Gnębiciele i krzywdzeni (tytuł roboczy - raczej dość słaby) Rozdział 1 - Kazjuno
Proza » Długie Opowiadania » Gnębiciele i krzywdzeni (tytuł roboczy - raczej dość słaby) Rozdział 1
A A A
Od autora: Mam nieśmiałą nadzieję, że książka, nad którą pracuję, może Was zainteresować. Napisałem na razie 26 rozdziałów, które będę sukcesywnie publikował na łamach Portalu Pisarskiego.
Przypuszczam, że zawarte w niej przesłanie może mieć walory edukacyjne. Jeśli nie, to może przynajmniej pomoże czytelnikom sobie uświadomić, jak przeszłość mogła wpłynąć na obecną w teraźniejszym polskim życiu takiej ilości szamba. Ale pewnie niektórzy znajdą w jej zawartości tylko walory rozrywkowe? Jeśli tak, to czemu nie? Jako autor, zadowolę się i takimi odbiorcami.

Nie wykluczam, że czytający mogą być zaskoczeni nie małą ilością wulgaryzmów. Może i razić obfitość scen nasyconych seksem i przemocą. Nie wykluczam, że odstręczę smakoszy literatury. Jednak chciałbym trafić do szerokiego spektrum odbiorców, pragnąłbym być czytany przez młodzież (jednak powyżej 15 roku życia/!/), a większość młodych to miłośnicy kasowych filmów amerykańskich o treściach pełnych „mocnych” scen...

Powieść piszę w oparciu o zaistniałe fakty. Pokusiłem się o lansowanie mniej znanej polskiej bohaterki. Prawie wszyscy wiedzą kim była żołnierka wyklęta Inka Śledzikówna. Na łamach tej książki promuję też inną żołnierkę niezłomną, uważam, że swoim bohaterstwem także zasłużyła, by umieścić JĄ wśród słynnych patriotek. To Irena Odrzywołek - ta - dzięki której udało się rozbić ubeckie więzienie Świętego Michała. Pozwoliłem sobie tu opisać jej młode życie.

Zajmującej lektury, Kj

 

Rozdział 1  Życiowe wybory Jurka Wołczeckiego

 

   Jurek Wołczecki, który przestępczą karierę zaczynał w wieku lat czternastu, pochodził z krakowskiej rodziny kupieckiej. Uczono go kulturalnych manier i starano się go wykształcić. Wadą Jurka, która niepokoiła rodziców, była niechęć chłopca do szkolnych obowiązków. Zapracowani rodzice nie zauważyli, kiedy on – najstarszy z trójki synów – latem 1935 roku zaczął obracać się w podejrzanym towarzystwie. Zaimponował mu kuzyn kolegi, który przyjechał w odwiedziny do rodziny z sąsiedniej kamienicy.  Zamieszkała w pobliżu rodzina nie cieszyła się dobrą opinią, dlatego Jurek grożąc pobiciem, zabronił młodszym braciom mówić o przyjaźni łączącej go z kolegą z sąsiedztwa. Ów o trzy lata starszy od nich kuzyn kolegi, prezentujący się jak wiedeński elegant, był zawodowym złodziejem, świeżym absolwentem renomowanej – jak twierdził – szkoły lwowskich doliniarzy.

   Na oczach ubezpieczających go sąsiada i Jurka, pokazał jak efektownie zarabia się pieniądze.  Demonstracji dokonał w Sukiennicach wypełnionych jak zwykle w porze południowej tłumem kupujących. Frajera, próbującego pewnie kupić drogą biżuterię, wytypował zauważywszy, że wyciągnął pękaty żółty portfel koło stoiska jubilerskiego. Jurek, szybko oddychając z podniecenia zobaczył jak wytworny złodziej pochylił się na chwilę nad gablotą ze złotymi pierścionkami, lekko trącił upatrzonego jegomościa, po czym go przeprosił.

   Za chwilę Wołczecki zaniemówił, nie mógł wykrztusić do kolegi słowa. „To niemożliwe”! Na jego oczach, żółty, napęczniały z lśniącej skóry portfel, szemrany elegant płynnym ruchem umieścił w kieszeni marynarki sąsiada, rówieśnika Jurka. Odchodząc szybkim krokiem, łobuzersko się uśmiechnął i puścił do nich oko.  

 

   - Co chłopaczkowie, pewnie jesteście głodni – zagadał parę minut później, kiedy spotkali się w umówionym miejscu na ulicy Floriańskiej.

   Złodziej odebrał przechowany przez kolegę portfel. Zanim schował do kieszeni w zdobycz chuchnął i patrząc na młodszych pomagierów oznajmił.

   - Teraz zapraszam do restauracji Hawełka.

   Wołczecki nie należał do ubogich chłopców, jednak rzadko bywał w restauracjach, a tak smakowitych dań jak zraziki po nelsońsku oraz lodowy deser z kawą parzoną w ekspresie, dotąd nie kosztował.

