Gnębiciele i Krzywdzeni (tytuł roboczy) Rozdziały 6 i 7 - Kazjuno
Proza » Długie Opowiadania » Gnębiciele i Krzywdzeni (tytuł roboczy) Rozdziały 6 i 7
A A A
Od autora: Zmieniłem tu nazwisko słynnego ubeka, który później został w PRL szefem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Podobnie do większość autorów jestem bardzo zainteresowany odbiorem swego tekstu.
Proszę więc bardzo szanownego koleżeństwa o krytyczne uwagi. A jak się spodoba to też napiszcie.

Zajmującej lektury, Kj
Klasyfikacja wiekowa: +18

 

Rozdział 6  Polowanie na męża

 

    Przyjazd do Szczawna Zdroju, stał się dla Amelii najprzyjemniejszym epizodem wczesnego lata 1946 roku. Była zachwycona należącą do brata luksusową willą z ogrodem, po byłym niemieckim dyrektorze Karlshütte. Zafascynował ją poniemiecki Park Zdrojowy z oryginalną Halą Spacerową, pijalnią wód mineralnych i ozdobionym barokową sztukaterią Teatrem Zdrojowym. Spacerując po parkowych dróżkach weszła do alejki ze świeżo rozkwitłymi rododendronami i na chwilę ogarnęły ją ponure wspomnienia. Mocny zapach różnokolorowych pęków kwiatów, przypomniał o przeżyciach sprzed prawie dwóch lat we dworze, w Zakliczynie. Wtedy też spacerowała samotnie po tamtejszym parku i podobnie pachniały kwitnące bzy i azalie.

W równie uroczym otoczeniu jak teraz szczawieńskie z niepokojem rozmyślała o nadchodzących ze wschodu wraz ze zbliżającą się linią frontu mordercach jej męża z pod znaku czerwonej gwiazdy. Później, zimą, to było kilka dni po „oswobodzeniu” przez sowietów Krakowa, mimo, że sama przeżyła namiastkę przemocy seksualnej, doznała szoku. Przechodziła koło dworca Kraków Główny, kiedy usłyszała  straszliwie przejmujący pisk młodej kobiety. Stanęła jak wryta. Na ten rozpaczliwy krzyk nałożył się huk wystrzału. Z bramy wejściowej kolejowego budynku wybiegł przerażony mężczyzna, za nim kobieta i jeszcze kilka osób. Przejmujący pisk w środku się nasilał, po czym przycichł.

   - Co tam się dzieje? – zapytała Amelia kolejnego mężczyznę, który wybiegł z dworcowej hali i nerwowo się rozglądał. niezdecydowany, w którą stronę ruszyć.

   - Pani wie, gdzie jest sowiecka komendantura?

   - Zdaje się, że gdzieś w rynku. Niech pan powie co się tam dzieje.

   - Tragedia proszę pani, straszna tragedia.

   - Co takiego?

   - Żeby to na oczach wszystkich, też dzieci, pani sobie wyobraża? Ruskie pijane sołdaty gwałcą trzynastoletnią dziewczynkę. 

   Gwałty i grabieże popełniane przez Rosjan, których liczba była niemożliwa do oszacowania, powodowały coraz większą niechęć Polaków do „wyzwolicieli”. 

   Podobnie jak przed zamążpójściem sytuacja materialna Amelii stała się trudna. Już od czasu Powstania ucięły się niewysokie, a jednak coś znaczące czynszowe opłaty przelewane na jej konto Banku Emisyjnego przez niemieckich urzędników i oficerów wynajmujących jej warszawski dom na Bielanach. Była bez zawodu, nie miała źródła dochodów, ani pojęcia, czy jej „dziecko” – czyli zbudowana przed samą wojną willa na warszawskich Bielanach - jest jeszcze cała. Chociaż nastąpiła nacjonalizacja przemysłu i majątków ziemskich – czyli grabież w majestacie prawa kamienic i prywatnych domów, pocieszała się, że konfiskata nieruchomości w efekcie Dekretu Bierutowskiego to sytuacja przejściowa. Coraz wyraźniej docierało do niej, że nie ma szans samodzielnie zarobić na życie. Ona – dumna dama przed wybuchem wojny – miała  przed sobą perspektywę zostania ubogą krewną, na łasce brata i zamężnej siostry. Jej życiowym imperatywem stało się hasło: „muszę jak najszybciej znaleźć męża, dopóki jeszcze jako tako wyglądam”. 

   Mężczyznę, którego uznała za odpowiedniego kandydata na drugiego męża, poznała przypadkiem - po niedzielnej sumie, w której uczestniczyła z matką w Kościele Mariackim. Szpakowatego o szlachetnej twarzy wdowca, elegancko ubierającego się inżyniera, wykształconego przed wojną na Politechnice Krakowskiej, przedstawiła bogobojna rodzina – znajomi matki sprzed wojny. Pracował w jeszcze nie dawno eksploatowanym przez Niemców biurze projektów, którego poprzednią nazwę Werner und Sohn  zmieniono na Przemysłowy Wizjoner. Flirt z wdowcem - inżynierem Waligórskim, ku satysfakcji Amelii rozwijał się zgodnie z jej oczekiwaniami. Zaproszona do kina, zwróciła uwagę na jego przyspieszony oddech, gdy położył dłoń na jej kolanie. „Napala się, będzie mój” – zaczynała nabierać wiary w uwodzicielski sukces i nie odsunęła drżącej ręki wdowca. Nazajutrz, gdy Waligórski zaproponował obiad w najbardziej luksusowej restauracji Wierzynka, była już prawie pewna: „on mi się nie wywinie”.

    Początkowo, kiedy usiadła z nim w niższej części głównego pomieszczenia tej najbardziej wykwintnej restauracji Krakowa, zdziwiła się, że jakieś towarzystwo pozwala sobie na hałaśliwe zachowywanie się. Z podwyższonej części restauracji docierały polsko rosyjskie dialogi przetykane siarczystymi wulgaryzmami. Wskazywały na zaawansowaną pijatykę ludzi z nizin społecznych. Jeden z basowych i ochrypłych głosów wydał się Amelii znajomy, zaciekawiona podniosła się z krzesła.

   - Po co pani tam zagląda? – zaskoczył ją Waligórski, którego twarz wyrażała przerażenie. – To ubowcy i sowieci z NKWD. Z nimi siedzi okropny typ – polski ubek – on mnie niedawno przesłuchiwał. Widzę, że ta restauracja jedynie pozornie zasługuje na miano eleganckiej.

   - Od czasu „wyzwolenia” – ostatnie słowo wyartykułowała Amelia z wyraźną ironią – chamstwo rozpleniło się wszędzie.

   Nagle wdowa po włoskim arystokracie zaczęła blednąć. Patrzył na nią otyły mężczyzna w polskim oficerskim mundurze, należący do hałaśliwego towarzystwa pijącego szklankami wódkę. Podniósł się z krzesła i jak polujący drapieżnik, przenikliwie się w nią wpatrywał. „Skądś go znam” – przeraziła się. „Czyżby to był brodaty grubas, zastępca dowódcy bandy, która napadła na Zakliczyn? Ten co chciał mnie bić i gwałcić? Tak, to na pewno on! Widocznie zgolił brodę”.

