już na te studia.
Oczywiście tę opowiastkę zdusiłem w paru zdaniach, a też mogłaby być tematem barwnego opowiadania.
Dzięki za czytelniczą przygodę, pozdrawiam, Kj
AntoniGrycuk dnia 07.04.2018 02:34
Hej, Kazjuno,

Niesamowite, że Ci się chciało czytać coś tak długiego. Bardzo Ci za to dziękuję.
Bardzo mnie cieszy, iż uważasz, że to oparte na rzeczywistych przeżyciach, bo to znaczy, że jest wiarygodne.
Ciekaw też jestem Twojej historii z psychiatrą, chętnie bym to przeczytał w opowiadaniu. Swoją drogą to musiała być dobra specjalistka.
Cieszę się też, że Ci się podobało to, co napisałem. To w zasadzie pierwsze opowiadanie, które napisałem - mocno zmienione, sporo dodałem, trochę ująłem, ale główny motyw jest prawie nietknięty (poza oczywiście stylem i błędami). Wyobraź sobie, że naskrobałem pierwotną wersję jakieś 16-17 lat temu, potem odłożyłem pisanie na bardzo długo, ale wróciłem. Notabene jest to pierwsza część większej całości - drugą jest "Pod ziemią". Może kiedyś zdecyduję się opublikować resztę, ale jeśli tak, to będzie miało przynajmniej 20 "odcinków". (3 część ma 230 standardowych stron).
Jeszcze raz dziękuję za przeczytanie tego opowiadania i za pochlebną opinię. I oczywiście za pokazane usterki.

Pozdrawiam
Kazjuno dnia 07.04.2018 15:27
No, no, no, to szykuje się opasłe - być może - parutomowe dzieło. Życzę Ci, abyś to wydał w wersji papierowej.
"Władcę mojego czasu" zachciało mi się czytać z prozaicznego powodu: dobrym tekstem wciągnąłeś mnie jako czytelnika.

Tak prawdę powiedziawszy, opisałem swoją przygodę z lekarką psychiatrą. Może pokuszę się, aby w PP opublikować. Na razie publikuję odcinki komentowanej przez Ciebie powieści.

Jeśli Cię interesuje, to podaj adres e-majlowy i Ci wyślę.

Pozdrawiam, Kj
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
BlueRiver
22/07/2018 23:54
Pewnie. :) A więc tak: 'nie rusza' - to tak jak… »
Silvus
22/07/2018 23:26
A odpowiesz mi na moje wątpliwości, Blue? :) »
BlueRiver
22/07/2018 23:08
Dziękuję za pomoc i za budujące słowa :) Pozdrawiam :) »
ajw
22/07/2018 22:29
Wiktorze - masz rację, "spragnione pocierania"… »
Silvus
22/07/2018 22:13
Niech będzie, że prosty, lśniący niby też, ale jednak dla… »
Niczyja
22/07/2018 22:06
al-szamanko , Cieszę się niezmiernie z tak pozytywnego… »
Silvus
22/07/2018 22:00
Ciekawe słowo. "nie rusza" w sensie: nie… »
Lilah
22/07/2018 21:59
Tak pięknie o kobietach, że dech zapiera. Zastanawiam się… »
Wiktor Mazurkiewicz
22/07/2018 21:12
Z wielką przyjemnością przeczytałem. Ale to chyba sztuką… »
Florian Konrad
22/07/2018 21:05
dziękuję- w całości. :) »
AntoniGrycuk
22/07/2018 20:46
Hej, Gdyby to był fragment książki, to ok, ale jak na… »
AntoniGrycuk
22/07/2018 20:38
Przeczytałem, ale nie porwało mnie. Ani cały tekst, ani… »
AntoniGrycuk
22/07/2018 20:20
Hej, No, ja nie chciałbym takiego sufitu, bo każdy byt,… »
Wiktor Mazurkiewicz
22/07/2018 18:21
Zabiłaś mi solidnego ćwieka, gdyż kiedyś zarzucono mi brak… »
Silvus
22/07/2018 18:00
"szczegóły". Nie wiem, to jest takie… pełne,… »
ShoutBox
  • Fuksiarz
  • 19/07/2018 07:45
  • Hejka, jak widzicie mój nowy wiersz? Wprowadziłem poprawki, raczej wiedzę, którą nabyłem dzięki podzieleniu się komentatora przy wcześniejszym moim wierszu w komentarzu, dziękuję : )
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 23:26
  • Silvus - dokładnie tak, że przydatne dla czytelnika :)
  • allaska
  • 18/07/2018 22:01
  • dziś poczytałam o niepełnosprawnym dziecku pewnej znanej poetki. straszne myślę sobie... a poetka wysyła mi zdjęcie chorego synka i z uśmiechem pisze: zobacz jaki słodziak, no wzruszające kurka wodna
  • allaska
  • 18/07/2018 21:59
  • pada. i pada. dziś zabawa- dziecka stopa nadepnęła na kretowisko, z kolejnego kretowiska wytrysnęła woda. wzlatywały jeden za drugim w górę wodne wulkany. płonę. dzięki dziecku dotarłam do jądra :)
  • Silvus
  • 18/07/2018 21:53
  • Content-marketingowe? W sensie, przydatne? Będę pisać, jeśli coś mi przyjdzie do głowy. Dziękuję. :) :)
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 20:57
  • Ale fajnie, poradnikowe. Mocno content marketingowe Silvus. Good job. Pisz dalej.
  • Silvus
  • 18/07/2018 19:15
  • Mario, dziękuję. :) Nie nazywałbym tego blogiem, ot, luźne przemyślenia.
  • Silvus
  • 18/07/2018 16:54
  • Chciałbym pochwalić się, że wreszcie udało mi się stworzyć coś jak blog (całość po angielsku): [link] :) Tematyka: głównie programowanie. Zresztą nie wiem, czy jeszcze coś napiszę.
  • Silvus
  • 18/07/2018 02:48
  • @all, no mnie smaku narobiłaś, aczkolwiek nie lubię chyba cukinii, zresztą nie wiem. Co do oszukania, to trudno mi powiedzieć.
Ostatnio widziani
Gości online:13
Najnowszy:domki
Wspierają nas