   Gdy wraz z przyjacielem i uwiedzioną przez kieszonkowca dziewczyną odprowadzali złodzieja na kolejowy dworzec, Jurek zadał mu pytanie.  

   - Długo się trzeba uczyć, żeby osiągnąć twoje umiejętności?

   - Sam się nie nauczysz. Jakbyś miał możliwość zamieszkać we Lwowie, to może mógłbym ci pomóc.

   - Mam tam ciotkę, siostrę matki – szybko wyrzucił z siebie podekscytowany Jurek. – Rodzicom powiem, że w gazecie wyczytałem o lwowskiej prywatnej szkole dla przyszłych kupców. Może się zgodzą na mój wyjazd.    

 

   Elegancki złodziej dotrzymał słowa. Gdy spotkali się we Lwowie, przedstawił Jurka dwóm jegomościom prezentującym się, jak on elegancko. Byli odziani w drogie i świetnie na nich leżące garnitury. Następnego dnia na umówionym spotkaniu, na które przybysz z Krakowa chętnie przystał, zaproponowali edukację w szkole złodziejskiej. Obiecywali atrakcje życia w luksusach z emocjami i dreszczykiem, które w przyszłości miały być nagrodą za trudy kształcenia się pod okiem wybitnych specjalistów. W międzyczasie o lwowskich szkołach dla kieszonkowców Jurek czytał w brukowcach. Ponoć w środowisku doliniarzy miały renomę czołowych w Europie.

   Jednak już po dwóch tygodniach uczęszczania na popołudniowe kursy, po raz pierwszy w czasie zajęć praktycznych, otrzymał bicie harapem. Dyrektor szkoły Moryc Szajbe trzosem rzemieni zakończonych gruzełkami bił z całej siły po nogach.

   - Zbiera się na płacz? – zapytał wpatrując się przenikliwie w nabrzmiałe od łez oczy Jurka.

   - Ale skąd – odpowiedział chłopiec wiedząc, że za okazywanie słabości poczuje dodatkową porcję straszliwie piekącego bólu.

   - To masz małą dokładkę – z cynicznym uśmieszkiem powiedział mistrz złodziejski i chlasnął go w mniej obolałe jeszcze udo.

   Bicie, często stosowane w szkole adeptów doliniarstwa służyło wyrabianiu charakterów. Zaprawieni w znoszeniu bólu przyszli złodzieje, później, zaaresztowani przez policję, nie załamywali się łatwo w czasie śledztw.

    Jurek zaczął zdawać sobie sprawę, że z deszczu wpadł pod rynnę. Zajęcia były trudne wymagające elastycznych palców. Za pierwszym razem uśmiechnął się na widok manekina, którego postrzępiony słomkowy kapelusz skojarzył mu się ze strachem na wróble. Zarówno słomiane rondo kapelusza, jak i rękawy, a nawet niewidoczne wnętrza nogawek, obwieszone były dużą ilością małych dzwoneczków. Przez pierwsze dwa tygodnie Jurek zachęcany do ćwiczeń próbował wskazanymi chwytami wyjmować portfel z różnych kieszeni manekina. Nie znosił dzwoneczków, co chwila sygnalizujących jego nieudolność. Wkrótce zorientował się, że niektórzy kursanci, popisujący się palcami wyginanymi jakby były z gumy, byli synami złodziei i ich ojcowie w trosce o zawodową przyszłość dzieci gimnastykowali im dłonie od wczesnego dzieciństwa. Nastały dni, kiedy za źle wykonane zadanie, zaczęto go karać biciem. Popełniał coraz to mniej błędów. Feralnego dnia, tydzień po pierwszej karze cielesnej, przystąpił do ćwiczenia uważanego przez kolegów za bardzo łatwe, podchodził do niego po raz czwarty. Niestety i tym razem zadzwoniły potrącone sygnalizatory partactwa. Wykładowca przydzielił mu porcję chłosty.  Co jeszcze gorsze, szef szkoły rzezimieszków nakazał mu wznowienie przedpołudniowego uczęszczania do szkoły dziennej. Jurek był zdruzgotany, wracając piechotą jesiennym wieczorem 1935-go roku do domu ciotki połykał ściekające mu do ust łzy. Zdawał sobie sprawę, że nie ma odwrotu i nie może opuścić szkoły złodziejskiej. Przed przystąpieniem do nauki złożył przysięgę, był przekonany, że wyłamanie się z niej oznacza dla niego wyrok śmierci. Pokazano mu kilkanaście fotografii trupów, na których ubraniach widniały czarne plamy krwi.

   - Ci nas zdradzili, a ci zaczęli kapować, a za to przyżeniamy kosę[1] – wyjaśnił złodziej, który był jednym z członków weryfikacyjnej komisji i pokazując kolejne fotografie gładził się po wąsko podgolonych baczkach.