    - Tawariszcz pałkawnik, smatritie na etu żienszczinu. No pasmatritie[1] – rozpoznany przez nią bandzior zachęcał grubego jak on Rosjanina z piersią mieniącą się złotem orderów, aby spojrzał w stronę Amelii.

   - Cziewo ty chaczisz Bombiel[2]? – niechętnie obrócił się  w stronę Amelii i Waligórskiego sowiecki oficer wysokiej rangi.

  - Zdies siedit eta żienszczina, ja wam o niej gawarił. Ana polskaja hrabina, katoroju jebał moj kamandir Jurek Wołczecki. On skazał czto ana jebiotsja oczień charaszo[3].

   Na twarzy Amelii pojawił się pąsowy rumieniec. Nerwowo poruszył się na krześle inżynier Waligórski.

   - Trochę znam rosyjski – wykrztusił mężczyzna, w którym Amelia upatrywała kandydata na męża. – Oni mówią o pani – trzęsącą się ręką sięgnął po karafkę z wodą, napełnił połowę szklanki i… łapczywie przełykając zakrztusił się.

   Jego kaszel był nerwowy, zbyt nerwowy. Krztusząc się nie zapanował nad parsknięciem, moment później nad następnym. W efekcie zanieczyścił w panice wyjętą śnieżno białą chusteczkę, także rękaw marynarki, którym zasłonił usta.

   - Proszę wybaczyć – prawie jęknął – czuję się niekomfortowo.

   Waligórski podniósł się z krzesła, oglądnął spodnie i zaczął czyścić chusteczką marynarkę. Przez chwilę stał niezdecydowany. Nadal wpatrywał się w Amelię odziany w nowy polski mundur grubas z bandy Sprytnego. Patrzył też na inżyniera, a było to spojrzenie, w którym możnaby dopatrzyć się współczucia.

   - Jaśnie pan Waligórski? – odezwał się ubek, rozpoznany przez Amelię jako bandzior niedawno noszący brodę. – Byliście u mnie na przesłuchaniu. Co tak stoicie? – zwrócił się do inżyniera. – Zamiast stać jak rozkraczona pizda usiadłbyś z nami, napił się wódki jak chłop z chłopem. Już ja ci opowiem, co ta damulka wyrabiała w łóżku z moim przyjacielem.

    Ku zaniepokojeniu nie mogącej wykrztusić słowa Amelii, mężczyzna z którym chciała stanąć na ślubnym kobiercu, ruszył niepewnie w kierunku schodków. Ich stopnie wiodły do podwyższonej części restauracji, gdzie nowa władza zacieśniała przyjaźń z nowym okupantem.

    Amelia opuszczając w pośpiechu restaurację wycierała chusteczką łzy, była zdruzgotana i pewna jednego: starania o dobre zamążpójście spełzły na niczym.

    - Nie mam wyjścia, muszę próbować dalej – przekonywała na głos samą siebie, przechodząc zapłakana koło Sukiennic. – Człowieka na pewnym poziomie nie uwiodę wyłącznie seksapilem. 

***

    Kolejnego kandydata na męża upatrzyła także wśród absolwentów Politechniki Krakowskiej. Pomysł jak go upolować, przyszedł jej do głowy w czasie modlitwy przed szesnastowiecznym obrazem ukrzyżowanego Chrystusa, który w rodzinie określany był cudownym. Opowieść jak owo poczerniałe ze starości olejne dzieło nieznanego autora, uratowało dziedzica majątku pod Bobową, urastała do rangi rodzinnej legendy. Dziedzicem był pradziad Amelii, a cud stał się przed stu laty. Wówczas do wrót dworu pradziada załomotała kilkunastoosobowa grupa zbuntowanych galicyjskiej chłopów, mordująca przy pomocy siekier i pił arystokratów i ziemian. Działo się to podczas Rzezi Galicyjskiej w 1846 roku. Drzwi do dworu okazały się otwarte i pałająca chęcią mordu banda wpadła do reprezentacyjnego salonu. Tam, przed obrazem, przed którym modliła się teraz Amelia, paliły się dwie gromnice, a na klęczniku o boże miłosierdzie błagał przodek herbu De Trojan Junoszów. Chłopi stanęli osłupiali, byli wszak katolikami. „Czapy z głowy”! – ryknął na nich pradziad. Skonsternowani intruzi posłuchali jak na komendę. Wówczas właściciel dworu poprowadził uzbrojoną w cepy, widły, orczyki, siekiery i rzeźnickie noże bandę do jadalni, gdzie poprzedniego dnia odbywała się uczta, a jej obfite resztki zalegały na stole. Stały też niedopite butelki z nalewkami, dzbany piwa i wina. Nakarmieni i napojeni chłopi darowali życie przodkowi De Trojan Junoszów. Ich prowodyr ostrzegł, że wkrótce nadejdzie następna grupa uzbrojonych wieśniaków i ci nie będą mieli litości.

    Później praprzodek w przebraniu Żyda z Bobowy uciekł do Krakowa, gdzie nie sięgała chłopska rewolta. Tak – dzięki obrazowi – pradziad ocalił życie. 

     Amelia modląca się z nie mniejszą gorliwością niż właściciel majątku z Bobowej, pragnęła jedynie odmienić życie.

    - Boże, pomóż mi znaleźć dobrze sytuowanego męża. Nie spraw, abym została upodloną żebraczką na utrzymaniu rodzeństwa. Poradź coś Przenajświętszy, nie skazuj mnie na los pogardzanej dziadówy.

    Modlitwa musiała pokrzepić wdowę po włoskim arystokracie, bo po powstaniu z klęcznika i zdmuchnięciu pary świeczek, z optymizmem rozglądnęła się po pokoju.  Zatrzymała wzrok na liczącym kilkaset lat arrasie ponadgryzanym przez mole lub myszy, na którym od lat wisiała szlachecka karabela. Przypomniała sobie lata wczesnej młodości, kiedy białą broń zerwała ze ściany matka i tępą stroną klingi wybiła z głowy starszej siostry resztki uczuć do nieodpowiedniego kandydata na męża – hulaki Tonia Wereszczeckiego. „Mama mówiła, że też wtedy pomogła jej modlitwa przed cudownym obrazem – zresztą wkrótce Róża wyszła za prawdziwego magnata” – przypominała sobie Amelia.

    Sidła na odpowiedniego kandydata na towarzysza życia zastawiała przemyślnie. Wiadomo, na modlitwę do Katedry Wawelskiej nie chodzi byle kto. Raczej ktoś głęboko religijny, tam modlili się i modlą arystokraci oraz ludzie zamożni.

„Tymczasem, mam tam przynętę jakiej mogliby mi pozazdrościć nawet tacy książęta jak Lubomirscy, a nawet Potoccy i Radziwiłowie”.

    Ożyły w jej pamięci słowa ojca.

    - Wiecie, że Trojanowie wywodzili się z rodu K m i t ó w? – jej, Róży i Tadeuszowi wyjaśniał  ojciec, gdy jako dzieci zwiedzali pałac na Wawelu.