   Jurek przeżywał ciężkie chwile, myślał o samobójstwie, jednak w następnych dniach zaopiekował się nim starszy o dwa lata chłopak ze starej złodziejskiej rodziny.

   - Słabo gamzasz kminą, czasem nie kumasz, jaka idzie do ciebie nawijka[2]. Chcesz to cię pouczę – zaproponował kolega chodzący już na doliniarskie akcje. Jasny Lolek – taką ksywę miał starszy kamrat – uwagę Jurka zwracał od pierwszych zajęć. Był wyjątkowo elegancko ubierającym się blondynem o starannie przystrzyżonych lokach. Dbałość o wygląd zewnętrzny była jednym z wymogów szkoły, lecz Jasny – jak potocznie zwracano się do Lolka – w swoich garniturach szytych u drogich lwowskich krawców, prezentował się jak żurnalowy model. Niestety mimo niemal hrabiowskiego  wyglądu cechowało go dyskwalifikujące ograniczenie – nie nauczył się dobrze mówić po polsku. Przez to, mimo wybitnych umiejętności złodziejskich, czuł się niepewnie wśród ludzi z wyższych sfer, a tych najbardziej chciał okradać. Od dziecka nauczony szybkiego szwargotania kminą z podziwem słuchał swobodnych wypowiedzi poprawną polszczyzną nowego kandydata na złodzieja Jurka Wołczeckiego. 

 

   Jasny okazał się pomocny nie tylko w opanowaniu złodziejskiego żargonu. Ćwiczyli razem uwalnianie się od stosowanych przez policję chwytów. Gimnastykował palce młodszego kolegi. Staczali walki w bokserskich rękawicach, a tu Jurek wykazywał się refleksem i sprytem. Z wdzięczności rewanżował się nauką czytania i starannej wymowy.
   Po rocznej współpracy z Lolem, Jurek ubezpieczany przez przyjaciela zadebiutował obrabiając w tramwaju z portfela pierwszego frajera. Egzamin z poprawnej polszczyzny zdał też Lolek Jasny. Językowy test zaliczył w czasie niedzielnej przechadzki w Parku Stryjskim. Tam koledzy zauważyli dwie uśmiechające się do nich gimnazjalistki. Udając studenta Uniwersytetu Jana Kazimierza, Lolo wywiązał się ze swojej roli znakomicie. Dziewczyny były zauroczone towarzystwem młodych złodziei. Zaprosiły przygodnych znajomych do okazałej willi, którą rodzice jednej z nich pozostawili pod opieką głuchawej służącej. Wówczas Jurek, tańcząc sentymentalne tango płynące z głośnika nakręcanego korbą patefonu, roznamiętniany przez całującą go w szyję gimnazjalistkę, po raz pierwszy zakosztował namiastki rozkoszy.  


    Dwa tygodnie później młodzi złodzieje udali się z wizytą do pięknej dziewczyny, aczkolwiek mającej fatalną opinię. Zakochany Jasny Lolo stracił przez nią głowę. Ta znana z urody latawica dzieliła mały apartamencik z zajmującą się najstarszym zawodem świata ciotką. Mieszkały na Znizieniu – w okolicy ulicy Zmarstynowskiej, w dzielnicy o ponurej sławie. Dzielnicowa piękność, chcąc w sposób swobodny zażywać intymnych rozkoszy z Lolem, wpadła na pomysł, by jego kompanem zajęła się ciotka. Wręczyła siostrze matki podarowaną przez Lola srebrną dziesięciozłotówkę, za co gospodyni mieszkania nie pożałowała wdzięków młodemu złodziejowi. Tak, Jurek Wołczecki przestał być prawiczkiem.
    Jego przyjaciel – wytworny Lolo – zginął od licznych ran kłutych zadanych mu nożem przez zazdrosnego kochanka urodziwej latawicy. Wtedy, po raz pierwszy, Jurek użył broni palnej. Postanowił dokonać dintojry i zastrzelić zabójcę bliskiego sercu druha. O rewolwer nagant postarała się  rodzina Lola, jego bracia też ubezpieczali przyjaciela zabitego brata, na wypadek, gdyby ktoś zechciał się wtrącić. Akcja rozegrała się na Znizieniu, na oczach wypełnionej klientelą speluny. Szesnastoletni Jurek wypróżnił siedmio-nabojowy bębenek rewolweru dziurawiąc z bliska mierzonymi, śmiertelnymi strzałami klatkę piersiową lokalnego zabijaki. Z dymiącym jeszcze z lufy nagantem, wybiegając z knajpy prawie zderzył się ze zwabionymi rewolwerową palbą dwoma policmajstrami. Szczęśliwie dla siebie Jurek zerwał się biegnąc zygzakiem - tak go uczono w szkole doliniarskiej, by zmylić celującego do niego strzelca. Zaszokowani w pierwszej chwili policjanci, zanim nie zniknął w ciemnościach za zaułkiem, oddali w jego stronę parę niecelnych strzałów. 