    Pokazał wtedy na największą w wawelskiej katedrze rzeźbę z brązu. Przedstawiała rycerza Kmitę, stojącego po prawej stronie głównej nawy.

    - To wasz przodek – pokazał imponującą postać.

    - Nasz dziadek? – naiwnie zapytał Tadeuszek.

    - Pra, pra, pra – nie wiem dokładnie ile jeszcze tych pra, ale masz rację, to rzeczywiście wasz pra, pra dziadek.

   Lata później Amelia zastanawiała się, na ile pokazanie hrabiemu Janowi Scipio Del Campo wawelskiej rzeźby rycerza z brązu, przekonało go, by zawarł z nią związek małżeński – przecież była wtedy biedna jak mysz kościelna, a włoski hrabia na widok Kmity osłupiał - był wyjątkowym snobem.

    Na Wawel zaczęła uczęszczać prawie codziennie. Udając turystkę krążyła po podwórzu królewskiego pałacu, czasem zachodząc na dziedziniec otoczony słynnymi krużgankami. Jej towarzyskie obycie poparte lekturami broszurek i obszerniejszych opracowań na temat siedziby polskich królów, ułatwiało nawiązywanie kontaktów z wydającymi się bardziej interesującymi rozmówcami, zwiedzającymi Wawel. Oczywiście jak wprawny myśliwy rozpoznawała tych mogących stanowić wartościowe trofeum, czyli kandydatów na męża od barachła, czyli gołodupców.

    Kiedy po raz pierwszy ujrzała inżyniera Kazia Szwabowicza, zwróciła uwagę na jego nowy gabardynowy płaszcz i odbijającą światło kandelabrów błyszczącą glacę. Stał w środku nawy katedry i gapił się na ołtarz. A może się modlił? W kościele poza nią i nim nie było nikogo. Szybko wyjęła z torebki puderniczkę, wacikiem na świecący nos naniosła szczyptę pudru i stukając obcasami o kafle podłogi podeszła do monumentu z podobizną Kmity, wykonała gest w rodzaju ukłonu i klęknąwszy przed rzeźbą z brązu, zaczęła mamrotać litanię do Jezusowego Serca. Kątem oka zobaczyła, jak jegomość okryty nieosiągalnym w państwowych sklepach płaszczem, z gapienia się na tabernakulum  przerzucił spojrzenie na nią, a potem na rzeźbę pra, pra i jeszcze nie wiadomo ile tych pra, pra dziada Amelii. Gapił się chwilę na rzeźbę, po czym przystąpił parę kroków bliżej. Amelia nie kończąc litanii szybko się przeżegnała i zagadała do łysego jegomościa.

    - Pan wie, kto to jest? – wykonała pełne szacunku wskazanie dłonią w stronę zastygłej w martwcie twarzy rycerza.

    - Pewnie któryś z polskich królów – ściszonym głosem odpowiedział fagas oszacowany na odpowiedniego kandydata na męża.

    - To kanclerz koronny, który pod Pskowem dał łupnia Moskalom. Tak nawiasem mówiąc mój pra, pra, pra, pra dziad.

 

***

 

   Po wyjściu z alejki obrośniętej z obu stron rododendronami w parku szczawieńskim, ze wspomnień pomógł jej się wyrwać uciskający serdeczny palec klejnot. „Dopięłam swego, wyszłam za mąż”. Na palcu nosiła gruby złoty pierścień z ciemno - krwistym rubinem. Był to zaręczynowy prezent od inż. Kazia Szwabowicza – dobrze zarabiającego mężczyzny, złowionego późną jesienią 1945 roku.

 

Rozdział 7  Złapać Ognia

    Jeszcze zanim rozległy się odległe, potem coraz głośniejsze grzmoty detonacji zbliżającej się od wschodu linii frontu, Jurkowi Wołczeckiemu - Sprytnemu najbardziej zagrażał Ogień. Lęki przed wydanym na siebie przez Ognia wyrokiem nie ustąpiły po opanowaniu przez sowietów Polski.  Informator donosił Sprytnemu, że Ogień jakby się nie liczył z jego wstąpieniem do Armii Ludowej.  Początkowo zagadkowa była przynależność polityczna, tego coraz to bardziej głośnego na Podhalu partyzanckiego dowódcy. Jeden z informatorów mówił, że w ostatniej fazie wojny był jak Jurek Wołczecki dowódcą oddziału AL. Z komunistami trzymał jeszcze w styczniu 1945. Ponoć rozkochał w sobie piękną sowiecką agentkę, która dowodziła grupą radzieckich dywersantów. Jako dowódca, bardzo dobrze znający teren, przeprowadził górskimi szlakami kilka oddziałów sowieckich żołnierzy, umożliwiając im okrążenie i zadanie ciosu od tyłu dobrze zorganizowanej obronie Niemców w Nowym Targu. W efekcie tego manewru Rosjanie zdobyli ufortyfikowane miasto bez strat. Inny kontakt Sprytnego doniósł, że od czasu, gdy został szefem UB w Nowym Targu i poznał metody współpracy NKWD z polskimi bezpieczniakami, znienawidził komunistów. Czyż Ogień stał się podhalańskim watażką? – zastanawiał się Jurek. Ludzie zaczynali mówić o nim „Król Podhala”. On rzeczywiście, zachowywał jak władca.

    W Boże Ciało 1945 roku, Sprytny wiedząc, a właściwie bardziej się domyślając, że Ogień i jego żołnierze mogą mu się dobrać do skóry, na wieść o ich zbliżaniu się zrezygnował z akcji na prywatny sklep winno-cukierniczy w Waksmundzie. Szybko wycofał swoich chłopaków do pobliskiego lasu i przyczajony w krzakach, przez lornetkę obserwował rozwój wypadków. Drżąc z emocji poczuł narastające uczucie zazdrości. Gromadzący się na procesję mieszkańcy najwyraźniej uwielbiali Ognia. Jego prezentujących się jak regularna armia żołnierzy otaczały dzieci, podchodziły do nich uśmiechnięte dziewczęta. Wyprane i wyprasowane mundury Ogniowców wyglądały jak spod igły. Na piersiach żołnierzy Ognia błyszczały wzbudzające respekt najnowocześniejsze niemieckie szybkostrzelne karabinki Sturmgewher. Sam dowódca, przewyższając innych wzrostem, stanął na początku procesji.  

    - Może posłać długą serię? I załatwimy tego „góralskiego władcę” – gruby zastępca jakby przeczytał myśli Jurka i zaczął się wczołgiwać obok dowódcy z talerzowym karabinem maszynowym Diaktieriewa.

    - To byłaby krwawa jatka. Pozabijalibyśmy niewinnych ludzi. Przecież widzisz, razem z żołnierzami szykują się na procesję. Poza tym ten ruski erkaem się zacina. Ma duży rozrzut, to nie jest szwabski MG. Jak nie zetniemy Ognia pierwszą serią, to on ze swoim wojskiem rozniosą nas na strzępy.  

    Spod parafialnego kościółka ruszyła procesja. Przed baldachimem z proboszczem niosącym Najświętszy Sakrament, krzyż niósł sam Ogień. Wtedy Jurka Wołczeckiego ponownie ukłuła zazdrość. Nikt z uczestników procesji nie patrzył na księdza, ani na Sakrament. Ci stojący przy drodze klękali przed prowadzącym procesję Ogniem. Patrzono na niego jak na Boga. Podbiegały odświętnie ubrane w kolorowe regionalne stroje młodziutkie góralki i rzucały mu pod nogi garści różanych płatków. Zupełnie jakby to na jego cześć odbywała się kościelna uroczystość i czczono nie Boże, a jego Ciało, opięte znakomicie leżącym mundurem opatrzony dystynkcjami majora.

    „Uwielbiają go, bo ich chronił przed przemocą komunistów” – dotarło do Sprytnego. Rekwirował nałożone przez władze podatkowe zobowiązania, szczególnie te uiszczane żywcem i płodami rolnymi. Przejęte przez Ogniowców, dowódca oddawał ludności, a nieznaczną ich część zachowywał na wyżywienie swojego wojska. Chłopcy powoływani do wojskowej służby w Ludowym Wojsku Polskim ignorowali wezwania, za to chętnie zasilali szeregi partyzantów Ognia.

    „Co ja zrobiłem dla zwykłych ludzi w minionych latach”? – zadał sobie pytanie Jurek. Nie przepadał za częścią swoich bandziorów. Większość z nich była jak zwierzęta pozbawione krztyny ludzkich uczuć. Tylko okraść – często cierpiących niedostatek wieśniaków – sprać ich po mordach, opić się bimbrem i pieprzyć zastraszone, sterroryzowane kobiety. Na to dawali przyzwolenie komuniści za wspomaganie ich w zwalczaniu patriotycznej opozycji. „Zostałem pachołkiem Moskwy do niszczenia tych, co nie godzą się z ruskim zniewoleniem”. Szczególnie przekonywał się o tym ostatnio, w czasie kontaktów z krakowską bezpieką podległą sowieckiemu NKWD.  

    - Daj na chwilę lornetkę – wyrwał go z zamyślenia oparty o erkaem zastępca. – Teraz już widzisz, że on pierdoli ludową władzę. Zresztą tu widać jaki z niego komunista. Chyba chce zostać ważniejszy od Piusa XII-go.

 

    Sprytny już przed ponad dwoma laty słyszał o Józefie Kurasiu – Ogniu, którego ojca, żonę i dziecko z Waksmundu, jego rodzinnej wsi, zamordowali hitlerowcy. Ponoć od tego czasu stał się bezwzględnym dowódcą. Swój poprzedni pseudonim Orzeł zamienił na Ogień. Zabijał z zimną krwią wszystkich wrogów. Niedługo po święcie Bożego Ciała Jurek Wołczecki dowiedział się o nim więcej. Już w kwietniu 1945 stało się głośne rozstanie Ognia z władzą narzuconą przez sowietów. Z tygodnia na tydzień rozszerzał swoje panowanie na Podhalu. Bali się go nie tylko funkcjonariusze MO, ale i tamtejsze UB. Posterunki milicji były ciągle rozbrajane, najczęściej współpracowały z Ogniem, który całkowicie opanował region. Nakładał kontrybucje, wydawał wyroki, zatrzymywał pociągi, zmieniał sołtysów, wysiedlał ludzi z wiosek i rozbrajał żołnierzy. Józef Kuraś przygotowywał się do wybuchu trzeciej wojny światowej pomiędzy ZSRR a Zachodem, która miała przynieść Polsce pełną niepodległość. Ogień swoich ludzi miał wszędzie. Pracowali w podhalańskich Urzędach Bezpieczeństwa, miał wtyki w MO, komitetach partii i innych urzędach. Kontrolował przygotowywane na siebie obławy i plany zawężania terenów swoich wpływów. Napisał szyderczy list do Bolesława Bieruta, nasłanego z Moskwy agenta, którego zrobiono  prezydentem PRL. „Oddział Partyzancki Błyskawica – wspomniał o swojej elitarnej przybocznej grupie żołnierzy – walczy o Wolną, Niepodległą i prawdziwie demokratyczną Polskę. Walczyć będziemy tak o granice wschodnie jak i zachodnie. Nie uznajemy ingerencji ZSRR w sprawy wewnętrzne i politykę państwa polskiego. Komunizm, który pragnie opanować Polskę musi zostać zniszczony”.

     Zuchwałość Ognia doprowadzała krakowskich ubowców do wściekłości, przerażenia i rozpaczy. Instalowane przez nową władzę posterunki milicji, bezceremonialnie rozbrajane przez ludzi Ognia, stały się źródłami zaopatrzenia w nowe dostawy broni i amunicji. Jego coraz to liczniejsze oddziały były dobrze uzbrojone i umundurowane. Później już w lecie 1946-go, maszerowały za dnia w szykach czwórkowych, demonstrując ludności Podhala, kto tu rządzi. Kolejnych przysyłanych sekretarzy partii częstował śmiertelnymi pociskami z broni krótkiej, automatów i karabinów. Podobnie załatwiał ubeckich konfidentów. W krakowskim UBP gorączkowo dyskutowano: jak rozprawić się z podhalańskim bohaterem?

    Z wagi przywiązywanej do likwidacji, czy choćby poskromienia Ognia zdał sobie sprawę uczestniczący w paru resortowych zebraniach Jurek Wołczecki. Kiedyś siedział na sali odpraw ozdobionej portretem Stalina, pod którym skrzyżowano flagę biało czerwoną i czerwoną z sierpem i młotem. Odbywało się przesłuchanie spoconego oficera UB. Tłumaczył się z fiaska dowodzonej przez siebie obławy na Ogniowców. Dysponował oddziałem milicji i bezpieczniaków, a dodatkowe wsparcie  zapewniła mu kompania żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Mimo to poniósł sromotną klęskę. Uratował siebie i część podkomendnych, dzięki panicznej ucieczce.

    - Oni są jak duchy. Znienacka nas ostrzelali od tyłu i z bocznej flanki. Odcięli i zmusili do poddania się dwa plutony chłopaków z KBW. Później Ogień osobiście wypuścił naszych żołnierzy na wolność. Obszedł się z nimi łagodnie, tylko musieli oddać broń i amunicję. Część wróciła bez mundurów, w kalesonach i na bosaka.

W samych gaciach ze śladami obłoconych spodów butów po kopniakach zadanych w pośladki i z obitą twarzą wrócił jedynie kapitan Kapusta.

    - Ukarali mnie, bo ja jeden powiedziałem Ogniowcom, że są „karłami reakcji” – przechwalał się kapitan ideową postawą. Ony zaczęli mnie bić kopać, kiedy wzniosłem okrzyk: „niech żyje wielki Józef Stalin”.

    Jurek Wołczecki gwałtownie pochylił się za plecy siedzącego przed nim funkcjonariusza i z trudem opanował chęć parsknięcia śmiechem.   