   Mściciel przyjaciela - Jasnego Lola, mimo udanej ucieczki z miejsca zabójstwa, nie cieszył się  długo wolnością. Zdjęcie Wołczeckiego rozpoznał jeden z policjantów, który ujrzał Jurka z dymiącym rewolwerem w dłoni i chwilę później mierząc do niego z efenki parokrotnie spudłował. Fotografię przyniosła na komisariat zirytowana ciotka. Była zaniepokojona kilkudniową nieobecnością siostrzeńca. Jurek ukrywał się parę dni na jednej z melin, lecz o konieczności opuszczenia przez niego Lwowa zadecydował sam Moryc Szajbe. Kilka dni później do drzwi mieszkania, jego uczciwie prowadzących sklep w Krakowie rodziców, załomotały karabinowe kolby policjantów. Jurek próbował jeszcze się wyrwać zakładającym mu bransoletki kajdanków funkcjonariuszom. Skoczył na pilnującego drzwi wyjściowych policjanta i stoczył się z nim po schodach na półpiętro. Jednak kilka chwil potem, ku zgorszeniu obserwujących aresztowanie sąsiadów, pożegnał się z wolnością.  

   Po dwóch latach odbyła się trzecia, ostatnia rozprawa z toczących się w Sądzie Karnym przy ulicy Batorego we Lwowie przeciwko Jurkowi Wołczeckiemu.  Był 28 sierpień 1939roku. Na sądowym korytarzu siostra świętej pamięci Jasnego Lola zaskoczyła pilnowanego przez dwóch policjantów Jurka. Rzuciła mu się na szyję i pocałowała go w policzek. Mimo prawie natychmiastowego odepchnięcia jej przez eskortującego aresztanta policjanta, Jurek zadrapany boleśnie w dłoń, poczuł w niej sprężysty drut wielkości agrafki. Dobrze wiedział co zrobić z podanym mu małym wytrychem. Trzymając spuszczoną głowę, niby to udając skruszonego, mimo asysty siedzących po bokach policjantów, pracował wolno. Intensywnie się koncentrował, aż na jego czole pojawiły się kropelki potu. Nie interesowały go zeznania dodatkowo powołanych świadków obrony. Pragnął rozpiąć kajdanki. Już myślał, że mu się nie uda. „Bożę pomóż”! – prawie pragnął wykrzyczeć. Chciał przekląć swoje niedostatecznie wygimnastykowane palce. Wtem, poczuł ustępującą sprężynę i luzującą się bransoletę na przegubie jednej dłoni.

   Mimo wydania przez rodziców Jurka dużej kwoty na adwokata sąd podtrzymał ciężki wyrok dwudziestu lat więzienia. To jedynie podniosło poziom adrenaliny w nadnerczach Jurka Wołczeckiego. Opuszczając salę rozpraw, swobodną ręką uzbrojoną w stal bransoletek zdzielił jednego z policjantów w czoło. Drugiemu przywalił potężnego kopniaka kolanem w krocze. Policjant, którego twarz zalewała krew z rany na czole, wyciągnął z kabury pistolet vis. Przeładował zamek i… nie ośmielił się strzelić do skazańca biegnącego slalomem między znajdującymi się na korytarzu ludźmi.

   Lwów Wołczecki opuścił udając się na kolejowy dworzec przebrany za dziewczynę. Mimo, że mówiło się o nadchodzącej wojnie, zaskoczył go duży ruch na dworcu. Widział tłumy młodych mężczyzn w mundurach, żegnające ich kobiety i rodziny. 31 sierpnia 1939-go roku wiadomo było już, że rozpocznie się wojna, wtedy na całego ruszyła mobilizacja. 

 

[1]. Mordujemy nożami.

[2]. Słabo mówisz kminą (żargonem więziennym). Czasem nie rozumiesz co się do ciebie mówi.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Kazjuno · dnia 18.03.2018 15:27 · Czytań: 224 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 13
Komentarze
Ania_Basnik dnia 19.03.2018 10:38 Ocena: Bardzo dobre
Kazjnio ciekawie się zaczyna, ale potem trochę zagmatwałeś. Po pierwsze - Czy w 1935 były ekspresy do kawy - wątpię. Po drugie wątek miłosno-erotyczny - kto z kim i dlaczego. Po trzecie - strzelanina w barze i śmierć Lola. Te momenty do wygładzenia.
Temat świetny na opowiadanie, świeży, oryginalny. Brawo.
Czekamy na dalszy ciąg.
Kazjuno dnia 19.03.2018 12:00
Zacznę od serdecznych podziękowań. Aniu_Basnik - jestem Ci wdzięczny za komentarz. (Wszak przeszedłem solidną kindersztubę i Ojciec nie żałował ciężkiej ręki).
Obiecuję Ci, że postaram się wątek erotyczno - miłosny - wygłaskać i uczynić bardziej czytelnym.