    - Nie mogliście przeprowadzić kontrataku? Przecież dysponowaliście dużą przewagą ognia. Do tego macie też informatorów, oni wyraźnie podali miejsce lokacji reakcyjnej bandy – oburzył się major UB Pachcic, który brał udział w przygotowywaniu obławy.

    - Spotkaliśmy tych informatorów! – tym razem krzyknął dowódca rozbitej obławy. – Powiesili ich na konarach dużego klonu. Mieli zawieszone tabliczki z napisami: „Taki los spotka wszystkie komunistyczne kurwy i kapusi”. Najgorsze jest, że nienawidzi nas miejscowa ludność, a jemu to uchyliłaby nieba.

    Wtrącił się też inny z ubeków.

    - Był tu dawno temu taki jeden, mówili na niego Janosik. Okradał bogatych i dawał biednym.

    - Co wy, kurwa, pierdolicie? – oburzył się dowódca rozbitej grupy pacyfikacyjnej. – Nie porównujcie Ognia do Janosika. Janosik to pikuś! Ten dawny zbójnik miał pod sobą kilkunastu bandziorów. Ogień dysponuje paroma kompaniami dobrze uzbrojonego wojska. Ma pod bronią koło sześciuset wiernych i zdecydowanych na wszystko żołnierzy.

   Jurek Wołczecki  wiedząc jak wielką wagę przywiązywano do likwidacji, czy choćby poskromienia Ognia, w łaski majora Franciszka Pachcica wkradł się obdarowując go kilkoma cennymi sztukami złotej biżuterii.  Major zgodził się na przyjęcie go w szeregi pionu śledczego krakowskiego UB. Jurek coraz częściej uczestniczył w resortowych odprawach. Już nie chciał działać w terenie, a pragnął wzmocnić swoją pozycję wśród ubeków, bo znając ich wpływy, od chwili gdy dowiedział się o zbrodniach popełnionych przez Złotą Alę w Oświęcimiu, szukał dla niej ratunku. O skazaniu jej na śmierć przez powieszenie dowiedział się z przekazanego mu więziennego grypsu. O urodziwej oświęcimskiej  zbrodniarce, którą spotka zasłużona kara, pisano też w Gazecie Krakowskiej. Od chwili, gdy dowiedział się, że w więzieniu św. Michała Złota Ala czeka na mającą zdusić jej życie zaciśniętą na szyi nawoskowaną linkę, był w rozpaczy. Bezskutecznie szukał sposobu na możliwość uwolnienia jej z więzienia. Zabiegał o umożliwienie mu widzenia, choćby potrzymania jej chwilę za rękę.

   „Też mam swoje wtyki na Podhalu – gorączkowo myślał. – Byłem kimś na tych terenach. Gdybym to ja złapał Ognia? Za taką zasługę te skurwysyny, może wypuściliby moją Alę? Może jeszcze wręczyliby jej kwiaty”? – uśmiechnął się sam do siebie. W głębi duszy o komunistach myślał z pogardą, jak o moralnych zerach. „Jak się do tego zabrać”? – męczył się niejednokrotnie nie mogąc zasnąć. W ostatnich dniach, mimo poprzednich obietnic pomocy ze strony adwokata, przygnębiły go słowa prokuratora.

    - Ten wisiorek to wsadź sej w dupę. Twoja propozycja to obraza ludowej sprawiedliwości – zrugał go prokurator z awansu – taki po trzymiesięcznym kursie prawniczym, którego czerwone duże dłonie zdradzały chłopskie pochodzenie. – Ona będzie wisieć! – ryknął na Wołczeckiego, gdy ten próbował mu wręczyć naszyjnik z prawdziwych pereł, który zamierzał przed dwoma laty sprezentować Złotej Ali.

    - Kto ty właściwie jesteś? – zaczął przyglądać się Jurkowi. – Nie wyglądasz na przedstawiciela klasy robotniczej, raczej na burżuazyjnego eleganta. No mów, coś ty za jeden, skąd się tu wziąłeś?

    - Armia Ludowa, podporucznik Wołczecki. Może towarzysz sprawdzić, biłem się z okupantem, też z obszarnikami i dalej umacniam  władzę ludową.

    Prokurator z awansu spojrzał na Jurka z zaciekawieniem.

    - Jesteście komunistą?

    - Jestem kandydatem do partii i nie mam czasu odebrać legitymacji, bo walczę ze zbrojną reakcją. 

***

     O kryminaliście Walentino i możliwości nawiązania interesującego ubeków kontaktu, Jurek przypomniał sobie przechodząc koło dancingowego lokalu U Hawełka na Krakowskim Rynku. Wystawowa witryna tej znanej przedwojennej restauracji, do której dawno temu zaprosił go na obiad lwowski złodziej, była zasłonięta pluszowymi kotarami. Uwagę Wołczeckiego przyciągnął dochodzący ze środka łomot bębna, fałszowana muzyka harmonii i pisk skrzypiec, które akompaniowały dziko tańczącemu towarzystwu. Wewnątrz restauracji rozlegały się pijackie wrzaski. „Ale schamiał ten Kraków. Zapewne żeni się jakiś wsiok, pewnie ubek” – naszła go niesmaczna refleksja. 

    Z przystojniakiem Walentino siedział w celi więzienia na ulicy Montelupich. Towarzysz zza krat był szanowanym wśród kryminalistów farmazonem i kieszonkowcem. Opowiadał mu o podobnie szalonych, trwających do późnych godzin nocnych, dancingach w zakopiańskiej restauracji Morskie Oko. O ile te zabawy musiały być elegantsze od pijackiego jazgotu za szybą kiedyś renomowanej krakowskiej restauracji. Jurek nasłuchał się o wspaniałym Morskim Oku, w którym grała znakomita jazzowa orkiestra. „Bawiła się tam polska arystokracja, sama elita. Na jednym dancingu mogłem stamtąd zajuchcić tyle szmalu, co dwumiesięczna pensja dyrektora banku. Doliniarze, cieszący się z oskubania klozetowej babci, nie chcieli mi w to wierzyć” – ciągnął opowieść Walentino. „Raz w Morskim Oku przetańczyłem pół nocy z księżniczką Radziwiłówną i nikt z jej towarzystwa nie zorientował się, kiedy wyczyściłem portfel jej wuja z kwoty przeznaczonej na aukcję drogocennych obrazów. Zgubiła mnie zuchwałość i podsycana szampanem pewność siebie – tłumaczył się ze wstydem  – dałem się zaaresztować. Zachciało mi się obrobić generała Dąbka.  Miałem już jego Szafhauzena w złotych kopertach, kiedy za grabę złapał mnie jego adiutant w stopniu majora” – przypominał sobie Jurek opowieści jakimi go raczył Walentino.

   „Przecież on jak Ogień pochodzi z Waksmundu! Musi coś o nim wiedzieć, powinien znać jego rodzinę”! – nagle oświeciło Wołczeckiego.

     Później, nie mogąc zasnąć, zastanawiał się czy Walentino żyje, czy nie siedzi w więzieniu, jak nawiązać z nim kontakt?