Co do ekspresów do kawy ? Chmmm, chyba były już na Tytaniku, który zatonął w 1910 roku. Ale by nie mieć wątpliwości postaram się sprawdzić, (w internecie choćby).
(No i sprawdziłem z informacji: http://www.ekspresywmf.pl/o-marce/.../historia-ekspresow-wmf/ wynika, że w luksusowych restauracjach w 1935 roku mogły być już zainstalowane.

Cieszę się, że czekasz na następny kawałek powieści. Zobaczysz sama - oj będzie się działo... Obiecuję! Dwa kolejne rozdziały czekają już w poczekalni.

Pozdrawiam Cię Aniu, Kj
Darcon dnia 19.03.2018 18:04
Mi nic nie przeszkadzało. W odróżnieniu od opowiadań, od powieści nie oczekuję wszystkiego od razu, ba nawet niektóre wątki mogą być urwane lub rozczarowujące. Liczy się przede wszystkim główny bohater i jego historia. Na razie to zbyt mało, żeby powiedzieć coś więcej. Piszesz dosyć sprawnie, nie potykałem się przy czytaniu, nie musiałem cofać i czytać drugi raz, a to w powieści jest bardzo ważne. Zgadzam się z Anią, że pomysł brzmi świeżo.
Z technicznych uwag to używasz dywizu zamiast półpauzy, ale to już tutaj norma, niestety.
Wysyłałeś powieść do wydawnictw? Dlaczego zdecydowałeś się jej na publikację w necie?
Kazjuno dnia 19.03.2018 19:58
Dziękuję Darconie za cenny komenarz.
Wstyd się przyznać - nie miałem pojęcia o roli znaku dywizu. Jednak kwestia nie jest byle jaka. Wielokrotnie zastanawałem się jak pisać poprawnie daty. Były też inne wokół-myślnikowe zagwózdki. Znalazłem pewne wyjaśnienia w internecie, ale już wiem, że będę musiał problem zgłębić.

Pytasz, czy wysłałem powieść do wydawnictwa? Wysłałem już do paru - bez pozytywnego odzewu.
Pierwszą powieść, podobna trochę do tej - bo opartej na prawdziwych wydarzeniach, którą można mniej więcej zdefiniować jako kryminał historyczny ("Kłamać, aby żyć";) - wydałem w warszawskim wydawnictwie CB.
Popsuło się między mną i wydawcą z chwilą, kiedy zorientował się, że przechylam się do politycznych poglądów - mogących mnie zaszeregować jako zwolennika "ciemnogrodu".
Jak nie znajdę wydawcy, to spróbuję wydać przy pomocy forsiatego kolesia, który chce mnie wspierać. (Podobała mu się pierwsza moja książka). Ale myślenie o wydaniu muszę jeszcze odłożyć. Przedtem koniecznie dopisać kilka, a może kilkanaście rozdziałów.
Bardzo jestem ciekaw, jak Ci się spodobają rozdziały następne.

Serdecznie pozdrawiam, Kj
purpur dnia 20.03.2018 13:34
Wpisuję się chwilowo tylko zdaniem, bo kompletnie nie mam czasu czytać, a nie chciałbym, aby mi gdzieś to uciekło! :)

A początek mnie zaintrygował ( bardzo fajny klimat ) i chętnie poznam dalszą część - tak więc spodziewaj się mnie!

PS Błagam popraw tytuł, no nie może być tak, że autor na starcie gani swoje dzieło - on ma je bronić, głaskać i chronić!
Bo jak nie on, to kto?
Nawias jest zupełnie zbędny!

Do zobaczenia,
Pur
Szysza dnia 21.03.2018 01:59
Tematycznie nie moja bajka ale napisane w sposób przemyślany. Lekkie pióro, duża doza humoru choć temat iście poważny :-). Tytuł bym może zmieniła rzeczywiście ale to już sprawa twoja drogi autorze. Pozdrawiam :-)
Kazjuno dnia 21.03.2018 08:30
Dziękuję Szyszo za komentarz.
Też za miłe słowa. Co do tytułu, to jak przyjdzie mi coś sensownego do głowy, to zminię natychmiast. Dlatego zaasekurowałem się, że jest tymczasowy.
Miłego dnia i pozdrawiam serdecznie, Kj
Ania_Basnik dnia 21.03.2018 08:36 Ocena: Bardzo dobre
Wątek erotyczny rzeczywiście wygląda teraz przejrzyściej.
A co do śmierci Lola, szkoda chłopaka, ale Autorze napisałeś to klarownie. Brawo! Czyta się i płynie. Słyszałam o szkole lwowskiej :) A Ty tak smakowicie to wszystko tu opisujesz. I to w przede dniu wojny. Ciekawa jestem okresu wojennego :)
Temat niezwykle ciekawy i jak we wszystkim diabeł tkwi w szczegółach :)
pozdrawiam
A.B.
Kazjuno dnia 21.03.2018 09:22
Miła Aniu.
Za dużo o wojnie nie będzie. Mój szemrany bohater zapała miłością do pięknej przestępczyni, później dołączy do rabunkowej bandy.
O napadach band na galicyjskie dwory wspominała dawno nie żyjąca ciotka, stąd pomysły by rozwijać ten wątek.