    Następnego dnia o ósmej rano, siedząc przed biurkiem majora Pachcica, dzielił się z nim pomysłami, jak dzięki znajomemu mógłby namierzyć i aresztować słynnego Ognia.  

    - Skoro rzeczywiście masz możliwość wytropienia go, możesz liczyć na nasze pełne wsparcie – oznajmił mu podekscytowany ubek Pachcic. – Jak chcesz to do Nowego Targu możemy ci przydzielić samochód z kierowcą.

 

 

 

 

[1] Towarzyszu pułkowniku, spojrzyjcie na tą kobietę. No spójrzcie. 

[2] Czego chcesz Bąbel.

[3] Tam siedzi ta kobieta, o której wam mówiłem. To polska hrabina, którą piep…ył mój dowódca Jurek Wołczecki. Mówił, że jest świetna w łóżku.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Kazjuno · dnia 03.04.2018 18:38 · Czytań: 183 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 11
Komentarze
AntoniGrycuk dnia 04.04.2018 17:31
Hej, Kazjuno.

Jak zwykle czyta się to bardzo dobrze.
Przyczepię się jednak do szczegółów.

ani pojęcia, czy jej „dziecko” – czyli zbudowana przed samą wojną willa na warszawskich Bielanach

Tu powinieneś dać albo myślnik, albo "czyli".

Zaproszona do kina, zwróciła uwagę na przyspieszony jego oddech

Ja dałbym inną kolejność: ...na jego przyspieszony oddech

Widocznie ogolił brodę

Z tego, co wiem ogolić można SIĘ, a brodę można ZGOLIĆ. Ale z drugiej strony mówi się, że można ogolić głowę. Więc może i dobrze napisałeś.?... ps. Jeszcze pomyślałem, że ogolić można część ciała, a zgolić zarost. I tak mi się wydaje, że w tym wypadku chodziło o zarost - tak przynajmniej wynika z kontekstu.

trzęsącą się ręką sięgnął po karafkę z wodą, napełnił połowę szklanki i… zakrztusił się łapczywie przełykaną wodą.

Użyte 2x "wodą". Ja bym dał po wielokropku: łapczywie przełykając, zakrztusił się. Ale to drobiazg i moja opinia.

- Proszę wybaczyć – prawie jęknął – czuję się nie komfortowo

Niekomfortowo - piszemy razem.

Zatrzymała wzrok na kilkaset lat liczącym arrasie ponadgryzanym przez mole lub myszy

Ja użyłbym słów w innej kolejności: zatrzymała wzrok na liczącym kilkaset lat... To też drobiazg.

Sprytnemu najbardziej zagrażał Ognień. Lęki przed wydanym na siebie przez Ognia wyroku nie ustąpiły po opanowaniu przez sowietów Polski.

"OgNień" czy "Ogień"?

O kryminaliście Walentino i możliwości nawiązania interesującego ubeków kontaktu. Jurek przypomniał sobie przechodząc koło dancingowego lokalu U Hawełka na Krakowskim Rynku.

Tu chyba zamiast kropki powinien być przecinek?

Pewnie żeni się jakiś wsiok, pewnie ubek”

2x "pewnie". A może zacząć od "zapewne"? Albo coś?

Doliniarze, cieszący się jak oskubią z drobniaków klozetową babcię, nie chcieli mi w to wierzyć”

To zdanie mi nie brzmi. Niby jest ok, ale... A może: Doliniarze, cieszący się z oskubania...? Ale to tylko jeden z pomysłów. Ten "błąd" to moje zdecydowanie subiektywne zdanie.

A tak? Chce się czytać.

Pozdrawiam
Kazjuno dnia 04.04.2018 23:40
Drogi Antosiu.
Bardzo Ci dziękuję za pochylenie się nad moim tekstem i wyłuskania błędów. Już wszystkie je naniosłem, zarówno do tych dwóch rozdziałów, a też do tekstu, który przygotowuję jako całość.
Twoje wszystkie uwagi były bardzo celne i w pełni się z nimi zgadzam.

Ponadto, bardzo mnie cieszy, że moją propozycję czyta Ci się dobrze.


Pozdrawiam serdecznie, Kj

PS. W następnych rozdziałach będę lansował mało znaną patriotkę.
Irenka Odrzywołkówna, podobnie jak Danuta Śledzikówna - Inka, wykazała się bohaterstwem. Dzięki niej udała się słynna akca rozbicia przez Akowców więzienia Św. Michała. Okazała się niezłomną patriotką i podobnie jak słynna Inka,zakończyła swe młode życie, po sfingowanym procesie. przed ubeckim plutonem egzekucynym.
AntoniGrycuk dnia 05.04.2018 03:33
Zapomniałem z tego wszystkiego dopisać jeszcze jednego błędu:

Sprytnemu najbardziej zagrażał Ognień. Lęki przed wydanym na siebie przez Ognia wyroku nie ustąpiły po opanowaniu przez sowietów Polski.

A czy nie powinno być: Lęki przed............ wyrokiem ( a nie "wyroku";)?
Ania_Basnik dnia 05.04.2018 10:21
Kazjuno no proszę, następne części :) dobrze się czytało :) przeczytałam wczoraj oraz dzisiaj, po wprowadzonych uwagach jest lepiej. Akcja się rozwija, jest momentami bardzo drastycznie, no ale takie było Twoje zamierzenie, aby oddać klimat tamtych lat.
Kazjuno dnia 05.04.2018 14:32
Dzięki Ci Antoni, za kolejną pomoc!
Dzięki Tobie usunąłem szpecący tekst, wstrętny gramatyczny babol.
Miłego popołudnia i wieczoru, życzę Ci z całego serca, Kj

Dziękuję też za wpis Aniu.
Niezmiernie mnie cieszy, że wciąga Cię opowieść. Przy okazji na pewno sprawiłaś przyjemność naszemu portalowemu koledze Antoniemu, który przyczynił się do poprawienia tekstu.

Obiecuję! Będą kolejne rozdziały.

Tak Aniu, używam drastycznych środków wyrazu, chciałbym trafić do młodych czytellników, lubujących się w filmach akcji, w których obficie spływa krew, jest mnóstwo przemocy i nie mało seksu.
W czasach, które opisuję także w sposób drastyczny łamano narodową tożsamość, a patriotów ścigano z nie mniejszą wolą dokonywania zabójstw, jak w okresie poprzedzającym "wyzwolenie", kiedy Niemcy mordowali Żydów.

Moc pozdrowień zasyłam, Kj

PS Też Aniu chciałem wytłuścić twoje imię, ale coś się zacięło. Sorry
purpur dnia 10.04.2018 13:03
No i ja już po :)

Mi osobiście, ta część najbardziej się spodobała. Nareszcie jest jakiś równowaga pomiędzy akcją i nowymi zdarzenia, a częścią opisową, która umacnia nas w powojennej polsce. Pozwala ją poczuć, pozwala wczuć się w tamte wydarzenia.

Dodatkowo poczułem to już wcześniej, ale to Twój komentarz odnośnie mojego tekstu uświadomił mi jedną rzecz. Jest to bardzo "filmowe" - obserwujemy wszystko okiem reżysera :), inscenizacja poszczególnych scen jest również taka ... filmowa.