Dzięki za zainteresowanie, jakoś wierzę, że nie będziesz zawiedziona dalszymi rozdziałami.

Pozdrawiam, Kj
purpur dnia 21.03.2018 12:49
Dobra, dzisiaj udało się spałaszować całość :)

I tak od razu, na początek:

Cytat:
Za dużo o wojnie nie będzie. Mój szemrany bohater zapała miłością do pięknej przestępczyni, później dołączy do rabunkowej bandy.
O napadach band na galicyjskie dwory wspominała dawno nie żyjąca ciotka, stąd pomysły by rozwijać ten wątek.


Aggghhhrrr!!!
Ja rozumiem niecierpliwość autora w opowidaniu histori, ale ja jeszcze jestem "przed"! No nie ma nic gorszego niż dowiedzieć się co będzie dalej! Całe szczęście, że wyhamowałem oczy, zanim przeczytałem cały! Ty weź uprzedzaj! :p

Pac! Tak, w sam środek czoła drogi autorze :p

A jak samo czytanie, tego powyżej?

To co najbardziej mi zapadło w "emocje", to otoczka opowieści ( lata, tematyka, atmosfera ). Naprawdę wciągnęło i z dużym zainteresowanie śledziłem losy bohatera. Pojawił się również niemy jęk zawodu, gdy dotarłem do ostatniej linijki - a to nie zdarza mi się wystarczająco często :)
Tak. Podoba mi się ten zalążek historii...

Ale również czuję niedosyt. Tak ciekawy zawód wybrtałeś, tak ciekawe czasy w jakich życie, a tak mało otoczki tego, zwłaszcza, że wspomniałeś, że masz masę rozdziałów. Więc zaplanowałeś dużą historię. Czemu więc nie tchnąć trochę spokoju, zmniejszyć bieg. Tutaj w czterech akapitach wstąpił do szkoły, pobrał wszystkie lekcje, zabawiał się z dziewczynkami, stracił dziewictwo, pomścił przyjaciela... ufff! Sporo tego.

Uważam, że niepotrzebnie tak pędzisz, ja bym bardzo chętnie dostał opatuloną w atmosferę i tajniki złodziejskiego fachu opowieść. A tak, wydawało mi się to streszczeniem.

Trochę również dziwny jest wydźwięk pisania - niby brzmi, jak "biografia", ale jednocześnie pojaiwają się:

Cytat:
lokalnego zabijaki.


i opowiadanie staje się opowiastką rozrywkową. Wydaje się mieszać jedno z drugim. Sam nie wiem, ciężko to wyjaśnić, i może to bardzo specyficznie dla mnie brzmi, może się po prostu czepiam :) Fakt, wspominałeś o tym w zapowiedzi - więc chyba pozostaje mi się do tego przyzwyczaić :)

Na pewno duży plus za rozmach. Za historię, bo jeśli to jest pierwszy z 26, i reszta będize w takim tempie to hoho! Już gratuluję inwencji!

Zawsze, jak sobie czytam, wynotowuję to co mi zgrzytnęło, z różnych powodów. Wszytko to oczywiście tylko sugestie, do tego MOJE sugestie, więc zrób z nimi co chcesz, albo nie rób nic.

Większość tekstu przeczytałem bez problemu - tu nie za bardzo jest co dyskutować - jest dobrze. Tylko kilka razy cofałem się, bo zdanie brzmiało jakoś ...

Cytat:
Zajęcia były trudne wymagające elastycznych palców.
- nie wiem czy jest wymagany przecinek w sęsie gramatycznym, ale ja bvym go wstawił w sensie logicznym. Zajęci były trudne.(,) Wymagały elatycznych palców. Nie zrozum mnie źle, ja nie jestem przecinkowym purystą, a właściwie to kompletnie się na nich nie znam. Natomiast źle mi brzmiało to zdanie i czytając, poczułem, że coś opuściłem.

czy np.

Cytat:
Jurek zadrapany boleśnie w dłoń, poczuł w niej specjalny ze sprężynowej stali drut wielkości agrafki.
- specjalny ze sprężynowej...

Widziałem, że dodałeś przypisy. Pech chciał, że te co dodałeś, to akurat znałem. Za to zdziwiły mnie poniższe słowa:

Cytat:
nagantem

Cytat:
rewolwerową palbą

Cytat:
efenki


Jeśli robisz przypisy, to wydaje mi się, że powinny być tam wszystkie "nie-nowożytne" słowa?

Jeszcze tak z innej beczki.

Wyglądało na to, że do szkoły można niemalże przyjść z ulicy! Jak do każdej innej, a to chyba nie była do końca prawda?

Chyba tyle.

Z chęcią poczekam do kolejnej części. Bardzo jestem ciekaw, co też żeś nawyczyniał z tą historią.

Na chwilę obecną pozdrawiam!
Purpur
Kazjuno dnia 21.03.2018 13:34
Zacznę Purpurze zwyczajowo, od podziękowań, a nawet specjalnych podziękowań, bo Twój komentarz jest ciekawy i warto się nad nim pochylić.

Jeszcze nie w tej chwili, ale na pewno wetknę przecinek do zdania: "Zajęcia były trudne, wymagające elastycznych palców".(Tak jak zrobiłem tutaj).

Po kolejnym zdaniu: "Jurek zadrapany boleśnie w dłoń, poczuł w niej specjalny ze sprężynowej stali drut wielkości agrafki". - chyba wyjaśniłem, że chodzi o specjalistyczny wytrych do otwierania kajdanek. Nie mam pojęcia jak się taki nazywa. Wiem, że wprawni specjaliści potrafią rozpiąć kajdanki damską spinką do włosów.

Teraz parę słów o obcych Ci jak widzę nazwach broini i o rewolwerowej palbie.

Rewolwerowa palba to strzelanina - może teraz mniej się używa takiego definiowania?


Natomiast co do nazw broni krótkiej.

Nagant to 7 strzałowy rewolwer, który miała na uzbrojeniu carska kadra oficerska. Ale nie tylko - także oprawcy z NKWD z takich bębenkowców rozstrzeliwali polskich oficerów w Katyniu.

Efenka to już pistolet belgijski firmy FN (nie wiem czy nie produkowano ich na zasadzie umowy licencyjnj w Radomiu, obok znakomitych pistoletów VIS - konstrukcji polskiej. Pistolety te były na uzbrojeniu polskiej kadry oficerskiej i policji.

Dla mnie - niezłego znawcy broni - wydawało się, że te bronie są znane. I jest to słusznie wytknięty przez Ciebie błąd. Brakuje odwołań!


Teraz spróbuję wytłumaczyć się z szalonego tempa opisywania wydarzeń.

No tak - prawie pięć lat w parunastu linijkach - to tempo ponaddźwiękowego odrzutowca.

To dotyczy raczej pierwszych rozdziałów, w których opowiadam, skąd się wzięli i kim są moi bohaterowie. W dalszych się przekonasz, że rozgrywam dłuższe sceny, czasem obfitujące w nie mało klimatycznych oraz wzbudzających grozę detali.

Jeszcze raz, dzięki.
Serdecznie pozdrawiam, Kazjuno

PS Myślę, że nasi szanowni redaktorzy/administratorzy już w weekend dostarczą Ci dalsze 2 rozdziały. Będziesz miał rozrywkę, że palce lizać (Wybacz, jeśli przesadziłem).
purpur dnia 21.03.2018 13:50
Witaj,

to tylko sugestie - mogą być dobre, mogą być jakości koszowej :p Rób jak uważasz i czujesz!

Cytat:
"Jurek zadrapany boleśnie w dłoń, poczuł w niej specjalny ze sprężynowej stali drut wielkości agrafki
- mi tu bardziej przeszkadzało brzmienie tego zdania, być może brak przecinka, a nie opisywanie tego przedmiotu. Może wystarczyłoby samo: sprężysty drut wielkości agrfki? Ale to szczególik, nie warty takiej dysputy :)

Jeśli są to nazwy własne broni, to jednak bym się przychylał do ich opisania w przypisach. Z tej "kolekcji" znałem tylko VIS-a, a to tylko dlatego, że lubię zegarki i akurat na cześć tego pistoletu powstał jeden :) Da się domyślić, o czym piszesz, ale chyba tak poprawnie będzie zawrzeć je w dopiskach... Da się również odczuć, że wiesz o czym piszesz.

No o palbie pierwsze słyszę, ale fakt, rzadko ostatnio dostrzegam gdzieś "strzelaniny rewolwerowe" :D

Fajnie, że skorzystałeś z takich, a nie innych słów. Moim skromnym zdaniem nadaje to pożądanych cech tekstowi - czuję się bardziej w "epoce"!

Cytat:
czasem obfitujące w nie mało klimatycznych oraz wzbudzających grozę detali.

- ha! Zacieram zatem nie-elastyczne paluchy :p

PS
Cytat:
(Wybacz, jeśli przesadziłem).