No i być może stąd biorą się te "cięcia" i kolejne wątki wyskakują z kapelusza.
Wydaje mi się, że należałoby popracować nad płynniejszym przejściem pomiędzy elelemntami.
Ale może się czepiam i szukam na siłę... Jeszcze poczytam i zobaczę, jakie odczucia się pojawią.
Zresztą... ta część najbardziej mi odpowiadała i akurat tutaj naprawdę mało mi przeszkadzały te Twoje przeskoki :)

Z zaobserwowanych:

Cytat:
Nie mam wyjścia, muszę próbować dalej...
- cała ta opowieść Amelii, mimo że interesująca, to jednak miała momenty, że tłumaczyłeś czytelnikowi oczywistości. Rozumiem, że to jej myśli, rozumiem, żę musisz jakoś dać czytelnikowi do zrozumienia, że ona musi zamążpójść, ale zrobiłeś to zbyt nachalnie. Szczerze powiedziawszy ja zrozumiałem to już zaraz po zmartwieniach z "dzieckiem". A ty dodatkowo dajesz takie oczywiste myśli.

Cytat:
Po wyjściu z alejki obrośniętej
- kolejny przykład. Więcej subtelności i założenia, że czytelnik rozumie, co mu chcesz powiedzieć :) Tak, wiem, to nie jest takie oczywste, bo przecież autor ma to w głowie, autor wie, a czy czytelnik już też wie? Musisz nauczyć się to wyczuwać, ale z mojego doświadczenia wynika, że zazwyczaj wie :p

Cytat:

Jurek Wołczecki wiedząc jak wielką wagę przywiązywano do likwidacji, czy choćby poskromienia Ognia, w łaski majora Franciszka ...
- to zdanie mnie cofnęło kilkukrotnie. Jakoś chyab je zamąciłeś, alebo ja jeszcze kubeczek kawy muszę przygotować :)

Generalnie bardzo fajnie. Do tego uczyniłeś z głównego bohatera komunistyczną szuję! Nietypowe, ale i ciekawe! Nawet bardzo!

Ponownie dobrze się czytało!

Pozdrwaiam,
Pur
Kazjuno dnia 11.04.2018 11:52
Bardzo ciekawe spostrzeżenia Purpurze.
Masz rację, nie raz myślałem, że nie należy niedoceniać inteligencji czytelnika. Czy jednak każdego? W którymś ze wstępów tłumaczyłem, że piszę coś w rodzaju kiczowatego komiksu dla szerokiego odbiorcy.
Czemu takie przesłanie? Też wyjaśnałem - zależy mi na stworzenie suplementu do nauki historii dla szerokich mas. Czyli: muszą być seksi momenty, mordobicia zabójstwa, mrożące krew sceny, czyli atrybuty westernów dla ubogich.

Ciebie, faceta oczytanego, inteligentnego i bystrego, taka łopatologia, albo szuflowanie łopatą do tępych łbów oczywistej logiki, może razić! Ale ja chcę przekonać też baranów! Chcę krzyknąć do zakutych łbów. Było tak i tak, bo tak i tak! Rozumiecie półgłówki?! Dlatego jest teraz to i to! Wy durnie!
Tak, przez to moja powieść na pewno traci na artystycznych walorach. Wiem Szanowny Purpurze.
Nie chcę być Zanussim polskiej literatury, który swoje przeintelektualizowane autorskie filmy adresuje do znajomych na "pewnym poziomie". O czym mi osobiście mówił. Byłem u niego asystentem scenografa, a także przez 3 lata miałem z nim bliski kontakt, bo zajmowałem się jego nauką tenisa.

Jednak przyznaję Ci rację!!!

I nie raz się zastanawiam, czy nie pójść bardziej w kierunku. który słusznie sugerujesz.

Bo czy jeste sens szpecić powieść, żeby dotarła do półgłówków? W końcu jaki z nich pożytek?

Myślę więc podnieść poprzeczkę. Obiecuję! Będę próbował!

Natomiast niezmiernie ucieszyło mnie, że Ty, ciekawy i obiecujący pisarz obdarzasz mnie komplementami.

Bardzo Ci dziękuję i serdecznie pozdrawiam. Kj
purpur dnia 11.04.2018 12:33
Wydaje mi się, że forma którą sobie wybrałeś jest bardzo dobra :) Oczywiście, mnie jest do niej blisko, bo uważam, że wszystko ewoluuje, i literatura także! "Nowocześnieje" - treści mogą być przekazywane "obrazowo", zdawkowo, w punkt - no niemalże "informatycznie", w zsyntezowanej formie. Takie mamy czasy, takie obyczaje :p I "komiksowa" forma pisania, moim skromnym zdaniem, ma jak najbardziej prawo bytu - wydaje mi się ( fakt, mnie się wiele rzeczy wydaje, a przecież to nie oznacza, że wydaje się prawda :p ), że jest to znak naszych "błyskawicznych" i "zawsze-dostępnych" czasów.
( niektóre słowa, które padły powyżej są straszne - wiem :) ale jakoś tak... pasują )

Oczywiście to w żadnym razie nie "przeszkadza" w pisaniu w inny sposób. Jest taka rzesza odbiorców, że każdy może sobie znaleźć coś dla siebie: i autor, i czytelnik...

Tu bardziej chodzi o to, co należy dać czytelnikowi na stół bezwzględnie, a co można przemilczeć, bo "przecież-wiadomo-o-co-chodzi-jakby :p Rozumiesz? Jako autorzy staramy się pisać tak, aby zostać zrozumiali! Czasami pisząc niepotrzebnie dużo.

Nie posuwałbym się tutaj do "zakutych łbów" - to lekka przesad :p Po prostu trzeba znaleźć tę granicę, gdzie powiedzieć trzeba, a gdzie można przemilczeć zdanie i nie klepać oczywistości.

I to nie jest kwestia przekazania widzy historycznej - to jest "błąd" autora, bo wyjaśnia - wyjaśnione.

Tak, to nie zawsze jest łatwe.

I to są rzeczy, które widzi tylko czytelnik - autor nie ma na to szans, dlatego właśnie zwracam Ci na to uwagę. Sam chciałbym zostać poinformowanym o czymś takim, bo ja przecież też tego nie wiem... aż mi ktoś to powie :)

Możliwe jest, że za bardzo czasami zwracam uwagę na takie szczegóły, czytam za uważnie, książki by tak nie czytał. No ale...

Tymczasem pozdrawiam,
Pur
Kazjuno dnia 11.04.2018 13:01
Dzięki Purpurze. Przekonałeś mnie. To na co zwróciłeś uwagę to jednak fundamentalne błędy w sztuce pisarskiej.
Wiadomo z czystego lenistwa wolałbym, żeby to jednak nie były usterki, nad którymi należy usiąść i wysilić łepetynę, żeby je wyprostować.
Tłumaczę się więc pokrętnie odwracając kota ogonem, by teoriami o "zakutych łabach" mało wymagającej - szeroko pojętej - braci czytelniczej, odrzucić odjum własnej pisarskiej niedoskonałości.

Dzięki Purpurze, masz rację. Muszę wysilić łeb słuchając Ciebie,
Pozdrawiam, Kj
Darcon dnia 11.04.2018 13:36
Kazjuno napisał:
Tłumaczę się więc pokrętnie odwracając kota ogonem, by teoriami o "zakutych łabach" mało wymagającej - szeroko pojętej - braci czytelniczej, odrzucić odjum własnej pisarskiej niedoskonałości.

Cieszę się, że doszedłeś to takiego wniosku, bo chciałem już wtrącić swoje trzy słowa. :)
Posłużę się bardziej obrazowym przykładem, jakim jest film. Na przykład "Botoks", czy Pitbulle, tak ostatnio popularne filmy Patryka Vegi. Czy chodzą na nie sami kretyni? Dużo ich więc było, bo oglądalność miały na poziomie 1 mln widzów. Ludzie z różnych pobudek sięgają po takie kino. Żeby się odmóżdżyć, wyjść z domu, być wśród ludzi, zobaczyć aktora lub aktorkę, którą się lubi, skonfrontować skrajne opinie z neta z własną. Myślę, że niewielki odsetek widzów wierzy, że w życiu naprawdę tak jest. Widz jest inteligentny, a pobudki jego działania często nie są bezpośrednio powiązane z treścią.
To samo tyczy się czytelnika. Często sięga po literaturę łatwą i przyjemną, czy też komiks, nie po to, żeby się z niej uczyć, czy przeżywać głębokie wzruszenie, robi to z dziesiątków innych powodów.
Trzeba być szczerym względem czytelnika, szczerym i uczciwym, a on Ci uwierzy, ba kupi historie czy bajki, które będziesz mu sprzedawał, jeśli będzie czuł, że sam w nie wierzysz.
Co innego zaś, jak gada Purpur, mówić do niego tak, żeby Cię zrozumiał. ;)
Kazjuno dnia 13.04.2018 11:35
Podoba mi się Darconie twoja teoria o pozyskiwaniu czytelnika szczerością i uczciwością. Tak właśnie staram się pisać.
Chociaż? Obserwując posmoleńskie rozłamanie się polskiego społeczeństwa na dwie połowy, trudno mi się zgodzić z Twoją tezą o inteligentnym widzu i bystrym czytelniku. Odnoszę wrażenie, że socjotechniki propagandowe doszły do takiego stopnia rozwoju, że manipulowanie tłumami staje się coraz łatwiejsze. Nawet ludzie inteligentni - jeśli nie mają należytego background'u wiedzy historycznej i rozeznania w obecnej ogólnoświatowej polityce, albo (w odniesieniu do smoleńskiej katastrofy) fundamentalnej wiedzy technicznej - stanowią łatwo ugniataną materię dla działań propagandowych.
Właśnie to mając na uwadze, nie odsłonię się w pełni po czyjej jestem stronie. Jednak wydaje mi się, że Ci których udało mi się wciągnąć w czytanie tekstów tworzonej powieści, powinni się domyślać, w którą stronę kieruję swoją sympatię.

Dzięki Draconie za komentarz, pozdrawiam, Kj
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Zola111
23/07/2018 00:23
Ekszynie, polecam. dziękuję za poczytanie recenzji. Jedna… »
Zola111
23/07/2018 00:21
AJW, dziękuję Ci bardzo. Pozdrawiam, z. »
BlueRiver
22/07/2018 23:54
Pewnie. :) A więc tak: 'nie rusza' - to tak jak… »
Silvus
22/07/2018 23:26
A odpowiesz mi na moje wątpliwości, Blue? :) »
BlueRiver
22/07/2018 23:08
Dziękuję za pomoc i za budujące słowa :) Pozdrawiam :) »
ajw
22/07/2018 22:29
Wiktorze - masz rację, "spragnione pocierania"… »
Silvus
22/07/2018 22:13
Niech będzie, że prosty, lśniący niby też, ale jednak dla… »
Niczyja
22/07/2018 22:06
al-szamanko , Cieszę się niezmiernie z tak pozytywnego… »
Silvus
22/07/2018 22:00
Ciekawe słowo. "nie rusza" w sensie: nie… »
Lilah
22/07/2018 21:59
Tak pięknie o kobietach, że dech zapiera. Zastanawiam się… »
Wiktor Mazurkiewicz
22/07/2018 21:12
Z wielką przyjemnością przeczytałem. Ale to chyba sztuką… »
Florian Konrad
22/07/2018 21:05
dziękuję- w całości. :) »
AntoniGrycuk
22/07/2018 20:46
Hej, Gdyby to był fragment książki, to ok, ale jak na… »
AntoniGrycuk
22/07/2018 20:38
Przeczytałem, ale nie porwało mnie. Ani cały tekst, ani… »
AntoniGrycuk
22/07/2018 20:20
Hej, No, ja nie chciałbym takiego sufitu, bo każdy byt,… »
ShoutBox
  • Fuksiarz
  • 19/07/2018 07:45
  • Hejka, jak widzicie mój nowy wiersz? Wprowadziłem poprawki, raczej wiedzę, którą nabyłem dzięki podzieleniu się komentatora przy wcześniejszym moim wierszu w komentarzu, dziękuję : )
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 23:26
  • Silvus - dokładnie tak, że przydatne dla czytelnika :)
  • allaska
  • 18/07/2018 22:01
  • dziś poczytałam o niepełnosprawnym dziecku pewnej znanej poetki. straszne myślę sobie... a poetka wysyła mi zdjęcie chorego synka i z uśmiechem pisze: zobacz jaki słodziak, no wzruszające kurka wodna
  • allaska
  • 18/07/2018 21:59
  • pada. i pada. dziś zabawa- dziecka stopa nadepnęła na kretowisko, z kolejnego kretowiska wytrysnęła woda. wzlatywały jeden za drugim w górę wodne wulkany. płonę. dzięki dziecku dotarłam do jądra :)
  • Silvus
  • 18/07/2018 21:53
  • Content-marketingowe? W sensie, przydatne? Będę pisać, jeśli coś mi przyjdzie do głowy. Dziękuję. :) :)
  • mariaczekanska
  • 18/07/2018 20:57
  • Ale fajnie, poradnikowe. Mocno content marketingowe Silvus. Good job. Pisz dalej.
  • Silvus
  • 18/07/2018 19:15
  • Mario, dziękuję. :) Nie nazywałbym tego blogiem, ot, luźne przemyślenia.
  • Silvus
  • 18/07/2018 16:54
  • Chciałbym pochwalić się, że wreszcie udało mi się stworzyć coś jak blog (całość po angielsku): [link] :) Tematyka: głównie programowanie. Zresztą nie wiem, czy jeszcze coś napiszę.
  • Silvus
  • 18/07/2018 02:48
  • @all, no mnie smaku narobiłaś, aczkolwiek nie lubię chyba cukinii, zresztą nie wiem. Co do oszukania, to trudno mi powiedzieć.
Ostatnio widziani
Gości online:9
Najnowszy:domki
Wspierają nas