Absolutnie nie - Autor powinien być pewny swego i swojego dzieła - to on ma je "promować" i zachęcać. Oczywiście nie ma co wpadać w przesadę i samouwielbienie, ale... jakoś czuję, że Tobie ona nie grozi.
Dokładnie tego tyczyła się moja uwaga odnośnie tytułu!

Pozdrawiam,
Pur
Kazjuno dnia 21.03.2018 14:32
Dzięki ponowne, Purpurze.
Nad tytułem się zastanawiam, ale do wydania książki jeszcze daleko.
A wytrych do kajdanek opiszę Twoimi słowami.
Też się obawiam, że gdyby Jasny Lolo próbował uelastycznić moje paluchy, to prędzej by je połamał.
Pozdrawiam, Kj
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
ajw
24/04/2018 23:04
Może zamiast "przychodzą", które jest w… »
ajw
24/04/2018 22:59
I ja oczy postawiłam w słup, bo zupełnie nie spodziewałam… »
Darcon
24/04/2018 22:42
Celna uwaga, Retro. :) Wprowadziłem małą zmianę. »
Gramofon
24/04/2018 21:34
Ja kompletnie tego by ona była silna w tekście nie… »
purpur
24/04/2018 21:24
Hmmm... A ja kompletnie nie zgadzam się z przedmówcami :p»
retro
24/04/2018 21:21
Decand, zmotywowałeś mnie. Uwzględnię Twoje sugestie.… »
retro
24/04/2018 21:13
Bardzo metafizyczny kawałek. Sielankowy. Czekamy na więcej… »
Decand
24/04/2018 21:13
Decnad twierdzi, że Darcon napisał wszystko co mógł odnośnie… »
retro
24/04/2018 21:07
Gramofon, to jest silna kobieta, a one nie targają się na… »
Gramofon
24/04/2018 21:05
Poprawne, płynne i takie tam, jako część większej całości… »
retro
24/04/2018 20:58
Decand, dziękuję. Na pewno skorzystam z Twoich uwag. Tylko… »
retro
24/04/2018 20:54
Ciekawie poprowadzony utwór. Chyba powinieneś wrzucić… »
Decand
24/04/2018 20:52
Zakończenie perfidnie zabiło ten twór literacki. Trochę jak… »
retro
24/04/2018 20:45
Czytałam jakiś czas temu. Zakręcony artystycznie kawałek. :)»
retro
24/04/2018 20:42
Bardzo ciekawie poprowadziłeś tekst, który jest spokojny,… »
ShoutBox
  • Decand
  • 24/04/2018 22:39
  • Solucja wydaje się bardzo prosta - nie bądź poetą, nie czytaj poezji z Internetu, nie miej raka.
  • jskslg
  • 24/04/2018 22:21
  • Ja wole sprawdzać te z góry, bo zazwyczaj są po prostu przyjemniejsze do czytania i nie dostaje raka od jakichś Mickiewiczow wannabe
  • mike17
  • 24/04/2018 21:27
  • Właśnie dlatego, że jest na górnej to ciągnie do komentowania. W dół raczej mnie nie ciągnie, acz jak wspomniałem dolna obfituje w dobre teksty. Jak widać nie ma reguł, półki raczą tym samym.
  • Decand
  • 24/04/2018 21:19
  • Ale upraszczanie tego tematu też nie ma sensu. Nie będzie nigdy skonkretyzowanej odpowiedzi na pytanie "Dlaczego?". Sprawa subiektywna, niestety. Ostatecznie trzeba brać się do roboty w komentowaniu.
  • Decand
  • 24/04/2018 21:18
  • Tendencja wydaje się prosta - skoro tekst jest na górnej półce to po co miałbym go komentować? Nas, z natury, ciągnie bardziej do rzeczy gorszych niż do lepszych. Podbicie ego i te sprawy.
  • mike17
  • 24/04/2018 21:16
  • To, dlaczego nie rozumiesz to już twoja sprawa, ale jest jak piszę. Zastanawia mnie fenomen dolnej półki. I czemu te utwory jakoś się bronią. Na górnej są "tuzy", których nikt nie nie czyta.
  • purpur
  • 24/04/2018 21:07
  • Nie do końca rozumiem dlaczego łączysz "półki" z ilością komentarzy? Nie za bardzo widzę związek...
  • mike17
  • 24/04/2018 19:09
  • Zawsze mnie zastanawia, dlaczego tak wiele utworów z górnej półki prozy ma ZERO komentarzy. A te z dolnej hulają w najlepsze :)
  • Zola111
  • 24/04/2018 18:41
  • Piszcie wiersze do Zaśrodkowania. Czekamy.
  • purpur
  • 24/04/2018 18:31
  • Nie powiedziałbym, że półki to fikcja. Szczere mówiąc uważam je za świetny pomysł! Natomiast to nie one decydują o ilości komentarzy, które otrzymujemy... Ale o tym już wspominałem...
Ostatnio widziani
Gości online:19
Najnowszy:Gioffrese9h
Wspierają nas